Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip&Killian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip&Killian. Pokaż wszystkie posty

23.09.2019

Od Killiana cd Filipa

Już otwierałem usta, by uprzejmie podziękować i udać się w swoją stronę, kiedy Bożydar nadął się jak obrażony chomik.
  – Nie, nie będziesz znowu marudził – trzepnął mnie w ramię, przez co mimowolnie sapnąłem, gdyż walnął mnie prosto w miejsce wcześniejszego uderzenia. Skąd baletnica wali takie lepy? Nie chciałbym dostać takiej na moją śliczną buzię.
  – No ale... – próbowałem zaprzeczyć, ale ten jak zwykle nie umiał zamknąć jadaczki.
  – Dupa ci nie odpadnie jak raz wrócisz do chaty o jedenastej zamiast dziewiątej – skwitował cynicznie, prychając i tym samym plując mi na twarz.
  – To nadal dwie godziny różnicy – wyburczałem pod nosem, ocierając policzki z nadmiaru bożydarowskiej śliny. Dwie godziny. Matka mnie zabije i nawet pogrzebu nie wyprawi.
  – No i na ciula się pogrążasz. My z Fipcią załatwimy ci alibi – puścił oczko do Filipa, a ten spojrzał na niego z mordem w oczach. Do Bożydara nigdy nie dotrze, nawet jak mu wrzaśniesz coś prosto do ucha. Fakt ten nieco mnie rozbawił, przez co przychylniej spojrzałem na kuszącą propozycję złamania zakazu matki. O nie, nie mogę.
  – Une seule fois – podkreśliłem. – Pierwszy i ostatni –  spojrzałem na niego znacząco, walcząc ze złośliwym kosmykiem, który ciągle opadał mi na oczy. Kiedyś chyba zetnę te włosy. Chociaż nie będzie to miało znaczenia przy wyborze trumny, bo może chociaż ojciec załatwi pochówek po tym, jak matka mnie usmaży żywcem w oleju.
  – Dobra dobra, jeszcze zobaczysz że się uzależnisz – Bożydar machnął ręką i wkrótce całą czwóreczką zmierzaliśmy ku owemu barowi mlecznemu.
  Filip i ten pajac o czymś rozmawiali, chyba w swoim ojczystym języku, Aurelie słuchała muzyki a ja już żałowałem swojego wyboru. Starałem się uspokoić zasrane dreszcze, które co chwilę przebiegały mi galopkiem po plecach. Ojciec mnie obroni, na pewno. Czym prędzej wyjąłem telefon i wysłałem szybkiego smsa z prośbą.
  – Moi drodzy i jełopie, jesteśmy – oznajmił głośno Filip, stawiając nas przed wejściem do ładnie wyglądającego lokalu. Nie urywał dupy, ale nie był też odpychający. Przytulny, o.
  – Naaajs! – Bożydarowi zaświeciły się oczy i już leciał z łapami do drzwi. Ten do żarcia zawsze był pierwszy.
Ja z ciekawością przyjrzałem się wszystkiemu. Dominowały tu szarości i brązy, a z wnętrza przez wielkie okna wydzierały się światła pochodzące z dużych lamp.
  – Nigdy nie byłem w barze mlecznym – wydusiłem, z niepewnością zaglądając do środka.
  – Wyluzuj, mają tu wyczepiste dania – zapewnił mnie Filip. – Podchodzisz, mówisz co chcesz i płacisz, a potem jesz – wyjaśnił, już podchodząc do lad z jedzeniem. Podążyłem za nim, obserwując wszystko uważnie. Kątem oka widziałem wojującego paladyna Bożydara z Aurelie, która może nie była tak zagubiona jak ja, ale nadal niepewna.
  Filip już składał zamówienie, więc i ja postanowiłem ogarnąć to wszystko. Zdziwiłem się, że nie ma tu znanych mi dań. Kluski, kopytka... Schabowe? Co to do licha było schabowe?
  – A ty, co bierzesz? – poczułem szturchnięcie, które ponownie uruchomiło mój serwer w mózgu.
  – To ja poproszę... Eee... – znowu się zawiesiłem od nadmiaru obcych nazw. – Naleśniki – wykrztusiłem. – Z jabłkami – dodałem. Zerknąłem przerażony na Filipa.
  – To wszystko polskie jest – mruknął z rozbawionym uśmieszkiem.
  – A... wszystko jasne – zachichotałem, powoli rozumiejąc, skąd wzięły się takie anomalie gastronomiczne jak sznycle, pierogi i żurki.
  Kiedy przyszła pora zapłaty, zacząłem grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu portfela, ale Filip mnie uprzedził.
  – Ja stawiam – wyszczerzył się do mnie, a ja nawet nie zdążyłem zaprotestować. Trudno, odwdzięczę się jakoś następnym razem. Może ja sam wezmę ich do jakiejś francuskiej knajpy?
  – A mi miałeś piwo postawić – zarzucił mu Bożydar, który wyrósł spod ziemi nie wiadomo jakim sposobem. Pewnie wyczuł darmochę.
  – A piruecik zrobiłeś? No właśnie – Filip rozłożył ręce w udawanej bezradności.
  – Ale z ciebie zgred – wytknął mu, po czym wrócił do stolika, przy którym siedział z Aurelią. Na drugim końcu siedział ktoś jeszcze, ale zauważyłem, że wszystkie miejsca w barze były zajęte.
  Wzięliśmy swoje porcje i wcisnęliśmy się do nich, oficjalnie rozpoczynając wyżerkę.
  – Sacredieu – sapnąłem, biorąc pierwszy kęs naleśnika. – Jakie to jest dobre! – zacząłem pałaszować szybciej, spotykając się z rechotem obu chłopaków. Zignorowałem go, zapychając puchę kolejnymi jabłkami, które obficie wypływały ze środka.
  – Taki mały, a tyle żre – parsknął Filip, a ja sam zakrztusiłem się ze śmiechu. Poklepał mnie po plecach, a Bożydar tylko się głupio chichrał. Dawno nie czułem się tak dobrze w jakimkolwiek towarzystwie. Byłoby może inaczej, gdyby moja kochana rodzicielka nie traktowała mnie jak więźnia na spacerniaku.
  – Ja się dziwię, czemu on jeszcze cukrzycy nie ma – dodał Bożydar, bekając głośno.
  – Ty świnio! – Aurelia trzepnęła go w ramię. Ten tylko zadowolony z siebie rozłożył się bardziej na ławie.
  Musiałem wyglądać jak istny debil, gdyż dopiero po minucie zorientowałem się że siedzę z wielkim bananem na mordzie i gapię się jak pedofil na wszystkich.
  Z letargu wybudziła mnie mocna wibracja z głębi spodni.
  – Czy ktoś ma tu wibrator? – wypalił pod nosem Bożydar, a ja zakaszlałem mocno z rozbawienia i zażenowania. Czując się totalnie głupio, wyjąłem telefon i odczytałem długo wyczekiwaną wiadomość od taty.
  – O – wyrwało mi się, ściągając tym samym uwagę wszystkich. – Upiekło mi się – odetchnąłem z ulgą. Ojciec napisał, że matka jest zbyt upojona by mieć siłę krzyczeć.
  – Kłopociki? – zagadnął Filip, a ja skinąłem głową.
  – Mały rygor w domu – wyjaśniłem uszczęśliwiony.
  – Mały rygor, ha! – Bożydar trzasnął ręką w stół. – Jeśli u ciebie jest mały rygor to w pierdlach mają Łazienki Królewskie.
  – Nie przesadzaj – wywróciłem oczami. – Za rok będę wolny – wzruszyłem ramionami, starając się wyglądać pewnym tego, co mówię. Bo wcale tak nie było. Czułem, że nawet jako pełnoletni będę miał pełno przeszkód by wyrwać się z domu.
  – My cię przygarniemy, prawda? – szturchnął Aurelię i obdarzył mnie i Filipa uśmiechem psychopaty.
  – Ho ho, opanuj się, ty Boży Darze – chłopak obok mnie uniósł lekko kąciki ust. – Ja, w przeciwieństwie do takich jak ty aniołów stróżów od siedmiu boleści, nie dysponuję systemem hoteli i schronisk –  zażartował.
  – Cicho, coś wymyślimy – tamten tylko machnął ręką, nabzdyczony jak angielska księżniczka. W sumie z tymi rajtuzami mógłby za taką uchodzić.
  – Dobra, a co powiecie – zacząłem odważnie. – Na kolejny wypad? Tym razem ja was zabieram na jedzenie, do takiej restauracji. Francuskiej. Odmowa wchodzi w grę tylko w przypadku śmiertelnej choroby – powiedziałem surowo.

Une seule fois – tylko raz
sacredieu – o cholera

Filip? jak zjebalem gdzies zachowanie filipa to pisz ziom 

7.07.2019

Od Filipa cd Killiana

Było ciasno. Piekielnie ciasno i piekielnie niewygodnie. Koszula bezlitośnie przylegała do mojego biednego cielska, przyprawiając mnie o nieposkromioną chęć rozerwania jej w każdym miejscu, w którym trzymały ją jasne, cienkie jak sik pająka, szwy. Nie mogłem sobie w tej kwestii pofolgować i odpuścić, wcisnąć się w ulubione, luźne łachmany. Co to, to nie. Nie, kiedy Wera była na straży i pilnowała drzwi, jak oczka w głowie. Całkowicie świadoma, co robiłem tego dnia i aż zbyt rozeznana w moich gustach modowych i życiowych wyborach odnośnie ubioru. Dlatego wyjęła ten zabytek, który ostatni raz światło dzienne widział jakieś dwa lata temu na ślubie jakiegoś tam mało istotnego kuzyna i sprezentowała mi go, szczerząc się od ucha do ucha, bo uwielbiała widzieć mnie w wyprasowanych koszulach i spodniach w kancik, które kolorem miały przypominać nocne niebo, tymczasem bliżej było im do mundurów tych, którzy swoje miejsce zajmują w sukach, wpieprzając swoje pączki z dziurką.
Siedziała, obsetwowała i nie miała najmniejszego zamiaru mi odpuścić. Wychodziłem na dość specyficzną imprezę, która wymagała elegancji i Francji, a ja nie miałem ani gustu, ani pasji co do wpieprzania żabich udek i zagryzania ich ślimakami. Musiałem więc zdać się na instynkt i poczucie estetyki prezentowane przez moją rodzicielkę, unieść ręce i z autentyczną tęsknotą wbić puste spojrzenie w ciemną bluzę. Świeżo wypraną, jeszcze pachnącą płynem do płukania tkanin.
Zachciało się wspierać psychicznie znajomego, zachciało się wyjść na tego dobrego i wspaniałomyślnego. Dbającego o coś więcej, niż czubek własnego, krzywego jak cholera, kinola.
Jego historia też nie była dokładnie sprecyzowana. Chyba zdążyłem zbyt często wylądować na twarzy, by być w stanie określić, kiedy tak właściwie zagościł w takiej formie. Co gorsza, chyba już nawet nie wiedziałem ile trwa ten stan rzeczy. Równie dobrze mogłem się taki urodzić, jednak wtedy nie znajdowałem żadnego sensownego wytłumaczenia dla tej dość małej blizny na jego grzbiecie.
Ostatni raz poprawiłem nieszczęsny kołnierzyk, jeszcze raz przeciągnąłem dłońmi po piersi, licząc na to, że koszula nagle zmieni swoją fakturę, zrobi się przyjemna, a do tego pozostanie w nienagannym stylu, jakby dopiero co przeprasowana. Żadne z powyższych nie miało jednak miejsca, a ja musiałem zmierzyć się z brutalną rzeczywistością i faktem, że wybierałem się na jakieś przedstawienie taneczne. Westchnięcie, parsknięcie, zrezygnowanie. Wszystko w jednym momencie. Emocja, której aurą emanowałem, była nie do określenia i nie byłem w stanie wybrać, w którą stronę bardziej się przechylałem. Czystego wkurwienia, czy może jednak żalu.
Uszczęśliwienie Bożydara chyba jednak nie było warte tej ceny.
Zdecydowanie nie było warte, szczególnie gdy dotarło do mnie, że idę na balet. Pieprzony, kurwa, balet.
Oczywiście Wera była zachwycona, bo syn zaczynał z własnej woli chłonąć sztukę i kulturę sfer wyższych. Nawet nie wiedziała ile rzeczy wolałbym wchłonąć zamiast widoku tiulowych falbanów i rajstop Bożynka wrzynających się... Może lepiej nie powiem, gdzie konkretnie.


Żeby nie było, nie przez cały czas rozmyślałem o niebieskich migdałach. Jedynie w momentach, które zwyczajnie były nudne i w których nie było Bożydara. Potencjalnie mógł przecież zapytać, jak podobała mi się ta scena, gdzie on to i tamto, a ja musiałbym zmyślać, bo w rzeczywistości zdecydowałem się na policzenie z ilu odcinków składał się szew na moim mankiecie.
Naprawdę chciałem to zrobić, jednak gdzieś po czterdziestu trzech zwyczajnie mi się znudziło i zdecydowałem się zwrócić swoją uwagę na połyskującą sukienkę pani, która siedziała dwa rzędy przede mną, trzy krzesełka na prawo. Zdążyłem jeszcze wyczaić pana od światła i przyjrzeć się chłopakowi, który zagrywał się w piano tiles, najwidoczniej mając takie samo pojęcie o tym, co właściwie dzieje się na scenie, co ja. Wyczucie rytmu miał słabe, to trzeba przyznać, jednak wciąż lepsze ode mnie.
W skrócie, lampiłem się wtedy, kiedy muzyka stawała się podniosła, albo kiedy zdołałem dostrzec brokatowe rajstopy. Na litość boską, już ja potrafiłem lepiej się ubrać na przedstawienie w przedszkolu, gdzie grałem kota w butach. Świszczący, niewymawiający "r" Filipek chyba już na zawsze miał być wspominany na rodzinnych imprezach przez dziadków, którzy nie mogli powstrzymać łez, gdy przypominali sobie o legendarnym "Angałt, zbizie, angałt! Twoje dni są policzone! Wiej póki cię ostziegam!" czy piosence, w trakcie której rzeczywistości, przypominałem kota. Jojczącego, obdzieranego ze skóry kota w trakcie godów.

— Filipendo! — Nie byłby normalny, gdyby zwrócił się do mnie jak człowiek i podszedł bez większej afery. No nie byłby. Parsknąłem mimowolnie śmiechem i nawet dałem się przytulić, byle poklepać tego frajera po plecach i może coś mu syknąć na to kalafiorowate uszko.
— Bardziej ekstrawaganckich gatków tam nie mieli, co? — prychnąłem, kręcąc delikatnie głową i rzuciłem dość znaczące spojrzenie na rajstopy faceta. — Dobrze cię widzieć, Bożena — dodałem na zapas, posyłając mu szeroki uśmiech, który dość zwinnie odwzajemnił. Nie chciałem przecież, by wyszło na to, że emituję jedynie negatywne emocje. Nie to było moją działką.
— Słuchajcie, to mój ziom, Filip! — żachnął się, przypominając mi, że rzeczywiście, nie był przecież sam. Szedł z dziewczyną i...
— Filippe? — I o mój, kurwa, borze wszechszumiący.  Francuski. Do tego chłopiec mówiący po francusku. Atrakcyjny chłopiec mówiący po francusku. Atrakcyjny chłopiec z występu mówiący po francusku. Francusku. Nie rosyjsku. Nie hiszpańsku. Francusku.
Mimowolnie połechtało mnie to przyjemnie po uszku, przyprawiło o uśmieszek i roztopiło mi serduszko. Ładnie brzmiał ten język, cholera, ale nigdy nie chciałem się go nauczyć.
Inaczej, byłem zbyt leniwy, żeby chcieć się go nauczyć.
— Ta, Fipcia! Dobry kumpelo z Polski.
— Ci kurwa zaraz dam Fipcia, ty zakało — burknąłem, przewracając oczami. — Miło mi. Filip, tak właściwie, Bożenka lubi przekręcać moje imię — westchnąłem, przecierając przy okazji kark. Pozwoliłem sobie wcześniej rozpiąć dwa górne guziczki i podciągnąć rękawy koszuli, bo przysięgam, jeszcze chwila i byłbym tam szczezł z tego wszystkiego. — Ale występik ładnie ci wyszedł, kochanieńki. Gdyby nie te getry, to może i bym ci jakieś piwko postawił — rzuciłem, wzruszając przy okazji ramionami, na co mina mu zrzedła.
— Ej, Filippo, we, no — jęknął.
— W sumie to głodny jestem, wiesz? Idziemy coś zjeść? — Półpewne skinienie główką. — Jak mi odstrzelisz piruecik i szybko się uwiniesz, to się zastanowię z tym piwkiem. Nie wiem, chcecie iść z nami? Znam dobry bar mleczny, niedaleko.
Zerknąłem z uśmiechem na ładną, ciemnowłosą dziewuszkę, a zaraz po tym na chłopaka, gdzie oboje chyba za bardzo nie wiedzieli, co się dzieje i w co mają ręce włożyć.

Za błędy przepraszamy, nie mamy jak tego sprawdzić, poprawimy jak wrócimy na stałe.

6.07.2019

Od Killiana do Filipa

  – Rappelez-vous! – kobieta iście elfiej urody obrzuciła mnie ostrym spojrzeniem, a jej twarz otoczona rudymi, lśniącymi jak łysina Dijkstry lokami, wykrzywiła się w cierpiętniczym grymasie. – Jeśli zawalisz ten spectacle, przyniesiesz hańbę notre famille!
  Jakbym nie był już zestresowany. Godzinę przed występem, dokładnie szesnasta dwadzieścia dziewięć punkt, kitrałem się w kącie i srałem pod siebie, gapiąc się bezmyślnie w zegar i odliczając każdą sekundę. Doprawdy, wyższa matematyka. Później przyszedł czas na ostatnie przygotowania takie jak mejkap, stroje i inne bzdury. Oczywiście bardzo ważne, ale w tamtym momencie docierało do mnie niezbyt wiele rzeczy. Tak totalnie, byłem tak zmulony że ocknąłem się dopiero w momencie, gdy zaczęli mnie rozbierać, bo lampiłem się jak debil w ścianę i nie reagowałem na żadne bodźce ze świata zewnętrznego. A robili to po to, by mnie ubrać w ciasny, błyszczący kostium. Nie żeby coś, ale osobiście wolałem moje dresy i bluzy z kochanymi bucikami prosto z outletu Nike.
  – Oui, ma mere – ledwie potrafiłem coś z siebie wydusić. Ludzie, nie stresujcie mnie bardziej, bo ja ledwie trzymam zwieracze. Dobra, może nie aż tak. Spode łba odprowadzałem wzrokiem moją matkę, która, jak zawsze elegancko odjeb... odwalona, opuściła moją przebieralnię. Pora na skok na głęboką wodę.
  Nagle w moje ramię coś walnęło z prędkością i siłą piłeczki tenisowej, mniej więcej. Skrzywiłem się w pół i ze skwaszoną mordą cisnąłem pełne wyrzutu spojrzenie na Bożydara.
  – Nie zeszczaj się – wyszczerzył tą swoją pocieszną mordkę z dołeczkami w polikach. Przypominał mi chomika.
  – Postaram się – kaszlnąłem i zmrużyłem nieporadnie oczy, kiedy kotara rozsunęła się, waląc oczojebnym światłem. Kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki utworu, o mało nie wyplułem żołądka, który cisnął mi się na gardło. To wcale nie był stres. To był strach i panika, uczucie podobne kiedy pod koniec horroru jest napis „Wydarzenia oparte na faktach”.
  Kilka osób przede mną ruszyło zwinnym krokiem, więc i ja byłem zmuszony to zrobić. Mój umysł rozpadał się w szarą breję, przecząc mojemu ciału, które jak automat wykonało płynne ruchy w stronę sceny. Już czułem mokre plamy pod pachami i w gaciach, powstałe ze zbyt dużej ilości potu. Ale nie, ja brnąłem dalej, wykonując pierwsze kroki układu. Za mną jak primabalerina popylał zgrabnie Bożydar, wyglądający na zadowolonego z faktu, iż miał na sobie białe rajtuzy. Miały być skórzane, zawalone brokatem legginsy, ale on się uparł na rajstopy. Biedne panie od kostiumów męczyły się dwa dni nad przyczepieniem brokatu do rajstop tak, by nie zmieniły się w brokatową skorupę.
  Przez pierwszą część nie robiłem nic specjalnego, ale taka była część planu – uwaga najpierw miała się skupić na Aurelii, która wyglądała bajecznie w tej swojej sukience. A potem ciach, element zaskoczenia i ja, perła zespołu, mam wbić na pełnym wypasie na środek. Jak zaliczę glebę to autentycznie sprawię, że mój strój będzie do kosza na śmieci.
  W końcu nadszedł pamiętny moment – moja solówka w otoczeniu innych tancerzy i tancerek. Na żuwaczki kikimory, mam nadzieję że nie widać tych plam.
  Okej, jedna nóżka, druga nóżka, małe poślizgnięcie które cudem udało mi się zmienić w improwizowany piruet, który z kolei w mojej ocenie wyszedł nawet nieźle. Potem wygięcie się w łuk, niemożliwe dla normalnego człowieka, po czym płynne przejście na ziemię, gdzie reszta mojego zespołu miała mnie otoczyć. Ja miałem następnie wyjść z wachlarza ich dłoni jak syrenka z muszli. Tak też się stało, a ja czułem się zarówno jak skończony debil, jak i cudowny, odradzający się feniks. Uwielbiałem ten dreszczyk towarzyszący tańcu.
  Stałem w tej pozycji, póki nie rozległy się gromkie brawa ze strony publiczności. Zerknąłem w przód, większość nawet wstała. Nie było tak źle, chociaż jak miałem może jedenaście lat to odwaliłem taki występ, że później miałem kolce róży w policzku, bo ktoś dosłownie cisnął w moją twarz bukietem tych kwiatów. Oczywiście przypadkiem.
  Zdyszany zlazłem ze sceny, a moje serce odgrywało jakieś potężne utwory Bacha czy też Beethovena. Wszyscy sobie i mi gratulowali, ja także, w postaci spazmatycznych kciuków w górę.
  Nigdy bym się tak nie stresował podczas występu, jednak dnia dzisiejszego miałem powód – to był mój pierwszy występ baletowy od... może pięciu lat? Długo mi zajęło odkurzenie mojej dawnej gibkości i wdzięku, gdyż po hip hopie, który nie wymaga aż tak płynnych ruchów i lekkości, odzwyczaiłem się dość mocno.
  Znów prawie mnie rozebrali, bo znów stałem jak kołek na środku przebieralni.
  – C'etait super! – głos mojej rodzicielki rozległ się po pomieszczeniu. – Mon petit talent!
  Przewróciłem w myślach oczami i uśmiechnąłem się szeroko.
  – Merci beaucoup, mere – wyrecytowałem, po czym wymówiłem się przebraniem się. Na świętą Melitele, poszła sobie. Założyłem na siebie wygodne dresidła i ruszyłem do wyjścia.
  Wyszedłem razem z Bożydarem i Aurelią właśnie, wcześniej jeszcze był z nami Carter, ale się zmył w inną stronę. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, aż w pewnym momencie Bożydar stanął jak wryty, po czym totalnie z dupy puścił się pędem do przodu.
  – Filipendo! – krzyknął coś dziwnego i zaczął się witać z jakimś kolesiem. Razem z czarnowłosą Aurelią, którą lubiłem nazywać Aurelie, stanęliśmy uprzejmie z boku, jednak starałem się zapuścić żurawia uchem. Rozmawiali w dziwnym języku, chyba jakimś rosyjskim czy innym czeskim. W każdym razie przy angielskim, a zwłaszcza francuskim, brzmiał strasznie twardo i sucho.
  – Słuchajcie, to mój ziom, Filip! – Bożydar zwrócił się do nas.
  – Filippe? – wyrwało mi się, gdyż przez moją matkę automatycznie starałem się francuzić czyjeś imiona. Bożydar był dla mnie Cadeau de Dieu.
  – Ta, Fipcia! – zarechotał chłopak, klepiąc nieznajomego mi kolesia w plecy, a Aurelie zabłysła białymi zębami, jak to miała w zwyczaju. – Dobry kumpelo z Polski.
  I dopiero wtedy zauważyłem, że Bożydar nadal miał na sobie rajtuzy.

Nauka francuskiego z Killianem:
rappelez-vous – pamiętaj!
Spectacle to chyba wiadomo
notre famille – nasza rodzina
ma mere – moja mamo
c'etait super – było wspaniale
mon petit talent – mój mały talent, w stylu 'mój syn jest moim talentem', idk jak to wytłumaczyć xDD
merci beaucoup – dziękuję bardzo
Cadou de Dieu – dar Boga

Filip? Jeśli to opowiadanie w niektórych momentach wydało Ci się dziwne, przyzwyczajaj się bo jestem świrem.

Szablon
synestezja
panda graphics