Zabrałem tą niemotę do siebie, bo innego pomysłu w zaistniałej sytuacji nie miałem. Przez całą drogę nie odezwał się słowem, co mnie zdziwiło, jednak nie miałem ani czasu, ani zbytniej ochoty rozważać nad powodami takiego stanu rzeczy. Musiałem skupić się na uciekaniu przed wściekłymi i z pewnością rządnymi krwi wampirami, którym przerwałem tę jakże... Ciekawą aukcję. Niezły biznes sobie rozkręcili pod nosem Sopportare. Nie wiem, co musieli zrobić, że do tej pory ich nie wyczaili. Jednak mimo wszystko nie miałem zamiaru tak tego zostawiać, więc prawdopodobnie już za niedługo rozpocznie się nagonka na nich. Niestety, w drugą stronę to też mogło zadziałać, jeśli dowiedzą się, że to ja na nich doniosłem. Musiałem mieć się na baczności.
I mimo wszystko nadal uważać na Minho. Czyli, dla świętego spokoju i czystości mojego sumienia, prawdopodobnie będzie musiał u mnie zostać na jakiś czas. Aż się cała ta akcja nie skończy, w taki czy inny sposób.
Bo tak, zawsze brałem pod uwagę moją śmierć. To było zwykłe kalkulowanie, podchodzenie realnie do sprawy. Mogłem zginąć. W tym momencie bardziej mnie ta wizja cieszyła, niż martwiła. Jednak nadal czułem się w obowiązku zrobić wszystko, żeby jednak nie zginąć.
Gdy znajdowaliśmy się już bezpieczni w moim domu, posadziłem chłopaka na kanapie. Nie zapaliłem światła, odruch, w pokoju panował więc półmrok. Minho chyba był jednak zbyt przejęty tym wszystkim, żeby zwrócić uwagę na taki szczegół... Albo wampiry wpompowały w niego trochę swojej krwi, żeby go wzmocnić i teraz, nieprzyzwyczajony do lepszego wzroku, nawet nie zauważył, że w pokoju jest dziwnie ciemno, a ja nawet nie spojrzałem w kierunku włącznika światła. Ale to bez znaczenia.
Zacząłem zadawać pytania. No bo co innego miałbym robić? To wszystko, jego nagłe zaginięcie w klubie, następnie te dni, które musiałem poświęcić na szukanie go, a potem w końcu odbicie z łap krwiopijców... Chyba miałem prawo wiedzieć, dlaczego, do cholery? Co zrobił, czego mu zabroniłem, że znalazł się w tym, dość badziewnym, położeniu?
Ale nie odpowiadał mi. Chyba kilkakrotnie próbował, otwierał usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Coś było nie tak... Tylko co?
W końcu zrozumiałem, gdy na migi zaczął mi pokazywać, żebym podał mu coś do pisania. Nie używał oczywiście języka migowego, pewnie go z resztą nie znał, mimo to chciałem mu odruchowo odmigać. Powstrzymałem się w połowie pierwszego ruchu. Przeczesałem włosy palcami, westchnąłem ciężko i poszedłem po jakąś kartkę i długopis, żeby mężczyzna mógł prowadzić ze mną jako taki dialog.
Jak szybko się nie dowiem, co spowodowało u niego ten nagły zanik mowy (bo język miał na swoim miejscu), będę go chyba musiał nauczyć jakiś podstaw migowego. Bo takie pisanie na kartce było wyjątkowo niepraktyczne na dłuższą metę, natomiast do mieszkania z migającą osobą byłem przyzwyczajony... To znaczy, właśnie, byłem. Kilkaset lat temu przez parę lat mieszkałem z głuchą kobietą, czarownicą, która mimo, że pewnie była w stanie, nie chciała przywracać sobie słuchu. Uważała to za zbyteczne. Opiekowałem się nią w ostatnich latach jej życia, gdy wszyscy inni, rodzina, przyjaciele, ją porzucili, bo była stara i schorowana. A ja miałem wobec niej dług, który chciałem spłacić, chociaż częściowo w taki sposób.
- Proszę - mruknąłem, wracając do salonu z kartką i długopisem, których znalezienie zajęło mi chwilę. Większość papierów, jakie posiadałem, była ważnymi dokumentami, po których nie wypadało pisać, nawet po odwrocie. W końcu jednak znalazłem jakiś stary, nieco sypiący się już zeszyt. Zszywany nicią, nie metalowymi zszywkami. Nie wiem, skąd go miałem, ani ile miał lat, ale kartki dawno już pożółkły i zaczynały się powoli rozpadać. Łatwo się rwały przy gwałtownych ruchach, na przykład niezbyt ostrożnym przerzucaniu kartek... Ale był pusty, musiałem kiedyś go kupić, tudzież zrobić, a potem nie wykorzystać do niczego. Mógł więc teraz posłużyć Minho.
Mężczyzna natychmiast zabrał się do pisania, a ja patrzyłem z zainteresowaniem, jak długopis, wiedziony dłonią Rudego, kreśli na papierze litery. Miałem nadzieję, że, poza wytłumaczeniem wszystkiego, podrzuci mi jakiś pomysł na to, co się stało z jego głosem. Dlaczego nie może mówić i co trzeba zrobić, żeby ten stan odwrócić.
Bo może i mi to odpowiadało, ale bez głosu nie będzie w stanie sam funkcjonować w taki sposób, jak wcześniej. Niemy barman... Raczej sobie tego nie wyobrażałem. Musiał odzyskać głos, żebym nareszcie miał z nim spokój. Bo na razie jedyne, co mnie z nim spotkało, to utrapienie.
Minho?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silas. Pokaż wszystkie posty
30.05.2020
27.03.2020
Od Silasa CD Katfrin
Polowanie zawiodło mnie dość daleko w las. Dalej, niż się spodziewałem, ale nie chciałem odpuszczać nadnaturalnemu, który uciekał przede mną od kilku... kilkudziesięciu już w sumie, minut. Dostałem na niego zlecenie z miesiąc temu, znalazłem już następnego dnia, a jednak do tej pory nie natrafiła się odpowiednia okazja, by go złapać. Lub zlikwidować (choć ta opcja tym razem jakoś mi się nie uśmiechała). Aż do dzisiaj. Nie chciałem czekać, aż nadarzy się kolejna, przeciwnik nie był na tyle poważny, by poświęcać mu aż tyle czasu. Miałem... no może nie ciekawsze rzeczy do robienia. Niemniej ganianie po lesie za duszkiem leśnym, który od kilku miesięcy terroryzuje okolicę (kto by pomyślał, że przedstawiciele jego gatunku są uważani za niegroźne istoty...) nie było najciekawszym zajęciem, jakie mogłem sobie znaleźć.
Gdy leśniak przystanął, prawdopodobnie by złapać oddech, ja pod osłoną pobliskich krzaków postanowiłem do niego podejść. Udało mi się dość znacznie zbliżyć, przykucnąć i wysłać, skąpe o tej porze dnia, cienie na zwiady, by podpowiedziały mi choć trochę, gdzie znajduje się mężczyzna. Żebym za pierwszym razem mógł go złapać i nie musiał sięgać po broń, żeby przypadkiem wątłemu przestępcy nie zrobić krzywdy. Nie zrobił znowu nic strasznego, w zasadzie to nie do końca wiedziałem, dlaczego Sopp wystawiło za nim od razu list gończy... Ale jak płacą, to dlaczego mam się nie zabrać za tę sprawę? Przynajmniej dzięki temu, że się nią zająłem, prawdopodobnie uratowałem leśniakowi życie.
Po chwili znałem jego położenie nawet nie dzięki cieniom, a przez jego ciężki, lekko paniczny oddech. Westchnąłem ciężko w duchu. Panika w takim momencie... głupio z jego strony.
Powoli sięgnąłem do kabury z bronią palną, którą dziś tradycyjnie przywiesiłem przy pasie. Nie zabrałem wiele więcej, jeszcze tylko noże schowane w rękawach, gdyby sprawy nie poszły po mojej myśli, a przeciwnik okazałby się potężniejszy, niż bym przypuszczał. Mimo wszystko nie spodziewałem się jednak większych kłopotów.
Nie spodziewałem się również tego, że w momencie, gdy będę przeładowywał broń, jak spod ziemi pojawi się przy mnie koń... i siedząca na nim dziewczyna. Która, jak gdyby nigdy nic, podkłusuje do mnie, strasząc mój cel i wyjeżdżając do mnie z pytaniem:
- Mamy pozwolenie na broń?
Pierwszym pytaniem, jakie nasunęło mi się w tamtym momencie, było: biec za nim, czy sobie darować? Gdybym teraz zaczął biec, dziewczyna uznałaby, że uciekam i pewnie zaczęłaby mnie gonić. Nie wyglądała na osobę, która po prostu by sobie darowała, a że właśnie jechała konno, miała nade mną przewagę. W leśnym terenie może nie znaczną, ale jednak przewagę. I jakby mnie złapała, musiałbym się tłumaczyć, dlaczego uciekałem.
Dlatego ze zirytowanym warknięciem sobie darowałem. Trudno, znajdę gościa kiedy indziej. Albo po prostu dam mu spokój, w sumie dobrze sobie radził, może nie zabije go inny łowca nagród, mniej wyrozumiały niż ja.
Odwróciłem się powoli do dziewczyny, zabezpieczając broń i chowając ją z powrotem do kabury. Milczałem dobrą chwilę, w czasie której dziewczyna chyba już zaczęła się zastanawiać, jak najskuteczniej dać nogę, ewentualnie, skąd nadejdzie cios czy coś takiego... Prawdę mówiąc nie obchodziło mnie, co się działo w jej głowie. Przerwała mi polowanie.
A ja bardzo nie lubiłem, gdy mi się przerywa.
- Ja mam - powiedziałem cicho, może nieco złowrogo. Ale to nie do końca kwestia podejścia, a po prostu tonu mojego głosu. Gdy nie wysilałem strun głosowych bardziej, niż to konieczne, by mnie usłyszano, po prostu tak brzmiałem. - Nie wiem, jak ty, jednak chyba powinnaś znać odpowiedź na to pytanie - widząc pojawiającą się na jej twarzy konsternację, wykrzywiłem kącik ust w nieco kpiącym uśmiechu. - Zadałaś pytanie w liczbie mnogiej, a nawet ja już tak nie mówię - gdy tylko zrozumiałem, co nieumyślnie powiedziałem, miałem ochotę się trzepnąć za nieuwagę. Cholera. Chyba znowu zaczynam zbytnio dawać się ponosić emocjom. Będę musiał coś z tym zrobić, bo to w moim przypadku niezdrowe na dłuższą metę.
Podniosłem się z ziemi, otrzepując długi, czarny płaszcz z resztek ściółki leśnej, która się na nim zebrała. Myślałem, że dziewczyna da sobie spokój i pojedzie dalej. Ale nie. Została.
No kurwa mać.
Katfrin?
Gdy leśniak przystanął, prawdopodobnie by złapać oddech, ja pod osłoną pobliskich krzaków postanowiłem do niego podejść. Udało mi się dość znacznie zbliżyć, przykucnąć i wysłać, skąpe o tej porze dnia, cienie na zwiady, by podpowiedziały mi choć trochę, gdzie znajduje się mężczyzna. Żebym za pierwszym razem mógł go złapać i nie musiał sięgać po broń, żeby przypadkiem wątłemu przestępcy nie zrobić krzywdy. Nie zrobił znowu nic strasznego, w zasadzie to nie do końca wiedziałem, dlaczego Sopp wystawiło za nim od razu list gończy... Ale jak płacą, to dlaczego mam się nie zabrać za tę sprawę? Przynajmniej dzięki temu, że się nią zająłem, prawdopodobnie uratowałem leśniakowi życie.
Po chwili znałem jego położenie nawet nie dzięki cieniom, a przez jego ciężki, lekko paniczny oddech. Westchnąłem ciężko w duchu. Panika w takim momencie... głupio z jego strony.
Powoli sięgnąłem do kabury z bronią palną, którą dziś tradycyjnie przywiesiłem przy pasie. Nie zabrałem wiele więcej, jeszcze tylko noże schowane w rękawach, gdyby sprawy nie poszły po mojej myśli, a przeciwnik okazałby się potężniejszy, niż bym przypuszczał. Mimo wszystko nie spodziewałem się jednak większych kłopotów.
Nie spodziewałem się również tego, że w momencie, gdy będę przeładowywał broń, jak spod ziemi pojawi się przy mnie koń... i siedząca na nim dziewczyna. Która, jak gdyby nigdy nic, podkłusuje do mnie, strasząc mój cel i wyjeżdżając do mnie z pytaniem:
- Mamy pozwolenie na broń?
Pierwszym pytaniem, jakie nasunęło mi się w tamtym momencie, było: biec za nim, czy sobie darować? Gdybym teraz zaczął biec, dziewczyna uznałaby, że uciekam i pewnie zaczęłaby mnie gonić. Nie wyglądała na osobę, która po prostu by sobie darowała, a że właśnie jechała konno, miała nade mną przewagę. W leśnym terenie może nie znaczną, ale jednak przewagę. I jakby mnie złapała, musiałbym się tłumaczyć, dlaczego uciekałem.
Dlatego ze zirytowanym warknięciem sobie darowałem. Trudno, znajdę gościa kiedy indziej. Albo po prostu dam mu spokój, w sumie dobrze sobie radził, może nie zabije go inny łowca nagród, mniej wyrozumiały niż ja.
Odwróciłem się powoli do dziewczyny, zabezpieczając broń i chowając ją z powrotem do kabury. Milczałem dobrą chwilę, w czasie której dziewczyna chyba już zaczęła się zastanawiać, jak najskuteczniej dać nogę, ewentualnie, skąd nadejdzie cios czy coś takiego... Prawdę mówiąc nie obchodziło mnie, co się działo w jej głowie. Przerwała mi polowanie.
A ja bardzo nie lubiłem, gdy mi się przerywa.
- Ja mam - powiedziałem cicho, może nieco złowrogo. Ale to nie do końca kwestia podejścia, a po prostu tonu mojego głosu. Gdy nie wysilałem strun głosowych bardziej, niż to konieczne, by mnie usłyszano, po prostu tak brzmiałem. - Nie wiem, jak ty, jednak chyba powinnaś znać odpowiedź na to pytanie - widząc pojawiającą się na jej twarzy konsternację, wykrzywiłem kącik ust w nieco kpiącym uśmiechu. - Zadałaś pytanie w liczbie mnogiej, a nawet ja już tak nie mówię - gdy tylko zrozumiałem, co nieumyślnie powiedziałem, miałem ochotę się trzepnąć za nieuwagę. Cholera. Chyba znowu zaczynam zbytnio dawać się ponosić emocjom. Będę musiał coś z tym zrobić, bo to w moim przypadku niezdrowe na dłuższą metę.
Podniosłem się z ziemi, otrzepując długi, czarny płaszcz z resztek ściółki leśnej, która się na nim zebrała. Myślałem, że dziewczyna da sobie spokój i pojedzie dalej. Ale nie. Została.
No kurwa mać.
Katfrin?
14.03.2020
Od Silasa CD Minho
- Nie wiem, gdzie on jest - wysyczała wampirzyca, rozchlapując dookoła, wraz ze śliną, kropelki krwi. Możliwe, że wybiłem jej jeden kieł. Ale jakoś nie było mi z tego powodu przykro, odrośnie. - Mówię ci to raz za razem, kiedy to do ciebie dotrze?!
W ułamku sekundy zacisnąłem dłoń na jej włosach, brutalnie odciągając głowę do tyłu. Wrzasnęła, pewnie bardziej z wściekłości niż bólu. Tym również średnio się przejąłem. Głośna muzyka w klubie wystarczająco dobrze zagłuszała dźwięki, by nikt nie zwrócił na to uwagi.
- A ja ci nie wierzę, co naprawdę nietrudno wywnioskować - powiedziałem, nienaturalnie spokojnym tonem. - Gdzie jest człowiek, z którym tu przyszedłem?
Wypuściłem z siebie słabą iskrę energii elektrycznej, która boleśnie, ale bez wyrządzania większej krzywdy, poraziła wampirzycę. Ponownie wrzasnęła.
Jednak prawda była taka, że niewiele mogłem zrobić, nie wiedząc nic i nie mając zdolności telepatycznych, by wyciągnąć potrzebne mi informacje z głowy kobiety. Wampiry są twarde. Jeśli ma ku temu istotny powód, nic mi nie powie, choćbym ją zakatował, doprowadzając na skraj śmierci.
To była robota głupiego.
Wydałem z siebie sfrustrowane warknięcie. Napiąłem mięśnie, by wykonać szybki ruch, w wyniku którego głowa wampirzycy uderzyłaby o umywalkę, co prawdopodobnie na pewien czas pozbawiłoby ją przytomności... i nagle nastąpił przełom.
- Cholera! - wrzasnęła, a ja zatrzymałem się w połowie ruchu. - Dobra! Kurwa! Miałam go otumanić, żeby mogli go zabrać i wystawić na aukcję, ale nie wiem, gdzie go zabrali. Czy teraz mnie łaskawie puścisz?
Ni chuja.
- Trzeba było tak od razu, oszczędziłabyś nam obydwojgu irytacji - syknąłem. I zamiast uraczyć czaszką kobiety o umywalkę, strzeliłem ją mocniejszą dawką energii elektrycznej. Oczy uciekły jej w głąb czaszki i osunęła się nieprzytomna w moje ramiona. Posadziłem ją na toalecie i wyszedłem.
Musiałem znaleźć Minho.
Tydzień. Tyle zajęło mi znalezienie jakichkolwiek poszlak, oddzielenie ziaren od plew i poskładanie tego, co miałem, we w miarę logiczną całość. Można wręcz powiedzieć, że poruszyłem niebo i ziemię, żeby go znaleźć. I w końcu trafiłem... na coś.
Na coś. Tydzień cholernych poszukiwań. Podsłuchiwania rozmów w klubach wampirów. Narażania się na każdym kroku jak nie na zdemaskowanie, to rozszarpanie na strzępy. Jeśli myślało się pozytywnie. Bo wampiry działały podobnie do chmary szarańczy - obsiadały ofiarę z każdej strony, aż ta zwyczajnie nie była w stanie im uciec, istniała więc możliwość, że i mnie postanowiliby sprzedać... Choć to byłaby z ich strony głupota. Jestem dość pamiętliwy.
W każdym razie, po tym niemożliwie długim czasie... to znaczy, nie dla mnie, jednak dla zamkniętego nie wiadomo gdzie Minho i owszem... mogłem w końcu wysnuć jakieś przypuszczenia odnośne tego, gdzie teraz przebywa. Nie obyło się co prawda bez pomocy Blacka, ale liczyły się efekty, nie droga, jaką do nich przebyłem. I tak też dowiedziałem się, że chłopak najprawdopodobniej przebywał niemal w samym centrum miasta (co było, z strony wampirów, wystąpieniem cokolwiek ryzykownym), w tak oczywistym miejscu, że bardziej się nie dało. Może dlatego nie mogłem go znaleźć - w końcu najlepiej chowa się rzeczy na widoku. A tym miejscem był... Jeden z popularniejszych w mieście klubów wampirów.
Stałem teraz na skraju dachu wieżowca, mieszczącego się dokładnie naprzeciwko wspomnianej miejscówki. Przyglądałem się wchodzącym i wychodzącym z niej nadnaturalnym, obserwowałem wejście, zastanawiając się, czy zdołałbym się wśliznąć do środka niepostrzeżenie. Gdybym miał do czynienia z ludźmi, zrobiłbym to bez problemu, ale wampiry miały lepiej wyczulone zmysły. W tym węch. Jak dla wzroku i słuchu potrafiłem pozostać niewidzialny, tak po zapachu niestety bardzo łatwo było mnie wytropić. Musiałem więc szukać jakiś alternatyw dla wślizgiwania się pod osłoną cieni przez główne wejście, za plecami ochroniarzy.
Po godzinie sterczenia bez żadnych efektów w miejscu stwierdziłem, że jeśli do teraz nic nie wymyśliłem, to już na nic nie wpadnę. Ze zrezygnowanym westchnieniem zszedłem na poziom ulicy i - dalej - prosto do drzwi wejściowych.
Czułem się wręcz zawiedziony, że ochroniarze wpuścili mnie bez problemu, nie zadając żadnych pytań. I gdy myślałem już, że będę mógł spokojnie zbadać wnętrze budynku, określić, gdzie trzymają Minho... W ciemnym korytarzu, w który mnie skierowano, oberwałem czymś ciężkim w potylicę z siłą na tyle dużą, że straciłem przytomność.
W ułamku sekundy zacisnąłem dłoń na jej włosach, brutalnie odciągając głowę do tyłu. Wrzasnęła, pewnie bardziej z wściekłości niż bólu. Tym również średnio się przejąłem. Głośna muzyka w klubie wystarczająco dobrze zagłuszała dźwięki, by nikt nie zwrócił na to uwagi.
- A ja ci nie wierzę, co naprawdę nietrudno wywnioskować - powiedziałem, nienaturalnie spokojnym tonem. - Gdzie jest człowiek, z którym tu przyszedłem?
Wypuściłem z siebie słabą iskrę energii elektrycznej, która boleśnie, ale bez wyrządzania większej krzywdy, poraziła wampirzycę. Ponownie wrzasnęła.
Jednak prawda była taka, że niewiele mogłem zrobić, nie wiedząc nic i nie mając zdolności telepatycznych, by wyciągnąć potrzebne mi informacje z głowy kobiety. Wampiry są twarde. Jeśli ma ku temu istotny powód, nic mi nie powie, choćbym ją zakatował, doprowadzając na skraj śmierci.
To była robota głupiego.
Wydałem z siebie sfrustrowane warknięcie. Napiąłem mięśnie, by wykonać szybki ruch, w wyniku którego głowa wampirzycy uderzyłaby o umywalkę, co prawdopodobnie na pewien czas pozbawiłoby ją przytomności... i nagle nastąpił przełom.
- Cholera! - wrzasnęła, a ja zatrzymałem się w połowie ruchu. - Dobra! Kurwa! Miałam go otumanić, żeby mogli go zabrać i wystawić na aukcję, ale nie wiem, gdzie go zabrali. Czy teraz mnie łaskawie puścisz?
Ni chuja.
- Trzeba było tak od razu, oszczędziłabyś nam obydwojgu irytacji - syknąłem. I zamiast uraczyć czaszką kobiety o umywalkę, strzeliłem ją mocniejszą dawką energii elektrycznej. Oczy uciekły jej w głąb czaszki i osunęła się nieprzytomna w moje ramiona. Posadziłem ją na toalecie i wyszedłem.
Musiałem znaleźć Minho.
~•~
Tydzień. Tyle zajęło mi znalezienie jakichkolwiek poszlak, oddzielenie ziaren od plew i poskładanie tego, co miałem, we w miarę logiczną całość. Można wręcz powiedzieć, że poruszyłem niebo i ziemię, żeby go znaleźć. I w końcu trafiłem... na coś.
Na coś. Tydzień cholernych poszukiwań. Podsłuchiwania rozmów w klubach wampirów. Narażania się na każdym kroku jak nie na zdemaskowanie, to rozszarpanie na strzępy. Jeśli myślało się pozytywnie. Bo wampiry działały podobnie do chmary szarańczy - obsiadały ofiarę z każdej strony, aż ta zwyczajnie nie była w stanie im uciec, istniała więc możliwość, że i mnie postanowiliby sprzedać... Choć to byłaby z ich strony głupota. Jestem dość pamiętliwy.
W każdym razie, po tym niemożliwie długim czasie... to znaczy, nie dla mnie, jednak dla zamkniętego nie wiadomo gdzie Minho i owszem... mogłem w końcu wysnuć jakieś przypuszczenia odnośne tego, gdzie teraz przebywa. Nie obyło się co prawda bez pomocy Blacka, ale liczyły się efekty, nie droga, jaką do nich przebyłem. I tak też dowiedziałem się, że chłopak najprawdopodobniej przebywał niemal w samym centrum miasta (co było, z strony wampirów, wystąpieniem cokolwiek ryzykownym), w tak oczywistym miejscu, że bardziej się nie dało. Może dlatego nie mogłem go znaleźć - w końcu najlepiej chowa się rzeczy na widoku. A tym miejscem był... Jeden z popularniejszych w mieście klubów wampirów.
Stałem teraz na skraju dachu wieżowca, mieszczącego się dokładnie naprzeciwko wspomnianej miejscówki. Przyglądałem się wchodzącym i wychodzącym z niej nadnaturalnym, obserwowałem wejście, zastanawiając się, czy zdołałbym się wśliznąć do środka niepostrzeżenie. Gdybym miał do czynienia z ludźmi, zrobiłbym to bez problemu, ale wampiry miały lepiej wyczulone zmysły. W tym węch. Jak dla wzroku i słuchu potrafiłem pozostać niewidzialny, tak po zapachu niestety bardzo łatwo było mnie wytropić. Musiałem więc szukać jakiś alternatyw dla wślizgiwania się pod osłoną cieni przez główne wejście, za plecami ochroniarzy.
Po godzinie sterczenia bez żadnych efektów w miejscu stwierdziłem, że jeśli do teraz nic nie wymyśliłem, to już na nic nie wpadnę. Ze zrezygnowanym westchnieniem zszedłem na poziom ulicy i - dalej - prosto do drzwi wejściowych.
Czułem się wręcz zawiedziony, że ochroniarze wpuścili mnie bez problemu, nie zadając żadnych pytań. I gdy myślałem już, że będę mógł spokojnie zbadać wnętrze budynku, określić, gdzie trzymają Minho... W ciemnym korytarzu, w który mnie skierowano, oberwałem czymś ciężkim w potylicę z siłą na tyle dużą, że straciłem przytomność.
~•~
Obudziłem się nagi od pasa w górę, z rękami przykutymi na łańcuchach do ściany. Szarpnąłem się, niezbyt przykładając się do tego, tylko w ramach małego eksperymentu, czy wampiry się postarały. Pęta nie odpadły od ściany od razu, co kazało mi przypuszczać, że się przyłożyli do zadania. Nic tylko pogratulować.
Powisiałem sobie tak jeszcze chwilę, bujając się lekko w przód i w tył, zastanawiając się, czy to nie okaże się dla łańcuchów za dużo i jednocześnie ciesząc się, że nie przyszedłem tu dzisiaj w moim płaszczu z cieni. Bo musiałbym go teraz szukać, a zwykłego płaszcza i koszuli, które miałem na sobie, gdy wchodziłem do przybytku wampirów, a których ani nie miałem na sobie, ani nie widziałem nigdzie w pobliżu, nie było mi szkoda. Kupię sobie nowe, a teraz oszczędzę sobie trudu, zamiast tego pójdę po prostu szukać Minho.
W sumie, wampiry zrobiły mi przysługę, zamykając mnie tu, nie musiałem już szukać miejsca, gdzie dokładnie przetrzymują Rudego, bo prawdopodobnie był gdzieś niedaleko.
Upewniwszy się, że nikt mnie nie pilnuje, szarpnąłem za łańcuchy nieco mocniej. Poczułem , jak na głowę i ramiona posypał mi się tynk z pękającej ściany. Szarpnąłem więc nieco mocniej...
Puściły. Jaka niespodzianka...
Przejechałem kilkakrotnie dłonią po włosach, by wytrzepać z nich chociaż część tynku i by jego resztki nie sypały mi się do oczu, utrudniając widzenie w czasie ewentualnej walki. Szybko zlokalizowałem wejście, do którego natychmiast się udałem, zgarniając po drodze jakiś podejrzanie wyglądający nóż, który ktoś, opatrznie lub nie, zostawił na stoliku, również znajdującym się w pomieszczeniu. Wniosek z tego taki, że albo wampiry nie wiedziały, z kim mają do czynienia, albo zbagatelizowały sprawę. Za co przypłacą może nie życiem, bo nie chciało mi się bawić w odcinanie głów i palenie, ale na pewno poobijaniem tych swoich wampirzych tyłków.
Wypadłem na korytarz, otwierając drzwi jednym szarpnięciem, przy okazji powalają już jednego ze strażników, których jednak postawili, tyle że na zewnątrz swego rodzaju celi, w której mnie zamknęli. Drugi oberwał nożem pod żebra. Dodatkowo przekręciłem ostrze, zanim je wyszarpnąłem, by wyrządzić jeszcze większe spustoszenie i utrudnić regenerację. Gdy przeciwnik zgiął się w pół, ponownie dźgnąłem go ostrzem, tym razem celując w tętnicę szyjną. Przy okazji przebiłem gardło i tchawicę. Nie powinien mi już dzisiaj sprawiać problemów.
W tym czasie z ziemi podniósł się ten powalony wcześniej przeze mnie. Wyszczerzył zęby w wyrazie wściekłości, jednak nim zdążył na nie skoczyć, rzuciłem nożem.
Który wbił się dokładnie w sam środek jego czoła.
Mocno wkurwiony tym, że w ogóle się tu znalazłem i musiałem stawiać czoła wampirom, ruszyłem dalej korytarzem, zostawiając dwóch chwilowo zlikwidowanych nadnaturalnych za sobą. Straciłem nóż, po którego nie chciało mi się schylać, ale wątpiłem, by miało mi to w jakikolwiek sposób przeszkodzić. Tę zgraję stanowili, z tego, co zdołałem się dowiedzieć, sami samozwańcy, o niewielkich zdolnościach i wątpliwych zdolnościach logicznego przewidywania... co miałem okazję zaobserwować przed chwilą.
Jedyny problem polegał na tym, że betonowy korytarz, którym szedłem, miał sporo odnóg i drzwi, za którymi potencjalnie mógł być Minho. Albo wampiry. Bądź inni przeznaczeni na aukcje. W każdym razie, musiałem zajrzeć do każdego pomieszczenia. Potencjalnie skonfrontować się z wampirami, ale przede wszystkim musiałem uwolnić Rudego.
Pierwsze drzwi, pierwsza skucha. I pierwsze wampiry do zneutralizowania.
Nie zrozumcie mnie źle, jakby się na mnie nie rzuciły pierwsze, zostawiłbym je w spokoju. Ale musiałem się bronić.
Kilkanaście sekund później wszyscy leżeli już z przetrąconymi karkami. I tak, jakby ktoś się zastanawiał, nie znaczyło to wcale, że są martwi. Martwy wampir to proch, a oni nim jeszcze nie byli, nic nie było przesądzone.
Pewnym krokiem ruszyłem dalej korytarzem, na dalsze poszukiwania. Wierzchem dłoni otarłem z kącika ust krew, która pojawiła się tam w wyniku uderzenia przez jednego z napastników. Rana już się zasklepiła, ale ciemnego koloru ciecz pozostała, dając nieprzyjemne uczucie, którego potrzebowałem się pozbyć.
Jeszcze tylko nie wiem ile drzwi i ile przeciwników przede mną. A Minho czekał.
Wypadałoby, żebym się pospieszył.
Minho?
Powisiałem sobie tak jeszcze chwilę, bujając się lekko w przód i w tył, zastanawiając się, czy to nie okaże się dla łańcuchów za dużo i jednocześnie ciesząc się, że nie przyszedłem tu dzisiaj w moim płaszczu z cieni. Bo musiałbym go teraz szukać, a zwykłego płaszcza i koszuli, które miałem na sobie, gdy wchodziłem do przybytku wampirów, a których ani nie miałem na sobie, ani nie widziałem nigdzie w pobliżu, nie było mi szkoda. Kupię sobie nowe, a teraz oszczędzę sobie trudu, zamiast tego pójdę po prostu szukać Minho.
W sumie, wampiry zrobiły mi przysługę, zamykając mnie tu, nie musiałem już szukać miejsca, gdzie dokładnie przetrzymują Rudego, bo prawdopodobnie był gdzieś niedaleko.
Upewniwszy się, że nikt mnie nie pilnuje, szarpnąłem za łańcuchy nieco mocniej. Poczułem , jak na głowę i ramiona posypał mi się tynk z pękającej ściany. Szarpnąłem więc nieco mocniej...
Puściły. Jaka niespodzianka...
Przejechałem kilkakrotnie dłonią po włosach, by wytrzepać z nich chociaż część tynku i by jego resztki nie sypały mi się do oczu, utrudniając widzenie w czasie ewentualnej walki. Szybko zlokalizowałem wejście, do którego natychmiast się udałem, zgarniając po drodze jakiś podejrzanie wyglądający nóż, który ktoś, opatrznie lub nie, zostawił na stoliku, również znajdującym się w pomieszczeniu. Wniosek z tego taki, że albo wampiry nie wiedziały, z kim mają do czynienia, albo zbagatelizowały sprawę. Za co przypłacą może nie życiem, bo nie chciało mi się bawić w odcinanie głów i palenie, ale na pewno poobijaniem tych swoich wampirzych tyłków.
Wypadłem na korytarz, otwierając drzwi jednym szarpnięciem, przy okazji powalają już jednego ze strażników, których jednak postawili, tyle że na zewnątrz swego rodzaju celi, w której mnie zamknęli. Drugi oberwał nożem pod żebra. Dodatkowo przekręciłem ostrze, zanim je wyszarpnąłem, by wyrządzić jeszcze większe spustoszenie i utrudnić regenerację. Gdy przeciwnik zgiął się w pół, ponownie dźgnąłem go ostrzem, tym razem celując w tętnicę szyjną. Przy okazji przebiłem gardło i tchawicę. Nie powinien mi już dzisiaj sprawiać problemów.
W tym czasie z ziemi podniósł się ten powalony wcześniej przeze mnie. Wyszczerzył zęby w wyrazie wściekłości, jednak nim zdążył na nie skoczyć, rzuciłem nożem.
Który wbił się dokładnie w sam środek jego czoła.
Mocno wkurwiony tym, że w ogóle się tu znalazłem i musiałem stawiać czoła wampirom, ruszyłem dalej korytarzem, zostawiając dwóch chwilowo zlikwidowanych nadnaturalnych za sobą. Straciłem nóż, po którego nie chciało mi się schylać, ale wątpiłem, by miało mi to w jakikolwiek sposób przeszkodzić. Tę zgraję stanowili, z tego, co zdołałem się dowiedzieć, sami samozwańcy, o niewielkich zdolnościach i wątpliwych zdolnościach logicznego przewidywania... co miałem okazję zaobserwować przed chwilą.
Jedyny problem polegał na tym, że betonowy korytarz, którym szedłem, miał sporo odnóg i drzwi, za którymi potencjalnie mógł być Minho. Albo wampiry. Bądź inni przeznaczeni na aukcje. W każdym razie, musiałem zajrzeć do każdego pomieszczenia. Potencjalnie skonfrontować się z wampirami, ale przede wszystkim musiałem uwolnić Rudego.
Pierwsze drzwi, pierwsza skucha. I pierwsze wampiry do zneutralizowania.
Kilkanaście sekund później wszyscy leżeli już z przetrąconymi karkami. I tak, jakby ktoś się zastanawiał, nie znaczyło to wcale, że są martwi. Martwy wampir to proch, a oni nim jeszcze nie byli, nic nie było przesądzone.Pewnym krokiem ruszyłem dalej korytarzem, na dalsze poszukiwania. Wierzchem dłoni otarłem z kącika ust krew, która pojawiła się tam w wyniku uderzenia przez jednego z napastników. Rana już się zasklepiła, ale ciemnego koloru ciecz pozostała, dając nieprzyjemne uczucie, którego potrzebowałem się pozbyć.
Jeszcze tylko nie wiem ile drzwi i ile przeciwników przede mną. A Minho czekał.
Wypadałoby, żebym się pospieszył.
Minho?
14.02.2020
Od Silasa CD Minho
Miałem nie brać już udziału w tych walkach. To znaczy... sądziłem, że się bez tego obędzie.
Niestety, pieniędzy od Nullaha jak nie miałem, tak nie mam, a jak nie chciał po dobroci, to trzeba było sięgnąć po inną strategię. Wzięcie udziału w generalnie mało lubianych przeze mnie walkach na ringu było w tym przypadku chyba jedynym rozwiązaniem.
Zostawiłem Minho z poleceniem, by niczego nie próbował jeść ani pić. A najlepiej w ogóle na nikogo nie patrzył dłużej, niż trwało przypadkowe spojrzenie. Po czym sam udałem się w okolice ringu, by znaleźć bukmachera, u którego wcześniej się zapisywałem.
Kilka walk później, które przypłaciłem zaledwie kilkoma siniakami, które i tak niemal od razu zniknęły, byłem bogatszy o całą postawioną dzisiaj sumę. I pewną wysnutą konkluzję: ludzie są jednak głupi. Bo na moją wygraną w ostatniej rundzie nie postawiła ani jedna osoba, mimo że zawodnik za zawodnikiem padali pod moimi ciosami. Jednemu musiałem połamać żebra, bo nie dało się go ogłuszyć, reszta wyszła z pojedynku ze mną zaledwie ze wstrząśnieniem mózgu po tym, jak uderzyłem ich czaszkami o betonową podłogę. Będą ich bolały głowy przez następne kilka tygodni, ale nie było to nic trwałego. Mieli szczęście.
Czego nie mogłem powiedzieć o moim towarzyszu. Ten to miał cholernego pecha.
Gdy zszedłem już z ringu, nadal ubrany w same spodnie, z gołym torsem, bo takie były zasady walk, poza tym łatwiej się tak walczyło, nie znalazłem Minho tam, gdzie go zostawiłem. Natychmiast przystanąłem, napinając wszystkie mięśnie, w każdym momemcie gotowy do działania. Ale chłopaka nigdzie nie było widać.
- Szlag by to - murknąłem, zaczynając przeciskać się między ludźmi. Walki na dziś się skończyły. Było już naprawdę późno... a w zasadzie to wcześnie rano. Niedługo ten przybytek zostanie zamknięty.
A Minho nigdzie nie było.
Przez chwilę podejrzewałem Nullaha. Ale gdy znalazłem go przy barze, po czym przycisnąłem jego twarz do blatu, tłukąc przy tym kilka kieliszków, strasząc jakąś wampirzycę, no i oczywiście irytując barmana-centaura, ze łzami w oczach i osikanymi spodniami przysiągł, że nie ma pojęcia, gdzie chłopak jest. Nie miałem powodu mu nie wierzyć. A na odchodne rzuciłem tylko, że chyba dzisiaj zbytnio się nie wzbogaci. I że dług pieniężny, jaki u mnie zaciągnął, mogę uznać za spłacony. Tylko dlatego, że nie mam teraz na niego czasu.
I gdy miałem już odchodzić... coś mnie tknęło.
Przeniosłem wzrok błękitnych oczu na wampirzycę, którą tak przestraszyłem, gdy zaatakowałem Nullaha. Wycierała chusteczkami alkohol z krótkiej spódniczki. Tak myślałem, że nie chodziło o sam fakt rozruby w barze. Im zawsze chodziło o wygląd.
Ale to nie to mnie zmusiło do odwrócenia się i ponownego spojrzenia na nią. Nie jej wcześniejszy pisk, tylko... jakby znajomy zapach.
Chwilę przyglądałem się jej staraniom usunięcia alkoholu z ciuchu. Nim zrozumiałem, skąd kojarzę ten zapach.
Tak pachniał Minho, gdy do niego dołączyłem po wstępnym rozprawieniu się z Nullahem.
Zgrzytnąłem zębami, starając się rozładować zalążek furii, która już się we mnie gotowała. Zaatakowała człowieka. Nie mogłem jej winić, to jednak instynkty, a Minho był bardzo łatwym celem. Nieświadomy, w tłumie nadludzi. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Jednak Rudy był tu pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. Obiecałem, że nic mu się nie stanie. A ta wampirzyca właśnie podwarzyła wagę mojego słowa.
Tylko że... chłopaka tu nie było. To znaczy, że ona mogła rzucić czar. Ale niekoniecznie ona go zabrała.
Cholera.
Minho?
Takie meh, przepraszam ;-;
Niestety, pieniędzy od Nullaha jak nie miałem, tak nie mam, a jak nie chciał po dobroci, to trzeba było sięgnąć po inną strategię. Wzięcie udziału w generalnie mało lubianych przeze mnie walkach na ringu było w tym przypadku chyba jedynym rozwiązaniem.
Zostawiłem Minho z poleceniem, by niczego nie próbował jeść ani pić. A najlepiej w ogóle na nikogo nie patrzył dłużej, niż trwało przypadkowe spojrzenie. Po czym sam udałem się w okolice ringu, by znaleźć bukmachera, u którego wcześniej się zapisywałem.
Kilka walk później, które przypłaciłem zaledwie kilkoma siniakami, które i tak niemal od razu zniknęły, byłem bogatszy o całą postawioną dzisiaj sumę. I pewną wysnutą konkluzję: ludzie są jednak głupi. Bo na moją wygraną w ostatniej rundzie nie postawiła ani jedna osoba, mimo że zawodnik za zawodnikiem padali pod moimi ciosami. Jednemu musiałem połamać żebra, bo nie dało się go ogłuszyć, reszta wyszła z pojedynku ze mną zaledwie ze wstrząśnieniem mózgu po tym, jak uderzyłem ich czaszkami o betonową podłogę. Będą ich bolały głowy przez następne kilka tygodni, ale nie było to nic trwałego. Mieli szczęście.
Czego nie mogłem powiedzieć o moim towarzyszu. Ten to miał cholernego pecha.
Gdy zszedłem już z ringu, nadal ubrany w same spodnie, z gołym torsem, bo takie były zasady walk, poza tym łatwiej się tak walczyło, nie znalazłem Minho tam, gdzie go zostawiłem. Natychmiast przystanąłem, napinając wszystkie mięśnie, w każdym momemcie gotowy do działania. Ale chłopaka nigdzie nie było widać.
- Szlag by to - murknąłem, zaczynając przeciskać się między ludźmi. Walki na dziś się skończyły. Było już naprawdę późno... a w zasadzie to wcześnie rano. Niedługo ten przybytek zostanie zamknięty.
A Minho nigdzie nie było.
Przez chwilę podejrzewałem Nullaha. Ale gdy znalazłem go przy barze, po czym przycisnąłem jego twarz do blatu, tłukąc przy tym kilka kieliszków, strasząc jakąś wampirzycę, no i oczywiście irytując barmana-centaura, ze łzami w oczach i osikanymi spodniami przysiągł, że nie ma pojęcia, gdzie chłopak jest. Nie miałem powodu mu nie wierzyć. A na odchodne rzuciłem tylko, że chyba dzisiaj zbytnio się nie wzbogaci. I że dług pieniężny, jaki u mnie zaciągnął, mogę uznać za spłacony. Tylko dlatego, że nie mam teraz na niego czasu.
I gdy miałem już odchodzić... coś mnie tknęło.
Przeniosłem wzrok błękitnych oczu na wampirzycę, którą tak przestraszyłem, gdy zaatakowałem Nullaha. Wycierała chusteczkami alkohol z krótkiej spódniczki. Tak myślałem, że nie chodziło o sam fakt rozruby w barze. Im zawsze chodziło o wygląd.
Ale to nie to mnie zmusiło do odwrócenia się i ponownego spojrzenia na nią. Nie jej wcześniejszy pisk, tylko... jakby znajomy zapach.
Chwilę przyglądałem się jej staraniom usunięcia alkoholu z ciuchu. Nim zrozumiałem, skąd kojarzę ten zapach.
Tak pachniał Minho, gdy do niego dołączyłem po wstępnym rozprawieniu się z Nullahem.
Zgrzytnąłem zębami, starając się rozładować zalążek furii, która już się we mnie gotowała. Zaatakowała człowieka. Nie mogłem jej winić, to jednak instynkty, a Minho był bardzo łatwym celem. Nieświadomy, w tłumie nadludzi. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Jednak Rudy był tu pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. Obiecałem, że nic mu się nie stanie. A ta wampirzyca właśnie podwarzyła wagę mojego słowa.
Tylko że... chłopaka tu nie było. To znaczy, że ona mogła rzucić czar. Ale niekoniecznie ona go zabrała.
Cholera.
Minho?
Takie meh, przepraszam ;-;
28.01.2020
Od Silasa CD Minho
Przez pewien czas zastanawiałem się, czy przed udaniem się do klubu Nullaha nie wpaść w odwiedziny do Callanthii. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, uznając, że jeśli jej podejście do interesów zmieniło się do tego stopnia, o jakim mówili faceci z baru, to zamiast oczyścić sobie drogę do zemsty, mogę sobie tylko robotę utrudnić. W końcu C mogła ostrzec swojego dilera, że na niego poluję. A wtedy by mi zniknął. Znowu.
Dlatego, gdy dwa dni po burdzie w barze, udaliśmy się w końcu z Minho do klubu, musiałem brać pod uwagę dodatkowe przeszkody w postaci silnorękich na usługach Call. Nie mogłem zabrać ze sobą zbyt wiele broni. Zakładanie cienistej zbroi także nie miało sensu, bo poza ochronieniem mnie przed atakami tylko mi wadziła, gdy przebywałem w ludzkiej postaci.
Podsumowując - jakoś szczególnie dobrze przygotowany nie byłem. Jednak grunt, żeby Minho nic się nie stało, bo miałbym go na sumieniu. Plan był taki, że w razie czego zasłonię go własnym ciałem. Chwilę poboli, ale generalnie nic mi nie będzie. On mógłby zginąć.
- Silas... - usłyszałem szept Minho, gdy zbliżaliśmy się już do wejścia. - A kim tak w zasadzie jest osoba, która wysłała mi tą wiadomość?
- W tym akurat przypadku im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - odpowiedziałem, również ściszonym głosem. Nie łudziłem się: jeden z dwóch mężczyzn przy wejściu był wilkołakiem, gdyby chciał, na pewno usłyszałby naszą wymianę zdań. Ale przyciszony ton w tłumie zwykle mniej zwracał uwagę.
Nim z ust Rudego zdążyła paść jakaś riposta na moją uwagę, nadeszła nasza kolej na wejście do klubu. Machnąłem bramkarzom przed oczami zaproszeniem, które dostałem. Bez zbędnych pytań nas puścili.
Chwilę zajęło nam przeciśnięcie się przez wypełniający klub tłum. Widać cieszył się wyjątkowym powodzeniem. Ciekawe, jak długo.
- Teraz zniknę z widoku, ale cały czas będę w pobliżu - mruknąłem przy uchu Minho, gdy w tłumie, daleko przed nami, mignął mi Nullah. Nie mogłem ryzykować, że mnie zobaczy. Odłączyłem się od Rudego, znikając w gęstym tłumie wypełniający lokal. Mogliśmy mieć problem z szybką ewakuacją, już po fakcie. Nie widziałem żadnych nieobstawionych drzwi, ale jeśli uda nam się nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużej liczby osób, nie powinniśmy mieć problemu z wyjściem. W końcu co chwilę ktoś tu wchodził lub stąd wychodził.
Ruszyłem przez tłum nadnaturalnych w kierunku ringu, starając się unikać bezpośredniego kontaktu z mijanymi osobami i jednocześnie nie stracić Minho z oczu. Nie chciałem ryzykować wystąpienia wyładowań elektrycznych, które niemal zawsze przeskakiwały między mną a skórą dotkniętej przeze mnie istoty. Co, nawet jeśli nie było charakterystyczne, na pewno zwracało niepotrzebną uwagę.
Gdy w końcu dotarłem pod ring, dość szybko wypatrzyłem osobę, która wyglądała jak bukmacher, spisujący zakłady do walk. Podszedłem do niego i poklepałem w ramię, by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Przyjmujesz zakłady? - zapytałem, a gdy mężczyzna skinął głową, kontynuowałem. - Czy mogę postawić na siebie, a potem wziąć udział w pojedynku?
Facet zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na zeszyt, który trzymał i coś w nim zapisał.
- Można - mruknął, schrypniętym od krzyku głosem. - Pańska godność?
- Aaron Black - osób o nazwisku "Black" jest dużo, nie powinno więc zwrócić uwagi. A mojego drugiego imienia Nullah nie znał, wątpliwe było, żeby skojarzył.
Bukmacher naskrobał coś w swoim zeszyciku.
- Ile pan stawia?
- A jaka jest teraz pula?
Zamarł, z długopisem nad kartką. Powoli przeniósł na mnie wzrok, na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Po czym nabazgrolił jakąś sumę. Z dużą liczbą zer na końcu.
- Żadnej magii - burknął bukmacher, wskazując mi skinięciem ring.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko.
Jednak nie zdążyłem wcielić planu z walką w życie, bo w okolicy, gdzie wcześniej kręcił się Nullah, wynikło jakieś zamieszanie. Ze względu na swój wzrost nie musiałem zbytnio się wychylać, żeby ponad tłumem zobaczyć, co się stało.
Widać Minho dopchał się do naszego kolegi szybciej, niż przypuszczałem.
- Ym... jednak przepraszam na chwilę - rzuciłem do bukmachera, rozpoczynając już przeciskanie się przez tłum. - Zaraz wracam!
Usłyszałem za sobą, jak mężczyzna wzdycha ciężko z niejaką irytacją, po czym długopisem kilkakrotnie energicznie przesuwa po papierze. Oho. Chyba stracił nadzieję, że będę walczył. Nie mogłem go winić. Z dużym prawdopodobieństwem nie będzie mi to już dane, skoro Minho już teraz zaczął rozróbę.
Dotarłem na miejsce akurat w momencie, gdy gromadka nadnaturalnych zgromadzonych w okół Nullaha, wraz z samym zainteresowanym, rzucili się na Minho. Niemal w ostatniej chwili dopadłem chłopaka, zasłaniając go własnym ciałem i przy okazji sprawnie przejmując od niego woreczek z narkotykiem. Nieszczególnie obchodziło mnie, jakim, ale widać dość cennym, gdyż tłum wokół nas momentalnie zamarł. Albo to w reakcji na moje nagłe pojawienie się. Względnie obydwa powody były trafne.
- Silas - pisnął Nullah. Wszedł przy tym w tak wysokie tony, że nie jedna śpiewaczka operowa mogłaby mu pozazdrościć. - Co... Jak...
- Doskonale wiesz, że mam znajomości - uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, ja też mam - mruknął, rozglądając się dookoła z pewną dozą strachu. Jednak tym razem otaczający nas tłum działał na naszą korzyść, bo nie bardzo miał gdzie uciec.
- Ach, wiem. Jesteś nowym pupilkiem Call - westchnąłem lekko, zataczając ręką z woreczkiem krąg w powietrzu. - Pogorszył jej się ostatnio gust, muszę przyznać.
Nullah zbladł. Pewnie nic nie wiedział o moich znajomościach z Callanthią. Cóż, jego problem, nie mój.
- Silas, ja naprawdę... Ja oddam ci te pieniądze - mruknął, mając chyba jakąś złudną nadzieję, że otaczający nas nadnaturalni tego nie usłyszą. Był w błędzie. Jeszcze nim echo tych słów wybrzmiało, już rozległy się wokół nas szepty. "Co? Nie zapłacił mu?"
Dla ciekawskich, skąd takie oburzenie - waluta jest tym, co w półświatku liczy się najbardziej. Tak samo jak wszelkiego rodzaju umowy. A złamanie ich... cóż. Jeśli nie pozbyłeś się osoby, którą okantowałeś, z tego ziemskiego padołu, to musiałeś liczyć się z tym, że może wrócić, by żądać zapłaty. I, o dziwo, nikt w razie konfrontacji nie stanie po stronie kantującego...
- W zasadzie t już ich nie chcę - machnąłem lekceważąco ręką. Po czym nachyliłem się, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. - Ale nie zmienia to faktu, że mnie wkurwiłeś. A jeśli myślisz, że kilku wieczna istota zapomni o sytuacji zaledwie po kilku latach... Cóż ci mogę powiedzieć, Nullah. Jesteś w błędzie - ostatnie słowa wręcz wywarczałem.
I wtedy poczułem, jak chłopak za mną zamarł. Przełknął głośno ślinę,a mi przez myśl przeszło pytanie - o co mu chodzi? Ale rzut oka za plecy wystarczył, by się domyślić.
Określenie "kilku wieczna istota" w odniesieniu do mnie chyba go trochę... bardzo zbiło z tropu.
Ups?
Minho?
Dlatego, gdy dwa dni po burdzie w barze, udaliśmy się w końcu z Minho do klubu, musiałem brać pod uwagę dodatkowe przeszkody w postaci silnorękich na usługach Call. Nie mogłem zabrać ze sobą zbyt wiele broni. Zakładanie cienistej zbroi także nie miało sensu, bo poza ochronieniem mnie przed atakami tylko mi wadziła, gdy przebywałem w ludzkiej postaci.
Podsumowując - jakoś szczególnie dobrze przygotowany nie byłem. Jednak grunt, żeby Minho nic się nie stało, bo miałbym go na sumieniu. Plan był taki, że w razie czego zasłonię go własnym ciałem. Chwilę poboli, ale generalnie nic mi nie będzie. On mógłby zginąć.
- Silas... - usłyszałem szept Minho, gdy zbliżaliśmy się już do wejścia. - A kim tak w zasadzie jest osoba, która wysłała mi tą wiadomość?
- W tym akurat przypadku im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - odpowiedziałem, również ściszonym głosem. Nie łudziłem się: jeden z dwóch mężczyzn przy wejściu był wilkołakiem, gdyby chciał, na pewno usłyszałby naszą wymianę zdań. Ale przyciszony ton w tłumie zwykle mniej zwracał uwagę.
Nim z ust Rudego zdążyła paść jakaś riposta na moją uwagę, nadeszła nasza kolej na wejście do klubu. Machnąłem bramkarzom przed oczami zaproszeniem, które dostałem. Bez zbędnych pytań nas puścili.
Chwilę zajęło nam przeciśnięcie się przez wypełniający klub tłum. Widać cieszył się wyjątkowym powodzeniem. Ciekawe, jak długo.
- Teraz zniknę z widoku, ale cały czas będę w pobliżu - mruknąłem przy uchu Minho, gdy w tłumie, daleko przed nami, mignął mi Nullah. Nie mogłem ryzykować, że mnie zobaczy. Odłączyłem się od Rudego, znikając w gęstym tłumie wypełniający lokal. Mogliśmy mieć problem z szybką ewakuacją, już po fakcie. Nie widziałem żadnych nieobstawionych drzwi, ale jeśli uda nam się nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużej liczby osób, nie powinniśmy mieć problemu z wyjściem. W końcu co chwilę ktoś tu wchodził lub stąd wychodził.
Ruszyłem przez tłum nadnaturalnych w kierunku ringu, starając się unikać bezpośredniego kontaktu z mijanymi osobami i jednocześnie nie stracić Minho z oczu. Nie chciałem ryzykować wystąpienia wyładowań elektrycznych, które niemal zawsze przeskakiwały między mną a skórą dotkniętej przeze mnie istoty. Co, nawet jeśli nie było charakterystyczne, na pewno zwracało niepotrzebną uwagę.
Gdy w końcu dotarłem pod ring, dość szybko wypatrzyłem osobę, która wyglądała jak bukmacher, spisujący zakłady do walk. Podszedłem do niego i poklepałem w ramię, by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Przyjmujesz zakłady? - zapytałem, a gdy mężczyzna skinął głową, kontynuowałem. - Czy mogę postawić na siebie, a potem wziąć udział w pojedynku?
Facet zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na zeszyt, który trzymał i coś w nim zapisał.
- Można - mruknął, schrypniętym od krzyku głosem. - Pańska godność?
- Aaron Black - osób o nazwisku "Black" jest dużo, nie powinno więc zwrócić uwagi. A mojego drugiego imienia Nullah nie znał, wątpliwe było, żeby skojarzył.
Bukmacher naskrobał coś w swoim zeszyciku.
- Ile pan stawia?
- A jaka jest teraz pula?
Zamarł, z długopisem nad kartką. Powoli przeniósł na mnie wzrok, na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Po czym nabazgrolił jakąś sumę. Z dużą liczbą zer na końcu.
- Żadnej magii - burknął bukmacher, wskazując mi skinięciem ring.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko.
Jednak nie zdążyłem wcielić planu z walką w życie, bo w okolicy, gdzie wcześniej kręcił się Nullah, wynikło jakieś zamieszanie. Ze względu na swój wzrost nie musiałem zbytnio się wychylać, żeby ponad tłumem zobaczyć, co się stało.
Widać Minho dopchał się do naszego kolegi szybciej, niż przypuszczałem.
- Ym... jednak przepraszam na chwilę - rzuciłem do bukmachera, rozpoczynając już przeciskanie się przez tłum. - Zaraz wracam!
Usłyszałem za sobą, jak mężczyzna wzdycha ciężko z niejaką irytacją, po czym długopisem kilkakrotnie energicznie przesuwa po papierze. Oho. Chyba stracił nadzieję, że będę walczył. Nie mogłem go winić. Z dużym prawdopodobieństwem nie będzie mi to już dane, skoro Minho już teraz zaczął rozróbę.
Dotarłem na miejsce akurat w momencie, gdy gromadka nadnaturalnych zgromadzonych w okół Nullaha, wraz z samym zainteresowanym, rzucili się na Minho. Niemal w ostatniej chwili dopadłem chłopaka, zasłaniając go własnym ciałem i przy okazji sprawnie przejmując od niego woreczek z narkotykiem. Nieszczególnie obchodziło mnie, jakim, ale widać dość cennym, gdyż tłum wokół nas momentalnie zamarł. Albo to w reakcji na moje nagłe pojawienie się. Względnie obydwa powody były trafne.
- Silas - pisnął Nullah. Wszedł przy tym w tak wysokie tony, że nie jedna śpiewaczka operowa mogłaby mu pozazdrościć. - Co... Jak...
- Doskonale wiesz, że mam znajomości - uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, ja też mam - mruknął, rozglądając się dookoła z pewną dozą strachu. Jednak tym razem otaczający nas tłum działał na naszą korzyść, bo nie bardzo miał gdzie uciec.
- Ach, wiem. Jesteś nowym pupilkiem Call - westchnąłem lekko, zataczając ręką z woreczkiem krąg w powietrzu. - Pogorszył jej się ostatnio gust, muszę przyznać.
Nullah zbladł. Pewnie nic nie wiedział o moich znajomościach z Callanthią. Cóż, jego problem, nie mój.
- Silas, ja naprawdę... Ja oddam ci te pieniądze - mruknął, mając chyba jakąś złudną nadzieję, że otaczający nas nadnaturalni tego nie usłyszą. Był w błędzie. Jeszcze nim echo tych słów wybrzmiało, już rozległy się wokół nas szepty. "Co? Nie zapłacił mu?"
Dla ciekawskich, skąd takie oburzenie - waluta jest tym, co w półświatku liczy się najbardziej. Tak samo jak wszelkiego rodzaju umowy. A złamanie ich... cóż. Jeśli nie pozbyłeś się osoby, którą okantowałeś, z tego ziemskiego padołu, to musiałeś liczyć się z tym, że może wrócić, by żądać zapłaty. I, o dziwo, nikt w razie konfrontacji nie stanie po stronie kantującego...
- W zasadzie t już ich nie chcę - machnąłem lekceważąco ręką. Po czym nachyliłem się, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. - Ale nie zmienia to faktu, że mnie wkurwiłeś. A jeśli myślisz, że kilku wieczna istota zapomni o sytuacji zaledwie po kilku latach... Cóż ci mogę powiedzieć, Nullah. Jesteś w błędzie - ostatnie słowa wręcz wywarczałem.
I wtedy poczułem, jak chłopak za mną zamarł. Przełknął głośno ślinę,a mi przez myśl przeszło pytanie - o co mu chodzi? Ale rzut oka za plecy wystarczył, by się domyślić.
Określenie "kilku wieczna istota" w odniesieniu do mnie chyba go trochę... bardzo zbiło z tropu.
Ups?
Minho?
21.01.2020
Od Silasa CD Minho
Przebiegłem wzrokiem po tekście wiadomości, którą otrzymał Minho. Z każdym przeczytanym słowem coraz bardziej marszczyłem brwi, niezadowolony. Cholera jasna.
Byłem pewny, że Nullah nie kojarzył orła, którym niekiedy zdażało mi się wysługiwać. Ale z drugiej strony to nie on wysłał tę wiadomość... była podpisana inicjałem C. Co mogło oznaczać wszystko i nic. Imię, nazwisko, pseudonim, imię chomika... A przede wszystkim niewiele mi mówiło.
Westchnąłem więc tylko, opierając czoło o powierzchnię baru, udając załamanie czy tam totalną rezygnację, wedle inwencji obserwujących, na to, co w mniemaniu otaczających nas osób pokazał mi Minho. A przy okazji kątem oka spojrzałem na stolik numer 18.
Nikogo znajomego. Ale każdy jeden z siedzących tam osobników to był kawał chłopa, góra mięśni i te sprawy. Ponownie westchnąłem ciężko, teraz już zupełnie szczerze. Nie wyglądali na skorych, czy w ogóle zdolnych, do negocjacji. Z takimi trzeba krótko i konkretnie. Czyli bez rozpierdolu się nie obędzie...
- Dobra, słuchaj - mruknąłem, prostując się na stołku i podstawiając pustą już szklankę, żeby chłopak dolał do niej whiskey. Co zaraz zrobił, cały czas uciekając jednak wzrokiem przed moim spojrzeniem. - Masz rację, to niepokojące. A tamci goście zachowują się podejrzanie. Sęk w tym, że ich nie znam. Nie wiem, kim są, dla kogo pracują... To "C." też nic mi nie mówi, jedna literka to za mało, żebym mógł ustalić tożsamość osoby, która wysłała tą wiadomość. W każdym razie wychodzi na to, że nasz plan w każdej chwili może spalić na panewce - westchnąłem ciężko, wypijając całą zawartość mojej szklanki na raz.
- Potrzebujemy planu awaryjnego? - zapytał Minho, zerkając ukradkiem na niepokojących mężczyzn.
- Nie patrz w ich stronę - syknąłem ostrzegawczo. - Zwracasz na siebie niepotrzebną uwagę - gdy Rudy posłusznie uciekł spojrzeniem na drugą stronę baru, dodałem już łagodniejszym tonem: - A odpowiadając na twoje pytanie... Nie. Nie sądzę, żeby można było w tej sytuacji wymyślić cokolwiek innego. Nasz plan zakłada, że uciepi tylko Nullah i ci, z którymi będę walczył na ringu. Jeśli nasz "przyjaciel" dowie się, że jesteśmy w jego spelunie, zacznie uciekać albo naśle na nas swoich goryli... choć mam nadzieję, że ma na tyle instynktu samozachowawczego, że tego nie zrobi... wtedy będziesz musiał zniknąć. Jak najsprawniej i najlepiej niedostrzeżony przez nikogo. Tak też planuję cię tam wprowadzić, więc myślę, że nie powinienieś mieć z tym problemu.
- A co z tobą?
Tyle pytań... no ale cóż, przecież miał orawo znać wszystkie szczegóły planu.
- Jeśli Nullah zaatakuje nas pierwszy, nie będę miał oporów - wzruszyłem ramionami. - Teraz chcę go raczej tylko upodlić. Ale, doprowadzony do ostateczności, nie zawaham się go zabić.
Widziałem, jak chłopak przełyka ciężko ślinę w reakcji na moje słowa. Ale nim zdążył zareagować, został zawołany na drugą stronę baru, by obsłużyć innego klienta.
W tym czasie ja obróciłem się swobodnie na stołku barowym tak, bym siedział przodem do facetów ze stolika numer 18. Gdy złapałem kontakt wzrokowy z jednym z nich, uniosłem szklankę w górę, w geście toastu. Natychmiast zerwał się za swojego krzesła, z oburzeniem doskonale widocznym na twarzy, a zaraz po nim podnieśli się jego koledzy, szukając wzrokiem osoby, w którą tak się wpatrywał.
I natrafili na mnie.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl pytanie, czy gdybym rozpętał burdę w lokalu, Minho mógłby mieć w związku z tym jakieś problemy. Pilnowanie porządku leżało raczej w zakresie obowiązków ochroniarza, choć przypuszczałem, że barman powinien też jakoś na taką sytuację zareagować. Nie było mi jednak dane dokładnie tego zagadnienia przeanalizować, bo... goryle ze stolika numer 18 zwyczajnie nie dali mi na to czasu.
Ten, który pierwszy zerwał się z krzesła, pierwszy też do mnie dopadł. Złapał za przód czarnej koszuli, którą miałem na sobie, szarpnął i, jakby po namyśle, popchnął mnie tak, że moja twarz zaliczyła bliskie spotkanie z marmurową powierzchnią baru. I szklankę z alkoholem.
Czułem, jak się rozbija pod wpływem uderzenia, a szkło wchodzi w skórę, rozcinając ją i, gdzieniegdzie, zostając w ranach, uniemożliwiając ich zagojenie. Cała reszta, łącznie z rozbitą kością jażmową, zasklepiła się i zregenerowała jeszcze zanim facet powtórzył procedurę uderzania moją głową o blat. Tym razem poczułem, jak kość w nosie pęka. Poczułem, że krew ścieka mi do ust i dalej po brodzie.
- Szefowej nie podoba się to, że węszysz - syknął drugi z gromadki, nachylając się nad mną. Sięgnąłem ręką do nosa, by rękawem płaszcza otrzeć krew i przy okazji nastawić przemieszczoną chrząstkę, żeby i ona mogła się zaleczyć. Już po chwili zupełnie przestała boleć.
- Kimkolwiek ona jest, nie powinno się jej również podobać, że przechodzicie od razu do rękoczynu - rzuciłem, całkiem pogodnie, jak na zaistniałą sytuację. - Szczególnie w miejscu publicznym. Z takimi rzeczami czeka się na chwilę sam na sam... to prawie jak seks.
W nagrodę za tak bogaty merytorycznie wywód i niezwykle trafne porównanie, zostałem poderwany z blatu i odchylony za włosy w tył. A potem kolejny gościu zaserwował mi całkiem potężny cios z pięści w splot słoneczny.
Zachłysnąłem się powietrzem i straciłem oddech na dobrą chwilę, w czasie której zostałem, kolejnym ciosem, zepchnięty z krzesła na podłogę. Spadając, przywaliłem głową w sąsiedni stołek, rozcinając skórę. Jednak i ta rana szybko zniknęła, pozostawiając po sobie jedyny ślad w postaci smugi krwi.
- Szefowa właśnie to bezpośrednie przechodzenie do czynów w nas ceni - syknął ten pierwszy, pewnie jakiś ich przywódca czy ktoś, głosem podszytym pewną dozą samozadowolenia i triumfu. - Powiedziała, że nikt inny nie potrafi dać ci rady - zaśmiał się szorstkim, nieprzyjemnym dla ucha śmiechem. - Spodziewałem się czegoś więcej po pupilku Calanthii.
Zamarłem na dobrą sekundę. Oho. Tego się nie spodziewałam.
Zaraz jednak z zamyślenia wyrwało mnie kopnięcie pod rzebra. Ciężki but ponownie wydusił całe powietrze z moich płuc. Powoli miałem już dość. Ale cóż... informacje to informacje.
- Zaraz tam pupilku... - żachnąłem się, gdy tylko odzyskałem oddech. - Dobrym starym znajomym. Tym bardziej jestem zdziwiony, że tak traktuje przyjacół. Sądziłem że... ich ceni - musiałem się powstrzymać, żeby się nie zaśmiać przy ostatnim słowie.
Otóż Calanthia była głową części lokalnego półświadka. Nie dziwiło mnie, że ma kontakty z dilerami. Jakby to normalne. Niech już nawet będzie, że z takimi pokroju Nullaha.
Ale żeby stawać za nimi murem? Ona nawet o swoich przyjaciół nie dbała, niech posłużę za przykład potwierdzający tezę. Dillerzy przychodzili i odchodzili. Byli ruchomi jak ich towar, a wyżej postawionym osobom z żadka na nich zależało jakoś szczególnie, chyba że którymś zaczynała się interesować policja. Ale ja miałem do Nullaha prywatną urazę, nie widziałem więc powodu, dla którego C miała się tym interesować...
Może więc Nullah miał większe znaczenie, niż sądziłem...
- Interesy to interesy - wzruszył ramionami i nachylił się nade mną. - Kazała ci przekazać, żebyś nie miał jej tego za złe.
Nic więcej się od nich nie dowiem. Będę musiał zamienić słówko z C. Głównie o straszeniu ludzi. Ale to potem.
Teraz trzeba było soacyfikować tę gromadkę.
Kolejny cios, wyprowadzony w mój żołądek, nie trafił celu. Złapałem stopę atakującego i wykręciłem ją szybko tak, że coś chrupnęło w kostce, a mężczyzna wrzasnął z bólu. Kolejnego podciąłem, okręcając się na ziemi. Nic by mu się pewnie nie stało, ale upadając przywalił potylicą w krzesło, przez co stracił przytomność. Fartem miałem go więc wcześniej z głowy.
Kolejnych unieszkodliwiłem równie szybko i bez większych problemów. Dali się zaskoczyć. Zbytnia pewność siebie nigdy nie popłaca.
Zaledwie chwilę później stałem więc już nad grupką jęczących z bólu i trzymających się za różne części ciała facetów. A przede mną stali ochroniarze z rozdziawionymi gębami.
Taaaaa... szybko zareagowali, nie ma co.
Minho?
Byłem pewny, że Nullah nie kojarzył orła, którym niekiedy zdażało mi się wysługiwać. Ale z drugiej strony to nie on wysłał tę wiadomość... była podpisana inicjałem C. Co mogło oznaczać wszystko i nic. Imię, nazwisko, pseudonim, imię chomika... A przede wszystkim niewiele mi mówiło.
Westchnąłem więc tylko, opierając czoło o powierzchnię baru, udając załamanie czy tam totalną rezygnację, wedle inwencji obserwujących, na to, co w mniemaniu otaczających nas osób pokazał mi Minho. A przy okazji kątem oka spojrzałem na stolik numer 18.
Nikogo znajomego. Ale każdy jeden z siedzących tam osobników to był kawał chłopa, góra mięśni i te sprawy. Ponownie westchnąłem ciężko, teraz już zupełnie szczerze. Nie wyglądali na skorych, czy w ogóle zdolnych, do negocjacji. Z takimi trzeba krótko i konkretnie. Czyli bez rozpierdolu się nie obędzie...
- Dobra, słuchaj - mruknąłem, prostując się na stołku i podstawiając pustą już szklankę, żeby chłopak dolał do niej whiskey. Co zaraz zrobił, cały czas uciekając jednak wzrokiem przed moim spojrzeniem. - Masz rację, to niepokojące. A tamci goście zachowują się podejrzanie. Sęk w tym, że ich nie znam. Nie wiem, kim są, dla kogo pracują... To "C." też nic mi nie mówi, jedna literka to za mało, żebym mógł ustalić tożsamość osoby, która wysłała tą wiadomość. W każdym razie wychodzi na to, że nasz plan w każdej chwili może spalić na panewce - westchnąłem ciężko, wypijając całą zawartość mojej szklanki na raz.
- Potrzebujemy planu awaryjnego? - zapytał Minho, zerkając ukradkiem na niepokojących mężczyzn.
- Nie patrz w ich stronę - syknąłem ostrzegawczo. - Zwracasz na siebie niepotrzebną uwagę - gdy Rudy posłusznie uciekł spojrzeniem na drugą stronę baru, dodałem już łagodniejszym tonem: - A odpowiadając na twoje pytanie... Nie. Nie sądzę, żeby można było w tej sytuacji wymyślić cokolwiek innego. Nasz plan zakłada, że uciepi tylko Nullah i ci, z którymi będę walczył na ringu. Jeśli nasz "przyjaciel" dowie się, że jesteśmy w jego spelunie, zacznie uciekać albo naśle na nas swoich goryli... choć mam nadzieję, że ma na tyle instynktu samozachowawczego, że tego nie zrobi... wtedy będziesz musiał zniknąć. Jak najsprawniej i najlepiej niedostrzeżony przez nikogo. Tak też planuję cię tam wprowadzić, więc myślę, że nie powinienieś mieć z tym problemu.
- A co z tobą?
Tyle pytań... no ale cóż, przecież miał orawo znać wszystkie szczegóły planu.
- Jeśli Nullah zaatakuje nas pierwszy, nie będę miał oporów - wzruszyłem ramionami. - Teraz chcę go raczej tylko upodlić. Ale, doprowadzony do ostateczności, nie zawaham się go zabić.
Widziałem, jak chłopak przełyka ciężko ślinę w reakcji na moje słowa. Ale nim zdążył zareagować, został zawołany na drugą stronę baru, by obsłużyć innego klienta.
W tym czasie ja obróciłem się swobodnie na stołku barowym tak, bym siedział przodem do facetów ze stolika numer 18. Gdy złapałem kontakt wzrokowy z jednym z nich, uniosłem szklankę w górę, w geście toastu. Natychmiast zerwał się za swojego krzesła, z oburzeniem doskonale widocznym na twarzy, a zaraz po nim podnieśli się jego koledzy, szukając wzrokiem osoby, w którą tak się wpatrywał.
I natrafili na mnie.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl pytanie, czy gdybym rozpętał burdę w lokalu, Minho mógłby mieć w związku z tym jakieś problemy. Pilnowanie porządku leżało raczej w zakresie obowiązków ochroniarza, choć przypuszczałem, że barman powinien też jakoś na taką sytuację zareagować. Nie było mi jednak dane dokładnie tego zagadnienia przeanalizować, bo... goryle ze stolika numer 18 zwyczajnie nie dali mi na to czasu.
Ten, który pierwszy zerwał się z krzesła, pierwszy też do mnie dopadł. Złapał za przód czarnej koszuli, którą miałem na sobie, szarpnął i, jakby po namyśle, popchnął mnie tak, że moja twarz zaliczyła bliskie spotkanie z marmurową powierzchnią baru. I szklankę z alkoholem.
Czułem, jak się rozbija pod wpływem uderzenia, a szkło wchodzi w skórę, rozcinając ją i, gdzieniegdzie, zostając w ranach, uniemożliwiając ich zagojenie. Cała reszta, łącznie z rozbitą kością jażmową, zasklepiła się i zregenerowała jeszcze zanim facet powtórzył procedurę uderzania moją głową o blat. Tym razem poczułem, jak kość w nosie pęka. Poczułem, że krew ścieka mi do ust i dalej po brodzie.
- Szefowej nie podoba się to, że węszysz - syknął drugi z gromadki, nachylając się nad mną. Sięgnąłem ręką do nosa, by rękawem płaszcza otrzeć krew i przy okazji nastawić przemieszczoną chrząstkę, żeby i ona mogła się zaleczyć. Już po chwili zupełnie przestała boleć.
- Kimkolwiek ona jest, nie powinno się jej również podobać, że przechodzicie od razu do rękoczynu - rzuciłem, całkiem pogodnie, jak na zaistniałą sytuację. - Szczególnie w miejscu publicznym. Z takimi rzeczami czeka się na chwilę sam na sam... to prawie jak seks.
W nagrodę za tak bogaty merytorycznie wywód i niezwykle trafne porównanie, zostałem poderwany z blatu i odchylony za włosy w tył. A potem kolejny gościu zaserwował mi całkiem potężny cios z pięści w splot słoneczny.
Zachłysnąłem się powietrzem i straciłem oddech na dobrą chwilę, w czasie której zostałem, kolejnym ciosem, zepchnięty z krzesła na podłogę. Spadając, przywaliłem głową w sąsiedni stołek, rozcinając skórę. Jednak i ta rana szybko zniknęła, pozostawiając po sobie jedyny ślad w postaci smugi krwi.
- Szefowa właśnie to bezpośrednie przechodzenie do czynów w nas ceni - syknął ten pierwszy, pewnie jakiś ich przywódca czy ktoś, głosem podszytym pewną dozą samozadowolenia i triumfu. - Powiedziała, że nikt inny nie potrafi dać ci rady - zaśmiał się szorstkim, nieprzyjemnym dla ucha śmiechem. - Spodziewałem się czegoś więcej po pupilku Calanthii.
Zamarłem na dobrą sekundę. Oho. Tego się nie spodziewałam.
Zaraz jednak z zamyślenia wyrwało mnie kopnięcie pod rzebra. Ciężki but ponownie wydusił całe powietrze z moich płuc. Powoli miałem już dość. Ale cóż... informacje to informacje.
- Zaraz tam pupilku... - żachnąłem się, gdy tylko odzyskałem oddech. - Dobrym starym znajomym. Tym bardziej jestem zdziwiony, że tak traktuje przyjacół. Sądziłem że... ich ceni - musiałem się powstrzymać, żeby się nie zaśmiać przy ostatnim słowie.
Otóż Calanthia była głową części lokalnego półświadka. Nie dziwiło mnie, że ma kontakty z dilerami. Jakby to normalne. Niech już nawet będzie, że z takimi pokroju Nullaha.
Ale żeby stawać za nimi murem? Ona nawet o swoich przyjaciół nie dbała, niech posłużę za przykład potwierdzający tezę. Dillerzy przychodzili i odchodzili. Byli ruchomi jak ich towar, a wyżej postawionym osobom z żadka na nich zależało jakoś szczególnie, chyba że którymś zaczynała się interesować policja. Ale ja miałem do Nullaha prywatną urazę, nie widziałem więc powodu, dla którego C miała się tym interesować...
Może więc Nullah miał większe znaczenie, niż sądziłem...
- Interesy to interesy - wzruszył ramionami i nachylił się nade mną. - Kazała ci przekazać, żebyś nie miał jej tego za złe.
Nic więcej się od nich nie dowiem. Będę musiał zamienić słówko z C. Głównie o straszeniu ludzi. Ale to potem.
Teraz trzeba było soacyfikować tę gromadkę.
Kolejny cios, wyprowadzony w mój żołądek, nie trafił celu. Złapałem stopę atakującego i wykręciłem ją szybko tak, że coś chrupnęło w kostce, a mężczyzna wrzasnął z bólu. Kolejnego podciąłem, okręcając się na ziemi. Nic by mu się pewnie nie stało, ale upadając przywalił potylicą w krzesło, przez co stracił przytomność. Fartem miałem go więc wcześniej z głowy.
Kolejnych unieszkodliwiłem równie szybko i bez większych problemów. Dali się zaskoczyć. Zbytnia pewność siebie nigdy nie popłaca.
Zaledwie chwilę później stałem więc już nad grupką jęczących z bólu i trzymających się za różne części ciała facetów. A przede mną stali ochroniarze z rozdziawionymi gębami.
Taaaaa... szybko zareagowali, nie ma co.
Minho?
16.01.2020
Od Silasa CD Minho
Zdobycie jakichkolwiek informacji o Nullahu okazało się trudniejsze, niż początkowo przypuszczałem.
Było już późno, większość informatorów, do których mógłbym się zwrócić, zajmowała się teraz swoimi sprawami (albo w ogóle spała), nie było więc opcji, żeby dowiedzieli się czegoś za mnie. A zlecenie tego komuś innemu było zdecydowanie bezpieczniejsze dla planu, niż gdybym zajmował się tym sam. W końcu nie tylko ja miałem "przyjaciół", którzy mogli mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem... jak teraz sam zacznę węszyć i ktoś przypadkiem mnie zobaczy, Nullah znowu się ulotni. I znalezienie go ponownie stanie się niemal niemożliwe.
Gdy tylko rozstałem się z moim nowym wspólnikiem, pochłonąłem cień z najbliższej bocznej uliczki i sprawnie wdrapałem się na budynek po drabinie pożarowej. Stanąłszy na dachu, rozejrzałem się pobieżnie po okolicy, szukając towarzyszącego mi zawsze orła. Nie było to szczególnie trudne - siedział na kominie sąsiedniego budynku - a gdy złapałem z nim kontakt wzrokowy i wyciągnąłem rękę przed siebie, natychmiast poderwał się do lotu, by zaraz wylądować na moim przedramieniu. Poczułem, jak ostre szpony wbijają mi się w skórę, ale nawet się nie skrzywiłem. Zamiast tego pogładziłem lekko czarne pióra ptaka, na co ten przymknął zadowolony powieki. Chyba nigdy nie orzestanie mnie zadziwiać jego upór w przywiązaniu do mnie. Jakby mnie ktoś traktował tak, jak ja jego, dawno bym go zostawił samemu sobie.
Ale, z drugiej strony, był w podobnej do mojej sytuacji - wszystko... wszyscy dookoła niego przemijali. Jednyną stałą byłem dla niego ja.
A on był w pewien sposób tym samym dla mnie. Jedyną pewną istotą w tym niepewnym świecie.
Westchnąłem lekko, zabierając rękę z piór Blacka. Po czym szepnąłem mu kilka krótkich słów, po których otrzepał się z wody i wzbił się w powietrze, by po chwili zniknąć za najbliższym wysokim budynkiem.
Znajdzie dla mnie Nullaha, pod warunkiem, że ten jeszcze przebywał w mieście. A ja w tym czasie mogę chwilę odsapnąć.
Pod warunkiem, że uda mi się dzisiaj zmrużyć oko.
~•~
Black wrócił nad ranem.
Z płytkiego snu, w który udało mi się zapaść, wyrwało mnie jego stukanie dziobem w szybę. Z mojego gardła wydobyło się ciche, sfrustrowane warknięcie, ale wygrzebałem się z łóżka, żeby wpuścić ptaka do środka. Natychmiast wyminął mnie i wylądował na szczycie szafy, rozglądając się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Chyba jeszcze go tu nie było. Zwykle to ja wychodziłem do niego, bardzo rzadko pozwalałem mu wlatywać do środka.
Ptak, mimo że był zdecydowanie inteligentniejszy od innych przedstawicieli jego gatunku, nie pitrafił mówić. Po prostu nie miał do tego odpowiednich predyspozycji. Dlatego z czasem musieliśmy wypracować inny sposób przekazywania sobie informacji.
Ze sterty papierów zalegających na stole roboczym, wygrzebałem mapę miasta. Miała już kilka lat, ale nadal powinna się nadać. Wielokrotnie zginana i rozprostowywana, w miejscach zgięć szlaki ulic były już zatarte. Ale dla Blacka nie był to duży problem.
Rozłożyłem mapę na moim łóżku i spojrzałem z wyczekiwaniem na ptaka. Który chwilę popatrzył na kawałek papieru, nim zleciał z szafy, wylądował obok niego, podreptał w jedną i drugą stronę po łóżku, a potem trącił jedno miejsce gdzieś w okolicach plaży Alki.
- Jeszcze raz - mruknąłem, skupiając wzrok na tym jednym fragmencie mapy, żeby wyłapać konkretne miejsce, które wskazał orzeł. Ptak spojrzał na mnie z pewną jakby irytacją, że nie załapałem za pierwszym razem. Ale posłusznie jeszcze raz stuknął dziobem w mapę. - Apartamenty... - westchnąłem. Ciężko będzie go stamtąd wywabić. Pod pretekstem czy bez niego. - A coś innego? - zapytałem, spoglądając na orła. Przez chwilę z przekrzywioną głową wpatrywał się w mapę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, nim stuknął dziobem w papier, tym razem przebijając go przypadkowo, więc bez problemu zobaczyłem, jakie dokładnie miejsce wskazał. - Klub nocny...? - no tak, logiczne. Dilerów zwykle można było spotkać w tego typu przybytkach. Gdzie jest popyt, tam jest i podaż.
Black, wyjątkowo z siebie zadowolony, rozpoczął proces czyszczenia i układania piór, podczas gdy ja rozpocząłem wędrówkę po pokoju. Z gonitwy myśli już wyłaniał się konkretny plan, który z drobną pomocą Rudego barmana mógł się zakończyć sukcesem. I to bez większej liczby ofiar.
Nagle przypomniałem sobie o ulotce, którą kilka dni temu ktoś wrzucił do mojej skrzynki, a która wydała mi się na tyle interesująca, by ją zachować. Natychmiast przypadłem do biurka, z którego wcześniej wziąłem mapę i zacząłem wertować pozostałe leżące tam papiery. Przydałoby się je kiedyś w końcu posegregować, ale na razie nie miałem do tego głowy.
Tymczasem jednak wyłowiłem wspomnianą ulotkę, czy też pewnego rodzaju zaproszenie, z morza papieru pokrywającego biurko i podłogę w okół niego. Niewielki zwitek papieru wyglądał niepozornie, a zawierał dość istotną dla mnie w tym momencie informację. Choć początkowo zarzekałem się, że moja noga w reklamowanym w niej miejscu nigdy nie postanie. No ale cóż - siła wyższa.
Odczytałem adres nowopowstałego klubu dla nadnaturalnych, prawdopodobnie inwestycji naszego kochanego Nullaha. Choć "melina" była prawdopodobnie lepszym określeniem. Przez lata, które spędziłem już na tym ziemskim padole, napotkałem zaledwie kilka klubów dla nadnaturalnych z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy "inni" mogli miło spędzić czas bez ryzyka narażenia się na ujawnienie. Cała reszta była tylko przykrywką dla nielegalnych interesów.
I tym razem nie było inaczej, bo na ulotce dostarczonej do mojej skrzynki była dopisana czerwonym mazakiem notka informująca o możliwości wzięcia udziału w walkach i jednorazowym zarobieniu sporej ilości gotówki.
Przestałem brać udział w podobnych akcjach już kilkadziesiąt lat po śmierci Marie. Tłuczenie się z kimś na gołe pięści nie dawało mi takiej satysfakcji jak pogoń za ofiarą. I zwykle nie pozwalało zapomnieć, a przecież właśnie o to mi chodziło. A dochody z mojej pracy były wystarczająco wysokie, by nie szukać dodatkowego źródła zarobku.
Westchnąłem, mnąc kartkę w pięści. Trzeba było się tam wybrać i zorientować w sytuacji, póki jeszcze było ciemno i mogłem schować się w cieniach. A potem przyhaczyć Minho w barze, w którym pracował i zaznajomić go z planem.
Potem jeszcze tylko wkręcić się w, pewnie ustawiane, walki, żeby jakoś wytłumaczyć swoją obecność w melinie i przy okazji okpić Nullaha na dość znaczne kwoty, przemycić człowieka do baru dla nadnaturalnych, a potem... cóż, jak wszystko dobrze pójdzie, pod koniec wieczoru Nullah będzie skończony w interesach. Albo w ogóle martwy.
Już nie mogłem się doczekać.
Minho?
Było już późno, większość informatorów, do których mógłbym się zwrócić, zajmowała się teraz swoimi sprawami (albo w ogóle spała), nie było więc opcji, żeby dowiedzieli się czegoś za mnie. A zlecenie tego komuś innemu było zdecydowanie bezpieczniejsze dla planu, niż gdybym zajmował się tym sam. W końcu nie tylko ja miałem "przyjaciół", którzy mogli mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem... jak teraz sam zacznę węszyć i ktoś przypadkiem mnie zobaczy, Nullah znowu się ulotni. I znalezienie go ponownie stanie się niemal niemożliwe.
Gdy tylko rozstałem się z moim nowym wspólnikiem, pochłonąłem cień z najbliższej bocznej uliczki i sprawnie wdrapałem się na budynek po drabinie pożarowej. Stanąłszy na dachu, rozejrzałem się pobieżnie po okolicy, szukając towarzyszącego mi zawsze orła. Nie było to szczególnie trudne - siedział na kominie sąsiedniego budynku - a gdy złapałem z nim kontakt wzrokowy i wyciągnąłem rękę przed siebie, natychmiast poderwał się do lotu, by zaraz wylądować na moim przedramieniu. Poczułem, jak ostre szpony wbijają mi się w skórę, ale nawet się nie skrzywiłem. Zamiast tego pogładziłem lekko czarne pióra ptaka, na co ten przymknął zadowolony powieki. Chyba nigdy nie orzestanie mnie zadziwiać jego upór w przywiązaniu do mnie. Jakby mnie ktoś traktował tak, jak ja jego, dawno bym go zostawił samemu sobie.
Ale, z drugiej strony, był w podobnej do mojej sytuacji - wszystko... wszyscy dookoła niego przemijali. Jednyną stałą byłem dla niego ja.
A on był w pewien sposób tym samym dla mnie. Jedyną pewną istotą w tym niepewnym świecie.
Westchnąłem lekko, zabierając rękę z piór Blacka. Po czym szepnąłem mu kilka krótkich słów, po których otrzepał się z wody i wzbił się w powietrze, by po chwili zniknąć za najbliższym wysokim budynkiem.
Znajdzie dla mnie Nullaha, pod warunkiem, że ten jeszcze przebywał w mieście. A ja w tym czasie mogę chwilę odsapnąć.
Pod warunkiem, że uda mi się dzisiaj zmrużyć oko.
~•~
Black wrócił nad ranem.
Z płytkiego snu, w który udało mi się zapaść, wyrwało mnie jego stukanie dziobem w szybę. Z mojego gardła wydobyło się ciche, sfrustrowane warknięcie, ale wygrzebałem się z łóżka, żeby wpuścić ptaka do środka. Natychmiast wyminął mnie i wylądował na szczycie szafy, rozglądając się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Chyba jeszcze go tu nie było. Zwykle to ja wychodziłem do niego, bardzo rzadko pozwalałem mu wlatywać do środka.
Ptak, mimo że był zdecydowanie inteligentniejszy od innych przedstawicieli jego gatunku, nie pitrafił mówić. Po prostu nie miał do tego odpowiednich predyspozycji. Dlatego z czasem musieliśmy wypracować inny sposób przekazywania sobie informacji.
Ze sterty papierów zalegających na stole roboczym, wygrzebałem mapę miasta. Miała już kilka lat, ale nadal powinna się nadać. Wielokrotnie zginana i rozprostowywana, w miejscach zgięć szlaki ulic były już zatarte. Ale dla Blacka nie był to duży problem.
Rozłożyłem mapę na moim łóżku i spojrzałem z wyczekiwaniem na ptaka. Który chwilę popatrzył na kawałek papieru, nim zleciał z szafy, wylądował obok niego, podreptał w jedną i drugą stronę po łóżku, a potem trącił jedno miejsce gdzieś w okolicach plaży Alki.
- Jeszcze raz - mruknąłem, skupiając wzrok na tym jednym fragmencie mapy, żeby wyłapać konkretne miejsce, które wskazał orzeł. Ptak spojrzał na mnie z pewną jakby irytacją, że nie załapałem za pierwszym razem. Ale posłusznie jeszcze raz stuknął dziobem w mapę. - Apartamenty... - westchnąłem. Ciężko będzie go stamtąd wywabić. Pod pretekstem czy bez niego. - A coś innego? - zapytałem, spoglądając na orła. Przez chwilę z przekrzywioną głową wpatrywał się w mapę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, nim stuknął dziobem w papier, tym razem przebijając go przypadkowo, więc bez problemu zobaczyłem, jakie dokładnie miejsce wskazał. - Klub nocny...? - no tak, logiczne. Dilerów zwykle można było spotkać w tego typu przybytkach. Gdzie jest popyt, tam jest i podaż.
Black, wyjątkowo z siebie zadowolony, rozpoczął proces czyszczenia i układania piór, podczas gdy ja rozpocząłem wędrówkę po pokoju. Z gonitwy myśli już wyłaniał się konkretny plan, który z drobną pomocą Rudego barmana mógł się zakończyć sukcesem. I to bez większej liczby ofiar.
Nagle przypomniałem sobie o ulotce, którą kilka dni temu ktoś wrzucił do mojej skrzynki, a która wydała mi się na tyle interesująca, by ją zachować. Natychmiast przypadłem do biurka, z którego wcześniej wziąłem mapę i zacząłem wertować pozostałe leżące tam papiery. Przydałoby się je kiedyś w końcu posegregować, ale na razie nie miałem do tego głowy.
Tymczasem jednak wyłowiłem wspomnianą ulotkę, czy też pewnego rodzaju zaproszenie, z morza papieru pokrywającego biurko i podłogę w okół niego. Niewielki zwitek papieru wyglądał niepozornie, a zawierał dość istotną dla mnie w tym momencie informację. Choć początkowo zarzekałem się, że moja noga w reklamowanym w niej miejscu nigdy nie postanie. No ale cóż - siła wyższa.
Odczytałem adres nowopowstałego klubu dla nadnaturalnych, prawdopodobnie inwestycji naszego kochanego Nullaha. Choć "melina" była prawdopodobnie lepszym określeniem. Przez lata, które spędziłem już na tym ziemskim padole, napotkałem zaledwie kilka klubów dla nadnaturalnych z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy "inni" mogli miło spędzić czas bez ryzyka narażenia się na ujawnienie. Cała reszta była tylko przykrywką dla nielegalnych interesów.
I tym razem nie było inaczej, bo na ulotce dostarczonej do mojej skrzynki była dopisana czerwonym mazakiem notka informująca o możliwości wzięcia udziału w walkach i jednorazowym zarobieniu sporej ilości gotówki.
Przestałem brać udział w podobnych akcjach już kilkadziesiąt lat po śmierci Marie. Tłuczenie się z kimś na gołe pięści nie dawało mi takiej satysfakcji jak pogoń za ofiarą. I zwykle nie pozwalało zapomnieć, a przecież właśnie o to mi chodziło. A dochody z mojej pracy były wystarczająco wysokie, by nie szukać dodatkowego źródła zarobku.
Westchnąłem, mnąc kartkę w pięści. Trzeba było się tam wybrać i zorientować w sytuacji, póki jeszcze było ciemno i mogłem schować się w cieniach. A potem przyhaczyć Minho w barze, w którym pracował i zaznajomić go z planem.
Potem jeszcze tylko wkręcić się w, pewnie ustawiane, walki, żeby jakoś wytłumaczyć swoją obecność w melinie i przy okazji okpić Nullaha na dość znaczne kwoty, przemycić człowieka do baru dla nadnaturalnych, a potem... cóż, jak wszystko dobrze pójdzie, pod koniec wieczoru Nullah będzie skończony w interesach. Albo w ogóle martwy.
Już nie mogłem się doczekać.
Minho?
15.01.2020
Od Silasa CD Minho
Gdy moja twarz, pod wpływem "ataku" od tyłu, oparła się o pizzę, która leżała przede mną na stole, zamknąłem oczy i westchnąłem ciężko. "Daj spokój. Nie zrobił tego specjalnie, nie ma potrzeby się irytować..."
Gdy byłem już pewny, że nie zareaguję impulsywnie, wyprostowałem się powoli. Niemal natychmiast po tym usłyszałem śmiech dochodzący z naprzeciwka. Szczery, niepowstrzymany śmiech. Zamarłem na chwilę, nie spodziewając się zupełnie takiej reakcji chłopaka.
Pomiędzy kolejnymi napadami rozbawienia próbował mnie przepraszać, choć niewiele byłem w stanie z jego bełkotu zrozumieć. Niemniej w tym jego śmiechu było... coś wyzwalającego.
Dlatego już chwilę później i ja się uśmiechałem. Tak po prostu, odruchowo, nawet nie wiedziałem kiedy.
Sięgnąłem po serwetki i otarłem sos pomidorowy z brody.
- Nic się nie stało - mruknąłem, jednak przez mój zwykle zimny, pozbawiony emocji ton, przebijało szczere rozbawienie. - Powiedzmy, że jesteśmy kwita. Za to podnoszenie za kaptur.
Chłopaka momentalnie opuściło rozbawienie. Wstrzymał na moment oddech, by po chwili wypuścić powietrze w długim wydechu. Po czym wbił wzrok w swój talerz z pizzą.
- No tak, cóż, możemy - rzucił, sięgając po pierwszy kawałek znanej już na całym świecie potrawy i wkładając go do ust. I z pełną buzią wybełkotał: - Ale Nullah oberwie.
Uśmiechnąłem się lekko, mieszając moją słodką herbatę mrożoną przy pomocy tkwiącej w szklance słomki. Tak, ten gościu chyba obydwu nam zalazł za skórę.
Co, tak na dobrą sprawę, mogliśmy wykorzystać na naszą korzyść...
Gwałtownie podniosłem spojrzenie na siedzącego przede mną chłopaka. Uśmiechnąłem się, pewnie lekko upiornie, bo Azjata zamarł z pizzą w połowie drogi do ust. Zamrugał powoli, nim wymamrotał:
- Chyba zaczynam się ciebie bać...
Zastukałem palcami lewej dłoni w blat, a w głowie już zaczął formować się zalążek planu, dzięki któremu miałem w końcu realną szansę, by dopaść Nullaha. Przy niewielkiej pomocy siedzącego przede mną chłopaka, który również ewidentnie nie pałał już ciepłymi uczuciami do tego kanciarza i dilera.
- Chyba nie mieliśmy okazji się sobie przedstawić - zauważyłem, porzucając moją zwyczajową małomówność. Miałem cel. Musiałem go zrealizować, nawet za cenę złamania moich zasad odnośnie niedopuszczania do siebie ludzi. Poza tym, zdążyłem się już nakręcić. Bo ten plan mógł... nawet musiał się powieść. - Nazywam się Silas Black - wyciągnąłem rękę nad stolikiem. Chłopak niepewnie ją uścisnął, nadal z kawałkiem pizzy w drugiej dłoni. Wyglądał komicznie, z tą swoją zaskoczoną miną i pizzą, z ktorej zaczynał już kapać sos na jego talerz. Ale uśmiechałem się nie z tego powodu.
Perspektywa nadchodzącej zemsty działa jak narkotyk.
- Minho Lee - mruknął chłopak trochę niepewnie. Pewnie zaskoczyła go moja nagła zmiana podejścia do życia. No tak, ale nigdy nie mówiłem, że jestem w pełni obliczalny. - Czy wszystko z tobą w porządku...?
- Jak najlepszym - odchyliłem się na oparcie krzesła i założyłem ręce za głowę. - Mam dla ciebie propozycję.
- Oho - mruknął Azjata, po czym wepchnął do ust prawie połowę kawałka pizzy na raz. Pewnie, żeby nie musiał odpowiadać. Patrzył na mnie z niejakim niepokojem.
- Skoro nam obu Nullah zalazł za skórę, może razem... odbierzemy sobie od niego to, co się nam należy - zaproponowałem z przebiegłym uśmiechem na twarzy. - Ja dostanę pieniądze, które powinienem dostać już wieki temu, a ty zemścisz się za wystawienie do wiatru. I narażenie na poważny uszczerbek na zdrowiu, bo, bądźmy szczerzy, Nullah doskonale wiedział, komu cię rzuca na pożarcie.
Minho tylko patrzył na mnie nieprzekonany, ciągle przeżuwając. Ale nie zniechęcił mnie tym. Mawet jakby się nie zgodził, zawsze można było użyć bardziej... przekonującej metody, prawda?
Na szczęście nie musiałem po nią sięgać.
- A na czym by miała polegać ta współpraca? - zapytał ostrożnie chłopak.
- Och, nie musiałbyś wiele robić - wzruszyłem ramionami. - Postatam się jeszcze dzisiaj ustalić, gdzie nasz "przyjaciel" bywa, a gdzie moglibyśmy złożyć mu wizytę.
- I jak miałbym ci w tym pomóc...? - zapytał mój rozmówca niepewnie, lustrując wzrokiem moją sylwetkę. No tak, zdecydowanie nie wyglądałem na kogoś, kto potrzebowałby pomocy ze skopaniem komuś tyłka.
- Nullah mnie zna. Gdy tylko mnie zobaczy, zacznie uciekać - wytłumaczyłem. - Nie mam ochoty za nim ganiać, jeśli mam kogoś, kto mógłby go dla mnie wyciągnąć w jakieś ustronne miejsce - widząc coraz bardziej nietęgą minę Rudego, uśmiechnąłem się, możliwie jak najprzyjaźniej. - Nic by ci nie groziło oczywiście, cały czas byłbym przy tobie i w razie czego ingerował. Chodzi tylko o to, żeby Nullah nie zobaczył mnie od razu - oparłem łokcie na stole i spojrzałem chłopakowi w oczy. - To jak? Wchodzisz w to?
Minho?
Gdy byłem już pewny, że nie zareaguję impulsywnie, wyprostowałem się powoli. Niemal natychmiast po tym usłyszałem śmiech dochodzący z naprzeciwka. Szczery, niepowstrzymany śmiech. Zamarłem na chwilę, nie spodziewając się zupełnie takiej reakcji chłopaka.
Pomiędzy kolejnymi napadami rozbawienia próbował mnie przepraszać, choć niewiele byłem w stanie z jego bełkotu zrozumieć. Niemniej w tym jego śmiechu było... coś wyzwalającego.
Dlatego już chwilę później i ja się uśmiechałem. Tak po prostu, odruchowo, nawet nie wiedziałem kiedy.
Sięgnąłem po serwetki i otarłem sos pomidorowy z brody.
- Nic się nie stało - mruknąłem, jednak przez mój zwykle zimny, pozbawiony emocji ton, przebijało szczere rozbawienie. - Powiedzmy, że jesteśmy kwita. Za to podnoszenie za kaptur.
Chłopaka momentalnie opuściło rozbawienie. Wstrzymał na moment oddech, by po chwili wypuścić powietrze w długim wydechu. Po czym wbił wzrok w swój talerz z pizzą.
- No tak, cóż, możemy - rzucił, sięgając po pierwszy kawałek znanej już na całym świecie potrawy i wkładając go do ust. I z pełną buzią wybełkotał: - Ale Nullah oberwie.
Uśmiechnąłem się lekko, mieszając moją słodką herbatę mrożoną przy pomocy tkwiącej w szklance słomki. Tak, ten gościu chyba obydwu nam zalazł za skórę.
Co, tak na dobrą sprawę, mogliśmy wykorzystać na naszą korzyść...
Gwałtownie podniosłem spojrzenie na siedzącego przede mną chłopaka. Uśmiechnąłem się, pewnie lekko upiornie, bo Azjata zamarł z pizzą w połowie drogi do ust. Zamrugał powoli, nim wymamrotał:
- Chyba zaczynam się ciebie bać...
Zastukałem palcami lewej dłoni w blat, a w głowie już zaczął formować się zalążek planu, dzięki któremu miałem w końcu realną szansę, by dopaść Nullaha. Przy niewielkiej pomocy siedzącego przede mną chłopaka, który również ewidentnie nie pałał już ciepłymi uczuciami do tego kanciarza i dilera.
- Chyba nie mieliśmy okazji się sobie przedstawić - zauważyłem, porzucając moją zwyczajową małomówność. Miałem cel. Musiałem go zrealizować, nawet za cenę złamania moich zasad odnośnie niedopuszczania do siebie ludzi. Poza tym, zdążyłem się już nakręcić. Bo ten plan mógł... nawet musiał się powieść. - Nazywam się Silas Black - wyciągnąłem rękę nad stolikiem. Chłopak niepewnie ją uścisnął, nadal z kawałkiem pizzy w drugiej dłoni. Wyglądał komicznie, z tą swoją zaskoczoną miną i pizzą, z ktorej zaczynał już kapać sos na jego talerz. Ale uśmiechałem się nie z tego powodu.
Perspektywa nadchodzącej zemsty działa jak narkotyk.
- Minho Lee - mruknął chłopak trochę niepewnie. Pewnie zaskoczyła go moja nagła zmiana podejścia do życia. No tak, ale nigdy nie mówiłem, że jestem w pełni obliczalny. - Czy wszystko z tobą w porządku...?
- Jak najlepszym - odchyliłem się na oparcie krzesła i założyłem ręce za głowę. - Mam dla ciebie propozycję.
- Oho - mruknął Azjata, po czym wepchnął do ust prawie połowę kawałka pizzy na raz. Pewnie, żeby nie musiał odpowiadać. Patrzył na mnie z niejakim niepokojem.
- Skoro nam obu Nullah zalazł za skórę, może razem... odbierzemy sobie od niego to, co się nam należy - zaproponowałem z przebiegłym uśmiechem na twarzy. - Ja dostanę pieniądze, które powinienem dostać już wieki temu, a ty zemścisz się za wystawienie do wiatru. I narażenie na poważny uszczerbek na zdrowiu, bo, bądźmy szczerzy, Nullah doskonale wiedział, komu cię rzuca na pożarcie.
Minho tylko patrzył na mnie nieprzekonany, ciągle przeżuwając. Ale nie zniechęcił mnie tym. Mawet jakby się nie zgodził, zawsze można było użyć bardziej... przekonującej metody, prawda?
Na szczęście nie musiałem po nią sięgać.
- A na czym by miała polegać ta współpraca? - zapytał ostrożnie chłopak.
- Och, nie musiałbyś wiele robić - wzruszyłem ramionami. - Postatam się jeszcze dzisiaj ustalić, gdzie nasz "przyjaciel" bywa, a gdzie moglibyśmy złożyć mu wizytę.
- I jak miałbym ci w tym pomóc...? - zapytał mój rozmówca niepewnie, lustrując wzrokiem moją sylwetkę. No tak, zdecydowanie nie wyglądałem na kogoś, kto potrzebowałby pomocy ze skopaniem komuś tyłka.
- Nullah mnie zna. Gdy tylko mnie zobaczy, zacznie uciekać - wytłumaczyłem. - Nie mam ochoty za nim ganiać, jeśli mam kogoś, kto mógłby go dla mnie wyciągnąć w jakieś ustronne miejsce - widząc coraz bardziej nietęgą minę Rudego, uśmiechnąłem się, możliwie jak najprzyjaźniej. - Nic by ci nie groziło oczywiście, cały czas byłbym przy tobie i w razie czego ingerował. Chodzi tylko o to, żeby Nullah nie zobaczył mnie od razu - oparłem łokcie na stole i spojrzałem chłopakowi w oczy. - To jak? Wchodzisz w to?
Minho?
13.12.2019
Od Silasa CD Minho
Gdy wchodziłem do kawiarni, byłem już nieźle nabuzowany. Nie tylko z powodu emocji towarzyszących sposobności zemszczenia się na Nullahu. Całkowicie zignorowałem tego dnia pilnowanie, by trzymać burzę na dystans. Tak więc - oto była, w całej swej rozszalałej okazałości. I nie dość, że przez to przemokłem, to jeszcze po drodze mnie trafiło, co dodatkowo wystawiło moją cierpliwość na próbę.
Jak widać, nie przeszła jej, bo gdy tylko zobaczyłem sylwetkę postaci siedzącej przy jednym ze stolików, z kapturem kurtki, którą opisywał Nullah, na głowie, poniosło mnie.
I tak, wiem, zadziałałem impulsywnie. Tak, nie powinieniwm był.
Ale Nullah naprawdę zalazł mi za skórę.
Dlatego też, nie fatygując się nawet, by zwyczajowo powitać stojącą za kasą dziewczynę (pracownicę lub właścicielkę) kiwnięciwm głowy, dopadłem postaci w kilku krokach. Od razu chwyciłem za kaptur kurtki, przypadkiem łapiąc też w garść włosy, i postawiłem chłopaka na nogi. Początkowo nawet nie przejąłem się tym, że mógł go ten manewr zaboleć. W końcu zasłużył sobie.
Dopiero potem miałem okazję uświadomić sobie kilka rzeczy. W dość małych odstępach czasu.
Pierwsze pojawiło się uczucie gorąca. Znak, że przy kasie musiała stać właścicielka. Nieciekawie. Znała mnie z widzenia, zamieniliśmy kilka słów. Potem dowiedziałem się, że należała do mafii, która niekiedy mnie wynajmuje. Do tego najchętniej przyjęliby ją z powrotem. Co, w połączeniu z wiedzą, jakiej rasy jest przedstawicielką, dawało mi niejakie spojrzenie na powagę sytuacji, w jakiej bym się znalazł, zachodząc jej za skórę. A to ciepło właśnie o tym świadczyło.
Kolejna przyszła świadomość, że chyba złapałem nie tego gościa, co trzeba. Bo gdy odwróciłem go twarzą do siebie, dostrzegłem dziwnie znajome, rude włosy...
Potem moją uwagę przyciągnął ruch. Chłopak sięgnął do kieszeni i w mgnieniu oka wyjął z niej... woreczek z białym proszkiem.
Cóż, tyle dobrze, że nie był to nóż albo inna broń. Gdybym zabrudził podłogę nie miałbym już żadnych szans na przeżycie u właścicielki.
Tak, dokładnie, czułem pewien respekt przed ogniem. Rany po nim goiły się na mnie wyjątkowo trudno, a to mogło być znakiem, że właśnie on jest potrzebny, by mnie na dobre zabić.
Ale to byłaby bardzo nieprzyjemna śmierć...
W każdym razie, wracając do woreczka, który rudy wyłowił z kieszeni. Zamarliśmy w bezruchu, obydwoje wpatrzeni w pakunek. Ja ze zmarszczonymi brwiami, chłopak ze szczerym szokiem wymalowanym na twarzy.
Westchnąłem ciężko. Puściłem ściskany w dłoni kaptur, wraz z włosami, już chyba znajomego. Natychmiast zrobiłem też krok w tył, żeby na pewno nie oberwać. Ale rudy musiał być zbyt zszokowany znaleziskiem, żeby się mną przejmować.
Dało mi to chwilę potrzebną, by uspokoić dziewczynę od ognia. Spojrzałem w jej stronę i, patrząc jej w oczy, skinąłem powoli głową. Gdyby chciała, bez problemu mogłaby teraz dostać się do moich myśli i przeczytać z nich, co się tu właśnie wydarzyło. I że nie ma powodu tak agresywnie reagować, a sytuacja w zasadzie już się rozwiązała...
- Przysięgam, że nie wiem, co to tu robi - wypalił nagle Azjata, zawracając naszą uwagę na sobie. Gdy oczy dziewczyny spoczęły na woreczku, zaklęła szpetnie, czym zaskoczyła mnie do tego stopnia, że znowu przeniosłem na nią wzrok. Przejechała dłonią po twarzy, wydając z siebie jęk rezygnacji.
- Nie chcę tego widzieć w mojej kawiarni - syknęła w końcu, piorunując chłopaka wzrokiem. Zaraz spojrzała też na mnie. - W ogóle obydwoje się stąd wynoście.
Z wściekłą kobietą, szczególnie będącą w stanie spalić cię na popiół jedną myślą, nie warto dyskutować. Miałem wystarczająco czasu w życiu, by się tego nauczyć.
- Chodź - mruknąłem, łapiąc rudego pod ramię i ciągnąc w stronę wyjścia. Gdy tylko znaleźliśmy się na dworze, w deszczu, też nasunąłem kaptur na głowę i westchnąłem. - Przepraszam. Nastąpiła niesamowita pomyłka... - Gdy oczy chłopaka nie przestawały ciskać we mnie gromów, dodałem, wpychając ręce w kieszenie. - Może mogę ci to jakoś wynagrodzić?
Minho?
Pisałam półprzytomna, więc przepraszam za mierną jakość :c
Jak widać, nie przeszła jej, bo gdy tylko zobaczyłem sylwetkę postaci siedzącej przy jednym ze stolików, z kapturem kurtki, którą opisywał Nullah, na głowie, poniosło mnie.
I tak, wiem, zadziałałem impulsywnie. Tak, nie powinieniwm był.
Ale Nullah naprawdę zalazł mi za skórę.
Dlatego też, nie fatygując się nawet, by zwyczajowo powitać stojącą za kasą dziewczynę (pracownicę lub właścicielkę) kiwnięciwm głowy, dopadłem postaci w kilku krokach. Od razu chwyciłem za kaptur kurtki, przypadkiem łapiąc też w garść włosy, i postawiłem chłopaka na nogi. Początkowo nawet nie przejąłem się tym, że mógł go ten manewr zaboleć. W końcu zasłużył sobie.
Dopiero potem miałem okazję uświadomić sobie kilka rzeczy. W dość małych odstępach czasu.
Pierwsze pojawiło się uczucie gorąca. Znak, że przy kasie musiała stać właścicielka. Nieciekawie. Znała mnie z widzenia, zamieniliśmy kilka słów. Potem dowiedziałem się, że należała do mafii, która niekiedy mnie wynajmuje. Do tego najchętniej przyjęliby ją z powrotem. Co, w połączeniu z wiedzą, jakiej rasy jest przedstawicielką, dawało mi niejakie spojrzenie na powagę sytuacji, w jakiej bym się znalazł, zachodząc jej za skórę. A to ciepło właśnie o tym świadczyło.
Kolejna przyszła świadomość, że chyba złapałem nie tego gościa, co trzeba. Bo gdy odwróciłem go twarzą do siebie, dostrzegłem dziwnie znajome, rude włosy...
Potem moją uwagę przyciągnął ruch. Chłopak sięgnął do kieszeni i w mgnieniu oka wyjął z niej... woreczek z białym proszkiem.
Cóż, tyle dobrze, że nie był to nóż albo inna broń. Gdybym zabrudził podłogę nie miałbym już żadnych szans na przeżycie u właścicielki.
Tak, dokładnie, czułem pewien respekt przed ogniem. Rany po nim goiły się na mnie wyjątkowo trudno, a to mogło być znakiem, że właśnie on jest potrzebny, by mnie na dobre zabić.
Ale to byłaby bardzo nieprzyjemna śmierć...
W każdym razie, wracając do woreczka, który rudy wyłowił z kieszeni. Zamarliśmy w bezruchu, obydwoje wpatrzeni w pakunek. Ja ze zmarszczonymi brwiami, chłopak ze szczerym szokiem wymalowanym na twarzy.
Westchnąłem ciężko. Puściłem ściskany w dłoni kaptur, wraz z włosami, już chyba znajomego. Natychmiast zrobiłem też krok w tył, żeby na pewno nie oberwać. Ale rudy musiał być zbyt zszokowany znaleziskiem, żeby się mną przejmować.
Dało mi to chwilę potrzebną, by uspokoić dziewczynę od ognia. Spojrzałem w jej stronę i, patrząc jej w oczy, skinąłem powoli głową. Gdyby chciała, bez problemu mogłaby teraz dostać się do moich myśli i przeczytać z nich, co się tu właśnie wydarzyło. I że nie ma powodu tak agresywnie reagować, a sytuacja w zasadzie już się rozwiązała...
- Przysięgam, że nie wiem, co to tu robi - wypalił nagle Azjata, zawracając naszą uwagę na sobie. Gdy oczy dziewczyny spoczęły na woreczku, zaklęła szpetnie, czym zaskoczyła mnie do tego stopnia, że znowu przeniosłem na nią wzrok. Przejechała dłonią po twarzy, wydając z siebie jęk rezygnacji.
- Nie chcę tego widzieć w mojej kawiarni - syknęła w końcu, piorunując chłopaka wzrokiem. Zaraz spojrzała też na mnie. - W ogóle obydwoje się stąd wynoście.
Z wściekłą kobietą, szczególnie będącą w stanie spalić cię na popiół jedną myślą, nie warto dyskutować. Miałem wystarczająco czasu w życiu, by się tego nauczyć.
- Chodź - mruknąłem, łapiąc rudego pod ramię i ciągnąc w stronę wyjścia. Gdy tylko znaleźliśmy się na dworze, w deszczu, też nasunąłem kaptur na głowę i westchnąłem. - Przepraszam. Nastąpiła niesamowita pomyłka... - Gdy oczy chłopaka nie przestawały ciskać we mnie gromów, dodałem, wpychając ręce w kieszenie. - Może mogę ci to jakoś wynagrodzić?
Minho?
Pisałam półprzytomna, więc przepraszam za mierną jakość :c
19.11.2019
Od Silasa CD Minho
Po wątpliwie przyjemnym spotkaniu z Rudym, zrezygnowałem z dalszych prób znalezienia w bibliotece czegoś dla siebie. Pod nieobecność starszej bibliotekarki nie było mowy, żebym dostał klucz do archiwum. Ech... będę go musiał sobie kiedyś dorobić, będzie spokój na kilkadziesiąt lat, jak nie więcej. Dopóki nie wymienią zamka.
Byłem już prawie przy drzwiach, kiedy do biblioteki wszedł mężczyzna w ciemnym płaszczu. Strząsnął kropleki wody z ramion (w międzyczasie mojego pobytu tutaj, musiało zacząć padać) i rozejrzał się bez zbytniego zainteresowania.
Aż jego wzrok spotkał się z moim.
Obydwoje zatrzymaliśmy się w pół kroku, mrugając powoli i lustrując nawzajem swoje sylwetki wzrokiem. Dzięki temu mogłem dostrzec w jego postawie, że w tym momencie bardzo chce wziąć nogi za pas...
- Witaj, Nullah - odezwałem się, by go zatrzymać. Nie wiem, czy często miał okazję słyszeć mój głos. Jednak po tym, jak się na jego dźwięk wzdrygnął, mogłem wywnioskować, że raczej się tego nie spodziewał. - Kopę lat, co?
- Silas... - mruknął, wpychając ręce do kieszeni. Możliwe, że powinienem się zastanowić, czy nie po to, by sięgnąć po jakąś broń. Ale nawet jeśli, i tak nie mógłby mi wyrządzić większej krzywdy.
Czekałem na jakiś ciąg dalszy, ale się nie doczekałem.
- Mmm... wiesz, Nullah - zagaiłem, również wkładając ręce niedbale do kieszeni. Tyle że ja na pewno nie miałem w nich broni. - Generalnie nie jestem pamiętliwy, ale nie lubię, jak próbuje się mnie oszukać - złapałem z mężczyzną kontakt wzrokowy.
Ten szybko jednak uciekł spojrzeniem, wbijając je w jakiś punkt za moimi plecami. Zignorowałem to, choć może nie powinienem był. Ale wtedy nie przyszło mi do głowy, że może patrzeć na coś, czy też kogoś, konkretnego...
- Oddam wszystko - wyszeptał konspiracyjnie, z lekką, błagalną nutą, zbliżając się do mnie. - Ja po prostu... nie miałem możliwości spłaty długu. Wiesz, ta cała sytuacja... przerosła mnie, sam rozumiesz...
Kręcił. Nie podobało mi się to. Ale byłem już zmęczony i nie miałem ochoty na dyskusje z jakimś facetem, który najpierw poprosił mnie o pomoc z pozbyciem się niewygodnego świadka, a potem ściągnął na głowę policję. I nie zapłacił za wykonane zlecenie - profilaktycznie ulotnił się zaraz po tym, jak zostałem aresztowany. A gdy ledwie kilka godzin później wyperswadowałem dyżurnemu aresztu, że znalazłem się tam przez przypadek... Gdy udałem się do jego domu, Nullaha już nie było.
- Teraz mam już wszystko, oddam ci co do joty... - kontynuował, z doskonale słyszalną w głosie desperacją.
- Nie tylko o pieniądze chodziło - zauważyłem sucho. - Przez ciebie omal nie trafiłem za kratki - a to byłby problem. Dożywocie, będąc nieśmiertelnym, trwa naprawdę długo...
- Przepraszam - niemalże pisnął. - Ja... ja ci to wynagrodzę. Ale... może spotkajmy się gdzieś... jest taka kawiarnia! Balanchine's. Spotkajmy się tam jutro, powiedzmy... o 22:00?
Późno. Podejrzanie późno. Ale nadal nie dostrzegałem w mężczyźnie zagrożenia. Więc założyłem tylko ramiona na piersi, zmierzyłem rozmówcę wzrokiem i wzruszyłem ramionami. Jemu tyle wystarczyło za odpowiedź.
- To dobrze, wspaniale... to do jutra!
I minął mnie, znikając między regałami.
A ja z westchnieniem opóściłem bibliotekę.
Trzeba się będzie przygotować na każdą ewentualność. Jak miałem już okazję przekonać się podczas naszej wyjątkowo krótkiej znajomości, z Nullahem nigdy nic nie wiadomo...
Minho?
5.11.2019
Od Silasa CD. Keitha
Patrzyłem z góry na nietypową dwójkę, mrugając powoli, z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Dłoń nadal trzymałem na klamce, a drzwi wejściowe pozostawały otwarte. Żeby nie poczuli się przypadkiem zaproszeni. Byłem właśnie w trakcie przygotowywania obiadu, gdy bezpardonowo wdarli się do mojej posiadłości. A teraz jeszcze, wparowawszy do przedpokoju i nie pofatygowawszy się nawet, by wytrzeć ubłocone buty w wycieraczkę, sugestywnie położoną pod drzwiami, bez żadnego dzień dobry czy innej formy przyjętego w kulturze powitania, mężczyzna zaczął rzucać we mnie słowami bez ładu i składu. Jedyne, co zrozumiałem z jego słowotoku, to że widocznie obwiniał mnie za jakiś mord. Zakładając pewnie, że od razu będę wiedział, o co chodzi, być może wykażę jakąś formę przerażenia czy zirytowania tym, że mnie przejrzał...
No tak, tylko żeby zareagować jakkolwiek, trzeba najpierw wiedzieć, o co dokładnie jest się oskarżanym.
- Odgórne zakładanie, że ktoś coś zrobił tylko dlatego, że był obecny na miejscu tragedii, jest bezcelowe - zauważyłem po chwili, gdy słowa kobiety już przebrzmiały, a mężczyzna przestał się rzucać. Każde słowo artykułowałem na tyle powoli, bym na pewno został zrozumiany. I by przy okazji spokojem nieco złagodzić emocje targające egzorcystą. - Jednak z uwagi na to, że wbrew pozorom jestem człowiekiem posiadającym swój honor, nie pozwolę się obrażać i przypisywać sobie fałszywych oskarżeń. Dlatego odpowiem na wasze pytania najlepiej, jak będę potrafił - urwałem na chwilę, by powieść wzrokiem po intruzach. Wątpiłem, by ewentualna walka z nimi miała mi przysporzyć szczególnych problemów. A nawet jeśli zdołaliby mnie zabić, wyświadczyliby mi raczej przysługę. Westchnąłem więc, zamykając drzwi, by odgrodzić nas od powiewów zimnego powietrza wpadających przez nie do środka. - Zapraszam. Tylko zdejmijcie buty - dodałem. W normalnych okolicznościach bym tego nie zażądał. Ale uznałem, że skoro oni wykazali się całkowitym brakiem kultury wpadając do mojego domu, ja mogę też mogę sobie na to pozwolić.
- Nie mam zamiaru wchodzić dalej. Skąd mogę wiedzieć, czy nie zaciągniesz nas do piwnicy i nie zabijesz? - warknął mężczyzna, łapiąc za ramię kobietę, która już ze zrezygnowanym westchnięciem miała się schylić, by rozwiązać sznurowadła.
Popatrzyłem na niego zimno, bez wyrazu. Nic nie powiedziałem. To oni chcieli rozmawiać, muszą się więc zgodzić na moje warunki. A ja nie zamierzałem rozmawiać w przedsionku. Zostawiłem patelnię na gazie.
Po kilkunastu długich, pełnych napięcia sekundach, warknął zirytowany. Ale w końcu schylił się, by zdjąć obuwie.
Zaprowadziłem nieproszonych gości do kuchni, zapaliwszy światło wskazałem im niewielki stół, mogący pomieścić wokół siebie cztery krzesła, a sam podszedłem do kuchenki, żeby zamieszać ryż, który zaczął już się przypalać (pukanie do drzwi było tak agresywne, że uznałem, iż lepiej otworzyć natychmiast, nawet ryzykując spalenie obiadu). Mruknąłem niezadowolony, odstawiając patelnię na bok. Nie odwracając się, zwróciłem się do moich rozmówców:
- Zaproponowałbym coś do picia, ale wnioskując po waszym podejściu, oburzeni odmówicie twierdząc, że nie wiecie, czy nie próbuję was otruć - rzuciłem im spojrzenie ponad ramieniem.
- Dlaczego światło było zgaszone, gdy przyszliśmy? - zapytała nagle kobieta. Uniosłem zdziwiony brew, zachodząc w głowę, skąd jej się to pytanie wzięło. Właśnie wtedy żarówka zamigotała, na szczęście jednak zdecydowała się nie gasnąć.
- Właśnie dlatego - rzuciłem, lekko rozbawiony reakcją dziewczyny, która podniosła gwałtownie głowę, by spojrzeć na zawieszoną pod sufitem lampę.
- Nie musisz nas straszyć - natychmiast zareagował mężczyzna. Widziałem, że najchętniej by się na mnie rzucił, tak był wściekły.
- Nie kontroluję tego - wytłumaczyłem spokojnie, podchodząc do nich i zajmując jedno z wolnych krzeseł. - Dlatego, gdy jestem sam w domu, nie zapalam świateł. Widzę dostatecznie dobrze bez nich, a takie miganie jest irytujące - tłumaczenie widać średnio przekonało mężczyznę, ale nie było sensu się tym przejmować. - Ale wracając do tematu. Nie mam pojęcia, o co ci chodziło, gdy wpadłeś do mojego domu, zarzucając mi jakieś z palca wysnute przewinienia. Niemniej, ponieważ nie raczyłeś mi jak dotąd tego wytłumaczyć, powiem tyle, ile zdołam - zastukałem palcami obu rąk w blat stołu, odchylając się na oparcie krzesła. - Nigdy nie zamordowałem nikogo dla kaprysu. Poza tym... spaleni ludzie, tak? Skąd założenie, że to moja wina? Przypominam, że gdy twoja urocza przyjaciółka otoczyła mnie podczas naszego ostatniego spotkania płomieniami, byłem uwięziony. Nie mam mocy pozwalającej na kontrolowanie ognia, a tym samym palenia ludzi. Dalej: pytałeś mnie, co robiłem wczoraj wieczorem. W normalnych okolicznościach powiedziałbym, że nie twoja sprawa, ale w ramach okazania dobrej woli, odpowiem. Na polecenie Sopportare śledziłem pewną istotę - nagle przypomniałem sobie coś z zeszłego wieczoru. Zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. - Podejrzewam, że to ona stoi za tym, o czym mówisz, choć nie jestem pewny, czy mamy na myśli to samo wydarzenie. Aczkolwiek, faktycznie, podczas wczorajszego polowania... - poniewczasie zdałem sobie sprawę ze złego doboru słów - ... mam oczywiście na myśli polowanie na istotę, która od jakiegoś czasu biega po okolicy i morduje ludzi. Pali ich, dokładniej. W każdym razie, przez chwilę miałem możliwość złapania go. Znajdowaliśmy się wtedy przy miejscu zbrodni, złapałem go prawie na gorącym uczynku. Ale wtedy usłyszałem samochody, z resztą ta istota również, bo natychmiast czmychnęła.
Mężczyzna wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, kobieta zerkała z niepokojem to na mnie, to na migającą raz po raz żarówkę. Niebo za oknem przecięła błyskawica, rozświetlając na moment ciemność.
- Ulotniłem się zaraz po tym, jak ludzie, którzy tymi samochodami przyjechali, rozpoczęli badania. Tylko bym im przeszkadzał... Czy takie wytłumaczenie cię przekonuje? - zapytałem, z lekką kpiną słyszalną w głosie. - Jak w ogóle się nazywacie? - dodałem, przenosząc zirytowany wzrok na żarówkę, która znowu zamrugała. Tym razem nie zapaliła się już jednak ponownie, pogrążając nas w półmroku. Westchnąłem ciężko, wstając. Lekkie muśnięcie żarówki palcami i skierowanie w nią niewielkiego ładunku elektrycznego wystarczyło, by ponownie zaświeciła, tym razem już stałym światłem. No nareszcie. - Wy znacie moje imię, ale ja nie znam waszych. To trochę nie fair, nie sądzicie?
Keith? ;P
No tak, tylko żeby zareagować jakkolwiek, trzeba najpierw wiedzieć, o co dokładnie jest się oskarżanym.
- Odgórne zakładanie, że ktoś coś zrobił tylko dlatego, że był obecny na miejscu tragedii, jest bezcelowe - zauważyłem po chwili, gdy słowa kobiety już przebrzmiały, a mężczyzna przestał się rzucać. Każde słowo artykułowałem na tyle powoli, bym na pewno został zrozumiany. I by przy okazji spokojem nieco złagodzić emocje targające egzorcystą. - Jednak z uwagi na to, że wbrew pozorom jestem człowiekiem posiadającym swój honor, nie pozwolę się obrażać i przypisywać sobie fałszywych oskarżeń. Dlatego odpowiem na wasze pytania najlepiej, jak będę potrafił - urwałem na chwilę, by powieść wzrokiem po intruzach. Wątpiłem, by ewentualna walka z nimi miała mi przysporzyć szczególnych problemów. A nawet jeśli zdołaliby mnie zabić, wyświadczyliby mi raczej przysługę. Westchnąłem więc, zamykając drzwi, by odgrodzić nas od powiewów zimnego powietrza wpadających przez nie do środka. - Zapraszam. Tylko zdejmijcie buty - dodałem. W normalnych okolicznościach bym tego nie zażądał. Ale uznałem, że skoro oni wykazali się całkowitym brakiem kultury wpadając do mojego domu, ja mogę też mogę sobie na to pozwolić.
- Nie mam zamiaru wchodzić dalej. Skąd mogę wiedzieć, czy nie zaciągniesz nas do piwnicy i nie zabijesz? - warknął mężczyzna, łapiąc za ramię kobietę, która już ze zrezygnowanym westchnięciem miała się schylić, by rozwiązać sznurowadła.
Popatrzyłem na niego zimno, bez wyrazu. Nic nie powiedziałem. To oni chcieli rozmawiać, muszą się więc zgodzić na moje warunki. A ja nie zamierzałem rozmawiać w przedsionku. Zostawiłem patelnię na gazie.
Po kilkunastu długich, pełnych napięcia sekundach, warknął zirytowany. Ale w końcu schylił się, by zdjąć obuwie.
Zaprowadziłem nieproszonych gości do kuchni, zapaliwszy światło wskazałem im niewielki stół, mogący pomieścić wokół siebie cztery krzesła, a sam podszedłem do kuchenki, żeby zamieszać ryż, który zaczął już się przypalać (pukanie do drzwi było tak agresywne, że uznałem, iż lepiej otworzyć natychmiast, nawet ryzykując spalenie obiadu). Mruknąłem niezadowolony, odstawiając patelnię na bok. Nie odwracając się, zwróciłem się do moich rozmówców:
- Zaproponowałbym coś do picia, ale wnioskując po waszym podejściu, oburzeni odmówicie twierdząc, że nie wiecie, czy nie próbuję was otruć - rzuciłem im spojrzenie ponad ramieniem.
- Dlaczego światło było zgaszone, gdy przyszliśmy? - zapytała nagle kobieta. Uniosłem zdziwiony brew, zachodząc w głowę, skąd jej się to pytanie wzięło. Właśnie wtedy żarówka zamigotała, na szczęście jednak zdecydowała się nie gasnąć.
- Właśnie dlatego - rzuciłem, lekko rozbawiony reakcją dziewczyny, która podniosła gwałtownie głowę, by spojrzeć na zawieszoną pod sufitem lampę.
- Nie musisz nas straszyć - natychmiast zareagował mężczyzna. Widziałem, że najchętniej by się na mnie rzucił, tak był wściekły.
- Nie kontroluję tego - wytłumaczyłem spokojnie, podchodząc do nich i zajmując jedno z wolnych krzeseł. - Dlatego, gdy jestem sam w domu, nie zapalam świateł. Widzę dostatecznie dobrze bez nich, a takie miganie jest irytujące - tłumaczenie widać średnio przekonało mężczyznę, ale nie było sensu się tym przejmować. - Ale wracając do tematu. Nie mam pojęcia, o co ci chodziło, gdy wpadłeś do mojego domu, zarzucając mi jakieś z palca wysnute przewinienia. Niemniej, ponieważ nie raczyłeś mi jak dotąd tego wytłumaczyć, powiem tyle, ile zdołam - zastukałem palcami obu rąk w blat stołu, odchylając się na oparcie krzesła. - Nigdy nie zamordowałem nikogo dla kaprysu. Poza tym... spaleni ludzie, tak? Skąd założenie, że to moja wina? Przypominam, że gdy twoja urocza przyjaciółka otoczyła mnie podczas naszego ostatniego spotkania płomieniami, byłem uwięziony. Nie mam mocy pozwalającej na kontrolowanie ognia, a tym samym palenia ludzi. Dalej: pytałeś mnie, co robiłem wczoraj wieczorem. W normalnych okolicznościach powiedziałbym, że nie twoja sprawa, ale w ramach okazania dobrej woli, odpowiem. Na polecenie Sopportare śledziłem pewną istotę - nagle przypomniałem sobie coś z zeszłego wieczoru. Zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. - Podejrzewam, że to ona stoi za tym, o czym mówisz, choć nie jestem pewny, czy mamy na myśli to samo wydarzenie. Aczkolwiek, faktycznie, podczas wczorajszego polowania... - poniewczasie zdałem sobie sprawę ze złego doboru słów - ... mam oczywiście na myśli polowanie na istotę, która od jakiegoś czasu biega po okolicy i morduje ludzi. Pali ich, dokładniej. W każdym razie, przez chwilę miałem możliwość złapania go. Znajdowaliśmy się wtedy przy miejscu zbrodni, złapałem go prawie na gorącym uczynku. Ale wtedy usłyszałem samochody, z resztą ta istota również, bo natychmiast czmychnęła.
Mężczyzna wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, kobieta zerkała z niepokojem to na mnie, to na migającą raz po raz żarówkę. Niebo za oknem przecięła błyskawica, rozświetlając na moment ciemność.
- Ulotniłem się zaraz po tym, jak ludzie, którzy tymi samochodami przyjechali, rozpoczęli badania. Tylko bym im przeszkadzał... Czy takie wytłumaczenie cię przekonuje? - zapytałem, z lekką kpiną słyszalną w głosie. - Jak w ogóle się nazywacie? - dodałem, przenosząc zirytowany wzrok na żarówkę, która znowu zamrugała. Tym razem nie zapaliła się już jednak ponownie, pogrążając nas w półmroku. Westchnąłem ciężko, wstając. Lekkie muśnięcie żarówki palcami i skierowanie w nią niewielkiego ładunku elektrycznego wystarczyło, by ponownie zaświeciła, tym razem już stałym światłem. No nareszcie. - Wy znacie moje imię, ale ja nie znam waszych. To trochę nie fair, nie sądzicie?
Keith? ;P
17.10.2019
Od Silasa CD Minho
Wśród monotonii mijających w nieskończoność dni, wśród których już nawet nie liczysz na jakiś koniec, prędzej czy później zaczynasz się nudzić bardziej, niż zwykle.
Tak było i w tym przypadku.
Zwykle zajmowałem sobie czas polowaniem. Jechałem do Sopportare, pytałem o wolne kontrakty, a potem przez najbliższy czas miałem zajęcie. No ale cóż - zaledwie wczoraj ostatecznie skończyłem poprzednie zlecenie, a gdy dzisiaj pojechałem zgłosić się po następne, okazało się, że na chwilę obecną przestępcy do ścigania bądź zabijania się skończyli. Pech.
Nie wiedząc więc, co począć z wolnym czasem, jaki nagle dostałem niczym w nietrafionym prezencie, postanowiłem zahaczyć o bibliotekę. Zwykle kluczenie pomiędzy regałami działało na mnie uspokajająco, potrafiłem się w tym zatracić i zwyczajnie stracić trochę czasu, którego i tak miałem w nadmiarze. No i, przy odrobinie szczęścia, znajdywałem jakieś ciekawe woluminy w zamkniętych dla odwiedzających salach biblioteki.
Posiadanie przyjaciółki w osobie bibliotekarki, która uchodziła za tak starą, jak miejsce, w którym pracuje, choć wedle mojej wiedzy dochodziła dopiero do osiemdziesiątki, miało swoje zalety. A to, że od przeszło trzydziestu lat była w zasadzie ślepa i wyraźnie widziała tylko to, co znajdywało się w odległości do pół metra od jej oczu, dodatkowo ułatwiało sytuację. Wystarczyło nie zbliżać się do niej zbytnio, by nie zauważyła, że jej "ulubiony czytelnik", jak zwykła mnie nazywać, nadal wygląda dokładnie tak samo jak w momencie, w którym go poznała.
Dzisiaj jednak, jak się okazało, staruszka nie pracowała. Westchnąłem, patrząc na młodą kobietę zajmującą jej stałe miejsce za ladą biblioteczną. Z roztargnieniem stukała długopisem o blat, patrząc w jakiś punkt na regale nieopodal.
Usłyszawszy kroki na parkiecie, jakby obudziła się z letargu, popatrzyła w moją stronę i uśmiechnęła się szczerze.
- Dzień dobry - zaćwierkała, mierząc mnie wzrokiem od stup do czubka głowy. Skinąłem jej w odpowiedzi głową, natychmiast kierując się do pierwszego lepszego rzędu półek. Byleby zniknąć jej z pola widzenia.
Z proszeniem jej o cokolwiek trzeba będzie poczekać, aż znajdzie sobie chłopaka. A jeszcze lepiej męża. Czyli przez najbliższe kilka lat jestem udupiony.
Skręcałem w losowe działy, bez szczególnego zainteresowania zerkając na znajdujące się na mijachych półkach książki. Moją uwagę przyciągnęły wyjątkowo dzieła historyczne, które zwykle omijałem. Przystanąłem i w chwili słabości uznałem, że może czytanie farmazonów o przeszłości będzie ciekawym zajęciem wolnego czasu. A nóż się pośmieję, powspominam...
No tak. Wspomnień wolałem unikać.
Tak więc szybko porzuciłem poroniony pomysł i już chciałem iść dalej, gdy nagle ktoś na mnie wpadł.
Gdybym był kimkolwiek innym, pewnie bym się zachwiał. A tak mocniej tym zderzeniem oberwał ten drugi, bo odbił się od góry mięśni.
Widać na tyle mocno, że odruchowo się cofnął. I przywalił głową w róg szafki.
Ała.
Patrzyłem na niego bez wyrazu, gdy łapał równowagę. W pierwszej chwili go nie rozpoznałem. Dopiero gdy skierował wzrok na mnie i na jego obliczu pojawiło się zaskoczenie, a potem irytacja podsumowana przewróceniem oczami, zdałem sobie sprawę, że ja też go kojarzę.
Rudy barman. Ten irytująco ekscentryczny.
- Powinienieś bardziej uważać, jak chodzisz - wyrwało mi się. Powiedziałem to tonem zimnym, nieprzystępnym. Ale odezwałem się.
Co, jak się okazało, jemu wystarczyło do uznania, że mam ochotę na prowadzenie z nim konwersacji.
No cóż, mylił się.
Minho?
Tak było i w tym przypadku.
Zwykle zajmowałem sobie czas polowaniem. Jechałem do Sopportare, pytałem o wolne kontrakty, a potem przez najbliższy czas miałem zajęcie. No ale cóż - zaledwie wczoraj ostatecznie skończyłem poprzednie zlecenie, a gdy dzisiaj pojechałem zgłosić się po następne, okazało się, że na chwilę obecną przestępcy do ścigania bądź zabijania się skończyli. Pech.
Nie wiedząc więc, co począć z wolnym czasem, jaki nagle dostałem niczym w nietrafionym prezencie, postanowiłem zahaczyć o bibliotekę. Zwykle kluczenie pomiędzy regałami działało na mnie uspokajająco, potrafiłem się w tym zatracić i zwyczajnie stracić trochę czasu, którego i tak miałem w nadmiarze. No i, przy odrobinie szczęścia, znajdywałem jakieś ciekawe woluminy w zamkniętych dla odwiedzających salach biblioteki.
Posiadanie przyjaciółki w osobie bibliotekarki, która uchodziła za tak starą, jak miejsce, w którym pracuje, choć wedle mojej wiedzy dochodziła dopiero do osiemdziesiątki, miało swoje zalety. A to, że od przeszło trzydziestu lat była w zasadzie ślepa i wyraźnie widziała tylko to, co znajdywało się w odległości do pół metra od jej oczu, dodatkowo ułatwiało sytuację. Wystarczyło nie zbliżać się do niej zbytnio, by nie zauważyła, że jej "ulubiony czytelnik", jak zwykła mnie nazywać, nadal wygląda dokładnie tak samo jak w momencie, w którym go poznała.
Dzisiaj jednak, jak się okazało, staruszka nie pracowała. Westchnąłem, patrząc na młodą kobietę zajmującą jej stałe miejsce za ladą biblioteczną. Z roztargnieniem stukała długopisem o blat, patrząc w jakiś punkt na regale nieopodal.
Usłyszawszy kroki na parkiecie, jakby obudziła się z letargu, popatrzyła w moją stronę i uśmiechnęła się szczerze.
- Dzień dobry - zaćwierkała, mierząc mnie wzrokiem od stup do czubka głowy. Skinąłem jej w odpowiedzi głową, natychmiast kierując się do pierwszego lepszego rzędu półek. Byleby zniknąć jej z pola widzenia.
Z proszeniem jej o cokolwiek trzeba będzie poczekać, aż znajdzie sobie chłopaka. A jeszcze lepiej męża. Czyli przez najbliższe kilka lat jestem udupiony.
Skręcałem w losowe działy, bez szczególnego zainteresowania zerkając na znajdujące się na mijachych półkach książki. Moją uwagę przyciągnęły wyjątkowo dzieła historyczne, które zwykle omijałem. Przystanąłem i w chwili słabości uznałem, że może czytanie farmazonów o przeszłości będzie ciekawym zajęciem wolnego czasu. A nóż się pośmieję, powspominam...
No tak. Wspomnień wolałem unikać.
Tak więc szybko porzuciłem poroniony pomysł i już chciałem iść dalej, gdy nagle ktoś na mnie wpadł.
Gdybym był kimkolwiek innym, pewnie bym się zachwiał. A tak mocniej tym zderzeniem oberwał ten drugi, bo odbił się od góry mięśni.
Widać na tyle mocno, że odruchowo się cofnął. I przywalił głową w róg szafki.
Ała.
Patrzyłem na niego bez wyrazu, gdy łapał równowagę. W pierwszej chwili go nie rozpoznałem. Dopiero gdy skierował wzrok na mnie i na jego obliczu pojawiło się zaskoczenie, a potem irytacja podsumowana przewróceniem oczami, zdałem sobie sprawę, że ja też go kojarzę.
Rudy barman. Ten irytująco ekscentryczny.
- Powinienieś bardziej uważać, jak chodzisz - wyrwało mi się. Powiedziałem to tonem zimnym, nieprzystępnym. Ale odezwałem się.
Co, jak się okazało, jemu wystarczyło do uznania, że mam ochotę na prowadzenie z nim konwersacji.
No cóż, mylił się.
Minho?
16.10.2019
Od Silasa CD Keitha
Wpatrywałem się przez chwilę bez wyrazu w mężczyznę, zastanawiając się, czy mówi poważnie. Jednak czas mijał, a z jego twarzy nie schodziła obojętność. Westchnąłem więc ciężko, przenosząc wzrok na kobietę. Z tej z kolei biła determinacja.
No cóż. Skoro tak przedstawiają sprawę... Nie żebym szczególnie przejmował się wizją śmierci. Wręcz przeciwnie, przez sekundę przeszedł mi przez myśl pomysł, by odmówić dania im swojej krwi i zobaczyć, co się stanie. Istaniało jednak ryzyko, że ten ich "ojczulek zakonny", kimkolwiek jest, postąpi zgoła inaczej, niż zagroził egzorcysta. A uwięzienie nie wchodziło w moim przypadku w grę - wieczność trwałaby za długo. Dlatego, westchnąwszy dramatycznie, by pokazać, za jak głupie i bezsensowne uważam to wszystko, wyciągnąłem rękę przed siebie.
- Róbcie, co musicie. Byle szybko.
Kobieta podeszła do mnie ostrożnie i ujęła w dłoń mój nadgarstek. Wbiłem wzrok w miejsce, do którego po chwili przyłożyła ostrze. Jeszcze zanim nacisnęła nim na moją skórę, uświadomiłem sobie, że zgodzenie się na ich warunki nie było jednak tak mądre i zgodne z instynktem samozachowawczym, jak mogłoby się wydawać.
Bo, po pierwsze, nie miałem pewności, co okaże się szybsze - moje zdolności regeneracji czy magia kobiety.
A po drugie... w mojej krwi mogą prawdopodobnie znaleźć więcej, niż tylko informację, gdzie aktualnie przebywam.
Ale nim zdążyłem cofnąć rękę, ostrze przecięło skórę.
Syknąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej reakcji na ból. Z nacięcia wypłynęła pojedyncza kropla krwi, spływając po nadgarstku ku otwartej dłoni. Czarownica szybko ją zebrała, zdając się skupiać na tym całą swoją uwagę.
Pewnie dlatego nie zauważyła, że rana zdążyła się w tym czasie już zasklepić, bo gdy podniosła wzrok na mój nadgarstek, zamarła z niedowierzaniem.
Wyszarpnąłem rękę z jej uścisku, poprawiłem rękaw płaszcza i skinąłem głową, niby w podzięce, postanawiając wykorzystać jej szok, by możliwie szybko się ulotnić.
Płomienie, które mnie otaczały, zniknęły chwilę wcześniej, dlatego teraz bez większych przeszkód mogłem oddalić się zdemolowaną, sklepową alejką. Uchyliłem jeszcze egzorcyście wyimaginowanego kapelusza, zanim szybkim krokiem ruszyłem ku wyjściu ze sklepu.
- Szybko ci poszło - usłyszałem potem, w pewnej odległości za sobą głos egzorcysty. Musiał zwracać się do dziewczyny, bo po chwili mu odpowiedziała:
- To nie ja go uleczyłam - szepnęła. W jej głosie nadal słychać było dezorientację.
Zanim miałem okazję usłyszeć ewentualną odpowiedź mężczyzny, wyszedłem ze sklepu. Nad okolicą zebrały się już ciemne chmury, z których lada chwila mógł lunąć deszcz. Nasunąłem kaptur na głowę i zniknąłem w najbliższym cieniu, omijając zamieszanie, które wywołała przed sklepem awantura z wampirem.
Po nieudanych zakupach doszedłem do wniosku, że odechciało mi się gotować. Rzuciłem krótkie spojrzenie na Mustanga, zaparkowanego nieopodal. Gdybym teraz do niego wsiadł i odjechał, zwróciłbym za dużo niepotrzebnej uwagi. Prościej było przejść się kawałek piechotą, a gdy sytuacja przycichnie, wrócić po wóz.
Akurat niedaleko znajdowała się niczego sobie kawiarnia, w której można było zjeść śniadanie. Niewiele myśląc uznałem, że będzie to najwłaściwszy w tym momencie cel.
Niezauważalny, skryty w cieniu budynku sklepu, oddaliłem się od "miejsca zbrodni", zostawiając wydarzenia ostatnich kilkunastu minut za sobą.
Keith?
No cóż. Skoro tak przedstawiają sprawę... Nie żebym szczególnie przejmował się wizją śmierci. Wręcz przeciwnie, przez sekundę przeszedł mi przez myśl pomysł, by odmówić dania im swojej krwi i zobaczyć, co się stanie. Istaniało jednak ryzyko, że ten ich "ojczulek zakonny", kimkolwiek jest, postąpi zgoła inaczej, niż zagroził egzorcysta. A uwięzienie nie wchodziło w moim przypadku w grę - wieczność trwałaby za długo. Dlatego, westchnąwszy dramatycznie, by pokazać, za jak głupie i bezsensowne uważam to wszystko, wyciągnąłem rękę przed siebie.
- Róbcie, co musicie. Byle szybko.
Kobieta podeszła do mnie ostrożnie i ujęła w dłoń mój nadgarstek. Wbiłem wzrok w miejsce, do którego po chwili przyłożyła ostrze. Jeszcze zanim nacisnęła nim na moją skórę, uświadomiłem sobie, że zgodzenie się na ich warunki nie było jednak tak mądre i zgodne z instynktem samozachowawczym, jak mogłoby się wydawać.
Bo, po pierwsze, nie miałem pewności, co okaże się szybsze - moje zdolności regeneracji czy magia kobiety.
A po drugie... w mojej krwi mogą prawdopodobnie znaleźć więcej, niż tylko informację, gdzie aktualnie przebywam.
Ale nim zdążyłem cofnąć rękę, ostrze przecięło skórę.
Syknąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej reakcji na ból. Z nacięcia wypłynęła pojedyncza kropla krwi, spływając po nadgarstku ku otwartej dłoni. Czarownica szybko ją zebrała, zdając się skupiać na tym całą swoją uwagę.
Pewnie dlatego nie zauważyła, że rana zdążyła się w tym czasie już zasklepić, bo gdy podniosła wzrok na mój nadgarstek, zamarła z niedowierzaniem.
Wyszarpnąłem rękę z jej uścisku, poprawiłem rękaw płaszcza i skinąłem głową, niby w podzięce, postanawiając wykorzystać jej szok, by możliwie szybko się ulotnić.
Płomienie, które mnie otaczały, zniknęły chwilę wcześniej, dlatego teraz bez większych przeszkód mogłem oddalić się zdemolowaną, sklepową alejką. Uchyliłem jeszcze egzorcyście wyimaginowanego kapelusza, zanim szybkim krokiem ruszyłem ku wyjściu ze sklepu.
- Szybko ci poszło - usłyszałem potem, w pewnej odległości za sobą głos egzorcysty. Musiał zwracać się do dziewczyny, bo po chwili mu odpowiedziała:
- To nie ja go uleczyłam - szepnęła. W jej głosie nadal słychać było dezorientację.
Zanim miałem okazję usłyszeć ewentualną odpowiedź mężczyzny, wyszedłem ze sklepu. Nad okolicą zebrały się już ciemne chmury, z których lada chwila mógł lunąć deszcz. Nasunąłem kaptur na głowę i zniknąłem w najbliższym cieniu, omijając zamieszanie, które wywołała przed sklepem awantura z wampirem.
Po nieudanych zakupach doszedłem do wniosku, że odechciało mi się gotować. Rzuciłem krótkie spojrzenie na Mustanga, zaparkowanego nieopodal. Gdybym teraz do niego wsiadł i odjechał, zwróciłbym za dużo niepotrzebnej uwagi. Prościej było przejść się kawałek piechotą, a gdy sytuacja przycichnie, wrócić po wóz.
Akurat niedaleko znajdowała się niczego sobie kawiarnia, w której można było zjeść śniadanie. Niewiele myśląc uznałem, że będzie to najwłaściwszy w tym momencie cel.
Niezauważalny, skryty w cieniu budynku sklepu, oddaliłem się od "miejsca zbrodni", zostawiając wydarzenia ostatnich kilkunastu minut za sobą.
Keith?
6.10.2019
Od Silasa CD. Minho
Czułem na sobie wzrok barmana.
Już od kilkunastu dobrych minut co chwilę jego spojrzenie wędrowało na mnie. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Z resztą, nie obchodziłoby mnie to pewnie, gdyby nie to, że w tym patrzeniu na mnie był niezwykle uciążliwy. Bo nie mogłem przez to wlać w siebie tyle różnych drinków, co zawsze. Na pewno zwróciłby uwagę, że jak na hektolitry alkoholu, które w siebie wlałem, trzymam się całkiem nieźle. Ba, zdaję się w zasadzie nawet nie zawiany. Zupełnie jakbym przez cały wieczór pił wodę.
A gdy raz przypadkiem podchwyciłem jego spojrzenie... taa. To by było na tyle, jeśli chodzi o spokojny wieczór.
- Hej - zagadał rudy, opierając się o bar koło mnie. Odchyliłem się odruchowo na stołku, na którym siedziałem, by znaleźć się dalej od niego. Nie lubiłem bliskości ludzi, już nie. - Co tak sam siedzisz? - zapytał przyjaźnie, dolewając mi whisky do szklanki pustej już szklanki, choć o to nie poprosiłem.
Przetrzymałem chwilę jego spojrzenie, nim chwyciwszy szklankę, opróżniłem ją jednym haustem. A w odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami.
- Czekasz na kogoś? - zapytał natychmiast, rozglądając się dookoła. Jakby mógł zobaczyć mojego potencjalnego towarzysza. Uśmiechnąłem się tylko krzywo i odstawiłem szklankę na blat. Już chciałem się ewakuować w jakieś mniej uczęszczane miejsce albo w ogóle z baru, ale powstrzymało mnie kolejne pytanie. - Dziewczyna cię rzuciła? - słyszałem w jego głosie, że żartuje, więc nie zareagowałem na jego uwagę, posłałem mu tylko wymowne spojrzenie. - Tyle pijesz, że na pewno musiało ci się coś przykrego dzisiaj stać.
Och, chłopczyku, nawet nie wiesz, ile mam powodów do zapijania smutków... Problem polega jednak na tym, że z moją przemianą materii osiągnięcie stanu gorszego niż lekkie wstawienie jest awykonalne. Nad czym szczerze ubolewam.
Sięgnąłem do kieszeni po portfel, wyciągnąłem z niego odpowiednią kwotę za drinki, wliczając spory napiwek, po czym, uchylając wyimaginowanego kapelusza, zeskoczyłem zgrabnie na ziemię, chcąc zniknąć w tłumie.
Minho? ;p
Już od kilkunastu dobrych minut co chwilę jego spojrzenie wędrowało na mnie. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Z resztą, nie obchodziłoby mnie to pewnie, gdyby nie to, że w tym patrzeniu na mnie był niezwykle uciążliwy. Bo nie mogłem przez to wlać w siebie tyle różnych drinków, co zawsze. Na pewno zwróciłby uwagę, że jak na hektolitry alkoholu, które w siebie wlałem, trzymam się całkiem nieźle. Ba, zdaję się w zasadzie nawet nie zawiany. Zupełnie jakbym przez cały wieczór pił wodę.
A gdy raz przypadkiem podchwyciłem jego spojrzenie... taa. To by było na tyle, jeśli chodzi o spokojny wieczór.
- Hej - zagadał rudy, opierając się o bar koło mnie. Odchyliłem się odruchowo na stołku, na którym siedziałem, by znaleźć się dalej od niego. Nie lubiłem bliskości ludzi, już nie. - Co tak sam siedzisz? - zapytał przyjaźnie, dolewając mi whisky do szklanki pustej już szklanki, choć o to nie poprosiłem.
Przetrzymałem chwilę jego spojrzenie, nim chwyciwszy szklankę, opróżniłem ją jednym haustem. A w odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami.
- Czekasz na kogoś? - zapytał natychmiast, rozglądając się dookoła. Jakby mógł zobaczyć mojego potencjalnego towarzysza. Uśmiechnąłem się tylko krzywo i odstawiłem szklankę na blat. Już chciałem się ewakuować w jakieś mniej uczęszczane miejsce albo w ogóle z baru, ale powstrzymało mnie kolejne pytanie. - Dziewczyna cię rzuciła? - słyszałem w jego głosie, że żartuje, więc nie zareagowałem na jego uwagę, posłałem mu tylko wymowne spojrzenie. - Tyle pijesz, że na pewno musiało ci się coś przykrego dzisiaj stać.
Och, chłopczyku, nawet nie wiesz, ile mam powodów do zapijania smutków... Problem polega jednak na tym, że z moją przemianą materii osiągnięcie stanu gorszego niż lekkie wstawienie jest awykonalne. Nad czym szczerze ubolewam.
Sięgnąłem do kieszeni po portfel, wyciągnąłem z niego odpowiednią kwotę za drinki, wliczając spory napiwek, po czym, uchylając wyimaginowanego kapelusza, zeskoczyłem zgrabnie na ziemię, chcąc zniknąć w tłumie.
Minho? ;p
Od Silasa CD. Keitha
Pięknie. Teraz nie miałem już żadnej realnej szansy, by wyjść z tego ponownego spotkania bez odpowiedzi na pytania. Zapewne takie, na które odpowiadać nie chciałem. Mogłem się tego w dość dosadny sposób domyślić po płomieniach, które mnie otoczyły, zmuszając do pozostania w miejscu. I które już od kilku dobrych minut mnie unieruchomiały, gdy egzorcysta "wypłakiwał się" na ramieniu dziewczyny, która wpadła do sklepu i opanowała sytuację. Czarodziejki, prawdopodobnie.
Więc stałem tam, unikając najmniejszego nawet ruchu, by przypadkiem się nie poparzyć. Obrażenia od ognia leczą się na mnie dłużej niż inne rany, do tego wcale nie był to przyjemny proces. Chęć uniknięcia go była więc całkowicie zrozumiana.
Tyle że marnowałem tu czas.
W końcu jednak, gdy zacząłem już brać pod uwagę taktyczny odwrót bez zważania na ryzyko poparzenia, gościu się pozbierał, wypuścił drobną kobietę z uścisku, zaraz jednak złapał ją za rękę, nim przeniósł wzrok na mnie.
- Cóż... - zaczął, mierząc mnie wzrokiem, oceniając. Nie wiedziałem, jaką opinię wydał, z resztą średnio mnie to interesowało. - Chyba należy mi się jakieś wytłumaczenie tej sytuacji.
Milczałem przez kilka sekund, wpatrując się w niego intensywnie, nim odezwałem się.
- Szczerze wątpię - nie włożyłem w to śladu jakichkolwiek uczuć. Stwierdziłem fakt.
- Doprawdy? - prychnął, mordując mnie spojrzeniem. - Naraziłeś życie niewinnych ludzi! - syknął zirytowany.
- Przede wszystkim: nie ja - zacząłem, tak samo wypranym z emocji głosem, co wcześniej. - Przyszedłem tu tylko zrobić zakupy. On miał widać inny powód wizyty w supermarkecie - wskazałem ruchem głowy kupkę popiołu na kafelkach, która, jak podejrzewałem, została po wampirze, gdy oberwał jakimś zaklęciem. Niestety sam moment jego śmierci mi umknął, bo zbyt skupiłem się na płomieniach, które mnie otoczyły.
- I na jakiej podstawie mam ci uwierzyć? - zapytał, trafnie z resztą. Dlatego po prostu wzruszyłem ramionami. Egzorcysta westchnął ciężko, wodząc wzrokiem po zdewastowanym otoczeniu. - Jak się nazywasz? - zapytał po chwili, klepiąc się po kieszeniach, pewnie w poszukiwaniu telefonu czy jakiegoś notesu, by zapisać moją odpowiedź. Zapewne, by mnie sprawdzić. Profesjonalista pełną gębą, nie ma co.
- Silas Aaron Black - westchnąłem, uginając się w końcu. Inaczej by mnie stąd nie wypuścił. - Łowca Głów na służbie Sopportare - widząc jego z niedowierzaniem uniesioną brew, dodałem. - Możesz to sprawdzić, chciałem tylko oszczędzić ci czasu - i sobie przy okazji. Nade wszystko chciałem stąd po prostu zniknąć.
- A ten wampir, który... według ciebie... cię zaatakował?
- Niezadowolony znajomy zlikwidowanego przeze mnie celu - płomienie nadal mnie otaczały, dodałem więc: - Nie mam nic więcej do powiedzenia. Mógłbyś mnie w końcu uwolnić?
Kolejna żarówka, w pewnej odległości od nas tym razem, zamigotała, bo czym zakończyła swój żywot. Spojrzałem na nią kątem oka. Jeśli nie chciałem wysadzić całej instalacji elektrycznej w sklepie, musiałem się stąd w miarę szybko ewakuować.
Kieth?
Więc stałem tam, unikając najmniejszego nawet ruchu, by przypadkiem się nie poparzyć. Obrażenia od ognia leczą się na mnie dłużej niż inne rany, do tego wcale nie był to przyjemny proces. Chęć uniknięcia go była więc całkowicie zrozumiana.
Tyle że marnowałem tu czas.
W końcu jednak, gdy zacząłem już brać pod uwagę taktyczny odwrót bez zważania na ryzyko poparzenia, gościu się pozbierał, wypuścił drobną kobietę z uścisku, zaraz jednak złapał ją za rękę, nim przeniósł wzrok na mnie.
- Cóż... - zaczął, mierząc mnie wzrokiem, oceniając. Nie wiedziałem, jaką opinię wydał, z resztą średnio mnie to interesowało. - Chyba należy mi się jakieś wytłumaczenie tej sytuacji.
Milczałem przez kilka sekund, wpatrując się w niego intensywnie, nim odezwałem się.
- Szczerze wątpię - nie włożyłem w to śladu jakichkolwiek uczuć. Stwierdziłem fakt.
- Doprawdy? - prychnął, mordując mnie spojrzeniem. - Naraziłeś życie niewinnych ludzi! - syknął zirytowany.
- Przede wszystkim: nie ja - zacząłem, tak samo wypranym z emocji głosem, co wcześniej. - Przyszedłem tu tylko zrobić zakupy. On miał widać inny powód wizyty w supermarkecie - wskazałem ruchem głowy kupkę popiołu na kafelkach, która, jak podejrzewałem, została po wampirze, gdy oberwał jakimś zaklęciem. Niestety sam moment jego śmierci mi umknął, bo zbyt skupiłem się na płomieniach, które mnie otoczyły.
- I na jakiej podstawie mam ci uwierzyć? - zapytał, trafnie z resztą. Dlatego po prostu wzruszyłem ramionami. Egzorcysta westchnął ciężko, wodząc wzrokiem po zdewastowanym otoczeniu. - Jak się nazywasz? - zapytał po chwili, klepiąc się po kieszeniach, pewnie w poszukiwaniu telefonu czy jakiegoś notesu, by zapisać moją odpowiedź. Zapewne, by mnie sprawdzić. Profesjonalista pełną gębą, nie ma co.
- Silas Aaron Black - westchnąłem, uginając się w końcu. Inaczej by mnie stąd nie wypuścił. - Łowca Głów na służbie Sopportare - widząc jego z niedowierzaniem uniesioną brew, dodałem. - Możesz to sprawdzić, chciałem tylko oszczędzić ci czasu - i sobie przy okazji. Nade wszystko chciałem stąd po prostu zniknąć.
- A ten wampir, który... według ciebie... cię zaatakował?
- Niezadowolony znajomy zlikwidowanego przeze mnie celu - płomienie nadal mnie otaczały, dodałem więc: - Nie mam nic więcej do powiedzenia. Mógłbyś mnie w końcu uwolnić?
Kolejna żarówka, w pewnej odległości od nas tym razem, zamigotała, bo czym zakończyła swój żywot. Spojrzałem na nią kątem oka. Jeśli nie chciałem wysadzić całej instalacji elektrycznej w sklepie, musiałem się stąd w miarę szybko ewakuować.
Kieth?
24.09.2019
Od Silasa CD. Keitha
Śmiertelny, nieśmiertelny - głód czułem tak jak każdy. A gdy rano, półprzytomny po nocnych wojażach, doczłapałem do kuchni, okazało się, że lodówka jest pusta. Wydałem z siebie jęk frustracji i, zirytowany, że nie sprawdziłem tego wczoraj, przeszedłem do hallu, gdzie złapałem płaszcz i kluczyki do Mustanga, żeby podjechać do sklepu.
A tam, jak gdyby nigdy nic, w powyciąganych dresach i z koszykiem sklepowym w ręce, stał ten egzorcysta z wczoraj. Odruchowo zatrzymałem się w pół kroku, wbijając w mężczyznę niedowierzające spojrzenie. Zdążyłem się jednak zreflektować, nim ten podniósł na mnie wzrok znad przeglądanej właśnie półki - podjąłem przerwany szokiem spacer ku lodówkom, starając się nie zwracać zbytniej uwagi na faceta. Nie ma szans, żeby mnie rozpoznał. Nie widział wczoraj mojej twarzy pod maską, sylwetkę w cienistej formie mam rozmazaną, zlewającą się z tłem... Musiałby dysponować jakimiś nadprzyrodzonymi zdolnościami, by powiązać wczorajsze wydarzenia z moją osobą.
Cały czas to sobie powtarzałem, czując na plecach jego wzrok, gdy szedłem w stronę lodówek. Tradycyjnie światła w nich zamigotały, gdy podszedłem bliżej. Jak zwykle to zignorowałem. Migające światła to norma w mojej obecności, ale, ponieważ sklepowe lodówki stosunkowo często się psują, nie zwracało to zwykle szczególnej uwagi.
Chyba, że ta przestała działaś dokładnie w momencie, w którym chwyciłem za klamkę jej drzwi. Wczoraj, podczas drogi powrotnej do domu, trafiło we mnie dwa razy, a nie miałem kiedy wykorzystać nagromadzonej energii, byłem więc bardziej naładowany niż zwykle. Przez moje ciało przetoczyło się wyładowanie elektryczne, na tyle silne, że skrzywiłem się lekko. Zaraz jednak przywołałem na twarz wyraz szczerego szoku, chwilę popatrzyłem w przezroczyste drzwi, po czym wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem z urządzenia butelkę mleka. I nic sobie nie robiąc z czujnego spojrzenia egzorcysty, którym ten nadal wodził za mną, ruszyłem dalej alejką, by kontynuować zakupy.
I pewnie ostatecznie mężczyzna nie zwróciłby na mnie większej uwagi, nawet pomimo tej zepsutej lodówki i mojej, bądź co bądź, dalekiej od mistrzostwa gry aktorskiej. Jednak niespodziewany czynnik, który chwilę potem pojawił się w sklepie, zrujnował całe moje wysiłki.
Bo właśnie wodziłem wzrokiem po półkach w poszukiwaniu mojego ulubionego chleba z rodzynkami i cynamonem, gdy usłyszałem na kafelkach kroki. Zignorowałem je... aż było niemal za późno.
W ostatniej chwili uchyliłem się przed ciosem. Nieprzygotowany na atak, zachwiałem się przy tym, omal nie kończąc na podłodze. Na szczęście odpowiednio szybko się zreflektowałem, złapałem pewną ręką za potylicę napastnika i, z rozpędu, wpakowałem jego twarz w półkę. Niestety, stało na niej tylko pieczywo, które nieco zamortyzowało uderzenie i nie zrobiło mu większej krzywdy. Szczególnie, że mówiliśmy o wampirze.
Co więcej, nawet go znałem.
To znaczy, przepraszam, spotkałem kiedyś. I przyznaję, ma prawo czuć do mnie pewien... uraz. Aczkolwiek gdy puszczałem go wolno jakiś miesiąc temu, z czystego współczucia, rezygnując tym samym z nagrody za jego głowę, nie sądziłem, że będzie na tyle głupi, by próbować brać odwet za przyjaciela, który nie miał tyle szczęścia.
Jak widać, myliłem się.
Przeliczyłem się również sądząc, że w spokojnej alejce osiedlowego sklepiku nikt nie zwróci uwagi na nagły hałas. Bo akurat, gdy wampir pozbierał się, a ja odsunąłem się od niego na bezpieczną odległość, by mieć większe pole manewru, z sąsiedniej alejki wypadł ten egzorcysta, gubiąc po drodze swoje zakupy. Zmierzył nas szybkim spojrzeniem, pewnie próbując zrozumieć, co się tu właśnie wydarzyło i kto kogo tak właściwie zaatakował.
Nie musiał czekać długo, by otrzymać odpowiedź. Światło nad nami zamigotało i zgasło, a ja zakląłem, gdy wampir ponownie się na mnie rzucił.
Keith?
A tam, jak gdyby nigdy nic, w powyciąganych dresach i z koszykiem sklepowym w ręce, stał ten egzorcysta z wczoraj. Odruchowo zatrzymałem się w pół kroku, wbijając w mężczyznę niedowierzające spojrzenie. Zdążyłem się jednak zreflektować, nim ten podniósł na mnie wzrok znad przeglądanej właśnie półki - podjąłem przerwany szokiem spacer ku lodówkom, starając się nie zwracać zbytniej uwagi na faceta. Nie ma szans, żeby mnie rozpoznał. Nie widział wczoraj mojej twarzy pod maską, sylwetkę w cienistej formie mam rozmazaną, zlewającą się z tłem... Musiałby dysponować jakimiś nadprzyrodzonymi zdolnościami, by powiązać wczorajsze wydarzenia z moją osobą.
Cały czas to sobie powtarzałem, czując na plecach jego wzrok, gdy szedłem w stronę lodówek. Tradycyjnie światła w nich zamigotały, gdy podszedłem bliżej. Jak zwykle to zignorowałem. Migające światła to norma w mojej obecności, ale, ponieważ sklepowe lodówki stosunkowo często się psują, nie zwracało to zwykle szczególnej uwagi.
Chyba, że ta przestała działaś dokładnie w momencie, w którym chwyciłem za klamkę jej drzwi. Wczoraj, podczas drogi powrotnej do domu, trafiło we mnie dwa razy, a nie miałem kiedy wykorzystać nagromadzonej energii, byłem więc bardziej naładowany niż zwykle. Przez moje ciało przetoczyło się wyładowanie elektryczne, na tyle silne, że skrzywiłem się lekko. Zaraz jednak przywołałem na twarz wyraz szczerego szoku, chwilę popatrzyłem w przezroczyste drzwi, po czym wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem z urządzenia butelkę mleka. I nic sobie nie robiąc z czujnego spojrzenia egzorcysty, którym ten nadal wodził za mną, ruszyłem dalej alejką, by kontynuować zakupy.
I pewnie ostatecznie mężczyzna nie zwróciłby na mnie większej uwagi, nawet pomimo tej zepsutej lodówki i mojej, bądź co bądź, dalekiej od mistrzostwa gry aktorskiej. Jednak niespodziewany czynnik, który chwilę potem pojawił się w sklepie, zrujnował całe moje wysiłki.
Bo właśnie wodziłem wzrokiem po półkach w poszukiwaniu mojego ulubionego chleba z rodzynkami i cynamonem, gdy usłyszałem na kafelkach kroki. Zignorowałem je... aż było niemal za późno.
W ostatniej chwili uchyliłem się przed ciosem. Nieprzygotowany na atak, zachwiałem się przy tym, omal nie kończąc na podłodze. Na szczęście odpowiednio szybko się zreflektowałem, złapałem pewną ręką za potylicę napastnika i, z rozpędu, wpakowałem jego twarz w półkę. Niestety, stało na niej tylko pieczywo, które nieco zamortyzowało uderzenie i nie zrobiło mu większej krzywdy. Szczególnie, że mówiliśmy o wampirze.
Co więcej, nawet go znałem.
To znaczy, przepraszam, spotkałem kiedyś. I przyznaję, ma prawo czuć do mnie pewien... uraz. Aczkolwiek gdy puszczałem go wolno jakiś miesiąc temu, z czystego współczucia, rezygnując tym samym z nagrody za jego głowę, nie sądziłem, że będzie na tyle głupi, by próbować brać odwet za przyjaciela, który nie miał tyle szczęścia.
Jak widać, myliłem się.
Przeliczyłem się również sądząc, że w spokojnej alejce osiedlowego sklepiku nikt nie zwróci uwagi na nagły hałas. Bo akurat, gdy wampir pozbierał się, a ja odsunąłem się od niego na bezpieczną odległość, by mieć większe pole manewru, z sąsiedniej alejki wypadł ten egzorcysta, gubiąc po drodze swoje zakupy. Zmierzył nas szybkim spojrzeniem, pewnie próbując zrozumieć, co się tu właśnie wydarzyło i kto kogo tak właściwie zaatakował.
Nie musiał czekać długo, by otrzymać odpowiedź. Światło nad nami zamigotało i zgasło, a ja zakląłem, gdy wampir ponownie się na mnie rzucił.
Keith?
13.09.2019
Od Silasa CD Keitha
Wzruszyłem ramionami, rzucając krótkie spojrzenie na martwego chłopaka. Taki kruchy... Jak każdy człowiek. A demon... daje siłę. Pozorną. Ale taka wizja dla wielu pozostaje kusząca.
- Jesteś niemową? - rzucił egzorcysta żartobliwym tonem. Gdybym faktycznie był niemy, mógłbym się obrazić. Jemu widocznie to nie przeszkadzało. Albo nie pomyślał.
Rzuciłem mu więc przeciągłe spojrzenie, zanim odpowiedziałem, nie wytężając za bardzo strun głosowych. Jeśli zależy mu na odpowiedzi, to usłyszy, nie ma sensu podnosić głosu. Nawet pomimo burzy i deszczu, którego pierwsze krople zaczęły już spadać z nieba na ziemię.
- Nie - rzuciłem. Krótko, treściwie. Byle nie nawiązywać bezsensownego dialogu. I tak nigdy więcej się nie spotkamy. Sięgnąłem odruchowo do maski skrywającej moją twarz, opuszczając ją lekko. Woda zaczęła po niej spływać, materiał przykleił mi się do nosa, wywołując nieprzyjemne uczucie duszenia. Zaraz jednak zreflektowałem się, że przecież mam towarzystwo, ponownie naciągnąłem więc materiał na nos.
- W takim razie odpowiesz mi? Kim jesteś?
Nasze oczy spotkały się na chwilę. Moje błyszczące czerwienią, jego ciemnogranatowe. Po chwili milczącej walki na spojrzenia, egzorcysta odwrócił wzrok, by spojrzeć na coś... nie, na kogoś, kryjącego się w cieniu nieopodal. Nie zauważyłem go wcześniej. A powinieniem był. Cholera.
Wyglądał na mniej skłonnego do zwyczajnej rozmowy niż ten drugi.
O czym miałem wątpliwą przyjemność się przekonać już kilka sekund później, gdy, nadal nie odpowiedziawszy na pytanie, postanowiłem się kulturalnie zewakuować. Rozmowa z nimi nie miała sensu - opętaniec nie stanowił już problemu, a ja nie miałem czasu, ani zbytniej ochoty, by kontynuować dialog... hm, w sumie monolog egzorcysty. Przymknąłem więc oczy, aby zlać się z cieniami i odejść spokojnie w swoją stronę. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet kroku. Usłyszałem od strony, gdzie ostatni raz przed zamknięciem oczu widziałem drugiego mężczyznę, nagły ruch powietrza i dźwięk odbespieczanej broni. A potem wystrzał.
Bolało. Zawsze cholernie boli, ale zdążyłem już się przyzwyczaić. Sięgnąłem do rany na ramieniu, zadanej właśnie przez tego drugiego mężczyznę, i wygrzebałem z niej kulę, zanim ciało zdążyło się zregenerować z kawałkiem ołowiu w środku. Kiedyś popełniłem już błąd, ignorując taki niepozorny kawałek metalu, który utkwił mi gdzieś w okolicy serca. Późniejsze wyciąganie go było... kilkanaście razy gorszym doświadczeniem niż sam postrzał. Tym bardziej bez znieczulenia. Jeszcze nie wymyślili leku przeciwbólowego, który działałby na mnie dłużej niż pięć minut...
Stęknąłem głucho, gdy w końcu zdołałem wydobyć nieszczęsną kulę. Rana, którą zadała, niemal natychmiast się zaklepiła, nie pozostawiając na skórze najmniejszego śladu.
Przemieściłem się cieniami bliżej strzelca i bezceremonialnie opuściłem zakrwawioną kulę u jego stóp.
- Zgubiłeś coś - poinformowałem głosem bez wyrazu. Po czym wyłoniłem się całkiem z cieni i odwróciłem do egzorcysty, skłaniając lekko głowę. - Miło było poznać.
Po tych słowach ruszem spokojnym krokiem uliczką w kierunku, z którego przyszedłem, nie poświęcając dwóm nieznajomym ani jednego spojrzenia więcej.
Keith? ;p
- Jesteś niemową? - rzucił egzorcysta żartobliwym tonem. Gdybym faktycznie był niemy, mógłbym się obrazić. Jemu widocznie to nie przeszkadzało. Albo nie pomyślał.
Rzuciłem mu więc przeciągłe spojrzenie, zanim odpowiedziałem, nie wytężając za bardzo strun głosowych. Jeśli zależy mu na odpowiedzi, to usłyszy, nie ma sensu podnosić głosu. Nawet pomimo burzy i deszczu, którego pierwsze krople zaczęły już spadać z nieba na ziemię.
- Nie - rzuciłem. Krótko, treściwie. Byle nie nawiązywać bezsensownego dialogu. I tak nigdy więcej się nie spotkamy. Sięgnąłem odruchowo do maski skrywającej moją twarz, opuszczając ją lekko. Woda zaczęła po niej spływać, materiał przykleił mi się do nosa, wywołując nieprzyjemne uczucie duszenia. Zaraz jednak zreflektowałem się, że przecież mam towarzystwo, ponownie naciągnąłem więc materiał na nos.
- W takim razie odpowiesz mi? Kim jesteś?
Nasze oczy spotkały się na chwilę. Moje błyszczące czerwienią, jego ciemnogranatowe. Po chwili milczącej walki na spojrzenia, egzorcysta odwrócił wzrok, by spojrzeć na coś... nie, na kogoś, kryjącego się w cieniu nieopodal. Nie zauważyłem go wcześniej. A powinieniem był. Cholera.
Wyglądał na mniej skłonnego do zwyczajnej rozmowy niż ten drugi.
O czym miałem wątpliwą przyjemność się przekonać już kilka sekund później, gdy, nadal nie odpowiedziawszy na pytanie, postanowiłem się kulturalnie zewakuować. Rozmowa z nimi nie miała sensu - opętaniec nie stanowił już problemu, a ja nie miałem czasu, ani zbytniej ochoty, by kontynuować dialog... hm, w sumie monolog egzorcysty. Przymknąłem więc oczy, aby zlać się z cieniami i odejść spokojnie w swoją stronę. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet kroku. Usłyszałem od strony, gdzie ostatni raz przed zamknięciem oczu widziałem drugiego mężczyznę, nagły ruch powietrza i dźwięk odbespieczanej broni. A potem wystrzał.
Bolało. Zawsze cholernie boli, ale zdążyłem już się przyzwyczaić. Sięgnąłem do rany na ramieniu, zadanej właśnie przez tego drugiego mężczyznę, i wygrzebałem z niej kulę, zanim ciało zdążyło się zregenerować z kawałkiem ołowiu w środku. Kiedyś popełniłem już błąd, ignorując taki niepozorny kawałek metalu, który utkwił mi gdzieś w okolicy serca. Późniejsze wyciąganie go było... kilkanaście razy gorszym doświadczeniem niż sam postrzał. Tym bardziej bez znieczulenia. Jeszcze nie wymyślili leku przeciwbólowego, który działałby na mnie dłużej niż pięć minut...
Stęknąłem głucho, gdy w końcu zdołałem wydobyć nieszczęsną kulę. Rana, którą zadała, niemal natychmiast się zaklepiła, nie pozostawiając na skórze najmniejszego śladu.
Przemieściłem się cieniami bliżej strzelca i bezceremonialnie opuściłem zakrwawioną kulę u jego stóp.
- Zgubiłeś coś - poinformowałem głosem bez wyrazu. Po czym wyłoniłem się całkiem z cieni i odwróciłem do egzorcysty, skłaniając lekko głowę. - Miło było poznać.
Po tych słowach ruszem spokojnym krokiem uliczką w kierunku, z którego przyszedłem, nie poświęcając dwóm nieznajomym ani jednego spojrzenia więcej.
Keith? ;p
2.09.2019
Od Silasa CD Keitha
Zamrugałem powoli, patrząc na mężczyznę z niedowieżaniem. Aha. No tak. Egzorcyzmy. Taka opcja poradzenia sobie z problemem też wchodziła w rachubę. Ale generalnie uznawałem ją za zbyt kłopotliwą.
Poza tym, do cholery, kto wybiera się z książką na swobodnie hasającego sobie człowieka opętanego przez demona? Z niego i tak już nic po wypędzeniu niechcianego lokatora nie będzie, jeśli nie zginie na miejscu, to zostanie roślinką. Za długo miał w sobie demona. Prościej delikwentowi odrąbać głowę.
Hm, a może moje metody są jednak przestażałe, a człowiek miał jakąś szansę...?
Nie, strwierdziłem zaraz potem, chowając miecz do pochwy. Jednak stare sposoby niekiedy okazują się bardziej opłacalne. Szczególnie ta część o nierzucaniu się na opętenego w pojedynkę...
Westchnąłem w duchu, gdy nieznajomy mężczyzna nie zdołał uniknąć kilejnego ataku, który nastąpił mimo, a może przez to, że właśnie zaczął czytać egzorcyzm. Oceniłem szybko możliwości. Magiczna bariera, którą stworzył, nie pozwalała mi się co prawda do nich zbliżyć, ale mogłem spróbować czegoś innego.
Przywołałem nagromadzoną we mnie błyskawicę i, utkwiwszy wzrok w opętanym, pstryknąłem palcami.
Po jego ciele przepłynęły niebieskie iskry, nim zamarł, zadygotał, po czym runął bezwładnie na ziemię. Sekundę nim sztylet, który napastnik wytrzasnął nie wiem kiedy i nie wiem skąd, dosięgnął szyi mężczyzny.
Nie ma za co, idioto.
Tym razem to nieznajomy wyglądał na wytrąconego z równowagi. Patrzył przez chwilę znad tej swojej książki na podrygującego w gwałtownych skurczach mięśni opętanego, nim przeniósł wzrok na mnie.
Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi na jego nieme pytanie. Wskazałem ręką na porażonego prądem opętańca, by kontynuował. Tym razem masz jakieś szanse na wyjście z tego spotkania cało, pomyślałem, opierając się o pobliski budynek i zakładając ramiona na piersi, by przyglądać się dalszym poczynaniom egzorcysty czy kim tam był mężczyzna. I czekać, aż z łaski swojej zdejmie tą cholerną, magiczną barierę i będę mógł się stąd w końcu ewakuować.
Keith?
Poza tym, do cholery, kto wybiera się z książką na swobodnie hasającego sobie człowieka opętanego przez demona? Z niego i tak już nic po wypędzeniu niechcianego lokatora nie będzie, jeśli nie zginie na miejscu, to zostanie roślinką. Za długo miał w sobie demona. Prościej delikwentowi odrąbać głowę.
Hm, a może moje metody są jednak przestażałe, a człowiek miał jakąś szansę...?
Nie, strwierdziłem zaraz potem, chowając miecz do pochwy. Jednak stare sposoby niekiedy okazują się bardziej opłacalne. Szczególnie ta część o nierzucaniu się na opętenego w pojedynkę...
Westchnąłem w duchu, gdy nieznajomy mężczyzna nie zdołał uniknąć kilejnego ataku, który nastąpił mimo, a może przez to, że właśnie zaczął czytać egzorcyzm. Oceniłem szybko możliwości. Magiczna bariera, którą stworzył, nie pozwalała mi się co prawda do nich zbliżyć, ale mogłem spróbować czegoś innego.
Przywołałem nagromadzoną we mnie błyskawicę i, utkwiwszy wzrok w opętanym, pstryknąłem palcami.
Po jego ciele przepłynęły niebieskie iskry, nim zamarł, zadygotał, po czym runął bezwładnie na ziemię. Sekundę nim sztylet, który napastnik wytrzasnął nie wiem kiedy i nie wiem skąd, dosięgnął szyi mężczyzny.
Nie ma za co, idioto.
Tym razem to nieznajomy wyglądał na wytrąconego z równowagi. Patrzył przez chwilę znad tej swojej książki na podrygującego w gwałtownych skurczach mięśni opętanego, nim przeniósł wzrok na mnie.
Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi na jego nieme pytanie. Wskazałem ręką na porażonego prądem opętańca, by kontynuował. Tym razem masz jakieś szanse na wyjście z tego spotkania cało, pomyślałem, opierając się o pobliski budynek i zakładając ramiona na piersi, by przyglądać się dalszym poczynaniom egzorcysty czy kim tam był mężczyzna. I czekać, aż z łaski swojej zdejmie tą cholerną, magiczną barierę i będę mógł się stąd w końcu ewakuować.
Keith?
31.08.2019
Od Silasa do Keitha
Zachodni wiatr przyniósł nocną burzę.
Zaciągnąłem się głęboko, delektując naelektryzowanym powietrzem. Jeśli nie pomyliłem się w rachunkach podczas przyczajania w cieniu, było koło północy. Idealna pora dla demona.
I jego łowcy.
Długo przygotowywałem się do tego zadania. Nie dlatego, że było jakoś szczególnie trudne, wszak demon, który opętał pewnie pierwszego z brzegu nieszczęśnika i grasował od kilku tygodni po Seattle, nie należał do potężnych. Pewnie nawet nie uznałbym go za godnego fatygi - Sopportare miało na swoich usługach innych łowców, mniej doświadczonych, których mogła skusić skromna sumka, jaką wystawiono za jego głowę. Ale od jakiegoś czasu żadne ciekawsze zlecenie się nie pojawiło. Zaczynałem się nudzić. A gdy nie miałem co robić, zaczynały nawiedzać mnie wspomnienia.
A tego wolałem za wszelką cenę unikać.
W każdym razie, demon może i podrzędny, ale za to sprytny. Minęły dwa dni, nim w końcu zdołałem go wytropić. Kolejny tydzień poświęciłem na poznanie jego zwyczajów - w jakich miejscach bywa, co robi... W tym konkretnym przypadku mógłbym ten zwyczajowy punkt pominąć, biorąc pod uwagę, że pewnie gdy już zaatakuję, walka nie będzie trwała dłużej niż pięć minut. Widziałem człowieka, którego opętał. Wątły, niski, chudy. Ale przynajmniej miałem kolejny tydzień życia z głowy.
Dzisiejszy dzień poświęciłem na przygotowania do walki. Choć nie tak obszerne, jak zawsze - ograniczyłem się do skompletowania i oczyszczenia broni, w której skład wchodził długi miecz jednoręczny z wygrawerowanymi runami, czterocalowy, srebrny sztylet i krótka broń palna. Zwykle włóczyłem się również po okolicy, pozwalając błyskawicy we mnie krążyć, by przywołać burzę, która wspierała mnie w walce. Tym razem sobie darowałem. Widać jednak, i tak do mnie przyszła.
Kolejny powiew wiatru przyniósł ze sobą smród demona.
Gdy niebo rozświetliła na chwilę błyskawica, otworzyłem przymknięte do tej pory oczy. Stał tam. Chuderlawy chłopaczyna, tak niepozorny... A dla nic niespodziewającego się człowieka tak niebezpieczny.
Nie widział mnie. Ale coś poczuł. Poznałem to po rozszerzających się nozdrzach i rozbieganym wzroku, którym rzucał dookoła, szukając w panice miejsca, z którego nadejdzie atak.
Poruszyłem się nieznacznie, sięgając za ramię, po przewieszony przez plecy miecz. Poluzowałem go w pochwie, upewniłem się, że da się go swobodnie wyjąć. Wstałem powoli i, trzymając się cieni, ruszyłem w kierunku celu.
Po raptem kilku krokach dostrzegłem, jak jego oczy rozjaśnia demoniczny błysk. Przestał przebierać nogami, zatrzymał się w całkowitym bezruchu, nasłuchując.
Również się zatrzymałem. Płaszcz utkany z cieni powiewał na wietrze, nie wydając przy tym najcichszego szmeru. Nie mógł mnie usłyszeć.
Kolejna błyskawica przecięła niebo, na ułamek sekundy rozświetlając ciemną uliczkę. Skrzywiłem się, bo cień, w którym się skryłem, przez ten ułamek sekundy przestał być cieniem. Demonowi w ludzkim ciele to wystarczyło.
Z piersi chłopaka wyrwał się nieludzki okrzyk tryumfu, gdy rzucił się w moją stronę. Szybciej, niż byłby w stanie zwyczajny człowiek, wysunąłem miecz z pochwy. Stal błysnęła odbitym od sierpu księżyca światłem. Zrobiłem krok naprzód, wychodząc z okrycia cieni.
Rzucił się na mnie w tej samej chwili. Zręczną pracą nóg, wypracowaną przez wielki ćwiczeń, uniknąłem tak pierwszego ciosu, jak i ich gradu, który nastąpił potem. Miecz trzymałem luźno w dłoni, czekając na dogodny moment, by nim ciąć.
Wszystko szło dobrze. Aż do momentu, gdy na końcu drogi ni z tego, ni z owego pojawił się jakiś mężczyzna. Stanął na jej środku, bardzo blisko nas, i przywołał na twarz szeroki uśmiech.
Opętany stanął jak wryty. Utkwił wzrok w nowo przybyłym, z miną wyrażającą bezbrzeżne zdumienie. Ja również zamarłem w pół ruchu, zbyt zaskoczony, by kontynuować walkę bez ryzyka błędu spowodowanego roztargnieniem. Tym bardziej, że nowo przybyły zaczął przemawiać pokojowo. Do. Opętanego. Demonicznym. Szałem. Człowieka.
No kretyn jakiś.
Keith? ;p
Zaciągnąłem się głęboko, delektując naelektryzowanym powietrzem. Jeśli nie pomyliłem się w rachunkach podczas przyczajania w cieniu, było koło północy. Idealna pora dla demona.
I jego łowcy.
Długo przygotowywałem się do tego zadania. Nie dlatego, że było jakoś szczególnie trudne, wszak demon, który opętał pewnie pierwszego z brzegu nieszczęśnika i grasował od kilku tygodni po Seattle, nie należał do potężnych. Pewnie nawet nie uznałbym go za godnego fatygi - Sopportare miało na swoich usługach innych łowców, mniej doświadczonych, których mogła skusić skromna sumka, jaką wystawiono za jego głowę. Ale od jakiegoś czasu żadne ciekawsze zlecenie się nie pojawiło. Zaczynałem się nudzić. A gdy nie miałem co robić, zaczynały nawiedzać mnie wspomnienia.
A tego wolałem za wszelką cenę unikać.
W każdym razie, demon może i podrzędny, ale za to sprytny. Minęły dwa dni, nim w końcu zdołałem go wytropić. Kolejny tydzień poświęciłem na poznanie jego zwyczajów - w jakich miejscach bywa, co robi... W tym konkretnym przypadku mógłbym ten zwyczajowy punkt pominąć, biorąc pod uwagę, że pewnie gdy już zaatakuję, walka nie będzie trwała dłużej niż pięć minut. Widziałem człowieka, którego opętał. Wątły, niski, chudy. Ale przynajmniej miałem kolejny tydzień życia z głowy.
Dzisiejszy dzień poświęciłem na przygotowania do walki. Choć nie tak obszerne, jak zawsze - ograniczyłem się do skompletowania i oczyszczenia broni, w której skład wchodził długi miecz jednoręczny z wygrawerowanymi runami, czterocalowy, srebrny sztylet i krótka broń palna. Zwykle włóczyłem się również po okolicy, pozwalając błyskawicy we mnie krążyć, by przywołać burzę, która wspierała mnie w walce. Tym razem sobie darowałem. Widać jednak, i tak do mnie przyszła.
Kolejny powiew wiatru przyniósł ze sobą smród demona.
Gdy niebo rozświetliła na chwilę błyskawica, otworzyłem przymknięte do tej pory oczy. Stał tam. Chuderlawy chłopaczyna, tak niepozorny... A dla nic niespodziewającego się człowieka tak niebezpieczny.
Nie widział mnie. Ale coś poczuł. Poznałem to po rozszerzających się nozdrzach i rozbieganym wzroku, którym rzucał dookoła, szukając w panice miejsca, z którego nadejdzie atak.
Poruszyłem się nieznacznie, sięgając za ramię, po przewieszony przez plecy miecz. Poluzowałem go w pochwie, upewniłem się, że da się go swobodnie wyjąć. Wstałem powoli i, trzymając się cieni, ruszyłem w kierunku celu.
Po raptem kilku krokach dostrzegłem, jak jego oczy rozjaśnia demoniczny błysk. Przestał przebierać nogami, zatrzymał się w całkowitym bezruchu, nasłuchując.
Również się zatrzymałem. Płaszcz utkany z cieni powiewał na wietrze, nie wydając przy tym najcichszego szmeru. Nie mógł mnie usłyszeć.
Kolejna błyskawica przecięła niebo, na ułamek sekundy rozświetlając ciemną uliczkę. Skrzywiłem się, bo cień, w którym się skryłem, przez ten ułamek sekundy przestał być cieniem. Demonowi w ludzkim ciele to wystarczyło.
Z piersi chłopaka wyrwał się nieludzki okrzyk tryumfu, gdy rzucił się w moją stronę. Szybciej, niż byłby w stanie zwyczajny człowiek, wysunąłem miecz z pochwy. Stal błysnęła odbitym od sierpu księżyca światłem. Zrobiłem krok naprzód, wychodząc z okrycia cieni.
Rzucił się na mnie w tej samej chwili. Zręczną pracą nóg, wypracowaną przez wielki ćwiczeń, uniknąłem tak pierwszego ciosu, jak i ich gradu, który nastąpił potem. Miecz trzymałem luźno w dłoni, czekając na dogodny moment, by nim ciąć.
Wszystko szło dobrze. Aż do momentu, gdy na końcu drogi ni z tego, ni z owego pojawił się jakiś mężczyzna. Stanął na jej środku, bardzo blisko nas, i przywołał na twarz szeroki uśmiech.
Opętany stanął jak wryty. Utkwił wzrok w nowo przybyłym, z miną wyrażającą bezbrzeżne zdumienie. Ja również zamarłem w pół ruchu, zbyt zaskoczony, by kontynuować walkę bez ryzyka błędu spowodowanego roztargnieniem. Tym bardziej, że nowo przybyły zaczął przemawiać pokojowo. Do. Opętanego. Demonicznym. Szałem. Człowieka.
No kretyn jakiś.
Keith? ;p
29.08.2019
Silas - Historia
- Silasie...
Wystarczył jej szept, bym wybudził się z płytkiego snu, w jaki udało mi się zapaść pierwszy raz od kilku dni. Poderwałem gwałtownie głowę, kręgi w szyi strzeliły w proteście. Skrzywiłem się, poczułszy ból mięśni, zastałych w dziwnej pozycji podczas snu w fotelu, ale zaraz przywołałem na twarz zwyczajowy uśmiech. Padłem na kolana przy zagłówku łóżka i sięgnąłem po dłoń Marie. Była taka zimna, krucha...
- Jestem, kochanie - szepnąłem, wolną ręką odgarniając niegdyś kruczoczarne, dziś już siwe pukle z jej twarzy. Piękną twarz znaczyły głębokie bruzdy starości, jedynie oczy pozostały takie jak dawniej - zielone, wesołe, pełne życia. Ale już niedługo... wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę. - Czego potrzebujesz?
Patrzyła na mnie przez chwilę. Te zielone, zielone oczy... Pogłaskałem ostrożnie wierzch jej dłoni, czekając na odpowiedź.
- Chciałabym... się u... umyć.
Uśmiechnąłem się ciepło do ukochanej i ucałowałem w policzek.
- Oczywiście - szepnąłem tuż przy jej skórze. - Zaraz poproszę Annę, rzeby przygotowała dla ciebie kąpiel.
Wstałem szybko, ostrożnie odkładając dłoń kobiety na prześcieradła. Kierując się do drzwi, przeczesałem włosy dłonią, rzucając zdenerwowane spojrzenie ponad ramieniem. Anna siedziała przed domem i przędła. Żeby ją zawołać bez zakłócania spokoju żony musiałbym wyjść z pokoju do izby i na ganek. W tym czasie Marie mogła...
Gdy sięgałem do klamki, drzwi otworzyły się powoli. Mimo to odskoczyłem szybko na bezpieczną odległość, żeby we mnie nie uderzyły. Przy okazji zapomniałem, że muszę się schylać, przebywając w pomieszczeniu, więc uderzyłem głową o powałę. Syknąłem cicho, przygarbiając się na powrót. Im więcej czasu spędzałem w tym pokoju, przepełnionym zapachem zbliżającej się śmierci i strachu - mojego strachu - tym bardziej impulsywne stawały się moje ruchy.
W drzwiach stanął mój najstarszy syn, Peter. Jego wzrok powędrował najpierw na matkę, potem spoczął na mnie. Podrapałem się ze zdenerwowaniem po głowie, uciekając wzrokiem na jedyne okno w pomieszczeniu, ale i tak dostrzegłem w oczach syna smutek. I to nie z powodu matki.
Zacisnąłem zęby, mrugając szybko, by odpędzić łzy. Nie chciałem, by Marie się zamartwiała bez potrzeby. By którekolwiek z nich się martwiło.
- Musisz odpocząć, tato - szepnął Pete, zamykając za sobą drzwi. Podszedł do Marie i złożył na jej czole pocałunek. Uśmiechnęła się.
Uśmiechnęła...
- Chciałaby wziąć kąpiel - powiedziałem, wciskając dłonie w kieszenie. Cały czas unikałem wzroku syna. W ogóle patrzenia na niego. - Mógłbyś poprosić Annę, żeby ją przygotowała?
Cisza. Usłyszałem tylko szelest materiału, gdy się prostował.
- Ojcze... - jego głos zdawał się płaczliwy. Nie zareagowałem. - Ojcze, spójrz na mnie. Proszę.
Podniosłem powoli wzrok, nie podnosząc głowy. Był niższy ode mnie, więc tyle wystarczyło, gdy stanął przede mną.
Oczy zaszkliły mi się łzami, które, w końcu uwolnione, spłynęły po policzkach.
Miał już prawie 100 lat. Podobnie jak matka, był długowieczny. Mimo to pierwsze zmarszczki zaczęły pojawiać się w kącikach jego oczu, pierwsze siwe włosy na głowie...
A ja nadal wyglądałem jak dwudziestopięciolatek.
Powinieniem teraz leżeć przy Marie, równie słaby i poznaczony wiekiem, jak ona.
- To nie twoja wina - szepnął Pete, łapiąc mnie za rękę, by zwrócić moją uwagę na sobie. - To nie twoja wina, słyszysz? Nie możesz się tu zamknąć już na zawsze. Musisz wyjść do ludzi...
Wyrwarłem dłoń i otarłem szybko policzki. Ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Idealna podróbka mojego zwyczajnego.
- Tak zrobię, ale jak Marie... Marie... - zaciąłem się, nie mogąc wypowiedzieć kolejnych słów. Ale syn zrozumiał, skinął głową, bym kontynuował. - Nie chcę jej zostawiać.
Patrzyliśmy na siebie jeszcze chwilę, ojciec na syna, syn na ojca. W końcu Peter, położywszy dłoń na moim ramieniu i ścisnąwszy uspokajająco, wyszedł z pokoju, zawołać Annę.
A ja ponownie opadłem na fotel przy łóżku umierającej i, ze sztucznym uśmiechem nieznikającym z ust, zacząłem opowiadać.
~•~
Pamiętasz, jak się poznaliśmy? W tej karczmie na rozstajach. Przyniosłem ci te głupie lilie...
Na pewno pamiętasz. Zrobiłem z siebie idiotę przy tych wszystkich ludziach.
A potem? Nasze spotkania, rozmowy, plany... I wszystko się spełniło, prawda?
Powiedziałem ci, kim jestem. Dlaczego bycie razem to zły pomysł. A ty roześmiałaś mi się w twarz, wyjawiając, że także nie jesteś "zwyczajna". Czarownica, która posiadła długowieczność... Wtedy ciężko mi było uwierzyć.
Długowieczni. Razem, dłużej od innych. Mieliśmy zestarzeć się razem.
Ale ten wypadek... Ten nieszczęsny wypadek...
Wyrywałaś sobie włosy z głowy, gdy nie wracałem, a wszelki słuch o mnie zaginął w tych górach. Pamiętasz? Nim wróciłem, półżywy, zdążyłaś mnie już opłakać i stworzyć ołtarzyk przed domem... Jak myśmy się z tego potem śmiali...
A potem nasze dzieci. Słodkie szkraby z nich były, co? Teraz są już dorosłe, a nadal tak niedoświadczone przez życie w niektórych przypadkach... To zabawne, nie sądzisz?
Tak, właśnie... A teraz... Teraz.
Teraz gdy ciebie zabraknie... Nie zobaczę już tego uśmiechu... Nigdy więcej nie doprowadzisz mnie do porządku spojrzeniem tych swoich zielonych oczu...
Nigdy więcej...
~•~
Raz po raz przeciągałem szczotką po włosach Marie. Długie, długie pasma prześlizgiwały się między moimi palcami... jak jej życie. Jeszcze chwila i ją stracę. Czułem to.
- Si... las - mruknęła, wtulając głowę w moje palce. Pomasowałem ją przez chwilę, tak jak robiłem to kiedyś... Z trudem powstrzymałem wzdrygnięcie. - Obiecaj...
Zamarłem. Od kilku tygodni już tylko mnie wołała. Nie mówiła nic więcej, choć na rzucenie zaklęcia zmieniającego kolor moich włosów z brązowego na czarny starczyło jej sił. Kiedyś użyła tego samego czaru do zmienienia koloru moich włosów na niebieski. Tak się wtedy śmiała...
- Słucham cię, kochanie - mruknąłem, rozpoczynając plecenie warkocza. Złożyłem szybki pocałunek na jej szyi. - O co chodzi?
- Obiecaj... Aaron - zamknąłem oczy, przełykając ciężko ślinę. Tylko ona zwracała się do mnie drugim imieniem i tylko, gdy była zła. Albo chciała zwrócić moją uwagę. - Zajmiesz się... dziećmi. Nie... nie zostawisz ich... gdy już...
- Cii, w porządku, skarbie - przesunąłem dłonią po jej ramieniu, ale ona zgromiła mnie wzrokiem.
- Daj mi... skończyć - syknęła. Jędza. I taką właśnie ją kocham. - Zajmiesz... się nimi... Przestaniesz... unikać ich... tylko dlate... go, że na nich... odcina się pię... tno wieku - musiała przerwać na chwilę, by złapać powietrze. - I weźmiesz się w garść... po mojej śmierci... Nie chcę... Po prostu... - westchnęła, opierając głowę o moje ramię. - Żyj. Proszę. Obiecaj.
Po moim policzku potoczyła się łza, gdy objąłem ukochaną i przycisnąłem do piersi.
- Obiecuję - szepnąłem.
Następnego dnia odeszła.
~•~
Każdy następny dzień był gorszy od poprzedniego. Nie mogłem spać, kręciłem się nocami po domu, aż hałasami budziłem Petera, który obiecał matce się mną zaopiekować i od jej śmierci mieszkał ze mną i swoją rodziną w tym klaustrofobicznym domu. Zaciągał mnie siłą do łóżka i okrywał pierzyną, jakbym to ja był jego synem, nie odwrotnie. Ale ja dalej nie mogłem spać. Śniły mi się oczy. Zielone, tak zielone oczy...
Zrywałem się więc z łóżka, wymykałem przez okno jak jakiś dzieciak, okrywałem się cieniami i włuczyłem po okolicy. Nad ranem wracając do domu i udając, że wszystko jest w porządku.
Były też burze.
To właśnie w czasie jednej z nich stało się coś, co wyrwało mnie z mojego letargu po śmierci żony. Anna urodziła. Śliczną córeczkę.
Nowe życie wniosło do mojego życia nową nadzieję. A dziewczynka... miała zielone oczy.
To właśnie wtedy wróciłem do starego zajęcia. Bo zawsze lepsze jakieś zajęcie, niż żadne. Polowanie na zbiegów, wrogów publicznych... Byłem w tym dobry.
A potem dziewczynka zmarła. Gruźlica. Nie pamiętam już, jak miała na imię, ale miała wtedy dwanaście lat. Zaraz po niej odeszła Anna.
Peter do końca dotrzymywał obietnicy złożonej matce. Choć pod koniec musiał mnie wyciągać zakrwawionego, pokrytego zaschniętym błotem i brudem z przydrożnych melin. Aż sam zaniemógł. Wtedy znowu się obudziłem. Wraz z jego żoną czuwaliśmy na zmianę przy jego łóżku.
Aż i jego zabrała kostucha.
Wtedy sprzedałem nasz dom w Londynie i wyniosłem się z tego przeklętego miasta. I nigdy nie wróciłem.
~•~
- Potrzebujesz kolejnych dokumentów? - usłyszałem, ledwo wszedłem do antykwariatu starego znajomego, u którego zaopatrywałem się w woluminy prawiące o magicznych artefaktach. A także nieco mniej legalne papiery, jak można wywnioskować z pytania.
Nie odpowiedziałem, podszedłem tylko do lady, sięgając do kieszeni po zwitek banknotów i kładąc przed sprzedawcą. Antykwariusz zapatrzył się na niego w zamyśleniu, po czym sięgnął pod blat, by wyciągnąć pudło z dokumentami przygotowanymi dla mnie i kilku innych długowiecznych mieszkających w okolicy.
- To już dziesięć lat, co? - rzucił, przerzucając fałszywki w poszukiwaniu tych przygotowanych dla mnie.
Unikałem patrzenia na niego. Kolejna osoba, która wkradła się do mojego serca. Tym razem nieproszona. I jak wszystkie pozostałe, w końcu miała zniknąć.
- Proszę bardzo - rzucił wesołym tonem, kładąc przede mną paszport, dowód osobisty i prawo jazdy. - Szukasz może jakiś nowych artefaktów?
Skinąłem oszczędnie głową, odbierając dokumenty i wkładając je do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Jeśli to jakiś ciekawy okaz, chętnie bym go odkupił - rzucił Antykwariusz, opierając się łokciami o ladę.
W końcu popatrzyłem na niego. I zaraz uciekłem spojrzeniem. Zestarzał się przez te dziesięć lat. Jak każdy.
Tylko nie ja.
- Jak zawsze - mruknąłem tylko, żeby nie być zbyt niegrzecznym. Wystukałem palcami na ladzie krótki rytm, po czym odepchnąłem się od niej i ruszyłem z powrotem do drzwi.
- Do zobaczenia za dziesięć lat, Wędrowcze! - zawołał jeszcze za mną Antykwariusz.
Nie było nam jednak to dane. Ale, co mnie zdziwiło, zapisał mi coś w testamencie. Z krótką notką:
Wystarczył jej szept, bym wybudził się z płytkiego snu, w jaki udało mi się zapaść pierwszy raz od kilku dni. Poderwałem gwałtownie głowę, kręgi w szyi strzeliły w proteście. Skrzywiłem się, poczułszy ból mięśni, zastałych w dziwnej pozycji podczas snu w fotelu, ale zaraz przywołałem na twarz zwyczajowy uśmiech. Padłem na kolana przy zagłówku łóżka i sięgnąłem po dłoń Marie. Była taka zimna, krucha...
- Jestem, kochanie - szepnąłem, wolną ręką odgarniając niegdyś kruczoczarne, dziś już siwe pukle z jej twarzy. Piękną twarz znaczyły głębokie bruzdy starości, jedynie oczy pozostały takie jak dawniej - zielone, wesołe, pełne życia. Ale już niedługo... wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę. - Czego potrzebujesz?
Patrzyła na mnie przez chwilę. Te zielone, zielone oczy... Pogłaskałem ostrożnie wierzch jej dłoni, czekając na odpowiedź.
- Chciałabym... się u... umyć.
Uśmiechnąłem się ciepło do ukochanej i ucałowałem w policzek.
- Oczywiście - szepnąłem tuż przy jej skórze. - Zaraz poproszę Annę, rzeby przygotowała dla ciebie kąpiel.
Wstałem szybko, ostrożnie odkładając dłoń kobiety na prześcieradła. Kierując się do drzwi, przeczesałem włosy dłonią, rzucając zdenerwowane spojrzenie ponad ramieniem. Anna siedziała przed domem i przędła. Żeby ją zawołać bez zakłócania spokoju żony musiałbym wyjść z pokoju do izby i na ganek. W tym czasie Marie mogła...
Gdy sięgałem do klamki, drzwi otworzyły się powoli. Mimo to odskoczyłem szybko na bezpieczną odległość, żeby we mnie nie uderzyły. Przy okazji zapomniałem, że muszę się schylać, przebywając w pomieszczeniu, więc uderzyłem głową o powałę. Syknąłem cicho, przygarbiając się na powrót. Im więcej czasu spędzałem w tym pokoju, przepełnionym zapachem zbliżającej się śmierci i strachu - mojego strachu - tym bardziej impulsywne stawały się moje ruchy.
W drzwiach stanął mój najstarszy syn, Peter. Jego wzrok powędrował najpierw na matkę, potem spoczął na mnie. Podrapałem się ze zdenerwowaniem po głowie, uciekając wzrokiem na jedyne okno w pomieszczeniu, ale i tak dostrzegłem w oczach syna smutek. I to nie z powodu matki.
Zacisnąłem zęby, mrugając szybko, by odpędzić łzy. Nie chciałem, by Marie się zamartwiała bez potrzeby. By którekolwiek z nich się martwiło.
- Musisz odpocząć, tato - szepnął Pete, zamykając za sobą drzwi. Podszedł do Marie i złożył na jej czole pocałunek. Uśmiechnęła się.
Uśmiechnęła...
- Chciałaby wziąć kąpiel - powiedziałem, wciskając dłonie w kieszenie. Cały czas unikałem wzroku syna. W ogóle patrzenia na niego. - Mógłbyś poprosić Annę, żeby ją przygotowała?
Cisza. Usłyszałem tylko szelest materiału, gdy się prostował.
- Ojcze... - jego głos zdawał się płaczliwy. Nie zareagowałem. - Ojcze, spójrz na mnie. Proszę.
Podniosłem powoli wzrok, nie podnosząc głowy. Był niższy ode mnie, więc tyle wystarczyło, gdy stanął przede mną.
Oczy zaszkliły mi się łzami, które, w końcu uwolnione, spłynęły po policzkach.
Miał już prawie 100 lat. Podobnie jak matka, był długowieczny. Mimo to pierwsze zmarszczki zaczęły pojawiać się w kącikach jego oczu, pierwsze siwe włosy na głowie...
A ja nadal wyglądałem jak dwudziestopięciolatek.
Powinieniem teraz leżeć przy Marie, równie słaby i poznaczony wiekiem, jak ona.
- To nie twoja wina - szepnął Pete, łapiąc mnie za rękę, by zwrócić moją uwagę na sobie. - To nie twoja wina, słyszysz? Nie możesz się tu zamknąć już na zawsze. Musisz wyjść do ludzi...
Wyrwarłem dłoń i otarłem szybko policzki. Ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Idealna podróbka mojego zwyczajnego.
- Tak zrobię, ale jak Marie... Marie... - zaciąłem się, nie mogąc wypowiedzieć kolejnych słów. Ale syn zrozumiał, skinął głową, bym kontynuował. - Nie chcę jej zostawiać.
Patrzyliśmy na siebie jeszcze chwilę, ojciec na syna, syn na ojca. W końcu Peter, położywszy dłoń na moim ramieniu i ścisnąwszy uspokajająco, wyszedł z pokoju, zawołać Annę.
A ja ponownie opadłem na fotel przy łóżku umierającej i, ze sztucznym uśmiechem nieznikającym z ust, zacząłem opowiadać.
~•~
Pamiętasz, jak się poznaliśmy? W tej karczmie na rozstajach. Przyniosłem ci te głupie lilie...
Na pewno pamiętasz. Zrobiłem z siebie idiotę przy tych wszystkich ludziach.
A potem? Nasze spotkania, rozmowy, plany... I wszystko się spełniło, prawda?
Powiedziałem ci, kim jestem. Dlaczego bycie razem to zły pomysł. A ty roześmiałaś mi się w twarz, wyjawiając, że także nie jesteś "zwyczajna". Czarownica, która posiadła długowieczność... Wtedy ciężko mi było uwierzyć.
Długowieczni. Razem, dłużej od innych. Mieliśmy zestarzeć się razem.
Ale ten wypadek... Ten nieszczęsny wypadek...
Wyrywałaś sobie włosy z głowy, gdy nie wracałem, a wszelki słuch o mnie zaginął w tych górach. Pamiętasz? Nim wróciłem, półżywy, zdążyłaś mnie już opłakać i stworzyć ołtarzyk przed domem... Jak myśmy się z tego potem śmiali...
A potem nasze dzieci. Słodkie szkraby z nich były, co? Teraz są już dorosłe, a nadal tak niedoświadczone przez życie w niektórych przypadkach... To zabawne, nie sądzisz?
Tak, właśnie... A teraz... Teraz.
Teraz gdy ciebie zabraknie... Nie zobaczę już tego uśmiechu... Nigdy więcej nie doprowadzisz mnie do porządku spojrzeniem tych swoich zielonych oczu...
Nigdy więcej...
~•~
Raz po raz przeciągałem szczotką po włosach Marie. Długie, długie pasma prześlizgiwały się między moimi palcami... jak jej życie. Jeszcze chwila i ją stracę. Czułem to.
- Si... las - mruknęła, wtulając głowę w moje palce. Pomasowałem ją przez chwilę, tak jak robiłem to kiedyś... Z trudem powstrzymałem wzdrygnięcie. - Obiecaj...
Zamarłem. Od kilku tygodni już tylko mnie wołała. Nie mówiła nic więcej, choć na rzucenie zaklęcia zmieniającego kolor moich włosów z brązowego na czarny starczyło jej sił. Kiedyś użyła tego samego czaru do zmienienia koloru moich włosów na niebieski. Tak się wtedy śmiała...
- Słucham cię, kochanie - mruknąłem, rozpoczynając plecenie warkocza. Złożyłem szybki pocałunek na jej szyi. - O co chodzi?
- Obiecaj... Aaron - zamknąłem oczy, przełykając ciężko ślinę. Tylko ona zwracała się do mnie drugim imieniem i tylko, gdy była zła. Albo chciała zwrócić moją uwagę. - Zajmiesz się... dziećmi. Nie... nie zostawisz ich... gdy już...
- Cii, w porządku, skarbie - przesunąłem dłonią po jej ramieniu, ale ona zgromiła mnie wzrokiem.
- Daj mi... skończyć - syknęła. Jędza. I taką właśnie ją kocham. - Zajmiesz... się nimi... Przestaniesz... unikać ich... tylko dlate... go, że na nich... odcina się pię... tno wieku - musiała przerwać na chwilę, by złapać powietrze. - I weźmiesz się w garść... po mojej śmierci... Nie chcę... Po prostu... - westchnęła, opierając głowę o moje ramię. - Żyj. Proszę. Obiecaj.
Po moim policzku potoczyła się łza, gdy objąłem ukochaną i przycisnąłem do piersi.
- Obiecuję - szepnąłem.
Następnego dnia odeszła.
~•~
Każdy następny dzień był gorszy od poprzedniego. Nie mogłem spać, kręciłem się nocami po domu, aż hałasami budziłem Petera, który obiecał matce się mną zaopiekować i od jej śmierci mieszkał ze mną i swoją rodziną w tym klaustrofobicznym domu. Zaciągał mnie siłą do łóżka i okrywał pierzyną, jakbym to ja był jego synem, nie odwrotnie. Ale ja dalej nie mogłem spać. Śniły mi się oczy. Zielone, tak zielone oczy...
Zrywałem się więc z łóżka, wymykałem przez okno jak jakiś dzieciak, okrywałem się cieniami i włuczyłem po okolicy. Nad ranem wracając do domu i udając, że wszystko jest w porządku.
Były też burze.
To właśnie w czasie jednej z nich stało się coś, co wyrwało mnie z mojego letargu po śmierci żony. Anna urodziła. Śliczną córeczkę.
Nowe życie wniosło do mojego życia nową nadzieję. A dziewczynka... miała zielone oczy.
To właśnie wtedy wróciłem do starego zajęcia. Bo zawsze lepsze jakieś zajęcie, niż żadne. Polowanie na zbiegów, wrogów publicznych... Byłem w tym dobry.
A potem dziewczynka zmarła. Gruźlica. Nie pamiętam już, jak miała na imię, ale miała wtedy dwanaście lat. Zaraz po niej odeszła Anna.
Peter do końca dotrzymywał obietnicy złożonej matce. Choć pod koniec musiał mnie wyciągać zakrwawionego, pokrytego zaschniętym błotem i brudem z przydrożnych melin. Aż sam zaniemógł. Wtedy znowu się obudziłem. Wraz z jego żoną czuwaliśmy na zmianę przy jego łóżku.
Aż i jego zabrała kostucha.
Wtedy sprzedałem nasz dom w Londynie i wyniosłem się z tego przeklętego miasta. I nigdy nie wróciłem.
~•~
- Potrzebujesz kolejnych dokumentów? - usłyszałem, ledwo wszedłem do antykwariatu starego znajomego, u którego zaopatrywałem się w woluminy prawiące o magicznych artefaktach. A także nieco mniej legalne papiery, jak można wywnioskować z pytania.
Nie odpowiedziałem, podszedłem tylko do lady, sięgając do kieszeni po zwitek banknotów i kładąc przed sprzedawcą. Antykwariusz zapatrzył się na niego w zamyśleniu, po czym sięgnął pod blat, by wyciągnąć pudło z dokumentami przygotowanymi dla mnie i kilku innych długowiecznych mieszkających w okolicy.
- To już dziesięć lat, co? - rzucił, przerzucając fałszywki w poszukiwaniu tych przygotowanych dla mnie.
Unikałem patrzenia na niego. Kolejna osoba, która wkradła się do mojego serca. Tym razem nieproszona. I jak wszystkie pozostałe, w końcu miała zniknąć.
- Proszę bardzo - rzucił wesołym tonem, kładąc przede mną paszport, dowód osobisty i prawo jazdy. - Szukasz może jakiś nowych artefaktów?
Skinąłem oszczędnie głową, odbierając dokumenty i wkładając je do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Jeśli to jakiś ciekawy okaz, chętnie bym go odkupił - rzucił Antykwariusz, opierając się łokciami o ladę.
W końcu popatrzyłem na niego. I zaraz uciekłem spojrzeniem. Zestarzał się przez te dziesięć lat. Jak każdy.
Tylko nie ja.
- Jak zawsze - mruknąłem tylko, żeby nie być zbyt niegrzecznym. Wystukałem palcami na ladzie krótki rytm, po czym odepchnąłem się od niej i ruszyłem z powrotem do drzwi.
- Do zobaczenia za dziesięć lat, Wędrowcze! - zawołał jeszcze za mną Antykwariusz.
Nie było nam jednak to dane. Ale, co mnie zdziwiło, zapisał mi coś w testamencie. Z krótką notką:
Nigdy nie poznałem twojego imienia, sam z resztą też zabroniłeś mi się przedstawiać, ale polubiłem cię przez te lata odwiedzin u mnie. Tak, jesteś gburem, ale wierzę, że masz ku temu powód. Nie myśl, że nie zauważyłem tych skrzętnie ukrytych półuśmiechów, które wywołałem na twojej twarzy swoimi kiepskimi żartami! Co dowodzi, że chcesz się uśmiechać. Ale coś cię hamuje.
Chciałbym ci się na coś przysłużyć, jeśli tylko mi na to pozwolisz. Mam dom w Seattle, moja duma i ukoronowanie lat ciężkiej pracy. Nie mam dzieci, którym mógłbym go powierzyć, więc klucze do niego przekazuję tobie.Pewnie masz pieniądze na większy, ładniejszy, umieszczony w lepszym miejscu dom. Ale niech ten prezent będzie dla ciebie impulsem.
Żyj.
Niech dla ciebie na zawsze pozostanę tylko Antykwariuszem
Subskrybuj:
Posty (Atom)