Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silas&Keith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silas&Keith. Pokaż wszystkie posty

5.11.2019

Od Silasa CD. Keitha

Patrzyłem z góry na nietypową dwójkę, mrugając powoli, z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Dłoń nadal trzymałem na klamce, a drzwi wejściowe pozostawały otwarte. Żeby nie poczuli się przypadkiem zaproszeni. Byłem właśnie w trakcie przygotowywania obiadu, gdy bezpardonowo wdarli się do mojej posiadłości. A teraz jeszcze, wparowawszy do przedpokoju i nie pofatygowawszy się nawet, by wytrzeć ubłocone buty w wycieraczkę, sugestywnie położoną pod drzwiami, bez żadnego dzień dobry czy innej formy przyjętego w kulturze powitania, mężczyzna zaczął rzucać we mnie słowami bez ładu i składu. Jedyne, co zrozumiałem z jego słowotoku, to że widocznie obwiniał mnie za jakiś mord. Zakładając pewnie, że od razu będę wiedział, o co chodzi, być może wykażę jakąś formę przerażenia czy zirytowania tym, że mnie przejrzał...
No tak, tylko żeby zareagować jakkolwiek, trzeba najpierw wiedzieć, o co dokładnie jest się oskarżanym.
- Odgórne zakładanie, że ktoś coś zrobił tylko dlatego, że był obecny na miejscu tragedii, jest bezcelowe - zauważyłem po chwili, gdy słowa kobiety już przebrzmiały, a mężczyzna przestał się rzucać. Każde słowo artykułowałem na tyle powoli, bym na pewno został zrozumiany. I by przy okazji spokojem nieco złagodzić emocje targające egzorcystą. - Jednak z uwagi na to, że wbrew pozorom jestem człowiekiem posiadającym swój honor, nie pozwolę się obrażać i przypisywać sobie fałszywych oskarżeń. Dlatego odpowiem na wasze pytania najlepiej, jak będę potrafił - urwałem na chwilę, by powieść wzrokiem po intruzach. Wątpiłem, by ewentualna walka z nimi miała mi przysporzyć szczególnych problemów. A nawet jeśli zdołaliby mnie zabić, wyświadczyliby mi raczej przysługę. Westchnąłem więc, zamykając drzwi, by odgrodzić nas od powiewów zimnego powietrza wpadających przez nie do środka. - Zapraszam. Tylko zdejmijcie buty - dodałem. W normalnych okolicznościach bym tego nie zażądał. Ale uznałem, że skoro oni wykazali się całkowitym brakiem kultury wpadając do mojego domu, ja mogę też mogę sobie na to pozwolić.
- Nie mam zamiaru wchodzić dalej. Skąd mogę wiedzieć, czy nie zaciągniesz nas do piwnicy i nie zabijesz? - warknął mężczyzna, łapiąc za ramię kobietę, która już ze zrezygnowanym westchnięciem miała się schylić, by rozwiązać sznurowadła.
Popatrzyłem na niego zimno, bez wyrazu. Nic nie powiedziałem. To oni chcieli rozmawiać, muszą się więc zgodzić na moje warunki. A ja nie zamierzałem rozmawiać w przedsionku. Zostawiłem patelnię na gazie.
Po kilkunastu długich, pełnych napięcia sekundach, warknął zirytowany. Ale w końcu schylił się, by zdjąć obuwie.
Zaprowadziłem nieproszonych gości do kuchni, zapaliwszy światło wskazałem im niewielki stół, mogący pomieścić wokół siebie cztery krzesła, a sam podszedłem do kuchenki, żeby zamieszać ryż, który zaczął już się przypalać (pukanie do drzwi było tak agresywne, że uznałem, iż lepiej otworzyć natychmiast, nawet ryzykując spalenie obiadu). Mruknąłem niezadowolony, odstawiając patelnię na bok. Nie odwracając się, zwróciłem się do moich rozmówców:
- Zaproponowałbym coś do picia, ale wnioskując po waszym podejściu, oburzeni odmówicie twierdząc, że nie wiecie, czy nie próbuję was otruć - rzuciłem im spojrzenie ponad ramieniem.
- Dlaczego światło było zgaszone, gdy przyszliśmy? - zapytała nagle kobieta. Uniosłem zdziwiony brew, zachodząc w głowę, skąd jej się to pytanie wzięło. Właśnie wtedy żarówka zamigotała, na szczęście jednak zdecydowała się nie gasnąć.
- Właśnie dlatego - rzuciłem, lekko rozbawiony reakcją dziewczyny, która podniosła gwałtownie głowę, by spojrzeć na zawieszoną pod sufitem lampę.
- Nie musisz nas straszyć - natychmiast zareagował mężczyzna. Widziałem, że najchętniej by się na mnie rzucił, tak był wściekły.
- Nie kontroluję tego - wytłumaczyłem spokojnie, podchodząc do nich i zajmując jedno z wolnych krzeseł. - Dlatego, gdy jestem sam w domu, nie zapalam świateł. Widzę dostatecznie dobrze bez nich, a takie miganie jest irytujące - tłumaczenie widać średnio przekonało mężczyznę, ale nie było sensu się tym przejmować. - Ale wracając do tematu. Nie mam pojęcia, o co ci chodziło, gdy wpadłeś do mojego domu, zarzucając mi jakieś z palca wysnute przewinienia. Niemniej, ponieważ nie raczyłeś mi jak dotąd tego wytłumaczyć, powiem tyle, ile zdołam - zastukałem palcami obu rąk w blat stołu, odchylając się na oparcie krzesła. - Nigdy nie zamordowałem nikogo dla kaprysu. Poza tym... spaleni ludzie, tak? Skąd założenie, że to moja wina? Przypominam, że gdy twoja urocza przyjaciółka otoczyła mnie podczas naszego ostatniego spotkania płomieniami, byłem uwięziony. Nie mam mocy pozwalającej na kontrolowanie ognia, a tym samym palenia ludzi. Dalej: pytałeś mnie, co robiłem wczoraj wieczorem. W normalnych okolicznościach powiedziałbym, że nie twoja sprawa, ale w ramach okazania dobrej woli, odpowiem. Na polecenie Sopportare śledziłem pewną istotę - nagle przypomniałem sobie coś z zeszłego wieczoru. Zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. - Podejrzewam, że to ona stoi za tym, o czym mówisz, choć nie jestem pewny, czy mamy na myśli to samo wydarzenie. Aczkolwiek, faktycznie, podczas wczorajszego polowania... - poniewczasie zdałem sobie sprawę ze złego doboru słów - ... mam oczywiście na myśli polowanie na istotę, która od jakiegoś czasu biega po okolicy i morduje ludzi. Pali ich, dokładniej. W każdym razie, przez chwilę miałem możliwość złapania go. Znajdowaliśmy się wtedy przy miejscu zbrodni, złapałem go prawie na gorącym uczynku. Ale wtedy usłyszałem samochody, z resztą ta istota również, bo natychmiast czmychnęła.
Mężczyzna wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, kobieta zerkała z niepokojem to na mnie, to na migającą raz po raz żarówkę. Niebo za oknem przecięła błyskawica, rozświetlając na moment ciemność.
- Ulotniłem się zaraz po tym, jak ludzie, którzy tymi samochodami przyjechali, rozpoczęli badania. Tylko bym im przeszkadzał... Czy takie wytłumaczenie cię przekonuje? - zapytałem, z lekką kpiną słyszalną w głosie. - Jak w ogóle się nazywacie? - dodałem, przenosząc zirytowany wzrok na żarówkę, która znowu zamrugała. Tym razem nie zapaliła się już jednak ponownie, pogrążając nas w półmroku. Westchnąłem ciężko, wstając. Lekkie muśnięcie żarówki palcami i skierowanie w nią niewielkiego ładunku elektrycznego wystarczyło, by ponownie zaświeciła, tym razem już stałym światłem. No nareszcie. - Wy znacie moje imię, ale ja nie znam waszych. To trochę nie fair, nie sądzicie?

Keith? ;P

2.11.2019

Od Keitha CD Silasa

W Seattle zjawiskiem niezwykle powszechnym było to, że niebo zakryte było warstwą ciemnych chmur, a na ziemię spadały ciężkie krople deszczu. Tego dnia nie było inaczej, z tą różnicą, że na wietrze wirował już biały puch. Niby zima miała nadejść dopiero za jakiś czas, lecz kiedy temperatura spadła znacznie poniżej zera, to ta postanowiła odwiedzić Perłę Północy wcześniej, zaskakując tym samym nieprzygotowanych kierowców i mieszkańców miasta. Do tej drugiej grupy należał również Keith. Dopiero kiedy po wyjrzeniu przez okno ujrzał płatki śniegu i wyciągnął z szafy kurtkę, zorientował się, że ta już nie pasuje na jego ciało, dlatego stanął przed wyborem. Przemęczyć się w za małym ubraniu czy wyciągnąć z dna szafy płaszcz, jaki wcisnął tam w chwili, gdy tylko otrzymał taką możliwość?
Stojąc przed rozsuwanymi drzwiami mebla, słyszał, jak w głębi mieszkania Matthias przygotowuje się do wyjścia. Jego brat nie miał takich problemów. Gdy tylko otrzymali rozkaz pojawienia się na miejscu ich akcji, przygotował broń i narzucił na siebie swego rodzaju mundur zakonu. Dla Keitha nie było to takie proste. Postanowił pozostawić tamto życie za sobą, a przynajmniej na tyle, ile był w stanie bez ryzykowania utraty głowy czy powrotu do siedziby w ramach kary za dezercję. Jednak to nadal do niego powracało, w takiej czy innej formie. Nawet najbardziej trywialnej jak wybór ubioru. W innej sytuacji pewnie roześmiałby się z powodu absurdalności tego wszystkiego. Żeby był tak bardzo zjebany, aby stać przed szafą i zastanawiać się o jakiś pierdołach.
Kiedy zjawili się na miejscu, pomyślał, że powinien jednak przełknąć dumę, gdyż to było lepsze niż dygotanie na zimnym wietrze pośrodku niczego. Bowiem tak to wyglądało, w zasięgu wzroku widział tylko dachy maksymalnie dwóch, trzech budynków w oddali, wyglądające jak małe oazy po środku morza suchych krzaków i innej polnej roślinności. A przed nimi ogołocone ze wszystkiego miejsce, jakby nagle w tym miejscu zapłonął potężny ogień, niszcząc wszystko wokół. Nawet ludzi, bowiem Montroce zauważył paru członków zakonu, klęczących na wypalonej ziemi obok zwęglonych zwłok. Młodzieniec wolał się nie zbliżać do miejsca zbrodni, stanął tylko obok auta, jakim przyjechał, obejmując się za ramiona i dygocząc z zimna. Wodził spojrzeniem za Matthiasem, który dyskutował z ojcem przełożonym. Starszy mężczyzna spojrzał przez ramię na młodszego z bliźniaków z wyrzutem, a także naganą w oczach, po czym zaczął zupełnie go ignorować. Ostatecznie kamaelita zrozumiał, że mało kto w ogóle zwraca na niego uwagę, co dało mu po części wolną rękę. Mając jedynie w głowie informację, że są to najpewniej wysłani wczoraj na misję doświadczeni łowcy, jacy się już nie odezwali, podszedł na skraj nierównego wypalonego kręgu i zamknął oczy, gdy nagły przypływ mocy uderzył jego nos. Szósty zmysł nigdy nie objawiał się w taki sposób, jednak ważne było, że w jego głowie pojawiło się przeczucie, że już zna tą woń. Poznał ją pewnego deszczowego wieczoru, a zapoznał się dokładniej w sklepie. Dłoń młodzieńca zacisnęła się w pięść. Wiedział, że nie powinien go wypuszczać. Cholera jasna.
Nim się poderwał, aby pójść do auta po telefon i zadzwonić do Andrei, zyskał jeszcze jedno przeświadczenie o dziwnie znajomej aurze, jednak nie był w stanie jej dopasować do niczego konkretnego. Zbył to szybko, skupiając się już zbyt bardzo na nowym, upatrzonym celu.

— Jesteś pewna, że to tu? — Keith wtulił twarz w kołnierz nowej puchowej kurtki, po czym przywarł do boku dziewczyny. Czarodziejka skrzywiła się nieznacznie, przyciągając automatycznie małe naczynko z wodą do piersi. Na tafli unosiła się mała łódeczka wyrzeźbiona z kawałka jodłowego drewna, na której środku znajdowała się kulka wypełniona szkarłatnym płynem, krwią, jaką zebrali już prawie dwa tygodnie temu od tajemniczego mężczyzny ze sklepu. Dziewczyna spojrzała, jak wskazówka przesunęła się w stronę brzegu miski, wskazując na całkiem nowoczesny dom, po czym skinęła głową. Kamaelita minął przyjaciółkę, która podążyła tuż za nim, aby następnie stanąć i zapukać niezbyt elegancko pięścią w drzwi.
— Halo, wiem, że tam jesteś! — krzyknął tak głośno jak był w stanie przy płucach zmęczonych daleką podróżą na zimnie — Otwieraj, w tej chwili!
— Keithy, spokojnie. Nie chcemy go rozzłościć — Czarodziejka obserwowała, jak wskazówka porusza się wzdłuż brzegu, wskazując podróż właściciela krwi we wnętrzu budynku, odrywając od niej spojrzenie dopiero w chwili, gdy drzwi się otworzyły. Montroce wprosił się momentalnie do środka, a dopiero tam wyprostował się dumnie i chwycił pod boki.
— Co robiłeś wczoraj wieczorem? Mordowałeś ludzi? Paliłeś ich?
— Proszę? — Brunet zamknął ostrożnie drzwi za Andreą, gdy ta dołączyła do łowcy w środku budynku — Czy mogę wiedzieć, dlaczego mnie naszliście?
— Wyczułem cię na miejscu zbrodni. Byłeś tam, na tamtym polu.. Cholera, albo któryś z twoich kolegów! Wiedziałem, że nie powinienem cię puszczać! Mów, dlaczego ich zabiłeś?! Co oni ci zrobili?!
Dziewczyna chwyciła jedną z rąk wściekłego kamaelitę za łokieć, po czym spojrzała przepraszająco na właściciela domu.
— To nie tak, że sądzimy, iż jesteś temu winien.. Keith ma tendencję do nadinterpretowania pewnych rzeczy. Wybacz mu.

Silas?

16.10.2019

Od Silasa CD Keitha

Wpatrywałem się przez chwilę bez wyrazu w mężczyznę, zastanawiając się, czy mówi poważnie. Jednak czas mijał, a z jego twarzy nie schodziła obojętność. Westchnąłem więc ciężko, przenosząc wzrok na kobietę. Z tej z kolei biła determinacja.
No cóż. Skoro tak przedstawiają sprawę... Nie żebym szczególnie przejmował się wizją śmierci. Wręcz przeciwnie, przez sekundę przeszedł mi przez myśl pomysł, by odmówić dania im swojej krwi i zobaczyć, co się stanie. Istaniało jednak ryzyko, że ten ich "ojczulek zakonny", kimkolwiek jest, postąpi zgoła inaczej, niż zagroził egzorcysta. A uwięzienie nie wchodziło w moim przypadku w grę - wieczność trwałaby za długo. Dlatego, westchnąwszy dramatycznie, by pokazać, za jak głupie i bezsensowne uważam to wszystko, wyciągnąłem rękę przed siebie.
- Róbcie, co musicie. Byle szybko.
Kobieta podeszła do mnie ostrożnie i ujęła w dłoń mój nadgarstek. Wbiłem wzrok w miejsce, do którego po chwili przyłożyła ostrze. Jeszcze zanim nacisnęła nim na moją skórę, uświadomiłem sobie, że zgodzenie się na ich warunki nie było jednak tak mądre i zgodne z instynktem samozachowawczym, jak mogłoby się wydawać.
Bo, po pierwsze, nie miałem pewności, co okaże się szybsze - moje zdolności regeneracji czy magia kobiety.
A po drugie... w mojej krwi mogą prawdopodobnie znaleźć więcej, niż tylko informację, gdzie aktualnie przebywam.
Ale nim zdążyłem cofnąć rękę, ostrze przecięło skórę.
Syknąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej reakcji na ból. Z nacięcia wypłynęła pojedyncza kropla krwi, spływając po nadgarstku ku otwartej dłoni. Czarownica szybko ją zebrała, zdając się skupiać na tym całą swoją uwagę.
Pewnie dlatego nie zauważyła, że rana zdążyła się w tym czasie już zasklepić, bo gdy podniosła wzrok na mój nadgarstek, zamarła z niedowierzaniem.
Wyszarpnąłem rękę z jej uścisku, poprawiłem rękaw płaszcza i skinąłem głową, niby w podzięce, postanawiając wykorzystać jej szok, by możliwie szybko się ulotnić.
Płomienie, które mnie otaczały, zniknęły chwilę wcześniej, dlatego teraz bez większych przeszkód mogłem oddalić się zdemolowaną, sklepową alejką. Uchyliłem jeszcze egzorcyście wyimaginowanego kapelusza, zanim szybkim krokiem ruszyłem ku wyjściu ze sklepu.
- Szybko ci poszło - usłyszałem potem, w pewnej odległości za sobą głos egzorcysty. Musiał zwracać się do dziewczyny, bo po chwili mu odpowiedziała:
- To nie ja go uleczyłam - szepnęła. W jej głosie nadal słychać było dezorientację.
Zanim miałem okazję usłyszeć ewentualną odpowiedź mężczyzny, wyszedłem ze sklepu. Nad okolicą zebrały się już ciemne chmury, z których lada chwila mógł lunąć deszcz. Nasunąłem kaptur na głowę i zniknąłem w najbliższym cieniu, omijając zamieszanie, które wywołała przed sklepem awantura z wampirem.
Po nieudanych zakupach doszedłem do wniosku, że odechciało mi się gotować. Rzuciłem krótkie spojrzenie na Mustanga, zaparkowanego nieopodal. Gdybym teraz do niego wsiadł i odjechał, zwróciłbym za dużo niepotrzebnej uwagi. Prościej było przejść się kawałek piechotą, a gdy sytuacja przycichnie, wrócić po wóz.
Akurat niedaleko znajdowała się niczego sobie kawiarnia, w której można było zjeść śniadanie. Niewiele myśląc uznałem, że będzie to najwłaściwszy w tym momencie cel.
Niezauważalny, skryty w cieniu budynku sklepu, oddaliłem się od "miejsca zbrodni", zostawiając wydarzenia ostatnich kilkunastu minut za sobą.

Keith?

10.10.2019

Od Keitha CD Silasa

Stanął przed dylematem. Niestety, często musiał robić taki niewielki rachunek sumienia, kiedy znajdował się w sytuacjach takich, jak ta i musiał wybierać między tym, co podpowiadało mu wewnętrzne poczucie sprawiedliwości, a tym, co sugerowało mu nadal obecne w świadomości Ketiha wychowanie w zakonie. Zaczął się długo przyglądać Silasowi. W razie czego zapamiętał jego imię, jakby tylko dało się znaleźć krew tej istoty, Andrea mogłaby spróbować go odnaleźć ponownie. Jednak nie o to chodziło.
— Keithy? — Dziewczyna spytała z nutą niepokoju w głosie, spoglądając na zapatrzonego przyjaciela. Myśliwy przygryzł wargę, nie chcąc dać się opanować emocjom. Poczuł wtedy również wyczekujące spojrzenie spętanego nadnaturalnego... I nie wytrzymał.
— Nie wiem, co mam z nim zrobić — W tym miejscu zniżył głos do prawieże szeptu, przenosząc wzrok na czarodziejkę — Czuję, że powinienem go wypuścić. To tamten drugi go zaatakował.. Ten się nie bronił. Nie przede mną. Nie musi być niebezpieczny..
— Ale? — Bowiem zawsze musi być jakieś "ale". Do tego jednak Montroce podszedł z wahaniem.
— Moim obowiązkiem jest doprowadzenie go przed oblicze ojca dyrektora. A wiesz, co się dzieje z tymi, którzy do niego trafią.
Mimo, że posługiwali się tylko półsłówkami, kobieta pokiwała ze zrozumieniem głową. Po wyrazie jej twarzy wywnioskował, iż wspomnienia z ich wspólnych wyjazdów, z mniej lub bardziej swojej woli, wywołały u niej dyskomfort. Odruchowo przyciągnął drobną magiczkę do swego ramienia.
Gdzieś w pobliżu pękła kolejna żarówka. Młodzieniec połączył fakty, to zapewne istota, jaką pojmali tak reagowała wraz z otoczeniem. Przez głowę przeszło mu, iż to wyraźna oznaka tego, że stworzenie to jest niebezpieczne. Powinien się go pozbyć. Teraz. Jak najszybciej.
Do tego ludzie.
Usłyszał, jak na zewnątrz zbierają się gapie. Ktoś mówił o nagraniu zniszczeń, a ktoś jeszcze o tym, że policja jest w drodze. Nie chciał mieć z nimi za wiele do czynienia. Powiedzieć można, że Keith i funkcjonariusze się raczej nie dogadują, zwłaszcza podczas weekendowych imprez.
— Dobra, weź jego krew. Pobawimy się w polowanie potem — Machnął ręką, po czym odsunął się, aby móc się rozciągnąć. Plecy nadal go bolały. I to jak cholera.
Andrea zawahała się na chwilę nim wydobyła ostrze i zbliżyła się do wiru płomieni.
— Podaj mi swoją dłoń, proszę. Wyleczę ranę, nie zostanie nawet ślad.
Silas powiódł wzrokiem po ich dwójce. Nie wyglądał na osobę skorą do współpracy. Ściągnął nawet na chwilę brwi, wbijając spojrzenie w Keitha. Ten wzruszył ramionami.
— Rób, o co cię panienka prosi. Albo cię zwijam i się nasz ojczulek zakonny tobą zaopiekuje. Od niego to albo na stos idziesz, albo pod nóż. Twój wybór.

Silas?

6.10.2019

Od Silasa CD. Keitha

Pięknie. Teraz nie miałem już żadnej realnej szansy, by wyjść z tego ponownego spotkania bez odpowiedzi na pytania. Zapewne takie, na które odpowiadać nie chciałem. Mogłem się tego w dość dosadny sposób domyślić po płomieniach, które mnie otoczyły, zmuszając do pozostania w miejscu. I które już od kilku dobrych minut mnie unieruchomiały, gdy egzorcysta "wypłakiwał się" na ramieniu dziewczyny, która wpadła do sklepu i opanowała sytuację. Czarodziejki, prawdopodobnie.
Więc stałem tam, unikając najmniejszego nawet ruchu, by przypadkiem się nie poparzyć. Obrażenia od ognia leczą się na mnie dłużej niż inne rany, do tego wcale nie był to przyjemny proces. Chęć uniknięcia go była więc całkowicie zrozumiana.
Tyle że marnowałem tu czas.
W końcu jednak, gdy zacząłem już brać pod uwagę taktyczny odwrót bez zważania na ryzyko poparzenia, gościu się pozbierał, wypuścił drobną kobietę z uścisku, zaraz jednak złapał ją za rękę, nim przeniósł wzrok na mnie.
- Cóż... - zaczął, mierząc mnie wzrokiem, oceniając. Nie wiedziałem, jaką opinię wydał, z resztą średnio mnie to interesowało. - Chyba należy mi się jakieś wytłumaczenie tej sytuacji.
Milczałem przez kilka sekund, wpatrując się w niego intensywnie, nim odezwałem się.
- Szczerze wątpię - nie włożyłem w to śladu jakichkolwiek uczuć. Stwierdziłem fakt.
- Doprawdy? - prychnął, mordując mnie spojrzeniem. - Naraziłeś życie niewinnych ludzi! - syknął zirytowany.
- Przede wszystkim: nie ja - zacząłem, tak samo wypranym z emocji głosem, co wcześniej. - Przyszedłem tu tylko zrobić zakupy. On miał widać inny powód wizyty w supermarkecie - wskazałem ruchem głowy kupkę popiołu na kafelkach, która, jak podejrzewałem, została po wampirze, gdy oberwał jakimś zaklęciem. Niestety sam moment jego śmierci mi umknął, bo zbyt skupiłem się na płomieniach, które mnie otoczyły.
- I na jakiej podstawie mam ci uwierzyć? - zapytał, trafnie z resztą. Dlatego po prostu wzruszyłem ramionami. Egzorcysta westchnął ciężko, wodząc wzrokiem po zdewastowanym otoczeniu. - Jak się nazywasz? - zapytał po chwili, klepiąc się po kieszeniach, pewnie w poszukiwaniu telefonu czy jakiegoś notesu, by zapisać moją odpowiedź. Zapewne, by mnie sprawdzić. Profesjonalista pełną gębą, nie ma co.
- Silas Aaron Black - westchnąłem, uginając się w końcu. Inaczej by mnie stąd nie wypuścił. - Łowca Głów na służbie Sopportare - widząc jego z niedowierzaniem uniesioną brew, dodałem. - Możesz to sprawdzić, chciałem tylko oszczędzić ci czasu - i sobie przy okazji. Nade wszystko chciałem stąd po prostu zniknąć.
- A ten wampir, który... według ciebie... cię zaatakował?
- Niezadowolony znajomy zlikwidowanego przeze mnie celu - płomienie nadal mnie otaczały, dodałem więc: - Nie mam nic więcej do powiedzenia. Mógłbyś mnie w końcu uwolnić?
Kolejna żarówka, w pewnej odległości od nas tym razem, zamigotała, bo czym zakończyła swój żywot. Spojrzałem na nią kątem oka. Jeśli nie chciałem wysadzić całej instalacji elektrycznej w sklepie, musiałem się stąd w miarę szybko ewakuować.

Kieth?

2.10.2019

Od Keitha CD Silasa

Jakby nie miał własnych problemów na głowie, praca jak zwykle postanowiła dać o sobie znać. Przeliczył się, myśląc, że chociaż tego dnia odpocznie sobie od tych wszystkich nadnaturalnych spraw, że będzie mógł się zrelaksować przed komputerem, grając w jakieś gry czy oglądając głupie filmiki z kotami i innymi psami. Ale nie.
Z tego powodu, nim się ruszył, westchnął cicho, po czym odstawił koszyk na podłogę, zapewne w przypływie świeżości umysłu. Od razu potem ruszył przed siebie, przez co zakupy w jego kieszeni wypadły na podłogę. Keith zignorował je, skupiając się bardziej na walczących. Miał niemały dylemat. Podświadomie wiedział, że oboje nie są w pełni ludźmi. Tak podpowiadał mu instynkt, zwany dalej szóstym zmysłem. Nie był jednak pewien, który z nich zaczął. A taka wiedza by się przydała, jeśli ma zamiar zaraz zacząć szastać zaklęciami na lewo i prawo. No właśnie. Zaklęcia..
Montroce cofnął się delikatnie, wracając między półki. Obejrzał się przez ramię. Ludzie.
Część z nich wyszła już pospiesznie ze sklepu, kiedy tylko usłyszeli odgłos walki. Część z nich, w tym pracownik sklepu, schowali się za ladą czy zamrażarkami. Ciemnowłosy zacisnął dłonie w pięści, po czym, po krótkim namyśle, skierował się w stronę ludzi.
— Na co wy jeszcze czekacie? Uciekajcie — Młodzieniec wskazał w stronę drzwi. Gdy nie zauważył żadnej reakcji, chwycił starszego mężczyznę najbliżej siebie za ramię i podciągnął go do góry — Już! Tu nie jest bezpiecznie dla żadnego z was!
Odwrócił się w stronę walczących dopiero w chwili, gdy większość chowających się osób zaczęła wstawać i biec ku wyjściu. Wydobył spod bluzy sztylet, jaki nosił na łańcuszku na swej szyi. Pospiesznie ściągnął z ostrza rzemyki, chroniące Keitha przed ostrymi krawędziami, po czym obrócił go w dłoni tak, aby móc jak najszybciej zadać odgórny cios, jeśli nadejdzie taka potrzeba. W międzyczasie rozgniótł w kieszeni niewielką, zieloną kulkę. Dym w podobnym odcieniu uniósł się ku górze, aby później zniknąć z cichym sykiem. Nie mając zbyt wielkich możliwości, łowca rzucił się w stronę istoty, która przygniatała tajemniczego nieznajomego. Dopiero gdy już doskakiwał w jej stronę, zorientował się, iż wybił się zbyt wcześnie. Mimo to wyprostował swe ciało, chcąc trafić przeciwnika gdziekolwiek był w stanie. Ten, wzięty z zaskoczenia, nie zdążył uniknąć ataku, przez co sztylet rozciął jego skórę. Nieprzyjemny zapach skwierczącej skóry dotarł do nosa leżącego teraz Keitha. Po połączeniu faktów z własną wiedzą, wykluczył sporą część nadnaturalnych stworzeń, jednak nadal nie był w stanie określić, czym przeciwnik był. Stworzenie syknęło cicho z bólu, po czym spojrzało wzrokiem godnym drapieżnika na kamaelitę i jego położenie. Złośliwy uśmiech rozświetlił jego twarz, gdy zamachnął się, aby kopnąć leżącego. Montroce był gotowy na ten atak, więc od razu przewrócił się na bok, pozwalając sobie na kolejny zamach, tym razem wycelowany w ścięgno na nodze atakującego. Przeszkodził mu w tym atak nieznajomego, jaki przyciągnął nogi do siebie i, leżąc nadal na mrożonkach, kopnął ich wspólnego wroga (na to bynajmniej zdaniem Keitha wychodziło) w bok. Ciemnowłosy podniósł się z podłogi i wtedy dostrzegł dwa kły, jakie mężczyzna szczerzył w pierwotnym odruchu, mającym przerazić przeciwników. Wampir. To znacząco podniosło szanse łowcy, który to nie raz już walczył z tego typu stworzeniami. Uśmiechnął się delikatnie. Takie krótkie rozproszenie wystarczyło, aby istota uderzyła go całą swą nieśmiertelną siłą w pierś, posyłając młodzieńca prosto na stoisko z warzywami. Brunet jęknął cicho, zmuszając swe ciało do znacznego wysiłku, aby być w stanie w ogóle wstać ze zmiażdżonych jarzyn.
Vinculum!
Keith obejrzał się na źródło głosu, którym okazała się drobna kobietka, stojąca w lekkim rozkroku przy drzwiach do sklepu. W jej dłoni znajdowała się długa, drewniana różdżka, z której wydobyła się zielonkawa energia. Młodzieniec szybko odskoczył na bok, lądując jednak na niestabilnej półce, która runęła z okropnym hukiem. No cóż. Będzie musiał stąd wyjść później jak najszybciej, aby nie zostać pociągniętym do zapłacenia za to..
Z ziemi wyrosły jasne pnącza, które oplotły nogi wampira. Czarodziejka zerknęła szybko na przyjaciela. Gdy ten skinął głową, tuż przed tym, jak schylił się po leżące na podłodze szczypce do grilla, kobieta wycelowała różdżkę w podnoszącego się z lodówki osobnika.
Ignis.. Ignis Vincula! — Tym razem płomienie w postaci długiego łańcucha opuściły różdżkę. Nieznajomy, wiedząc, co się wydarzy, przetoczył się przed urządzenie na drugą stronę, wprost na porozrzucany chleb. Ogień jednak zdawał się być magicznie przywiązany do jego osoby, więc szybko oplótł jego ciało, zmuszając dyszącego, nieco gdzieniegdzie rannego mężczyznę, do zatrzymania się. Na jego szczęście, nie był w stanie zobaczyć, jak Keith wbija drewnianą rączkę szczypiec w pierś wampira. Wrzask nadnaturalnego rozszedł się po wnętrzu, aby po chwili ucichnąć, gdy spadł jako nadal popiół na kafelki. Kobieta dopiero wtedy opuściła różdżkę, po czym podbiegła do łowcy, obejmując go za szyję. Ten odruchowo zrobił to samo.
— Już dobrze, Andrea.. Już dobrze.. — szepnął, wtulając twarz w jej włosy. Serce Montroce'a miotało się w mu w piersi, dlatego dopiero po chwili był w stanie puścić kobietę. Prawie od razu jednak się zachwiał, przez co szybko złapał czarodziejkę za rękę. Jego wzrok powędrował natomiast w stronę przyczyny całego zamieszania.

Silas?
----
Opis walki pisany przy pomocy kostki d20 - przebieg losowy.

24.09.2019

Od Silasa CD. Keitha

Śmiertelny, nieśmiertelny - głód czułem tak jak każdy. A gdy rano, półprzytomny po nocnych wojażach, doczłapałem do kuchni, okazało się, że lodówka jest pusta. Wydałem z siebie jęk frustracji i, zirytowany, że nie sprawdziłem tego wczoraj, przeszedłem do hallu, gdzie złapałem płaszcz i kluczyki do Mustanga, żeby podjechać do sklepu.
A tam, jak gdyby nigdy nic, w powyciąganych dresach i z koszykiem sklepowym w ręce, stał ten egzorcysta z wczoraj. Odruchowo zatrzymałem się w pół kroku, wbijając w mężczyznę niedowierzające spojrzenie. Zdążyłem się jednak zreflektować, nim ten podniósł na mnie wzrok znad przeglądanej właśnie półki - podjąłem przerwany szokiem spacer ku lodówkom, starając się nie zwracać zbytniej uwagi na faceta. Nie ma szans, żeby mnie rozpoznał. Nie widział wczoraj mojej twarzy pod maską, sylwetkę w cienistej formie mam rozmazaną, zlewającą się z tłem... Musiałby dysponować jakimiś nadprzyrodzonymi zdolnościami, by powiązać wczorajsze wydarzenia z moją osobą.
Cały czas to sobie powtarzałem, czując na plecach jego wzrok, gdy szedłem w stronę lodówek. Tradycyjnie światła w nich zamigotały, gdy podszedłem bliżej. Jak zwykle to zignorowałem. Migające światła to norma w mojej obecności, ale, ponieważ sklepowe lodówki stosunkowo często się psują, nie zwracało to zwykle szczególnej uwagi.
Chyba, że ta przestała działaś dokładnie w momencie, w którym chwyciłem za klamkę jej drzwi. Wczoraj, podczas drogi powrotnej do domu, trafiło we mnie dwa razy, a nie miałem kiedy wykorzystać nagromadzonej energii, byłem więc bardziej naładowany niż zwykle. Przez moje ciało przetoczyło się wyładowanie elektryczne, na tyle silne, że skrzywiłem się lekko. Zaraz jednak przywołałem na twarz wyraz szczerego szoku, chwilę popatrzyłem w przezroczyste drzwi, po czym wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem z urządzenia butelkę mleka. I nic sobie nie robiąc z czujnego spojrzenia egzorcysty, którym ten nadal wodził za mną, ruszyłem dalej alejką, by kontynuować zakupy.
I pewnie ostatecznie mężczyzna nie zwróciłby na mnie większej uwagi, nawet pomimo tej zepsutej lodówki i mojej, bądź co bądź, dalekiej od mistrzostwa gry aktorskiej. Jednak niespodziewany czynnik, który chwilę potem pojawił się w sklepie, zrujnował całe moje wysiłki.
Bo właśnie wodziłem wzrokiem po półkach w poszukiwaniu mojego ulubionego chleba z rodzynkami i cynamonem, gdy usłyszałem na kafelkach kroki. Zignorowałem je... aż było niemal za późno.
W ostatniej chwili uchyliłem się przed ciosem. Nieprzygotowany na atak, zachwiałem się przy tym, omal nie kończąc na podłodze. Na szczęście odpowiednio szybko się zreflektowałem, złapałem pewną ręką za potylicę napastnika i, z rozpędu, wpakowałem jego twarz w półkę. Niestety, stało na niej tylko pieczywo, które nieco zamortyzowało uderzenie i nie zrobiło mu większej krzywdy. Szczególnie, że mówiliśmy o wampirze.
Co więcej, nawet go znałem.
To znaczy, przepraszam, spotkałem kiedyś. I przyznaję, ma prawo czuć do mnie pewien... uraz. Aczkolwiek gdy puszczałem go wolno jakiś miesiąc temu, z czystego współczucia, rezygnując tym samym z nagrody za jego głowę, nie sądziłem, że będzie na tyle głupi, by próbować brać odwet za przyjaciela, który nie miał tyle szczęścia.
Jak widać, myliłem się.
Przeliczyłem się również sądząc, że w spokojnej alejce osiedlowego sklepiku nikt nie zwróci uwagi na nagły hałas. Bo akurat, gdy wampir pozbierał się, a ja odsunąłem się od niego na bezpieczną odległość, by mieć większe pole manewru, z sąsiedniej alejki wypadł ten egzorcysta, gubiąc po drodze swoje zakupy. Zmierzył nas szybkim spojrzeniem, pewnie próbując zrozumieć, co się tu właśnie wydarzyło i kto kogo tak właściwie zaatakował.
Nie musiał czekać długo, by otrzymać odpowiedź. Światło nad nami zamigotało i zgasło, a ja zakląłem, gdy wampir ponownie się na mnie rzucił.

Keith? 

22.09.2019

Od Keitha CD Silasa

— Huh — Keith chwycił się pod boki i wyprostował się, obserwując oddalającą się alejką sylwetkę napotkanego przed chwilą mężczyzny, z jakim miał przed chwilą wątpliwą przyjemność się spotkać. Czy powinien pójść za nim? Niby tak, skoro był kamaelitą. Jeszcze ten koleś okaże się krwiożerczą bestią, która dokona mordu na niewinnych dzieciach. Z drugiej strony, zwyczajnie się mu nie chciało. Wizja siedzenia przed telewizorem i obejrzenia jakiegoś filmu czy po prostu wcześniejsze pójście spać podobała się mu o wiele bardziej niż jakaś bezsensowna bieganina za cieniem. W deszczu, w dodatku. Nie. To nie jest już jego sprawa.
— Chodź — rzucił do Matthiasa, który to nadal stał spięty na swoim miejscu. Kiedy po minięciu młodzieńca okazało się, że ten puścił słowa "młodszego" brata mimo uszu, Montroce zatrzymał się, westchnął ciężko, po czym złapał bruneta za ramię. Po kilku pociągnięciach myśliwy niechętnie opuścił broń. Nim jednak ruszył, obejrzał się jeszcze na chwilę na miejsce, w jakim zniknął jego niedawny cel.
— Powinniśmy za nim pójść — stwierdził, a raczej wymamrotał pod nosem. Keith odpowiedział mu śmiechem.
— Po co? Niech idzie. Jak coś odwali, odnajdziemy go, nie? Nie ma sensu latać za takimi. Męczysz się niepotrzebnie. Zazwyczaj są niegroźni, tylko się popisują,
— Potwory się popisują? — Matthias uniósł ze zdziwieniem brwi ku górze. Jego towarzysz wzruszył ramionami.
— Oczywiście, zwłaszcza te semi-ludzkie. Kierują się tymi samymi zasadami co my. Zachowują się jak my. Czują to samo. Dlaczego by nie chciały pokazać, jakie nie są potężne, aby, bo ja wiem, nastraszyć innych?
Matthias musiał przyznać bratu rację, co okazał poprzez pokiwanie głową, Nie odezwał się jednak aż do chwili, gdy dotarli późnym wieczorem do domu, zmuszając Keitha do zagłębienia się w swe rozbiegane myśli.

***

Najgorsze są te poranki, kiedy naburmuszony brat wysyła cię z samego rana do sklepu po mleko, które zupełnym przypadkiem zniknęło niespodziewanie w nocy, gdy post-libacyjny kac rozwala ci od środka głowę. Keith jednak nie żałował, że wypił tego cudownego bourbona, ba, wspominał jego smak, kiedy przeglądał półki sklepowych lodówek w poszukiwaniu mleka, jakie nakazał kupić mu Matthias. Pod jedną ręką trzymał jeszcze margarynę oraz wyślizgujący się chleb, a z kieszeni niedbale narzuconej na wczorajszą koszulkę kurtki wystawało opakowanie kabanosów. Brunet włożył w przebłysku świadomości butelkę mleka do koszyka na drugim ramieniu, po czym poszedł dalej, po drodze wyciągając z kieszeni wyciągniętych dresów kartkę z listą zakupów, I kiedy tak się wpatrywał w drobne, kręte, a tym samym teraz dla młodzieńca prawie nierozczytywalne pismo brata, poczuł, że budzi się jego szósty zmysł. Podniósł więc głowę na akurat wchodzącego do osiedlowego sklepu mężczyznę, jakoś dziwnie mu znajomego. Pił z nim kiedyś? A może nawet przespał? Cholera. Nie miał pamięci do takich rzeczy, To chyba źle o nim świadczy.

Silas?

13.09.2019

Od Silasa CD Keitha

Wzruszyłem ramionami, rzucając krótkie spojrzenie na martwego chłopaka. Taki kruchy... Jak każdy człowiek. A demon... daje siłę. Pozorną. Ale taka wizja dla wielu pozostaje kusząca.
- Jesteś niemową? - rzucił egzorcysta żartobliwym tonem. Gdybym faktycznie był niemy, mógłbym się obrazić. Jemu widocznie to nie przeszkadzało. Albo nie pomyślał.
Rzuciłem mu więc przeciągłe spojrzenie, zanim odpowiedziałem, nie wytężając za bardzo strun głosowych. Jeśli zależy mu na odpowiedzi, to usłyszy, nie ma sensu podnosić głosu. Nawet pomimo burzy i deszczu, którego pierwsze krople zaczęły już spadać z nieba na ziemię.
- Nie - rzuciłem. Krótko, treściwie. Byle nie nawiązywać bezsensownego dialogu. I tak nigdy więcej się nie spotkamy. Sięgnąłem odruchowo do maski skrywającej moją twarz, opuszczając ją lekko. Woda zaczęła po niej spływać, materiał przykleił mi się do nosa, wywołując nieprzyjemne uczucie duszenia. Zaraz jednak zreflektowałem się, że przecież mam towarzystwo, ponownie naciągnąłem więc materiał na nos.
- W takim razie odpowiesz mi? Kim jesteś?
Nasze oczy spotkały się na chwilę. Moje błyszczące czerwienią, jego ciemnogranatowe. Po chwili milczącej walki na spojrzenia, egzorcysta odwrócił wzrok, by spojrzeć na coś... nie, na kogoś, kryjącego się w cieniu nieopodal. Nie zauważyłem go wcześniej. A powinieniem był. Cholera.
Wyglądał na mniej skłonnego do zwyczajnej rozmowy niż ten drugi.
O czym miałem wątpliwą przyjemność się przekonać już kilka sekund później, gdy, nadal nie odpowiedziawszy na pytanie, postanowiłem się kulturalnie zewakuować. Rozmowa z nimi nie miała sensu - opętaniec nie stanowił już problemu, a ja nie miałem czasu, ani zbytniej ochoty, by kontynuować dialog... hm, w sumie monolog egzorcysty. Przymknąłem więc oczy, aby zlać się z cieniami i odejść spokojnie w swoją stronę. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet kroku. Usłyszałem od strony, gdzie ostatni raz przed zamknięciem oczu widziałem drugiego mężczyznę, nagły ruch powietrza i dźwięk odbespieczanej broni. A potem wystrzał.
Bolało. Zawsze cholernie boli, ale zdążyłem już się przyzwyczaić. Sięgnąłem do rany na ramieniu, zadanej właśnie przez tego drugiego mężczyznę, i wygrzebałem z niej kulę, zanim ciało zdążyło się zregenerować z kawałkiem ołowiu w środku. Kiedyś popełniłem już błąd, ignorując taki niepozorny kawałek metalu, który utkwił mi gdzieś w okolicy serca. Późniejsze wyciąganie go było... kilkanaście razy gorszym doświadczeniem niż sam postrzał. Tym bardziej bez znieczulenia. Jeszcze nie wymyślili leku przeciwbólowego, który działałby na mnie dłużej niż pięć minut...
Stęknąłem głucho, gdy w końcu zdołałem wydobyć nieszczęsną kulę. Rana, którą zadała, niemal natychmiast się zaklepiła, nie pozostawiając na skórze najmniejszego śladu.
Przemieściłem się cieniami bliżej strzelca i bezceremonialnie opuściłem zakrwawioną kulę u jego stóp.
- Zgubiłeś coś - poinformowałem głosem bez wyrazu. Po czym wyłoniłem się całkiem z cieni i odwróciłem do egzorcysty, skłaniając lekko głowę. - Miło było poznać.
Po tych słowach ruszem spokojnym krokiem uliczką w kierunku, z którego przyszedłem, nie poświęcając dwóm nieznajomym ani jednego spojrzenia więcej.

Keith? ;p

3.09.2019

Od Keitha CD Silasa

Spojrzał kątem oka na stojącego za barierą nadnaturalnego, który właśnie, może nie bezpośrednio ale nadal, pomógł mu z opętańcem. Ten bowiem okazał się być silniejszym niż kamaelita przypuszczał, dlatego ten prawie go dopadł. Czując, że w tej sytuacji lepiej będzie, jeśli nie zostanie sam na sam z tajemniczym stworzeniem, gdy przerzucił strony książki na tą, zawierającą silniejszy egzorcyzm, wysłał do czekającego w aucie brata krótką wiadomość, aby ten przyszedł do alejki. Keith jeszcze raz spojrzał z ukosa na mężczyznę i dopiero wtedy wznowił czytanie inkantacji, skupiając się w głównej mierze na rzężącym opętańcu. Dla większego bezpieczeństwa, niechętnie zacisnął dłoń na sztylecie, głównie po to, aby odnowić nieco zubożałe po takiej żałosnej walce zasoby pewności siebie.
Kręgosłup osobnika wygiął się w łuk, jakby opętujący go demon zaczął być ciągnięty ku górze, lecz nadal nie chciał opuścić ciała swej ofiary. Ciemnowłosy przewrócił nieznacznie oczami, po czym docisnął nogą przeciwnika do brudnego chodnika, czytając egzorcyzm jeszcze głośniej. Sam nie wiedział dlaczego tak zrobił, pewnie odruchowo. Bądź uznał podświadomie, że w ten sposób osiągnie lepsze efekty.
— Won do Piekła — warknął przez zaciśnięte zęby, gdy mimo obrzędu, a także fizycznego naporu usta chłopaka jeszcze się nie rozchyliły, aby wypuścić rezydującego w jego zniszczonym organizmie złego ducha. Ciekawe co sprawiło, że dał się omamić demonowi. Problemy rodzinne? Uzależnienie? Satanizm czy inny okultyzm? Te ostatnie rzeczy były głównym powodem takich sytuacji. Tyle wiedział na podstawie własnego doświadczenia. Szkoda, że nie będzie miał szansy go o to spytać. Wiedział to już w chwili, gdy oczy ofiary zaszły mgłą, a demon wyrwał się na wolność. Wyuczonym ruchem Keith przeciągnął po niematerialnym obłoku wykutym na koniec szkolenia nożem, przez co duch zaskwierczał i jako dymiące obłoki opadł na ziemię, powoli się rozpływając.
— Dzięki za pomoc — powiedział, zarzucając włosami i spoglądając z dystansem na nieznajomego. Kątem oka zarejestrował, że Matthias wyszedł zza rogu z bronią w dłoni. Mimo, że celował w dół, widać było, iż jest gotowy do zaatakowania nieludzkiego "pomocnika" w każdej chwili.
— Ale poradziłbym sobie, wiesz? Kim w ogóle jesteś, że latasz nocami za opętańcami?

Silas?

2.09.2019

Od Silasa CD Keitha

Zamrugałem powoli, patrząc na mężczyznę z niedowieżaniem. Aha. No tak. Egzorcyzmy. Taka opcja poradzenia sobie z problemem też wchodziła w rachubę. Ale generalnie uznawałem ją za zbyt kłopotliwą.
Poza tym, do cholery, kto wybiera się z książką na swobodnie hasającego sobie człowieka opętanego przez demona? Z niego i tak już nic po wypędzeniu niechcianego lokatora nie będzie, jeśli nie zginie na miejscu, to zostanie roślinką. Za długo miał w sobie demona. Prościej delikwentowi odrąbać głowę.
Hm, a może moje metody są jednak przestażałe, a człowiek miał jakąś szansę...?
Nie, strwierdziłem zaraz potem, chowając miecz do pochwy. Jednak stare sposoby niekiedy okazują się bardziej opłacalne. Szczególnie ta część o nierzucaniu się na opętenego w pojedynkę...
Westchnąłem w duchu, gdy nieznajomy mężczyzna nie zdołał uniknąć kilejnego ataku, który nastąpił mimo, a może przez to, że właśnie zaczął czytać egzorcyzm. Oceniłem szybko możliwości. Magiczna bariera, którą stworzył, nie pozwalała mi się co prawda do nich zbliżyć, ale mogłem spróbować czegoś innego.
Przywołałem nagromadzoną we mnie błyskawicę i, utkwiwszy wzrok w opętanym, pstryknąłem palcami.
Po jego ciele przepłynęły niebieskie iskry, nim zamarł, zadygotał, po czym runął bezwładnie na ziemię. Sekundę nim sztylet, który napastnik wytrzasnął nie wiem kiedy i nie wiem skąd, dosięgnął szyi mężczyzny.
Nie ma za co, idioto.
Tym razem to nieznajomy wyglądał na wytrąconego z równowagi. Patrzył przez chwilę znad tej swojej książki na podrygującego w gwałtownych skurczach mięśni opętanego, nim przeniósł wzrok na mnie.
Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi na jego nieme pytanie. Wskazałem ręką na porażonego prądem opętańca, by kontynuował. Tym razem masz jakieś szanse na wyjście z tego spotkania cało, pomyślałem, opierając się o pobliski budynek i zakładając ramiona na piersi, by przyglądać się dalszym poczynaniom egzorcysty czy kim tam był mężczyzna. I czekać, aż z łaski swojej zdejmie tą cholerną, magiczną barierę i będę mógł się stąd w końcu ewakuować.

Keith?

1.09.2019

Od Keitha CD Silasa

Zatrzymali się na parkingu nieopodal miejsca, gdzie miał znajdować się ich cel. A przynajmniej tak wskazywał ułożony na kolanach Keitha magiczny kompas, składający się z miski z księżycową wodą oraz naładowanym wskaźnikiem z kawałka drzewa z nemetonu. Mimo tego, młodzieniec oraz siedzący za kierownicą Matthas rozejrzeli się z powątpiewaniem po okolicy. Pierwszy głos zabrał drugi z braci.
— Jesteś pewien, że twoja przyjaciółka — Ostatnie słowo Montroce naznaczył w taki sposób, że w jego ustach zabrzmiało to jak obelga — Nie oszukała cię? Wiedźmy są podstępne. Jesteś cholernie lekkomyślny.
Łowca wzruszył jedynie ramionami. Chwilę jeszcze wpatrywał się we wskaźnik, unoszący się na wodzie, a gdy ten ostatecznie zatrzymał się w jednym miejscu, odpiął pasy i wysiadł z vana, odkładając miskę na fotel.
— Andrea nigdy mnie nie zawiodła. Nie to co niektórzy — odparł, otwierając tylne drzwi, gdzie znajdowała się sporych rozmiarów drewniana skrzynka.Po szybkim przejrzeniu jej zawartości, wydobył ze środka kilka fiolek, jakie wsunął na odpowiednie miejsca przy swej uprzęży, uzupełniając wszelkie braki. Na wszelki wypadek, symetrycznie do przypiętej do boku książki, wsunął do kabury pistolet. Mimo, że był pacyfistą, wolał dmuchać na zimne. Kilkukrotnie już miał do czynienia z podobnymi opętanymi ludźmi, więc wiedział, że na niektórych rozmowa może nie podziałać. Zwłaszcza, że ukochane szefostwo zakonu postanowiło nie informować braci o stopniu zagrożenia, jaki ich cel reprezentuje.
— Plus to czarodziejka. Nie wiedźma. Nie odrobiłeś swojego zadania domowego.
Keith zamknął drzwi, po czym poprawił kurtkę i wsunął dłonie do jej kieszeni. Postąpił kilka kroków w przód, dopiero wtedy oglądając się na Matthiasa, który to wpatrywał się w niego bez słowa.
— Jak nie wrócę za pół godziny lub usłyszysz krzyki, pofatygujesz się, aby uratować mi dupsko?
— Zobaczymy — padła mrukliwa odpowiedź, która wywołała u kamaelity delikatny uśmiech. Zaczął kierować się w stronę budynków, a dokładniej prześwitu między nimi, jaki zdawał się być najbardziej obiecującym miejscem na spotkanie opętanej istoty. Co jakiś czas mężczyzna zerknął na ciemne niebo, przecinane przez głośne, jasne błyskawice.
Jak w filmie, pomyślał przelotnie, po czym prewencyjnie przesunął się nieco bliżej budowli, chcąc uchronić się przed porażeniem. Im bliżej znajdował się bocznej ulicy, tym mocniejszy ucisk z tyłu głowy czuł. Definitywnie znajduje się tutaj jakiś nadnaturalny. Jednak coś mu nie pasowało. Zazwyczaj w takich przypadkach Przeczucie nie było tak natrętne. Znaczyć to mogło dwie rzeczy. Albo opętany jest pod wpływem silniejszej istoty, albo nie jest sam.
Montroce przeklął pod nosem, spinając się na całym ciele i w pełnej gotowości stając u wylotu uliczki. Od razu rozejrzał się czujnym wzrokiem po alejce, chłonąc szczegóły i układając w głowie plan ataku. Jak się okazało, jego przeczucia o tym, że cel nie jest jedyną osobą w okolicy okazały się być prawdziwe. Dostrzegł bowiem drugiego człowieka, czy raczej istotę go udającą, walczącą przy pomocy miecza z opętanym. Keith wydobył ukradkiem z kieszeni kurtki migotliwą, szklanką kulkę, jaką ukrył w dłoni.
— Przepraszam, że przerywam wam waszą magiczną bójkę — zaczął, przywołując na twarz szeroki uśmiech. Powiódł spojrzeniem od zdziwionej marionetki demona po nieznanego mu wojownika — Ale przysłano mnie tutaj, aby rozwiązać pewną sprawę. Opętania dokładniej — Brunet skinął głową na opętanego — Dlatego proszę, oszczędź mi roboty i wyjdź sam, co? Mam ciekawsze plany na wieczór niż kłócenie się z tobą i targowanie.
Do przewidzenia było, że pokojowa dyskusja nie doprowadzi Keitha do niczego konkretnego. Dlatego w chwili, gdy opętany począł obracać się w jego stronę, a nieznajomy zacisnął dłoń na rękojeści miecza, kamaelita zmiażdżył w palach kulkę, po czym przeciągnął dłonią po przestrzeni między nim a mężczyzną, tworząc magiczną barierę. Nie zdążył nawet podziękować w duchu Andrei za takie gotowe zaklęcie, gdyż musiał już uniknąć ataku opętańca. Zrobił to poprzez szybkie odwrócenie ciała. Gdy chłopak zatrzymywał się i na pewno szykował do kolejnego skoku, Montroce wydobył spomiędzy pasków książkę. Jego palce odruchowo wcisnęły się między strony, rozwierając tom na stronie z zapisanym drobnym drukiem egzorcyzmem. Dla bezpieczeństwa cofnął się i, nim zaczął czytać, mrugnął porozumiewawczo do wojownika.
— Zatkaj uszy, jak cię takie rzeczy wkurwiają.

Silas? :v

31.08.2019

Od Silasa do Keitha

Zachodni wiatr przyniósł nocną burzę.
Zaciągnąłem się głęboko, delektując naelektryzowanym powietrzem. Jeśli nie pomyliłem się w rachunkach podczas przyczajania w cieniu, było koło północy. Idealna pora dla demona.
I jego łowcy.
Długo przygotowywałem się do tego zadania. Nie dlatego, że było jakoś szczególnie trudne, wszak demon, który opętał pewnie pierwszego z brzegu nieszczęśnika i grasował od kilku tygodni po Seattle, nie należał do potężnych. Pewnie nawet nie uznałbym go za godnego fatygi - Sopportare miało na swoich usługach innych łowców, mniej doświadczonych, których mogła skusić skromna sumka, jaką wystawiono za jego głowę. Ale od jakiegoś czasu żadne ciekawsze zlecenie się nie pojawiło. Zaczynałem się nudzić. A gdy nie miałem co robić, zaczynały nawiedzać mnie wspomnienia.
A tego wolałem za wszelką cenę unikać.
W każdym razie, demon może i podrzędny, ale za to sprytny. Minęły dwa dni, nim w końcu zdołałem go wytropić. Kolejny tydzień poświęciłem na poznanie jego zwyczajów - w jakich miejscach bywa, co robi... W tym konkretnym przypadku mógłbym ten zwyczajowy punkt pominąć, biorąc pod uwagę, że pewnie gdy już zaatakuję, walka nie będzie trwała dłużej niż pięć minut. Widziałem człowieka, którego opętał. Wątły, niski, chudy. Ale przynajmniej miałem kolejny tydzień życia z głowy.
Dzisiejszy dzień poświęciłem na przygotowania do walki. Choć nie tak obszerne, jak zawsze - ograniczyłem się do skompletowania i oczyszczenia broni, w której skład wchodził długi miecz jednoręczny z wygrawerowanymi runami, czterocalowy, srebrny sztylet i krótka broń palna. Zwykle włóczyłem się również po okolicy, pozwalając błyskawicy we mnie krążyć, by przywołać burzę, która wspierała mnie w walce. Tym razem sobie darowałem. Widać jednak, i tak do mnie przyszła.
Kolejny powiew wiatru przyniósł ze sobą smród demona.
Gdy niebo rozświetliła na chwilę błyskawica, otworzyłem przymknięte do tej pory oczy. Stał tam. Chuderlawy chłopaczyna, tak niepozorny... A dla nic niespodziewającego się człowieka tak niebezpieczny.
Nie widział mnie. Ale coś poczuł. Poznałem to po rozszerzających się nozdrzach i rozbieganym wzroku, którym rzucał dookoła, szukając w panice miejsca, z którego nadejdzie atak.
Poruszyłem się nieznacznie, sięgając za ramię, po przewieszony przez plecy miecz. Poluzowałem go w pochwie, upewniłem się, że da się go swobodnie wyjąć. Wstałem powoli i, trzymając się cieni, ruszyłem w kierunku celu.
Po raptem kilku krokach dostrzegłem, jak jego oczy rozjaśnia demoniczny błysk. Przestał przebierać nogami, zatrzymał się w całkowitym bezruchu, nasłuchując.
Również się zatrzymałem. Płaszcz utkany z cieni powiewał na wietrze, nie wydając przy tym najcichszego szmeru. Nie mógł mnie usłyszeć.
Kolejna błyskawica przecięła niebo, na ułamek sekundy rozświetlając ciemną uliczkę. Skrzywiłem się, bo cień, w którym się skryłem, przez ten ułamek sekundy przestał być cieniem. Demonowi w ludzkim ciele to wystarczyło.
Z piersi chłopaka wyrwał się nieludzki okrzyk tryumfu, gdy rzucił się w moją stronę. Szybciej, niż byłby w stanie zwyczajny człowiek, wysunąłem miecz z pochwy. Stal błysnęła odbitym od sierpu księżyca światłem. Zrobiłem krok naprzód, wychodząc z okrycia cieni.
Rzucił się na mnie w tej samej chwili. Zręczną pracą nóg, wypracowaną przez wielki ćwiczeń, uniknąłem tak pierwszego ciosu, jak i ich gradu, który nastąpił potem. Miecz trzymałem luźno w dłoni, czekając na dogodny moment, by nim ciąć.
Wszystko szło dobrze. Aż do momentu, gdy na końcu drogi ni z tego, ni z owego pojawił się jakiś mężczyzna. Stanął na jej środku, bardzo blisko nas, i przywołał na twarz szeroki uśmiech.
Opętany stanął jak wryty. Utkwił wzrok w nowo przybyłym, z miną wyrażającą bezbrzeżne zdumienie. Ja również zamarłem w pół ruchu, zbyt zaskoczony, by kontynuować walkę bez ryzyka błędu spowodowanego roztargnieniem. Tym bardziej, że nowo przybyły zaczął przemawiać pokojowo. Do. Opętanego. Demonicznym. Szałem. Człowieka.
No kretyn jakiś.

Keith? ;p
Szablon
synestezja
panda graphics