Mężczyzna patrzył na nią zaskoczony. Nie spodziewał się, że ta wyjdzie z inicjatywą spotkania. Oczywiście w żadnym wypadku nie oczekiwał od niej żadnego wyrazu wdzięczności, poza prostym dziękuję. Słowa i świadomość, że udało mu się kogoś uratować, w zupełności mu wystarczyły.
- Naprawdę doceniam twoją propozycję, ale nie musisz…
- Nie chcę się narzucać. – Przerwała, jeszcze raz próbując go namówić na wspólny posiłek. – Proszę, tylko żebyś przemyślał moją propozycję. Zwykłe podziękowania to za mało, żeby wyrazić, jak wiele znaczy dla mnie to, co zrobiłeś.
Lucas przyglądał się jej przez chwilę, analizując każde za i przeciw. Nie miał nic do stracenia, przystając na zaproszenie dziewczyny. Szare oczy blondynki wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem, starając się odgadnąć, o czym właśnie myśli. Mężczyzna oczywiście nie miał żadnych planów na wieczór, a wizja spędzenia miło czasu z Phoebe, wydawała się naprawdę kusząca.
- No dobrze. – Odpowiedział w końcu, uśmiechając się delikatnie. – Przekonałaś mnie. Gdzie w takim razie mnie zabierasz? – Zapytał.
- Kilka ulic stąd znajduje się całkiem miła restauracja. Mają tam przepyszne jedzenie. Na pewno Ci się spodoba. – Zapewniła, usatysfakcjonowana jego odpowiedzią.
- Zdaję się na Ciebie. W takim razie przyjadę po Ciebie. - Dziewczyna waha się przez chwilę, przygryzając delikatnie dolną wargę. – Już i tak zapraszasz mnie na kolację, to przynajmniej pozwól mi być twoim kierowcą. – Dodał, gdy ta nadal nie odpowiedziała.
- W porządku. – Mruknęła w końcu, nadal niezbyt pewna. – O dziewiętnastej? – Zaproponowała.
- Pasuje. Nie będę Cię dłużej zatrzymywać. Na pewno masz lepsze plany niż spędzenie popołudnia na komisariacie. – Odpowiedział, na co ta uśmiechnęła się nieznacznie.
- Trochę się zasiedziałam. – Przyznała. – Cieszę się, że się zgodziłeś. Do zobaczenia wieczorem.
- To ja cieszę się z zaproszenia. Do zobaczenia, Phoebe. – Pożegnał się, obdarzając ją uśmiechem. Dziewczyna ruszyła w stronę wyjścia. Rzuciła mu ostatnie spojrzenie, nim zniknęła za drzwiami, prowadzącymi na korytarz. Lucas niechętnie powrócił do przerwanej pracy. Stosy dokumentów piętrzyły się na jego biurku, domagając się sprawdzenia. Jedna z papierowych wieży, zaczęła niebezpiecznie przechylać się, grożąc zawaleniu. Zegar na końcu pomieszczenia wskazywał dziesiątą. Musiał się pośpieszyć, jeśli miał zdążyć na kolację z blondynką.
Zanim się zorientował, większość funkcjonariuszy zaczęła już opuszczać swoje stanowiska. Oprócz kilku interwencji i telefonów, które okazały się żartami, był to wyjątkowo spokojny dzień. Z tego też powodu nie było sensu zostawać dłużej i przy biurkach siedzieli już tylko ci nieszczęśnicy, którzy mieli coś do dokończenia. Lucas zerknął przelotnie na ekran monitora i omal nie zrzucił ze stołu reszty dokumentów. Czas minął mu tak szybko, że nie zauważył, że jest już prawie osiemnasta. Nie chcąc tracić cennych minut, zerwał się z krzesła i zbierając potrzebne mu dokumenty, biegiem ruszył w stronę wyjścia. Co wywołało niemałe zdziwienie u pozostałych policjantów, obecnych na komisariacie. Zatrzymał się dopiero przed windą, kalkulując, ile zajmie mu dotarcie na parking. Ostatecznie widząc, że utknęła ona na jednym z wyższych pięter, nie pozostało mu nic innego jak wybrać wyjście awaryjne i zbiec schodami na najniższy poziom. Zdyszany dopadł do stojącego niemal na samym końcu motoru i odpalił maszynę, wsuwając wcześniej przygotowane kluczyki do stacyjki. Mężczyzna z piskiem opon ruszył do wyjścia i zręcznie omijając samochody, które utknęły w korku, po niecałych dwudziestu minutach dotarł pod osiedle. Wbiegł do swojego mieszkania, strasząc przy tym Lunę. Zwierzę zerwało się na równe nogi, gdy tylko ten z trzaskiem zamknął za sobą drzwi. Przeklinając cicho pod nosem swoją nieuwagę i modląc się jednocześnie, by zdążył, pobiegł w stronę sypialni. Z ulgą przyjął fakt, że nadal zostało mu prawie czterdzieści minut. Na szybko w głowie przeliczył, ile potrzebuje czasu, na dotarcie do domu dziewczyny i zrzucając z siebie przepocone ubranie, pokuśtykał w stronę łazienkę, zostawiając za sobą ścieżkę ze skarpetek i bielizny. Wziął szybko prysznic i z ręcznikiem wokół bioder i nadal wilgotnymi włosami, pognał do szafy. W korytarzu Luna przyglądała się cały czas jego poczynaniom z miną, wyrażającą głęboką konsternację. Gdyby potrafiła mówić, z pewnością już dawno wyraziłaby swoje zdziwienie nienormalnym wręcz, zachowaniem swojego pana. Do wyjścia zostało dwadzieścia pięć minut, a Lucas jak typowa kobieta stał przed szafą, zastanawiając się, w co powinien się ubrać. Nagle wszystkie rzeczy w jego mniemaniu stały się nieodpowiednie na tę okazję. Biała koszula, a może czarna. Może tym razem założyć zwykłą bluzkę, ale przecież nie znał tej restauracji. Zrobiłby z siebie kompletnego kretyna, gdyby poszedł w czymś tak prostym i nieeleganckim. Po długich dywagacjach na temat tego, co wypada ubrać, a czego nie, w końcu zdecydował się na białą koszulę i szare przecierane spodnie. Zwykle nie nosił biżuterii, ale pozwolił sobie tym razem przyozdobić nadgarstek srebrnym zegarkiem. Wreszcie gotowy do wyjścia popędził do drzwi i żegnając się szybko ze swoim psem, wybiegł z mieszkania, zabierając z wieszaka swoją ulubioną skórzaną kurtkę. Wskazówki na tarczy zegarka wskazywały nieubłaganie zbliżającą się godzinę zero. Nie tracąc więcej czasu, uruchomił motor i po założeniu kasku, ruszył ulicami w kierunku domu Phoebe. Można by pomyśleć, że wyjątkowo dzisiaj szczęście się do niego uśmiechnęło, gdy akurat parkował przed bramą, zegarek obwieścił, że nadal została mu minuta. Wyjął kluczyki ze stacyjki i przeskakując po dwa schodki, w błyskawicznym tempie zjawił się przed drzwiami domu. Nacisnął na metalowy dzwonek i starając się uspokoić oddech, wyczekiwał aż dziewczyna będzie na tyle łaskawa, by otworzyć.
Phoebe?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucas. Pokaż wszystkie posty
29.08.2019
18.08.2019
Od Lucasa CD Annabelle
Cała sytuacja wydawała się dla niego absurdalna. Już od samego początku wiedział, że kapitan nie ma zamiaru dawać im wsparcia. Z góry spisał całe przedsięwzięcie na straty. Informacja, że mają na uporanie się ze wszystkim tylko dwa tygodnie, nie sprawiła, że poczuł się lepiej. W milczeniu przypatrywał się przez chwilę, stojącej przed nim dziewczynie. Brunetka z tajemniczym uśmiechem czekała na jego odpowiedź, co tym bardziej nie nastrajało go pozytywnie. Jej osoba napawała go pewnego rodzaju niepokojem. Nadal zastanawiał się nad tym, jak niedawno poznany wampir trafił na jego osiedle. Jednak to nie miało teraz znaczenia. Annabelle miała rację. Skoro mieli ze sobą pracować, musiał jej zaufać i chociaż spróbować nawiązać nić porozumienia.
- Rzadko kiedy, niedawno poszukiwany przestępca, nachodzi mnie pod domem. – Zauważył, krzyżując dłonie na piersi.
- Hej. Tylko nie przestępca. To był akt samoobrony. – Odpowiedziała, udając oburzenie.
- Niech Ci będzie… Jestem nawet skłonny sądzić, że to prawda. W każdym razie… Co masz na myśli, mówiąc o integracji zespołu? – Zapytał, opierając się o stojący za nim blat.
- Oczywiście musimy się lepiej poznać, a ty trochę wyluzować.
- I na czym ma to polegać? Bo zgaduję, że masz już jakieś propozycje. – Stwierdził, patrząc na nią wyczekująco.
- Oczywiście. – Zaśmiała się. – Ubierz się jakoś ładnie, dzisiaj wychodzimy na miasto. Skoczymy do klubu, czy tam baru, trochę się zabawimy. – Oznajmiła, nie pytając się go o zgodę. Mężczyzna już chciał zaprotestować, ale z drugiej strony on sam nie miał lepszego pomysłu.
- Niech będzie. Gdzie się spotykamy i o której?
- Przyjedź po mnie o 19. – Odpowiedziała po chwili zastanowienia i podała adres, a raczej nazwę skrzyżowania, na którym będzie czekać. – Skoro wszystko mamy już ustalone, będę lecieć. – Oznajmiła, kierując się w stronę wyjścia. – Nie przejmuj się, trafię sama. – Dodała, machając mu na pożegnanie. Lucas patrzył, jak ta odchodzi, czując pod skórą, że ten wieczór nie będzie należał do spokojnych. Westchnął cicho i po zabraniu wszystkich potrzebnych mu rzeczy ze swojego biura, udał się do wyjścia. Skoro na razie nie musiał zajmować się żadnymi zgłoszeniami i papierami, mógł równie dobrze przez resztę dnia skupić się na wymyśleniu planu działania. Póki co niezbyt wiele wiedział na temat organizacji, z którą przyjdzie im się zmierzyć. Wszystko spowodowane było tym, że same Sopp zbyt wiele nie był w stanie się dowiedzieć. Miał nadzieję, że to się zmieni. Brunetka wiele ryzykowała, zgłaszając się do nich, więc był pewny, że informacje, jakie posiada, muszą być bardzo wiarygodne. W zamyśleniu opuścił posterunek. Dochodziła już prawie dziesiąta. W powietrzu dało się wyczuć zbliżający skwar. Nadeszło lato, a razem z nim upały. Powolnym krokiem ruszył przed siebie. W tak piękną pogodę większość ludzi nie zamierzała siedzieć w domu, toteż na ulicach był dość spory ruch, a okoliczne lodziarnie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Jego wzrok mimowolnie wędrował ku obleganym lokalom. Nie mogąc się oprzeć wizji słodkiego ochłodzenia, wstąpił do jednej z nich. Kolejka na szczęście dość szybko się zmniejszała. Gdy przyszła kolej na niego zamówił trzy gałki lodów o smaku pistacji, sorbetu truskawkowego oraz stracciatella. Zapłacił za zakupiony deser i dorzucając napiwek uprzejmym pracownicom, opuścił budynek. Zanim dotarł do domu, po lodach nie było już śladu. Z ulgą wszedł do klimatyzowanego mieszkania. Luna jak zawsze pełna energii zaczęła witać się z nim już w drzwiach. Poklepał ją po łebku i powoli przeszedł do kuchni. Z ulgą zajął miejsce przy stole, kładąc na nim wypełnioną po brzegi torbę z dokumentami. Większość z nich dotyczyła skąpych ustaleń dotyczących grupy przestępczej, która przez najbliższe dwa tygodnie, miała zajmować jego umysł. Pozostałe natomiast dotyczyły tego, co udało mu się znaleźć odnośnie do Annabelle. Oczywiście tego także nie było zbyt wiele. Nie zastanawiając się dłużej, zaczął przeglądać po raz kolejny wszystkie kopie, robiąc przy okazji własne notatki. Jego myśli cały czas krążyły wokół tajemniczej kobiety. Mimo że podświadomie czuł niepokój, widząc ją, to jednocześnie był jej ciekaw. Nie często zdarzało się, by policja wiedziała tak mało o człowieku. Musiała bardzo dobrze się ukrywać, a przynajmniej swoje dotychczasowe działania. Miał nadzieję, że w czasie dzisiejszego spotkania dowie się czegoś więcej o swojej tymczasowej współpracowniczce i przy okazji może uda mu się przekonać co do niej. Zanim się obejrzał, na zegarku wybiła szesnasta. Przygotował skromny posiłek dla siebie i podał Lunie karmę. Nie śpiesząc się, zebrał wszystkie papiery, niechętnie przyznając przed sobą, że na zbyt wiele mu się to nie przydało. Nadal nie był w stanie wymyślić skutecznego planu działania, szczególnie że nie wiedział jakie informacje posiada Annabelle. Wziął szybki prysznic, by nieco się odświeżyć. Po krótkich poszukiwaniach, na wieczór wybrał standardowo czarne spodnie, dopasowaną białą bluzkę oraz skórzaną kurtkę. Na szczęście wiedział, gdzie znajduje się ulica, którą podała mu dziewczyna, to też nie musiał tracić czasu na wyszukiwanie jej. Zabrał wszystkie potrzebne mu rzeczy i po upewnieniu się, że niczego nie zapomniał, wyszedł z mieszkania, zamykając je na klucz. Nie miał zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodziło o transport, to też od razu podszedł do zaparkowanego przed budynkiem motoru i uruchomił maszynę. Powoli skierował się w stronę bramy, skąd z piskiem opon ruszył w umówione miejsce. Zaparkował niedaleko pasów dla pieszych. Zegarek wskazywał, że ma jeszcze jakieś dwadzieścia minut. Wolał jednak być za wcześnie niż się spóźnić. Nie tolerował, gdy ktoś nie przychodził na czas i tak samo nienawidził tego u siebie. Spokojnie czekał na nadejście brunetki, wpatrując się w zamyśleniu w przechodzących ludzi.
- Rzadko kiedy, niedawno poszukiwany przestępca, nachodzi mnie pod domem. – Zauważył, krzyżując dłonie na piersi.
- Hej. Tylko nie przestępca. To był akt samoobrony. – Odpowiedziała, udając oburzenie.
- Niech Ci będzie… Jestem nawet skłonny sądzić, że to prawda. W każdym razie… Co masz na myśli, mówiąc o integracji zespołu? – Zapytał, opierając się o stojący za nim blat.
- Oczywiście musimy się lepiej poznać, a ty trochę wyluzować.
- I na czym ma to polegać? Bo zgaduję, że masz już jakieś propozycje. – Stwierdził, patrząc na nią wyczekująco.
- Oczywiście. – Zaśmiała się. – Ubierz się jakoś ładnie, dzisiaj wychodzimy na miasto. Skoczymy do klubu, czy tam baru, trochę się zabawimy. – Oznajmiła, nie pytając się go o zgodę. Mężczyzna już chciał zaprotestować, ale z drugiej strony on sam nie miał lepszego pomysłu.
- Niech będzie. Gdzie się spotykamy i o której?
- Przyjedź po mnie o 19. – Odpowiedziała po chwili zastanowienia i podała adres, a raczej nazwę skrzyżowania, na którym będzie czekać. – Skoro wszystko mamy już ustalone, będę lecieć. – Oznajmiła, kierując się w stronę wyjścia. – Nie przejmuj się, trafię sama. – Dodała, machając mu na pożegnanie. Lucas patrzył, jak ta odchodzi, czując pod skórą, że ten wieczór nie będzie należał do spokojnych. Westchnął cicho i po zabraniu wszystkich potrzebnych mu rzeczy ze swojego biura, udał się do wyjścia. Skoro na razie nie musiał zajmować się żadnymi zgłoszeniami i papierami, mógł równie dobrze przez resztę dnia skupić się na wymyśleniu planu działania. Póki co niezbyt wiele wiedział na temat organizacji, z którą przyjdzie im się zmierzyć. Wszystko spowodowane było tym, że same Sopp zbyt wiele nie był w stanie się dowiedzieć. Miał nadzieję, że to się zmieni. Brunetka wiele ryzykowała, zgłaszając się do nich, więc był pewny, że informacje, jakie posiada, muszą być bardzo wiarygodne. W zamyśleniu opuścił posterunek. Dochodziła już prawie dziesiąta. W powietrzu dało się wyczuć zbliżający skwar. Nadeszło lato, a razem z nim upały. Powolnym krokiem ruszył przed siebie. W tak piękną pogodę większość ludzi nie zamierzała siedzieć w domu, toteż na ulicach był dość spory ruch, a okoliczne lodziarnie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Jego wzrok mimowolnie wędrował ku obleganym lokalom. Nie mogąc się oprzeć wizji słodkiego ochłodzenia, wstąpił do jednej z nich. Kolejka na szczęście dość szybko się zmniejszała. Gdy przyszła kolej na niego zamówił trzy gałki lodów o smaku pistacji, sorbetu truskawkowego oraz stracciatella. Zapłacił za zakupiony deser i dorzucając napiwek uprzejmym pracownicom, opuścił budynek. Zanim dotarł do domu, po lodach nie było już śladu. Z ulgą wszedł do klimatyzowanego mieszkania. Luna jak zawsze pełna energii zaczęła witać się z nim już w drzwiach. Poklepał ją po łebku i powoli przeszedł do kuchni. Z ulgą zajął miejsce przy stole, kładąc na nim wypełnioną po brzegi torbę z dokumentami. Większość z nich dotyczyła skąpych ustaleń dotyczących grupy przestępczej, która przez najbliższe dwa tygodnie, miała zajmować jego umysł. Pozostałe natomiast dotyczyły tego, co udało mu się znaleźć odnośnie do Annabelle. Oczywiście tego także nie było zbyt wiele. Nie zastanawiając się dłużej, zaczął przeglądać po raz kolejny wszystkie kopie, robiąc przy okazji własne notatki. Jego myśli cały czas krążyły wokół tajemniczej kobiety. Mimo że podświadomie czuł niepokój, widząc ją, to jednocześnie był jej ciekaw. Nie często zdarzało się, by policja wiedziała tak mało o człowieku. Musiała bardzo dobrze się ukrywać, a przynajmniej swoje dotychczasowe działania. Miał nadzieję, że w czasie dzisiejszego spotkania dowie się czegoś więcej o swojej tymczasowej współpracowniczce i przy okazji może uda mu się przekonać co do niej. Zanim się obejrzał, na zegarku wybiła szesnasta. Przygotował skromny posiłek dla siebie i podał Lunie karmę. Nie śpiesząc się, zebrał wszystkie papiery, niechętnie przyznając przed sobą, że na zbyt wiele mu się to nie przydało. Nadal nie był w stanie wymyślić skutecznego planu działania, szczególnie że nie wiedział jakie informacje posiada Annabelle. Wziął szybki prysznic, by nieco się odświeżyć. Po krótkich poszukiwaniach, na wieczór wybrał standardowo czarne spodnie, dopasowaną białą bluzkę oraz skórzaną kurtkę. Na szczęście wiedział, gdzie znajduje się ulica, którą podała mu dziewczyna, to też nie musiał tracić czasu na wyszukiwanie jej. Zabrał wszystkie potrzebne mu rzeczy i po upewnieniu się, że niczego nie zapomniał, wyszedł z mieszkania, zamykając je na klucz. Nie miał zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodziło o transport, to też od razu podszedł do zaparkowanego przed budynkiem motoru i uruchomił maszynę. Powoli skierował się w stronę bramy, skąd z piskiem opon ruszył w umówione miejsce. Zaparkował niedaleko pasów dla pieszych. Zegarek wskazywał, że ma jeszcze jakieś dwadzieścia minut. Wolał jednak być za wcześnie niż się spóźnić. Nie tolerował, gdy ktoś nie przychodził na czas i tak samo nienawidził tego u siebie. Spokojnie czekał na nadejście brunetki, wpatrując się w zamyśleniu w przechodzących ludzi.
Annabelle?
13.08.2019
Od Lucasa CD Harriet
Przez resztę nocy nie mógł spać. Sam widok kobiety sprawił, że w jego głowie zaczęły kłębić się tysiące myśli. Fakt, że żyła był dla niego nie do pojęcia. Chciał zadać jej tak wiele pytań. Nadal miał wątpliwości, czy to wszystko nie było jedynie wytworem jego wyobraźni. Leki, które mu podawali, były przecież dość silne, to też nie mógł wykluczyć, że mogłyby wywołać halucynacje. Wzrokiem powędrował w stronę miejsca, które nie tak dawno zajmowała jasnowłosa. Tak z pozoru nic nieznaczący szczegół, jak przesunięty skrawek pościeli utwierdził go w przekonaniu, że to nie mogła być pomyłka. Świadczył jednoznacznie o niedawnej obecności niespodziewanego gościa. Gdyby nie pielęgniarka robiąca obchód, może udałoby mu się dowiedzieć czegoś więcej. Miał tylko nadzieję, że Harriet nie zostawi go bez żadnych wyjaśnień. „Dowiesz się w swoim czasie” – Co to w ogóle miało znaczyć?. Miał nadzieję, że szybko nadejdzie ten odpowiedni czas. Jednak ważniejsze od wszelkich objaśnień było to, że kobieta była cała i zdrowa. Gdy wreszcie zmorzył go sen, słońce powoli zaczęło wschodzić, oświetlając słabymi promieniami jego niewielki szpitalny pokój. Przez kilka następnych dni, przez salę przewinęło się sporo ludzi. Prócz rodziny, odwiedzili go także przyjaciele z pracy, a nawet sąsiadka. Jedynej osoby, której się jednak nie spodziewał, był jego szef. Gdy mężczyzna pojawił się w drzwiach, Lucas poczuł nie tylko zaskoczenie, ale także złość. Widząc twarz Jamesa, uświadomił sobie, jak bardzo był na niego wściekły. Bez problemu udało im się odnaleźć jego i Harriet. Szpiedzy z pewnością musieli, podobnie jak oni, posiadać takie same nadajniki. A jednak nikt nie pofatygował się, aby pomóc ich poprzednikom.
- Dobrze widzieć, że wracasz do siebie. – Zaczął mężczyzna, podchodząc bliżej do jego łóżka. Nie usiadł na krześle. Zapewne nie chciał zabawić tu długo. Lucas nadal milczał. – Przykro mi z powodu tego, co się stało. Naprawdę nie sądziliśmy, że wszystko tak się skończy. – Próbował się tłumaczyć. Chrząknął cicho, gdy funkcjonariusz nadal nie odezwał się ani słowem. – Pokryjemy wszystkie środki leczenia i oczywiście…
- Pokryj lepiej koszty pogrzebów tych mężczyzn, którzy nie mieli tyle szczęścia. – Oznajmił chłodno. – Mieliście możliwość uratowania ich. – Zauważył. – Więc dlaczego tego nie zrobiliście. - James patrzył na niego w milczeniu, widocznie myśląc, że cisza to lepsza odpowiedź. – Nie masz nic do powiedzenia? – Zapytał po dłuższej chwili.
- Sądziliśmy, że wasza dwójka sobie poradzi z tym zadaniem. Zbagatelizowaliśmy sprawę. – Przyznał niechętnie.
- Zbagatelizowaliśmy… - Prychnął cicho, nie potrafiąc znaleźć słów, by wyrazić swoją złość. Zaniedbanie ze strony kapitana mogło kosztować go życie, nie wspominając o tym, że gdyby jasnowłosa była człowiekiem, już z pewnością leżałaby w grobie martwa.
- Wynagrodzimy Ci to, co się stało. – Obiecał mężczyzna, jednak Lucas przestał już go słuchać.
- Cieszę się, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością, a teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym odpocząć. – Przerwał mu brunet. James wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę. Jednak ostatecznie, wiedząc, że dalsza rozmowa nie ma sensu, opuścił pokój, zostawiając go samego. Rozmowa w tych okolicznościach była bezcelowa. Przeprosiny i zapewniania, że za wszystko zapłacą, miało go zapewne udobruchać. Na niewiele się to zdało. Nie był gotowy na dyskusje z mężczyzną. W pewnym stopniu winił samego siebie. Gdyby tylko zadział szybciej, domyślił się, że to pułapka. Może wszystko skończyłoby się inaczej. Kilka minut później do pokoju wpadła Alice, w ostatniej chwili powstrzymując się od rzucenia na niego. Jej widok od razu uspokoił skołatane nerwy mężczyzny. Uśmiechnął się do niej lekko.
- Nie krępuj się. Chodź tu. – Mruknął, robiąc jej miejsce na łóżku. Dziewczynka, pozbywając się wcześniejszych wątpliwości, z szerokim uśmiechem wskoczyła na łóżko i objęła go mocno drobnymi ramionami, wtulając w pierś brata. Oboje byli do siebie bardzo przywiązani. Jego siostra wyjątkowo przeżywała wszystkie te wydarzenia i fakt, że leżał w szpitalu. Praktycznie każdego dnia odwiedzała Lucasa, a jej buzia nie potrafiła się zamknąć, gdy tylko zaczynała rozmawiać. Mężczyzna za każdym razem, gdy ją widział, czuł, jakby to właśnie jej śmiech sprawiał, że czuje się lepiej. Cieszył się, że może spędzić z nią więcej czasu, żałował jedynie, że w takich okolicznościach.
- Nadal Cię boli? – Zapytała cicho, podnosząc na niego wzrok. Jej duże zielone oczy, przyglądały mu się uważnie w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Prawie w ogóle. Czuję się dobrze. – Zapewnił. - Niedługo na pewno w końcu mnie stąd wypuszczą. Już nie mogę wysiedzieć na miejscu. – Oznajmił z cichym westchnięciem, na co dziewczynka się zaśmiała.
- Musisz tu jeszcze być. Dopóki nie będziesz już zuuupełnie zdrowy. – Odpowiedziała. - Cieszę się, że… nic ci nie jest. Martwiliśmy się strasznie – Oznajmiła cicho, podciągając nosem.
- Nie chciałem, żebyście się martwili. – Zapewnił, całując czubek jej głowy. – Teraz będzie tylko lepiej.
- Już nigdy więcej tak nie rób. – Burknęła, nadymając uroczo policzki. – Nie chcę, żeby znowu stała Ci się krzywda. – Szepnęła, podnosząc się nieco. - Obiecaj, że już więcej nie dasz, się skrzywdzisz, okay? – Mruknęła, wyciągając w jego stronę mały paluszek. Mężczyzna uścisnął go z lekkim uśmiechem.
- Obiecuję. – Zapewnił, na co Alice odetchnęła z ulgą. Usadowiła się wygodniej na łóżku i zaczęła streszczać wydarzenia z poprzedniego dnia i poranka, skupiając się głównie na Lunie. Minęła prawie godzina, nim jego rodzice przyjechali odebrać małą. Po krótkiej rozmowie odbytej z nimi cała trójka zebrała się do wyjścia, przyrzekając, że następnego dnia znowu przyjadą. Nie musieli obiecać, żeby wiedział, że przyjadą. Jeśli nie cała rodzina, to przynajmniej jedna osoba, przychodziła, by upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Sami musieli być wykończeni, ale mimo to nie dawali za wygraną i przyjeżdżali. Martwił się, tym, że tak wiele czasu tu przebywają, a przecież sami mieli pracę i inne obowiązki. Nie chciał być dla nich ciężarem, mimo to czuł, że jedynie niepotrzebnie zawracają sobie nim głowę. Zanim pogrążył się w dalszych rozmyślaniach, do pomieszczenia weszła Harriet. Oczywiście nie kłopotała się z tradycyjnymi możliwościami dostania się do sali. Kobieta bez skrępowania wdarła się do środka przez balkon. Brunet nie mógł powstrzymać uśmiechu, wkradającego się na jego usta. Powitał się z nią uprzejmie i po wysłuchaniu dalszych tłumaczeń ze strony wampira, stwierdził, że tak naprawdę wie jeszcze mniej niż na początku. Nie chciał być namolny, jednak jego naturalna ciekawość nie dawała mu spokoju. Na razie jednak postanowił, powstrzymać się od dalszych pytań.
- Oprócz spania, oglądania telewizji i czytania, nie robię nic więcej. – Westchnął cicho. – A co do pielęgniarek to żadna nie jest w moim typie, jeśli o to pytasz. – Powiedział. – Tak więc nie mam tu żadnych rozrywek. – Dodał.
- Wielka szkoda. W takim razie czas z pewnością musi Ci się tutaj potwornie dłużyć.
- Taa… Można tak powiedzieć. Ale przynajmniej raz na jakiś czas ktoś przychodzi. – Przyznał. – Czasami dość… niespodziewani goście. – Mruknął. Kobieta uniosła brew na te słowa, patrząc na niego wyczekująco.
- To znaczy? – Zapytała.
- Przyszedł do mnie szef. – Oznajmił po chwili.
- I czego chciała ta gnida? – Warknęła kobieta.
- Sądzę, że na razie chciał wybadać sytuację, a gdy uświadomił sobie, że raczej niezbyt pozytywnie podchodzę do tego, co się stało, spróbował mnie udobruchać pieniędzmi za leczenie.
- Jakby to miał wszystko odkręcić. – Prychnęła, krzyżując dłonie na piersi. – Posyła nas w paszcze potwora, a teraz oczekuje, że jakoś to będzie. Nie wiem, kto wam wybrał takiego szefa, ale to jakaś porażka. – Mruknęła. Mężczyzna z rozbawieniem przysłuchiwał się jej monologowi.
- Nie ma sensu się denerwować. – Powiedział w końcu. – Było minęło. Oboje jesteśmy cali i zdrowi. Najbardziej żal mi tych ludzi, którzy nie doczekali się pomocy. – Westchnął cicho.
- Z jego winy. – Zauważyła. – Powinni od razu przysłać oddział, a nie nas, do tego zupełnie nieprzygotowanych na taki syf.
- Czasu nie cofniemy i nic więcej z tym nie zrobimy. – Odpowiedział. Po chwili na korytarzu dało słyszeć się zbliżające kroki. – To pewnie lekarz robi obchód.
- W takim razie ja będę się już zbierać. – Oznajmiła jasnowłosa, wstając z krzesła.
- Wiesz, że lekarz nie gryzie? Możesz zostać. – Zapewnił.
- I tak już się zasiedziałam, przyjdę kiedy indziej.
- W takim razie może tym razem użyj drzwi, one też nie zrobią ci krzywdy. – Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie i powędrowała w stronę balkonu.
- Trzymaj się. – Pożegnała się z nim i zniknęła za szybą, akurat, gdy do środka wszedł wysoki mężczyzna z dość pokaźnym brzuchem, po którego bokach spływał biały materiał kitla. Poprawił okulary na nosie i przystąpił do badania bruneta.
- Wygląda na to, że wszystko zrasta się prawidłowo. Rany również w większości się zagoiły. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za jakieś trzy tygodnie może Pan wracać do domu. – Oznajmił Lekarz, ku uciesze Lucasa. Wygląda na to, że w końcu będzie mógł wrócić do przytulnego mieszkania i pozbyć się zapachu środków dezynfekujących z nozdrzy. Teraz tylko wystarczyło przeżyć niecały miesiąc i wszystko wróci do normy. Chociaż norma to pojęcie względne, a w głębi serca, czuł, że niedługo znowu coś się wydarzy.
Harriet?
- Dobrze widzieć, że wracasz do siebie. – Zaczął mężczyzna, podchodząc bliżej do jego łóżka. Nie usiadł na krześle. Zapewne nie chciał zabawić tu długo. Lucas nadal milczał. – Przykro mi z powodu tego, co się stało. Naprawdę nie sądziliśmy, że wszystko tak się skończy. – Próbował się tłumaczyć. Chrząknął cicho, gdy funkcjonariusz nadal nie odezwał się ani słowem. – Pokryjemy wszystkie środki leczenia i oczywiście…
- Pokryj lepiej koszty pogrzebów tych mężczyzn, którzy nie mieli tyle szczęścia. – Oznajmił chłodno. – Mieliście możliwość uratowania ich. – Zauważył. – Więc dlaczego tego nie zrobiliście. - James patrzył na niego w milczeniu, widocznie myśląc, że cisza to lepsza odpowiedź. – Nie masz nic do powiedzenia? – Zapytał po dłuższej chwili.
- Sądziliśmy, że wasza dwójka sobie poradzi z tym zadaniem. Zbagatelizowaliśmy sprawę. – Przyznał niechętnie.
- Zbagatelizowaliśmy… - Prychnął cicho, nie potrafiąc znaleźć słów, by wyrazić swoją złość. Zaniedbanie ze strony kapitana mogło kosztować go życie, nie wspominając o tym, że gdyby jasnowłosa była człowiekiem, już z pewnością leżałaby w grobie martwa.
- Wynagrodzimy Ci to, co się stało. – Obiecał mężczyzna, jednak Lucas przestał już go słuchać.
- Cieszę się, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością, a teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym odpocząć. – Przerwał mu brunet. James wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę. Jednak ostatecznie, wiedząc, że dalsza rozmowa nie ma sensu, opuścił pokój, zostawiając go samego. Rozmowa w tych okolicznościach była bezcelowa. Przeprosiny i zapewniania, że za wszystko zapłacą, miało go zapewne udobruchać. Na niewiele się to zdało. Nie był gotowy na dyskusje z mężczyzną. W pewnym stopniu winił samego siebie. Gdyby tylko zadział szybciej, domyślił się, że to pułapka. Może wszystko skończyłoby się inaczej. Kilka minut później do pokoju wpadła Alice, w ostatniej chwili powstrzymując się od rzucenia na niego. Jej widok od razu uspokoił skołatane nerwy mężczyzny. Uśmiechnął się do niej lekko.
- Nie krępuj się. Chodź tu. – Mruknął, robiąc jej miejsce na łóżku. Dziewczynka, pozbywając się wcześniejszych wątpliwości, z szerokim uśmiechem wskoczyła na łóżko i objęła go mocno drobnymi ramionami, wtulając w pierś brata. Oboje byli do siebie bardzo przywiązani. Jego siostra wyjątkowo przeżywała wszystkie te wydarzenia i fakt, że leżał w szpitalu. Praktycznie każdego dnia odwiedzała Lucasa, a jej buzia nie potrafiła się zamknąć, gdy tylko zaczynała rozmawiać. Mężczyzna za każdym razem, gdy ją widział, czuł, jakby to właśnie jej śmiech sprawiał, że czuje się lepiej. Cieszył się, że może spędzić z nią więcej czasu, żałował jedynie, że w takich okolicznościach.
- Nadal Cię boli? – Zapytała cicho, podnosząc na niego wzrok. Jej duże zielone oczy, przyglądały mu się uważnie w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Prawie w ogóle. Czuję się dobrze. – Zapewnił. - Niedługo na pewno w końcu mnie stąd wypuszczą. Już nie mogę wysiedzieć na miejscu. – Oznajmił z cichym westchnięciem, na co dziewczynka się zaśmiała.
- Musisz tu jeszcze być. Dopóki nie będziesz już zuuupełnie zdrowy. – Odpowiedziała. - Cieszę się, że… nic ci nie jest. Martwiliśmy się strasznie – Oznajmiła cicho, podciągając nosem.
- Nie chciałem, żebyście się martwili. – Zapewnił, całując czubek jej głowy. – Teraz będzie tylko lepiej.
- Już nigdy więcej tak nie rób. – Burknęła, nadymając uroczo policzki. – Nie chcę, żeby znowu stała Ci się krzywda. – Szepnęła, podnosząc się nieco. - Obiecaj, że już więcej nie dasz, się skrzywdzisz, okay? – Mruknęła, wyciągając w jego stronę mały paluszek. Mężczyzna uścisnął go z lekkim uśmiechem.
- Obiecuję. – Zapewnił, na co Alice odetchnęła z ulgą. Usadowiła się wygodniej na łóżku i zaczęła streszczać wydarzenia z poprzedniego dnia i poranka, skupiając się głównie na Lunie. Minęła prawie godzina, nim jego rodzice przyjechali odebrać małą. Po krótkiej rozmowie odbytej z nimi cała trójka zebrała się do wyjścia, przyrzekając, że następnego dnia znowu przyjadą. Nie musieli obiecać, żeby wiedział, że przyjadą. Jeśli nie cała rodzina, to przynajmniej jedna osoba, przychodziła, by upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Sami musieli być wykończeni, ale mimo to nie dawali za wygraną i przyjeżdżali. Martwił się, tym, że tak wiele czasu tu przebywają, a przecież sami mieli pracę i inne obowiązki. Nie chciał być dla nich ciężarem, mimo to czuł, że jedynie niepotrzebnie zawracają sobie nim głowę. Zanim pogrążył się w dalszych rozmyślaniach, do pomieszczenia weszła Harriet. Oczywiście nie kłopotała się z tradycyjnymi możliwościami dostania się do sali. Kobieta bez skrępowania wdarła się do środka przez balkon. Brunet nie mógł powstrzymać uśmiechu, wkradającego się na jego usta. Powitał się z nią uprzejmie i po wysłuchaniu dalszych tłumaczeń ze strony wampira, stwierdził, że tak naprawdę wie jeszcze mniej niż na początku. Nie chciał być namolny, jednak jego naturalna ciekawość nie dawała mu spokoju. Na razie jednak postanowił, powstrzymać się od dalszych pytań.
- Oprócz spania, oglądania telewizji i czytania, nie robię nic więcej. – Westchnął cicho. – A co do pielęgniarek to żadna nie jest w moim typie, jeśli o to pytasz. – Powiedział. – Tak więc nie mam tu żadnych rozrywek. – Dodał.
- Wielka szkoda. W takim razie czas z pewnością musi Ci się tutaj potwornie dłużyć.
- Taa… Można tak powiedzieć. Ale przynajmniej raz na jakiś czas ktoś przychodzi. – Przyznał. – Czasami dość… niespodziewani goście. – Mruknął. Kobieta uniosła brew na te słowa, patrząc na niego wyczekująco.
- To znaczy? – Zapytała.
- Przyszedł do mnie szef. – Oznajmił po chwili.
- I czego chciała ta gnida? – Warknęła kobieta.
- Sądzę, że na razie chciał wybadać sytuację, a gdy uświadomił sobie, że raczej niezbyt pozytywnie podchodzę do tego, co się stało, spróbował mnie udobruchać pieniędzmi za leczenie.
- Jakby to miał wszystko odkręcić. – Prychnęła, krzyżując dłonie na piersi. – Posyła nas w paszcze potwora, a teraz oczekuje, że jakoś to będzie. Nie wiem, kto wam wybrał takiego szefa, ale to jakaś porażka. – Mruknęła. Mężczyzna z rozbawieniem przysłuchiwał się jej monologowi.
- Nie ma sensu się denerwować. – Powiedział w końcu. – Było minęło. Oboje jesteśmy cali i zdrowi. Najbardziej żal mi tych ludzi, którzy nie doczekali się pomocy. – Westchnął cicho.
- Z jego winy. – Zauważyła. – Powinni od razu przysłać oddział, a nie nas, do tego zupełnie nieprzygotowanych na taki syf.
- Czasu nie cofniemy i nic więcej z tym nie zrobimy. – Odpowiedział. Po chwili na korytarzu dało słyszeć się zbliżające kroki. – To pewnie lekarz robi obchód.
- W takim razie ja będę się już zbierać. – Oznajmiła jasnowłosa, wstając z krzesła.
- Wiesz, że lekarz nie gryzie? Możesz zostać. – Zapewnił.
- I tak już się zasiedziałam, przyjdę kiedy indziej.
- W takim razie może tym razem użyj drzwi, one też nie zrobią ci krzywdy. – Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie i powędrowała w stronę balkonu.
- Trzymaj się. – Pożegnała się z nim i zniknęła za szybą, akurat, gdy do środka wszedł wysoki mężczyzna z dość pokaźnym brzuchem, po którego bokach spływał biały materiał kitla. Poprawił okulary na nosie i przystąpił do badania bruneta.
- Wygląda na to, że wszystko zrasta się prawidłowo. Rany również w większości się zagoiły. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za jakieś trzy tygodnie może Pan wracać do domu. – Oznajmił Lekarz, ku uciesze Lucasa. Wygląda na to, że w końcu będzie mógł wrócić do przytulnego mieszkania i pozbyć się zapachu środków dezynfekujących z nozdrzy. Teraz tylko wystarczyło przeżyć niecały miesiąc i wszystko wróci do normy. Chociaż norma to pojęcie względne, a w głębi serca, czuł, że niedługo znowu coś się wydarzy.
Harriet?
28.07.2019
Od Lucasa CD Phoebe
Lucas zerknął na nią przez ramię ostatni raz i wszedł do biura komisarza, któremu została przydzielona sprawa porwania dziewczyny. Mężczyzna uniósł na niego wzrok, znad licznych papierów, zajmujących biurko.
- Siadaj i miejmy to już z głowy. – Mruczy do niego. – Że też musieli mi teraz dorzucić kolejną sprawę. – Wzdycha, wyciągając paczkę papierosów z kieszeni. – Chcesz jednego? – Pyta, podsuwając mu papierowe pudełko. Lucas kręci delikatnie głową.
- Nie, dzięki. – Odpowiada. – Dzisiaj sobie podaruję. - Komisarz wzrusza jedynie ramionami i podpala papierosa. Zaciąga się głęboko dymem i po chwili wypuszcza z płuc gęstą mgłę.
- W takim razie mów co tam się wydarzyło i możesz wracać do domu. – Oznajmia. Lucas zamyśla się i zaczyna powoli streszczać wszystkie wydarzenia ostatnich kilku godzin, zaczynając od znalezienia błąkającej się dziewczyny, poprzez napaść na nich i porwanie Phoebe. Mężczyzna zapisuje wszystkie jego zeznania. Zadaje mu kilka dodatkowych pytań, by nieco rozszerzyć jego wypowiedź i poznać interesujące go szczegóły, które mogą mu później pomóc przy przesłuchiwaniu podejrzanych.
- Co z dziewczyną? – Pyta Lucas. – Chcecie ją też przesłuchać?
- Dzisiaj już sobie to podarujemy. Pewnie jest jeszcze w szoku. Najpierw przemaglujemy tamtych opryszków. – Oznajmia. – Niech zjawi się tutaj jutro. Jeśli oczywiście będzie w stanie. – Odpowiada. – W razie czego mogę wyznaczyć kogoś by wybrał się do jej mieszkania i zebrał najważniejsze informacje. – Dodaje. Lucas potakuje delikatnie.
- Przekażę jej. Mogę już iść? – Pyta, wstając z miejsca.
- Jasne. Nie mam więcej pytań. – Odpowiada, wracając do przeglądania dokumentów. – Hej! Tylko nie wyjeżdżaj z miasta. – Dodaje. Fletcher uśmiecha się lekko pod nosem.
- Jasne, będę o tym pamiętać. – Zapewnia i wychodzi z pomieszczenia. Przeciąga się nieco, czując jak powoli dopada go zmęczenie. Miał nadzieję, że szybko wróci dzisiaj do domu, ale wygląda na to, że jego plany zostały doszczętnie pogrzebane. Ale najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze. Mimo wszystko, czuł się odpowiedzialny za to co stało się z Phoebe. Powinien lepiej ją pilnować i nie spuszczać z niej oczu. To był głupi błąd, przez który ktoś mógł stracić życie. Gdy wrócił do miejsca, gdzie zostawił dziewczynę, ta spała spokojnie. Jej krótkie blond włosy ułożone były w nieładzie, przykrywając połowę jej twarzy. Dopiero teraz w jasnym świetle lamp, dostrzegł jak jasna jest jej skóra. Siedząc na krześle, pogrążona w śnie, wydawała się tak bardzo bezbronna i delikatna. Nie chciał jej budzić, jednak nie miał innego wyboru, musieli kogoś powiadomić, że dziewczyna znajduje się na komisariacie. Po chwili wahania położył dłoń na jej ramieniu i ostrożnie potrząsnął jej ręką, jednak ta spała jak zabita. Z cichym westchnieniem podszedł do jednego ze stanowisk, by powiadomić, że zabiera na jeden dzień służbowe auto. Budzenie dziewczyny nie miało sensu, a nie miał żadnych informacji na temat jej rodziców, więc jedyne co mu pozostało, to odwieźć ją do domu. Gdyby nie fakt, że ta spała, byłoby to zupełnie normalne. Miał tylko nadzieję, że nie wystraszy się, iż ten jakby na to nie patrzeć... Wbrew jej woli zabrał ją z posterunku.
- Och Lucas... Nieźle, naprawdę nieźle. - Mruczy do siebie i wraca do Phoebe. Bierze ją delikatnie na ręce i niesie do garażu. Ostrożnie kładzie dziewczynę na przednim siedzeniu auta. Sam zajmuje fotel kierowcy i odpala silnik. Powoli wyjeżdża z budynku i główną drogą kieruje się w stronę jej domu. Co jakiś czas zerka na nią, upewniając się, że ta nadal śpi. Dziewczyna po kilku minutach wybudza się i rozgląda dookoła. W końcu jej wzrok zatrzymuje się na Lucasie.
- Co się dzieje? – Pyta cicho. – Nie muszę jednak składać zeznać?
- Komisarz stwierdził, że dzisiaj lepiej będzie jeśli wypoczniesz. – Odpowiada. – Ale chciałby porozmawiać z Tobą jutro. – Oznajmia. – Jeśli wolisz ktoś może przyjechać do twojego mieszkania i tam przeprowadzić rozmowę. – Dodaje. Dziewczyna kręci delikatnie głową, opierając się o fotel.
- Nie trzeba… Mogę przyjść na posterunek. – Zapewnia.
- Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? - Pyta, zerkając na nią.
- Tak... Tylko jestem trochę zmęczona. - Przyznaje, otulając się szczelniej kurtką.
- Wiem, że to co się dzisiaj wydarzyło, musiało być dla ciebie… szokiem – Mówi Lucas. – To moja wina, że nie zdołałem Cię przed tym ochronić. – Wzdycha cicho.
- Przecież udało ci się mnie znaleźć i wyciągnąć stamtąd – Zauważa. – Za co bardzo Ci dziękuję. – Dodaje, zerkając na niego. – Naprawdę jestem Ci bardzo wdzięczna. – Oznajmia, uśmiechając się delikatnie.
- Nie zostawiłbym cię przecież na pastwę tych bandytów. – Mówi łagodnie, spoglądając w jej stronę. – Cieszę się, że nic ci się nie stało.
- Ja też… - Szepcze, opierając głowę o szybę. Kilka minut później zatrzymują się przed domem Phoebe.
- Trochę to zajęło, ale ostatecznie w końcu odprowadziłem cię do domu. – Mówi, uśmiechając się do niej. Dziewczyna unosi delikatnie kąciki ust.
- Na to wygląda. Dziękuję za podwiezienie i za pomoc. – Mówi.
- Nie ma za co. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. – Dodaje. Blondynka potakuje delikatnie i otwiera drzwi. Wysiada z samochodu i po pożegnaniu się z mężczyzną idzie powoli w stronę swojego mieszkania. Lucas odprowadza ją wzrokiem i gdy ma pewność, że dziewczyna jest już w domu, rusza spod budynku i powoli wraca do siebie. Wzdycha cicho, przecierając powieki. Jedyne czego teraz potrzebował to prysznic i sen. Nie wiedział, która godzina, ale miał nadzieję, że przynajmniej uda mu się przespać kilka godzin, nim ponownie będzie musiał wstać i udać się do pracy, gdzie czeka na niego masa papierkowej roboty, co bynajmniej nie uszczęśliwiało go. Gdy tylko wrócił do domu, przywitał się ze swoim psem i uszykował jej jedzenie. Usiadł na chwilę na sofie, zamykając oczy. Jednak gdy ponownie je otworzył był już ranek, który mężczyzna powitał głośnym westchnięciem i porządną porcją mocnej kawy.
Phoebe?
- Siadaj i miejmy to już z głowy. – Mruczy do niego. – Że też musieli mi teraz dorzucić kolejną sprawę. – Wzdycha, wyciągając paczkę papierosów z kieszeni. – Chcesz jednego? – Pyta, podsuwając mu papierowe pudełko. Lucas kręci delikatnie głową.
- Nie, dzięki. – Odpowiada. – Dzisiaj sobie podaruję. - Komisarz wzrusza jedynie ramionami i podpala papierosa. Zaciąga się głęboko dymem i po chwili wypuszcza z płuc gęstą mgłę.
- W takim razie mów co tam się wydarzyło i możesz wracać do domu. – Oznajmia. Lucas zamyśla się i zaczyna powoli streszczać wszystkie wydarzenia ostatnich kilku godzin, zaczynając od znalezienia błąkającej się dziewczyny, poprzez napaść na nich i porwanie Phoebe. Mężczyzna zapisuje wszystkie jego zeznania. Zadaje mu kilka dodatkowych pytań, by nieco rozszerzyć jego wypowiedź i poznać interesujące go szczegóły, które mogą mu później pomóc przy przesłuchiwaniu podejrzanych.
- Co z dziewczyną? – Pyta Lucas. – Chcecie ją też przesłuchać?
- Dzisiaj już sobie to podarujemy. Pewnie jest jeszcze w szoku. Najpierw przemaglujemy tamtych opryszków. – Oznajmia. – Niech zjawi się tutaj jutro. Jeśli oczywiście będzie w stanie. – Odpowiada. – W razie czego mogę wyznaczyć kogoś by wybrał się do jej mieszkania i zebrał najważniejsze informacje. – Dodaje. Lucas potakuje delikatnie.
- Przekażę jej. Mogę już iść? – Pyta, wstając z miejsca.
- Jasne. Nie mam więcej pytań. – Odpowiada, wracając do przeglądania dokumentów. – Hej! Tylko nie wyjeżdżaj z miasta. – Dodaje. Fletcher uśmiecha się lekko pod nosem.
- Jasne, będę o tym pamiętać. – Zapewnia i wychodzi z pomieszczenia. Przeciąga się nieco, czując jak powoli dopada go zmęczenie. Miał nadzieję, że szybko wróci dzisiaj do domu, ale wygląda na to, że jego plany zostały doszczętnie pogrzebane. Ale najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze. Mimo wszystko, czuł się odpowiedzialny za to co stało się z Phoebe. Powinien lepiej ją pilnować i nie spuszczać z niej oczu. To był głupi błąd, przez który ktoś mógł stracić życie. Gdy wrócił do miejsca, gdzie zostawił dziewczynę, ta spała spokojnie. Jej krótkie blond włosy ułożone były w nieładzie, przykrywając połowę jej twarzy. Dopiero teraz w jasnym świetle lamp, dostrzegł jak jasna jest jej skóra. Siedząc na krześle, pogrążona w śnie, wydawała się tak bardzo bezbronna i delikatna. Nie chciał jej budzić, jednak nie miał innego wyboru, musieli kogoś powiadomić, że dziewczyna znajduje się na komisariacie. Po chwili wahania położył dłoń na jej ramieniu i ostrożnie potrząsnął jej ręką, jednak ta spała jak zabita. Z cichym westchnieniem podszedł do jednego ze stanowisk, by powiadomić, że zabiera na jeden dzień służbowe auto. Budzenie dziewczyny nie miało sensu, a nie miał żadnych informacji na temat jej rodziców, więc jedyne co mu pozostało, to odwieźć ją do domu. Gdyby nie fakt, że ta spała, byłoby to zupełnie normalne. Miał tylko nadzieję, że nie wystraszy się, iż ten jakby na to nie patrzeć... Wbrew jej woli zabrał ją z posterunku.
- Och Lucas... Nieźle, naprawdę nieźle. - Mruczy do siebie i wraca do Phoebe. Bierze ją delikatnie na ręce i niesie do garażu. Ostrożnie kładzie dziewczynę na przednim siedzeniu auta. Sam zajmuje fotel kierowcy i odpala silnik. Powoli wyjeżdża z budynku i główną drogą kieruje się w stronę jej domu. Co jakiś czas zerka na nią, upewniając się, że ta nadal śpi. Dziewczyna po kilku minutach wybudza się i rozgląda dookoła. W końcu jej wzrok zatrzymuje się na Lucasie.
- Co się dzieje? – Pyta cicho. – Nie muszę jednak składać zeznać?
- Komisarz stwierdził, że dzisiaj lepiej będzie jeśli wypoczniesz. – Odpowiada. – Ale chciałby porozmawiać z Tobą jutro. – Oznajmia. – Jeśli wolisz ktoś może przyjechać do twojego mieszkania i tam przeprowadzić rozmowę. – Dodaje. Dziewczyna kręci delikatnie głową, opierając się o fotel.
- Nie trzeba… Mogę przyjść na posterunek. – Zapewnia.
- Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? - Pyta, zerkając na nią.
- Tak... Tylko jestem trochę zmęczona. - Przyznaje, otulając się szczelniej kurtką.
- Wiem, że to co się dzisiaj wydarzyło, musiało być dla ciebie… szokiem – Mówi Lucas. – To moja wina, że nie zdołałem Cię przed tym ochronić. – Wzdycha cicho.
- Przecież udało ci się mnie znaleźć i wyciągnąć stamtąd – Zauważa. – Za co bardzo Ci dziękuję. – Dodaje, zerkając na niego. – Naprawdę jestem Ci bardzo wdzięczna. – Oznajmia, uśmiechając się delikatnie.
- Nie zostawiłbym cię przecież na pastwę tych bandytów. – Mówi łagodnie, spoglądając w jej stronę. – Cieszę się, że nic ci się nie stało.
- Ja też… - Szepcze, opierając głowę o szybę. Kilka minut później zatrzymują się przed domem Phoebe.
- Trochę to zajęło, ale ostatecznie w końcu odprowadziłem cię do domu. – Mówi, uśmiechając się do niej. Dziewczyna unosi delikatnie kąciki ust.
- Na to wygląda. Dziękuję za podwiezienie i za pomoc. – Mówi.
- Nie ma za co. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. – Dodaje. Blondynka potakuje delikatnie i otwiera drzwi. Wysiada z samochodu i po pożegnaniu się z mężczyzną idzie powoli w stronę swojego mieszkania. Lucas odprowadza ją wzrokiem i gdy ma pewność, że dziewczyna jest już w domu, rusza spod budynku i powoli wraca do siebie. Wzdycha cicho, przecierając powieki. Jedyne czego teraz potrzebował to prysznic i sen. Nie wiedział, która godzina, ale miał nadzieję, że przynajmniej uda mu się przespać kilka godzin, nim ponownie będzie musiał wstać i udać się do pracy, gdzie czeka na niego masa papierkowej roboty, co bynajmniej nie uszczęśliwiało go. Gdy tylko wrócił do domu, przywitał się ze swoim psem i uszykował jej jedzenie. Usiadł na chwilę na sofie, zamykając oczy. Jednak gdy ponownie je otworzył był już ranek, który mężczyzna powitał głośnym westchnięciem i porządną porcją mocnej kawy.
Phoebe?
21.07.2019
Od Lucasa CD Annabelle
Lucas przyglądał jej się uważnie, rozważając wszystkie za i przeciw związane z jej propozycją. Musiał niechętnie przyznać, że pierwsza opcja, w której miałby zakuć ją w kajdanki, nie była zbyt rozsądnym rozwiązaniem. Mógłby narazić innych ludzi na niebezpieczeństwo. Dodatkowo nie był pewien czy w ogóle udałoby się mu ją złapać. Mogła nie wyglądać na silną, ale fakt, iż nie tak dawno temu pozbawiła życia dwóch, dość dobrze zbudowanych mężczyzn, mówił sam za siebie. Co do drugiej opcji… Sprawa związana z tajemniczymi handlarzami z opuszczonej hali za bardzo go męczyła. Nie tylko jego, ale także kapitana.
- Najpierw zadam ci jeszcze kilka pytań. – Mówi po chwili, patrząc na nią. – Co dokładnie wydarzyło się tamtego wieczoru? – Pyta. Dziewczyna unosi brew nieco zaskoczona.
- Graliśmy w karty i tamta dwójka, nie była w stanie poradzić sobie z faktem, że przegrali z kobietą. – Oznajmia. – Byli wkurzeni, zaatakowali, mnie więc musiałam się bronić. – Tłumaczy.
- Więc to oni zaczęli pierwsi? – Upewnia się.
- Dokładnie tak było. – Przyznaje, popijając trunku. – Z resztą byli tam ludzie, widzieli przecież, co tam się działo. – Zauważa.
- Jest… wiele wersji wydarzeń. Gdyby w lokalu były kamery, znacznie ułatwiłoby nam to pracę, ale niestety nie mieliśmy tyle szczęścia. – Wzdycha cicho i milknie, wpatrując się w szklane naczynie wypełnione alkoholem. – Zrobimy tak… Porozmawiam z moim kapitanem. Przedstawię mu, jak wygląda sytuacja i jakie możliwości da nam współpraca z tobą. – Dodaje.
- Skąd mam wiedzieć, że mnie nie wystawisz? – Pyta, patrząc na niego podejrzliwie.
- Bo wyglądasz mi na bystrą dziewczynę i nie sądzę, byś dała się łatwo oszukać. Zresztą nie mam pojęcia, gdzie mieszkasz i oprócz twojego imienia, nie mam żadnych dodatkowych danych. – Zauważa. – Więc jeśli chcesz pozbyć się ogona, to albo mi zaufasz, albo jeśli nadal masz szansę, to znikniesz z miasta. – Dodaje. – Więc jaka jest twoja odpowiedź? – Pyta, zerkając na nią.
- Niech będzie.
- W takim razie jak się skontaktujemy? – Pyta.
- Sama cię znajdę. – Oznajmia, dopijając do końca drinka. – Wiem już nieco o Tobie. – Mówi, puszczając mu oczko. Wstaje z miejsca i powolnym krokiem wychodzi z baru. Mężczyzna odprowadza ją wzrokiem i wzdycha cicho, popijając powoli napój.
- Świetnie… - Mruczy do siebie. Chwilę po tym, jak brunetka opuściła lokal, Lucas sam zbiera się do wyjścia i mając nadzieję, że złapie jeszcze kapitana na posterunku, udaje się w stronę przeszklonego budynku policji. Na jego szczęście, czy też nieszczęście, mężczyzna jeszcze siedział w swoim biurze, zapewne nadal męcząc się z raportami zebranymi z przesłuchań świadków. Brunet podchodzi do drzwi pokoju i puka delikatnie. Gdy tylko uzyskuje pozwolenie, wchodzi do środka.
- Streszczaj się Lucas, mam kurewsko dużo roboty. – Mruczy, nawet na niego nie patrząc. W skupieniu przegląda stosy papierów, zapisując co jakiś czas jakieś słowa w notatniku.
- Mam… Dobre i złe wieści. – Zaczyna, na co ten przestaje pisać i na chwile skupia na nim swoją uwagę.
- No to gadaj, o co chodzi. – Mówi zniecierpliwiony, gdy brunet milczy przez dłuższą chwilę.
- Znalazłem dziewczynę, a raczej… Ona mnie. – Zaczyna powoli.
- Świetnie. Zamknąłeś ją, prawda? – Pyta. – Powiedz, że zakułeś ją w kajdanki i przywlokłeś ją na komisariat. – Prosi, gdy ten nic nie mówi.
- Nie… Za to… Przestawiła mi pewną propozycję. Zanim zaczniesz mówić, przynajmniej mnie wysłuchaj, bo myślę, że dobrze na tym wyjdziemy. – Mówi szybko, nie dając mu możliwości dojścia do słowa. – Dziewczyna ma informacje na temat tych handlarzy, których spotkałem w opuszczonej hali. Powiedziała, że pomoże nam, jeśli zawiesimy poszukiwania jej osoby. – Oznajmia.
- Chyba sobie żartujesz. – Prycha, odsuwając się na krześle. – Nie będę do cholery współpracować z cholerną morderczynią. – Warczy, wytrącony z równowagi. – Zabiła dwóch ludzi! – Wrzeszczy.
- Działa w samoobronie. – Mówi podniesionym głosem. – Przecież masz tam zeznania niektórych świadków, którzy potwierdzają jej wersję wydarzeń.
- To nie upoważniało jej do rozerwania im tętnicy. – Zauważa.
- James. Mamy szansę dopaść groźnych przestępców. Co jest ważniejsze teraz? Przymknięcie szajki handlarzy działających prawdopodobnie na skalę całego miasta, jak nie dalej, czy jednej kobiety, która, okay, zamordowała ludzi, ale zrobiła to tylko dlatego, że zaatakowali ją pierwsi. – Mówi. – Z resztą, gdy przestanie być nam potrzebna, zawsze możemy ją zamknąć. – Kapitan przygląda mu się uważnie w ciszy.
- Zdajesz sobie sprawę, co nas czeka, jeśli ta kobieta nas wykiwa? – Pyta. – Będziemy skończeni. To położy się cieniem na całej naszej organizacji. – Mruczy, patrząc na niego poważnie.
- Wiem, jakie mogą być tego konsekwencje. – Zapewnia. – Wezmę wszystko na siebie. Będę ją obserwować. I jeśli będę podejrzewać, że nas oszukuje, zajmę się nią. – Obiecuję. – Daj mi szansę to wszystko naprawić. – Prosi. Harris wzdycha głośno, przeczesując włosy dłonią. Milczy przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad słowami policjanta. Stawką jest mimo wszystko reputacja całego Sopp.
- Jeśli spartolisz tę akcję… Przyrzekam, że nie będę miał zahamowań, żeby cię wyrzucić. – Oznajmia poważnie. – Jesteś teraz odpowiedzialny za to przedsięwzięcie. Chcę mieć raport z każdego spotkania z tą kobietą i osobiście masz mi meldować, kiedy i gdzie się z nią widziałeś. – Dodaje. – Nie możemy sobie pozwolić na niepowodzenie. – Mówi poważnie. – Domyślam się, że nie chce działać za darmo. - Mówi po chwili, patrząc na bruneta.
- A no nie chce. - Przyznaje. Harris wzdycha cicho, odchylając się na krześle.
- Najpierw zadam ci jeszcze kilka pytań. – Mówi po chwili, patrząc na nią. – Co dokładnie wydarzyło się tamtego wieczoru? – Pyta. Dziewczyna unosi brew nieco zaskoczona.
- Graliśmy w karty i tamta dwójka, nie była w stanie poradzić sobie z faktem, że przegrali z kobietą. – Oznajmia. – Byli wkurzeni, zaatakowali, mnie więc musiałam się bronić. – Tłumaczy.
- Więc to oni zaczęli pierwsi? – Upewnia się.
- Dokładnie tak było. – Przyznaje, popijając trunku. – Z resztą byli tam ludzie, widzieli przecież, co tam się działo. – Zauważa.
- Jest… wiele wersji wydarzeń. Gdyby w lokalu były kamery, znacznie ułatwiłoby nam to pracę, ale niestety nie mieliśmy tyle szczęścia. – Wzdycha cicho i milknie, wpatrując się w szklane naczynie wypełnione alkoholem. – Zrobimy tak… Porozmawiam z moim kapitanem. Przedstawię mu, jak wygląda sytuacja i jakie możliwości da nam współpraca z tobą. – Dodaje.
- Skąd mam wiedzieć, że mnie nie wystawisz? – Pyta, patrząc na niego podejrzliwie.
- Bo wyglądasz mi na bystrą dziewczynę i nie sądzę, byś dała się łatwo oszukać. Zresztą nie mam pojęcia, gdzie mieszkasz i oprócz twojego imienia, nie mam żadnych dodatkowych danych. – Zauważa. – Więc jeśli chcesz pozbyć się ogona, to albo mi zaufasz, albo jeśli nadal masz szansę, to znikniesz z miasta. – Dodaje. – Więc jaka jest twoja odpowiedź? – Pyta, zerkając na nią.
- Niech będzie.
- W takim razie jak się skontaktujemy? – Pyta.
- Sama cię znajdę. – Oznajmia, dopijając do końca drinka. – Wiem już nieco o Tobie. – Mówi, puszczając mu oczko. Wstaje z miejsca i powolnym krokiem wychodzi z baru. Mężczyzna odprowadza ją wzrokiem i wzdycha cicho, popijając powoli napój.
- Świetnie… - Mruczy do siebie. Chwilę po tym, jak brunetka opuściła lokal, Lucas sam zbiera się do wyjścia i mając nadzieję, że złapie jeszcze kapitana na posterunku, udaje się w stronę przeszklonego budynku policji. Na jego szczęście, czy też nieszczęście, mężczyzna jeszcze siedział w swoim biurze, zapewne nadal męcząc się z raportami zebranymi z przesłuchań świadków. Brunet podchodzi do drzwi pokoju i puka delikatnie. Gdy tylko uzyskuje pozwolenie, wchodzi do środka.
- Streszczaj się Lucas, mam kurewsko dużo roboty. – Mruczy, nawet na niego nie patrząc. W skupieniu przegląda stosy papierów, zapisując co jakiś czas jakieś słowa w notatniku.
- Mam… Dobre i złe wieści. – Zaczyna, na co ten przestaje pisać i na chwile skupia na nim swoją uwagę.
- No to gadaj, o co chodzi. – Mówi zniecierpliwiony, gdy brunet milczy przez dłuższą chwilę.
- Znalazłem dziewczynę, a raczej… Ona mnie. – Zaczyna powoli.
- Świetnie. Zamknąłeś ją, prawda? – Pyta. – Powiedz, że zakułeś ją w kajdanki i przywlokłeś ją na komisariat. – Prosi, gdy ten nic nie mówi.
- Nie… Za to… Przestawiła mi pewną propozycję. Zanim zaczniesz mówić, przynajmniej mnie wysłuchaj, bo myślę, że dobrze na tym wyjdziemy. – Mówi szybko, nie dając mu możliwości dojścia do słowa. – Dziewczyna ma informacje na temat tych handlarzy, których spotkałem w opuszczonej hali. Powiedziała, że pomoże nam, jeśli zawiesimy poszukiwania jej osoby. – Oznajmia.
- Chyba sobie żartujesz. – Prycha, odsuwając się na krześle. – Nie będę do cholery współpracować z cholerną morderczynią. – Warczy, wytrącony z równowagi. – Zabiła dwóch ludzi! – Wrzeszczy.
- Działa w samoobronie. – Mówi podniesionym głosem. – Przecież masz tam zeznania niektórych świadków, którzy potwierdzają jej wersję wydarzeń.
- To nie upoważniało jej do rozerwania im tętnicy. – Zauważa.
- James. Mamy szansę dopaść groźnych przestępców. Co jest ważniejsze teraz? Przymknięcie szajki handlarzy działających prawdopodobnie na skalę całego miasta, jak nie dalej, czy jednej kobiety, która, okay, zamordowała ludzi, ale zrobiła to tylko dlatego, że zaatakowali ją pierwsi. – Mówi. – Z resztą, gdy przestanie być nam potrzebna, zawsze możemy ją zamknąć. – Kapitan przygląda mu się uważnie w ciszy.
- Zdajesz sobie sprawę, co nas czeka, jeśli ta kobieta nas wykiwa? – Pyta. – Będziemy skończeni. To położy się cieniem na całej naszej organizacji. – Mruczy, patrząc na niego poważnie.
- Wiem, jakie mogą być tego konsekwencje. – Zapewnia. – Wezmę wszystko na siebie. Będę ją obserwować. I jeśli będę podejrzewać, że nas oszukuje, zajmę się nią. – Obiecuję. – Daj mi szansę to wszystko naprawić. – Prosi. Harris wzdycha głośno, przeczesując włosy dłonią. Milczy przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad słowami policjanta. Stawką jest mimo wszystko reputacja całego Sopp.
- Jeśli spartolisz tę akcję… Przyrzekam, że nie będę miał zahamowań, żeby cię wyrzucić. – Oznajmia poważnie. – Jesteś teraz odpowiedzialny za to przedsięwzięcie. Chcę mieć raport z każdego spotkania z tą kobietą i osobiście masz mi meldować, kiedy i gdzie się z nią widziałeś. – Dodaje. – Nie możemy sobie pozwolić na niepowodzenie. – Mówi poważnie. – Domyślam się, że nie chce działać za darmo. - Mówi po chwili, patrząc na bruneta.
- A no nie chce. - Przyznaje. Harris wzdycha cicho, odchylając się na krześle.
- Niech powie, ile chce, a ja zastanowię się nad jej... wynagrodzeniem. A teraz znikaj mi z oczu. Już mam dosyć tej cholernej sprawy. – Wzdycha, pocierając skronie. Lucas posłusznie opuszcza biuro szefa i powoli człapie w stronę wyjścia. Dochodziła już prawie północ i jedynym, o czym teraz marzył był tylko sen. Skierował swoje kroki w stronę parkingu i z ulgą wsiadł na swój motor. Założył kask i włączył silnik. Ruszył z piskiem opon sprzed budynku i już kilka minut później wjeżdżał na chronione osiedle, na którym miał przyjemność mieszkać. Zaparkował pojazd i ziewając cicho, wdrapał się na czwarte piętro. Otworzył drzwi od mieszkania i po cichu wszedł do środka, nie chcąc budzić Luny. Pies spał spokojnie na swoim ulubionym miejscu, otoczony poduszkami. Na widok suczki, twarz mężczyzny od razu rozjaśnił uśmiech. Nawet gdy wszystko się chrzaniło, jego pupil był w stanie przywrócić mu nieco optymizmu. Po chwili w pomieszczeniu dało się słyszeć głośne burczenie, dochodzące z brzucha policjanta. Lucas leniwym krokiem przeszedł do kuchni i odgrzał sobie wczorajszy obiad. Szybko zaspokoił głód i nie mając już nawet sił wziąć prysznic, udał się od razu do sypialni, gdzie w ubraniach, rzucił się na łóżko i niemalże od razu zapadł w głęboki sen,z którego obudził go denerwujący o tak wczesnej porze, dźwięk budzika. Z niezadowoleniem zwlekł się z łóżka, by jak co dzień razem z Luną udać się na poranny bieg wokół parku. Po powrocie do domu wziął długi, orzeźwiający prysznic i po przebraniu się w czyste ubrania i zjedzeniu pożywnego śniadania, wyszedł z mieszkania. Pogoda tego dnia była przepiękna. Wreszcie można było poczuć wiosnę. Dlatego też zdecydował się dostać do pracy na piechotę. Miał to szczęście, że komisariat, znajdował się niecałe trzydzieści minut od jego osiedla. Mężczyzna przekroczył bramę i gdy tylko znalazł się na chodniku, jego uwagę przykuła wysoka brunetka, stojąca kilka metrów dalej. Od razu rozpoznał Annabell. Jej widok wprawił w osłupienie Lucasa. Nie spodziewał się jej tutaj. Teraz jednak był pewny, że kobieta nie żartowała. Wiedziała, gdzie mieszka, a to wystarczyło, by wywołać w nim niepokój. Po chwili wahania podszedł do niej. Jednak uczucie zagrożenia nadal go nie opuszczało, nawet gdy dziewczyna przywitała się z nim, uśmiechając się przyjaźnie.
Annabell?
Annabell?
Od Lucasa CD Harriet
Ostatni dwa tygodnie pamiętał jak przez mgłę. Wiedział, że przeżył. Gdyby było inaczej, nie czułby tego przejmującego bólu, który ogarniał całe jego ciało. Na nowo budził się i tracił przytomność, pogrążając się w zupełnej ciemności. Wydawało mu się, że słyszał jakieś głosy, ale równie dobrze mogła być to jego wyobraźnia. Gdy po raz pierwszy odzyskał świadomość, zobaczył siedzących obok niego rodziców oraz młodszą siostrę. Cała trójka spała spokojnie na niezbyt wygodnych krzesłach szpitalnych. Musieli potwornie się martwić. Wolał, żeby nikt nie informował ich o stanie, w jakim się znajdował. Oszczędziłoby to im wiele kłopotów. I tak już mieli dużo na głowie. Nie chciał przysparzać im kolejnych trosk. Jego powieki znowu zaczęły mu ciążyć. Mimo iż spał prawie dwa tygodnie, nadal czuł się wykończony. Odpłynął w błogą niepamięć, zanim, którekolwiek zdążyło się obudzić. Tym razem z ciemności wyłonił się obraz. Przed jego oczami pojawiła się sylwetka jasnowłosej kobiety. Nie musiał widzieć twarzy, by wiedzieć kto przed nim stoi. Harriet powoli odwróciła się w jego stronę. Uśmiechała się do niego nieznacznie. Chciał podejść i przeprosić. Przeprosić za to, że nie był w stanie jej ochronić. Jednak zanim udało mi się zrobić chociaż jeden krok, dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając go zupełnie samego.
Gdy obudził się następnego ranka zarówno jego siostra, jak i mama zaczęły płakać głośno, ściskając go delikatnie. Nadal był nieco zamroczony, a gdy obie zaczęły mówić jedna przez drugą, tym bardziej nie był w stanie się skoncentrować.
- Myślę, że powinniście obie się uspokoić i dać mu odpocząć. – Odezwał się w końcu ojciec, który wydawał się jako taki spokojny.
- Przepraszam cię słońce, ale tak się cieszymy, że w końcu się obudziłeś. – Mówi jego żona, odsuwając się od Lucasa. Podciąga cicho nosem, gładząc rękę syna. – Tak potwornie się martwiliśmy. To, co się stało… To było potworne. – Szepcze, ocierając łzy z policzków.
- Już… dobrze mamo. – Chrypie, patrząc na kobietę. – Nic mi nie jest. – Zapewnia cicho.
- Nic ci nie jest!? Byłeś nieprzytomny przez dwa tygodnie. – Oznajmia. – To nie jest nic. Ten twój szef powinien się wstydzić, żeby na takie niebezpieczne akcje wysyłać tylko dwie osoby. To jakaś kpina. – Prycha zdenerwowana. – Gdybym tylko mogła z nim porozmawiać, przemówiłabym mu do rozsądku. – Oznajmia. Lucas uśmiecha się delikatnie, słysząc jej słowa. Mama nie należała do porywczych osób, ale jeśli chodziło o rodzinę, zawsze potrafiła bronić jej członków jak lwica.
- Nie denerwuj się mamo. – Prosi łagodnie. – Nikt nie wiedział, że… tak to się skończy. – Szepcze. Kobieta zerka na niego i wzdycha cicho.
- I tak jestem wściekła. To było naprawdę nieodpowiedzialne z jego strony. Ale najważniejsze, że żyjesz. – Mówi cicho, całując jego czoło. – Trzeba zawołać lekarza, powinien cię zbadać. – Oznajmia i wychodzi na chwilę, by wezwać mężczyznę, który się nim zajmuje. Alice cały czas tuli się do brata, łkając cicho.
- Nie płacz… Przecież tu jestem. – Mruczy cicho, z trudem unosząc dłoń i kładąc ją na jej ramieniu.
- Tak się bałam… - Płacze dziewczynka, wtulając się w niego. – Myślałam, że się już nie obudzisz.
- Przecież nie zostawiłbym cię. – Szepcze. Po chwili do sali wchodzi wysoki brunet w białym kitlu. Po jego twarzy można wyczytać, że nie spał już od dobrych dwóch dni. Bada dokładnie mężczyznę, sprawdza wszystkie pomiary na maszynach, do których jest podłączony i po wyjaśnieniu kilku kwestii, dotyczących dalszego leczenia Lucasa, zostawia ich samych.Tak jak się domyślał trochę potrwa zanim będzie mógł stanąć na nogach. Miał połamane kości dłoni, ramienia, żebra, uraz kolana i oparzenia trzeciego stopnia na ręce i torsie. Nigdy wcześniej nie nabawił się takich ran. Ledwo uszedł z życiem. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Szkoda, że tylko on miał tyle szczęścia. Mimowolnie zaczął rozmyślać na temat zmarłej dziewczyny. Zastanawiał się, czy miała jakąś rodzinę. Czy ktoś właśnie teraz ją opłakuje. Nie znali się długo, ale bardzo polubił Harriet. Musiał na długo odpłynąć myślami, gdyż dopiero po chwili zorientował się, że jego mama coś do niego mówi.
- Przepraszam... Nie słuchałem. Jestem trochę zmęczony. - Przyznaje, patrząc na nią przepraszająco.
- Nie masz za co przepraszać słońce. - Mówi, gładząc jego policzek. - Prześpij się, my tu zostaniemy.
- Nie musicie tutaj ze mną być. Już wystarczająco długo tu siedzieliście. – Mówi do całej trójki. – Wam tym bardziej przyda się sen. - Dodaje. - Nie macie się o co martwić. W końcu… Jestem w dobrych rękach. – Zauważa.
- Ale… - Zaczyna kobieta.
- Poradzę sobie mamo. Idźcie się przespać. – Prosi mężczyzna, patrząc na nią z lekkim uśmiechem.
- No dobrze. – Wzdycha cicho. – Ale przyjdziemy z samego rana. – Zapewnia od razu.
- Dobrze… Będę czekać. – Mówi. Kobieta podchodzi do niego i tuli delikatnie.
- Odpoczywaj słońce. – Mruczy i razem z pozostałymi wychodzą z sali. Mężczyzna odprowadza ich wzrokiem i wzdycha cicho, przymykając powieki. Mimo iż rozmowa z rodziną nie trwała długo, był wykończony. Gdy tylko zamykał oczy, nadal przed oczami miał martwe ciało Harriet. Nikt jeszcze nie kontaktował się z nim w sprawie całego zajścia. Nie wiedział kto ostatecznie był za to odpowiedzialny i czy złapali tych ludzi. Wiedział tylko, że śmierć poniosła jedna osoba, a on nie może nic z tym zrobić. Sen nadszedł szybko i zanim się zorientował, nastał wieczór. Powoli otworzył oczy i ku jego zdziwieniu ktoś stał przy oknie. Trochę potrwało, zanim jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Postać odwróciła się powoli w jego stronę.
- Obudziłeś się. – Usłyszał kobiecy głos. Otworzył szerzej oczy, doskonale wiedząc, do kogo należy.
- Harriet? – Chrypie, starając się podnieść. Jednak od razu opada na poduszki z cichym jękiem.
- Nie podnoś się. – Mówi jasnowłosa, podchodząc bliżej.
- Ale… Przecież widziałem, jak leżałaś martwa… Powiedzieli, że nie żyjesz. – Zauważa, patrząc na nią w szoku. – To sen, prawda? Albo może jednak umarłem. – Mówi skołowany.
- Żyjesz i to nie jest sen. – Przyznaje dziewczyna.
- Więc… Jak to możliwe? – Pyta, patrząc na nią wyczekująco.
Harriet?
19.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Ból ogarniał całe jego ciało. Nawet gdyby chciał, nie był w stanie się ruszyć. Kości w nogach zostały pogruchotane przez jednego z mężczyzn, podobnie z resztą jak te w dłoniach. Nie miał złudzeń, że wyjdzie z tego bez szwanku. Jednak to nie jego los martwił go najbardziej w tej chwili, a jego towarzyszki. Krzyki kobiety roznosiły się po pomieszczeniu, wdzierając się do uszu policjanta, sprawiając mu dodatkowe cierpienia, gdyż nie mógł jej w żaden sposób pomóc.
Gdy mężczyźni w końcu opuścili pomieszczenie poczuł ulgę. Mieli czas, aby móc chodź trochę wytchnąć, może wymyślić jakiś plan. Jednak w głębi duszy był świadom, że w takim stanie mogą liczyć tylko na pomoc Sopp, która jak miał nadzieję, nadejdzie szybko.
- Harriet… - Chrypie, powoli odwracając wzrok w stronę jasnowłosej. Jednak odpowiedź nie nadchodzi. Ponawia próby jeszcze kilka razy, bez skutku. Kobieta leży na ziemi wraz z przewróconym krzesłem. Tylko tyle może dostrzec. Jego głowa staje się coraz cięższa, a utrzymanie przytomności z każdą minutą przynosi mu większą trudność. Ostatni raz powtarza jej imię, zanim odpływa w błogą niepamięć. Nie wiedział ile trwało, zanim wrócili. Jednak pierwsze co poczuł to przeszywający ból i ten potworny swąd palonego mięsa. Obudził się z przeraźliwym krzykiem, gdy jeden z mężczyzn zaczął palnikiem przypalać jego skórę na ramieniu.
- Może wyjaśnisz nam… chłoptasiu… - Zaczyna blondyn, stojący naprzeciwko niego. – Co to takiego? – Pyta, podchodząc do niego bliżej. Drugi z nich odsuwa się na chwilę, zabierając ze sobą palnik. Brunet oddycha z ulgą, na tyle głęboko na ile pozwalają mu złamane żebra. Lucas dopiero po chwili dostrzega, że ten trzyma coś w dłoni. A dokładniej urządzenie szpiegujące.
- Nic… - Chrypie Lucas, patrząc na niego wyzywająco. Blondyn cmoka niezadowolony i uderza go mocno w twarz.
- Radzę ci się zastanowić nad odpowiedzią. – Mruczy, patrząc na niego wyczekująco. Jednak Brunet wytrwale milczy.
- A mogłeś tego uniknąć. – Wzdycha z udawanym żalem i odbiera od swojego towarzysza palnik. Podwija koszulę policjanta i przystawia płomień do nagiej skóry mężczyzny. Pomieszczenie ponownie wypełniają krzyki Lucasa. Mężczyzna traci przytomność z wycieńczenia i bólu. Jednak jego dręczyciele, nie dają mu możliwości odpoczynku. Lodowaty strumień wody natychmiast przywraca mu świadomość, jednocześnie łagodząc nieco oparzenia na ciele.
- Gadaj co to jest. – Warczy zniecierpliwiony blondyn, powoli przysuwając narzędzie do skóry policjanta.
- Urządzenie… szpiegowskie. – Chrypie w końcu, nie mogąc już więcej znieść bólu. Mężczyzna zatrzymuje się w pół ruchu i patrzy uważnie na niego.
- Dla kogo pracujecie?
- Dla… nikogo. – Odpowiada z trudem. – To… Nasze prywatne… dochodzenie… - Kłamie.
- O czym ty mówisz? – Pyta poirytowany.
- My… Chcieliśmy tylko znaleźć… znajomego… - Chrypie, patrząc mętnym wzrokiem na mężczyznę.
- Bzdura. – Warczy blondyn, uderzając go mocno. – Łżesz jak pies, żeby tylko ochronić swojego szefa i tą godną pożałowania zgraje psów. – Oznajmia, uderzając go jeszcze raz. A więc wiedzieli kim są. Pomyślał Lucas. Wszystko poszło nie tak jak powinno. – Posłuchaj mnie człowieku, ułatwię ci sprawę. Powiedz tylko, że to Corleone was przysłał i będzie po sprawie. – Zapewnia z udawaną łagodnością w głosie. Fletcher spojrzał na niego zdziwiony, nie mając pojęcia o czym mówi mężczyzna. I najwidoczniej blondyn musiał zobaczyć w jego oczach prawdziwe zaskoczenie, gdyż odsunął się nieco od niego.
- Nie znam nikogo takiego. – Oznajmia po chwili, gdy był już w stanie wykrztusić z siebie słowa.
- Więc kim jesteście? – Pyta mężczyzna.
- Już… Już mówiłem… Tylko szukaliśmy… - Nie zdążył dokończyć, gdy nagle drzwi otwarły się gwałtownie, a chwilę potem padły pierwsze strzały, uśmiercając jednocześnie dwójkę dręczycieli. Do środka weszli funkcjonariusze Sopp. Jeden z nich natychmiast podbiegł do Lucasa. Rozpoznał w nim wysokiego rudzielca, z którym często przychodziło mu pracować.
- Lucas, trzymaj się. – Mruczy, odwiązując jego dłonie i nogi.
- Dzie… Dziewczyna. – Chrypie ledwo dosłyszalnie. Mężczyzna zerka na niego nie rozumiejąc, jego słów. Fletcher powtarza, tym razem głośniej. Najwyraźniej musiało to dotrzeć do uszu jego kolegi, gdyż powędrował wzrokiem do ciała kobiety. Podszedł do niej i klęknął obok. Starał się ją ocucić jednak bez skutku. Zmierzył jej puls i przez chwilę zdawał się zastygnąć w bez ruchu, która dla Lucasa wydawała się wiecznością. Przeczuwał, że coś jest nie tak.
- Flinn… Co z nią? – Pyta, z trudem odwracając głowę w jego stronę. Mężczyzna zerka na niego i podnosi się ziemi.
- Przykro mi Lucas… Ale ona… Nie czuję pulsu. – Oznajmia po chwili. Fletcher spojrzał na niego z niedowierzaniem. Poczuł się jakby dostał obuchem w głowę. Nie znał jej może najlepiej, ale była jego współpracowniczką. Czuł się za nią odpowiedzialny. Fakt iż nie żyje, sprawiła, że przez chwilę zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością.
– Hej! – Z odrętwienia wyrwał go wrzask znajomego. - Skup się teraz na sobie. Trzeba cię stąd zabrać i to natychmiast. – Mówi poważnie. – Dasz radę iść? – Pyta. Lucas jedynie kręci głową, nie będąc w stanie nic więcej wydusić.
Nie pamiętał jak trafił do karetki, albo chociażby jak wydostał się z zimnych i zatęchłych lochów, ale ostatnie co pamiętał, zanim ponownie stracił przytomność, to ciało Harriet. Leżące obok niego i pozbawione życia.
Gdy mężczyźni w końcu opuścili pomieszczenie poczuł ulgę. Mieli czas, aby móc chodź trochę wytchnąć, może wymyślić jakiś plan. Jednak w głębi duszy był świadom, że w takim stanie mogą liczyć tylko na pomoc Sopp, która jak miał nadzieję, nadejdzie szybko.
- Harriet… - Chrypie, powoli odwracając wzrok w stronę jasnowłosej. Jednak odpowiedź nie nadchodzi. Ponawia próby jeszcze kilka razy, bez skutku. Kobieta leży na ziemi wraz z przewróconym krzesłem. Tylko tyle może dostrzec. Jego głowa staje się coraz cięższa, a utrzymanie przytomności z każdą minutą przynosi mu większą trudność. Ostatni raz powtarza jej imię, zanim odpływa w błogą niepamięć. Nie wiedział ile trwało, zanim wrócili. Jednak pierwsze co poczuł to przeszywający ból i ten potworny swąd palonego mięsa. Obudził się z przeraźliwym krzykiem, gdy jeden z mężczyzn zaczął palnikiem przypalać jego skórę na ramieniu.
- Może wyjaśnisz nam… chłoptasiu… - Zaczyna blondyn, stojący naprzeciwko niego. – Co to takiego? – Pyta, podchodząc do niego bliżej. Drugi z nich odsuwa się na chwilę, zabierając ze sobą palnik. Brunet oddycha z ulgą, na tyle głęboko na ile pozwalają mu złamane żebra. Lucas dopiero po chwili dostrzega, że ten trzyma coś w dłoni. A dokładniej urządzenie szpiegujące.
- Nic… - Chrypie Lucas, patrząc na niego wyzywająco. Blondyn cmoka niezadowolony i uderza go mocno w twarz.
- Radzę ci się zastanowić nad odpowiedzią. – Mruczy, patrząc na niego wyczekująco. Jednak Brunet wytrwale milczy.
- A mogłeś tego uniknąć. – Wzdycha z udawanym żalem i odbiera od swojego towarzysza palnik. Podwija koszulę policjanta i przystawia płomień do nagiej skóry mężczyzny. Pomieszczenie ponownie wypełniają krzyki Lucasa. Mężczyzna traci przytomność z wycieńczenia i bólu. Jednak jego dręczyciele, nie dają mu możliwości odpoczynku. Lodowaty strumień wody natychmiast przywraca mu świadomość, jednocześnie łagodząc nieco oparzenia na ciele.
- Gadaj co to jest. – Warczy zniecierpliwiony blondyn, powoli przysuwając narzędzie do skóry policjanta.
- Urządzenie… szpiegowskie. – Chrypie w końcu, nie mogąc już więcej znieść bólu. Mężczyzna zatrzymuje się w pół ruchu i patrzy uważnie na niego.
- Dla kogo pracujecie?
- Dla… nikogo. – Odpowiada z trudem. – To… Nasze prywatne… dochodzenie… - Kłamie.
- O czym ty mówisz? – Pyta poirytowany.
- My… Chcieliśmy tylko znaleźć… znajomego… - Chrypie, patrząc mętnym wzrokiem na mężczyznę.
- Bzdura. – Warczy blondyn, uderzając go mocno. – Łżesz jak pies, żeby tylko ochronić swojego szefa i tą godną pożałowania zgraje psów. – Oznajmia, uderzając go jeszcze raz. A więc wiedzieli kim są. Pomyślał Lucas. Wszystko poszło nie tak jak powinno. – Posłuchaj mnie człowieku, ułatwię ci sprawę. Powiedz tylko, że to Corleone was przysłał i będzie po sprawie. – Zapewnia z udawaną łagodnością w głosie. Fletcher spojrzał na niego zdziwiony, nie mając pojęcia o czym mówi mężczyzna. I najwidoczniej blondyn musiał zobaczyć w jego oczach prawdziwe zaskoczenie, gdyż odsunął się nieco od niego.
- Nie znam nikogo takiego. – Oznajmia po chwili, gdy był już w stanie wykrztusić z siebie słowa.
- Więc kim jesteście? – Pyta mężczyzna.
- Już… Już mówiłem… Tylko szukaliśmy… - Nie zdążył dokończyć, gdy nagle drzwi otwarły się gwałtownie, a chwilę potem padły pierwsze strzały, uśmiercając jednocześnie dwójkę dręczycieli. Do środka weszli funkcjonariusze Sopp. Jeden z nich natychmiast podbiegł do Lucasa. Rozpoznał w nim wysokiego rudzielca, z którym często przychodziło mu pracować.
- Lucas, trzymaj się. – Mruczy, odwiązując jego dłonie i nogi.
- Dzie… Dziewczyna. – Chrypie ledwo dosłyszalnie. Mężczyzna zerka na niego nie rozumiejąc, jego słów. Fletcher powtarza, tym razem głośniej. Najwyraźniej musiało to dotrzeć do uszu jego kolegi, gdyż powędrował wzrokiem do ciała kobiety. Podszedł do niej i klęknął obok. Starał się ją ocucić jednak bez skutku. Zmierzył jej puls i przez chwilę zdawał się zastygnąć w bez ruchu, która dla Lucasa wydawała się wiecznością. Przeczuwał, że coś jest nie tak.
- Flinn… Co z nią? – Pyta, z trudem odwracając głowę w jego stronę. Mężczyzna zerka na niego i podnosi się ziemi.
- Przykro mi Lucas… Ale ona… Nie czuję pulsu. – Oznajmia po chwili. Fletcher spojrzał na niego z niedowierzaniem. Poczuł się jakby dostał obuchem w głowę. Nie znał jej może najlepiej, ale była jego współpracowniczką. Czuł się za nią odpowiedzialny. Fakt iż nie żyje, sprawiła, że przez chwilę zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością.
– Hej! – Z odrętwienia wyrwał go wrzask znajomego. - Skup się teraz na sobie. Trzeba cię stąd zabrać i to natychmiast. – Mówi poważnie. – Dasz radę iść? – Pyta. Lucas jedynie kręci głową, nie będąc w stanie nic więcej wydusić.
Nie pamiętał jak trafił do karetki, albo chociażby jak wydostał się z zimnych i zatęchłych lochów, ale ostatnie co pamiętał, zanim ponownie stracił przytomność, to ciało Harriet. Leżące obok niego i pozbawione życia.
Harriet?
17.07.2019
Od Lucasa CD Anabelle
Z pewnością nie tak wyobrażał sobie zakończenia pościgu za tajemniczą brunetką. I przez myśl mu nie przyszło, że to właśnie on będzie się krył za jednym z urządzeń, umieszczonych w hali. Kobieta przepadła jak kamień w wodę. Jednak sprawę jej złapania musiał zostawić na później, teraz miał zdecydowanie większy problem. W ostatniej chwili udało mu się dobiec do pierwszej lepszej maszynerii, która mogła stać się jego osłoną. Siedział na podłodze, trzymając za pysk swojego psiego kompana, modląc się w duchu, by ich nie zauważyli, żeby tylko tutaj nie podeszli. W pojedynkę nie ma najmniejszych szans z piątką tajemniczych mężczyzn. Nie był też w stanie ocenić, czy są to ludzie, czy może istoty zdecydowanie silniejsze. W każdym razie nie chciał się o tym dowiadywać w czasie ewentualnej walki. Czekał więc na rozwój wydarzeń, gorączkowo, szukając jakiejś drogi ucieczki. Chcąc nie chcąc, zaczął przysłuchiwać się także rozmowie toczonej między obecnymi na hali.
- Umawialiśmy się, na podwójną zapłatę, ze względu na trudności w trakcie drogi. A to do kurwy nędzy, nie jest nawet całość początkowej sumy. – Warczy jeden z nich. W jego głosie słychać wyraźne wzburzenie i niezadowolenie. Widać ich rozmowa zmierza w dość niebezpiecznym kierunku, co bynajmniej nie ucieszyło Lucasa.
- Owszem. Jednak to ty od samego początku nie dotrzymałeś swojej części umowy. – Oznajmia chłodno. – W wozie jest piętnaście skrzyń, a miało być szesnaście. – Zauważa, jak zdawało się policjantowi, dość spokojnym tonem.
- Już ci mówiłem człowieku, że mieliśmy utrudnienia! – Woła. – Musieliśmy zwiewać, jeśli nie chcieliśmy, żeby wszystko przepadło. – Mówi wściekły. Zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
-Co nie zmienia faktu, że towar nie dojechał w całości na miejsce. – Odpowiada powoli. – Albo zadowolisz się, rym co masz, albo zarobisz kulkę w łeb Henry. – Oznajmia poważnie, a po chwili słychać także dźwięk przeładowanej broni. Pies zaczyna poruszać się niespokojnie, wyczuwając narastające zagrożenie. Lucas stara się go uspokoić, gładząc go po łbie wolną ręką. Jeszcze tego mu brakowało, żeby zaczął szczekać. Słychać jak mężczyzna przeklina głośno, a dźwięk kroków, każe sądzić, że ostatecznie tajemniczy Henry przystał na warunki jego rozmówcy. Jednak w budynku nadal pozostało kilka osób, a Lucas nie miał pojęcia, kiedy w końcu stąd wyjdą. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, gdy mężczyźni rozmawiali ze sobą przez chwilę przyciszonym głosem. Policjantowi udało się usłyszeć jedynie kilka słów, z których wynikało, że nie mają zamiaru tak po prostu puścić ich, jak się domyślał dilera. W końcu, przy towarzyszącym temu westchnieniu ulgi Lucasa, mężczyźni opuścili halę, pozostawiając go może i bez schwytanej uciekinierki, ale za to z informacjami, które zdecydowanie przydadzą się policji. Odczekał jeszcze chwilę, nim podniósł się z miejsca. Powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Uchylił ostrożnie drzwi i rozejrzał się dookoła. Na jego szczęście nikogo tam nie było. Wyszedł więc z opuszczonego budynku i czym prędzej powiadomił o całym zajściu jego towarzyszy, czekających na jego powrót w barze.
Oczywiście jak mógł się z resztą domyślić, kapitan nie był zadowolony z jego raportu. Na szczęście informacje na temat tajemniczego spotkania, w którym najprawdopodobniej doszło do wymiany towaru, nieco go udobruchały, jednocześnie sprawiając, że Lucas mógł uniknąć, chociaż częściowo gniewu szefa. Przynajmniej jak na razie. Nadal pozostawała sprawa wysokiej brunetki, która zniknęła policjantowi z oczu. Harris nie miał zamiaru odpuszczać. W końcu chodziło o morderstwo. Ostatecznie sprawy zabójstwa nie prowadził Lucas, jednak to jemu przypadło w zadaniu znalezienie tajemniczej dziewczyny. Przez resztę nocy i kilka następnych dni mężczyzna starał się znaleźć jakiekolwiek poszlaki. Jakikolwiek punkt zaczepienia w zeznaniach świadków. Jedyne czego się dowiedział to fakt, iż kobieta często przychodziła do tamtego baru. Poza tym nie więcej, co niezwykle go irytowało. Zdawał sobie sprawę, że to jego wina, iż dziewczyna zdołała uciec, a na razie nic nie wskazywało na to, by udało im się ją odszukać.
Późnym wieczorem opuścił w końcu komisariat i po chwili namysłu, udał się do znajdującego się całkiem niedaleko pubu. Wyjątkowo tego dnia potrzebował napić się trochę alkoholu. Przeszedł ulicą na drugą stronę i już po chwili stanął przed drzwiami budynku. Wszedł do środka, oświetlonego ciepłym światłem dość staroświeckich już lamp. Pomimo późnej godziny, nadal panował tam względny spokój. Ludzie siedzieli przy stołach, popijając piwo, rozmawiając, czy też grając w karty. Lucas powolnym krokiem skierował się w stronę baru. Zmęczenie nieco przyćmiło jego zmysły, to też nie wyczuł, że ktoś wpatruje się w niego. Zamówił piwo i kierowany przeczuciem, w końcu odwrócił się w stronę sali. Jakie wielkie było jego zdziwienie, gdy to właśnie tajemniczą wysoką brunetkę ujrzał.
- Umawialiśmy się, na podwójną zapłatę, ze względu na trudności w trakcie drogi. A to do kurwy nędzy, nie jest nawet całość początkowej sumy. – Warczy jeden z nich. W jego głosie słychać wyraźne wzburzenie i niezadowolenie. Widać ich rozmowa zmierza w dość niebezpiecznym kierunku, co bynajmniej nie ucieszyło Lucasa.
- Owszem. Jednak to ty od samego początku nie dotrzymałeś swojej części umowy. – Oznajmia chłodno. – W wozie jest piętnaście skrzyń, a miało być szesnaście. – Zauważa, jak zdawało się policjantowi, dość spokojnym tonem.
- Już ci mówiłem człowieku, że mieliśmy utrudnienia! – Woła. – Musieliśmy zwiewać, jeśli nie chcieliśmy, żeby wszystko przepadło. – Mówi wściekły. Zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
-Co nie zmienia faktu, że towar nie dojechał w całości na miejsce. – Odpowiada powoli. – Albo zadowolisz się, rym co masz, albo zarobisz kulkę w łeb Henry. – Oznajmia poważnie, a po chwili słychać także dźwięk przeładowanej broni. Pies zaczyna poruszać się niespokojnie, wyczuwając narastające zagrożenie. Lucas stara się go uspokoić, gładząc go po łbie wolną ręką. Jeszcze tego mu brakowało, żeby zaczął szczekać. Słychać jak mężczyzna przeklina głośno, a dźwięk kroków, każe sądzić, że ostatecznie tajemniczy Henry przystał na warunki jego rozmówcy. Jednak w budynku nadal pozostało kilka osób, a Lucas nie miał pojęcia, kiedy w końcu stąd wyjdą. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, gdy mężczyźni rozmawiali ze sobą przez chwilę przyciszonym głosem. Policjantowi udało się usłyszeć jedynie kilka słów, z których wynikało, że nie mają zamiaru tak po prostu puścić ich, jak się domyślał dilera. W końcu, przy towarzyszącym temu westchnieniu ulgi Lucasa, mężczyźni opuścili halę, pozostawiając go może i bez schwytanej uciekinierki, ale za to z informacjami, które zdecydowanie przydadzą się policji. Odczekał jeszcze chwilę, nim podniósł się z miejsca. Powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Uchylił ostrożnie drzwi i rozejrzał się dookoła. Na jego szczęście nikogo tam nie było. Wyszedł więc z opuszczonego budynku i czym prędzej powiadomił o całym zajściu jego towarzyszy, czekających na jego powrót w barze.
Oczywiście jak mógł się z resztą domyślić, kapitan nie był zadowolony z jego raportu. Na szczęście informacje na temat tajemniczego spotkania, w którym najprawdopodobniej doszło do wymiany towaru, nieco go udobruchały, jednocześnie sprawiając, że Lucas mógł uniknąć, chociaż częściowo gniewu szefa. Przynajmniej jak na razie. Nadal pozostawała sprawa wysokiej brunetki, która zniknęła policjantowi z oczu. Harris nie miał zamiaru odpuszczać. W końcu chodziło o morderstwo. Ostatecznie sprawy zabójstwa nie prowadził Lucas, jednak to jemu przypadło w zadaniu znalezienie tajemniczej dziewczyny. Przez resztę nocy i kilka następnych dni mężczyzna starał się znaleźć jakiekolwiek poszlaki. Jakikolwiek punkt zaczepienia w zeznaniach świadków. Jedyne czego się dowiedział to fakt, iż kobieta często przychodziła do tamtego baru. Poza tym nie więcej, co niezwykle go irytowało. Zdawał sobie sprawę, że to jego wina, iż dziewczyna zdołała uciec, a na razie nic nie wskazywało na to, by udało im się ją odszukać.
Późnym wieczorem opuścił w końcu komisariat i po chwili namysłu, udał się do znajdującego się całkiem niedaleko pubu. Wyjątkowo tego dnia potrzebował napić się trochę alkoholu. Przeszedł ulicą na drugą stronę i już po chwili stanął przed drzwiami budynku. Wszedł do środka, oświetlonego ciepłym światłem dość staroświeckich już lamp. Pomimo późnej godziny, nadal panował tam względny spokój. Ludzie siedzieli przy stołach, popijając piwo, rozmawiając, czy też grając w karty. Lucas powolnym krokiem skierował się w stronę baru. Zmęczenie nieco przyćmiło jego zmysły, to też nie wyczuł, że ktoś wpatruje się w niego. Zamówił piwo i kierowany przeczuciem, w końcu odwrócił się w stronę sali. Jakie wielkie było jego zdziwienie, gdy to właśnie tajemniczą wysoką brunetkę ujrzał.
Anabelle?
16.07.2019
Od Lucasa CD Phoebe
Był wściekły na siebie. Nie pojmował jak mógł dopuścić do tego, by te dwa oprychy porwały dziewczynę. Spuścił ją jedynie na chwilę z oczu. Niestety tyle wystarczyło. Nie mógł jednak teraz rozmyślać nad tym. Musiał jak najszybciej znaleźć Phoebe. Napastnicy nie mogli odejść daleko, a samochodem też nie odjechali. Usłyszałby dźwięk silnika. Wyciągnął telefon i wybrał numer na policję. Linia zajęta.
- Świetnie. – Mruczy do siebie, czując, jak narasta w nim gniew. – Uspokój się… Nie ma czasu na to. – Szepcze do siebie. Po chwili zamyślenia ponownie przykłada słuchawkę do ucha, tym razem dzwoniąc do centrali Sopp. Po kilku sygnałach w końcu w telefonie odzywa się ciepły głos recepcjonistki, wyjaśniający gdzie zdołał się dodzwonić. Mężczyzna przerywa jej w pół zdania.
- Tutaj Lucas Fletcher. Potrzebne mi są zapisy z kamer monitoringu. I to na teraz. Sprawa niecierpiąca zwłoki. – Oznajmia szybko, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakichś śladów.
- Co? Ale o co chodzi? – Pyta zmieszana.
- To bardzo ważne, więc błagam cię, podaj telefon Erikowi, musi pomóc mi kogoś znaleźć. – Oznajmia. Kobieta bez dalszych pytań przełącza go, tym samym kierując połączenie do biura informatyka. Mężczyzna odbiera nieśpiesznie.
- Co znowu? – Pyta. W jego głosie słychać wyraźne zmęczenie. Zapewne po raz kolejny nocował w tej ciasnej klitce. Brunet czasami miał wrażenie, że Erik praktycznie w ogóle się stamtąd nie rusza. Rzadko się zdarzało, by mężczyzny nie było pod telefonem.
- Potrzebne mi są informacje. Porwano dziewczynę. Przejrzyj monitoring i odezwij się, gdy cokolwiek znajdziesz. – Prosi i podaje mu ulicę, na jakieś się znajduje wraz z dokładnymi współrzędnymi.
- Zobaczę, co da się zrobić. – Mamrocze w odpowiedzi i rozłącza się. Lucas wzdycha cicho, czekając z niecierpliwością na telefon od mężczyzny. Przygląda się uważnie śladom, które zostawili on z Phoebe oraz napastnicy. Wzrokiem podąża w stronę oddalających się wgłębień w śniegu. Powoli rusza wzdłuż wydeptanej ścieżki. Nagle rozbrzmiewa dzwonek komórki. Mężczyzna odbiera od razu.
- Co masz? – Pyta, przystając.
- Nie ma monitoringu na ulicy, przy której się znajdujesz, ale… - Milknie na chwilę. W słuchawce słychać odgłos uderzania w klawiaturę. – Niedaleko jest podniszczone blokowisko. Mają tam kilka kamer. - Przyznaje. - Na jednej z nich widać jak jakiś typek wlecze tam drobną dziewczynę. Wyślę ci na komórkę dokładny adres. – Zapewnia.
- Będę czekać. Dzięki za pomoc i wezwij policję pod ten dom. – Prosi i rozłącza się. Po chwili przychodzi wiadomość z informacjami co do miejsca, w które najprawdopodobniej zabrali jego nową znajomą. Mężczyzna nie chcąc tracić ani chwili dłużej udał się biegiem pod wskazany budynek. Ślady butów nadal dość widocznie odznaczały się przed wejściem na posesję. Lucas powoli przekracza bramę i kieruje się w stronę wejścia. Wyciąga broń, schowaną pod kurtką i ostrożnie naciska na klamkę. Ta ustępuje bez większych problemów. Najwidoczniej nikt nie przejmował się tym, żeby w jakikolwiek sposób zabezpieczyć drzwi. Mężczyzna wchodzi po cichu do środka. Od razu uderza go nieprzyjemny zapach moczu i stęchlizny. Nie ma się co łudzić, że ktokolwiek dba tu o czystość. Na klatce schodowej paliła się jedynie niewielka żarówka, która na przemian zapala się i gaśnie. Lucas rozważa przez chwilę możliwości, gdzie mogli zabrać Phoebe. Budynek jest dość wysoki i zapewne zbyt długo zajmie mu przeszukanie wszystkich mieszkań. Większość z nich jak się domyślał, jest opuszczona, więc nie musieliby się martwić o to, że któryś z sąsiadów zgłosi jakieś niepokojące odgłosy. Zresztą mieszkańcy zapewne i tak nie bardzo interesowali się tym, co dzieje się na klatce schodowej. Z dalszych rozmyślań wyrwał go cichy śmiech, dochodzący z piwnicy. Że też wcześniej o tym nie pomyślał. Może się myli, ale przynajmniej warto sprawdzić. Podszedł do zniszczonych schodów i po cichu zaczął kierować się w dół. Korytarz zagracony był meblami oraz innymi przedmiotami codziennego użytku. Na samym końcu znajdowały się drzwi. Były one nieco uchylone, dzięki czemu dało się słyszeć pojedyncze słowa wyrwane z kontekstu rozmowy i kolejne śmiechy należące, do jak sądził dwóch mężczyzn. Jeden z nich bez trudu udało mu się rozpoznać. Przystanął przy drzwiach i przez chwilę przysłuchiwał się ich rozmowie.
- Mówię ci, dostaniemy za nią na pewno niezłą kasę. – Mówi jeden z nich. – Wystarczy tylko trochę poczekać, aż zmięknie, wziąć od niej telefon do mamuśki i po sprawie. Będziemy bogaci. – Rechocze.
- A co z tym facetem? – Pyta drugi. W jego głosie słychać pewnego rodzaju sceptycyzm. – Przecież nas widział.
- No i co z tego? Co niby może nam zrobić? – Prycha, pewny siebie. – Nawet jak wezwie gliny to nie znajdą nas. – Zapewnia. – Przestać trząść gaciami i weź się w garść. – Warczy. - Idź, zajrzyj do tej dziewczyny. Sprawdź co z nią. – Nakazuje. Po chwili słychać głośne kroki drugiego z mężczyzn i dźwięk otwieranych drzwi. Lucas nie chcąc tracić więcej czasu, otwiera drzwi i celuje do chudego blondyna, stojącego kilka kroków od niego.
- Na ziemie i ręce do góry. – Mówi poważnie, patrząc na niego. Blondyn patrzy na niego najpierw z niedowierzaniem, które powoli ustępuje miejsca rozbawieniu.
- I niby co zrobisz z tą zabawką? Pewnie jest nawet nienabity. – Prycha. W tym samym momencie pada strzał, a mężczyzna osuwa się na ziemię z głośnym jękiem, gdy kula trafia w jego udo. – Ty chuju! – Krzyczy porywacz. Na dźwięk strzału jego towarzysz zatrzaskuje za sobą drugą parę drzwi, wykrzykując coś niezrozumiałego do dziewczyny. Lucas szybkim krokiem kieruje się w stronę zabarykadowanego pomieszczenia i mocnym uderzeniem barkiem wyłamuje drzwi. Gruby mężczyzna trzyma mocno Phoebe, przyciskając do jej gardła nóż.
- Odsuń się człowieku! Odsuń się, bo ją zabiję! – Krzyczy. W jego oczach widać przerażenie, a ręce trzęsą się jak galaretki.
- Puść ją… Nie pogarszaj swojej sytuacji człowieku. – Mówi spokojnie, mając go cały czas na celowniku.
- Nie mów mi co mam robić! – Wrzeszczy, nacinając skórę Phoebe.
- Odłóż ten nóż i odsuń się od dziewczyny. Policja zaraz tu będzie, nie macie szans. Chcesz iść do więzienia za morderstwo? – Pyta. – Nie wypuszczą cię stamtąd szybko. Bądź rozsądny i rzuć tę broń. – Mruczy, patrząc na niego uważnie. Widać, że mężczyzna zastanawia się intensywnie nad tym, co powinien zrobić. Kropelki potu powoli spływają po jego pulchnej twarzy i szyi. Zaciska mocno wargi i w końcu powoli odsuwa ostrze od dziewczyny. Ta wyrywa się od razu i podbiega do Lucasa, chowając się za jego plecami. Nad ich głowami słychać zbliżające się syreny policyjne, a chwilę później do pomieszczenia wpadają funkcjonariusze.
- Chodźmy stąd. – Mówi Lucas, zerkając na dziewczynę. Delikatnie obejmuje jej ramię. – Jesteś już bezpieczna. – Zapewnia cicho i wychodzi z nią z budynku na oświetloną lampami z radiowozów ulicę.
Phoebe
- Świetnie. – Mruczy do siebie, czując, jak narasta w nim gniew. – Uspokój się… Nie ma czasu na to. – Szepcze do siebie. Po chwili zamyślenia ponownie przykłada słuchawkę do ucha, tym razem dzwoniąc do centrali Sopp. Po kilku sygnałach w końcu w telefonie odzywa się ciepły głos recepcjonistki, wyjaśniający gdzie zdołał się dodzwonić. Mężczyzna przerywa jej w pół zdania.
- Tutaj Lucas Fletcher. Potrzebne mi są zapisy z kamer monitoringu. I to na teraz. Sprawa niecierpiąca zwłoki. – Oznajmia szybko, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakichś śladów.
- Co? Ale o co chodzi? – Pyta zmieszana.
- To bardzo ważne, więc błagam cię, podaj telefon Erikowi, musi pomóc mi kogoś znaleźć. – Oznajmia. Kobieta bez dalszych pytań przełącza go, tym samym kierując połączenie do biura informatyka. Mężczyzna odbiera nieśpiesznie.
- Co znowu? – Pyta. W jego głosie słychać wyraźne zmęczenie. Zapewne po raz kolejny nocował w tej ciasnej klitce. Brunet czasami miał wrażenie, że Erik praktycznie w ogóle się stamtąd nie rusza. Rzadko się zdarzało, by mężczyzny nie było pod telefonem.
- Potrzebne mi są informacje. Porwano dziewczynę. Przejrzyj monitoring i odezwij się, gdy cokolwiek znajdziesz. – Prosi i podaje mu ulicę, na jakieś się znajduje wraz z dokładnymi współrzędnymi.
- Zobaczę, co da się zrobić. – Mamrocze w odpowiedzi i rozłącza się. Lucas wzdycha cicho, czekając z niecierpliwością na telefon od mężczyzny. Przygląda się uważnie śladom, które zostawili on z Phoebe oraz napastnicy. Wzrokiem podąża w stronę oddalających się wgłębień w śniegu. Powoli rusza wzdłuż wydeptanej ścieżki. Nagle rozbrzmiewa dzwonek komórki. Mężczyzna odbiera od razu.
- Co masz? – Pyta, przystając.
- Nie ma monitoringu na ulicy, przy której się znajdujesz, ale… - Milknie na chwilę. W słuchawce słychać odgłos uderzania w klawiaturę. – Niedaleko jest podniszczone blokowisko. Mają tam kilka kamer. - Przyznaje. - Na jednej z nich widać jak jakiś typek wlecze tam drobną dziewczynę. Wyślę ci na komórkę dokładny adres. – Zapewnia.
- Będę czekać. Dzięki za pomoc i wezwij policję pod ten dom. – Prosi i rozłącza się. Po chwili przychodzi wiadomość z informacjami co do miejsca, w które najprawdopodobniej zabrali jego nową znajomą. Mężczyzna nie chcąc tracić ani chwili dłużej udał się biegiem pod wskazany budynek. Ślady butów nadal dość widocznie odznaczały się przed wejściem na posesję. Lucas powoli przekracza bramę i kieruje się w stronę wejścia. Wyciąga broń, schowaną pod kurtką i ostrożnie naciska na klamkę. Ta ustępuje bez większych problemów. Najwidoczniej nikt nie przejmował się tym, żeby w jakikolwiek sposób zabezpieczyć drzwi. Mężczyzna wchodzi po cichu do środka. Od razu uderza go nieprzyjemny zapach moczu i stęchlizny. Nie ma się co łudzić, że ktokolwiek dba tu o czystość. Na klatce schodowej paliła się jedynie niewielka żarówka, która na przemian zapala się i gaśnie. Lucas rozważa przez chwilę możliwości, gdzie mogli zabrać Phoebe. Budynek jest dość wysoki i zapewne zbyt długo zajmie mu przeszukanie wszystkich mieszkań. Większość z nich jak się domyślał, jest opuszczona, więc nie musieliby się martwić o to, że któryś z sąsiadów zgłosi jakieś niepokojące odgłosy. Zresztą mieszkańcy zapewne i tak nie bardzo interesowali się tym, co dzieje się na klatce schodowej. Z dalszych rozmyślań wyrwał go cichy śmiech, dochodzący z piwnicy. Że też wcześniej o tym nie pomyślał. Może się myli, ale przynajmniej warto sprawdzić. Podszedł do zniszczonych schodów i po cichu zaczął kierować się w dół. Korytarz zagracony był meblami oraz innymi przedmiotami codziennego użytku. Na samym końcu znajdowały się drzwi. Były one nieco uchylone, dzięki czemu dało się słyszeć pojedyncze słowa wyrwane z kontekstu rozmowy i kolejne śmiechy należące, do jak sądził dwóch mężczyzn. Jeden z nich bez trudu udało mu się rozpoznać. Przystanął przy drzwiach i przez chwilę przysłuchiwał się ich rozmowie.
- Mówię ci, dostaniemy za nią na pewno niezłą kasę. – Mówi jeden z nich. – Wystarczy tylko trochę poczekać, aż zmięknie, wziąć od niej telefon do mamuśki i po sprawie. Będziemy bogaci. – Rechocze.
- A co z tym facetem? – Pyta drugi. W jego głosie słychać pewnego rodzaju sceptycyzm. – Przecież nas widział.
- No i co z tego? Co niby może nam zrobić? – Prycha, pewny siebie. – Nawet jak wezwie gliny to nie znajdą nas. – Zapewnia. – Przestać trząść gaciami i weź się w garść. – Warczy. - Idź, zajrzyj do tej dziewczyny. Sprawdź co z nią. – Nakazuje. Po chwili słychać głośne kroki drugiego z mężczyzn i dźwięk otwieranych drzwi. Lucas nie chcąc tracić więcej czasu, otwiera drzwi i celuje do chudego blondyna, stojącego kilka kroków od niego.
- Na ziemie i ręce do góry. – Mówi poważnie, patrząc na niego. Blondyn patrzy na niego najpierw z niedowierzaniem, które powoli ustępuje miejsca rozbawieniu.
- I niby co zrobisz z tą zabawką? Pewnie jest nawet nienabity. – Prycha. W tym samym momencie pada strzał, a mężczyzna osuwa się na ziemię z głośnym jękiem, gdy kula trafia w jego udo. – Ty chuju! – Krzyczy porywacz. Na dźwięk strzału jego towarzysz zatrzaskuje za sobą drugą parę drzwi, wykrzykując coś niezrozumiałego do dziewczyny. Lucas szybkim krokiem kieruje się w stronę zabarykadowanego pomieszczenia i mocnym uderzeniem barkiem wyłamuje drzwi. Gruby mężczyzna trzyma mocno Phoebe, przyciskając do jej gardła nóż.
- Odsuń się człowieku! Odsuń się, bo ją zabiję! – Krzyczy. W jego oczach widać przerażenie, a ręce trzęsą się jak galaretki.
- Puść ją… Nie pogarszaj swojej sytuacji człowieku. – Mówi spokojnie, mając go cały czas na celowniku.
- Nie mów mi co mam robić! – Wrzeszczy, nacinając skórę Phoebe.
- Odłóż ten nóż i odsuń się od dziewczyny. Policja zaraz tu będzie, nie macie szans. Chcesz iść do więzienia za morderstwo? – Pyta. – Nie wypuszczą cię stamtąd szybko. Bądź rozsądny i rzuć tę broń. – Mruczy, patrząc na niego uważnie. Widać, że mężczyzna zastanawia się intensywnie nad tym, co powinien zrobić. Kropelki potu powoli spływają po jego pulchnej twarzy i szyi. Zaciska mocno wargi i w końcu powoli odsuwa ostrze od dziewczyny. Ta wyrywa się od razu i podbiega do Lucasa, chowając się za jego plecami. Nad ich głowami słychać zbliżające się syreny policyjne, a chwilę później do pomieszczenia wpadają funkcjonariusze.
- Chodźmy stąd. – Mówi Lucas, zerkając na dziewczynę. Delikatnie obejmuje jej ramię. – Jesteś już bezpieczna. – Zapewnia cicho i wychodzi z nią z budynku na oświetloną lampami z radiowozów ulicę.
Phoebe
Od Lucasa CD Harriet
Przez chwilę wpatrywał się w nią zaskoczony. Wiedział, że nie była zwykłym człowiekiem, ale nie był świadomy, że jest zdolna do takich rzeczy. Zupełnie nie dochodziły do niego słowa, jakie wydostawały się z ust kobiety. Nadal był oszołomiony po uderzeniu w tył głowy.
- Tak. Trzymam się. – Odpowiedział w końcu, uświadamiając sobie, że ta zadała mu pytanie. – Wybacz… Jestem jeszcze trochę zdezorientowany. - Mruczy i z pomocą jasnowłosej, podniósł się z ziemi. – Musimy się stąd jakoś wydostać. – Wzdycha, pocierając nadgarstki.
- Tak. Trzymam się. – Odpowiedział w końcu, uświadamiając sobie, że ta zadała mu pytanie. – Wybacz… Jestem jeszcze trochę zdezorientowany. - Mruczy i z pomocą jasnowłosej, podniósł się z ziemi. – Musimy się stąd jakoś wydostać. – Wzdycha, pocierając nadgarstki.
– Ten facet na pewno ma ze sobą klucze. – Mówi Harriet, wskazując na trupa. Lucas podchodzi do ciała i od razu zauważa broń przypiętą do paska. Zabiera ją i przeszukuje sprawnie kieszenie od spodni mężczyzny. Po chwili znajduje żelazny przedmiot, którym bez wątpienia można otworzyć celę. Podaje pistolet swojej towarzyszce, jednak ta odmawia.
- Ja sobie poradzę. – Zapewnia. – Tobie bardziej się przyda. – Mruczy. Brunet zerka na nią niepewnie, ale ostatecznie potakuje delikatnie głową, nie wdając się z nią w dalsze dyskusje, na które w obecnej sytuacji nie mają czasu. Otwiera drzwi i uchyla je ostrożnie, rozglądając się wokół. Jednak na korytarzu nie ma ani żywej duszy.
- Pusto. – Mruczy cicho. – Możemy iść. – Dodaje i rusza jako pierwszy, mając w pogotowiu broń. Wokół panuje ciemność, rozświetlana słabym światłem nierówno rozmieszczonych żarówek. Mężczyzna co jakiś czas zerka w stronę mijanych cel. Przystaje, zauważając dwie sylwetki w jednej z izb. Poświata rzucana przez jarzeniówkę jest na tyle mocna, że można dostrzec szczegóły pomieszczenia. Lucas pochodzi powoli i krzywi się nieco, wyczuwając charakterystyczny zapach zgnilizny.
- Pewnie to nasi szpiedzy. – Mówi cicho. – Ale trudno ich rozpoznać… Ktoś zakatował ich na śmierć… - Dodaje.
- A czego innego można było się spodziewać? Ten, kto za tym stoi chciał informacji. Nie wiem, czy je dostał, czy nie… Ale na pewno długo ich męczyli. – Odpowiada Harriet. – A teraz, jeśli nie chcemy skończyć jak oni, zabierajmy się stąd. – Mówi. Mężczyzna potakuje lekko i kieruje się w stronę drzwi na końcu korytarza. Lucas sięga do mosiężnej klamki. Gdy dotyka metalu, ciężkie wrota otwierają się. Brunet bez wahania strzela do osoby stojącej przed nim. Martwe ciało nieznajomego pada na wilgotną podłogę, a szkarłatna ciecz wylewa się obficie z jego głowy.
- Musimy uciekać. Na pewno usłyszeli strzały. – Zauważa Lucas i oboje wchodzą przez drzwi do dość sporego pomieszczenia. Ich oczom ukazuje się sala wyposażona jak prawdziwa mordownia. Z sufitu zwisają grube łańcuchy, do których przyczepione są kajdany, przy jednej ze ścian ustawiono łóżko, przypominające bardziej to, na którym przewożone są ciała w kostnicy. Rdzawy kolor na nim wskazuje, iż całkiem niedawno był używany. Ich wzrok po chwili przyciągają dwa drewniane krzesła, znajdujące się naprzeciwko nich. Zupełnie jakby zostały przygotowane właśnie dla nich. Na podłokietnikach i przy nogach umocowane zostały grube pasy ze skóry. W niektórych miejscach widać zaschniętą krew po poprzednich ofiarach. Pomiędzy nimi natomiast, ustawiony został metalowy stolik z rozłożonymi przyrządami. Od tasaków i pił po skalpele i strzykawki.
- Zmywamy się stąd. Teraz. – Pogania go Harriet. Nagle drzwi za nimi zatrzaskują się. Oboje odwracają się gwałtownie. Zanim udaje im się w jakikolwiek sposób zareagować, fala prądu przechodzi przez ich ciała, powodując skurcz mięśni.
- Niezwykle mnie to cieszy, że sami się do mnie pofatygowaliście. – Mruczy wysoki blondyn, trzymając w ręku paralizator. Jego towarzysz podchodzi do Harriet i unosi ją bez problemu. Sadza dziewczynę na krześle, przypinając mocno pasami. Sięga do stolika i bierze jedną ze strzykawek, w której znajduje się przezroczysty płyn. Wstrzykuje ciecz w ramię dziewczyny. Lucas stara się chwycić broń, która wypadła mu z ręki, gdy ten został porażony. Jego dłoń drży nienaturalnie, a każdy, choćby niewielki ruch sprawia mu ból. Zagryza wargi i palcami niemalże dotyka pistoletu. Blondyn nie daje mu jednak możliwości chwycenia przedmiotu i z dużą siłą, naciska grubą podeszwą buta na jego rękę. Z ust bruneta wyrywa się krótki krzyk, gdy mężczyzna brutalnie udaremnia jego starania.
- Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci tak łatwo uciec. – Cmoka, udając niezadowolenie. – Nasza zabawa dopiero się zaczyna. – Mówi, uśmiechając się szeroko. Unosi go za ramiona i ciągnie w stronę drewnianego mebla. Przypina go do krzesła, podobnie jak Harriet. – Więc… Od kogo by tu zacząć... – Mruczy, patrząc na nich uważnie. – Hmmm… Eeny, meeny, miny, moe… - Zaczyna wyliczać, przesuwając palcem pomiędzy jasnowłosą a policjantem. W końcu zatrzymuje się na Lucasie. – Postanowione. – Mówi, uśmiechając się szeroko. – Powiedz mi… Mój drogi przyjacielu… Dla kogo pracujecie? – Pyta, krzyżując dłonie na piersi. Fletcher milczy, wpatrując się w niego uważnie. – Odjęło ci mowę? A może ty w ogóle nie mówisz. – Dodaje. – Cóż... Przekonajmy się. – Mruczy i podchodzi do niego, po czym uderza go mocno z pięści w twarz. Brunet przenosi na niego powoli wzrok, nadal milcząc. Mężczyzna wymierza kolejny cios i następny. Jednak widząc, że na nic zda się jego technika, odsuwa się. – Może zaczniemy w takim razie od prostszych rzeczy. – Proponuje. – Imię. Twoje i tej ślicznotki. – Mruczy, wskazując na Harriet. Lucas dalej milczy, niewzruszony. Blondyn wzdycha ciężko. – Nie utrudniaj sobie życia chłoptasiu. Szkoda twojego zdrowia. – Dodaje i chwyta młotek. Waży go w dłoni, przyglądając się uważnie drewnianemu trzonkowi. – Na pewno nie chcesz gadać? – Pyta, spoglądając na niego. Lucas zaciska jedynie mocniej wargi, przygotowując się na kolejne fale bólu. – Wielka szkoda. – Wzdycha cicho mężczyzna i uderza mocno w jego dłoń, łamiąc przy tym kości w jego ręce. Z ust jego ofiary wydobywa się głośny jęk, a strużka krwi powoli spływa z przegryzionej wargi. Kat unosi młotek do góry. Za jego plecami słychać jak Harriet szarpie się, chcąc wyrwać dłonie z pasów. – Spokojnie blondyneczko. Tobą też się zajmę. – Obiecuje i ponownie uderza narzędziem, tym razem trafiając w kolano byłego żołnierza. Lucas krzyczy krótko, odchylając głowę do tyłu. – Pięknie. W końcu jakiś dźwięk. Więc może teraz powiesz mi coś na temat twojego szefa. – Mruczy.
- Pierdol się. – Warczy Lucas, patrząc na niego groźnie. Blondyn uśmiecha się szeroko.
- Może z wami będzie więcej zabawy niż z tamtą dwójką. – Mruczy, uderzając ponownie. Kolejne ciosy padają na jego ramię, udo i korpus, łamiąc żebra. Fletcher oddycha z trudem, jednak wytrwale milczy, nie zdradzając żadnych informacji. - Uparciuch z ciebie… Ciekawe co ma do powiedzenia twoja przyjaciółeczka. – Mówi, odwracając się do Harriet.
- Zostaw… ją. – Chrypie Lucas i unosi na niego wzrok.
- Z tobą na razie skończyłem, więc się zamknij. – Odpowiada i uderza go w twarz. – Więc ślicznotko… Co masz mi do powiedzenia? – Pyta blondyn, uśmiechając się do niej.
- Ja sobie poradzę. – Zapewnia. – Tobie bardziej się przyda. – Mruczy. Brunet zerka na nią niepewnie, ale ostatecznie potakuje delikatnie głową, nie wdając się z nią w dalsze dyskusje, na które w obecnej sytuacji nie mają czasu. Otwiera drzwi i uchyla je ostrożnie, rozglądając się wokół. Jednak na korytarzu nie ma ani żywej duszy.
- Pusto. – Mruczy cicho. – Możemy iść. – Dodaje i rusza jako pierwszy, mając w pogotowiu broń. Wokół panuje ciemność, rozświetlana słabym światłem nierówno rozmieszczonych żarówek. Mężczyzna co jakiś czas zerka w stronę mijanych cel. Przystaje, zauważając dwie sylwetki w jednej z izb. Poświata rzucana przez jarzeniówkę jest na tyle mocna, że można dostrzec szczegóły pomieszczenia. Lucas pochodzi powoli i krzywi się nieco, wyczuwając charakterystyczny zapach zgnilizny.
- Pewnie to nasi szpiedzy. – Mówi cicho. – Ale trudno ich rozpoznać… Ktoś zakatował ich na śmierć… - Dodaje.
- A czego innego można było się spodziewać? Ten, kto za tym stoi chciał informacji. Nie wiem, czy je dostał, czy nie… Ale na pewno długo ich męczyli. – Odpowiada Harriet. – A teraz, jeśli nie chcemy skończyć jak oni, zabierajmy się stąd. – Mówi. Mężczyzna potakuje lekko i kieruje się w stronę drzwi na końcu korytarza. Lucas sięga do mosiężnej klamki. Gdy dotyka metalu, ciężkie wrota otwierają się. Brunet bez wahania strzela do osoby stojącej przed nim. Martwe ciało nieznajomego pada na wilgotną podłogę, a szkarłatna ciecz wylewa się obficie z jego głowy.
- Musimy uciekać. Na pewno usłyszeli strzały. – Zauważa Lucas i oboje wchodzą przez drzwi do dość sporego pomieszczenia. Ich oczom ukazuje się sala wyposażona jak prawdziwa mordownia. Z sufitu zwisają grube łańcuchy, do których przyczepione są kajdany, przy jednej ze ścian ustawiono łóżko, przypominające bardziej to, na którym przewożone są ciała w kostnicy. Rdzawy kolor na nim wskazuje, iż całkiem niedawno był używany. Ich wzrok po chwili przyciągają dwa drewniane krzesła, znajdujące się naprzeciwko nich. Zupełnie jakby zostały przygotowane właśnie dla nich. Na podłokietnikach i przy nogach umocowane zostały grube pasy ze skóry. W niektórych miejscach widać zaschniętą krew po poprzednich ofiarach. Pomiędzy nimi natomiast, ustawiony został metalowy stolik z rozłożonymi przyrządami. Od tasaków i pił po skalpele i strzykawki.
- Zmywamy się stąd. Teraz. – Pogania go Harriet. Nagle drzwi za nimi zatrzaskują się. Oboje odwracają się gwałtownie. Zanim udaje im się w jakikolwiek sposób zareagować, fala prądu przechodzi przez ich ciała, powodując skurcz mięśni.
- Niezwykle mnie to cieszy, że sami się do mnie pofatygowaliście. – Mruczy wysoki blondyn, trzymając w ręku paralizator. Jego towarzysz podchodzi do Harriet i unosi ją bez problemu. Sadza dziewczynę na krześle, przypinając mocno pasami. Sięga do stolika i bierze jedną ze strzykawek, w której znajduje się przezroczysty płyn. Wstrzykuje ciecz w ramię dziewczyny. Lucas stara się chwycić broń, która wypadła mu z ręki, gdy ten został porażony. Jego dłoń drży nienaturalnie, a każdy, choćby niewielki ruch sprawia mu ból. Zagryza wargi i palcami niemalże dotyka pistoletu. Blondyn nie daje mu jednak możliwości chwycenia przedmiotu i z dużą siłą, naciska grubą podeszwą buta na jego rękę. Z ust bruneta wyrywa się krótki krzyk, gdy mężczyzna brutalnie udaremnia jego starania.
- Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci tak łatwo uciec. – Cmoka, udając niezadowolenie. – Nasza zabawa dopiero się zaczyna. – Mówi, uśmiechając się szeroko. Unosi go za ramiona i ciągnie w stronę drewnianego mebla. Przypina go do krzesła, podobnie jak Harriet. – Więc… Od kogo by tu zacząć... – Mruczy, patrząc na nich uważnie. – Hmmm… Eeny, meeny, miny, moe… - Zaczyna wyliczać, przesuwając palcem pomiędzy jasnowłosą a policjantem. W końcu zatrzymuje się na Lucasie. – Postanowione. – Mówi, uśmiechając się szeroko. – Powiedz mi… Mój drogi przyjacielu… Dla kogo pracujecie? – Pyta, krzyżując dłonie na piersi. Fletcher milczy, wpatrując się w niego uważnie. – Odjęło ci mowę? A może ty w ogóle nie mówisz. – Dodaje. – Cóż... Przekonajmy się. – Mruczy i podchodzi do niego, po czym uderza go mocno z pięści w twarz. Brunet przenosi na niego powoli wzrok, nadal milcząc. Mężczyzna wymierza kolejny cios i następny. Jednak widząc, że na nic zda się jego technika, odsuwa się. – Może zaczniemy w takim razie od prostszych rzeczy. – Proponuje. – Imię. Twoje i tej ślicznotki. – Mruczy, wskazując na Harriet. Lucas dalej milczy, niewzruszony. Blondyn wzdycha ciężko. – Nie utrudniaj sobie życia chłoptasiu. Szkoda twojego zdrowia. – Dodaje i chwyta młotek. Waży go w dłoni, przyglądając się uważnie drewnianemu trzonkowi. – Na pewno nie chcesz gadać? – Pyta, spoglądając na niego. Lucas zaciska jedynie mocniej wargi, przygotowując się na kolejne fale bólu. – Wielka szkoda. – Wzdycha cicho mężczyzna i uderza mocno w jego dłoń, łamiąc przy tym kości w jego ręce. Z ust jego ofiary wydobywa się głośny jęk, a strużka krwi powoli spływa z przegryzionej wargi. Kat unosi młotek do góry. Za jego plecami słychać jak Harriet szarpie się, chcąc wyrwać dłonie z pasów. – Spokojnie blondyneczko. Tobą też się zajmę. – Obiecuje i ponownie uderza narzędziem, tym razem trafiając w kolano byłego żołnierza. Lucas krzyczy krótko, odchylając głowę do tyłu. – Pięknie. W końcu jakiś dźwięk. Więc może teraz powiesz mi coś na temat twojego szefa. – Mruczy.
- Pierdol się. – Warczy Lucas, patrząc na niego groźnie. Blondyn uśmiecha się szeroko.
- Może z wami będzie więcej zabawy niż z tamtą dwójką. – Mruczy, uderzając ponownie. Kolejne ciosy padają na jego ramię, udo i korpus, łamiąc żebra. Fletcher oddycha z trudem, jednak wytrwale milczy, nie zdradzając żadnych informacji. - Uparciuch z ciebie… Ciekawe co ma do powiedzenia twoja przyjaciółeczka. – Mówi, odwracając się do Harriet.
- Zostaw… ją. – Chrypie Lucas i unosi na niego wzrok.
- Z tobą na razie skończyłem, więc się zamknij. – Odpowiada i uderza go w twarz. – Więc ślicznotko… Co masz mi do powiedzenia? – Pyta blondyn, uśmiechając się do niej.
Harriet
11.07.2019
Od Lucasa CD Annabell
Wraz ze zbliżającym się weekendem na komendzie zawsze było pełno roboty. W piątkowe wieczory telefony dzwoniły bez przerwy, a ludzi przeważnie było za mało, by zająć się wszystkimi zgłoszeniami. Jednak w końcu musiał nadejść ten dzień, stanowiący wyjątek od reguły. Tym razem na posterunku od dobrych kilku godzin nie było słychać ani jednego sygnału dobiegającego z urządzenia komunikacyjnego. Było to tak niesamowite zjawisko, że raz na jakiś czas ktoś sprawdzał, czy na pewno jest zasięg, albo czy kable na pewno są dobrze podłączone. Lucas podobnie jak pozostali siedział na swoim miejscu, już po raz piąty przeglądając stare dokumenty i układając je w równe stosy.
- Luuuu… Nudzi mi się. - Jęczy Mary, podchodząc do niego. Niska blondynka przysiada na skraju jego biurka i wpatruje się w mężczyznę z miną zbitego pieska.
- I co ja mam ci na to poradzić? – Pyta, wzdychając cicho. - Powinnaś się cieszyć, że nic się nie dzieje. – Zauważa, na co dziewczyna przewraca oczami.
- Ale ja już nie wiem co mam ze sobą zrobić. Sprawdziłam wszystkie długopisy i wyrzuciłam te, które nie piszą. Posprzątałam w szufladach i przy okazji znalazłam moje stare karty do gry i ogryzek od jabłka, który zdążył już spleśnieć. W końcu nie mając już nic innego do roboty, zaczęłam się zastanawiać nad sensem życia. – Oznajmia. – Rozumiesz to? Ja zaczęłam myśleć o takich rzeczach. – Mówi, wskazując na siebie. – To już jest katastrofa. – Wzdycha męczeńsko. Lucas śmieje się cicho, patrząc na przyjaciółkę.
-Nie przesadzaj. Jeszcze trochę i niedługo będziesz w domu. Musisz wytrzymać niecałe dwie godziny. – Odpowiada, zerkając na zegarek. – Jak chcesz, możesz przynieść te karty i pogramy. – Dodaje po chwili.
- Naprawdę!? – Pyta ożywiona. – Dobra, nie ruszaj się stąd, już po nie idę. – Oznajmia, schodząc z blatu. Szybkim krokiem kieruję się w stronę swojego stanowiska i wraca w mgnieniu oka, trzymając w dłoni nieco już podniszczoną talię. Mary przysuwa sobie krzesło i siada naprzeciwko niego. Zaczyna rozkładać karty, gdy nagle słychać dźwięk dzwonka dochodzący z gabinetu kapitana. Wszystkie oczy zwracają się w tamtą stronę z niecierpliwością, czekając na to, co ma nastąpić później. Po chwili drzwi od pokoju otwierają się.
- Była bójka w barze. Trzy przecznice stąd. Jedna osoba martwa. Była strzelanina. – Oznajmia kapitan. – Russo, Fletcher, Collins i Davis jedziecie na miejsce zdarzenia. – Mówi, spoglądając na mężczyzn. – Zabierać tyłki i do roboty. Macie mi złapać podejrzaną. Zabierzcie nawet psa, jak ma to wam pomóc zająć się tym syfem. – Mówi tylko i wraca do gabinetu. Widać, że dzisiaj jest w wyraźnie nie najlepszym humorze. Policjanci zerkają na siebie, ale nie chcąc tracić więcej czasu, zbierają się z miejsc i kierują się w stronę wyjścia.
- To niesprawiedliwe! – Woła Mary oburzona. - Też chcę jechać. - Burczy, patrząc obrażona na Lucasa.
- Przykro mi słońce, ale to nie moja wina. – Mówi, uśmiechając się lekko. – Następnym razem. – Dodaje tylko i idzie za pozostałymi. Po chwili wahania zabierają jednego z psów policyjnych i cała piątka pakuje się do dwóch radiowozów. Fletcher razem z Collinsem i wilczurem w jednym, a pozostała dwójka w drugim. Włączają syreny i z piskiem opon ruszają spod budynku. Jako iż lokal nie jest położony daleko, docierają tam w mgnieniu oka. Z bronią w ręku wchodzą do dobrze już im znanego baru. Ludzie natychmiast ustępują im miejsca, odsuwając się na bok. Na ziemi leżały ciała dwóch dość potężnych mężczyzn. Lucas podbiega do nich, sprawdzając tętno, jednak u obu był on niewyczuwalny. W tym samym momencie usłyszał trzask zamykanych drzwi, znajdujących się naprzeciwko niego.
- Musiała tędy uciec. Jak wyglądała? – Pyta, zwracając się do barmana.
- Wysoka brunetka. Była postrzelona, więc pewnie krwawi… Chyba. – Oznajmia nieco skołowany mężczyzna.
- Pobiegnę za nią. – Mówi do swoich towarzyszy i czym prędzej wybiega z budynku. Za nim podąża drugi z funkcjonariuszy. Wybiegają na główną ulicę. Po tajemniczej dziewczynie nie ma jednak śladu.
- Musimy się rozdzielić. Tak jej nie znajdziemy. – Zauważa Fletcher.
- Jak na coś trafisz, zgłoś się od razu. – Mówi mężczyzna i wybiera prawą stronę. Lucas kieruje się w przeciwnym kierunku i razem z psem przedzierają się przez ulicę, omijając przechodniów. Po drodze trafiają na staruszka, który jak się okazuje, widział brunetkę, a co więcej został przez nią potrącony. Opisuje dokładnie jej wygląd i wskazuje, w którą stronę pobiegła. Lucas po podziękowaniu za pomoc, szybkim krokiem pokonuje kilka następnych metrów. Przystaje, rozglądając się na boki, starając się znaleźć jakikolwiek ślad po dziewczynie. W tym samym momencie jego czteronożny towarzysz zwraca na siebie uwagę głośnym szczekaniem i wyrywa się w stronę, stojącej kilkadziesiąt metrów dalej hali.
- Dobry piesek. – Mruczy i razem z wilczurem idą w tamtą stronę. Policjant odbezpiecza broń i powoli wchodzi do środka. W pomieszczeniu panuje zupełna ciemność. Mężczyzna sięga po niewielką latarkę i oświetla nią przestrzeń. Ostrożnie stawia kroki, rozglądając się wokół. Wnętrze jest prawie puste, nie licząc kilku kartonów i jakiś zardzewiałych sprzętów. Po sprawdzeniu ewentualnych miejsc, w których mogła się ukryć podejrzana, Lucas zmierza do wyjścia zawiedziony takim obrotem spraw. W połowie kroku słyszy głośny trzask, a tuż przed nim lądują połamane deski wraz z szukaną dziewczyną. Policjant zaskoczony wpatruje się w nieznajomą, nie będąc początkowo pewny co właściwie robić. Kręci lekko głową i unosi broń, nie mogąc pozwolić dziewczynie na ucieczkę.
- Ręce do góry. – Mówi, celując w nią.
Annabell? Wybacz za te kilka dni zwłoki. Poprawię się. Kolejne będzie lepsze. c:
- Luuuu… Nudzi mi się. - Jęczy Mary, podchodząc do niego. Niska blondynka przysiada na skraju jego biurka i wpatruje się w mężczyznę z miną zbitego pieska.
- I co ja mam ci na to poradzić? – Pyta, wzdychając cicho. - Powinnaś się cieszyć, że nic się nie dzieje. – Zauważa, na co dziewczyna przewraca oczami.
- Ale ja już nie wiem co mam ze sobą zrobić. Sprawdziłam wszystkie długopisy i wyrzuciłam te, które nie piszą. Posprzątałam w szufladach i przy okazji znalazłam moje stare karty do gry i ogryzek od jabłka, który zdążył już spleśnieć. W końcu nie mając już nic innego do roboty, zaczęłam się zastanawiać nad sensem życia. – Oznajmia. – Rozumiesz to? Ja zaczęłam myśleć o takich rzeczach. – Mówi, wskazując na siebie. – To już jest katastrofa. – Wzdycha męczeńsko. Lucas śmieje się cicho, patrząc na przyjaciółkę.
-Nie przesadzaj. Jeszcze trochę i niedługo będziesz w domu. Musisz wytrzymać niecałe dwie godziny. – Odpowiada, zerkając na zegarek. – Jak chcesz, możesz przynieść te karty i pogramy. – Dodaje po chwili.
- Naprawdę!? – Pyta ożywiona. – Dobra, nie ruszaj się stąd, już po nie idę. – Oznajmia, schodząc z blatu. Szybkim krokiem kieruję się w stronę swojego stanowiska i wraca w mgnieniu oka, trzymając w dłoni nieco już podniszczoną talię. Mary przysuwa sobie krzesło i siada naprzeciwko niego. Zaczyna rozkładać karty, gdy nagle słychać dźwięk dzwonka dochodzący z gabinetu kapitana. Wszystkie oczy zwracają się w tamtą stronę z niecierpliwością, czekając na to, co ma nastąpić później. Po chwili drzwi od pokoju otwierają się.
- Była bójka w barze. Trzy przecznice stąd. Jedna osoba martwa. Była strzelanina. – Oznajmia kapitan. – Russo, Fletcher, Collins i Davis jedziecie na miejsce zdarzenia. – Mówi, spoglądając na mężczyzn. – Zabierać tyłki i do roboty. Macie mi złapać podejrzaną. Zabierzcie nawet psa, jak ma to wam pomóc zająć się tym syfem. – Mówi tylko i wraca do gabinetu. Widać, że dzisiaj jest w wyraźnie nie najlepszym humorze. Policjanci zerkają na siebie, ale nie chcąc tracić więcej czasu, zbierają się z miejsc i kierują się w stronę wyjścia.
- To niesprawiedliwe! – Woła Mary oburzona. - Też chcę jechać. - Burczy, patrząc obrażona na Lucasa.
- Przykro mi słońce, ale to nie moja wina. – Mówi, uśmiechając się lekko. – Następnym razem. – Dodaje tylko i idzie za pozostałymi. Po chwili wahania zabierają jednego z psów policyjnych i cała piątka pakuje się do dwóch radiowozów. Fletcher razem z Collinsem i wilczurem w jednym, a pozostała dwójka w drugim. Włączają syreny i z piskiem opon ruszają spod budynku. Jako iż lokal nie jest położony daleko, docierają tam w mgnieniu oka. Z bronią w ręku wchodzą do dobrze już im znanego baru. Ludzie natychmiast ustępują im miejsca, odsuwając się na bok. Na ziemi leżały ciała dwóch dość potężnych mężczyzn. Lucas podbiega do nich, sprawdzając tętno, jednak u obu był on niewyczuwalny. W tym samym momencie usłyszał trzask zamykanych drzwi, znajdujących się naprzeciwko niego.
- Musiała tędy uciec. Jak wyglądała? – Pyta, zwracając się do barmana.
- Wysoka brunetka. Była postrzelona, więc pewnie krwawi… Chyba. – Oznajmia nieco skołowany mężczyzna.
- Pobiegnę za nią. – Mówi do swoich towarzyszy i czym prędzej wybiega z budynku. Za nim podąża drugi z funkcjonariuszy. Wybiegają na główną ulicę. Po tajemniczej dziewczynie nie ma jednak śladu.
- Musimy się rozdzielić. Tak jej nie znajdziemy. – Zauważa Fletcher.
- Jak na coś trafisz, zgłoś się od razu. – Mówi mężczyzna i wybiera prawą stronę. Lucas kieruje się w przeciwnym kierunku i razem z psem przedzierają się przez ulicę, omijając przechodniów. Po drodze trafiają na staruszka, który jak się okazuje, widział brunetkę, a co więcej został przez nią potrącony. Opisuje dokładnie jej wygląd i wskazuje, w którą stronę pobiegła. Lucas po podziękowaniu za pomoc, szybkim krokiem pokonuje kilka następnych metrów. Przystaje, rozglądając się na boki, starając się znaleźć jakikolwiek ślad po dziewczynie. W tym samym momencie jego czteronożny towarzysz zwraca na siebie uwagę głośnym szczekaniem i wyrywa się w stronę, stojącej kilkadziesiąt metrów dalej hali.
- Dobry piesek. – Mruczy i razem z wilczurem idą w tamtą stronę. Policjant odbezpiecza broń i powoli wchodzi do środka. W pomieszczeniu panuje zupełna ciemność. Mężczyzna sięga po niewielką latarkę i oświetla nią przestrzeń. Ostrożnie stawia kroki, rozglądając się wokół. Wnętrze jest prawie puste, nie licząc kilku kartonów i jakiś zardzewiałych sprzętów. Po sprawdzeniu ewentualnych miejsc, w których mogła się ukryć podejrzana, Lucas zmierza do wyjścia zawiedziony takim obrotem spraw. W połowie kroku słyszy głośny trzask, a tuż przed nim lądują połamane deski wraz z szukaną dziewczyną. Policjant zaskoczony wpatruje się w nieznajomą, nie będąc początkowo pewny co właściwie robić. Kręci lekko głową i unosi broń, nie mogąc pozwolić dziewczynie na ucieczkę.
- Ręce do góry. – Mówi, celując w nią.
Annabell? Wybacz za te kilka dni zwłoki. Poprawię się. Kolejne będzie lepsze. c:
Od Lucasa - Event
Wszystko nadal wydawało się takie nierealne… Lucas jako jeden z pierwszych siedział na miejscu dla ochotników, którzy zgłosili się na wezwanie… Jak to nawet nazwać… By ratować świat? W głowie mężczyzny cały czas rozbrzmiewały echa rozmów dyrektora i kapitana. Po raz pierwszy widział, aby James był tak zdenerwowany. To nie była zwykła akcja, jaką odbywał nie jeden raz w ciągu swojej dwuletniej służby w Sopp. Możliwe, że nawet wojna nie była tak przerażająca, jak to, co czeka wszystkich ludzi i osób nadprzyrodzonych zdecydowanych do pomocy. Ochotnicy zaczęli już gromadzić się w dużej sali, która wydawała się przytłaczać swoją wielkością. Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca, głos zabrał dyrektor. Lucas miał wrażenie, jakby był jeszcze bardziej roztrzęsiony, niż godzinę temu, gdy rozmawiał z oddziałem. Fletcher już nawet nie zwracał uwagi na to, co mówi mężczyzna. Wszystko to usłyszał już wcześniej. Teraz jednak jego słowa brzmiały jeszcze mniej przekonująco. Na pierwszy rzut oka Robert sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz zemdleć. To z pewnością nie doda otuchy śmiałkom, siedzącym razem z nim na sali. Policjant westchnął cicho i począł się rozglądać. Na twarzach nieznajomych widać było mieszane uczucia. Od strachu, po niepewność, aż po determinację i pewnego rodzaju radość. Zazdrościł tym ostatnim. W jego sercu gościł niepokój i przerażenie… Nie o siebie, ale o bliskich. Zgłosił się na tę misję po to, by bronić swoich towarzyszy, znajomych, rodzinę, niewinnych ludzi. Doskonale wie, że może stamtąd nie wrócić. Jednak jeśli ma to zapewnić bezpieczeństwo innym, jest w stanie zapłacić taką cenę. Dyrektor skończył mówić i szybkim krokiem udał się do wyjścia. Osoby zgromadzone w budynku poszły za jego przykładem, nieco oszołomieni i przygnębieni zaczęli wychodzić z pomieszczenia. Mężczyzna zerknął na telefon, który ponownie zaczął wibrować. Na wyświetlaczu widniał numer jego siostry. Westchnął cicho i schował komórkę do kieszeni. Podniósł się z miejsca i powolnym krokiem wyszedł z sali. Na korytarzu zauważył, jak mu się zdawało, osoby, które były przydzielone do jego grupy. Żadnej z nich nie znał osobiście, jednak jak się domyślał, to ulegnie teraz zmianie. Pewnym krokiem skierował się w ich stronę.
- Hej, zostałem przydzielony do waszej grupy. - Zaczyna, siląc się na uśmiech. - Mam na imię Lucas. - Dodaje. Pozostali spoglądają na niego i potakuje delikatnie, po czym sami zdradzają swoje imiona.
- W niezłe bagno wpadliśmy. - Mruczy Ashton. Jego wyraz twarzy zdradza zdenerwowanie.
- Wiem, że może mowa dyrektora nie była… Jakoś specjalnie podnosząca na duchu, ale skoro zgłosiliśmy się już tutaj, to zróbmy wszystko, co w naszej mocy, żeby wykonać to, co do nas należy. – Mówi po chwili Lucas. – Pracując w drużynie, na pewno jakoś sobie poradzimy. – Dodaje.
- Nie mamy innego wyboru. – Odzywa się Natalie. - Musimy się do tego jakoś przygotować. - Oznajmia.
- Myślę, że jutro będziemy mieli dużo czasu, żeby lepiej poznać i obmyślić jakiś plan, a na razie… Chyba najlepiej będzie, jeśli odpoczniemy przed tym wszystkim. – Wzdycha cicho. Pozostali kiwają głową, na znak, iż się zgadzają. Żegnają się ze sobą i każdy rusza w swoją stronę. Fletcher powoli maszeruje w stronę parkingu i wsiada na swój motor. Jako, ze w końcu zagościła w mieście wiosna, mógł na nowo zacząć poruszać się swoją maszyną. Ta pora roku kojarzy się z nowym początkiem, nowymi szansami i zmianami na lepsze, zdecydowanie nikt nie myśli o końcu świata, gdy kwiaty zaczynają na nowo wypuszczać pąki, a śnieg topnieć, ukazując zielone trawniki. Ale czy to ma znaczenie? Założył kask i ruszył w stronę domu. Ulice były spokojne, a ludzie spacerowali po chodnikach, zupełnie nieświadomi wszystkiego. W pewnym sensie mężczyzna zazdrościł im tej błogiej niewiedzy. Ta nie była dana Lucasowi. Po kilku minutach był już na miejscu. Z ociąganiem wdrapał się do mieszkania i wszedł do środka. Luna od razu się na niego rzuciła, machając wesoło ogonkiem.
- Hej bestyjko. – Mruczy, uśmiechając się lekko. Widok pupila chwilowo poprawił mu humor. Brunet pogładził ją po łbie i gdy tylko dostał się do kuchni, nasypał jej karmy do miski. Po chwili zawahania sięgnął po telefon i wybrał numer siostry. Wyszedł na balkon i czekał, aż dziewczyna się odbierze. W końcu w słuchawce dało się słyszeć ciepły głos należący do jego matki.
- Wybacz synku, ale Alice wyszła do sklepu. Zaraz przyjdzie, więc możesz poczekać. – Mówi łagodnie.
- To nic. Moja wina, że nie odbierałem wcześniej. – Odpowiada nieco przygaszonym tonem.
- Coś się stało? – Pyta po chwili. Jak zawsze matki nie da się oszukać. Mężczyzna uśmiecha się delikatnie na tę myśl i opiera o balustradę.
- Wszystko w porządku. To tylko zmęczenie. Cieszę się, że możemy porozmawiać. – Przyznaje. – Ostatnio nie miałem czasu, żeby zadzwonić.
- Ja też się cieszę. I to bardzo. Tak rzadko się z nami kontaktujesz. - Zauważa. - Rozumiem, że masz dużo pracy, ale pamiętaj też czasami o rodzinie. Tęsknimy za tobą. – Mówi łagodnie.
- Wiem mamo. – Odpowiada cicho. – Obiecuję, że się poprawię. – Śmieje się.
- Mam nadzieję. – Oznajmia. W słuchawce nagle rozlega się ciche miauczenie. – Mark… Co ty znowu przyprowadziłeś do domu. – Wzdycha kobieta. – Przepraszam cię Lu, ale ten człowiek jest niemożliwy. Znowu jakieś zwierzę do domu przyniósł. - Burczy. Fletcher śmieje się cicho, na myśl o kolejnym biednym stworzeniu, obok którego jego ojciec nie mógł przejść obojętnie.
- Przynajmniej się nie nudzicie. – Zauważa.
- Nic nie mów. – Mruczy jego mama. – Przepraszam cię skarbie, ale muszę kończyć. Odezwij się niedługo. – Prosi.
- Da się zrobić. – Zapewnia, uśmiechając się lekko. – Na razie mamo, kocham was. – Dodaje po chwili.
- My Ciebie też. – Odpowiada kobieta i po chwili rozłącza się. Lucas wzdycha głośno, przeczesując dłonią włosy. Chłodny wiatr delikatnie muska jego skórę. Przez ciało mężczyzny przechodzi dreszcz. Okrywa się mocniej kurtką i wpatruje tępo w oświetlone latarniami podwórko. Gdy zimno staje się nieznośne, wraca do ciepłego pomieszczenia i kładzie się na kanapie. Luna jakby wyczytując jego nastrój, wskakuje od razu obok niego i wtula się w niego, zwijając w kulkę. Mężczyzna delikatnie gładzi jej grzbiet.
- Dbaj o siebie, jak mnie nie będzie, okay? - Mruczy cicho. - I bądź grzeczna bestyjko. - Dodaje, przymykając powieki. Zasypia po chwili, w jego głowie pojawiają się obrazy z pola bitwy. Z bitwy, którą mają stoczyć jutro.
Connor, oddaję Tobie głos.
- Hej, zostałem przydzielony do waszej grupy. - Zaczyna, siląc się na uśmiech. - Mam na imię Lucas. - Dodaje. Pozostali spoglądają na niego i potakuje delikatnie, po czym sami zdradzają swoje imiona.
- W niezłe bagno wpadliśmy. - Mruczy Ashton. Jego wyraz twarzy zdradza zdenerwowanie.
- Wiem, że może mowa dyrektora nie była… Jakoś specjalnie podnosząca na duchu, ale skoro zgłosiliśmy się już tutaj, to zróbmy wszystko, co w naszej mocy, żeby wykonać to, co do nas należy. – Mówi po chwili Lucas. – Pracując w drużynie, na pewno jakoś sobie poradzimy. – Dodaje.
- Nie mamy innego wyboru. – Odzywa się Natalie. - Musimy się do tego jakoś przygotować. - Oznajmia.
- Myślę, że jutro będziemy mieli dużo czasu, żeby lepiej poznać i obmyślić jakiś plan, a na razie… Chyba najlepiej będzie, jeśli odpoczniemy przed tym wszystkim. – Wzdycha cicho. Pozostali kiwają głową, na znak, iż się zgadzają. Żegnają się ze sobą i każdy rusza w swoją stronę. Fletcher powoli maszeruje w stronę parkingu i wsiada na swój motor. Jako, ze w końcu zagościła w mieście wiosna, mógł na nowo zacząć poruszać się swoją maszyną. Ta pora roku kojarzy się z nowym początkiem, nowymi szansami i zmianami na lepsze, zdecydowanie nikt nie myśli o końcu świata, gdy kwiaty zaczynają na nowo wypuszczać pąki, a śnieg topnieć, ukazując zielone trawniki. Ale czy to ma znaczenie? Założył kask i ruszył w stronę domu. Ulice były spokojne, a ludzie spacerowali po chodnikach, zupełnie nieświadomi wszystkiego. W pewnym sensie mężczyzna zazdrościł im tej błogiej niewiedzy. Ta nie była dana Lucasowi. Po kilku minutach był już na miejscu. Z ociąganiem wdrapał się do mieszkania i wszedł do środka. Luna od razu się na niego rzuciła, machając wesoło ogonkiem.
- Hej bestyjko. – Mruczy, uśmiechając się lekko. Widok pupila chwilowo poprawił mu humor. Brunet pogładził ją po łbie i gdy tylko dostał się do kuchni, nasypał jej karmy do miski. Po chwili zawahania sięgnął po telefon i wybrał numer siostry. Wyszedł na balkon i czekał, aż dziewczyna się odbierze. W końcu w słuchawce dało się słyszeć ciepły głos należący do jego matki.
- Wybacz synku, ale Alice wyszła do sklepu. Zaraz przyjdzie, więc możesz poczekać. – Mówi łagodnie.
- To nic. Moja wina, że nie odbierałem wcześniej. – Odpowiada nieco przygaszonym tonem.
- Coś się stało? – Pyta po chwili. Jak zawsze matki nie da się oszukać. Mężczyzna uśmiecha się delikatnie na tę myśl i opiera o balustradę.
- Wszystko w porządku. To tylko zmęczenie. Cieszę się, że możemy porozmawiać. – Przyznaje. – Ostatnio nie miałem czasu, żeby zadzwonić.
- Ja też się cieszę. I to bardzo. Tak rzadko się z nami kontaktujesz. - Zauważa. - Rozumiem, że masz dużo pracy, ale pamiętaj też czasami o rodzinie. Tęsknimy za tobą. – Mówi łagodnie.
- Wiem mamo. – Odpowiada cicho. – Obiecuję, że się poprawię. – Śmieje się.
- Mam nadzieję. – Oznajmia. W słuchawce nagle rozlega się ciche miauczenie. – Mark… Co ty znowu przyprowadziłeś do domu. – Wzdycha kobieta. – Przepraszam cię Lu, ale ten człowiek jest niemożliwy. Znowu jakieś zwierzę do domu przyniósł. - Burczy. Fletcher śmieje się cicho, na myśl o kolejnym biednym stworzeniu, obok którego jego ojciec nie mógł przejść obojętnie.
- Przynajmniej się nie nudzicie. – Zauważa.
- Nic nie mów. – Mruczy jego mama. – Przepraszam cię skarbie, ale muszę kończyć. Odezwij się niedługo. – Prosi.
- Da się zrobić. – Zapewnia, uśmiechając się lekko. – Na razie mamo, kocham was. – Dodaje po chwili.
- My Ciebie też. – Odpowiada kobieta i po chwili rozłącza się. Lucas wzdycha głośno, przeczesując dłonią włosy. Chłodny wiatr delikatnie muska jego skórę. Przez ciało mężczyzny przechodzi dreszcz. Okrywa się mocniej kurtką i wpatruje tępo w oświetlone latarniami podwórko. Gdy zimno staje się nieznośne, wraca do ciepłego pomieszczenia i kładzie się na kanapie. Luna jakby wyczytując jego nastrój, wskakuje od razu obok niego i wtula się w niego, zwijając w kulkę. Mężczyzna delikatnie gładzi jej grzbiet.
- Dbaj o siebie, jak mnie nie będzie, okay? - Mruczy cicho. - I bądź grzeczna bestyjko. - Dodaje, przymykając powieki. Zasypia po chwili, w jego głowie pojawiają się obrazy z pola bitwy. Z bitwy, którą mają stoczyć jutro.
Connor, oddaję Tobie głos.
9.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Budynek, do którego właśnie zmierzali, swoim wyglądem zdecydowanie bardziej przypominał pałacyk, niż zwykłą willę. Z zewnątrz pomalowany był cały na biało. Kolumny wbudowane w przednią ścianę, ozdobione są drobnymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi nieco przerobiony kaduceusz. Z okien umiejscowionych po sześć na dole i górze, przebija światło dochodzące z wnętrza budynku. Do wejścia prowadzi brukowana dróżka. Na samym środku ustawiona została natomiast średnich rozmiarów fontanna, która aktualnie nie działała.
- Już boję się, jak będzie w środku. – Mruczy cicho Lucas.
- Przekonamy się. – Zauważa Harriet, wchodząc razem z mężczyzną przez przeszklone drzwi. Na samym wejściu wita ich kamerdyner i uprzejmie prosi o ich nakrycia wierzchnie oraz o podanie tożsamości. Oboje przedstawiają się nadanymi na tę okazję fałszywymi nazwiskami i po upewnieniu się, że znajdują się na liście, zostają wpuszczeni do głównej sali. Pomieszczenie rozświetlały trzy kryształowe żyrandole, wyglądające na bardzo drogie i w mniemaniu Lucasa zdecydowanie zbyt delikatne. Jednakże widząc wystrój całej sali, musiał przyznać, że doskonale pasują do tego miejsca. Marmurowa podłoga niemal lśniła. Goście byli w stanie ujrzeć swoje odbicie. Filary podtrzymujące sufit przyozdobione zostały wstęgą kwiatów, które wyglądały, jakby wyrastały z kamiennej podpory. Z balustrad zwisały jedwabne pasy materiału. Stoliki rozstawione w mniej więcej równych odległościach od siebie zostały okryte białymi obrusami, a na każdym z nich znajdował się wazon z białymi różami, a także zastawa.
- Czuję się, jakbym był właśnie na weselu. – Szepcze mężczyzna, odsuwając krzesło przed Harriet. Kobieta dziękuje mu skinieniem głowy i zajmuje miejsce.
- Nie da się zaprzeczyć. – Przyznaje, biorąc do ręki kieliszek z szampanem, który oczywiście również musiał zostać podrasowany, i na ściankach szklanego naczynia zostały wyryte drobne inicjały, w które powsadzano drobne kryształy.
- Jeśli cokolwiek usłyszysz, daj mi znać. – Prosi i włącza, prawie niewidoczną słuchawkę, przymocowaną do jego ucha
- Już boję się, jak będzie w środku. – Mruczy cicho Lucas.
- Przekonamy się. – Zauważa Harriet, wchodząc razem z mężczyzną przez przeszklone drzwi. Na samym wejściu wita ich kamerdyner i uprzejmie prosi o ich nakrycia wierzchnie oraz o podanie tożsamości. Oboje przedstawiają się nadanymi na tę okazję fałszywymi nazwiskami i po upewnieniu się, że znajdują się na liście, zostają wpuszczeni do głównej sali. Pomieszczenie rozświetlały trzy kryształowe żyrandole, wyglądające na bardzo drogie i w mniemaniu Lucasa zdecydowanie zbyt delikatne. Jednakże widząc wystrój całej sali, musiał przyznać, że doskonale pasują do tego miejsca. Marmurowa podłoga niemal lśniła. Goście byli w stanie ujrzeć swoje odbicie. Filary podtrzymujące sufit przyozdobione zostały wstęgą kwiatów, które wyglądały, jakby wyrastały z kamiennej podpory. Z balustrad zwisały jedwabne pasy materiału. Stoliki rozstawione w mniej więcej równych odległościach od siebie zostały okryte białymi obrusami, a na każdym z nich znajdował się wazon z białymi różami, a także zastawa.
- Czuję się, jakbym był właśnie na weselu. – Szepcze mężczyzna, odsuwając krzesło przed Harriet. Kobieta dziękuje mu skinieniem głowy i zajmuje miejsce.
- Nie da się zaprzeczyć. – Przyznaje, biorąc do ręki kieliszek z szampanem, który oczywiście również musiał zostać podrasowany, i na ściankach szklanego naczynia zostały wyryte drobne inicjały, w które powsadzano drobne kryształy.
- Jeśli cokolwiek usłyszysz, daj mi znać. – Prosi i włącza, prawie niewidoczną słuchawkę, przymocowaną do jego ucha
- Na pewno to zrobię. - Zapewnia wampirzyca. Mężczyzna rozgląda się nieco, po bogato urządzonym pomieszczeniu.
- Za poważne to dla mnie. - Mruczy, popijając szampana. - Nie pasuję do takich miejsc. - Dodaje.
- Ale w tym garniturze wtapiasz się w tłum. - Przyznaje.
- Tym gorzej. To znaczy, że wyglądam jak reszta tych bogaczy. - Oznajmia policjant. Kobieta uśmiecha się lekko.
- Nie przesadzaj. - Mówi. - Nadal się wyróżniasz. - Dodaje. - Nie jesteś starym prykiem jak pozostali. - Zauważa.
- Powiedzmy, że przyjmuję takie wyjaśnienia. - Śmieje się. - Mam nadzieję, że nie będziemy musieli tu siedzieć do końca. - Przyznaje.
- Ja też. - Wzdycha dziewczyna. - Ale jeśli będzie trzeba, nie mamy innego wyboru. Jakoś sobie poradzimy. – Oznajmia, popijając trunku. Tocząc dalej rozmowę z Harriet, jednocześnie stara się skupić na słyszanych fragmentach rozmów. Nagle jego towarzyszka zerka na niego znacząco i subtelnym ruchem głowy, wskazuje na jeden ze stolików. Mężczyzna zwraca się nieco w tamtą stronę, wyłapując interesującą rozmowę.
- Za poważne to dla mnie. - Mruczy, popijając szampana. - Nie pasuję do takich miejsc. - Dodaje.
- Ale w tym garniturze wtapiasz się w tłum. - Przyznaje.
- Tym gorzej. To znaczy, że wyglądam jak reszta tych bogaczy. - Oznajmia policjant. Kobieta uśmiecha się lekko.
- Nie przesadzaj. - Mówi. - Nadal się wyróżniasz. - Dodaje. - Nie jesteś starym prykiem jak pozostali. - Zauważa.
- Powiedzmy, że przyjmuję takie wyjaśnienia. - Śmieje się. - Mam nadzieję, że nie będziemy musieli tu siedzieć do końca. - Przyznaje.
- Ja też. - Wzdycha dziewczyna. - Ale jeśli będzie trzeba, nie mamy innego wyboru. Jakoś sobie poradzimy. – Oznajmia, popijając trunku. Tocząc dalej rozmowę z Harriet, jednocześnie stara się skupić na słyszanych fragmentach rozmów. Nagle jego towarzyszka zerka na niego znacząco i subtelnym ruchem głowy, wskazuje na jeden ze stolików. Mężczyzna zwraca się nieco w tamtą stronę, wyłapując interesującą rozmowę.
- Zbyt często zawracają nam ostatnio głowę. – Słychać przyciszony męski głos. – Te cholerne psy ganiają za nami jak za jakąś kością. – Mruczy. Lucas dyskretnie spogląda na dwójkę bogato ubranych starszych mężczyzn. – Ostatnio wysłali nawet szpiegów. – Wzdycha cicho.
- Nie dramatyzuj. – Odpowiada jego towarzysz. Jego ton głosu sugeruje, że sytuacja, w której się znajdują, w żaden sposób go nie niepokoi. – Tamtą dwójką już się zajęliśmy. – Oznajmia, popijając szampana. – Nie są dla nas żadnym zagrożeniem. – Dodaje. – A teraz przestań się zamartwiać i napij się przyjacielu. – Mruczy, podsuwając mu kieliszek. – Niedługo nasze problemy się zakończą. – Zapewnia, uśmiechając się nieznacznie. Jego znajomy patrzy na niego niepewnie, ale w końcu potakuje delikatnie i popija szampana.
- Skoro tak mówisz Gregory. – Wzdycha cicho nieprzekonany.
- Powinieneś mi bardziej zaufać przyjacielu. Dobrze wiem co robić. – Zapewnia. – Nikt nie stanie nam na przeszkodzie. – Oznajmia, dopijając do końca zawartość szklanego naczynia. – Rozluźnij się i baw się dobrze. – Dodaje i wstaje z miejsca, po czym oddala się od zajmowanego wcześniej stolika.
- Chyba mamy to, co chcieliśmy. – Zauważa cicho Lucas.
- Jeszcze nie. – Mruczy dziewczyna, obserwując uważnie wychodzącego z sali mężczyznę i wstaje od stolika.
- Gdzie idziesz? – Pyta, marszcząc brwi.
- Przypudrować nosek. – Oznajmia, unosząc lekko kącik ust. – Zaraz wrócę. – Obiecuje. Fletcher patrzy na nią uważnie i wzdycha cicho.
- Masz 5 minut. Potem idę cię szukać. – Mówi poważnie.
- Spokojnie, niedługo wrócę. – Zapewnia i sprawnie przechodzi między stolikami, po czym znika za drzwiami. Mężczyzna zagryza lekko wargę, mając złe przeczucia. Co jakiś czas zerka na zegarek i gdy mija prawie 10 minut, postanawia pójść poszukać swojej towarzyszki. Wychodzi z pomieszczenia i powoli idzie w stronę jednego z korytarzy. Im dalej zapuszcza się w głąb budynku, tym mniej ludzi. W końcu przystaje przed jednymi z drzwi, gdzie jak mu się wydaje, doszły do niego jakieś głosy. Chwyta za klamkę i naciska delikatnie na mosiężny uchwyt. Zanim ten ma możliwość ujrzenia co znajduje się za drzwiami, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawia go przytomności.
- Nie dramatyzuj. – Odpowiada jego towarzysz. Jego ton głosu sugeruje, że sytuacja, w której się znajdują, w żaden sposób go nie niepokoi. – Tamtą dwójką już się zajęliśmy. – Oznajmia, popijając szampana. – Nie są dla nas żadnym zagrożeniem. – Dodaje. – A teraz przestań się zamartwiać i napij się przyjacielu. – Mruczy, podsuwając mu kieliszek. – Niedługo nasze problemy się zakończą. – Zapewnia, uśmiechając się nieznacznie. Jego znajomy patrzy na niego niepewnie, ale w końcu potakuje delikatnie i popija szampana.
- Skoro tak mówisz Gregory. – Wzdycha cicho nieprzekonany.
- Powinieneś mi bardziej zaufać przyjacielu. Dobrze wiem co robić. – Zapewnia. – Nikt nie stanie nam na przeszkodzie. – Oznajmia, dopijając do końca zawartość szklanego naczynia. – Rozluźnij się i baw się dobrze. – Dodaje i wstaje z miejsca, po czym oddala się od zajmowanego wcześniej stolika.
- Chyba mamy to, co chcieliśmy. – Zauważa cicho Lucas.
- Jeszcze nie. – Mruczy dziewczyna, obserwując uważnie wychodzącego z sali mężczyznę i wstaje od stolika.
- Gdzie idziesz? – Pyta, marszcząc brwi.
- Przypudrować nosek. – Oznajmia, unosząc lekko kącik ust. – Zaraz wrócę. – Obiecuje. Fletcher patrzy na nią uważnie i wzdycha cicho.
- Masz 5 minut. Potem idę cię szukać. – Mówi poważnie.
- Spokojnie, niedługo wrócę. – Zapewnia i sprawnie przechodzi między stolikami, po czym znika za drzwiami. Mężczyzna zagryza lekko wargę, mając złe przeczucia. Co jakiś czas zerka na zegarek i gdy mija prawie 10 minut, postanawia pójść poszukać swojej towarzyszki. Wychodzi z pomieszczenia i powoli idzie w stronę jednego z korytarzy. Im dalej zapuszcza się w głąb budynku, tym mniej ludzi. W końcu przystaje przed jednymi z drzwi, gdzie jak mu się wydaje, doszły do niego jakieś głosy. Chwyta za klamkę i naciska delikatnie na mosiężny uchwyt. Zanim ten ma możliwość ujrzenia co znajduje się za drzwiami, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawia go przytomności.
Harriet?
8.07.2019
Od Lucasa CD Phoebe
Wyraz twarzy dziewczyny bynajmniej nie świadczył o tym, że Lucas jest dla niej komfortowym towarzystwem. Mężczyzna, zdając sobie sprawę, że spotkanie kogokolwiek w takich okolicznościach, zawsze będzie wydawało się podejrzane, nie miał się co dziwić reakcji Phoebe. Jednak w głębi serca poczuł się nieswojo, a w jego myślach mimowolnie pojawiło się pytanie, „Czy naprawdę, wyglądam tak strasznie?”. Zanim jednak zaczął dalej analizować swój wygląd i ewentualny powód, dla którego wywołuje tak mieszane uczucia w dziewczynie, ta postanowiła przerwać chwilową ciszę, panującą między nimi.
- Od jak dawna tu mieszkasz? – Spytała, zerkając na Lucasa.
- Niecałe dwa lata. – Przyznaje. – Przeprowadziłem się tutaj z Florydy. – Tłumaczy.
- Dlaczego akurat do Seattle? – Pyta nieco zaskoczona. – To dość daleko, na pewno bliżej również miałbyś możliwość dostania pracy. – Zauważa.
- Tak jakoś. – Wzrusza ramionami. – Chyba chciałem trochę odpocząć od tamtego miasta. – Mówi po chwili. – W każdym razie tak znalazłem się tutaj. – Dodaje, uśmiechając się do niej lekko. – A ty? Jak długo już tu jesteś? – Pyta, poprawiając swój szalik, gdy ten zaczyna się zsuwać z jego szyi.
- Prawie sześć lat. – Mruczy cicho.
- To całkiem sporo. Musisz znać jakieś miejsca, warte zobaczenia. – Odpowiada.
- Jeśli masz na myśli księgarnie i biblioteki, to tak. – Przyznaje dziewczyna. Lucas śmieje się cicho.
- Tego mogłem się spodziewać. – Odpowiada. – Zazdroszczę, że masz czas czytać książki. Ja niestety rzadko go znajduję. – Przyznaje. – Z resztą w moim przypadku jest to zbyt niebezpieczne. – Dodaje.
- Dlaczego? – Pyta, patrząc na niego zaskoczona. – Co niebezpiecznego jest w książkach?
- To, że nie potrafię się później od nich oderwać. – Oznajmia, zerkając na nią. Phoebe unosi delikatnie kąciki ust, ukazując uroczy uśmiech.
- W takim razie są bardzo niebezpieczne. – Mówi. – Ja czytam głównie klasykę. Dickens, Szekspir, Hemingway, Fitzgerald. – Wymienia.
- Daj mi fory. – Śmieje się. – Lubię czasami sięgnąć po klasykę, ale nie czytałem wielu z ich utworów. – Przyznaje. – Oprócz Hamleta i oczywiście Romea i Julii nie czytałem nic więcej Szekspira. Nie moja bajka. – Oznajmia. – Za to bardzo lubię Dickensa. Ostatnio udało mi się dostać egzemplarz „Tajemnicy Edwina Drooda”. Muszę przyznać, że to bardzo ciekawa powieść. Jednak okoliczności, w jakich została napisana, są jeszcze bardziej… Intrygujące. – Dodaje. – Natomiast po raz pierwszy słyszę o „Powieści o dwóch miastach”. – Mówi. Phoebe patrzy na niego w szoku.
- Żartujesz sobie, prawda? – Pyta. – Kocham tę książkę. Czytałam ją już tyle razy, że teraz wygląda, jak wygląda. – Mruczy. – Ale to nieważne. Koniecznie musisz się z nią zapoznać. – Oznajmia. Podekscytowana zaczyna opowiadać mu w skrócie fabułę książki, skupiając się na według niej, najciekawszych fragmentach. Widać, że samo mówienie o niej sprawia jej dużą radość. – Przepraszam… rozgadałam się. – Mówi nieco speszona, orientując się, że przez większość czasu tylko ona się odzywała.
- To nic. Miło się Ciebie słucha. – Przyznaje, uśmiechając się do niej lekko. – Widać, że to twoja pasja. – Dodaje. Dziewczyna potakuje delikatnie.
- Tak… Chyba nie wyobrażam sobie życia bez nich. – Odpowiada, uśmiechając się delikatnie. Powoli skręcają w jedną z uliczek, która prowadzi w stronę domu Phoebe. Nagle na ich drodze staje dwójka mężczyzn. Jeden z nich wzrostem przewyższa nieco Lucasa, za to masą… Cóż, przypomina bardziej źdźbło trawy niż człowieka. Natomiast drugi stanowi zupełne przeciwieństwo swojego towarzysza. Mierzy nie więcej niż 160 cm. Brakujące centymetry zostały za to nadrobione w szerokości.
- Wyskakiwać z pieniędzy! – Woła chuderlak, wyciągając z kieszeni wysuwany nożyk. – Bo inaczej do piachu. – Oznajmia, szczerząc się. Lucas chowa za swoimi plecami dziewczynę i uważnie obserwując dwójkę mężczyzn, wyciąga kilka papierowych banknotów. Grubszy ze złodziei wyrywa mu je z ręki i przelicza.
- To są jakie żarty – Oznajmia mężczyzna piskliwym głosem. – Johnny tu jest tylko 10 dolców. – Mówi, wymachując mu pieniędzmi przed nosem.
- Przestań debilu. – Warczy, odtrącając jego dłoń – Dawać więcej. Wiem, że macie jeszcze jakąś kasę. – Mruczy złodziej, wysuwając ostrze noża. – Jak nie dostaniemy, czego chcemy, weźmiemy sobie dziewczynę. – Oznajmia z parszywym uśmieszkiem.
- Daję wam szansę, żebyście się wycofali, albo wezwę policję. – Mówi poważnie Lucas, nie odrywając od nich wzroku. Ci spoglądają na siebie i wybuchają śmiechem.
- Ty grozisz nam? – Pyta Johnny. – Nie wiesz, z kim masz do czynienia człowieku. – Warczy i rzuca się na niego. Lucas bez problemu broni się przed jego atakiem. Chwyta mocno dłoń mężczyzny i sprawnym ruchem wybija nóż z jego ręki. W tym czasie jego wspólnik Johnny'ego obiera sobie za cel Phoebe. Dziewczyna cofa się, wystraszona.
- Pomocy! – Krzyczy, rzucając się do ucieczki.
- Stój ślicznotko! – Woła, biegnąc za nią, a raczej kolebiąc się na prawo i lewo.
Lucas przeklina cicho pod nosem i nie tracąc więcej czasu, uderza z łokcia napastnika, trafiając w jego nos. Ten z głośnym jękiem zakrywa złamany narząd. Drugi cios zadaje w jego brzuch, na tyle mocno, że ten zwija się na ziemi z bólu, z trudem powstrzymując wymioty. Policjant zrywa się do biegu i w mgnieniu oka dogania drugiego złodzieja, powalając go na ziemię, co ułatwia mu śliskie podłoże. Mężczyzna przez swoją tuszę nie jest w stanie się nawet podnieść po takim upadku.
- Phoebe! – Woła Fletcher, rozglądając się za dziewczyną. Jednak jego wzrok, nie jest w stanie jej nigdzie dostrzec.
Phoebe?
- Od jak dawna tu mieszkasz? – Spytała, zerkając na Lucasa.
- Niecałe dwa lata. – Przyznaje. – Przeprowadziłem się tutaj z Florydy. – Tłumaczy.
- Dlaczego akurat do Seattle? – Pyta nieco zaskoczona. – To dość daleko, na pewno bliżej również miałbyś możliwość dostania pracy. – Zauważa.
- Tak jakoś. – Wzrusza ramionami. – Chyba chciałem trochę odpocząć od tamtego miasta. – Mówi po chwili. – W każdym razie tak znalazłem się tutaj. – Dodaje, uśmiechając się do niej lekko. – A ty? Jak długo już tu jesteś? – Pyta, poprawiając swój szalik, gdy ten zaczyna się zsuwać z jego szyi.
- Prawie sześć lat. – Mruczy cicho.
- To całkiem sporo. Musisz znać jakieś miejsca, warte zobaczenia. – Odpowiada.
- Jeśli masz na myśli księgarnie i biblioteki, to tak. – Przyznaje dziewczyna. Lucas śmieje się cicho.
- Tego mogłem się spodziewać. – Odpowiada. – Zazdroszczę, że masz czas czytać książki. Ja niestety rzadko go znajduję. – Przyznaje. – Z resztą w moim przypadku jest to zbyt niebezpieczne. – Dodaje.
- Dlaczego? – Pyta, patrząc na niego zaskoczona. – Co niebezpiecznego jest w książkach?
- To, że nie potrafię się później od nich oderwać. – Oznajmia, zerkając na nią. Phoebe unosi delikatnie kąciki ust, ukazując uroczy uśmiech.
- W takim razie są bardzo niebezpieczne. – Mówi. – Ja czytam głównie klasykę. Dickens, Szekspir, Hemingway, Fitzgerald. – Wymienia.
- Daj mi fory. – Śmieje się. – Lubię czasami sięgnąć po klasykę, ale nie czytałem wielu z ich utworów. – Przyznaje. – Oprócz Hamleta i oczywiście Romea i Julii nie czytałem nic więcej Szekspira. Nie moja bajka. – Oznajmia. – Za to bardzo lubię Dickensa. Ostatnio udało mi się dostać egzemplarz „Tajemnicy Edwina Drooda”. Muszę przyznać, że to bardzo ciekawa powieść. Jednak okoliczności, w jakich została napisana, są jeszcze bardziej… Intrygujące. – Dodaje. – Natomiast po raz pierwszy słyszę o „Powieści o dwóch miastach”. – Mówi. Phoebe patrzy na niego w szoku.
- Żartujesz sobie, prawda? – Pyta. – Kocham tę książkę. Czytałam ją już tyle razy, że teraz wygląda, jak wygląda. – Mruczy. – Ale to nieważne. Koniecznie musisz się z nią zapoznać. – Oznajmia. Podekscytowana zaczyna opowiadać mu w skrócie fabułę książki, skupiając się na według niej, najciekawszych fragmentach. Widać, że samo mówienie o niej sprawia jej dużą radość. – Przepraszam… rozgadałam się. – Mówi nieco speszona, orientując się, że przez większość czasu tylko ona się odzywała.
- To nic. Miło się Ciebie słucha. – Przyznaje, uśmiechając się do niej lekko. – Widać, że to twoja pasja. – Dodaje. Dziewczyna potakuje delikatnie.
- Tak… Chyba nie wyobrażam sobie życia bez nich. – Odpowiada, uśmiechając się delikatnie. Powoli skręcają w jedną z uliczek, która prowadzi w stronę domu Phoebe. Nagle na ich drodze staje dwójka mężczyzn. Jeden z nich wzrostem przewyższa nieco Lucasa, za to masą… Cóż, przypomina bardziej źdźbło trawy niż człowieka. Natomiast drugi stanowi zupełne przeciwieństwo swojego towarzysza. Mierzy nie więcej niż 160 cm. Brakujące centymetry zostały za to nadrobione w szerokości.
- Wyskakiwać z pieniędzy! – Woła chuderlak, wyciągając z kieszeni wysuwany nożyk. – Bo inaczej do piachu. – Oznajmia, szczerząc się. Lucas chowa za swoimi plecami dziewczynę i uważnie obserwując dwójkę mężczyzn, wyciąga kilka papierowych banknotów. Grubszy ze złodziei wyrywa mu je z ręki i przelicza.
- To są jakie żarty – Oznajmia mężczyzna piskliwym głosem. – Johnny tu jest tylko 10 dolców. – Mówi, wymachując mu pieniędzmi przed nosem.
- Przestań debilu. – Warczy, odtrącając jego dłoń – Dawać więcej. Wiem, że macie jeszcze jakąś kasę. – Mruczy złodziej, wysuwając ostrze noża. – Jak nie dostaniemy, czego chcemy, weźmiemy sobie dziewczynę. – Oznajmia z parszywym uśmieszkiem.
- Daję wam szansę, żebyście się wycofali, albo wezwę policję. – Mówi poważnie Lucas, nie odrywając od nich wzroku. Ci spoglądają na siebie i wybuchają śmiechem.
- Ty grozisz nam? – Pyta Johnny. – Nie wiesz, z kim masz do czynienia człowieku. – Warczy i rzuca się na niego. Lucas bez problemu broni się przed jego atakiem. Chwyta mocno dłoń mężczyzny i sprawnym ruchem wybija nóż z jego ręki. W tym czasie jego wspólnik Johnny'ego obiera sobie za cel Phoebe. Dziewczyna cofa się, wystraszona.
- Pomocy! – Krzyczy, rzucając się do ucieczki.
- Stój ślicznotko! – Woła, biegnąc za nią, a raczej kolebiąc się na prawo i lewo.
Lucas przeklina cicho pod nosem i nie tracąc więcej czasu, uderza z łokcia napastnika, trafiając w jego nos. Ten z głośnym jękiem zakrywa złamany narząd. Drugi cios zadaje w jego brzuch, na tyle mocno, że ten zwija się na ziemi z bólu, z trudem powstrzymując wymioty. Policjant zrywa się do biegu i w mgnieniu oka dogania drugiego złodzieja, powalając go na ziemię, co ułatwia mu śliskie podłoże. Mężczyzna przez swoją tuszę nie jest w stanie się nawet podnieść po takim upadku.
- Phoebe! – Woła Fletcher, rozglądając się za dziewczyną. Jednak jego wzrok, nie jest w stanie jej nigdzie dostrzec.
Phoebe?
5.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Domowa siłownia? Brzmi… Ciekawie. – Przyznaje mężczyzna. Jego towarzyszka popija nieco kawy i wzrusza ramionami.
- Przydatne pomieszczenie. – Odpowiada. – Więc? Co takiego porabiasz w wolnym czasie? – Ponawia pytanie.
- Jeśli ci powiem, będę musiał cię zabić. – Przyznaje, udając powagę. Harriet zerka na niego i prycha cicho z lekkim uśmiechem.
- A tak naprawdę? – Pyta, opierając się o jakże wygodne krzesło.
- A tak naprawdę to sądzę, że gdy ci powiem, na pewno będziesz zaskoczona. – Odpowiada. – I pewnie będziesz się śmiać. – Dodaje po chwili. Jasnowłosa unosi delikatnie brew, patrząc na niego uważnie.
- Teraz rozbudziłeś moją ciekawość. Nie przedłużaj, tylko powiedz w końcu, co takiego wyczyniasz, że nie chcesz się przyznać.
- Cóż… Przeważnie bawię się z moim psem. Podobnie jak ty czytam książki. Wieczorami zazwyczaj oglądam filmy. – Wymienia.
- No dobra… A teraz gdzie ta część, w której mam zacząć się śmiać? – Pyta w końcu kobieta, nieco zbita z tropu.
- Bo oprócz filmów czasami… No może nie czasami, ale głównie oglądam bajki. – Przyznaje w końcu.
- Każdy robi to, co lubi. – Odpowiada, wzruszając ramionami. Lucas patrzy na nią nieco zaskoczony.
- Naprawdę myślałem, że zaczniesz się śmiać.
- Nie widzę ku temu powodu.
- Zaskoczyłaś mnie. – Mówi.
- Każdemu się chyba zdarza obejrzeć produkcję tego typu. – Dodaje Harriet. Mężczyzna potakuje delikatnie.
- Chyba tak. To dobry sposób na odprężenie się po całym dniu w pracy. – Przyznaje. – Spróbuj kiedyś. Jeśli chcesz, z chęcią cię kiedyś ugoszczę u mnie i możesz bez skrępowania pooglądać. – Zapewnia, popijając kawę.
- Zapamiętam sobie, może kiedyś wpadnę. – Mówi, uśmiechając się lekko. – Masz tam jeszcze jakieś asy w rękawie? – Pyta.
- Nie wiem, czy jestem w stanie przebić to, co już powiedziałem. – Przyznaje, zamyślając się. – Hmm… Lubię bardzo oglądać horrory. Ale głównie jako... krytyk. Żaden jeszcze nie zdołał wywołać u mnie strachu. – Mówi.
- A to ci niespodzianka. Naprawdę ciekawy z ciebie osobnik. – Oznajmia Harriet. – Pełen przeciwności. – Dodaje.
- To dobrze, czy źle? – Pyta, odstawiając pustą już filiżankę na stolik. Dziewczyna wzrusza ramionami. – To się okaże. – Mruczy. Przez pozostałą część spotkania rozmawiają na temat ulubionych książek. Lucas zasypuje ją informacjami na temat najbardziej cenionych przez niego autorów, takich jak, Edgar Alan Poe, H.P Lovecraft, J. R. R Tolkien, czy też współczesnych pisarzy, do których należy Stephen King i Camilla Läckberg. W końcu słońce zaczyna zachodzić, a kolejna filiżanka ciepłego napoju zostaje opróżniona.
- Nie wiem, kiedy zrobiło się tak późno. – Przyznaje Lucas, przeciągając się nieco. – Chyba czas się zbierać. – Mówi, wstając z miejsca. – Pójdę zapłacić za resztę kaw. – Proponuje. – Trochę… Trochę ich zeszło. – Śmieje się. Dziewczyna patrzy na niego, unosząc lekko kąciki ust.
- Nie da się ukryć. – Mruczy, podnosząc się z wygodnego krzesła. Podchodzi z nim do lady i pomimo jej nalegań, mężczyzna oznajmia, że on za wszystko zapłaci. Wychodzą powoli z budynku. Mroźny wiatr owiewa ich ciała. Brunet owija nieco mocniej szyję szalem.
– Naprawdę miło się rozmawiało. – Przyznaje Harriet, zerkając na mężczyznę.
- Mnie również. – Odpowiada Lucas, uśmiechając się do niej przyjaźnie. – Cieszę się, że udało nam się spotkać. – Dodaje. – Mam nadzieję, że niedługo znowu będziemy mieli okazję porozmawiać. Jeśli mogę spytać, daleko stąd mieszkasz? - Pyta po chwili. - Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę cię, chociaż kawałek odprowadzić. - Proponuje.
Harriet?
- Przydatne pomieszczenie. – Odpowiada. – Więc? Co takiego porabiasz w wolnym czasie? – Ponawia pytanie.
- Jeśli ci powiem, będę musiał cię zabić. – Przyznaje, udając powagę. Harriet zerka na niego i prycha cicho z lekkim uśmiechem.
- A tak naprawdę? – Pyta, opierając się o jakże wygodne krzesło.
- A tak naprawdę to sądzę, że gdy ci powiem, na pewno będziesz zaskoczona. – Odpowiada. – I pewnie będziesz się śmiać. – Dodaje po chwili. Jasnowłosa unosi delikatnie brew, patrząc na niego uważnie.
- Teraz rozbudziłeś moją ciekawość. Nie przedłużaj, tylko powiedz w końcu, co takiego wyczyniasz, że nie chcesz się przyznać.
- Cóż… Przeważnie bawię się z moim psem. Podobnie jak ty czytam książki. Wieczorami zazwyczaj oglądam filmy. – Wymienia.
- No dobra… A teraz gdzie ta część, w której mam zacząć się śmiać? – Pyta w końcu kobieta, nieco zbita z tropu.
- Bo oprócz filmów czasami… No może nie czasami, ale głównie oglądam bajki. – Przyznaje w końcu.
- Każdy robi to, co lubi. – Odpowiada, wzruszając ramionami. Lucas patrzy na nią nieco zaskoczony.
- Naprawdę myślałem, że zaczniesz się śmiać.
- Nie widzę ku temu powodu.
- Zaskoczyłaś mnie. – Mówi.
- Każdemu się chyba zdarza obejrzeć produkcję tego typu. – Dodaje Harriet. Mężczyzna potakuje delikatnie.
- Chyba tak. To dobry sposób na odprężenie się po całym dniu w pracy. – Przyznaje. – Spróbuj kiedyś. Jeśli chcesz, z chęcią cię kiedyś ugoszczę u mnie i możesz bez skrępowania pooglądać. – Zapewnia, popijając kawę.
- Zapamiętam sobie, może kiedyś wpadnę. – Mówi, uśmiechając się lekko. – Masz tam jeszcze jakieś asy w rękawie? – Pyta.
- Nie wiem, czy jestem w stanie przebić to, co już powiedziałem. – Przyznaje, zamyślając się. – Hmm… Lubię bardzo oglądać horrory. Ale głównie jako... krytyk. Żaden jeszcze nie zdołał wywołać u mnie strachu. – Mówi.
- A to ci niespodzianka. Naprawdę ciekawy z ciebie osobnik. – Oznajmia Harriet. – Pełen przeciwności. – Dodaje.
- To dobrze, czy źle? – Pyta, odstawiając pustą już filiżankę na stolik. Dziewczyna wzrusza ramionami. – To się okaże. – Mruczy. Przez pozostałą część spotkania rozmawiają na temat ulubionych książek. Lucas zasypuje ją informacjami na temat najbardziej cenionych przez niego autorów, takich jak, Edgar Alan Poe, H.P Lovecraft, J. R. R Tolkien, czy też współczesnych pisarzy, do których należy Stephen King i Camilla Läckberg. W końcu słońce zaczyna zachodzić, a kolejna filiżanka ciepłego napoju zostaje opróżniona.
- Nie wiem, kiedy zrobiło się tak późno. – Przyznaje Lucas, przeciągając się nieco. – Chyba czas się zbierać. – Mówi, wstając z miejsca. – Pójdę zapłacić za resztę kaw. – Proponuje. – Trochę… Trochę ich zeszło. – Śmieje się. Dziewczyna patrzy na niego, unosząc lekko kąciki ust.
- Nie da się ukryć. – Mruczy, podnosząc się z wygodnego krzesła. Podchodzi z nim do lady i pomimo jej nalegań, mężczyzna oznajmia, że on za wszystko zapłaci. Wychodzą powoli z budynku. Mroźny wiatr owiewa ich ciała. Brunet owija nieco mocniej szyję szalem.
– Naprawdę miło się rozmawiało. – Przyznaje Harriet, zerkając na mężczyznę.
- Mnie również. – Odpowiada Lucas, uśmiechając się do niej przyjaźnie. – Cieszę się, że udało nam się spotkać. – Dodaje. – Mam nadzieję, że niedługo znowu będziemy mieli okazję porozmawiać. Jeśli mogę spytać, daleko stąd mieszkasz? - Pyta po chwili. - Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę cię, chociaż kawałek odprowadzić. - Proponuje.
Harriet?
4.07.2019
Od Lucasa CD Phoebe
Mimo iż większość ludzi nie jest zbyt pozytywnie nastawiona do zimy, to Lucas z pewnością nie należał do tej właśnie części społeczeństwa. Zasypane chodniki, pokryte śniegiem dachy domów i samochodów, temperatura sięgająca poniżej zera. Wszystkie te przymioty musiały zostać spełnione, by mężczyzna mógł uznać, że jest to właśnie ta przepiękna pora roku. Minusem był jednak fakt, że był zmuszony odstawić swój motor do garażu, a sam musiał przemieszczać się pieszo. Droga do pracy na szczęście nie była zbyt długa, ale gdy musiał pokonać większe odległości, stawało się to uciążliwe. Wielokrotnie myślał nad kupnem auta, szczególnie w dni, gdy był zbyt zmęczony, by wracać pieszo do domu, a wyjątkowo niska temperatura, sprawiała, że prawie zamarzał. Jednak za każdym razem kończyło się to na rozmyślaniach, głównie dlatego, że nie chciał wydawać niepotrzebnie pieniędzy na kolejny pojazd. Szczególnie że wiązało się to z kolejnymi kosztami. Wypłata Lucasa, była dość duża, o czym mogło świadczyć osiedle, na jakim pomieszkuje, jednak nie był skłonny do trwonienia pieniędzy na niepotrzebne mu rzeczy. Cóż… No może poza kupnem kilku nowych książek… Czy też nowych płyt z filmami, ale każdy ma jakieś słabości. Mówiąc o słabościach... Po chwili dało się słyszeć ciche burczenie w brzuchu mężczyzny. Westchnął cicho na myśl, że niestety, zanim będzie mógł cokolwiek zjeść, musi najpierw sam sobie przygotować posiłek. Jednak od czego jest telefon. Jak tylko dostanie się do domu, zadzwoni do swojej ulubionej chińskiej restauracji i jak zawsze zamówi smażony ryż z kurczakiem i warzywami. Na samą myśl od razu zrobiło mu się cieplej. Zanim zupełnie pogrążył się w rozmyślaniach na temat kolacji, jego uwagę przykuł leżący w oddali przedmiot. Mężczyzna powolnym krokiem zbliżył się do jak się, okazało porzuconego egzemplarza powieści Charles’a Dickensa. Podniósł z ziemi książkę i rozejrzał się dookoła z nadzieją, że może uda mu się znaleźć właściciela „Opowieści o dwóch miastach”. W tym samym momencie lampa uliczna, znajdująca się niedaleko niego zaczyna to zapalać się to gasnąć, aż w końcu na dobre postanawia definitywnie pozbawić przechodniów źródła światła. Zanim to nastąpiło, udaje mu się wypatrzyć, postać, jak się domyślał dziewczyny, która wyglądała na dość zagubioną. Bez namysłu podszedł do tajemniczej nieznajomej.
- Przepraszam. Upuściłaś coś. – Mówi. Dziewczyna odwraca się gwałtownie w jego stronę i nieco wystraszonym wzrokiem, patrzy w jego stronę. W odpowiedzi słychać stłumione przez szalik „Słucham?”. Lucas nieco zmieszany, będąc coraz mniej pewny, czy ów przedmiot należał do niej, w końcu pokazał jej okładkę. Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz ulgi.
- Dziękuję. To moja ulubiona książka. – Odpowiedziała, odbierając od niego swoją zgubę. Przez chwilę zapadła niezręczna cisza. W końcu nieznajoma postanowiła odezwać się jako pierwsza.
- Przepraszam, ale nie wiesz może gdzie jesteśmy? – Pyta, patrząc na niego wyczekująco.
- Całkiem niedaleko głównej drogi. – Przyznaje. – A dokładnie może jakieś dziesięć minut od centrum. – Dodaje. – Zgubiłaś się? – Pyta po chwili. Dziewczyna odwraca wzrok nieco zażenowana. Sprawia wrażenie, jakby nie był to pierwszy raz.
- Gdzie mieszkasz? – Pyta. Nieznajoma spogląda na niego podejrzanie, ale po rozważeniu wszelkich za i przeciw w końcu podaje mu adres Akademii.
– Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę cię tam odprowadzić, to trochę daleko stąd. – Przyznaje. - Spokojnie, nie mam zamiaru ci nic zrobić. – Dodaje szybko, gdy ta patrząc na niego nieufnie. – Jestem policjantem, więc to mój obowiązek zadbać o bezpieczeństwo innych. – Tłumaczy, uśmiechając się przyjaźnie. – Więc jeśli nie masz nic przeciwko z chęcią pomogę. – Oznajmia. – Ale decyzja należy do ciebie.
- Przepraszam. Upuściłaś coś. – Mówi. Dziewczyna odwraca się gwałtownie w jego stronę i nieco wystraszonym wzrokiem, patrzy w jego stronę. W odpowiedzi słychać stłumione przez szalik „Słucham?”. Lucas nieco zmieszany, będąc coraz mniej pewny, czy ów przedmiot należał do niej, w końcu pokazał jej okładkę. Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz ulgi.
- Dziękuję. To moja ulubiona książka. – Odpowiedziała, odbierając od niego swoją zgubę. Przez chwilę zapadła niezręczna cisza. W końcu nieznajoma postanowiła odezwać się jako pierwsza.
- Przepraszam, ale nie wiesz może gdzie jesteśmy? – Pyta, patrząc na niego wyczekująco.
- Całkiem niedaleko głównej drogi. – Przyznaje. – A dokładnie może jakieś dziesięć minut od centrum. – Dodaje. – Zgubiłaś się? – Pyta po chwili. Dziewczyna odwraca wzrok nieco zażenowana. Sprawia wrażenie, jakby nie był to pierwszy raz.
- Gdzie mieszkasz? – Pyta. Nieznajoma spogląda na niego podejrzanie, ale po rozważeniu wszelkich za i przeciw w końcu podaje mu adres Akademii.
– Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę cię tam odprowadzić, to trochę daleko stąd. – Przyznaje. - Spokojnie, nie mam zamiaru ci nic zrobić. – Dodaje szybko, gdy ta patrząc na niego nieufnie. – Jestem policjantem, więc to mój obowiązek zadbać o bezpieczeństwo innych. – Tłumaczy, uśmiechając się przyjaźnie. – Więc jeśli nie masz nic przeciwko z chęcią pomogę. – Oznajmia. – Ale decyzja należy do ciebie.
Phoebe?
3.07.2019
OD Lucasa CD Harriet
Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Strzały padały w ich stronę. Lucas szybko schował się za ciężarówką, odpowiadając na atak ogniem, unieszkodliwiając kilku wrogów. Było ich jednak zbyt wielu, by nawet cała jednostka dała sobie radę. Jednak po chwili pierwsi napastnicy w zaczęli padać na ziemię, dzięki jak domyślał się mężczyzna, pomocy Harriet.
- Natychmiastowy odwrót! – Oznajmia dowódca całej akcji, mówiąc przez radio.
- Co z Shepherd? – Pyta od razu.
- Ona sobie poradzi. A teraz do wozów i uciekać. – Mówi i rozłącza się. Lucas waha się przez chwilę, jednak zdając sobie sprawę, że nie może teraz pozwolić sobie na ani chwilę zwątpienia, w końcu wsiada do auta i czym prędzej odjeżdża razem z pozostałymi. Po chwili w radiu rozbrzmiewa głos kierującego akcją, oznajmiając że wszyscy są cali i zdrowi. Fletcher oddycha z ulgą, skupiając się na drodze. Nagle z bagażnika dobiega dźwięk przesuwanych skrzyni i cichy jęk. Domyślając się co może być tajemnicze źródłem hałasu, nie zdziwił się, gdy obok niego pojawiła się Harriet. Po zapewnieniu jej, że wszystkim udało się uciec bez szwanku, resztę drogę pokonują w cisz, zbyt zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami i zbyt skupieni na drodze, by wdawać się w rozmowy. W końcu bezpiecznie dojeżdżają do siedziby Sopp. Lucas parkuje na miejscu do rozładunku i czeka aż wszystko zostanie bezpiecznie przeniesione. Powolnym krokiem zmierza w stronę szatni i przebiera się w cywilne ubrania. Po chwili zauważa kierującą się w jego stronę dziewczynę.
- Nigdy tego nie mówiłam, ale dobrze mi się z Tobą współpracowało — powiedziała, patrząc w jego stronę. — Do zobaczenia — Pożegnała się i pewnym krokiem, udała w stronę wyjścia.
- Mnie również. – Odpowiada, zanim ta wychodzi. – Oby to nie był ostatni raz. – Dodaje, gdy ta odwraca się do niego. – Do zobaczenia. – mówi z lekkim uśmiechem, na co ta odpowiada ledwo zauważalnym uniesieniem kącika ust i opuszcza szatnię. Mężczyzna idzie za jej przykładem i gdy tylko kończy pakować resztę rzeczy do szafki, wychodzi z budynku, kierując się w stronę swojego pojazdu. Z piskiem opon rusza spod komendy i w kilkanaście minut dociera do swojego mieszkania, gdzie czeka na niego z utęsknieniem Luna. Mężczyzna wita się z nią wylewnie, drapiąc ją za uszkiem i bawiąc się z psiakiem jej ulubioną zabawką. Będąc w wyjątkowo dobrym humorze, postanawia ugotować coś na obiad samemu.
- Co tak patrzysz mordko? Zaraz tobie też coś dam. – Zapewnia, zerkając na siedzącego przed kuchnią psa. Ta macha wesoło ogonem, patrząc na niego wyczekująco. Lucas wsypuje do miski suczki jej ulubioną karmę i po chwili słychać głośne chrupanie, gdy ta zaczyna wcinać posiłek. Mężczyzna uśmiecha się lekko pod nosem i zabiera się do gotowania obiadu. Wyciąga niezbędne mu produkty z lodówki i niedługo później w całym mieszkaniu czuć zapach pieczonego kurczaka z warzywami. Szczeniak skuszony zapachem podchodzi do piekarnika, patrząc jak za szybą piecze się zapiekanka.
- Wybacz żarłoku, ale to nie dla ciebie – Mówi. Luna zerka na niego i skomle cicho. – No może… Trochę się z tobą podzielę. – Oznajmia, gładząc jej łeb. Kilka minut później danie jest gotowe. Mężczyzna wyciąga gorący posiłek z piekarnika i po podzieleniu się z pupilem, sam zabiera się do jedzenia.
Wieczór jak zawsze spędza na oglądaniu jakiegoś filmu. Tym razem padło na kino z dreszczykiem i klasyk tego gatunku, a mianowicie „Lśnienie”. Mężczyzna z zapartym tchem obserwuje uwaznie fabułę horroru. Z lekkim usmiechem wpatruje się w ekran, gdy zbliża się jego ulubiona scena. Jack Torrance zamaszystymi ruchami siekiery niszczy drzwi łazienki, przy akompaniamencie krzyków swojej żony. W salonie rozbrzmiewa psychopatyczny głos głównego bohatera, gdy ten wykrzykuje jakże dobrze znane w popkulturze sławne zdanie "Here's Johnny!". Dalszy rozwój wydarzeń, przerywa głośny dzwonek telefonu Lucasa. Mężczyzna z bólem w sercu wyłącza telewizor i podnosi niewdzięczne urządzenie. Zerka na wyświetlacz, modląc się by nie był to dowódca Sopp. Jego twarz rozświetla szeroki uśmiech, gdy zauważa kto jest odpowiedzialny, za przerwanie mu seansu. Bez wahania odbiera połączenie.
- Lu! No w końcu. - Woła jego siostra. - Myślałam, że znowu jesteś zajęty. - Mówi.
- Droga sis, dla ciebie zawsze znajdę czas. - Oznajmia mężczyzna. - Jak rozumiem steskniłaś się? - Pyta, gładzac delikatnie łepek Luny. Alice prycha cicho.
- Co? Ja? W życiu... No może troszkę. - Przyznaje w końcu. - Już długo cię nie było w domu. - zauważa.
- Wiesz przecież, że mam dużo pracy. Muszę być cały czas pod telefonem. - Mówi, mając wrażenie, że powtarza to już setny raz. - Naprawdę chciałbym przyjechać, ale nie mam kiedy. Dziewczyna milknie na chwilę, w końcu w słuchawce rozbrzmiewa ciche westchnięcie.
- Wiem przecież... Ale! Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że przyjeżdżam na ferie? - Upewnia się.
- Eeee...
- Lu! - Woła oburzona. Mężczyzna śmieje się cicho.
- Oczywiście, że nie zapomniałem. - Zapewnia.
- Masz szczęście. - Burczy. - W ramach zadośćuczynienia chcę lasagne na obiad.
- Masz to jak w banku. - Mówi, uśmiechając się lekko. - W ogóle nie powinnaś iść już spać? - Pyta.
- Jest dopiero 22 głupolu. Z resztą jutro sobota. - Zauważa. - W ogóle koniecznie muszę Ci powiedzieć o tym, co zrobiła dzisiaj Amanda, no wredna...
- Język Alice, nie przeklina. - Karci ją.
- Przecież nic nie powiedziałam... Jeszcze. - Dodaje cicho. - W każdym razie... - Zaczyna I opowiada mj jak to jej największy szkolny wróg ukradł jej rolę w przedstawieniu. Przez następną godzinę rozmawiają na temat szkoły Alice i tego co dzieje się w domu. W końcu mężczyzna żegna się z siostrą i rozłącza z cichym westchnieciem.
- No co tak patrzysz na mnie mała? - Mruczy do psa, gładzac jego grzbiet. - Wiem... Powinienem tam jechać... - mamrocze, przecierając powieki. Włącza po chwili film i ogląda końcówkę filmu, jednak tym razem nie jest w stanie skupić się na przebiegu akcji. Po seansie zarówno on jak Luna udają się na spoczynek. Czteronożny przyjaciel Lucasa tupta za nim i kładzie się obok swojego Pana na łóżku. Mężczyzna przewraca się z boku na bok, po godzinie udaje mu się w końcu zasnąć.
- Natychmiastowy odwrót! – Oznajmia dowódca całej akcji, mówiąc przez radio.
- Co z Shepherd? – Pyta od razu.
- Ona sobie poradzi. A teraz do wozów i uciekać. – Mówi i rozłącza się. Lucas waha się przez chwilę, jednak zdając sobie sprawę, że nie może teraz pozwolić sobie na ani chwilę zwątpienia, w końcu wsiada do auta i czym prędzej odjeżdża razem z pozostałymi. Po chwili w radiu rozbrzmiewa głos kierującego akcją, oznajmiając że wszyscy są cali i zdrowi. Fletcher oddycha z ulgą, skupiając się na drodze. Nagle z bagażnika dobiega dźwięk przesuwanych skrzyni i cichy jęk. Domyślając się co może być tajemnicze źródłem hałasu, nie zdziwił się, gdy obok niego pojawiła się Harriet. Po zapewnieniu jej, że wszystkim udało się uciec bez szwanku, resztę drogę pokonują w cisz, zbyt zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami i zbyt skupieni na drodze, by wdawać się w rozmowy. W końcu bezpiecznie dojeżdżają do siedziby Sopp. Lucas parkuje na miejscu do rozładunku i czeka aż wszystko zostanie bezpiecznie przeniesione. Powolnym krokiem zmierza w stronę szatni i przebiera się w cywilne ubrania. Po chwili zauważa kierującą się w jego stronę dziewczynę.
- Nigdy tego nie mówiłam, ale dobrze mi się z Tobą współpracowało — powiedziała, patrząc w jego stronę. — Do zobaczenia — Pożegnała się i pewnym krokiem, udała w stronę wyjścia.
- Mnie również. – Odpowiada, zanim ta wychodzi. – Oby to nie był ostatni raz. – Dodaje, gdy ta odwraca się do niego. – Do zobaczenia. – mówi z lekkim uśmiechem, na co ta odpowiada ledwo zauważalnym uniesieniem kącika ust i opuszcza szatnię. Mężczyzna idzie za jej przykładem i gdy tylko kończy pakować resztę rzeczy do szafki, wychodzi z budynku, kierując się w stronę swojego pojazdu. Z piskiem opon rusza spod komendy i w kilkanaście minut dociera do swojego mieszkania, gdzie czeka na niego z utęsknieniem Luna. Mężczyzna wita się z nią wylewnie, drapiąc ją za uszkiem i bawiąc się z psiakiem jej ulubioną zabawką. Będąc w wyjątkowo dobrym humorze, postanawia ugotować coś na obiad samemu.
- Co tak patrzysz mordko? Zaraz tobie też coś dam. – Zapewnia, zerkając na siedzącego przed kuchnią psa. Ta macha wesoło ogonem, patrząc na niego wyczekująco. Lucas wsypuje do miski suczki jej ulubioną karmę i po chwili słychać głośne chrupanie, gdy ta zaczyna wcinać posiłek. Mężczyzna uśmiecha się lekko pod nosem i zabiera się do gotowania obiadu. Wyciąga niezbędne mu produkty z lodówki i niedługo później w całym mieszkaniu czuć zapach pieczonego kurczaka z warzywami. Szczeniak skuszony zapachem podchodzi do piekarnika, patrząc jak za szybą piecze się zapiekanka.
- Wybacz żarłoku, ale to nie dla ciebie – Mówi. Luna zerka na niego i skomle cicho. – No może… Trochę się z tobą podzielę. – Oznajmia, gładząc jej łeb. Kilka minut później danie jest gotowe. Mężczyzna wyciąga gorący posiłek z piekarnika i po podzieleniu się z pupilem, sam zabiera się do jedzenia.
Wieczór jak zawsze spędza na oglądaniu jakiegoś filmu. Tym razem padło na kino z dreszczykiem i klasyk tego gatunku, a mianowicie „Lśnienie”. Mężczyzna z zapartym tchem obserwuje uwaznie fabułę horroru. Z lekkim usmiechem wpatruje się w ekran, gdy zbliża się jego ulubiona scena. Jack Torrance zamaszystymi ruchami siekiery niszczy drzwi łazienki, przy akompaniamencie krzyków swojej żony. W salonie rozbrzmiewa psychopatyczny głos głównego bohatera, gdy ten wykrzykuje jakże dobrze znane w popkulturze sławne zdanie "Here's Johnny!". Dalszy rozwój wydarzeń, przerywa głośny dzwonek telefonu Lucasa. Mężczyzna z bólem w sercu wyłącza telewizor i podnosi niewdzięczne urządzenie. Zerka na wyświetlacz, modląc się by nie był to dowódca Sopp. Jego twarz rozświetla szeroki uśmiech, gdy zauważa kto jest odpowiedzialny, za przerwanie mu seansu. Bez wahania odbiera połączenie.
- Lu! No w końcu. - Woła jego siostra. - Myślałam, że znowu jesteś zajęty. - Mówi.
- Droga sis, dla ciebie zawsze znajdę czas. - Oznajmia mężczyzna. - Jak rozumiem steskniłaś się? - Pyta, gładzac delikatnie łepek Luny. Alice prycha cicho.
- Co? Ja? W życiu... No może troszkę. - Przyznaje w końcu. - Już długo cię nie było w domu. - zauważa.
- Wiesz przecież, że mam dużo pracy. Muszę być cały czas pod telefonem. - Mówi, mając wrażenie, że powtarza to już setny raz. - Naprawdę chciałbym przyjechać, ale nie mam kiedy. Dziewczyna milknie na chwilę, w końcu w słuchawce rozbrzmiewa ciche westchnięcie.
- Wiem przecież... Ale! Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że przyjeżdżam na ferie? - Upewnia się.
- Eeee...
- Lu! - Woła oburzona. Mężczyzna śmieje się cicho.
- Oczywiście, że nie zapomniałem. - Zapewnia.
- Masz szczęście. - Burczy. - W ramach zadośćuczynienia chcę lasagne na obiad.
- Masz to jak w banku. - Mówi, uśmiechając się lekko. - W ogóle nie powinnaś iść już spać? - Pyta.
- Jest dopiero 22 głupolu. Z resztą jutro sobota. - Zauważa. - W ogóle koniecznie muszę Ci powiedzieć o tym, co zrobiła dzisiaj Amanda, no wredna...
- Język Alice, nie przeklina. - Karci ją.
- Przecież nic nie powiedziałam... Jeszcze. - Dodaje cicho. - W każdym razie... - Zaczyna I opowiada mj jak to jej największy szkolny wróg ukradł jej rolę w przedstawieniu. Przez następną godzinę rozmawiają na temat szkoły Alice i tego co dzieje się w domu. W końcu mężczyzna żegna się z siostrą i rozłącza z cichym westchnieciem.
- No co tak patrzysz na mnie mała? - Mruczy do psa, gładzac jego grzbiet. - Wiem... Powinienem tam jechać... - mamrocze, przecierając powieki. Włącza po chwili film i ogląda końcówkę filmu, jednak tym razem nie jest w stanie skupić się na przebiegu akcji. Po seansie zarówno on jak Luna udają się na spoczynek. Czteronożny przyjaciel Lucasa tupta za nim i kładzie się obok swojego Pana na łóżku. Mężczyzna przewraca się z boku na bok, po godzinie udaje mu się w końcu zasnąć.
Jako iż następny dzień jest wolny, Fletcher z ulgą może wytchnąć od pracy i połowę dnia spędza na sprzątaniu, a resztę czasu do wieczora, postanawia wykorzystać na spacer po mieście. Ubiera się ciepło, owijając mocno grubym szalem wokół szyi.
- Zostań. Niedługo wrócę. – Obiecuje, patrząc na zwierzaka. – Bądź grzeczna mordko. – Prosi, gładząc jej łeb. Ta szczeka cicho i wraca na swoje legowisko. Lucas powoli opuszcza mieszkanie i zmierza w stronę centrum miasta. Na chodnikach leżą całkiem pokaźne warstwy śniegu. Ogródki pobliskich działek ozdabiają ulepione przez dzieci bałwany, a sami budowniczowie jeżdżą na sankach, czy też uczestniczą w bitwie na śnieżki. Mężczyzna z lekkim uśmiechem przygląda się całemu krajobrazowi, który powoli zaczyna się zmieniać, wraz ze zbliżaniem się do centrum. Zimne płatki śniegu powoli zaczynają spadać z nieba, tworząc kolejną warstwę białego puchu na chodnikach. Mija kolejne sklepy i restauracje, aż w końcu skuszony słodkim zapachem ciast i kawy, postanawia zajrzeć do pobliskiej kawiarni. Gdy tylko sięga do klamki, obok jego dłoni pojawia się mniejsza i bledsza ręką. Unosi wzrok i ku jego zdziwieniu rozpoznaje swoją niedawną towarzyszkę pracy.
- Cóż za zbieg okoliczności – Śmieje się. – Miło cię znowu widzieć. – Przyznaje. – Jak przypuszczam ty również masz zamiar skorzystać z możliwości wypicia kawy? – Pyta, otwierając przed nią drzwi. Ta dziękuje mu skinięciem głowy i wchodzi do ciepłego pomieszczenia.
- W taką pogodę kawa to z pewnością coś, czego nie można sobie odmówić. – Oznajmia.
- W takim razie jeśli nie będzie przeszkadzać ci moje towarzystwo, mogę przyłączyć się? – Pyta, podchodząc z nią do lady.
- Nie mam nic przeciwko. – Zapewnia dziewczyna, unosząc lekko kąciki ust.
- W takim razie ja stawiam. – Oznajmia. – A ty w zamian opowiesz mi coś o sobie. – Proponuje. Harriet zamyśla się na chwilę, ale w końcu potakuje.
- Przyjmuję propozycję. – Odpowiada i razem składają zamówienie. Mężczyzna płaci za oboje i udają się do jednego ze stolików. Po chwili kelnerka przynosi im ich napoje i pozostawia samych, by mogli cieszyć się gorącą kawą.
- Pierwsza część umowy spełniona, teraz twoja kolej. – Mówi do dziewczyny, uśmiechając się lekko i z wyczekiwaniem, przygląda się swojej towarzyszce.
- Zostań. Niedługo wrócę. – Obiecuje, patrząc na zwierzaka. – Bądź grzeczna mordko. – Prosi, gładząc jej łeb. Ta szczeka cicho i wraca na swoje legowisko. Lucas powoli opuszcza mieszkanie i zmierza w stronę centrum miasta. Na chodnikach leżą całkiem pokaźne warstwy śniegu. Ogródki pobliskich działek ozdabiają ulepione przez dzieci bałwany, a sami budowniczowie jeżdżą na sankach, czy też uczestniczą w bitwie na śnieżki. Mężczyzna z lekkim uśmiechem przygląda się całemu krajobrazowi, który powoli zaczyna się zmieniać, wraz ze zbliżaniem się do centrum. Zimne płatki śniegu powoli zaczynają spadać z nieba, tworząc kolejną warstwę białego puchu na chodnikach. Mija kolejne sklepy i restauracje, aż w końcu skuszony słodkim zapachem ciast i kawy, postanawia zajrzeć do pobliskiej kawiarni. Gdy tylko sięga do klamki, obok jego dłoni pojawia się mniejsza i bledsza ręką. Unosi wzrok i ku jego zdziwieniu rozpoznaje swoją niedawną towarzyszkę pracy.
- Cóż za zbieg okoliczności – Śmieje się. – Miło cię znowu widzieć. – Przyznaje. – Jak przypuszczam ty również masz zamiar skorzystać z możliwości wypicia kawy? – Pyta, otwierając przed nią drzwi. Ta dziękuje mu skinięciem głowy i wchodzi do ciepłego pomieszczenia.
- W taką pogodę kawa to z pewnością coś, czego nie można sobie odmówić. – Oznajmia.
- W takim razie jeśli nie będzie przeszkadzać ci moje towarzystwo, mogę przyłączyć się? – Pyta, podchodząc z nią do lady.
- Nie mam nic przeciwko. – Zapewnia dziewczyna, unosząc lekko kąciki ust.
- W takim razie ja stawiam. – Oznajmia. – A ty w zamian opowiesz mi coś o sobie. – Proponuje. Harriet zamyśla się na chwilę, ale w końcu potakuje.
- Przyjmuję propozycję. – Odpowiada i razem składają zamówienie. Mężczyzna płaci za oboje i udają się do jednego ze stolików. Po chwili kelnerka przynosi im ich napoje i pozostawia samych, by mogli cieszyć się gorącą kawą.
- Pierwsza część umowy spełniona, teraz twoja kolej. – Mówi do dziewczyny, uśmiechając się lekko i z wyczekiwaniem, przygląda się swojej towarzyszce.
Harriet?
Subskrybuj:
Posty (Atom)