Przez resztę nocy nie mógł spać. Sam widok kobiety sprawił, że w jego głowie zaczęły kłębić się tysiące myśli. Fakt, że żyła był dla niego nie do pojęcia. Chciał zadać jej tak wiele pytań. Nadal miał wątpliwości, czy to wszystko nie było jedynie wytworem jego wyobraźni. Leki, które mu podawali, były przecież dość silne, to też nie mógł wykluczyć, że mogłyby wywołać halucynacje. Wzrokiem powędrował w stronę miejsca, które nie tak dawno zajmowała jasnowłosa. Tak z pozoru nic nieznaczący szczegół, jak przesunięty skrawek pościeli utwierdził go w przekonaniu, że to nie mogła być pomyłka. Świadczył jednoznacznie o niedawnej obecności niespodziewanego gościa. Gdyby nie pielęgniarka robiąca obchód, może udałoby mu się dowiedzieć czegoś więcej. Miał tylko nadzieję, że Harriet nie zostawi go bez żadnych wyjaśnień. „Dowiesz się w swoim czasie” – Co to w ogóle miało znaczyć?. Miał nadzieję, że szybko nadejdzie ten odpowiedni czas. Jednak ważniejsze od wszelkich objaśnień było to, że kobieta była cała i zdrowa. Gdy wreszcie zmorzył go sen, słońce powoli zaczęło wschodzić, oświetlając słabymi promieniami jego niewielki szpitalny pokój. Przez kilka następnych dni, przez salę przewinęło się sporo ludzi. Prócz rodziny, odwiedzili go także przyjaciele z pracy, a nawet sąsiadka. Jedynej osoby, której się jednak nie spodziewał, był jego szef. Gdy mężczyzna pojawił się w drzwiach, Lucas poczuł nie tylko zaskoczenie, ale także złość. Widząc twarz Jamesa, uświadomił sobie, jak bardzo był na niego wściekły. Bez problemu udało im się odnaleźć jego i Harriet. Szpiedzy z pewnością musieli, podobnie jak oni, posiadać takie same nadajniki. A jednak nikt nie pofatygował się, aby pomóc ich poprzednikom.
- Dobrze widzieć, że wracasz do siebie. – Zaczął mężczyzna, podchodząc bliżej do jego łóżka. Nie usiadł na krześle. Zapewne nie chciał zabawić tu długo. Lucas nadal milczał. – Przykro mi z powodu tego, co się stało. Naprawdę nie sądziliśmy, że wszystko tak się skończy. – Próbował się tłumaczyć. Chrząknął cicho, gdy funkcjonariusz nadal nie odezwał się ani słowem. – Pokryjemy wszystkie środki leczenia i oczywiście…
- Pokryj lepiej koszty pogrzebów tych mężczyzn, którzy nie mieli tyle szczęścia. – Oznajmił chłodno. – Mieliście możliwość uratowania ich. – Zauważył. – Więc dlaczego tego nie zrobiliście. - James patrzył na niego w milczeniu, widocznie myśląc, że cisza to lepsza odpowiedź. – Nie masz nic do powiedzenia? – Zapytał po dłuższej chwili.
- Sądziliśmy, że wasza dwójka sobie poradzi z tym zadaniem. Zbagatelizowaliśmy sprawę. – Przyznał niechętnie.
- Zbagatelizowaliśmy… - Prychnął cicho, nie potrafiąc znaleźć słów, by wyrazić swoją złość. Zaniedbanie ze strony kapitana mogło kosztować go życie, nie wspominając o tym, że gdyby jasnowłosa była człowiekiem, już z pewnością leżałaby w grobie martwa.
- Wynagrodzimy Ci to, co się stało. – Obiecał mężczyzna, jednak Lucas przestał już go słuchać.
- Cieszę się, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością, a teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym odpocząć. – Przerwał mu brunet. James wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę. Jednak ostatecznie, wiedząc, że dalsza rozmowa nie ma sensu, opuścił pokój, zostawiając go samego. Rozmowa w tych okolicznościach była bezcelowa. Przeprosiny i zapewniania, że za wszystko zapłacą, miało go zapewne udobruchać. Na niewiele się to zdało. Nie był gotowy na dyskusje z mężczyzną. W pewnym stopniu winił samego siebie. Gdyby tylko zadział szybciej, domyślił się, że to pułapka. Może wszystko skończyłoby się inaczej. Kilka minut później do pokoju wpadła Alice, w ostatniej chwili powstrzymując się od rzucenia na niego. Jej widok od razu uspokoił skołatane nerwy mężczyzny. Uśmiechnął się do niej lekko.
- Nie krępuj się. Chodź tu. – Mruknął, robiąc jej miejsce na łóżku. Dziewczynka, pozbywając się wcześniejszych wątpliwości, z szerokim uśmiechem wskoczyła na łóżko i objęła go mocno drobnymi ramionami, wtulając w pierś brata. Oboje byli do siebie bardzo przywiązani. Jego siostra wyjątkowo przeżywała wszystkie te wydarzenia i fakt, że leżał w szpitalu. Praktycznie każdego dnia odwiedzała Lucasa, a jej buzia nie potrafiła się zamknąć, gdy tylko zaczynała rozmawiać. Mężczyzna za każdym razem, gdy ją widział, czuł, jakby to właśnie jej śmiech sprawiał, że czuje się lepiej. Cieszył się, że może spędzić z nią więcej czasu, żałował jedynie, że w takich okolicznościach.
- Nadal Cię boli? – Zapytała cicho, podnosząc na niego wzrok. Jej duże zielone oczy, przyglądały mu się uważnie w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Prawie w ogóle. Czuję się dobrze. – Zapewnił. - Niedługo na pewno w końcu mnie stąd wypuszczą. Już nie mogę wysiedzieć na miejscu. – Oznajmił z cichym westchnięciem, na co dziewczynka się zaśmiała.
- Musisz tu jeszcze być. Dopóki nie będziesz już zuuupełnie zdrowy. – Odpowiedziała. - Cieszę się, że… nic ci nie jest. Martwiliśmy się strasznie – Oznajmiła cicho, podciągając nosem.
- Nie chciałem, żebyście się martwili. – Zapewnił, całując czubek jej głowy. – Teraz będzie tylko lepiej.
- Już nigdy więcej tak nie rób. – Burknęła, nadymając uroczo policzki. – Nie chcę, żeby znowu stała Ci się krzywda. – Szepnęła, podnosząc się nieco. - Obiecaj, że już więcej nie dasz, się skrzywdzisz, okay? – Mruknęła, wyciągając w jego stronę mały paluszek. Mężczyzna uścisnął go z lekkim uśmiechem.
- Obiecuję. – Zapewnił, na co Alice odetchnęła z ulgą. Usadowiła się wygodniej na łóżku i zaczęła streszczać wydarzenia z poprzedniego dnia i poranka, skupiając się głównie na Lunie. Minęła prawie godzina, nim jego rodzice przyjechali odebrać małą. Po krótkiej rozmowie odbytej z nimi cała trójka zebrała się do wyjścia, przyrzekając, że następnego dnia znowu przyjadą. Nie musieli obiecać, żeby wiedział, że przyjadą. Jeśli nie cała rodzina, to przynajmniej jedna osoba, przychodziła, by upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Sami musieli być wykończeni, ale mimo to nie dawali za wygraną i przyjeżdżali. Martwił się, tym, że tak wiele czasu tu przebywają, a przecież sami mieli pracę i inne obowiązki. Nie chciał być dla nich ciężarem, mimo to czuł, że jedynie niepotrzebnie zawracają sobie nim głowę. Zanim pogrążył się w dalszych rozmyślaniach, do pomieszczenia weszła Harriet. Oczywiście nie kłopotała się z tradycyjnymi możliwościami dostania się do sali. Kobieta bez skrępowania wdarła się do środka przez balkon. Brunet nie mógł powstrzymać uśmiechu, wkradającego się na jego usta. Powitał się z nią uprzejmie i po wysłuchaniu dalszych tłumaczeń ze strony wampira, stwierdził, że tak naprawdę wie jeszcze mniej niż na początku. Nie chciał być namolny, jednak jego naturalna ciekawość nie dawała mu spokoju. Na razie jednak postanowił, powstrzymać się od dalszych pytań.
- Oprócz spania, oglądania telewizji i czytania, nie robię nic więcej. – Westchnął cicho. – A co do pielęgniarek to żadna nie jest w moim typie, jeśli o to pytasz. – Powiedział. – Tak więc nie mam tu żadnych rozrywek. – Dodał.
- Wielka szkoda. W takim razie czas z pewnością musi Ci się tutaj potwornie dłużyć.
- Taa… Można tak powiedzieć. Ale przynajmniej raz na jakiś czas ktoś przychodzi. – Przyznał. – Czasami dość… niespodziewani goście. – Mruknął. Kobieta uniosła brew na te słowa, patrząc na niego wyczekująco.
- To znaczy? – Zapytała.
- Przyszedł do mnie szef. – Oznajmił po chwili.
- I czego chciała ta gnida? – Warknęła kobieta.
- Sądzę, że na razie chciał wybadać sytuację, a gdy uświadomił sobie, że raczej niezbyt pozytywnie podchodzę do tego, co się stało, spróbował mnie udobruchać pieniędzmi za leczenie.
- Jakby to miał wszystko odkręcić. – Prychnęła, krzyżując dłonie na piersi. – Posyła nas w paszcze potwora, a teraz oczekuje, że jakoś to będzie. Nie wiem, kto wam wybrał takiego szefa, ale to jakaś porażka. – Mruknęła. Mężczyzna z rozbawieniem przysłuchiwał się jej monologowi.
- Nie ma sensu się denerwować. – Powiedział w końcu. – Było minęło. Oboje jesteśmy cali i zdrowi. Najbardziej żal mi tych ludzi, którzy nie doczekali się pomocy. – Westchnął cicho.
- Z jego winy. – Zauważyła. – Powinni od razu przysłać oddział, a nie nas, do tego zupełnie nieprzygotowanych na taki syf.
- Czasu nie cofniemy i nic więcej z tym nie zrobimy. – Odpowiedział. Po chwili na korytarzu dało słyszeć się zbliżające kroki. – To pewnie lekarz robi obchód.
- W takim razie ja będę się już zbierać. – Oznajmiła jasnowłosa, wstając z krzesła.
- Wiesz, że lekarz nie gryzie? Możesz zostać. – Zapewnił.
- I tak już się zasiedziałam, przyjdę kiedy indziej.
- W takim razie może tym razem użyj drzwi, one też nie zrobią ci krzywdy. – Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie i powędrowała w stronę balkonu.
- Trzymaj się. – Pożegnała się z nim i zniknęła za szybą, akurat, gdy do środka wszedł wysoki mężczyzna z dość pokaźnym brzuchem, po którego bokach spływał biały materiał kitla. Poprawił okulary na nosie i przystąpił do badania bruneta.
- Wygląda na to, że wszystko zrasta się prawidłowo. Rany również w większości się zagoiły. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za jakieś trzy tygodnie może Pan wracać do domu. – Oznajmił Lekarz, ku uciesze Lucasa. Wygląda na to, że w końcu będzie mógł wrócić do przytulnego mieszkania i pozbyć się zapachu środków dezynfekujących z nozdrzy. Teraz tylko wystarczyło przeżyć niecały miesiąc i wszystko wróci do normy. Chociaż norma to pojęcie względne, a w głębi serca, czuł, że niedługo znowu coś się wydarzy.
Harriet?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harriet&Lucas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harriet&Lucas. Pokaż wszystkie posty
13.08.2019
23.07.2019
Od Harriet CD Lucasa
Jeszcze tego samego dnia, białowłosa postanowiła, że
odwiedzi swojego współpracownika w szpitalu, który ponoć leży tam od
samego zakończenia akcji. Nadal było jej szkoda mężczyzny, lecz nie
czuła żadnej większej więzi. Wolała być po prostu pewna, że żyje i ma
się lepiej, niż podczas tortur. Więc gdy tylko słońce zaszło, korytarze
spowiła ciemność, a ludzi było znacznie mniej, wampirzyca sprytnie
dostała się do sali, w której leży sam Lucas. Gdy na niego zerknęła,
poczuła lekki ucisk w klatce piersiowej, a widząc, że śpi, podeszła do
dużego okna i wpatrywała się w czyste niebo, będąc w połowie medytacji.
Gdy
brunet się obudził, nie dowierzał w to, co widzi i zaczął od razu od
pytań, na co jasnowłosa była przygotowana. Delikatnym ruchem przesunęła
krawędź kołdry w kierunku nóg mężczyzny, po czym usiadła na materacu,
zakładając nogę na nogę. Lekko się uśmiechnęła i poprawiła kosmyk swoich
włosów, zaciągając go za ucho.
— Dobrze
wiesz, że nie jest człowiekiem — zaczęła kobieta — Mogłeś też zauważyć,
że preferuję samotne misje, niż współpracę. Samej mogę bardziej skupić
się na swoich nadludzkich możliwościach, które lubią wychodzić spod
kontroli — dodała kończąc lekkim westchnięciem.
— Do rzeczy, Harr — mruknął zniecierpliwiony brunet.
—
Nie zmuszaj mnie do odpowiedzi — rzekła spokojnie — Myślę, że dowiesz
się w swoim czasie. Teraz.. teraz odpoczywaj — dodała szybko.
Nie
udzieliła konkretnej odpowiedzi, gdyż nie zdążyła, ponieważ dobrze
słyszała zbliżające się kroki. Gdy drzwi od sali żołnierza się
otworzyły, wampirzyca od razu zniknęła, a gdyby tego nie uczyniła,
mogłaby mieć niezłe problemy. Z dołu widziała, że światło w owym
pomieszczeniu było zapalone i długo nie chciało gasnąć, więc kobieta
odpuściła już dalszej rozmowy i udała się do swojego domu. Postanowiła
odwiedzić go w bardziej porannych godzinach, a jednocześnie dać mu
więcej czasu na wyzdrowienie, gdyż teraz może odebrać to źle lub nawet
obrać wampira za cel. W końcu ta rzuciła focha na całe Sopportare, lecz
znając życie, ci niedługo rzucą jej propozycję nie do odrzucenia.Przez następne cztery dni, kobieta skupiła się mocno na swoich treningach, głównie zdolności, choć większość z nich kontroluje, woli mieć je opanowane do perfekcji. Tak bardzo się na nich skupiła, że nie zauważyła swoich gości, którzy nagle pojawili się na tyłach domu. Blondynka oczywiście chciała zacząć z nimi rozmowę, lecz ci, w rosyjskim języku, zaczęli mówić coś między sobą. Ich twarze były skryte pod maskami, a ciało okryte ciemnymi ciuchami, przez co nie była do końca pewna, kto tam jest i czy aby na pewno są to ludzie. Gdy sięgnęła po rozproszenie ich, ci rozmyli się, niczym iluzja, co z lekka zirytowało kobietę. Obeszła cały dom oraz okolice, lecz nie ujrzała nic podejrzanego czy niebezpiecznego. Postanowiła więc zajechać do miasta, a przy okazji odwiedzić Lucasa, już tak legalniej, żeby nie robić jakiś zgrzytów pomiędzy personelem.
Gdy stanęła naprzeciwko wejścia do budynku i zauważyła tłumy ludzi, cicho westchnęła i podeszła pod okno bruneta, które na szczęście było otwarte. Skupiła się na obecnym tam balkonie i bezpiecznie wylądowało w owym miejscu, zaraz wchodząc do sali mężczyzny.
— Masz wyczucie czasu — rzuciła mężczyzna poprawiając się w siadzie.
— Wiem, wyćwiczone — lekko się zaśmiała — Ktoś był? — spytała, gdy wyczuła zapach młodej krwi.
— Rodzice z siostrą byli — odpowiedział zerkając na blondynkę.
— Siostra pewnie młodziutka.. — rzekła jakby sama do siebie. Tak, zapach dziewczynki znacznie podrażnił nos wąpierza, gdyż krew młodej osoby jest strasznie słodka, a krwiopijny mają do takiej słabość. — Widzę, że lepiej się czujesz — dodała siadając na krześle.
— Na pewno jest lepiej — powiedział z delikatnym uśmiechem — Może wrócimy do przerwanej nam rozmowy?
— Ah, no tak — westchnęła i wsłuchała się w otoczenie, czy aby na pewno nikt nie podsłuchuje — Więc.. pewnie Cię to nie zaskoczy, ale jestem wampirem po jednej poważnej mutacji — powiedziała, choć z trudem — Wampira nie może zabić ludzka głupota, dla tego przetrwałam tortury.. — dodała wyjaśniając i cicho odetchnęła.
— A co może zabić? — spytał nie odrywając wzroku od kobiety.
— Gdybym Ci powiedziała, to tak jakbym dała Ci broń i pozwoliła strzelić w moją głowę — rzekła z naturalnym spokojem — Kodeks zabrania mi mówić więcej na ten temat — dodała, gdy poczuła piekący ból na nadgarstku. — Powiedz lepiej, jak mijając Ci dni tutaj? Spotkałeś już jakąś ładną pielęgniarkę? — zarzuciła zmianą tematu i oparła się wygodniej o oparcie.
Lucas?
21.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Ostatni dwa tygodnie pamiętał jak przez mgłę. Wiedział, że przeżył. Gdyby było inaczej, nie czułby tego przejmującego bólu, który ogarniał całe jego ciało. Na nowo budził się i tracił przytomność, pogrążając się w zupełnej ciemności. Wydawało mu się, że słyszał jakieś głosy, ale równie dobrze mogła być to jego wyobraźnia. Gdy po raz pierwszy odzyskał świadomość, zobaczył siedzących obok niego rodziców oraz młodszą siostrę. Cała trójka spała spokojnie na niezbyt wygodnych krzesłach szpitalnych. Musieli potwornie się martwić. Wolał, żeby nikt nie informował ich o stanie, w jakim się znajdował. Oszczędziłoby to im wiele kłopotów. I tak już mieli dużo na głowie. Nie chciał przysparzać im kolejnych trosk. Jego powieki znowu zaczęły mu ciążyć. Mimo iż spał prawie dwa tygodnie, nadal czuł się wykończony. Odpłynął w błogą niepamięć, zanim, którekolwiek zdążyło się obudzić. Tym razem z ciemności wyłonił się obraz. Przed jego oczami pojawiła się sylwetka jasnowłosej kobiety. Nie musiał widzieć twarzy, by wiedzieć kto przed nim stoi. Harriet powoli odwróciła się w jego stronę. Uśmiechała się do niego nieznacznie. Chciał podejść i przeprosić. Przeprosić za to, że nie był w stanie jej ochronić. Jednak zanim udało mi się zrobić chociaż jeden krok, dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając go zupełnie samego.
Gdy obudził się następnego ranka zarówno jego siostra, jak i mama zaczęły płakać głośno, ściskając go delikatnie. Nadal był nieco zamroczony, a gdy obie zaczęły mówić jedna przez drugą, tym bardziej nie był w stanie się skoncentrować.
- Myślę, że powinniście obie się uspokoić i dać mu odpocząć. – Odezwał się w końcu ojciec, który wydawał się jako taki spokojny.
- Przepraszam cię słońce, ale tak się cieszymy, że w końcu się obudziłeś. – Mówi jego żona, odsuwając się od Lucasa. Podciąga cicho nosem, gładząc rękę syna. – Tak potwornie się martwiliśmy. To, co się stało… To było potworne. – Szepcze, ocierając łzy z policzków.
- Już… dobrze mamo. – Chrypie, patrząc na kobietę. – Nic mi nie jest. – Zapewnia cicho.
- Nic ci nie jest!? Byłeś nieprzytomny przez dwa tygodnie. – Oznajmia. – To nie jest nic. Ten twój szef powinien się wstydzić, żeby na takie niebezpieczne akcje wysyłać tylko dwie osoby. To jakaś kpina. – Prycha zdenerwowana. – Gdybym tylko mogła z nim porozmawiać, przemówiłabym mu do rozsądku. – Oznajmia. Lucas uśmiecha się delikatnie, słysząc jej słowa. Mama nie należała do porywczych osób, ale jeśli chodziło o rodzinę, zawsze potrafiła bronić jej członków jak lwica.
- Nie denerwuj się mamo. – Prosi łagodnie. – Nikt nie wiedział, że… tak to się skończy. – Szepcze. Kobieta zerka na niego i wzdycha cicho.
- I tak jestem wściekła. To było naprawdę nieodpowiedzialne z jego strony. Ale najważniejsze, że żyjesz. – Mówi cicho, całując jego czoło. – Trzeba zawołać lekarza, powinien cię zbadać. – Oznajmia i wychodzi na chwilę, by wezwać mężczyznę, który się nim zajmuje. Alice cały czas tuli się do brata, łkając cicho.
- Nie płacz… Przecież tu jestem. – Mruczy cicho, z trudem unosząc dłoń i kładąc ją na jej ramieniu.
- Tak się bałam… - Płacze dziewczynka, wtulając się w niego. – Myślałam, że się już nie obudzisz.
- Przecież nie zostawiłbym cię. – Szepcze. Po chwili do sali wchodzi wysoki brunet w białym kitlu. Po jego twarzy można wyczytać, że nie spał już od dobrych dwóch dni. Bada dokładnie mężczyznę, sprawdza wszystkie pomiary na maszynach, do których jest podłączony i po wyjaśnieniu kilku kwestii, dotyczących dalszego leczenia Lucasa, zostawia ich samych.Tak jak się domyślał trochę potrwa zanim będzie mógł stanąć na nogach. Miał połamane kości dłoni, ramienia, żebra, uraz kolana i oparzenia trzeciego stopnia na ręce i torsie. Nigdy wcześniej nie nabawił się takich ran. Ledwo uszedł z życiem. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Szkoda, że tylko on miał tyle szczęścia. Mimowolnie zaczął rozmyślać na temat zmarłej dziewczyny. Zastanawiał się, czy miała jakąś rodzinę. Czy ktoś właśnie teraz ją opłakuje. Nie znali się długo, ale bardzo polubił Harriet. Musiał na długo odpłynąć myślami, gdyż dopiero po chwili zorientował się, że jego mama coś do niego mówi.
- Przepraszam... Nie słuchałem. Jestem trochę zmęczony. - Przyznaje, patrząc na nią przepraszająco.
- Nie masz za co przepraszać słońce. - Mówi, gładząc jego policzek. - Prześpij się, my tu zostaniemy.
- Nie musicie tutaj ze mną być. Już wystarczająco długo tu siedzieliście. – Mówi do całej trójki. – Wam tym bardziej przyda się sen. - Dodaje. - Nie macie się o co martwić. W końcu… Jestem w dobrych rękach. – Zauważa.
- Ale… - Zaczyna kobieta.
- Poradzę sobie mamo. Idźcie się przespać. – Prosi mężczyzna, patrząc na nią z lekkim uśmiechem.
- No dobrze. – Wzdycha cicho. – Ale przyjdziemy z samego rana. – Zapewnia od razu.
- Dobrze… Będę czekać. – Mówi. Kobieta podchodzi do niego i tuli delikatnie.
- Odpoczywaj słońce. – Mruczy i razem z pozostałymi wychodzą z sali. Mężczyzna odprowadza ich wzrokiem i wzdycha cicho, przymykając powieki. Mimo iż rozmowa z rodziną nie trwała długo, był wykończony. Gdy tylko zamykał oczy, nadal przed oczami miał martwe ciało Harriet. Nikt jeszcze nie kontaktował się z nim w sprawie całego zajścia. Nie wiedział kto ostatecznie był za to odpowiedzialny i czy złapali tych ludzi. Wiedział tylko, że śmierć poniosła jedna osoba, a on nie może nic z tym zrobić. Sen nadszedł szybko i zanim się zorientował, nastał wieczór. Powoli otworzył oczy i ku jego zdziwieniu ktoś stał przy oknie. Trochę potrwało, zanim jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Postać odwróciła się powoli w jego stronę.
- Obudziłeś się. – Usłyszał kobiecy głos. Otworzył szerzej oczy, doskonale wiedząc, do kogo należy.
- Harriet? – Chrypie, starając się podnieść. Jednak od razu opada na poduszki z cichym jękiem.
- Nie podnoś się. – Mówi jasnowłosa, podchodząc bliżej.
- Ale… Przecież widziałem, jak leżałaś martwa… Powiedzieli, że nie żyjesz. – Zauważa, patrząc na nią w szoku. – To sen, prawda? Albo może jednak umarłem. – Mówi skołowany.
- Żyjesz i to nie jest sen. – Przyznaje dziewczyna.
- Więc… Jak to możliwe? – Pyta, patrząc na nią wyczekująco.
Harriet?
19.07.2019
Od Harriet CD Lucasa
Gdy białowłosa zapadła w długi sen, każdy stawiał przysłowiowy krzyżyk, gdyż kobieta nie dawała żadnego znaku życia. Jej serce pompowało krew, a płuca prowadziły wymianę tlenową, lecz zwykły człowiek nie jest w stanie tego wyczuć. Była jakby w stanie uśpienia, lecz jedynie, co widziała, to ciemność.
Po dojechaniu karetki do szpitala, brunet został zabrany od razu na oddział, gdzie grupa lekarzy odpowiednio się nim zajęła. Gdy jednak chwycili za ciało kobiety, stanął za nimi obcy mężczyzna, który delikatnie potarł dłońmi.
— Ona idzie ze mną — mruknął, mrożącym krew w żyłach, tonem.
— Niestety w chwili obecnej nie możemy oddać ciała — odpowiedział ratownik, po czym zerknął na obcego człowieka.
— To był rozkaz — rzekł pół szeptem i posłał nieznaczny uśmiech, ukazując przy tym osiem wampirzych kłów.
Ratownicy spojrzeli po sobie, lecz nie odpuszczali, przez co krwiopijca musiał zadziałać bardziej drastycznie i jednym ruchem dłoni odrzucił mężczyzn od karetki. Wampir w moment spoważniał i delikatnie podniósł bladą Harriet, po czym okrył się czarnym dymem i zniknął spod szpitala, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Nawet pamięć lekarzy została wymazana, co dla tego typu wąpierza, było czymś banalnym i bardzo ratującym.
Wspomnianym mężczyzną okazała się być wampirem ukryty, który dba o swoich podopiecznych, nawet, jeśli ci „umierają” przez ludzką głupotę. Nad regeneracją jej ciała i organizmu spędził blisko tydzień, lecz nawet, gdy ta odzyskała przytomność, była wyczerpana przez samoregeneracje. Leżała na łóżku dwa dni, gdzie dnia trzeciego postawiła swoje pierwsze kroki. Nie szło jej to najlepiej, lecz czuwał przy niej Kevan, jej przyjaciel z poprzednich lat, który zawsze służył jej pomocą.
— Jak się czujesz? — spytał z powagą wampir ukryty.
— Zdecydowanie lepiej — odpowiedziała lekko zachrypniętym głosem — Dziękuję — dodała zerkając na wampira.
— Zdążysz się odwdzięczyć — stwierdził spokojnie — Teraz odpoczywaj — dodał i luźnym krokiem opuścił sypialnie.
Kobieta ciężko westchnęła i oparła się o ramię Kevana, który siedział obok niej. Miała ona jeszcze wiele do zregenerowania, lecz z drugiej strony wolałaby opuścić wymiar ukrytego i wrócić do swojego domu.
— Co z Lucasem? — spytała zerkając na bruneta.
— Żyje — odpowiedział krótko wampir — Jest z nim lepiej, niż podczas tortur — wyjaśnił po chwili.
— Dobrze wiedzieć — westchnęła.
Regenerację zakończyła się pięć dni później, a zliczając wszystkie dni, kobieta spędziła u ukrytego ponad dwa tygodnie, z czego tylko Vergil był powiadomiony o tym, żeby się nie martwił. Wraz z przyjacielem teleportowała się z wymiaru wampira i wróciła do swojego domu, gdzie przywitała ją jej zwierzęca gromadka. Na przytulaniu i głaskaniu ich, spędziła godzinę czasu, odpoczywając i relaksując się przy tym. Po tym zjadła syty posiłek i wzięła dłuuugą kąpiel z wielką pianą, przy której towarzyszyły jej zwierzaki, w tym mokry szop, który został zepchnięty do wody przez rudą pandę. Nietoperz postanowił strzelić drzemkę w wiklinowym koszu z miękkim kocem, co było już jego naturą. Resztę dnia spędziła standardowo w domu, w towarzystwie zwierząt oraz Vergila, który zdecydowanie się za nią stęsknił. Dopiero następnego dnia, z samego rana ruszyła załatwić wszelkie formalności, w tym poinformowaniu władz o tym, że jednak białowłosa wampirzyca żyje. Na końcu zostawiła sobie Sopportare, do którego musiała się teleportować wraz z Kevanem, żeby ten mógł ją uspokoić, jeśli ta straciłaby nad sobą kontrolę. Z hukiem pojawiła się w biurze kapitana i gdy tylko zauważyła jego uśmiechniętą buźkę, podeszła do niego i chwyciła go za szyję, przybijając go od razu do ściany.
— Widzę, że jest pan zadowolony — mruknęła zaciskając uścisk na jego szyi.
— Ha.. Ha.. Harriet — wydusił z niedowierzaniem.
— We własnej osobie — zaśmiała się oschle i puściła mężczyznę — Przyszłam podziękować na moją śmierć oraz jakże świetną akcję, w której do tego doszło — dodała wyjaśniając.
— Ja.. ja nie wiedziałem, że do tego dojdzie — stwierdził podnosząc się z ziemi.
— Dobrze wiedziałeś. Poprzedni szpiedzy mieli te same nadajniki, ale nie chciało Ci się ruszać tam żołnierzy — warknęła — Więc wolałeś wysłać mutanta i policjanta. Ja jeszcze z tego wyszłam, ale co jeśli to Lucasowi by się stało?
— Spokojnie, zapłacę Ci za to — uspokajał.
— Uwierz, że gdyby to on zginął, miałbyś przejebane do końca swojego życia — syknęła i oddaliła się od mężczyzny — A Twoje pieniądze nie przywrócą mi dwóch tygodni męczarni — dodała stając obok przyjaciela.
— Shepherd, wybacz, że do tego doszło — kontynuował zbędne uspokajanie — Wynagrodzę Ci to… — dodał, lecz jego wypowiedź została przerwana.
Białowłosa nie wytrzymała i ponownie chwyciła kapitana za koszulkę, po czym pchnęła go na stół, którym sunął na jego koniec i wpadł na biurko z komputerem, za którym spadł, ciągnąć za sobą całe okablowanie. Narobiło się przy tym trochę hałasu, lecz wampirzycy to nie przeszkadzało.
— Nigdy już do mnie dzwoń, rozumiesz? — syknęła, po czym zaraz zniknęła z jego biura.
Zirytowana kobieta pojechała na dobry fastfood wraz z Kevanem, po czym zamknęła się w swoim domu w celu odpoczęcia po spotkaniu tej parszywej mordy kapitana. Tylko, co teraz powie Lucasowi..?
Lucas?
Po dojechaniu karetki do szpitala, brunet został zabrany od razu na oddział, gdzie grupa lekarzy odpowiednio się nim zajęła. Gdy jednak chwycili za ciało kobiety, stanął za nimi obcy mężczyzna, który delikatnie potarł dłońmi.
— Ona idzie ze mną — mruknął, mrożącym krew w żyłach, tonem.
— Niestety w chwili obecnej nie możemy oddać ciała — odpowiedział ratownik, po czym zerknął na obcego człowieka.
— To był rozkaz — rzekł pół szeptem i posłał nieznaczny uśmiech, ukazując przy tym osiem wampirzych kłów.
Ratownicy spojrzeli po sobie, lecz nie odpuszczali, przez co krwiopijca musiał zadziałać bardziej drastycznie i jednym ruchem dłoni odrzucił mężczyzn od karetki. Wampir w moment spoważniał i delikatnie podniósł bladą Harriet, po czym okrył się czarnym dymem i zniknął spod szpitala, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Nawet pamięć lekarzy została wymazana, co dla tego typu wąpierza, było czymś banalnym i bardzo ratującym.
Wspomnianym mężczyzną okazała się być wampirem ukryty, który dba o swoich podopiecznych, nawet, jeśli ci „umierają” przez ludzką głupotę. Nad regeneracją jej ciała i organizmu spędził blisko tydzień, lecz nawet, gdy ta odzyskała przytomność, była wyczerpana przez samoregeneracje. Leżała na łóżku dwa dni, gdzie dnia trzeciego postawiła swoje pierwsze kroki. Nie szło jej to najlepiej, lecz czuwał przy niej Kevan, jej przyjaciel z poprzednich lat, który zawsze służył jej pomocą.
— Jak się czujesz? — spytał z powagą wampir ukryty.
— Zdecydowanie lepiej — odpowiedziała lekko zachrypniętym głosem — Dziękuję — dodała zerkając na wampira.
— Zdążysz się odwdzięczyć — stwierdził spokojnie — Teraz odpoczywaj — dodał i luźnym krokiem opuścił sypialnie.
Kobieta ciężko westchnęła i oparła się o ramię Kevana, który siedział obok niej. Miała ona jeszcze wiele do zregenerowania, lecz z drugiej strony wolałaby opuścić wymiar ukrytego i wrócić do swojego domu.
— Co z Lucasem? — spytała zerkając na bruneta.
— Żyje — odpowiedział krótko wampir — Jest z nim lepiej, niż podczas tortur — wyjaśnił po chwili.
— Dobrze wiedzieć — westchnęła.
Regenerację zakończyła się pięć dni później, a zliczając wszystkie dni, kobieta spędziła u ukrytego ponad dwa tygodnie, z czego tylko Vergil był powiadomiony o tym, żeby się nie martwił. Wraz z przyjacielem teleportowała się z wymiaru wampira i wróciła do swojego domu, gdzie przywitała ją jej zwierzęca gromadka. Na przytulaniu i głaskaniu ich, spędziła godzinę czasu, odpoczywając i relaksując się przy tym. Po tym zjadła syty posiłek i wzięła dłuuugą kąpiel z wielką pianą, przy której towarzyszyły jej zwierzaki, w tym mokry szop, który został zepchnięty do wody przez rudą pandę. Nietoperz postanowił strzelić drzemkę w wiklinowym koszu z miękkim kocem, co było już jego naturą. Resztę dnia spędziła standardowo w domu, w towarzystwie zwierząt oraz Vergila, który zdecydowanie się za nią stęsknił. Dopiero następnego dnia, z samego rana ruszyła załatwić wszelkie formalności, w tym poinformowaniu władz o tym, że jednak białowłosa wampirzyca żyje. Na końcu zostawiła sobie Sopportare, do którego musiała się teleportować wraz z Kevanem, żeby ten mógł ją uspokoić, jeśli ta straciłaby nad sobą kontrolę. Z hukiem pojawiła się w biurze kapitana i gdy tylko zauważyła jego uśmiechniętą buźkę, podeszła do niego i chwyciła go za szyję, przybijając go od razu do ściany.
— Widzę, że jest pan zadowolony — mruknęła zaciskając uścisk na jego szyi.
— Ha.. Ha.. Harriet — wydusił z niedowierzaniem.
— We własnej osobie — zaśmiała się oschle i puściła mężczyznę — Przyszłam podziękować na moją śmierć oraz jakże świetną akcję, w której do tego doszło — dodała wyjaśniając.
— Ja.. ja nie wiedziałem, że do tego dojdzie — stwierdził podnosząc się z ziemi.
— Dobrze wiedziałeś. Poprzedni szpiedzy mieli te same nadajniki, ale nie chciało Ci się ruszać tam żołnierzy — warknęła — Więc wolałeś wysłać mutanta i policjanta. Ja jeszcze z tego wyszłam, ale co jeśli to Lucasowi by się stało?
— Spokojnie, zapłacę Ci za to — uspokajał.
— Uwierz, że gdyby to on zginął, miałbyś przejebane do końca swojego życia — syknęła i oddaliła się od mężczyzny — A Twoje pieniądze nie przywrócą mi dwóch tygodni męczarni — dodała stając obok przyjaciela.
— Shepherd, wybacz, że do tego doszło — kontynuował zbędne uspokajanie — Wynagrodzę Ci to… — dodał, lecz jego wypowiedź została przerwana.
Białowłosa nie wytrzymała i ponownie chwyciła kapitana za koszulkę, po czym pchnęła go na stół, którym sunął na jego koniec i wpadł na biurko z komputerem, za którym spadł, ciągnąć za sobą całe okablowanie. Narobiło się przy tym trochę hałasu, lecz wampirzycy to nie przeszkadzało.
— Nigdy już do mnie dzwoń, rozumiesz? — syknęła, po czym zaraz zniknęła z jego biura.
Zirytowana kobieta pojechała na dobry fastfood wraz z Kevanem, po czym zamknęła się w swoim domu w celu odpoczęcia po spotkaniu tej parszywej mordy kapitana. Tylko, co teraz powie Lucasowi..?
Lucas?
Od Lucasa CD Harriet
Ból ogarniał całe jego ciało. Nawet gdyby chciał, nie był w stanie się ruszyć. Kości w nogach zostały pogruchotane przez jednego z mężczyzn, podobnie z resztą jak te w dłoniach. Nie miał złudzeń, że wyjdzie z tego bez szwanku. Jednak to nie jego los martwił go najbardziej w tej chwili, a jego towarzyszki. Krzyki kobiety roznosiły się po pomieszczeniu, wdzierając się do uszu policjanta, sprawiając mu dodatkowe cierpienia, gdyż nie mógł jej w żaden sposób pomóc.
Gdy mężczyźni w końcu opuścili pomieszczenie poczuł ulgę. Mieli czas, aby móc chodź trochę wytchnąć, może wymyślić jakiś plan. Jednak w głębi duszy był świadom, że w takim stanie mogą liczyć tylko na pomoc Sopp, która jak miał nadzieję, nadejdzie szybko.
- Harriet… - Chrypie, powoli odwracając wzrok w stronę jasnowłosej. Jednak odpowiedź nie nadchodzi. Ponawia próby jeszcze kilka razy, bez skutku. Kobieta leży na ziemi wraz z przewróconym krzesłem. Tylko tyle może dostrzec. Jego głowa staje się coraz cięższa, a utrzymanie przytomności z każdą minutą przynosi mu większą trudność. Ostatni raz powtarza jej imię, zanim odpływa w błogą niepamięć. Nie wiedział ile trwało, zanim wrócili. Jednak pierwsze co poczuł to przeszywający ból i ten potworny swąd palonego mięsa. Obudził się z przeraźliwym krzykiem, gdy jeden z mężczyzn zaczął palnikiem przypalać jego skórę na ramieniu.
- Może wyjaśnisz nam… chłoptasiu… - Zaczyna blondyn, stojący naprzeciwko niego. – Co to takiego? – Pyta, podchodząc do niego bliżej. Drugi z nich odsuwa się na chwilę, zabierając ze sobą palnik. Brunet oddycha z ulgą, na tyle głęboko na ile pozwalają mu złamane żebra. Lucas dopiero po chwili dostrzega, że ten trzyma coś w dłoni. A dokładniej urządzenie szpiegujące.
- Nic… - Chrypie Lucas, patrząc na niego wyzywająco. Blondyn cmoka niezadowolony i uderza go mocno w twarz.
- Radzę ci się zastanowić nad odpowiedzią. – Mruczy, patrząc na niego wyczekująco. Jednak Brunet wytrwale milczy.
- A mogłeś tego uniknąć. – Wzdycha z udawanym żalem i odbiera od swojego towarzysza palnik. Podwija koszulę policjanta i przystawia płomień do nagiej skóry mężczyzny. Pomieszczenie ponownie wypełniają krzyki Lucasa. Mężczyzna traci przytomność z wycieńczenia i bólu. Jednak jego dręczyciele, nie dają mu możliwości odpoczynku. Lodowaty strumień wody natychmiast przywraca mu świadomość, jednocześnie łagodząc nieco oparzenia na ciele.
- Gadaj co to jest. – Warczy zniecierpliwiony blondyn, powoli przysuwając narzędzie do skóry policjanta.
- Urządzenie… szpiegowskie. – Chrypie w końcu, nie mogąc już więcej znieść bólu. Mężczyzna zatrzymuje się w pół ruchu i patrzy uważnie na niego.
- Dla kogo pracujecie?
- Dla… nikogo. – Odpowiada z trudem. – To… Nasze prywatne… dochodzenie… - Kłamie.
- O czym ty mówisz? – Pyta poirytowany.
- My… Chcieliśmy tylko znaleźć… znajomego… - Chrypie, patrząc mętnym wzrokiem na mężczyznę.
- Bzdura. – Warczy blondyn, uderzając go mocno. – Łżesz jak pies, żeby tylko ochronić swojego szefa i tą godną pożałowania zgraje psów. – Oznajmia, uderzając go jeszcze raz. A więc wiedzieli kim są. Pomyślał Lucas. Wszystko poszło nie tak jak powinno. – Posłuchaj mnie człowieku, ułatwię ci sprawę. Powiedz tylko, że to Corleone was przysłał i będzie po sprawie. – Zapewnia z udawaną łagodnością w głosie. Fletcher spojrzał na niego zdziwiony, nie mając pojęcia o czym mówi mężczyzna. I najwidoczniej blondyn musiał zobaczyć w jego oczach prawdziwe zaskoczenie, gdyż odsunął się nieco od niego.
- Nie znam nikogo takiego. – Oznajmia po chwili, gdy był już w stanie wykrztusić z siebie słowa.
- Więc kim jesteście? – Pyta mężczyzna.
- Już… Już mówiłem… Tylko szukaliśmy… - Nie zdążył dokończyć, gdy nagle drzwi otwarły się gwałtownie, a chwilę potem padły pierwsze strzały, uśmiercając jednocześnie dwójkę dręczycieli. Do środka weszli funkcjonariusze Sopp. Jeden z nich natychmiast podbiegł do Lucasa. Rozpoznał w nim wysokiego rudzielca, z którym często przychodziło mu pracować.
- Lucas, trzymaj się. – Mruczy, odwiązując jego dłonie i nogi.
- Dzie… Dziewczyna. – Chrypie ledwo dosłyszalnie. Mężczyzna zerka na niego nie rozumiejąc, jego słów. Fletcher powtarza, tym razem głośniej. Najwyraźniej musiało to dotrzeć do uszu jego kolegi, gdyż powędrował wzrokiem do ciała kobiety. Podszedł do niej i klęknął obok. Starał się ją ocucić jednak bez skutku. Zmierzył jej puls i przez chwilę zdawał się zastygnąć w bez ruchu, która dla Lucasa wydawała się wiecznością. Przeczuwał, że coś jest nie tak.
- Flinn… Co z nią? – Pyta, z trudem odwracając głowę w jego stronę. Mężczyzna zerka na niego i podnosi się ziemi.
- Przykro mi Lucas… Ale ona… Nie czuję pulsu. – Oznajmia po chwili. Fletcher spojrzał na niego z niedowierzaniem. Poczuł się jakby dostał obuchem w głowę. Nie znał jej może najlepiej, ale była jego współpracowniczką. Czuł się za nią odpowiedzialny. Fakt iż nie żyje, sprawiła, że przez chwilę zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością.
– Hej! – Z odrętwienia wyrwał go wrzask znajomego. - Skup się teraz na sobie. Trzeba cię stąd zabrać i to natychmiast. – Mówi poważnie. – Dasz radę iść? – Pyta. Lucas jedynie kręci głową, nie będąc w stanie nic więcej wydusić.
Nie pamiętał jak trafił do karetki, albo chociażby jak wydostał się z zimnych i zatęchłych lochów, ale ostatnie co pamiętał, zanim ponownie stracił przytomność, to ciało Harriet. Leżące obok niego i pozbawione życia.
Gdy mężczyźni w końcu opuścili pomieszczenie poczuł ulgę. Mieli czas, aby móc chodź trochę wytchnąć, może wymyślić jakiś plan. Jednak w głębi duszy był świadom, że w takim stanie mogą liczyć tylko na pomoc Sopp, która jak miał nadzieję, nadejdzie szybko.
- Harriet… - Chrypie, powoli odwracając wzrok w stronę jasnowłosej. Jednak odpowiedź nie nadchodzi. Ponawia próby jeszcze kilka razy, bez skutku. Kobieta leży na ziemi wraz z przewróconym krzesłem. Tylko tyle może dostrzec. Jego głowa staje się coraz cięższa, a utrzymanie przytomności z każdą minutą przynosi mu większą trudność. Ostatni raz powtarza jej imię, zanim odpływa w błogą niepamięć. Nie wiedział ile trwało, zanim wrócili. Jednak pierwsze co poczuł to przeszywający ból i ten potworny swąd palonego mięsa. Obudził się z przeraźliwym krzykiem, gdy jeden z mężczyzn zaczął palnikiem przypalać jego skórę na ramieniu.
- Może wyjaśnisz nam… chłoptasiu… - Zaczyna blondyn, stojący naprzeciwko niego. – Co to takiego? – Pyta, podchodząc do niego bliżej. Drugi z nich odsuwa się na chwilę, zabierając ze sobą palnik. Brunet oddycha z ulgą, na tyle głęboko na ile pozwalają mu złamane żebra. Lucas dopiero po chwili dostrzega, że ten trzyma coś w dłoni. A dokładniej urządzenie szpiegujące.
- Nic… - Chrypie Lucas, patrząc na niego wyzywająco. Blondyn cmoka niezadowolony i uderza go mocno w twarz.
- Radzę ci się zastanowić nad odpowiedzią. – Mruczy, patrząc na niego wyczekująco. Jednak Brunet wytrwale milczy.
- A mogłeś tego uniknąć. – Wzdycha z udawanym żalem i odbiera od swojego towarzysza palnik. Podwija koszulę policjanta i przystawia płomień do nagiej skóry mężczyzny. Pomieszczenie ponownie wypełniają krzyki Lucasa. Mężczyzna traci przytomność z wycieńczenia i bólu. Jednak jego dręczyciele, nie dają mu możliwości odpoczynku. Lodowaty strumień wody natychmiast przywraca mu świadomość, jednocześnie łagodząc nieco oparzenia na ciele.
- Gadaj co to jest. – Warczy zniecierpliwiony blondyn, powoli przysuwając narzędzie do skóry policjanta.
- Urządzenie… szpiegowskie. – Chrypie w końcu, nie mogąc już więcej znieść bólu. Mężczyzna zatrzymuje się w pół ruchu i patrzy uważnie na niego.
- Dla kogo pracujecie?
- Dla… nikogo. – Odpowiada z trudem. – To… Nasze prywatne… dochodzenie… - Kłamie.
- O czym ty mówisz? – Pyta poirytowany.
- My… Chcieliśmy tylko znaleźć… znajomego… - Chrypie, patrząc mętnym wzrokiem na mężczyznę.
- Bzdura. – Warczy blondyn, uderzając go mocno. – Łżesz jak pies, żeby tylko ochronić swojego szefa i tą godną pożałowania zgraje psów. – Oznajmia, uderzając go jeszcze raz. A więc wiedzieli kim są. Pomyślał Lucas. Wszystko poszło nie tak jak powinno. – Posłuchaj mnie człowieku, ułatwię ci sprawę. Powiedz tylko, że to Corleone was przysłał i będzie po sprawie. – Zapewnia z udawaną łagodnością w głosie. Fletcher spojrzał na niego zdziwiony, nie mając pojęcia o czym mówi mężczyzna. I najwidoczniej blondyn musiał zobaczyć w jego oczach prawdziwe zaskoczenie, gdyż odsunął się nieco od niego.
- Nie znam nikogo takiego. – Oznajmia po chwili, gdy był już w stanie wykrztusić z siebie słowa.
- Więc kim jesteście? – Pyta mężczyzna.
- Już… Już mówiłem… Tylko szukaliśmy… - Nie zdążył dokończyć, gdy nagle drzwi otwarły się gwałtownie, a chwilę potem padły pierwsze strzały, uśmiercając jednocześnie dwójkę dręczycieli. Do środka weszli funkcjonariusze Sopp. Jeden z nich natychmiast podbiegł do Lucasa. Rozpoznał w nim wysokiego rudzielca, z którym często przychodziło mu pracować.
- Lucas, trzymaj się. – Mruczy, odwiązując jego dłonie i nogi.
- Dzie… Dziewczyna. – Chrypie ledwo dosłyszalnie. Mężczyzna zerka na niego nie rozumiejąc, jego słów. Fletcher powtarza, tym razem głośniej. Najwyraźniej musiało to dotrzeć do uszu jego kolegi, gdyż powędrował wzrokiem do ciała kobiety. Podszedł do niej i klęknął obok. Starał się ją ocucić jednak bez skutku. Zmierzył jej puls i przez chwilę zdawał się zastygnąć w bez ruchu, która dla Lucasa wydawała się wiecznością. Przeczuwał, że coś jest nie tak.
- Flinn… Co z nią? – Pyta, z trudem odwracając głowę w jego stronę. Mężczyzna zerka na niego i podnosi się ziemi.
- Przykro mi Lucas… Ale ona… Nie czuję pulsu. – Oznajmia po chwili. Fletcher spojrzał na niego z niedowierzaniem. Poczuł się jakby dostał obuchem w głowę. Nie znał jej może najlepiej, ale była jego współpracowniczką. Czuł się za nią odpowiedzialny. Fakt iż nie żyje, sprawiła, że przez chwilę zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością.
– Hej! – Z odrętwienia wyrwał go wrzask znajomego. - Skup się teraz na sobie. Trzeba cię stąd zabrać i to natychmiast. – Mówi poważnie. – Dasz radę iść? – Pyta. Lucas jedynie kręci głową, nie będąc w stanie nic więcej wydusić.
Nie pamiętał jak trafił do karetki, albo chociażby jak wydostał się z zimnych i zatęchłych lochów, ale ostatnie co pamiętał, zanim ponownie stracił przytomność, to ciało Harriet. Leżące obok niego i pozbawione życia.
Harriet?
18.07.2019
Od Harriet CD Lucasa
Gdy białowłosa ponownie uniosła ciężkie powieki, ujrzała miejsce tortur, przepełnione krwią i zapachem gnijącego mięsa. Zdecydowanie nie tak wyobrażała sobie misje szpiegowską, która miała zakończyć się na bankiecie, a nie w jakimś dziwnym lochu. Może gdyby nie poszła do tej cholernej łazienki, skończyłoby się to zdecydowanie lepiej. Jednakże nie ma co gdybać, tylko działać.. o ile by się dało. Wampirzyca dopiero po chwili zauważyła, że jest przywiązana do krzesła, a obok niej siedzi także spętany Lucas, który przechodzi początek swoich tortur. Kobieta nie była w pełni świadoma, co się właśnie dzieje, głównie przez substancję, którą wstrzyknęli jej do żył, jednak zdążyła zauważyć cierpienie swojego towarzysza. To w pewnym stopniu ją obudziło, lecz i tak nie mogła nic więcej zrobić, oprócz patrzenia na cierpiącego mężczyznę. Nie minęło zbyt wiele czasu, gdy oprawcy zbliżyli się do białowłosej, chcąc oczywiście odpowiedzi na pytanie, które zadawali także brunetowi.
— (...) Więc ślicznotko… Co masz mi do powiedzenia? — pyta blondyn, uśmiechając się do wampirzycy.
Kobieta podniosła zmęczony wzrok na oprawcę i zlustrowała jego twarz, po czym zerknęła na w pół przytomnego Lucasa, który ledwo łapał oddech. Pomimo iż nic nie czuła do mężczyzny, czuła wielki ból w duszy, przez co jej oczy delikatnie się zaszkliły. Zaraz ponownie spojrzała na blondyna i nim zdążyła coś powiedzieć, oberwała solidnego ciosa w twarz. To z lekka ją oszołomiło, a głośny pisk rozległ się w jej obolałej głowie, który uświadomił ją o faktycznym zagrożeniu.
— Wiesz co Ci powiem? — mruknęła po chwili — Pierdol się — wysyczała trzymając kontakt wzrokowy z napastnikiem.
— Pyskata — zaśmiał się — A gdyby tak.. — wyszeptał, kładąc dłoń na jej udzie i powoli kierował ją w wyżej położoną część ciała — Zawsze mogę pierdolić się z Tobą — dodał z obleśnym uśmiechem.
— Ale nim do tego przejdziemy, zadam po raz kolejny to samo pytanie — odparł ciemnowłosy — Dla kogo pracujecie? — stanął przy białowłosej z nożem w dłoni. Blondyn podniósł się z przykucnięcia i obserwował swojego towarzysza.
— Dla nikogo — jęknęła z niezadowolenia.
— Każdy tak mówi — parsknął ciemnowłosy i stanowczym ruchem wbił nóż w przedramię wampira.
W pomieszczeniu rozległ się zduszony krzyk Harriet, która mimo wszystko, miała już tego dosyć. Była odporna na tortury, lecz psychicznie już nie wyrabiała, przez co gniew opanował jej umysł. Jednakże na nożu się nie skończyło, gdyż napastnicy nieźle się rozkręcili, biczując delikatne ciało wampirzycy. Oni mieli z tego niezłą frajdę, natomiast ona gotowała się w sobie, a gdyby tylko mogła, eksplodowałaby. Wszystko jednak ucichło, gdy jeden z delikwentów stanął naprzeciwko wampira i z całej siły kopnął w jej klatkę piersiową, przez co krzesło, na którym siedziała, przewróciło się na oparcie.
— Zostawmy ich na razie — rzucił rozbawiony mężczyzna i zabrawszy swojego kolegę, opuścił pokój tortur.
Gdy drzwi zamknęły się za oprawcami, w sali nastała martwa cisza. Białowłosa leżała bez oddechu, ze łzami w oczach, a z jej ust wypłynęła stróżka ciemnej krewi. Jej towarzysz, mocno zachrypniętym głosem, wołał kobietę jej imieniem, lecz nie dostał żadnej odpowiedzi.
Lucas?
— (...) Więc ślicznotko… Co masz mi do powiedzenia? — pyta blondyn, uśmiechając się do wampirzycy.
Kobieta podniosła zmęczony wzrok na oprawcę i zlustrowała jego twarz, po czym zerknęła na w pół przytomnego Lucasa, który ledwo łapał oddech. Pomimo iż nic nie czuła do mężczyzny, czuła wielki ból w duszy, przez co jej oczy delikatnie się zaszkliły. Zaraz ponownie spojrzała na blondyna i nim zdążyła coś powiedzieć, oberwała solidnego ciosa w twarz. To z lekka ją oszołomiło, a głośny pisk rozległ się w jej obolałej głowie, który uświadomił ją o faktycznym zagrożeniu.
— Wiesz co Ci powiem? — mruknęła po chwili — Pierdol się — wysyczała trzymając kontakt wzrokowy z napastnikiem.
— Pyskata — zaśmiał się — A gdyby tak.. — wyszeptał, kładąc dłoń na jej udzie i powoli kierował ją w wyżej położoną część ciała — Zawsze mogę pierdolić się z Tobą — dodał z obleśnym uśmiechem.
— Ale nim do tego przejdziemy, zadam po raz kolejny to samo pytanie — odparł ciemnowłosy — Dla kogo pracujecie? — stanął przy białowłosej z nożem w dłoni. Blondyn podniósł się z przykucnięcia i obserwował swojego towarzysza.
— Dla nikogo — jęknęła z niezadowolenia.
— Każdy tak mówi — parsknął ciemnowłosy i stanowczym ruchem wbił nóż w przedramię wampira.
W pomieszczeniu rozległ się zduszony krzyk Harriet, która mimo wszystko, miała już tego dosyć. Była odporna na tortury, lecz psychicznie już nie wyrabiała, przez co gniew opanował jej umysł. Jednakże na nożu się nie skończyło, gdyż napastnicy nieźle się rozkręcili, biczując delikatne ciało wampirzycy. Oni mieli z tego niezłą frajdę, natomiast ona gotowała się w sobie, a gdyby tylko mogła, eksplodowałaby. Wszystko jednak ucichło, gdy jeden z delikwentów stanął naprzeciwko wampira i z całej siły kopnął w jej klatkę piersiową, przez co krzesło, na którym siedziała, przewróciło się na oparcie.
— Zostawmy ich na razie — rzucił rozbawiony mężczyzna i zabrawszy swojego kolegę, opuścił pokój tortur.
Gdy drzwi zamknęły się za oprawcami, w sali nastała martwa cisza. Białowłosa leżała bez oddechu, ze łzami w oczach, a z jej ust wypłynęła stróżka ciemnej krewi. Jej towarzysz, mocno zachrypniętym głosem, wołał kobietę jej imieniem, lecz nie dostał żadnej odpowiedzi.
Lucas?
16.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Przez chwilę wpatrywał się w nią zaskoczony. Wiedział, że nie była zwykłym człowiekiem, ale nie był świadomy, że jest zdolna do takich rzeczy. Zupełnie nie dochodziły do niego słowa, jakie wydostawały się z ust kobiety. Nadal był oszołomiony po uderzeniu w tył głowy.
- Tak. Trzymam się. – Odpowiedział w końcu, uświadamiając sobie, że ta zadała mu pytanie. – Wybacz… Jestem jeszcze trochę zdezorientowany. - Mruczy i z pomocą jasnowłosej, podniósł się z ziemi. – Musimy się stąd jakoś wydostać. – Wzdycha, pocierając nadgarstki.
- Tak. Trzymam się. – Odpowiedział w końcu, uświadamiając sobie, że ta zadała mu pytanie. – Wybacz… Jestem jeszcze trochę zdezorientowany. - Mruczy i z pomocą jasnowłosej, podniósł się z ziemi. – Musimy się stąd jakoś wydostać. – Wzdycha, pocierając nadgarstki.
– Ten facet na pewno ma ze sobą klucze. – Mówi Harriet, wskazując na trupa. Lucas podchodzi do ciała i od razu zauważa broń przypiętą do paska. Zabiera ją i przeszukuje sprawnie kieszenie od spodni mężczyzny. Po chwili znajduje żelazny przedmiot, którym bez wątpienia można otworzyć celę. Podaje pistolet swojej towarzyszce, jednak ta odmawia.
- Ja sobie poradzę. – Zapewnia. – Tobie bardziej się przyda. – Mruczy. Brunet zerka na nią niepewnie, ale ostatecznie potakuje delikatnie głową, nie wdając się z nią w dalsze dyskusje, na które w obecnej sytuacji nie mają czasu. Otwiera drzwi i uchyla je ostrożnie, rozglądając się wokół. Jednak na korytarzu nie ma ani żywej duszy.
- Pusto. – Mruczy cicho. – Możemy iść. – Dodaje i rusza jako pierwszy, mając w pogotowiu broń. Wokół panuje ciemność, rozświetlana słabym światłem nierówno rozmieszczonych żarówek. Mężczyzna co jakiś czas zerka w stronę mijanych cel. Przystaje, zauważając dwie sylwetki w jednej z izb. Poświata rzucana przez jarzeniówkę jest na tyle mocna, że można dostrzec szczegóły pomieszczenia. Lucas pochodzi powoli i krzywi się nieco, wyczuwając charakterystyczny zapach zgnilizny.
- Pewnie to nasi szpiedzy. – Mówi cicho. – Ale trudno ich rozpoznać… Ktoś zakatował ich na śmierć… - Dodaje.
- A czego innego można było się spodziewać? Ten, kto za tym stoi chciał informacji. Nie wiem, czy je dostał, czy nie… Ale na pewno długo ich męczyli. – Odpowiada Harriet. – A teraz, jeśli nie chcemy skończyć jak oni, zabierajmy się stąd. – Mówi. Mężczyzna potakuje lekko i kieruje się w stronę drzwi na końcu korytarza. Lucas sięga do mosiężnej klamki. Gdy dotyka metalu, ciężkie wrota otwierają się. Brunet bez wahania strzela do osoby stojącej przed nim. Martwe ciało nieznajomego pada na wilgotną podłogę, a szkarłatna ciecz wylewa się obficie z jego głowy.
- Musimy uciekać. Na pewno usłyszeli strzały. – Zauważa Lucas i oboje wchodzą przez drzwi do dość sporego pomieszczenia. Ich oczom ukazuje się sala wyposażona jak prawdziwa mordownia. Z sufitu zwisają grube łańcuchy, do których przyczepione są kajdany, przy jednej ze ścian ustawiono łóżko, przypominające bardziej to, na którym przewożone są ciała w kostnicy. Rdzawy kolor na nim wskazuje, iż całkiem niedawno był używany. Ich wzrok po chwili przyciągają dwa drewniane krzesła, znajdujące się naprzeciwko nich. Zupełnie jakby zostały przygotowane właśnie dla nich. Na podłokietnikach i przy nogach umocowane zostały grube pasy ze skóry. W niektórych miejscach widać zaschniętą krew po poprzednich ofiarach. Pomiędzy nimi natomiast, ustawiony został metalowy stolik z rozłożonymi przyrządami. Od tasaków i pił po skalpele i strzykawki.
- Zmywamy się stąd. Teraz. – Pogania go Harriet. Nagle drzwi za nimi zatrzaskują się. Oboje odwracają się gwałtownie. Zanim udaje im się w jakikolwiek sposób zareagować, fala prądu przechodzi przez ich ciała, powodując skurcz mięśni.
- Niezwykle mnie to cieszy, że sami się do mnie pofatygowaliście. – Mruczy wysoki blondyn, trzymając w ręku paralizator. Jego towarzysz podchodzi do Harriet i unosi ją bez problemu. Sadza dziewczynę na krześle, przypinając mocno pasami. Sięga do stolika i bierze jedną ze strzykawek, w której znajduje się przezroczysty płyn. Wstrzykuje ciecz w ramię dziewczyny. Lucas stara się chwycić broń, która wypadła mu z ręki, gdy ten został porażony. Jego dłoń drży nienaturalnie, a każdy, choćby niewielki ruch sprawia mu ból. Zagryza wargi i palcami niemalże dotyka pistoletu. Blondyn nie daje mu jednak możliwości chwycenia przedmiotu i z dużą siłą, naciska grubą podeszwą buta na jego rękę. Z ust bruneta wyrywa się krótki krzyk, gdy mężczyzna brutalnie udaremnia jego starania.
- Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci tak łatwo uciec. – Cmoka, udając niezadowolenie. – Nasza zabawa dopiero się zaczyna. – Mówi, uśmiechając się szeroko. Unosi go za ramiona i ciągnie w stronę drewnianego mebla. Przypina go do krzesła, podobnie jak Harriet. – Więc… Od kogo by tu zacząć... – Mruczy, patrząc na nich uważnie. – Hmmm… Eeny, meeny, miny, moe… - Zaczyna wyliczać, przesuwając palcem pomiędzy jasnowłosą a policjantem. W końcu zatrzymuje się na Lucasie. – Postanowione. – Mówi, uśmiechając się szeroko. – Powiedz mi… Mój drogi przyjacielu… Dla kogo pracujecie? – Pyta, krzyżując dłonie na piersi. Fletcher milczy, wpatrując się w niego uważnie. – Odjęło ci mowę? A może ty w ogóle nie mówisz. – Dodaje. – Cóż... Przekonajmy się. – Mruczy i podchodzi do niego, po czym uderza go mocno z pięści w twarz. Brunet przenosi na niego powoli wzrok, nadal milcząc. Mężczyzna wymierza kolejny cios i następny. Jednak widząc, że na nic zda się jego technika, odsuwa się. – Może zaczniemy w takim razie od prostszych rzeczy. – Proponuje. – Imię. Twoje i tej ślicznotki. – Mruczy, wskazując na Harriet. Lucas dalej milczy, niewzruszony. Blondyn wzdycha ciężko. – Nie utrudniaj sobie życia chłoptasiu. Szkoda twojego zdrowia. – Dodaje i chwyta młotek. Waży go w dłoni, przyglądając się uważnie drewnianemu trzonkowi. – Na pewno nie chcesz gadać? – Pyta, spoglądając na niego. Lucas zaciska jedynie mocniej wargi, przygotowując się na kolejne fale bólu. – Wielka szkoda. – Wzdycha cicho mężczyzna i uderza mocno w jego dłoń, łamiąc przy tym kości w jego ręce. Z ust jego ofiary wydobywa się głośny jęk, a strużka krwi powoli spływa z przegryzionej wargi. Kat unosi młotek do góry. Za jego plecami słychać jak Harriet szarpie się, chcąc wyrwać dłonie z pasów. – Spokojnie blondyneczko. Tobą też się zajmę. – Obiecuje i ponownie uderza narzędziem, tym razem trafiając w kolano byłego żołnierza. Lucas krzyczy krótko, odchylając głowę do tyłu. – Pięknie. W końcu jakiś dźwięk. Więc może teraz powiesz mi coś na temat twojego szefa. – Mruczy.
- Pierdol się. – Warczy Lucas, patrząc na niego groźnie. Blondyn uśmiecha się szeroko.
- Może z wami będzie więcej zabawy niż z tamtą dwójką. – Mruczy, uderzając ponownie. Kolejne ciosy padają na jego ramię, udo i korpus, łamiąc żebra. Fletcher oddycha z trudem, jednak wytrwale milczy, nie zdradzając żadnych informacji. - Uparciuch z ciebie… Ciekawe co ma do powiedzenia twoja przyjaciółeczka. – Mówi, odwracając się do Harriet.
- Zostaw… ją. – Chrypie Lucas i unosi na niego wzrok.
- Z tobą na razie skończyłem, więc się zamknij. – Odpowiada i uderza go w twarz. – Więc ślicznotko… Co masz mi do powiedzenia? – Pyta blondyn, uśmiechając się do niej.
- Ja sobie poradzę. – Zapewnia. – Tobie bardziej się przyda. – Mruczy. Brunet zerka na nią niepewnie, ale ostatecznie potakuje delikatnie głową, nie wdając się z nią w dalsze dyskusje, na które w obecnej sytuacji nie mają czasu. Otwiera drzwi i uchyla je ostrożnie, rozglądając się wokół. Jednak na korytarzu nie ma ani żywej duszy.
- Pusto. – Mruczy cicho. – Możemy iść. – Dodaje i rusza jako pierwszy, mając w pogotowiu broń. Wokół panuje ciemność, rozświetlana słabym światłem nierówno rozmieszczonych żarówek. Mężczyzna co jakiś czas zerka w stronę mijanych cel. Przystaje, zauważając dwie sylwetki w jednej z izb. Poświata rzucana przez jarzeniówkę jest na tyle mocna, że można dostrzec szczegóły pomieszczenia. Lucas pochodzi powoli i krzywi się nieco, wyczuwając charakterystyczny zapach zgnilizny.
- Pewnie to nasi szpiedzy. – Mówi cicho. – Ale trudno ich rozpoznać… Ktoś zakatował ich na śmierć… - Dodaje.
- A czego innego można było się spodziewać? Ten, kto za tym stoi chciał informacji. Nie wiem, czy je dostał, czy nie… Ale na pewno długo ich męczyli. – Odpowiada Harriet. – A teraz, jeśli nie chcemy skończyć jak oni, zabierajmy się stąd. – Mówi. Mężczyzna potakuje lekko i kieruje się w stronę drzwi na końcu korytarza. Lucas sięga do mosiężnej klamki. Gdy dotyka metalu, ciężkie wrota otwierają się. Brunet bez wahania strzela do osoby stojącej przed nim. Martwe ciało nieznajomego pada na wilgotną podłogę, a szkarłatna ciecz wylewa się obficie z jego głowy.
- Musimy uciekać. Na pewno usłyszeli strzały. – Zauważa Lucas i oboje wchodzą przez drzwi do dość sporego pomieszczenia. Ich oczom ukazuje się sala wyposażona jak prawdziwa mordownia. Z sufitu zwisają grube łańcuchy, do których przyczepione są kajdany, przy jednej ze ścian ustawiono łóżko, przypominające bardziej to, na którym przewożone są ciała w kostnicy. Rdzawy kolor na nim wskazuje, iż całkiem niedawno był używany. Ich wzrok po chwili przyciągają dwa drewniane krzesła, znajdujące się naprzeciwko nich. Zupełnie jakby zostały przygotowane właśnie dla nich. Na podłokietnikach i przy nogach umocowane zostały grube pasy ze skóry. W niektórych miejscach widać zaschniętą krew po poprzednich ofiarach. Pomiędzy nimi natomiast, ustawiony został metalowy stolik z rozłożonymi przyrządami. Od tasaków i pił po skalpele i strzykawki.
- Zmywamy się stąd. Teraz. – Pogania go Harriet. Nagle drzwi za nimi zatrzaskują się. Oboje odwracają się gwałtownie. Zanim udaje im się w jakikolwiek sposób zareagować, fala prądu przechodzi przez ich ciała, powodując skurcz mięśni.
- Niezwykle mnie to cieszy, że sami się do mnie pofatygowaliście. – Mruczy wysoki blondyn, trzymając w ręku paralizator. Jego towarzysz podchodzi do Harriet i unosi ją bez problemu. Sadza dziewczynę na krześle, przypinając mocno pasami. Sięga do stolika i bierze jedną ze strzykawek, w której znajduje się przezroczysty płyn. Wstrzykuje ciecz w ramię dziewczyny. Lucas stara się chwycić broń, która wypadła mu z ręki, gdy ten został porażony. Jego dłoń drży nienaturalnie, a każdy, choćby niewielki ruch sprawia mu ból. Zagryza wargi i palcami niemalże dotyka pistoletu. Blondyn nie daje mu jednak możliwości chwycenia przedmiotu i z dużą siłą, naciska grubą podeszwą buta na jego rękę. Z ust bruneta wyrywa się krótki krzyk, gdy mężczyzna brutalnie udaremnia jego starania.
- Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci tak łatwo uciec. – Cmoka, udając niezadowolenie. – Nasza zabawa dopiero się zaczyna. – Mówi, uśmiechając się szeroko. Unosi go za ramiona i ciągnie w stronę drewnianego mebla. Przypina go do krzesła, podobnie jak Harriet. – Więc… Od kogo by tu zacząć... – Mruczy, patrząc na nich uważnie. – Hmmm… Eeny, meeny, miny, moe… - Zaczyna wyliczać, przesuwając palcem pomiędzy jasnowłosą a policjantem. W końcu zatrzymuje się na Lucasie. – Postanowione. – Mówi, uśmiechając się szeroko. – Powiedz mi… Mój drogi przyjacielu… Dla kogo pracujecie? – Pyta, krzyżując dłonie na piersi. Fletcher milczy, wpatrując się w niego uważnie. – Odjęło ci mowę? A może ty w ogóle nie mówisz. – Dodaje. – Cóż... Przekonajmy się. – Mruczy i podchodzi do niego, po czym uderza go mocno z pięści w twarz. Brunet przenosi na niego powoli wzrok, nadal milcząc. Mężczyzna wymierza kolejny cios i następny. Jednak widząc, że na nic zda się jego technika, odsuwa się. – Może zaczniemy w takim razie od prostszych rzeczy. – Proponuje. – Imię. Twoje i tej ślicznotki. – Mruczy, wskazując na Harriet. Lucas dalej milczy, niewzruszony. Blondyn wzdycha ciężko. – Nie utrudniaj sobie życia chłoptasiu. Szkoda twojego zdrowia. – Dodaje i chwyta młotek. Waży go w dłoni, przyglądając się uważnie drewnianemu trzonkowi. – Na pewno nie chcesz gadać? – Pyta, spoglądając na niego. Lucas zaciska jedynie mocniej wargi, przygotowując się na kolejne fale bólu. – Wielka szkoda. – Wzdycha cicho mężczyzna i uderza mocno w jego dłoń, łamiąc przy tym kości w jego ręce. Z ust jego ofiary wydobywa się głośny jęk, a strużka krwi powoli spływa z przegryzionej wargi. Kat unosi młotek do góry. Za jego plecami słychać jak Harriet szarpie się, chcąc wyrwać dłonie z pasów. – Spokojnie blondyneczko. Tobą też się zajmę. – Obiecuje i ponownie uderza narzędziem, tym razem trafiając w kolano byłego żołnierza. Lucas krzyczy krótko, odchylając głowę do tyłu. – Pięknie. W końcu jakiś dźwięk. Więc może teraz powiesz mi coś na temat twojego szefa. – Mruczy.
- Pierdol się. – Warczy Lucas, patrząc na niego groźnie. Blondyn uśmiecha się szeroko.
- Może z wami będzie więcej zabawy niż z tamtą dwójką. – Mruczy, uderzając ponownie. Kolejne ciosy padają na jego ramię, udo i korpus, łamiąc żebra. Fletcher oddycha z trudem, jednak wytrwale milczy, nie zdradzając żadnych informacji. - Uparciuch z ciebie… Ciekawe co ma do powiedzenia twoja przyjaciółeczka. – Mówi, odwracając się do Harriet.
- Zostaw… ją. – Chrypie Lucas i unosi na niego wzrok.
- Z tobą na razie skończyłem, więc się zamknij. – Odpowiada i uderza go w twarz. – Więc ślicznotko… Co masz mi do powiedzenia? – Pyta blondyn, uśmiechając się do niej.
Harriet
12.07.2019
Od Harriet CD Lucasa
Gdy rozmowa została podsłuchana, a zadanie wykonane, Harriet musiała pilnie udać się do łazienki w celu potwierdzenia akcji. Sprawnie przedostała się do wspomnianego pomieszczenia, a gdy zaczęła sprawdzać kabiny, do łazienki wszedł wysoki mężczyzna, który wcale nie pomylił toalet. Przyparł jasnowłosą do ściany i szybkim ruchem coś wstrzyknął do jej ciała, lecz substancja nie zadziała od razu, przez co ta zdołała się uwolnić z uścisku i uderzyć obcego mężczyznę. Dopiero po chwili, widoczny dla niej obraz zaczął się zamazywać, nogi zrobiły się jak z waty, a przed upadkiem osłonił ją ten sam mężczyzna. Delikatnie położył ją na chłodnej podłodze i pożegnał krótkim śmiechem, po czym wampirzyca całkiem odpłynęła.
Zimna podłoga, wilgotne ściany bez okien, tytanowe kraty i brak naturalnego światła. To ten obraz przywitał ledwo świadomą kobietę, która z trudem uniosła zmęczone powieki. Jej usta były skutecznie zakneblowane, a ręce mocno skute za jej plecami. Siedziała oparta o ścianę z zgiętymi nogami w kolanach, co zaraz objawiło się zdrętwieniem kończyn. Intuicyjnie je wyprostowała, lecz czując kolejne kajdany na kotkach, cicho jęknęła. Na szczęście nikt tego nie usłyszał, przez co też nikt się nie zjawił, dzięki czemu jasnowłosa miała więcej czasu na dojście do siebie. Nadal miała na sobie suknie balową, lecz ta zdążyła lekko się podrzeć i pobrudzić, co było nieuniknione. Przy prawej ścianie siedział Lucas, który dopiero teraz wrócił do rzeczywistości, lecz nie mógł zrobić nic więcej, gdyż i ten był skuty. Harriet pokiwała głową na boki i pomimo wyczerpania, zaczęła pobudzać w sobie cząsteczki magii, aby te umożliwiły jej używania swoich zdolności.
— Obudziły się gołąbeczki — mruknął nagle jakiś mężczyzna, a pomimo tego, że ten powiedział to dość cicho, jasnowłosa lekko się skrzywiła, gdyż ta usłyszała to znacznie głośnej. — Już myślałem, że będą kolejne trupy — dodał wchodząc do pomieszczenia.
Wampirzycy cisnęły się już słowa na usta, lecz ta nie mogła nic wypowiedzieć, oprócz zduszonych jęków. Obcy mężczyzna zaśmiał się i podszedł do niej, nie zwracając większej uwagi na bruneta.
— Oszczędzaj siły — rzucił kucając naprzeciw kobiety — Jęczeć dopiero zaczniesz — szepnął obrzydliwie się uśmiechając i nachylając się do jej szyi.
To wystarczyło do wkurzenia jasnowłosej, przez co cząsteczki magii w jej ciele dosłownie eksplodowały, oddając przy tym jej zdolności. Zerwała metalowe obręcze na swoich nadgarstkach i nim mężczyzna zdołał cokolwiek zrobić, ta przeszyła go na wylot swoimi pazurami, przebijając przy tym jego płuca oraz serce, przez co śmierć nastąpiła od razu. Drugą ręką chwyciła za jego bark i przy pomocy nóg, odepchnęła oprawcę od siebie, wyjmując z jego ciała lekko zakrwawione pazury. Zaraz skryła swoje narzędzie zbrodni i pozbyła się knebla z usta oraz kajdan z nóg, po czy głęboko odetchnęła. Krew. Czuć było krew, która dla wampirzycy jest jak alkohol dla alkoholika, lecz tym razem musiała powstrzymać swoje uzależnienie i pomóc swojemu współpracownikowi. Wstała z chłodnej podłogi i podeszła do mężczyzny, którego również zaraz uwolniła.
— Im mniej wiesz, tym lepiej dla Ciebie — mruknęła wampirzyca, po czym zerknęła na siebie.
Suknia, która była dosyć długa, zrobiła się niepotrzebna i niewygodna, więc Harriet zerwała ją z siebie. Oczywiście miała tutaj Asa w rękawie, gdyż pod nią znajdowały się przyległe ubranie w postaci czarnej koszulki oraz krótkich spodenek.
— Musimy znaleźć pozostałych szpiegów i uciec z tego.. czegoś — mruknęła wampirzyca w monologu — Nie czuć magi, więc to zwykłe więzienie. Ludzie też nie wyglądają na mutantów — dodała zerkając na Lucasa — Jak się trzymasz ? — kucnęła przy brunecie.
Lucas.
Zimna podłoga, wilgotne ściany bez okien, tytanowe kraty i brak naturalnego światła. To ten obraz przywitał ledwo świadomą kobietę, która z trudem uniosła zmęczone powieki. Jej usta były skutecznie zakneblowane, a ręce mocno skute za jej plecami. Siedziała oparta o ścianę z zgiętymi nogami w kolanach, co zaraz objawiło się zdrętwieniem kończyn. Intuicyjnie je wyprostowała, lecz czując kolejne kajdany na kotkach, cicho jęknęła. Na szczęście nikt tego nie usłyszał, przez co też nikt się nie zjawił, dzięki czemu jasnowłosa miała więcej czasu na dojście do siebie. Nadal miała na sobie suknie balową, lecz ta zdążyła lekko się podrzeć i pobrudzić, co było nieuniknione. Przy prawej ścianie siedział Lucas, który dopiero teraz wrócił do rzeczywistości, lecz nie mógł zrobić nic więcej, gdyż i ten był skuty. Harriet pokiwała głową na boki i pomimo wyczerpania, zaczęła pobudzać w sobie cząsteczki magii, aby te umożliwiły jej używania swoich zdolności.
— Obudziły się gołąbeczki — mruknął nagle jakiś mężczyzna, a pomimo tego, że ten powiedział to dość cicho, jasnowłosa lekko się skrzywiła, gdyż ta usłyszała to znacznie głośnej. — Już myślałem, że będą kolejne trupy — dodał wchodząc do pomieszczenia.
Wampirzycy cisnęły się już słowa na usta, lecz ta nie mogła nic wypowiedzieć, oprócz zduszonych jęków. Obcy mężczyzna zaśmiał się i podszedł do niej, nie zwracając większej uwagi na bruneta.
— Oszczędzaj siły — rzucił kucając naprzeciw kobiety — Jęczeć dopiero zaczniesz — szepnął obrzydliwie się uśmiechając i nachylając się do jej szyi.
To wystarczyło do wkurzenia jasnowłosej, przez co cząsteczki magii w jej ciele dosłownie eksplodowały, oddając przy tym jej zdolności. Zerwała metalowe obręcze na swoich nadgarstkach i nim mężczyzna zdołał cokolwiek zrobić, ta przeszyła go na wylot swoimi pazurami, przebijając przy tym jego płuca oraz serce, przez co śmierć nastąpiła od razu. Drugą ręką chwyciła za jego bark i przy pomocy nóg, odepchnęła oprawcę od siebie, wyjmując z jego ciała lekko zakrwawione pazury. Zaraz skryła swoje narzędzie zbrodni i pozbyła się knebla z usta oraz kajdan z nóg, po czy głęboko odetchnęła. Krew. Czuć było krew, która dla wampirzycy jest jak alkohol dla alkoholika, lecz tym razem musiała powstrzymać swoje uzależnienie i pomóc swojemu współpracownikowi. Wstała z chłodnej podłogi i podeszła do mężczyzny, którego również zaraz uwolniła.
— Im mniej wiesz, tym lepiej dla Ciebie — mruknęła wampirzyca, po czym zerknęła na siebie.
Suknia, która była dosyć długa, zrobiła się niepotrzebna i niewygodna, więc Harriet zerwała ją z siebie. Oczywiście miała tutaj Asa w rękawie, gdyż pod nią znajdowały się przyległe ubranie w postaci czarnej koszulki oraz krótkich spodenek.
— Musimy znaleźć pozostałych szpiegów i uciec z tego.. czegoś — mruknęła wampirzyca w monologu — Nie czuć magi, więc to zwykłe więzienie. Ludzie też nie wyglądają na mutantów — dodała zerkając na Lucasa — Jak się trzymasz ? — kucnęła przy brunecie.
Lucas.
9.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Budynek, do którego właśnie zmierzali, swoim wyglądem zdecydowanie bardziej przypominał pałacyk, niż zwykłą willę. Z zewnątrz pomalowany był cały na biało. Kolumny wbudowane w przednią ścianę, ozdobione są drobnymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi nieco przerobiony kaduceusz. Z okien umiejscowionych po sześć na dole i górze, przebija światło dochodzące z wnętrza budynku. Do wejścia prowadzi brukowana dróżka. Na samym środku ustawiona została natomiast średnich rozmiarów fontanna, która aktualnie nie działała.
- Już boję się, jak będzie w środku. – Mruczy cicho Lucas.
- Przekonamy się. – Zauważa Harriet, wchodząc razem z mężczyzną przez przeszklone drzwi. Na samym wejściu wita ich kamerdyner i uprzejmie prosi o ich nakrycia wierzchnie oraz o podanie tożsamości. Oboje przedstawiają się nadanymi na tę okazję fałszywymi nazwiskami i po upewnieniu się, że znajdują się na liście, zostają wpuszczeni do głównej sali. Pomieszczenie rozświetlały trzy kryształowe żyrandole, wyglądające na bardzo drogie i w mniemaniu Lucasa zdecydowanie zbyt delikatne. Jednakże widząc wystrój całej sali, musiał przyznać, że doskonale pasują do tego miejsca. Marmurowa podłoga niemal lśniła. Goście byli w stanie ujrzeć swoje odbicie. Filary podtrzymujące sufit przyozdobione zostały wstęgą kwiatów, które wyglądały, jakby wyrastały z kamiennej podpory. Z balustrad zwisały jedwabne pasy materiału. Stoliki rozstawione w mniej więcej równych odległościach od siebie zostały okryte białymi obrusami, a na każdym z nich znajdował się wazon z białymi różami, a także zastawa.
- Czuję się, jakbym był właśnie na weselu. – Szepcze mężczyzna, odsuwając krzesło przed Harriet. Kobieta dziękuje mu skinieniem głowy i zajmuje miejsce.
- Nie da się zaprzeczyć. – Przyznaje, biorąc do ręki kieliszek z szampanem, który oczywiście również musiał zostać podrasowany, i na ściankach szklanego naczynia zostały wyryte drobne inicjały, w które powsadzano drobne kryształy.
- Jeśli cokolwiek usłyszysz, daj mi znać. – Prosi i włącza, prawie niewidoczną słuchawkę, przymocowaną do jego ucha
- Już boję się, jak będzie w środku. – Mruczy cicho Lucas.
- Przekonamy się. – Zauważa Harriet, wchodząc razem z mężczyzną przez przeszklone drzwi. Na samym wejściu wita ich kamerdyner i uprzejmie prosi o ich nakrycia wierzchnie oraz o podanie tożsamości. Oboje przedstawiają się nadanymi na tę okazję fałszywymi nazwiskami i po upewnieniu się, że znajdują się na liście, zostają wpuszczeni do głównej sali. Pomieszczenie rozświetlały trzy kryształowe żyrandole, wyglądające na bardzo drogie i w mniemaniu Lucasa zdecydowanie zbyt delikatne. Jednakże widząc wystrój całej sali, musiał przyznać, że doskonale pasują do tego miejsca. Marmurowa podłoga niemal lśniła. Goście byli w stanie ujrzeć swoje odbicie. Filary podtrzymujące sufit przyozdobione zostały wstęgą kwiatów, które wyglądały, jakby wyrastały z kamiennej podpory. Z balustrad zwisały jedwabne pasy materiału. Stoliki rozstawione w mniej więcej równych odległościach od siebie zostały okryte białymi obrusami, a na każdym z nich znajdował się wazon z białymi różami, a także zastawa.
- Czuję się, jakbym był właśnie na weselu. – Szepcze mężczyzna, odsuwając krzesło przed Harriet. Kobieta dziękuje mu skinieniem głowy i zajmuje miejsce.
- Nie da się zaprzeczyć. – Przyznaje, biorąc do ręki kieliszek z szampanem, który oczywiście również musiał zostać podrasowany, i na ściankach szklanego naczynia zostały wyryte drobne inicjały, w które powsadzano drobne kryształy.
- Jeśli cokolwiek usłyszysz, daj mi znać. – Prosi i włącza, prawie niewidoczną słuchawkę, przymocowaną do jego ucha
- Na pewno to zrobię. - Zapewnia wampirzyca. Mężczyzna rozgląda się nieco, po bogato urządzonym pomieszczeniu.
- Za poważne to dla mnie. - Mruczy, popijając szampana. - Nie pasuję do takich miejsc. - Dodaje.
- Ale w tym garniturze wtapiasz się w tłum. - Przyznaje.
- Tym gorzej. To znaczy, że wyglądam jak reszta tych bogaczy. - Oznajmia policjant. Kobieta uśmiecha się lekko.
- Nie przesadzaj. - Mówi. - Nadal się wyróżniasz. - Dodaje. - Nie jesteś starym prykiem jak pozostali. - Zauważa.
- Powiedzmy, że przyjmuję takie wyjaśnienia. - Śmieje się. - Mam nadzieję, że nie będziemy musieli tu siedzieć do końca. - Przyznaje.
- Ja też. - Wzdycha dziewczyna. - Ale jeśli będzie trzeba, nie mamy innego wyboru. Jakoś sobie poradzimy. – Oznajmia, popijając trunku. Tocząc dalej rozmowę z Harriet, jednocześnie stara się skupić na słyszanych fragmentach rozmów. Nagle jego towarzyszka zerka na niego znacząco i subtelnym ruchem głowy, wskazuje na jeden ze stolików. Mężczyzna zwraca się nieco w tamtą stronę, wyłapując interesującą rozmowę.
- Za poważne to dla mnie. - Mruczy, popijając szampana. - Nie pasuję do takich miejsc. - Dodaje.
- Ale w tym garniturze wtapiasz się w tłum. - Przyznaje.
- Tym gorzej. To znaczy, że wyglądam jak reszta tych bogaczy. - Oznajmia policjant. Kobieta uśmiecha się lekko.
- Nie przesadzaj. - Mówi. - Nadal się wyróżniasz. - Dodaje. - Nie jesteś starym prykiem jak pozostali. - Zauważa.
- Powiedzmy, że przyjmuję takie wyjaśnienia. - Śmieje się. - Mam nadzieję, że nie będziemy musieli tu siedzieć do końca. - Przyznaje.
- Ja też. - Wzdycha dziewczyna. - Ale jeśli będzie trzeba, nie mamy innego wyboru. Jakoś sobie poradzimy. – Oznajmia, popijając trunku. Tocząc dalej rozmowę z Harriet, jednocześnie stara się skupić na słyszanych fragmentach rozmów. Nagle jego towarzyszka zerka na niego znacząco i subtelnym ruchem głowy, wskazuje na jeden ze stolików. Mężczyzna zwraca się nieco w tamtą stronę, wyłapując interesującą rozmowę.
- Zbyt często zawracają nam ostatnio głowę. – Słychać przyciszony męski głos. – Te cholerne psy ganiają za nami jak za jakąś kością. – Mruczy. Lucas dyskretnie spogląda na dwójkę bogato ubranych starszych mężczyzn. – Ostatnio wysłali nawet szpiegów. – Wzdycha cicho.
- Nie dramatyzuj. – Odpowiada jego towarzysz. Jego ton głosu sugeruje, że sytuacja, w której się znajdują, w żaden sposób go nie niepokoi. – Tamtą dwójką już się zajęliśmy. – Oznajmia, popijając szampana. – Nie są dla nas żadnym zagrożeniem. – Dodaje. – A teraz przestań się zamartwiać i napij się przyjacielu. – Mruczy, podsuwając mu kieliszek. – Niedługo nasze problemy się zakończą. – Zapewnia, uśmiechając się nieznacznie. Jego znajomy patrzy na niego niepewnie, ale w końcu potakuje delikatnie i popija szampana.
- Skoro tak mówisz Gregory. – Wzdycha cicho nieprzekonany.
- Powinieneś mi bardziej zaufać przyjacielu. Dobrze wiem co robić. – Zapewnia. – Nikt nie stanie nam na przeszkodzie. – Oznajmia, dopijając do końca zawartość szklanego naczynia. – Rozluźnij się i baw się dobrze. – Dodaje i wstaje z miejsca, po czym oddala się od zajmowanego wcześniej stolika.
- Chyba mamy to, co chcieliśmy. – Zauważa cicho Lucas.
- Jeszcze nie. – Mruczy dziewczyna, obserwując uważnie wychodzącego z sali mężczyznę i wstaje od stolika.
- Gdzie idziesz? – Pyta, marszcząc brwi.
- Przypudrować nosek. – Oznajmia, unosząc lekko kącik ust. – Zaraz wrócę. – Obiecuje. Fletcher patrzy na nią uważnie i wzdycha cicho.
- Masz 5 minut. Potem idę cię szukać. – Mówi poważnie.
- Spokojnie, niedługo wrócę. – Zapewnia i sprawnie przechodzi między stolikami, po czym znika za drzwiami. Mężczyzna zagryza lekko wargę, mając złe przeczucia. Co jakiś czas zerka na zegarek i gdy mija prawie 10 minut, postanawia pójść poszukać swojej towarzyszki. Wychodzi z pomieszczenia i powoli idzie w stronę jednego z korytarzy. Im dalej zapuszcza się w głąb budynku, tym mniej ludzi. W końcu przystaje przed jednymi z drzwi, gdzie jak mu się wydaje, doszły do niego jakieś głosy. Chwyta za klamkę i naciska delikatnie na mosiężny uchwyt. Zanim ten ma możliwość ujrzenia co znajduje się za drzwiami, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawia go przytomności.
- Nie dramatyzuj. – Odpowiada jego towarzysz. Jego ton głosu sugeruje, że sytuacja, w której się znajdują, w żaden sposób go nie niepokoi. – Tamtą dwójką już się zajęliśmy. – Oznajmia, popijając szampana. – Nie są dla nas żadnym zagrożeniem. – Dodaje. – A teraz przestań się zamartwiać i napij się przyjacielu. – Mruczy, podsuwając mu kieliszek. – Niedługo nasze problemy się zakończą. – Zapewnia, uśmiechając się nieznacznie. Jego znajomy patrzy na niego niepewnie, ale w końcu potakuje delikatnie i popija szampana.
- Skoro tak mówisz Gregory. – Wzdycha cicho nieprzekonany.
- Powinieneś mi bardziej zaufać przyjacielu. Dobrze wiem co robić. – Zapewnia. – Nikt nie stanie nam na przeszkodzie. – Oznajmia, dopijając do końca zawartość szklanego naczynia. – Rozluźnij się i baw się dobrze. – Dodaje i wstaje z miejsca, po czym oddala się od zajmowanego wcześniej stolika.
- Chyba mamy to, co chcieliśmy. – Zauważa cicho Lucas.
- Jeszcze nie. – Mruczy dziewczyna, obserwując uważnie wychodzącego z sali mężczyznę i wstaje od stolika.
- Gdzie idziesz? – Pyta, marszcząc brwi.
- Przypudrować nosek. – Oznajmia, unosząc lekko kącik ust. – Zaraz wrócę. – Obiecuje. Fletcher patrzy na nią uważnie i wzdycha cicho.
- Masz 5 minut. Potem idę cię szukać. – Mówi poważnie.
- Spokojnie, niedługo wrócę. – Zapewnia i sprawnie przechodzi między stolikami, po czym znika za drzwiami. Mężczyzna zagryza lekko wargę, mając złe przeczucia. Co jakiś czas zerka na zegarek i gdy mija prawie 10 minut, postanawia pójść poszukać swojej towarzyszki. Wychodzi z pomieszczenia i powoli idzie w stronę jednego z korytarzy. Im dalej zapuszcza się w głąb budynku, tym mniej ludzi. W końcu przystaje przed jednymi z drzwi, gdzie jak mu się wydaje, doszły do niego jakieś głosy. Chwyta za klamkę i naciska delikatnie na mosiężny uchwyt. Zanim ten ma możliwość ujrzenia co znajduje się za drzwiami, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawia go przytomności.
Harriet?
6.07.2019
Od Harriet CD Lucas
Rozmowa jasnowłosej z mężczyzną przeciągnęła się do zmierzchu, czego oby dwoje kompletnie nie wyczuli, gdyż ci mieli sporo tematów do omówienia. To jednak zakończyło się wraz z zachodem słońca, po czym para znajomych opuściła lokal, natomiast brunet zaproponował kobiecie, że ten ją odprowadzi.
— Jest to niemożliwe — zaczęła i poprawiła swoją skórzaną kurtkę — Mieszkam za miastem, a tutaj stoi auto — dodała wyjaśniając.
— Więc, może innym razem udamy się na wspólny spacer — oznajmił delikatnie unosząc kąciki ust.
— W to nie wątpię — przyznała odwzajemniając uśmiech — Ale za to ja mogę podrzucić Cię do domu. Pogoda zaczyna się pogarszać, a metro strasznie się opóźnia — dodała spokojnym tonem i uważnie spojrzała na bruneta.
— Domyślam się, że nawet jak odmówię, to będziesz nalegać — mruknął Luc kończąc lekkim śmiechem. Jasnowłosa krótko przytaknęła — No dobrze. Prowadź więc — dodał z lekkim westchnięciem.
Para znajomych udała się od razu na parking, gdzie stało tylko jedno auto, a konkretnie szare audi kobiety, które pieszczotliwie nazywa szarakiem lub grafitem. Białowłosa wyjęła klucze z kurki i poprzez pilot otworzyła pojazd, którego światła zabłysnęły jasnym, pulsującym blaskiem, kończąc na świetle pozycyjnym. Oby dwoje zajęli swoje miejsca w aucie, a czując ciepło z nagrzewnicy audi, ci lekko wzdrygnęli. Po odpaleniu szaraka od razu wyjechali z parkingu i udali się tam, gdzie wskazał brunet. Podczas drogi nie mogło zabraknąć rozmów, które jeszcze bardziej rozbawiły parę, a tym samym umocniły ich znajomość. Mimo wszystko, Lucas należy do sopp, przez co białowłosa nie darzy go wielkim zaufaniem i gdyby ten zrobił coś złego względem niej, ta bez problemu mogłaby go "uszkodzić", a dokładnie, nie miałaby wyrzutów sumienia, gdyby coś mu zrobiła. Tego jednak nie robi, gdyż na razie mężczyzna nie stwarza żadnego zagrożenia, jednak uważnie obserwuje jego poczynania.
Gdy oby dwoje dojechali pod miejsce zamieszkania mężczyzny, ci zakończyli rozmowę i pożegnali się tak, jak przystało na znajomych, po czym Luc opuścił pojazd i skierował się do budynku. W tym czasie wampirzyca wyczuła spojrzenie gapiów z apartamentu oraz "osiedlowego monitoringu" siedzącego na dębowych ławkach. Z jednej strony była już do tego przyzwyczajona, z drugiej natomiast coś ją irytowało, przez co szybko opuściła kompleks budynków, pozostawiając za sobą głośny warkot silnika, który odbił się chyba o wszystkie budynki. Z takim pędem skierowała się do swojego domu, w którym zawsze jest bezpieczna, głównie przez barierę Nicodemusa, który zawsze chroni swoją wnuczkę. Z takim też lękiem dojechała do swojego miejsca zamieszkania i tam też się zamknęła, nie wychodząc nawet do garażu, który mi wszystko jest częścią domu.
Większość następnego dnia spędziła na mocnym treningu, który pomógł jej zapomnieć o wczorajszym lęku, który to jeszcze dzisiejszego ranka ją dręczył. Po tym wszystkim wylądowała w wannie z ciepłą wodą i miała nadzieje, że już nic nie wyrwie ją dzisiejszego dnia. Gdy tylko usłyszała dzwoniący telefon, przeklęła dzień, w którym zawarła umowę z Sopportare, gdyż to właśnie oni wykonali do niej połączenie. Niechętnie je odebrała i przyjęła standardowe informację o wstawieniu się w ich siedzibie. Nie mając większego wyboru, ogarnęła się i ubrała zimowe, lecz lekko opięte ubranie, które dobrze wyglądało i było wygodne, co rzadko idzie w parze. Resztę czynności wykonała również szybko, lecz dokładnie, do czego miała już wprawę. Przy okazji nakarmiła zwierzyniec i opuściła swoją posiadłość.
Gdy policjanci widzieli szare audi wjeżdżające na parking policyjny, wiedzieli, że coś się szykuje, choć inni z wielką chęcią wsadziliby wampirzycę do więzienia i traktowali prądem, jak ostatniego mordercę. Pomimo tego, szybkim krokiem wbiła do biura kapitana i była gotowa ujrzeń kilku żołnierzy, lecz tym razem zauważyła tylko Lucasa oraz kapitana.
— Co tym razem? — mruknęła wampirzyca nawet nie zajmując miejsca siedzącego.
— Potrzebuję szpiegów — rzucił kapitan — Dwóch moich zniknęło podczas akcji i do dzisiaj nie mamy z nimi kontaktu.
— Dobrze, ja sama mogę się tym zająć — odparła krzyżując ręce na piersi — Nie chcę narażać ludzi.
— On Ci będzie potrzebny — westchnął kapitan — Będziecie musieli udać się na bankiet, w którym zaginęli moi szpiedzy...
Mężczyzna wyjaśnił im wszystko na ten temat, co zajęło im blisko pół godziny, natomiast Harriet zdążyła prawie pokłócić się z dowódcą, ale to już chyba żadna nowość. Bankiet ma odbyć się dzisiejszego wieczoru, więc para znajomych nie miała za wiele czasu. Oby dwoje udali się do szatni i tam czekali na zamówionych stylistów wraz z gotowymi ubraniami oraz sprzętem do podsłuchu.
Gotowi do działania zajechali pod wielką salę, z którego wydobywał się dźwięk klasycznej muzyki, za którą Harriet za bardzo nie przepada. Pomimo tego, musiała tam wejść mając u boku Lucasa, który w garniturze wyglądał dość dobrze. Sama wampirzyca była ubrana w schludną suknię oraz wysokie buty.
— Zrobimy swoje i opuścimy to miejsce — mruknęła cicho kobieta i zerknęła na towarzysza, który lekko przytaknął.
Lucas.
— Jest to niemożliwe — zaczęła i poprawiła swoją skórzaną kurtkę — Mieszkam za miastem, a tutaj stoi auto — dodała wyjaśniając.
— Więc, może innym razem udamy się na wspólny spacer — oznajmił delikatnie unosząc kąciki ust.
— W to nie wątpię — przyznała odwzajemniając uśmiech — Ale za to ja mogę podrzucić Cię do domu. Pogoda zaczyna się pogarszać, a metro strasznie się opóźnia — dodała spokojnym tonem i uważnie spojrzała na bruneta.
— Domyślam się, że nawet jak odmówię, to będziesz nalegać — mruknął Luc kończąc lekkim śmiechem. Jasnowłosa krótko przytaknęła — No dobrze. Prowadź więc — dodał z lekkim westchnięciem.
Para znajomych udała się od razu na parking, gdzie stało tylko jedno auto, a konkretnie szare audi kobiety, które pieszczotliwie nazywa szarakiem lub grafitem. Białowłosa wyjęła klucze z kurki i poprzez pilot otworzyła pojazd, którego światła zabłysnęły jasnym, pulsującym blaskiem, kończąc na świetle pozycyjnym. Oby dwoje zajęli swoje miejsca w aucie, a czując ciepło z nagrzewnicy audi, ci lekko wzdrygnęli. Po odpaleniu szaraka od razu wyjechali z parkingu i udali się tam, gdzie wskazał brunet. Podczas drogi nie mogło zabraknąć rozmów, które jeszcze bardziej rozbawiły parę, a tym samym umocniły ich znajomość. Mimo wszystko, Lucas należy do sopp, przez co białowłosa nie darzy go wielkim zaufaniem i gdyby ten zrobił coś złego względem niej, ta bez problemu mogłaby go "uszkodzić", a dokładnie, nie miałaby wyrzutów sumienia, gdyby coś mu zrobiła. Tego jednak nie robi, gdyż na razie mężczyzna nie stwarza żadnego zagrożenia, jednak uważnie obserwuje jego poczynania.
Gdy oby dwoje dojechali pod miejsce zamieszkania mężczyzny, ci zakończyli rozmowę i pożegnali się tak, jak przystało na znajomych, po czym Luc opuścił pojazd i skierował się do budynku. W tym czasie wampirzyca wyczuła spojrzenie gapiów z apartamentu oraz "osiedlowego monitoringu" siedzącego na dębowych ławkach. Z jednej strony była już do tego przyzwyczajona, z drugiej natomiast coś ją irytowało, przez co szybko opuściła kompleks budynków, pozostawiając za sobą głośny warkot silnika, który odbił się chyba o wszystkie budynki. Z takim pędem skierowała się do swojego domu, w którym zawsze jest bezpieczna, głównie przez barierę Nicodemusa, który zawsze chroni swoją wnuczkę. Z takim też lękiem dojechała do swojego miejsca zamieszkania i tam też się zamknęła, nie wychodząc nawet do garażu, który mi wszystko jest częścią domu.
Większość następnego dnia spędziła na mocnym treningu, który pomógł jej zapomnieć o wczorajszym lęku, który to jeszcze dzisiejszego ranka ją dręczył. Po tym wszystkim wylądowała w wannie z ciepłą wodą i miała nadzieje, że już nic nie wyrwie ją dzisiejszego dnia. Gdy tylko usłyszała dzwoniący telefon, przeklęła dzień, w którym zawarła umowę z Sopportare, gdyż to właśnie oni wykonali do niej połączenie. Niechętnie je odebrała i przyjęła standardowe informację o wstawieniu się w ich siedzibie. Nie mając większego wyboru, ogarnęła się i ubrała zimowe, lecz lekko opięte ubranie, które dobrze wyglądało i było wygodne, co rzadko idzie w parze. Resztę czynności wykonała również szybko, lecz dokładnie, do czego miała już wprawę. Przy okazji nakarmiła zwierzyniec i opuściła swoją posiadłość.
Gdy policjanci widzieli szare audi wjeżdżające na parking policyjny, wiedzieli, że coś się szykuje, choć inni z wielką chęcią wsadziliby wampirzycę do więzienia i traktowali prądem, jak ostatniego mordercę. Pomimo tego, szybkim krokiem wbiła do biura kapitana i była gotowa ujrzeń kilku żołnierzy, lecz tym razem zauważyła tylko Lucasa oraz kapitana.
— Co tym razem? — mruknęła wampirzyca nawet nie zajmując miejsca siedzącego.
— Potrzebuję szpiegów — rzucił kapitan — Dwóch moich zniknęło podczas akcji i do dzisiaj nie mamy z nimi kontaktu.
— Dobrze, ja sama mogę się tym zająć — odparła krzyżując ręce na piersi — Nie chcę narażać ludzi.
— On Ci będzie potrzebny — westchnął kapitan — Będziecie musieli udać się na bankiet, w którym zaginęli moi szpiedzy...
Mężczyzna wyjaśnił im wszystko na ten temat, co zajęło im blisko pół godziny, natomiast Harriet zdążyła prawie pokłócić się z dowódcą, ale to już chyba żadna nowość. Bankiet ma odbyć się dzisiejszego wieczoru, więc para znajomych nie miała za wiele czasu. Oby dwoje udali się do szatni i tam czekali na zamówionych stylistów wraz z gotowymi ubraniami oraz sprzętem do podsłuchu.
Gotowi do działania zajechali pod wielką salę, z którego wydobywał się dźwięk klasycznej muzyki, za którą Harriet za bardzo nie przepada. Pomimo tego, musiała tam wejść mając u boku Lucasa, który w garniturze wyglądał dość dobrze. Sama wampirzyca była ubrana w schludną suknię oraz wysokie buty.
— Zrobimy swoje i opuścimy to miejsce — mruknęła cicho kobieta i zerknęła na towarzysza, który lekko przytaknął.
Lucas.
5.07.2019
Od Lucasa CD Harriet
Domowa siłownia? Brzmi… Ciekawie. – Przyznaje mężczyzna. Jego towarzyszka popija nieco kawy i wzrusza ramionami.
- Przydatne pomieszczenie. – Odpowiada. – Więc? Co takiego porabiasz w wolnym czasie? – Ponawia pytanie.
- Jeśli ci powiem, będę musiał cię zabić. – Przyznaje, udając powagę. Harriet zerka na niego i prycha cicho z lekkim uśmiechem.
- A tak naprawdę? – Pyta, opierając się o jakże wygodne krzesło.
- A tak naprawdę to sądzę, że gdy ci powiem, na pewno będziesz zaskoczona. – Odpowiada. – I pewnie będziesz się śmiać. – Dodaje po chwili. Jasnowłosa unosi delikatnie brew, patrząc na niego uważnie.
- Teraz rozbudziłeś moją ciekawość. Nie przedłużaj, tylko powiedz w końcu, co takiego wyczyniasz, że nie chcesz się przyznać.
- Cóż… Przeważnie bawię się z moim psem. Podobnie jak ty czytam książki. Wieczorami zazwyczaj oglądam filmy. – Wymienia.
- No dobra… A teraz gdzie ta część, w której mam zacząć się śmiać? – Pyta w końcu kobieta, nieco zbita z tropu.
- Bo oprócz filmów czasami… No może nie czasami, ale głównie oglądam bajki. – Przyznaje w końcu.
- Każdy robi to, co lubi. – Odpowiada, wzruszając ramionami. Lucas patrzy na nią nieco zaskoczony.
- Naprawdę myślałem, że zaczniesz się śmiać.
- Nie widzę ku temu powodu.
- Zaskoczyłaś mnie. – Mówi.
- Każdemu się chyba zdarza obejrzeć produkcję tego typu. – Dodaje Harriet. Mężczyzna potakuje delikatnie.
- Chyba tak. To dobry sposób na odprężenie się po całym dniu w pracy. – Przyznaje. – Spróbuj kiedyś. Jeśli chcesz, z chęcią cię kiedyś ugoszczę u mnie i możesz bez skrępowania pooglądać. – Zapewnia, popijając kawę.
- Zapamiętam sobie, może kiedyś wpadnę. – Mówi, uśmiechając się lekko. – Masz tam jeszcze jakieś asy w rękawie? – Pyta.
- Nie wiem, czy jestem w stanie przebić to, co już powiedziałem. – Przyznaje, zamyślając się. – Hmm… Lubię bardzo oglądać horrory. Ale głównie jako... krytyk. Żaden jeszcze nie zdołał wywołać u mnie strachu. – Mówi.
- A to ci niespodzianka. Naprawdę ciekawy z ciebie osobnik. – Oznajmia Harriet. – Pełen przeciwności. – Dodaje.
- To dobrze, czy źle? – Pyta, odstawiając pustą już filiżankę na stolik. Dziewczyna wzrusza ramionami. – To się okaże. – Mruczy. Przez pozostałą część spotkania rozmawiają na temat ulubionych książek. Lucas zasypuje ją informacjami na temat najbardziej cenionych przez niego autorów, takich jak, Edgar Alan Poe, H.P Lovecraft, J. R. R Tolkien, czy też współczesnych pisarzy, do których należy Stephen King i Camilla Läckberg. W końcu słońce zaczyna zachodzić, a kolejna filiżanka ciepłego napoju zostaje opróżniona.
- Nie wiem, kiedy zrobiło się tak późno. – Przyznaje Lucas, przeciągając się nieco. – Chyba czas się zbierać. – Mówi, wstając z miejsca. – Pójdę zapłacić za resztę kaw. – Proponuje. – Trochę… Trochę ich zeszło. – Śmieje się. Dziewczyna patrzy na niego, unosząc lekko kąciki ust.
- Nie da się ukryć. – Mruczy, podnosząc się z wygodnego krzesła. Podchodzi z nim do lady i pomimo jej nalegań, mężczyzna oznajmia, że on za wszystko zapłaci. Wychodzą powoli z budynku. Mroźny wiatr owiewa ich ciała. Brunet owija nieco mocniej szyję szalem.
– Naprawdę miło się rozmawiało. – Przyznaje Harriet, zerkając na mężczyznę.
- Mnie również. – Odpowiada Lucas, uśmiechając się do niej przyjaźnie. – Cieszę się, że udało nam się spotkać. – Dodaje. – Mam nadzieję, że niedługo znowu będziemy mieli okazję porozmawiać. Jeśli mogę spytać, daleko stąd mieszkasz? - Pyta po chwili. - Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę cię, chociaż kawałek odprowadzić. - Proponuje.
Harriet?
- Przydatne pomieszczenie. – Odpowiada. – Więc? Co takiego porabiasz w wolnym czasie? – Ponawia pytanie.
- Jeśli ci powiem, będę musiał cię zabić. – Przyznaje, udając powagę. Harriet zerka na niego i prycha cicho z lekkim uśmiechem.
- A tak naprawdę? – Pyta, opierając się o jakże wygodne krzesło.
- A tak naprawdę to sądzę, że gdy ci powiem, na pewno będziesz zaskoczona. – Odpowiada. – I pewnie będziesz się śmiać. – Dodaje po chwili. Jasnowłosa unosi delikatnie brew, patrząc na niego uważnie.
- Teraz rozbudziłeś moją ciekawość. Nie przedłużaj, tylko powiedz w końcu, co takiego wyczyniasz, że nie chcesz się przyznać.
- Cóż… Przeważnie bawię się z moim psem. Podobnie jak ty czytam książki. Wieczorami zazwyczaj oglądam filmy. – Wymienia.
- No dobra… A teraz gdzie ta część, w której mam zacząć się śmiać? – Pyta w końcu kobieta, nieco zbita z tropu.
- Bo oprócz filmów czasami… No może nie czasami, ale głównie oglądam bajki. – Przyznaje w końcu.
- Każdy robi to, co lubi. – Odpowiada, wzruszając ramionami. Lucas patrzy na nią nieco zaskoczony.
- Naprawdę myślałem, że zaczniesz się śmiać.
- Nie widzę ku temu powodu.
- Zaskoczyłaś mnie. – Mówi.
- Każdemu się chyba zdarza obejrzeć produkcję tego typu. – Dodaje Harriet. Mężczyzna potakuje delikatnie.
- Chyba tak. To dobry sposób na odprężenie się po całym dniu w pracy. – Przyznaje. – Spróbuj kiedyś. Jeśli chcesz, z chęcią cię kiedyś ugoszczę u mnie i możesz bez skrępowania pooglądać. – Zapewnia, popijając kawę.
- Zapamiętam sobie, może kiedyś wpadnę. – Mówi, uśmiechając się lekko. – Masz tam jeszcze jakieś asy w rękawie? – Pyta.
- Nie wiem, czy jestem w stanie przebić to, co już powiedziałem. – Przyznaje, zamyślając się. – Hmm… Lubię bardzo oglądać horrory. Ale głównie jako... krytyk. Żaden jeszcze nie zdołał wywołać u mnie strachu. – Mówi.
- A to ci niespodzianka. Naprawdę ciekawy z ciebie osobnik. – Oznajmia Harriet. – Pełen przeciwności. – Dodaje.
- To dobrze, czy źle? – Pyta, odstawiając pustą już filiżankę na stolik. Dziewczyna wzrusza ramionami. – To się okaże. – Mruczy. Przez pozostałą część spotkania rozmawiają na temat ulubionych książek. Lucas zasypuje ją informacjami na temat najbardziej cenionych przez niego autorów, takich jak, Edgar Alan Poe, H.P Lovecraft, J. R. R Tolkien, czy też współczesnych pisarzy, do których należy Stephen King i Camilla Läckberg. W końcu słońce zaczyna zachodzić, a kolejna filiżanka ciepłego napoju zostaje opróżniona.
- Nie wiem, kiedy zrobiło się tak późno. – Przyznaje Lucas, przeciągając się nieco. – Chyba czas się zbierać. – Mówi, wstając z miejsca. – Pójdę zapłacić za resztę kaw. – Proponuje. – Trochę… Trochę ich zeszło. – Śmieje się. Dziewczyna patrzy na niego, unosząc lekko kąciki ust.
- Nie da się ukryć. – Mruczy, podnosząc się z wygodnego krzesła. Podchodzi z nim do lady i pomimo jej nalegań, mężczyzna oznajmia, że on za wszystko zapłaci. Wychodzą powoli z budynku. Mroźny wiatr owiewa ich ciała. Brunet owija nieco mocniej szyję szalem.
– Naprawdę miło się rozmawiało. – Przyznaje Harriet, zerkając na mężczyznę.
- Mnie również. – Odpowiada Lucas, uśmiechając się do niej przyjaźnie. – Cieszę się, że udało nam się spotkać. – Dodaje. – Mam nadzieję, że niedługo znowu będziemy mieli okazję porozmawiać. Jeśli mogę spytać, daleko stąd mieszkasz? - Pyta po chwili. - Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę cię, chociaż kawałek odprowadzić. - Proponuje.
Harriet?
Od Harriet CD Lucasa
Gdy wampirzyca minęła próg swojego domu, przywitało ją skromne stadko w postaci szopa, pandy rudej oraz nietoperza, który jako pierwszy wylądował na klatce piersiowej kobiety. Ta z uśmiechem głaskała każde z zwierzaków i przeszła z nimi do kuchni, gdzie podała im ich jedzenie i zajęła się sobą. Weszła do łazienki, gdzie do wanny nalała prawie gorącej wody i pozbyła się swoich ubrań, po czym weszła do ciepłej cieczy. Zanurzyła się do szyi i przymknęła oczy, żeby choć teraz się zrelaksować. Biała piana utworzona z płynu do kąpieli skutecznie zakryła jej ciało, a nagle pojawiający się Kevan zastał widok jedynie jej głowy oraz rąk.
— Mówiłam Ci, żebyś nie teleportował się w losowe miejsca tego domu — rzuciła spokojnie wampirzyca i spojrzała na przyjaciela.
— Myślałem, że jesteś w pracy — westchnął — Nie ważne.. przyszedłem tylko po kilka dokumentów.
— W łazience ich nie znajdziesz. Wypad — wygoniła bruneta z łazienki, który poprzez kolejną teleportację przeniósł się do innego pomieszczenia — Debil — dodała sama do siebie.
— Słyszałem! — krzyknął Kevan będący w biurze obok.
Kąpiel jasnowłosej trwała dość długo, a gdy opuściła ciepłą wannę, jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Od wszelkiego zimna uratował ją jej biały szlafrok, który ubrała na siebie i przeszła do swojej sypialni, gdzie założyła luźniejsze ubranie. Nie miała w planach opuszczać już domostwa, więc do wieczora czytała lub bawiła się ze zwierzakami.
Następnego dnia obudziła się wypoczęta i pełna energii, przez co humor dopisywał jak nigdy wcześniej. Włączyła swoją ulubioną muzykę i zajęła się sobą zaczynając od długiej kąpieli, a kończąc na porządnym śniadaniu z ciepłą kawą. W międzyczasie nakarmiła swoje stadko, a po przyjęciu sprzątaczki, mogła opuścić posiadłość udając się od razu do miasta. Na miejscu skierowała się od razu do kawiarenki, do której często przyjeżdża, lecz tym razem spotkała swojego towarzysza broni, a dokładnie Lucasa, z którym zasiadła w środku lokalu. Zamówili swoje ulubione napoje i przeszli do tematu, który mieli dokończyć znacznie wcześniej.
— No więc.. Nigdy nie służyłam w jakiejś jednostce i pracowałam jedynie dorywczo w stajni czy w warsztatach samochodowych. Teraz wiesz czym się zajmuję i zdecydowanie mi to pasuje — wyjaśniła krótko jasnowłosa.
— Nie boisz się tego? — spytał brunet.
— Czego mam się bać? — prychnęła z lekkim uśmiechem — Znam swoje możliwości i zawsze trzymam tego asa w rękawie, aby w ostatniej chwili uciec od zagrożenia — dodała spokojnym tonem — Po za tym, miejsca publiczne nie są bezpieczne na takie tematy — westchnęła i chwyciła za kubek z kawą, z którego upiła niewielki łyk.
— Rozumiem — przytaknął brunet i również zaspokoił swoje pragnienie — I też się zgadzam. Ogólnie robisz coś po za.. pracą?
— Mhm — przytaknęła — Rysuje, czytam, czasami jeżdżę na strzelnicę lub trenuje w domowej siłowni, nic szczególnego — wyjaśniła delektując się ciepłą kawą — A Ty? Oprócz ścigania niedobrych mutantów, coś ciekawego czynisz? — spytała zerkając na towarzysza.
Lucas.
— Mówiłam Ci, żebyś nie teleportował się w losowe miejsca tego domu — rzuciła spokojnie wampirzyca i spojrzała na przyjaciela.
— Myślałem, że jesteś w pracy — westchnął — Nie ważne.. przyszedłem tylko po kilka dokumentów.
— W łazience ich nie znajdziesz. Wypad — wygoniła bruneta z łazienki, który poprzez kolejną teleportację przeniósł się do innego pomieszczenia — Debil — dodała sama do siebie.
— Słyszałem! — krzyknął Kevan będący w biurze obok.
Kąpiel jasnowłosej trwała dość długo, a gdy opuściła ciepłą wannę, jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Od wszelkiego zimna uratował ją jej biały szlafrok, który ubrała na siebie i przeszła do swojej sypialni, gdzie założyła luźniejsze ubranie. Nie miała w planach opuszczać już domostwa, więc do wieczora czytała lub bawiła się ze zwierzakami.
Następnego dnia obudziła się wypoczęta i pełna energii, przez co humor dopisywał jak nigdy wcześniej. Włączyła swoją ulubioną muzykę i zajęła się sobą zaczynając od długiej kąpieli, a kończąc na porządnym śniadaniu z ciepłą kawą. W międzyczasie nakarmiła swoje stadko, a po przyjęciu sprzątaczki, mogła opuścić posiadłość udając się od razu do miasta. Na miejscu skierowała się od razu do kawiarenki, do której często przyjeżdża, lecz tym razem spotkała swojego towarzysza broni, a dokładnie Lucasa, z którym zasiadła w środku lokalu. Zamówili swoje ulubione napoje i przeszli do tematu, który mieli dokończyć znacznie wcześniej.
— No więc.. Nigdy nie służyłam w jakiejś jednostce i pracowałam jedynie dorywczo w stajni czy w warsztatach samochodowych. Teraz wiesz czym się zajmuję i zdecydowanie mi to pasuje — wyjaśniła krótko jasnowłosa.
— Nie boisz się tego? — spytał brunet.
— Czego mam się bać? — prychnęła z lekkim uśmiechem — Znam swoje możliwości i zawsze trzymam tego asa w rękawie, aby w ostatniej chwili uciec od zagrożenia — dodała spokojnym tonem — Po za tym, miejsca publiczne nie są bezpieczne na takie tematy — westchnęła i chwyciła za kubek z kawą, z którego upiła niewielki łyk.
— Rozumiem — przytaknął brunet i również zaspokoił swoje pragnienie — I też się zgadzam. Ogólnie robisz coś po za.. pracą?
— Mhm — przytaknęła — Rysuje, czytam, czasami jeżdżę na strzelnicę lub trenuje w domowej siłowni, nic szczególnego — wyjaśniła delektując się ciepłą kawą — A Ty? Oprócz ścigania niedobrych mutantów, coś ciekawego czynisz? — spytała zerkając na towarzysza.
Lucas.
3.07.2019
OD Lucasa CD Harriet
Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Strzały padały w ich stronę. Lucas szybko schował się za ciężarówką, odpowiadając na atak ogniem, unieszkodliwiając kilku wrogów. Było ich jednak zbyt wielu, by nawet cała jednostka dała sobie radę. Jednak po chwili pierwsi napastnicy w zaczęli padać na ziemię, dzięki jak domyślał się mężczyzna, pomocy Harriet.
- Natychmiastowy odwrót! – Oznajmia dowódca całej akcji, mówiąc przez radio.
- Co z Shepherd? – Pyta od razu.
- Ona sobie poradzi. A teraz do wozów i uciekać. – Mówi i rozłącza się. Lucas waha się przez chwilę, jednak zdając sobie sprawę, że nie może teraz pozwolić sobie na ani chwilę zwątpienia, w końcu wsiada do auta i czym prędzej odjeżdża razem z pozostałymi. Po chwili w radiu rozbrzmiewa głos kierującego akcją, oznajmiając że wszyscy są cali i zdrowi. Fletcher oddycha z ulgą, skupiając się na drodze. Nagle z bagażnika dobiega dźwięk przesuwanych skrzyni i cichy jęk. Domyślając się co może być tajemnicze źródłem hałasu, nie zdziwił się, gdy obok niego pojawiła się Harriet. Po zapewnieniu jej, że wszystkim udało się uciec bez szwanku, resztę drogę pokonują w cisz, zbyt zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami i zbyt skupieni na drodze, by wdawać się w rozmowy. W końcu bezpiecznie dojeżdżają do siedziby Sopp. Lucas parkuje na miejscu do rozładunku i czeka aż wszystko zostanie bezpiecznie przeniesione. Powolnym krokiem zmierza w stronę szatni i przebiera się w cywilne ubrania. Po chwili zauważa kierującą się w jego stronę dziewczynę.
- Nigdy tego nie mówiłam, ale dobrze mi się z Tobą współpracowało — powiedziała, patrząc w jego stronę. — Do zobaczenia — Pożegnała się i pewnym krokiem, udała w stronę wyjścia.
- Mnie również. – Odpowiada, zanim ta wychodzi. – Oby to nie był ostatni raz. – Dodaje, gdy ta odwraca się do niego. – Do zobaczenia. – mówi z lekkim uśmiechem, na co ta odpowiada ledwo zauważalnym uniesieniem kącika ust i opuszcza szatnię. Mężczyzna idzie za jej przykładem i gdy tylko kończy pakować resztę rzeczy do szafki, wychodzi z budynku, kierując się w stronę swojego pojazdu. Z piskiem opon rusza spod komendy i w kilkanaście minut dociera do swojego mieszkania, gdzie czeka na niego z utęsknieniem Luna. Mężczyzna wita się z nią wylewnie, drapiąc ją za uszkiem i bawiąc się z psiakiem jej ulubioną zabawką. Będąc w wyjątkowo dobrym humorze, postanawia ugotować coś na obiad samemu.
- Co tak patrzysz mordko? Zaraz tobie też coś dam. – Zapewnia, zerkając na siedzącego przed kuchnią psa. Ta macha wesoło ogonem, patrząc na niego wyczekująco. Lucas wsypuje do miski suczki jej ulubioną karmę i po chwili słychać głośne chrupanie, gdy ta zaczyna wcinać posiłek. Mężczyzna uśmiecha się lekko pod nosem i zabiera się do gotowania obiadu. Wyciąga niezbędne mu produkty z lodówki i niedługo później w całym mieszkaniu czuć zapach pieczonego kurczaka z warzywami. Szczeniak skuszony zapachem podchodzi do piekarnika, patrząc jak za szybą piecze się zapiekanka.
- Wybacz żarłoku, ale to nie dla ciebie – Mówi. Luna zerka na niego i skomle cicho. – No może… Trochę się z tobą podzielę. – Oznajmia, gładząc jej łeb. Kilka minut później danie jest gotowe. Mężczyzna wyciąga gorący posiłek z piekarnika i po podzieleniu się z pupilem, sam zabiera się do jedzenia.
Wieczór jak zawsze spędza na oglądaniu jakiegoś filmu. Tym razem padło na kino z dreszczykiem i klasyk tego gatunku, a mianowicie „Lśnienie”. Mężczyzna z zapartym tchem obserwuje uwaznie fabułę horroru. Z lekkim usmiechem wpatruje się w ekran, gdy zbliża się jego ulubiona scena. Jack Torrance zamaszystymi ruchami siekiery niszczy drzwi łazienki, przy akompaniamencie krzyków swojej żony. W salonie rozbrzmiewa psychopatyczny głos głównego bohatera, gdy ten wykrzykuje jakże dobrze znane w popkulturze sławne zdanie "Here's Johnny!". Dalszy rozwój wydarzeń, przerywa głośny dzwonek telefonu Lucasa. Mężczyzna z bólem w sercu wyłącza telewizor i podnosi niewdzięczne urządzenie. Zerka na wyświetlacz, modląc się by nie był to dowódca Sopp. Jego twarz rozświetla szeroki uśmiech, gdy zauważa kto jest odpowiedzialny, za przerwanie mu seansu. Bez wahania odbiera połączenie.
- Lu! No w końcu. - Woła jego siostra. - Myślałam, że znowu jesteś zajęty. - Mówi.
- Droga sis, dla ciebie zawsze znajdę czas. - Oznajmia mężczyzna. - Jak rozumiem steskniłaś się? - Pyta, gładzac delikatnie łepek Luny. Alice prycha cicho.
- Co? Ja? W życiu... No może troszkę. - Przyznaje w końcu. - Już długo cię nie było w domu. - zauważa.
- Wiesz przecież, że mam dużo pracy. Muszę być cały czas pod telefonem. - Mówi, mając wrażenie, że powtarza to już setny raz. - Naprawdę chciałbym przyjechać, ale nie mam kiedy. Dziewczyna milknie na chwilę, w końcu w słuchawce rozbrzmiewa ciche westchnięcie.
- Wiem przecież... Ale! Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że przyjeżdżam na ferie? - Upewnia się.
- Eeee...
- Lu! - Woła oburzona. Mężczyzna śmieje się cicho.
- Oczywiście, że nie zapomniałem. - Zapewnia.
- Masz szczęście. - Burczy. - W ramach zadośćuczynienia chcę lasagne na obiad.
- Masz to jak w banku. - Mówi, uśmiechając się lekko. - W ogóle nie powinnaś iść już spać? - Pyta.
- Jest dopiero 22 głupolu. Z resztą jutro sobota. - Zauważa. - W ogóle koniecznie muszę Ci powiedzieć o tym, co zrobiła dzisiaj Amanda, no wredna...
- Język Alice, nie przeklina. - Karci ją.
- Przecież nic nie powiedziałam... Jeszcze. - Dodaje cicho. - W każdym razie... - Zaczyna I opowiada mj jak to jej największy szkolny wróg ukradł jej rolę w przedstawieniu. Przez następną godzinę rozmawiają na temat szkoły Alice i tego co dzieje się w domu. W końcu mężczyzna żegna się z siostrą i rozłącza z cichym westchnieciem.
- No co tak patrzysz na mnie mała? - Mruczy do psa, gładzac jego grzbiet. - Wiem... Powinienem tam jechać... - mamrocze, przecierając powieki. Włącza po chwili film i ogląda końcówkę filmu, jednak tym razem nie jest w stanie skupić się na przebiegu akcji. Po seansie zarówno on jak Luna udają się na spoczynek. Czteronożny przyjaciel Lucasa tupta za nim i kładzie się obok swojego Pana na łóżku. Mężczyzna przewraca się z boku na bok, po godzinie udaje mu się w końcu zasnąć.
- Natychmiastowy odwrót! – Oznajmia dowódca całej akcji, mówiąc przez radio.
- Co z Shepherd? – Pyta od razu.
- Ona sobie poradzi. A teraz do wozów i uciekać. – Mówi i rozłącza się. Lucas waha się przez chwilę, jednak zdając sobie sprawę, że nie może teraz pozwolić sobie na ani chwilę zwątpienia, w końcu wsiada do auta i czym prędzej odjeżdża razem z pozostałymi. Po chwili w radiu rozbrzmiewa głos kierującego akcją, oznajmiając że wszyscy są cali i zdrowi. Fletcher oddycha z ulgą, skupiając się na drodze. Nagle z bagażnika dobiega dźwięk przesuwanych skrzyni i cichy jęk. Domyślając się co może być tajemnicze źródłem hałasu, nie zdziwił się, gdy obok niego pojawiła się Harriet. Po zapewnieniu jej, że wszystkim udało się uciec bez szwanku, resztę drogę pokonują w cisz, zbyt zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami i zbyt skupieni na drodze, by wdawać się w rozmowy. W końcu bezpiecznie dojeżdżają do siedziby Sopp. Lucas parkuje na miejscu do rozładunku i czeka aż wszystko zostanie bezpiecznie przeniesione. Powolnym krokiem zmierza w stronę szatni i przebiera się w cywilne ubrania. Po chwili zauważa kierującą się w jego stronę dziewczynę.
- Nigdy tego nie mówiłam, ale dobrze mi się z Tobą współpracowało — powiedziała, patrząc w jego stronę. — Do zobaczenia — Pożegnała się i pewnym krokiem, udała w stronę wyjścia.
- Mnie również. – Odpowiada, zanim ta wychodzi. – Oby to nie był ostatni raz. – Dodaje, gdy ta odwraca się do niego. – Do zobaczenia. – mówi z lekkim uśmiechem, na co ta odpowiada ledwo zauważalnym uniesieniem kącika ust i opuszcza szatnię. Mężczyzna idzie za jej przykładem i gdy tylko kończy pakować resztę rzeczy do szafki, wychodzi z budynku, kierując się w stronę swojego pojazdu. Z piskiem opon rusza spod komendy i w kilkanaście minut dociera do swojego mieszkania, gdzie czeka na niego z utęsknieniem Luna. Mężczyzna wita się z nią wylewnie, drapiąc ją za uszkiem i bawiąc się z psiakiem jej ulubioną zabawką. Będąc w wyjątkowo dobrym humorze, postanawia ugotować coś na obiad samemu.
- Co tak patrzysz mordko? Zaraz tobie też coś dam. – Zapewnia, zerkając na siedzącego przed kuchnią psa. Ta macha wesoło ogonem, patrząc na niego wyczekująco. Lucas wsypuje do miski suczki jej ulubioną karmę i po chwili słychać głośne chrupanie, gdy ta zaczyna wcinać posiłek. Mężczyzna uśmiecha się lekko pod nosem i zabiera się do gotowania obiadu. Wyciąga niezbędne mu produkty z lodówki i niedługo później w całym mieszkaniu czuć zapach pieczonego kurczaka z warzywami. Szczeniak skuszony zapachem podchodzi do piekarnika, patrząc jak za szybą piecze się zapiekanka.
- Wybacz żarłoku, ale to nie dla ciebie – Mówi. Luna zerka na niego i skomle cicho. – No może… Trochę się z tobą podzielę. – Oznajmia, gładząc jej łeb. Kilka minut później danie jest gotowe. Mężczyzna wyciąga gorący posiłek z piekarnika i po podzieleniu się z pupilem, sam zabiera się do jedzenia.
Wieczór jak zawsze spędza na oglądaniu jakiegoś filmu. Tym razem padło na kino z dreszczykiem i klasyk tego gatunku, a mianowicie „Lśnienie”. Mężczyzna z zapartym tchem obserwuje uwaznie fabułę horroru. Z lekkim usmiechem wpatruje się w ekran, gdy zbliża się jego ulubiona scena. Jack Torrance zamaszystymi ruchami siekiery niszczy drzwi łazienki, przy akompaniamencie krzyków swojej żony. W salonie rozbrzmiewa psychopatyczny głos głównego bohatera, gdy ten wykrzykuje jakże dobrze znane w popkulturze sławne zdanie "Here's Johnny!". Dalszy rozwój wydarzeń, przerywa głośny dzwonek telefonu Lucasa. Mężczyzna z bólem w sercu wyłącza telewizor i podnosi niewdzięczne urządzenie. Zerka na wyświetlacz, modląc się by nie był to dowódca Sopp. Jego twarz rozświetla szeroki uśmiech, gdy zauważa kto jest odpowiedzialny, za przerwanie mu seansu. Bez wahania odbiera połączenie.
- Lu! No w końcu. - Woła jego siostra. - Myślałam, że znowu jesteś zajęty. - Mówi.
- Droga sis, dla ciebie zawsze znajdę czas. - Oznajmia mężczyzna. - Jak rozumiem steskniłaś się? - Pyta, gładzac delikatnie łepek Luny. Alice prycha cicho.
- Co? Ja? W życiu... No może troszkę. - Przyznaje w końcu. - Już długo cię nie było w domu. - zauważa.
- Wiesz przecież, że mam dużo pracy. Muszę być cały czas pod telefonem. - Mówi, mając wrażenie, że powtarza to już setny raz. - Naprawdę chciałbym przyjechać, ale nie mam kiedy. Dziewczyna milknie na chwilę, w końcu w słuchawce rozbrzmiewa ciche westchnięcie.
- Wiem przecież... Ale! Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że przyjeżdżam na ferie? - Upewnia się.
- Eeee...
- Lu! - Woła oburzona. Mężczyzna śmieje się cicho.
- Oczywiście, że nie zapomniałem. - Zapewnia.
- Masz szczęście. - Burczy. - W ramach zadośćuczynienia chcę lasagne na obiad.
- Masz to jak w banku. - Mówi, uśmiechając się lekko. - W ogóle nie powinnaś iść już spać? - Pyta.
- Jest dopiero 22 głupolu. Z resztą jutro sobota. - Zauważa. - W ogóle koniecznie muszę Ci powiedzieć o tym, co zrobiła dzisiaj Amanda, no wredna...
- Język Alice, nie przeklina. - Karci ją.
- Przecież nic nie powiedziałam... Jeszcze. - Dodaje cicho. - W każdym razie... - Zaczyna I opowiada mj jak to jej największy szkolny wróg ukradł jej rolę w przedstawieniu. Przez następną godzinę rozmawiają na temat szkoły Alice i tego co dzieje się w domu. W końcu mężczyzna żegna się z siostrą i rozłącza z cichym westchnieciem.
- No co tak patrzysz na mnie mała? - Mruczy do psa, gładzac jego grzbiet. - Wiem... Powinienem tam jechać... - mamrocze, przecierając powieki. Włącza po chwili film i ogląda końcówkę filmu, jednak tym razem nie jest w stanie skupić się na przebiegu akcji. Po seansie zarówno on jak Luna udają się na spoczynek. Czteronożny przyjaciel Lucasa tupta za nim i kładzie się obok swojego Pana na łóżku. Mężczyzna przewraca się z boku na bok, po godzinie udaje mu się w końcu zasnąć.
Jako iż następny dzień jest wolny, Fletcher z ulgą może wytchnąć od pracy i połowę dnia spędza na sprzątaniu, a resztę czasu do wieczora, postanawia wykorzystać na spacer po mieście. Ubiera się ciepło, owijając mocno grubym szalem wokół szyi.
- Zostań. Niedługo wrócę. – Obiecuje, patrząc na zwierzaka. – Bądź grzeczna mordko. – Prosi, gładząc jej łeb. Ta szczeka cicho i wraca na swoje legowisko. Lucas powoli opuszcza mieszkanie i zmierza w stronę centrum miasta. Na chodnikach leżą całkiem pokaźne warstwy śniegu. Ogródki pobliskich działek ozdabiają ulepione przez dzieci bałwany, a sami budowniczowie jeżdżą na sankach, czy też uczestniczą w bitwie na śnieżki. Mężczyzna z lekkim uśmiechem przygląda się całemu krajobrazowi, który powoli zaczyna się zmieniać, wraz ze zbliżaniem się do centrum. Zimne płatki śniegu powoli zaczynają spadać z nieba, tworząc kolejną warstwę białego puchu na chodnikach. Mija kolejne sklepy i restauracje, aż w końcu skuszony słodkim zapachem ciast i kawy, postanawia zajrzeć do pobliskiej kawiarni. Gdy tylko sięga do klamki, obok jego dłoni pojawia się mniejsza i bledsza ręką. Unosi wzrok i ku jego zdziwieniu rozpoznaje swoją niedawną towarzyszkę pracy.
- Cóż za zbieg okoliczności – Śmieje się. – Miło cię znowu widzieć. – Przyznaje. – Jak przypuszczam ty również masz zamiar skorzystać z możliwości wypicia kawy? – Pyta, otwierając przed nią drzwi. Ta dziękuje mu skinięciem głowy i wchodzi do ciepłego pomieszczenia.
- W taką pogodę kawa to z pewnością coś, czego nie można sobie odmówić. – Oznajmia.
- W takim razie jeśli nie będzie przeszkadzać ci moje towarzystwo, mogę przyłączyć się? – Pyta, podchodząc z nią do lady.
- Nie mam nic przeciwko. – Zapewnia dziewczyna, unosząc lekko kąciki ust.
- W takim razie ja stawiam. – Oznajmia. – A ty w zamian opowiesz mi coś o sobie. – Proponuje. Harriet zamyśla się na chwilę, ale w końcu potakuje.
- Przyjmuję propozycję. – Odpowiada i razem składają zamówienie. Mężczyzna płaci za oboje i udają się do jednego ze stolików. Po chwili kelnerka przynosi im ich napoje i pozostawia samych, by mogli cieszyć się gorącą kawą.
- Pierwsza część umowy spełniona, teraz twoja kolej. – Mówi do dziewczyny, uśmiechając się lekko i z wyczekiwaniem, przygląda się swojej towarzyszce.
- Zostań. Niedługo wrócę. – Obiecuje, patrząc na zwierzaka. – Bądź grzeczna mordko. – Prosi, gładząc jej łeb. Ta szczeka cicho i wraca na swoje legowisko. Lucas powoli opuszcza mieszkanie i zmierza w stronę centrum miasta. Na chodnikach leżą całkiem pokaźne warstwy śniegu. Ogródki pobliskich działek ozdabiają ulepione przez dzieci bałwany, a sami budowniczowie jeżdżą na sankach, czy też uczestniczą w bitwie na śnieżki. Mężczyzna z lekkim uśmiechem przygląda się całemu krajobrazowi, który powoli zaczyna się zmieniać, wraz ze zbliżaniem się do centrum. Zimne płatki śniegu powoli zaczynają spadać z nieba, tworząc kolejną warstwę białego puchu na chodnikach. Mija kolejne sklepy i restauracje, aż w końcu skuszony słodkim zapachem ciast i kawy, postanawia zajrzeć do pobliskiej kawiarni. Gdy tylko sięga do klamki, obok jego dłoni pojawia się mniejsza i bledsza ręką. Unosi wzrok i ku jego zdziwieniu rozpoznaje swoją niedawną towarzyszkę pracy.
- Cóż za zbieg okoliczności – Śmieje się. – Miło cię znowu widzieć. – Przyznaje. – Jak przypuszczam ty również masz zamiar skorzystać z możliwości wypicia kawy? – Pyta, otwierając przed nią drzwi. Ta dziękuje mu skinięciem głowy i wchodzi do ciepłego pomieszczenia.
- W taką pogodę kawa to z pewnością coś, czego nie można sobie odmówić. – Oznajmia.
- W takim razie jeśli nie będzie przeszkadzać ci moje towarzystwo, mogę przyłączyć się? – Pyta, podchodząc z nią do lady.
- Nie mam nic przeciwko. – Zapewnia dziewczyna, unosząc lekko kąciki ust.
- W takim razie ja stawiam. – Oznajmia. – A ty w zamian opowiesz mi coś o sobie. – Proponuje. Harriet zamyśla się na chwilę, ale w końcu potakuje.
- Przyjmuję propozycję. – Odpowiada i razem składają zamówienie. Mężczyzna płaci za oboje i udają się do jednego ze stolików. Po chwili kelnerka przynosi im ich napoje i pozostawia samych, by mogli cieszyć się gorącą kawą.
- Pierwsza część umowy spełniona, teraz twoja kolej. – Mówi do dziewczyny, uśmiechając się lekko i z wyczekiwaniem, przygląda się swojej towarzyszce.
Harriet?
30.06.2019
Od Harriet CD Lucasa
Rozmowa z nowo poznanym mężczyzną była dość przyjemna, lecz zakończyła się wraz z dotarciem na miejsce. Zatoka była na tyle spokojnym miejscem, że mogłabym już tutaj zostać i wsłuchiwać się w szum fal, które obijają się o pobliskie pale. Jednak to nie był czas na relaks i obijanie się do pełnego zajścia słońca, jest to wykonania zadanie.
Gdy wszystkie skrzynie były już zapakowane, a mundurowi skierowali się do aut, wnet usłyszałam strzały ze strony ludzi dostawcy, którzy najwidoczniej nie chcieli, byśmy tak szybko stąd odjechali. Jednak najgorsze było to, że owe strzały padły w moim kierunku, z czego dwa pociski trafiły w kamizelkę, a odrzut przybliżył się do busa. Przeklęłam w duchu z czystej złości, przez co zaraz przeniosłam się do napastników, którzy jak muchy, padali na betonową posadzkę. Pomimo tego, robiło się ich coraz więcej, a ja miałam ograniczoną ilość energii. Aby się uspokoić, musiałam skryć się za winklem i dosłowną chwilę odetchnąć oraz szybko przemyśleć plan działania.
— Ściągnęłam pierwszych strzelców.. teraz spieprzajcie z tej zatoki — powiedziałam przez radio do kierującego akcją.
— Musisz z nami wrócić — rzekł uparcie mężczyzna.
— Wypad z tej zatoki! To cholerny rozkaz..
— Z.. zrozumiano. - rzekł rozłączając się.
Przypięłam radio z powrotem do pasa i wsłuchałam się w dźwięk busów, które pędem skierowały się do wyjazdu z zatoki. Ja, tak dla zabawy, wytworzyłam mgliste opary, przez co napastnicy musieli się wycofać, gdyż inaczej by się podusili. Teraz miałam jedyną okazję do ucieczki, z której oczywiście skorzystałam i biegiem opuściłam zabudowania kierując się w stronę odjeżdżających busów. Oczywiście nie miałam szans dobiec do nich, lecz im bliżej nich będę, tym mniej energii zużyje na teleportację, lecz gdy Ci zaczęli powoli znikać między drzewami, musiałam teraz przenieść się do busa. Tak też uczyniłam, lecz zamiast pojawić się na miejscu pasażera, wylądowałam na skrzyniach z bronią, które nie należały do najwygodniejszych. Cicho jęknęłam i ściągnęłam z siebie kamizelkę, która stała się zbędna i bardzo niewygodna. Oczywiście to nie był czas odpoczynku, więc przeniosłam się na miejsce pasażera, obok Lucasa, który musiał mnie już słyszeć, gdyż nawet się nie wzdrygnął.
— Ktoś oberwał? — spytałam sięgając za butelkę wody, z której upiłam trochę wody.
— O dziwo nie — odpowiedział uważnie przyglądając się drodze — A jak z Tobą? Słyszałem, że Ty oberwałaś.
— Mhm — mruknęłam — Siniaki jak zwykle pozostaną, ale ważne, że kamizelka zatrzymała pociski. — wyjaśniłam zerkając na drogę.
— A ilu było w zabudowaniach? — spytał zerkając na mnie.
— Zdecydowanie za dużo. Sama pozostawiłam wielu przy życiu, czego zazwyczaj nie robię — odpowiedziałam. — Jeśli wyjedziemy na główną, będziemy mieć spokój.. ten las nie wygląda najlepiej.
— Zdążyłem to zauważyć. Łatwo o zasadzkę — przyznał w skupieniu.
Oby dwoje postanowiliśmy trwać w ciszy aż do samego magazynu Sopp, choć wcześniej wspomnieliśmy, że pogadamy trochę na mój temat. Cóż, nie miałam siły ani ochoty na ten temat, gdyż byłam pewna, że akcja rozwinie się znacznie spokojniej.
Gdy tylko bus zatrzymał się pod siedzibą, skierowałam się do kapitana, który wypłacił mi gotówkę za wykonanie zlecenia i podziękował za ochronę jego ludzi. Zrobiłam to w sumie tylko dla pieniędzy, no ale tym razem miałam przyjemnego towarzysza u swego boku w postaci Lucasa. Tego też osobnika spotkałam w szatni, gdy zabierałam stamtąd swoje rzeczy.
— Nigdy tego nie mówiłam, ale dobrze mi się z Tobą współpracowało — powiedziałam kierując spojrzenie na mężczyznę — Do zobaczenia — dodałam kierując się do wyjścia.
Lucas?
Gdy wszystkie skrzynie były już zapakowane, a mundurowi skierowali się do aut, wnet usłyszałam strzały ze strony ludzi dostawcy, którzy najwidoczniej nie chcieli, byśmy tak szybko stąd odjechali. Jednak najgorsze było to, że owe strzały padły w moim kierunku, z czego dwa pociski trafiły w kamizelkę, a odrzut przybliżył się do busa. Przeklęłam w duchu z czystej złości, przez co zaraz przeniosłam się do napastników, którzy jak muchy, padali na betonową posadzkę. Pomimo tego, robiło się ich coraz więcej, a ja miałam ograniczoną ilość energii. Aby się uspokoić, musiałam skryć się za winklem i dosłowną chwilę odetchnąć oraz szybko przemyśleć plan działania.
— Ściągnęłam pierwszych strzelców.. teraz spieprzajcie z tej zatoki — powiedziałam przez radio do kierującego akcją.
— Musisz z nami wrócić — rzekł uparcie mężczyzna.
— Wypad z tej zatoki! To cholerny rozkaz..
— Z.. zrozumiano. - rzekł rozłączając się.
Przypięłam radio z powrotem do pasa i wsłuchałam się w dźwięk busów, które pędem skierowały się do wyjazdu z zatoki. Ja, tak dla zabawy, wytworzyłam mgliste opary, przez co napastnicy musieli się wycofać, gdyż inaczej by się podusili. Teraz miałam jedyną okazję do ucieczki, z której oczywiście skorzystałam i biegiem opuściłam zabudowania kierując się w stronę odjeżdżających busów. Oczywiście nie miałam szans dobiec do nich, lecz im bliżej nich będę, tym mniej energii zużyje na teleportację, lecz gdy Ci zaczęli powoli znikać między drzewami, musiałam teraz przenieść się do busa. Tak też uczyniłam, lecz zamiast pojawić się na miejscu pasażera, wylądowałam na skrzyniach z bronią, które nie należały do najwygodniejszych. Cicho jęknęłam i ściągnęłam z siebie kamizelkę, która stała się zbędna i bardzo niewygodna. Oczywiście to nie był czas odpoczynku, więc przeniosłam się na miejsce pasażera, obok Lucasa, który musiał mnie już słyszeć, gdyż nawet się nie wzdrygnął.
— Ktoś oberwał? — spytałam sięgając za butelkę wody, z której upiłam trochę wody.
— O dziwo nie — odpowiedział uważnie przyglądając się drodze — A jak z Tobą? Słyszałem, że Ty oberwałaś.
— Mhm — mruknęłam — Siniaki jak zwykle pozostaną, ale ważne, że kamizelka zatrzymała pociski. — wyjaśniłam zerkając na drogę.
— A ilu było w zabudowaniach? — spytał zerkając na mnie.
— Zdecydowanie za dużo. Sama pozostawiłam wielu przy życiu, czego zazwyczaj nie robię — odpowiedziałam. — Jeśli wyjedziemy na główną, będziemy mieć spokój.. ten las nie wygląda najlepiej.
— Zdążyłem to zauważyć. Łatwo o zasadzkę — przyznał w skupieniu.
Oby dwoje postanowiliśmy trwać w ciszy aż do samego magazynu Sopp, choć wcześniej wspomnieliśmy, że pogadamy trochę na mój temat. Cóż, nie miałam siły ani ochoty na ten temat, gdyż byłam pewna, że akcja rozwinie się znacznie spokojniej.
Gdy tylko bus zatrzymał się pod siedzibą, skierowałam się do kapitana, który wypłacił mi gotówkę za wykonanie zlecenia i podziękował za ochronę jego ludzi. Zrobiłam to w sumie tylko dla pieniędzy, no ale tym razem miałam przyjemnego towarzysza u swego boku w postaci Lucasa. Tego też osobnika spotkałam w szatni, gdy zabierałam stamtąd swoje rzeczy.
— Nigdy tego nie mówiłam, ale dobrze mi się z Tobą współpracowało — powiedziałam kierując spojrzenie na mężczyznę — Do zobaczenia — dodałam kierując się do wyjścia.
Lucas?
Od Lucasa cd Harriet
Mężczyzna zerka przelotnie na siedzącą obok niego pasażerkę. Rzadko się zdarzało by brali najemników na akcje, a w szczególności nadludzi. Sądząc po tym, że dowódca wezwał ją do pomocy, musiało świadczyć o tym, że rzeczywiście darzy ją pewnym zaufaniem. Słyszał co nieco o swojej tymczasowej towarzyszce, jednak był to pierwszy raz gdy miał okazję nawiązać z nią bliższy kontakt. Na pierwszy rzut oka nie wydawała się kimś kto zajmuje się tak niebezpieczną pracą. Jednak Lucas doskonale zdając sobie sprawę, że nie należy oceniać kogoś po wyglądzie, mimo iż dziewczyna wydawała się nieszkodliwa, na pewno posiadała odpowiednie wyszkolenie i umiejętności.
Na samym początku wymienili się imionami. Lucas niezbyt pewny czy dziewczyna będzie skłonna do dalszej rozmowy, postanowił milczeć. Jednak Harriet ku zadowoleniu kierowcy postanowiła zadawać kolejne pytania.
- Służyłem w wojsku. – Przyznaje po chwili mężczyzna. – Ale nie trwało to długo. Dokładnie… rok i osiem miesięcy. – Tłumaczy.
- Mogę spytać z jakiego konkretnie powodu zakończyłeś służbę? – Pyta kobieta, zerkając na niego nieco zaciekawiona. Lucas wzrusza delikatnie ramionami, milcząc przez chwilę. – Nie wszystko da się przewidzieć w czasie walki i po prostu zostałem ranny. Nie ma tu raczej nic więcej do opowiadania. – Oznajmia, zerkając na nią z lekkim uśmiechem. Jednak w jego oczach widać żal i smutek. – Po tym jak doszedłem już do siebie postanowiłem zająć się czymś bezpieczniejszym, ale jak widać, chyba ten plan nie za bardzo mi wyszedł. – Śmieje się cicho. – A w Sopp pracuję już dwa lata. I właściwie nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną. – Przyznaje, przyśpieszając nieco, gdy wyjeżdżają już poza miasto na nieco mniej uczęszczane drogi. – Jest tutaj trochę spokojniej i nie musisz cały czas bać się o własne życie. – Dodaje. Hariet potakuje delikatnie, zerkając na niego.
- Więc masz już trochę doświadczenia jeśli chodzi o walkę. Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle, ale wyglądasz dość młodo – Oznajmia. Mężczyzna śmieje się krótko, obdarzając ją krótkim spojrzeniem.
– Cóż… Dobrze wiedzieć, że nie odstraszam swoim wyglądem. Nie wiem czy 26 lat to dużo czy mało, ale można powiedzieć, że okres wypadów do baru i zabaw z kumplami w klubach mam za sobą. – oznajmia. Kątem oka zauważa jak dziewczyna unosi nieznacznie kącik ust. – A ty? – Pyta po chwili mężczyzna.– Długo już zajmujesz się… brudną robotą? I jak właściwie trafiłaś tutaj? Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz. – Mówi.
- Co nieco na pewno mogę zdradzić. – Odpowiada moja towarzyszka. Samochody przed nimi powoli zaczynają zwalniać.
- Chyba zbliżamy się na miejsce. Jeśli nie masz nic przeciwko, może opowiesz mi coś więcej o sobie w drodze powrotnej. – Proponuje, skupiając się bardziej na drodze.
- Sądzę, że to rozsądny pomysł. – Oznajmia po chwili Harriet, zwracając swój wzrok na drogę. Pojazdy skręcają w żwirową drogę prowadzącą w głąb lasu. Powoli przedzierają się przez niezbyt zadowalającą trasę. Lucas w ciszy obserwuje uważnie drogę. Mimo, iż póki co nie przewożą towaru, na tym odcinku najłatwiej jest dokonać sabotażu, gdyż nie ma możliwości ucieczki, czy choćby odwrotu. Nigdy nie wiadomo co planują przeciwnicy. Las powoli zaczyna się przerzedzać, a ich oczom ukazuje się zatoka. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, sprawiając, że woda wydaje się płonąć czerwienią.
- Całkiem ładny widok. – Przyznaje po chwili Harriet, obserwując jak gwiazda zaczyna chować się za horyzontem.
- Nie mogę się nie zgodzić. – Przyznaje Lucas. – Męczącą drogę, wynagradza krajobraz. – Mruczy, kierując się w stronę celu ich podróży. Pojazdy powoli przejeżdżają asfaltowymi ulicami w stronę magazynu, znajdującego się w porcie. Jako iż nadciąga wieczór, nad zatoką nie ma już zbyt wielu cywilów. Ciężarówki w końcu zatrzymują się przed budynkiem. Ludzie w busach zaczynają opuszczać pojazdy i uważnie przeczesują obszar, upewniając się, że jest bezpiecznie.
- Czas do pracy. – Mruczy Lucas, przygotowując broń, podjeżdża nieco bliżej magazynu. Razem z Harriet wysiadają z pojazdu i uważnie obserwują pakowanie towaru do ciężarówki. Po sprawdzeniu wszystkiego, funkcjonariusze zmierzają do busów, nie tracąc czujności. Lucas trzymając cały czas pistolet w pogotowiu wraca powoli do samochodu. Nagle w oddali słychać pierwsze strzały, które bez sprzecznie są znakiem rozpoczęcia ataku przez nieznanego wroga.
Harriet? Przepraszam, że tak długo :c
Na samym początku wymienili się imionami. Lucas niezbyt pewny czy dziewczyna będzie skłonna do dalszej rozmowy, postanowił milczeć. Jednak Harriet ku zadowoleniu kierowcy postanowiła zadawać kolejne pytania.
- Służyłem w wojsku. – Przyznaje po chwili mężczyzna. – Ale nie trwało to długo. Dokładnie… rok i osiem miesięcy. – Tłumaczy.
- Mogę spytać z jakiego konkretnie powodu zakończyłeś służbę? – Pyta kobieta, zerkając na niego nieco zaciekawiona. Lucas wzrusza delikatnie ramionami, milcząc przez chwilę. – Nie wszystko da się przewidzieć w czasie walki i po prostu zostałem ranny. Nie ma tu raczej nic więcej do opowiadania. – Oznajmia, zerkając na nią z lekkim uśmiechem. Jednak w jego oczach widać żal i smutek. – Po tym jak doszedłem już do siebie postanowiłem zająć się czymś bezpieczniejszym, ale jak widać, chyba ten plan nie za bardzo mi wyszedł. – Śmieje się cicho. – A w Sopp pracuję już dwa lata. I właściwie nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną. – Przyznaje, przyśpieszając nieco, gdy wyjeżdżają już poza miasto na nieco mniej uczęszczane drogi. – Jest tutaj trochę spokojniej i nie musisz cały czas bać się o własne życie. – Dodaje. Hariet potakuje delikatnie, zerkając na niego.
- Więc masz już trochę doświadczenia jeśli chodzi o walkę. Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle, ale wyglądasz dość młodo – Oznajmia. Mężczyzna śmieje się krótko, obdarzając ją krótkim spojrzeniem.
– Cóż… Dobrze wiedzieć, że nie odstraszam swoim wyglądem. Nie wiem czy 26 lat to dużo czy mało, ale można powiedzieć, że okres wypadów do baru i zabaw z kumplami w klubach mam za sobą. – oznajmia. Kątem oka zauważa jak dziewczyna unosi nieznacznie kącik ust. – A ty? – Pyta po chwili mężczyzna.– Długo już zajmujesz się… brudną robotą? I jak właściwie trafiłaś tutaj? Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz. – Mówi.
- Co nieco na pewno mogę zdradzić. – Odpowiada moja towarzyszka. Samochody przed nimi powoli zaczynają zwalniać.
- Chyba zbliżamy się na miejsce. Jeśli nie masz nic przeciwko, może opowiesz mi coś więcej o sobie w drodze powrotnej. – Proponuje, skupiając się bardziej na drodze.
- Sądzę, że to rozsądny pomysł. – Oznajmia po chwili Harriet, zwracając swój wzrok na drogę. Pojazdy skręcają w żwirową drogę prowadzącą w głąb lasu. Powoli przedzierają się przez niezbyt zadowalającą trasę. Lucas w ciszy obserwuje uważnie drogę. Mimo, iż póki co nie przewożą towaru, na tym odcinku najłatwiej jest dokonać sabotażu, gdyż nie ma możliwości ucieczki, czy choćby odwrotu. Nigdy nie wiadomo co planują przeciwnicy. Las powoli zaczyna się przerzedzać, a ich oczom ukazuje się zatoka. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, sprawiając, że woda wydaje się płonąć czerwienią.
- Całkiem ładny widok. – Przyznaje po chwili Harriet, obserwując jak gwiazda zaczyna chować się za horyzontem.
- Nie mogę się nie zgodzić. – Przyznaje Lucas. – Męczącą drogę, wynagradza krajobraz. – Mruczy, kierując się w stronę celu ich podróży. Pojazdy powoli przejeżdżają asfaltowymi ulicami w stronę magazynu, znajdującego się w porcie. Jako iż nadciąga wieczór, nad zatoką nie ma już zbyt wielu cywilów. Ciężarówki w końcu zatrzymują się przed budynkiem. Ludzie w busach zaczynają opuszczać pojazdy i uważnie przeczesują obszar, upewniając się, że jest bezpiecznie.
- Czas do pracy. – Mruczy Lucas, przygotowując broń, podjeżdża nieco bliżej magazynu. Razem z Harriet wysiadają z pojazdu i uważnie obserwują pakowanie towaru do ciężarówki. Po sprawdzeniu wszystkiego, funkcjonariusze zmierzają do busów, nie tracąc czujności. Lucas trzymając cały czas pistolet w pogotowiu wraca powoli do samochodu. Nagle w oddali słychać pierwsze strzały, które bez sprzecznie są znakiem rozpoczęcia ataku przez nieznanego wroga.
Harriet? Przepraszam, że tak długo :c
16.05.2019
Od Harriet do Lucasa
Przebywając w swoim domu, miałam wrażenie, jakbym nadal mieszkała w Williston. Datsun nadal stałby pod drewnianym domkiem, Miku łaziłby po okolicznych drzewach, natomiast ja mordowałabym kolejnych dziwnych ludzi.. Szybko jednak wracałam do teraźniejszości, gdy wielkie cielsko Amy wylądowało prosto na mojej klatce piersiowej. Nietoperz często to robił, gdy Miku lub Jake nie dawali mu spać. Biedny nie miał czasem od nich spokoju, więc przytulał się do mnie i spał tyle, ile mógł. Gdy było mi konieczne wstać, kładłam go w swoim pokoju w stercie koców, gdzie w spokoju mógł odpocząć i wyspać się za resztę domowników. Natomiast ja nie miałam dnia bez "tajemniczego telefonu", który zlecał mi zlikwidowanie kolejnych ludzi mafii lub znacznych zagrożeń ludziopodobnych, jednak tym razem odezwało się do mnie Sopportare, co nie było żadną nowością. Gdy tylko się dowiedziałam, że oni funkcjonują w Seattle, od razu postanowiłam się z nimi "zakumplować", aby później nie mieć problemów z moją obecną i raczej niezmienną pracą. Główny dowodzący stwierdził, że czasem trzeba współpracować z "wrogiem", aby sprawniej likwidować nadludzkie zagrożenie. Sama się z tym zgadzam, gdyż widziałam wielu mutantów, którzy zabijali bezbronnych ludzi lub rozwalali kilka dzielnic. Jednak dzisiaj główny dowodzący poprosił mnie o szybkie pojawienie się w bazie, gdyż owa rozmowa nie jest na telefon, choć połączenie jest bardzo dobrze zabezpieczone. Zgodziłam się na to, a że byłam w sumie gotowa do wyjścia, bo oczywiście rano musiałam jechać po zakupy, założyłam na siebie skórzaną kurtkę oraz ciemne trapery damskie, gdyż jesienna pogoda za oknem nie rozpieszczała. Upewniając się, że w domu wszystko jest na swoim miejscu, udałam się do garażu, z którego wyjechałam szarym audi wybierając od razu drogę na główną komendę w Seattle.
Na szczęście miasto nie było zatłoczone, a na wszelkich skrzyżowaniach pojawiało się zielone światło, przez co gdzie nie gdzie przekroczyłam dozwoloną prędkość. Przynajmniej na czas dojechałam na spotkanie, które było ponoć aż tak pilne. Zaparkowałam szaraka na ich parkingu i spokojnym krokiem weszłam do budynku od razu kierując się do sali odpraw. Na miejscu zastałam dowódcę oddziału Sopp oraz trzech mężczyzn, dokładnie policjantów.
— Co tym razem jest do wykonania? — spytałam po zamknięciu za sobą drzwi.
— Zabezpieczysz moich ludzi podczas odbioru nowej broni od prywatnego dostawcy — powiedział kierując na mnie wzrok — Dwie poprzednie transakcje zakończyły się ostrzałem, lecz nikt z naszych poważnie nie ucierpiał. Tym razem wolę być pewny, że wszyscy wrócą cali.. razem ze skrzyniami.
— Żaden problem — odpowiedziałam krótko — Jak będzie wyglądał odbiór?
— Jadą dwa busy z ludźmi, a między nimi ciężarówka odbierająca skrzynie — wyjaśnił — Ty pojedziesz jako pasażer w ciężarówce, natomiast kierować będzie Fletcher — wskazał na mężczyznę, który krótko przytaknął. Widziałam go już wcześniej, lecz nie miałam okazji poznać nawet nazwiska — Pozostała dwójka będzie prowadzić busy z naszymi ludźmi.
— Wolałabym jechać prywatnym autem, ale odbiór jest pewnie daleko — wróciłam spojrzeniem na dowódcę.
— Niestety tak. Po za tym, w ciężarówce będziesz miała szybszy czas reakcji, natomiast Twoje auto będzie bezpieczne na naszym parkingu — zapewnił — Wyjazd jest za.. pół godziny. Możecie iść się przygotować — zakończył i skinął w stronę drzwi, po czym opuściłam pokój odpraw.
Skierowałam się do szatni Sopp, gdzie wyposażyłam się w pas z bronią na udo oraz w pasie, zaś klatka piersiowa została osłonięta czarną kamizelką kuloodporną, tak żeby wmieszać się w mundurowych. Upewniłam się co do posiadanego pistoletu oraz amunicji, poprawiłam bluzę pod kamizelką, gdyż skórzaną kurtkę musiałam odwiesić, oraz spięłam włosy w luźną kitkę puszczając kilka kosmyków na bok. Będąc gotowa do działania, wyszłam tylnymi drzwiami na kryty parking Sopp, gdzie kilku mundurowych szykowało wcześniej wspomniane pojazdy. Obeszłam dookoła nich, aby choć trochę zapamiętać ludzi, którzy mają wrócić cali z akcji. Nie żeby się o nich martwiła, po prostu im więcej przeżyje, tym lepsza będzie zapłata. W jednej z dwóch grup rozpoznałam kilka mundurów, z którymi miałam okazję już wcześniej działać.
— Wilson, znowu się widzimy — powiedziałam będąc obok mężczyzny.
— Witaj Shepherd — zerknął na moją osobę dość poważnie, co do nas nie bardzo pasowało — Spodziewałem się Ciebie na tej akcji — dodał już znacznie luźniej.
— Ilu ostatnio ucierpiało? — spytałam przypominając sobie słowa dowódcy.
— Pięciu postrzelonych, na szczęście przeżyli — odpowiedział — W tym Moore, ale jak widać, szybko z tego wyszedł — dodał wskazując na mundur notujący coś w notesie.
— Słyszałam, że Garcia i Davis też wylądowali w szpitali. To było podczas tej akcji?
— Tak, ale było to na tyle niebezpieczne uszkodzenie, że kilka dni później wrócili do służby.
— Dobrze to słyszeć — westchnęłam — Jednak bardziej zastanawia mnie.. Fletcher. Wcześniej nie widywałam go na takich działaniach.
— Może dla tego, że często miał kominiarkę — zaśmiał się krótko Wilson — Muszę przyznać, że dobrze się z nim pracuje, choć nie zawsze mam do tego okazję.
— Rozumiem — mruknęłam w zamyśleniu i zerknęłam na zegarek — Czas jechać. Osobiście dopilnuje, żeby każdy wyszedł z tego cało — zapewniłam patrząc na znajomego.
— Ale pamiętaj, że nadal jesteś śmiertelnikiem — wskazał na mnie palcem powoli kierując się do busa.
Lekko się uśmiechnęłam i sama udałam się do ciężarówki, do której właśnie wsiadał wcześniej wspomniany mężczyzna. Przyznam, że wygląda dobrze, a sam mundur dodaje mu męskości. Oczywiście nie będę wzdychać jak kretynka na widok płci przeciwnej, to mnie w moim stylu. Gdy siadłam wygodnie w fotelu pasażera, zapięłam szelkowe pasy i poluzowałam lekko zapięcie od kamizelki, aby te nie ściskało mnie podczas drogi.
— Mam nadzieję, że w pewnym momencie nie odstrzelisz mi łba — rzekł Fletcher i krótko na mnie zerknął.
— Jeśli Ty nie będziesz chciał mnie zabić, nie musisz się martwić o swoje życie — odpowiedziałam spokojnie — Po za tym, nie używam broni palnej do zabijania — dodałam — A ta broń to tylko dla zmyłki — wyjaśniłam uprzedzając wszelkie pytania.
— Rozumiem.
— A jak już razem jedziemy.. — zerknęłam na dane zapisane w teczce — To nazywam się Harriet, a Ty jak widzę jesteś.. Lucas, ciekawe imię — westchnęłam krótko.
— Zgadza się — przyznał.
— Powiedz więc, jak długo siedzisz w Sopportare? Może służyłeś gdzieś wcześniej? — zapytałam zagłuszając ciszę, która mogłaby zaraz powstać. Przy okazji dowiem się co nie co o nowym kompanie działania.
Lucas? :)
Na szczęście miasto nie było zatłoczone, a na wszelkich skrzyżowaniach pojawiało się zielone światło, przez co gdzie nie gdzie przekroczyłam dozwoloną prędkość. Przynajmniej na czas dojechałam na spotkanie, które było ponoć aż tak pilne. Zaparkowałam szaraka na ich parkingu i spokojnym krokiem weszłam do budynku od razu kierując się do sali odpraw. Na miejscu zastałam dowódcę oddziału Sopp oraz trzech mężczyzn, dokładnie policjantów.
— Co tym razem jest do wykonania? — spytałam po zamknięciu za sobą drzwi.
— Zabezpieczysz moich ludzi podczas odbioru nowej broni od prywatnego dostawcy — powiedział kierując na mnie wzrok — Dwie poprzednie transakcje zakończyły się ostrzałem, lecz nikt z naszych poważnie nie ucierpiał. Tym razem wolę być pewny, że wszyscy wrócą cali.. razem ze skrzyniami.
— Żaden problem — odpowiedziałam krótko — Jak będzie wyglądał odbiór?
— Jadą dwa busy z ludźmi, a między nimi ciężarówka odbierająca skrzynie — wyjaśnił — Ty pojedziesz jako pasażer w ciężarówce, natomiast kierować będzie Fletcher — wskazał na mężczyznę, który krótko przytaknął. Widziałam go już wcześniej, lecz nie miałam okazji poznać nawet nazwiska — Pozostała dwójka będzie prowadzić busy z naszymi ludźmi.
— Wolałabym jechać prywatnym autem, ale odbiór jest pewnie daleko — wróciłam spojrzeniem na dowódcę.
— Niestety tak. Po za tym, w ciężarówce będziesz miała szybszy czas reakcji, natomiast Twoje auto będzie bezpieczne na naszym parkingu — zapewnił — Wyjazd jest za.. pół godziny. Możecie iść się przygotować — zakończył i skinął w stronę drzwi, po czym opuściłam pokój odpraw.
Skierowałam się do szatni Sopp, gdzie wyposażyłam się w pas z bronią na udo oraz w pasie, zaś klatka piersiowa została osłonięta czarną kamizelką kuloodporną, tak żeby wmieszać się w mundurowych. Upewniłam się co do posiadanego pistoletu oraz amunicji, poprawiłam bluzę pod kamizelką, gdyż skórzaną kurtkę musiałam odwiesić, oraz spięłam włosy w luźną kitkę puszczając kilka kosmyków na bok. Będąc gotowa do działania, wyszłam tylnymi drzwiami na kryty parking Sopp, gdzie kilku mundurowych szykowało wcześniej wspomniane pojazdy. Obeszłam dookoła nich, aby choć trochę zapamiętać ludzi, którzy mają wrócić cali z akcji. Nie żeby się o nich martwiła, po prostu im więcej przeżyje, tym lepsza będzie zapłata. W jednej z dwóch grup rozpoznałam kilka mundurów, z którymi miałam okazję już wcześniej działać.
— Wilson, znowu się widzimy — powiedziałam będąc obok mężczyzny.
— Witaj Shepherd — zerknął na moją osobę dość poważnie, co do nas nie bardzo pasowało — Spodziewałem się Ciebie na tej akcji — dodał już znacznie luźniej.
— Ilu ostatnio ucierpiało? — spytałam przypominając sobie słowa dowódcy.
— Pięciu postrzelonych, na szczęście przeżyli — odpowiedział — W tym Moore, ale jak widać, szybko z tego wyszedł — dodał wskazując na mundur notujący coś w notesie.
— Słyszałam, że Garcia i Davis też wylądowali w szpitali. To było podczas tej akcji?
— Tak, ale było to na tyle niebezpieczne uszkodzenie, że kilka dni później wrócili do służby.
— Dobrze to słyszeć — westchnęłam — Jednak bardziej zastanawia mnie.. Fletcher. Wcześniej nie widywałam go na takich działaniach.
— Może dla tego, że często miał kominiarkę — zaśmiał się krótko Wilson — Muszę przyznać, że dobrze się z nim pracuje, choć nie zawsze mam do tego okazję.
— Rozumiem — mruknęłam w zamyśleniu i zerknęłam na zegarek — Czas jechać. Osobiście dopilnuje, żeby każdy wyszedł z tego cało — zapewniłam patrząc na znajomego.
— Ale pamiętaj, że nadal jesteś śmiertelnikiem — wskazał na mnie palcem powoli kierując się do busa.
Lekko się uśmiechnęłam i sama udałam się do ciężarówki, do której właśnie wsiadał wcześniej wspomniany mężczyzna. Przyznam, że wygląda dobrze, a sam mundur dodaje mu męskości. Oczywiście nie będę wzdychać jak kretynka na widok płci przeciwnej, to mnie w moim stylu. Gdy siadłam wygodnie w fotelu pasażera, zapięłam szelkowe pasy i poluzowałam lekko zapięcie od kamizelki, aby te nie ściskało mnie podczas drogi.
— Mam nadzieję, że w pewnym momencie nie odstrzelisz mi łba — rzekł Fletcher i krótko na mnie zerknął.
— Jeśli Ty nie będziesz chciał mnie zabić, nie musisz się martwić o swoje życie — odpowiedziałam spokojnie — Po za tym, nie używam broni palnej do zabijania — dodałam — A ta broń to tylko dla zmyłki — wyjaśniłam uprzedzając wszelkie pytania.
— Rozumiem.
— A jak już razem jedziemy.. — zerknęłam na dane zapisane w teczce — To nazywam się Harriet, a Ty jak widzę jesteś.. Lucas, ciekawe imię — westchnęłam krótko.
— Zgadza się — przyznał.
— Powiedz więc, jak długo siedzisz w Sopportare? Może służyłeś gdzieś wcześniej? — zapytałam zagłuszając ciszę, która mogłaby zaraz powstać. Przy okazji dowiem się co nie co o nowym kompanie działania.
Lucas? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)