Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam. Pokaż wszystkie posty

9.10.2020

Od Liama CD Kangsoo

Choć historia Kangsoo była cokolwiek... nietypowa, w głowie zaświtał mi pewien plan. Może nie świadczyło to o mnie za dobrze, ale jakoś nigdy nie przejawiałem jakiś szczególnych uczuć czy poczucia sprawiedliwości wobec osób, których nie znałem. A już szczególnie wobec nieznajomych, przez które cierpiały bliskie mi osoby. Tak jak ten osobnik, roboczo nazywany panem X. Jakoś nie miałem nic przeciwko temu, żeby zupełnym przypadkiem stracił palec, czy nawet całą kończynę... I nie, nawet niekoniecznie chciałem angażować w to Lunę. W smoczej formie sam doskonale bym sobie z tym poradził.
Pogrążony w myślach, nie do końca zwracałem uwagę na psa, który plątał mi się pod nogami. Zwykle spacery z czworonogami sprawiały mi przyjemność, dzisiaj jednak nie mogłem znaleźć w sobie wystarczająco dużo spokoju, by móc cieszyć się chwilą. By móc cieszyć się czymkolwiek. W głowie bez przerwy kołatała mi się tylko jedna myśl: co zrobić? Jak wyzwolić Kangsoo z możliwie najmniejszymi stratami po naszej stronie? Nie było co ukrywać - mogło się to okazać prawdziwym wyzwaniem. Szczególnie zrealizowanie punktu polegającego na odnalezieniu źródła problemów, tego niejakiego pana X. Potem raczej powinno być już z górki. Tylko... naprawdę nie wiedziałem nawet, jak się do tych poszukiwań zabrać.
- O czymś myślisz - to nie było pytanie, jednak nie wiem dlaczego, poczułem się w obowiązku na to odpowiedzieć. Nie wiedziałem tylko, jak. Myślę o twojej sytuacji odpadało, bo zaraz by się obruszył, że nie powinienem, że mam swoje problemy, że sam sobie poradzi i takie tam. Nie chciałem się o to kłócić, bo nie o to chodziło. A nie było opcji, żebym nie pomógł przyjacielowi.
- Zastanawiałeś się kiedyś, czy by nie spróbować wprowadzić tym psom jakiegoś treningu? - zapytałem, mając nadzieję, że uda mi się tym uniknąć prawdziwego tematu, który zaprzątał mi myśli. Może trochę zmienić temat. - Wiesz, nauczyć ich podstawowych komend takich jak chociażby "siad". Nie uważasz, że tak szybciej znalazłyby dom?
Kangsoo spojrzał na mnie przelotnie, a w jego oczach dostrzegłem jakąś trudną do zdefiniowania dla mnie w tamtym momencie emocję. Zaskoczenie? Zawiedzenie? Zainteresowanie? Może po trosze każdą z nich... W każdym razie, zamiast czekać na jakąś konkretniejszą reakcję, kontynuowałem monolog o potencjalnych korzyściach dla bezpańskich psów, jakie wynikałyby z nauczenia się przez nie przydatnych w codziennym życiu umiejętności. Oczywiście genialną opcją dla nich byłby behawiorysta, jednak wiedziałem, że to nie takie hop-siup załatwić jakiegoś za względnie przystępną cenę, którą mogłoby pokryć schronisko. Ale nawet przeszkoleni do tego wolontariusze mogliby się tym zajmować...
I tak minęła nam cała droga powrotna do schroniska. A gdy już odprowadziliśmy psy do ich kojców i pożegnaliśmy płaczące już z tęsknoty za człowiekiem zwierzęta, udaliśmy się do budynku służbowego, żeby odłożyć nasz sprzęt do spacerów. Szliśmy w ciszy, jednak nie krępującej, a naturalnej...
Nagle Kangsoo zatrzymał się gwałtownie. Odwróciłem się do niego, gdy poczułem, że nie ma go koło mnie. Mężczyzna spojrzał na mnie z przerażeniem i przełknął gwałtownie ślinę.
- O co chodzi? - zapytałem zaniepokojony, również przystając.

Kangsoo?

8.08.2020

Od Liama CD Kangsoo

Mimo zapewnień przyjaciela jakoś tego nie widziałem. "Tego" znaczy prostego rozwiązania dla tej sytuacji. Dla tak skomplikowanej sytuacji nie mogło być prostego rozwiązania. Mimo, że Kangsoo próbował mi to wmówić. Niby zachowywał spokój, mówił bez większych emocji i raczej nie okazywał sobą większego zdenerwowania, jeśli chodzi o mowę werbalną... Odkąd przyszedł do mnie, siedział jak na szpilkach. Denerwował się. Ta sytuacja nie była dla niego w żaden sposób komfortowa... z resztą, jakże by mogła być, tak prawdę mówiąc. Kto by się czuł komfortowo wiedząc, że w każdej chwili może zostać wezwany i zmuszony do zrobienia czegoś, czego zdecydowanie nie zrobiłby w innych okolicznościach.
To było chore.
A radzić sobie z tym problemem samemu? Nie ma nawet, kurwa, mowy. Może wcześniej, kiedyś, był sam. Musiał sobie sam z tym radzić. Ale teraz nie. Już nie.
- Może i dałbyś sobie radę sam - zacząłem powoli, pochylając się w stronę mężczyzny, żeby złapać z nim kontakt wzrokowy i nadać mojej wypowiedzi siłę. Pokazać, że w tej chwili nie żartuję. - Ale po co? Po co masz się męczyć, zajmować sobie czas, kiedy masz kogoś, kto może ci pomóc, skrócić czas, w jakim będziesz sobie radził z tym problemem? Bo to jest problem, nie ma co ukrywać. I to cholernie duży.
Kangsoo nie odpowiedział, jedynie patrzył na mnie, nerwowym ruchem obracając na palcu pierścień, który w najmniejszym stopniu nie przypominał tego, który sprawiał, że osoba nosząca go zyskiwała władzę nad siedzącym przede mną mężczyzną. Nie rozumiałem, jak mogłem początkowo dać się oszukać. Dlaczego od razu nie zauważyłem, że coś jest nie tak. Bo powinienem był. Zainteresować się. Od jak dawna nie miał pierścienia? Jak długo nie zauważałem tego faktu? Jak długo Kangsoo musiał sobie radzić z tym wszystkim sam?
Prawdę mówiąc, bałem się poznać odpowiedzi.
- Nie musisz radzić sobie z tym sam, bo masz mnie - powiedziałem cicho, spokojnym tonem. Nie chodziło mi o to, żeby wzbudzić w przyjacielu wyrzuty sumienia, że mi nie powiedział wcześniej. Chciałem tylko, by wiedział, że już nie jest w tym sam. Że jestem tu, gotowy w każdej chwili rzucić wszystko, by wyciągnąć go z bagna, w które jakimś cudem wpadł. Bo, cóż, nie miałem wątpliwości, że nawet jeśli teraz jeszcze się na to nie zapowiada, w końcu ostatecznie okaże się ta cała sytuacja jednym, wielkim bagnem, kupą gówna, w którą już zdecydowałem się wejść za przyjacielem, a z której potem obydwoje będziemy musieli się wydostać. Miałem tylko nadzieję, że po tym odór tej sprawy nie będzie się za nami za długo ciągnął.

Kangsoo?
Znowu meh, plasiam, mordko, ale coś mi nie idzie pisanie ostatnio ;-;

Od Liama CD Niny

Zdawałem sobie sprawę z tego, że ta sytuacja z podwożeniem może być dla dziewczyny kłopotliwa. Wzbudzająca pewne obawy, w końcu w zasadzie mnie nie znała, a już miała wsiadać ze mną do samochodu. Z drugiej strony, czym to się różniło od podwożenia przez taksówkę? Chyba tylko tym, że nie każdy taksówkarz był przy okazji przystojnym ratownikiem ta skromność. Mimo to, dziewczyna wspominała, że ma coś do załatwienia na mieście. Jeśli nie była to tylko wymówka, żeby mnie nie fatygować, będzie musiała radzić sobie bez samochodu, plus jutro, tudzież w innym dogodnym dla niej terminie, będzie musiała się tu jakoś dostać, żeby odebrać samochód. Co również, z oczywistych powodów, było średnio wygodne i mogło okazać się dość kłopotliwe.
Mimo to nie miałem zamiaru odpuszczać, wyrażać zgody na to, by dziewczyna miała sama prowadzić samochód w stanie, w jakim była. Szczególnie zważając na reakcję Any, to, jak się wkurzyła na dziewczynę, której w zasadzie nie znała, a z którą łączyło ją tylko tyle, że omal się nie utopiła na warcie mojej siostry. A to, w brew pozorom, zdarzyć się mogło każdemu, nawet najlepiej pływającej osobie. Jeśli nie ma się skrzeli, zawsze istnieje ryzyko utopienia. Smutna prawda.
- Jeśli masz do załatwienia coś bardzo ważnego na mieście, mogę porobić za twój transport, nie ma problemu - zaoferowałem, gdy już zbliżaliśmy się do mojego samochodu. Wyciągnąłem z kieszeni kluczyki do trucka i otworzyłem go zdalnie.
- Nie, nie trzeba, nie chcę robić kłopotu - odpowiedziała szybko. Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok od dziewczyny i zaczynając kręcić kluczykami na palcu.
- Nie robisz. Sam to zaoferowałem, co znaczy, że mogę sobie pozwolić na pokręcenie się bez celu po mieście, bo aktualnie i tak nie mam co robić - poza nakarmieniem zwierzyńca i wyprowadzeniem Luny. Ale to jakby sprawa drugorzędna, poradzą sobie beze mnie jeszcze przez jakiś czas. I tak zostało mi jeszcze sporo czasu do godziny, o której zwykle wracałem ze sklepu zoologicznego, w którym pracowałem na co dzień. Nie umrą z głodu, jak dostaną jeść godzinę później, a z Luną byłem na długim spacerze rano.
- Naprawdę nie trzeba - Nina uśmiechnęła się lekko, jakby starając się mnie przekonać do tego, co mówi. Nie wiem, czy jej się udało. Wyglądała na zmęczoną, do tego jakby lekko przygaszoną.
Było w niej coś innego, coś dziwnego, coś, nad czym jakaś moja wewnętrzna intuicja kazała mi się zastanowić. Teraz to zniknęło, ale zdaje mi się, że poczułem to, jak dziewczyna wchodziła na basen, choć wtedy nie do końca jeszcze to zarejestrowałem. Co poczuła prawdopodobnie również Ana, a co potem zniknęło, niemal jak ręką odjął. Stłumione... przez wodę?
Wsiadając do nagrzanego samochodu odruchowo przywołałem wiatr, żeby szybciej wydmuchać wręcz gotujące się powietrze ze środka i wspomóc klimatyzację. Dla ciekawskich - tak, mogłem za nią robić, ale było to męczące i raczej nie było zbyt mądrym rozwiązaniem, gdy siedziałem za kierownicą. To już i tak wymagało ode mnie skupienia na kilku rzeczach jednocześnie.
- Dobra, to gdzie cię zawieźć? - rzuciłem, odwracając głowę w stronę siedzącej już na siedzeniu pasażera dziewczyny, jednocześnie odpalając samochód, żeby móc zastąpić stworzoną przeze mnie, wstępną klimatyzację tą normalną, która faktycznie chłodziła, a nie tylko dawała jako taką wymianę powietrza. - Naprawdę mam sporo czasu, więc jeśli serio musisz gdzieś jechać, to nie krępuj się, mogę się pokręcić trochę po mieście.

Nina?
Trochę śpię i nie myślę, ale opowiadania same się nie napiszą... więc jest trochę meh, plasiam ;-;

14.07.2020

Od Liama CD Kangsoo

Zabrali mu pierścień.
Myśl ta odbijała się echem w mojej głowie, raz za razem wracając, coraz bardziej docierając do mnie, a w raz z tą świadomością - co to oznacza. I nie było to nic pozytywnego. Choćbym nie wiem, jak bardzo się starał, nie widziałem w tej cholernej sytuacji żadnego pozytywizmu, żadnej drogi wyjścia z sytuacji... Byliśmy w dupie.
Tak, byliśmy. Nie miałem zamiaru zostawiać w tym przyjaciela samego.
Nie mógł powiedzieć mi, co się stało z pierścieniem. Nie mógł zdradzić mi, kto go zabrał, a zatem teraz posiada. Nie wiedziałem nic, nie miałem żadnego punktu zaczepienia, by próbować jakoś zareagować, zrobić coś, by wyciągnąć Kangsoo z tego bagna.
Z resztą, nawet jeśli w jakiś sposób dowiedziałbym się, kto jest teraz w posiadaniu pierścienia mężczyzny, nie mogłem wydać mu bezpośrednio wojny czy, nie wiem, zaatakować go w jego domu i zażądać zwrotu przedmiotu. Nie byłem głupi, to nie wyglądałoby tak, że wpadłbym do jego domu czy miejsca, w którym by aktualnie przebywał, zrobił rozpierdol i sobie po prostu ten pierścień zabrał, by oddać go przyjacielowi. Prawdopodobnie nawet nie stanąłbym przeciwko niemu, nie dopuściłby do tego, by coś mu się przypadkiem stało. Wysłałby na pierwszy ogień swojego Niebiańskiego Sługę. A z Kangsoo nie miałem zamiaru walczyć.
Trzeba było to rozegrać inaczej. Problem polegał na tym, że nie do końca miałem pomysł, jak. Tego typu akcje były skomplikowane, wiedziałem to po przeżyciach z moją byłą znajomą, która była dżinem. Opowiadałem już o niej kiedyś Kangsoo. Tylko ona była wredna, potrafiła się postawić i gotowa była zrobić wszystko, żeby spełnić życzenie tego, kto znalazł jej lampę, w taki sposób, by jeszcze pożałował, że zapragnął wykorzystać jej zdolności wbrew jej woli. Kangsoo taki nie był. Z resztą, jego zdolności nie pozwalały na aż takie naginanie wydanych mu rozkazów... A przynajmniej tak wynikało z wiedzy, którą na ten temat posiadałem. A była ona, prawdę mówiąc, dość szczątkowa.
Mimo wszystko, tego, że niewiele wiedziałem na temat sytuacji i prawdopodobnie niewiele więcej się dowiem, jeśli Kangsoo dostał zakaz mówienia o tym. Patowa sytuacja. Jednak wierzyłem, że z tej sytuacji na pewno znajdzie się jakieś wyjście. Musi się znaleźć.
- Jak bardzo możesz naginać rozkazy, które zostały ci wydane? - zapytałem cicho, spokojnie, nie odrywając wzroku od ręki mężczyzny, na której nie spoczywał znajomy pierścień z kamieniem. Ten widok przejmował mnie nieopisanym wręcz lękiem. To nie był zwyczajny problem, kabała jak te, w które często sam się wpakowywałem. Obawiałem się, że szczęśliwy koniec tej historii może być o wiele trudniej osiągalny, niż mogło by się zdawać.
Mimo to byłem gotowy poruszyć niebo i ziemię, żeby się udało. Żeby Kangsoo znowu był wolny. A w osiągnięciu tego... Mogła nam pomóc moja stara znajoma. Co prawda dotarcie do niej może okazać się kłopotliwe, mimo to... z pomocą Joeay'a... mogło się udać.
Może dżin nie był tym samym, co Niebiański Sługa, jednak w pewnych kwestiach byli podobni. Tak mi się przynajmniej wydawało. Może dziewczyna mogła nam pomóc, podpowiedzieć, co zrobić.
Żeby Kangsoo znowu był niezależny.

Kangsoo?

10.07.2020

Od Liama CD Kangsoo

- Luna po prostu nie przepada za gadami - powiodłem spojrzeniem za wzrokiem Kangsoo, który przyglądał się owczarkowi. Po chwili mów wzrok spoczął jednak na Anie, która dalej pisała coś zawzięcie w telefonie. Miałem ochotę zapytać, kto jest tak zajmujący, że nawet nie raczy zwrócić na nas uwagi, ale chyba nie chciałem znać odpowiedzi. Z resztą, po chwili takiego mojego wpatrywania się w nią, skończyła stukać zapamiętale w ekran komórki, zablokowała ją i odłożyła na bok. O dziwo nie podnosząc nawet wtedy, gdy wydała sygnał przychodzącej wiadomości.
- Czuje się z nimi niepewnie - rzuciła, chyba odpowiadając na pytanie Soo, bo to na niego spojrzała. - Niby do mieszkania z Puszkiem jest przyzwyczajona, ale gady nie posługują się taką mową ciała, jaką mają psy. Luna nie wie, czego się po nich spodziewać, nie potrafi odczytać, czy w danym momencie są złe, czy chcą się bawić - spojrzała na owczarka z lekkim, współczującym uśmiechem. - Dopóki jest koło niej Liam wierzy, że w razie czego jej pomoże. O dziwo - teraz zgromiła mnie wzrokiem, a ja skrzywiłem się lekko. - Bo ten dzban nie zawsze reaguje, gdy jego pies czuje się zestresowany w towarzystwie pozostałych zwierząt.
- Muszą się jakoś dogadywać - powiedziałem natychmiast, próbując się wytłumaczyć. Nie wiem dlaczego, ale opinia mojej siostry na temat mojego sposobu dogadywania się z moimi zwierzętami zawsze bardzo mnie obchodziła. Może dlatego, że Ana faktycznie wiedziała, co mówi. A ja nigdy nie chciałem krzywdzić zwierząt. - Zwykle nie ma między nimi większych sprzeczek.
- Bo masz takiego psa, który się wycofa, gdy coś mu nie pasuje, zamiast atakować - mruknęła. - Przynajmniej względem innych zwierząt. Myślałeś kiedyś o tym, że może swoją frustrację, która nagromadza się w niej w domu wyładowuje na obcych ludziach, stąd u niej zachowania agresywne?
- A tak jest? - spytałem zdziwiony, bo pierwszy raz słyszałem o takiej opcji... I pierwszy raz w ogóle o niej pomyślałem.
- Nie, raczej nie - odetchnąłem z ulgą, choć jednocześnie miałem ochotę w coś przywalić. Po co Ana to w ogóle powiedziała? - Ale mogłoby tak być. Gdyby chodziło o innego psa.
- Znają się prawie od zawsze - zauważyłem ostrożnie. - Na pewno do pewnego stopnia nauczyła się rozumieć, co Puszek ma do przekazania.
- Ale Ciapka nie zna - siostra wzruszyła ramionami, by ponownie wrócić uwagą do mojego przyjaciela, ponownie włączając go do rozmowy, z której na moment wypadł ze względu na temat, w jaki na moment odbiegliśmy. - Raczej w końcu się przyzwyczai. Poza tym wątpię, żeby wąż był tak samo chętny do łażenia po mieszkaniu, jak Puszek. Prawdopodobnie nie będzie się jej więc narzucał za bardzo.
Soo skinął powoli głową. I dokładnie w tej chwili zadzwonił domofon.
- Pewnie pizza - Ana wstała z kanapy, łapiąc porzucony do tej pory telefon i momentalnie się do niego przyklejając, gdy ruszała w kierunku korytarza i drzwi wejściowych. Westchnąłem cicho i pokręciłem głową z niedowierzaniem. Naprawdę nie wiedziałem, o co chodziło z tymi wiadomościami, co było takie pilne, że koniecznie musiała poświęcać temu niemal całą swoją uwagę. Niemniej starałem się tym za bardzo nie przejmować. Może chodziło po prostu o pracę? Mieli w cukierni spory ruch ostatnio, całkiem możliwe, że szukała nowego pracownika albo w końcu zdecydowała się zlecać robienie tortów innym pracownikom, a teraz czuła się w obowiązku ciągłego trzymania ręki na pulsie... Z resztą, kto tam Anę wiedział. - Pójdę odebrać - zaoferowała i nie czekając na reakcję moją czy Kangsoo, zniknęła nam z pola widzenia.
- Wydaje mi się, czy ona się jakoś dziwnie zachowuje? - zapytałem cicho, by siostra na pewno nas nie usłyszała. Nie oczekiwałem nawet jakiejś konkretnej odpowiedzi od przyjaciela, nie znał jej w końcu za bardzo. Musiałem po prostu komuś zadać to pytanie.
Przy okazji zauważyłem również, że nie tylko ona dziwnie się zachowywała... Mężczyzna drgnął nerwowo, słysząc moje pytanie, dopiero po chwili uspokoił się, jakby ucieszony, że nie pytam o niego. Zmarszczyłem lekko brwi.
Co jest, do cholery?

Kangsoo?

9.07.2020

Od Liama CD Niny

- Gdzie moje maniery? – odezwałem się po chwili, gdy już siedziałem z dziewczyną w naszym "kantorku", a ona ostrożnie popijała herbatę. – Jestem Liam.
Uśmiechnęła się lekko, również się przedstawiła. Nina... Ładne imię. Przyglądałem się jej, próbując ocenić, w jak dużym jest szoku. Podejrzewałem, że nie będzie w stanie sama wrócić do domu. Za kierownicą mogła stanowić niebezpieczeństwo nie tylko dla siebie, ale również dla postronnych osób. Spojrzałem na zegarek wiszący na jednej ze ścian. Za kilka minut kończyła się moja zmiana, w zasadzie... mogłem ją podwieźć, jeśli nie będzie miał kto po nią przyjechać. Szczególnie, jeśli przyjechała swoim samochodem i teraz trzeba go będzie odstawić pod jej dom. Mogłem poprosić Anę o pomoc, powinna się zgodzić.
- Masz jak wrócić? - zapytałem dziewczyny, jednak nim zdążyła odpowiedzieć, dostrzegłem ruch za oknem "kantorka" ratowników. Spojrzałem w tamtym kierunku. Ana szła do nas i wyglądała na... dość wściekłą. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego, ale jeśli o nią chodzi, naprawdę niewiele było trzeba, żeby ją wkurwić. Miałem tylko nadzieję, że cały jej wkurw nie skumuluje się na mnie...
No tak, myliłem się.
- Liam! - wrzasnęła, ledwo otworzyła drzwi... i zamarła w pół kroku, gdy zobaczyła siedzącą koło mnie dziewczynę. Zamrugała powoli, następnie przenosząc wzrok z Rudej na mnie. Prychnęła, choć nie wiem, co wywołało w niej taką reakcję. Przecież nic nie próbowałem. Siedzieliśmy od siebie w dość sporej odległości, a poza tym przed chwilą dopiero co się topiła. Jeszcze mnie aż tak nie powaliło. - Trzeba cię odwieźć? - zapytała Niny, może nieświadomie dublując moje pytanie. Korzystając z tego, że uwaga siostry skupiona była w tamtej chwili na dziewczynie, a dziewczyna patrzyła na mnie, pokręciłem głową i wzniosłem oczy do nieba, w reakcji na zachowanie mojej siostry. Na ustach Rudej pojawił się lekki uśmiech.

Nina?
Plasiam, że krótko i beznadziejnie, ale wena uciekła chyba na wakacje ;-;

4.07.2020

Od Liama CD Kangsoo

Na pytanie o zwierzaka, uśmiechnąłem się ciepło.
- Pyton - rzuciłem wesoło. Kątem oka dostrzegłem, jak Kangsoo obraca się nieznacznie w moją stronę, patrząc na mnie z lekko wytrzeszczonymi oczami.
- Proszę...? - wydawał się nie dowierzać temu, co usłyszał. Zaśmiałem się. Jego reakcja była urocza.
- Pytona królewskiego - powtórzyłem, włączając kierunkowskaz, by zasygnalizować skręt w parking przed moim blokiem. O dziwo dość szybko udało mi się znaleźć wolne miejsce, co o tej porze dnia było raczej niespotykane. Wysiedliśmy z przyjacielem z samochodu i ruszyliśmy w kierunku wejścia do mojej klatki. - Przyszedł dzisiaj pocztą, Ana go mniej więcej udomawia. Mniej więcej, bo węże nigdy nie będą grzecznymi zwierzątkami domowymi.
Kangsoo skinął lekko głową, jednak nic nie powiedział. Może gdybym nie był aż tak podekscytowany nowym zwierzakiem, zauważyłbym wcześniej, że coś jest nie tak. Że mój przyjaciel zachowuje się inaczej, niż zwykle, jakby coś go trapiło. Być może szybciej zapytałbym o powód takiego układu rzeczy. Jednak tego nie zrobiłem. Zamiast tego, cały w skowronkach, wbiegłem przed nim po schodach, przeskakując co drugi stopień, i pierwszy znalazłem się pod drzwiami mieszkania. Ledwo je otworzyłem, przywitała mnie merdająca ogonem Luna, która co jakiś czas oglądała się za siebie. Jak na razie kolejny gadzi lokator również średnio przypadł jej do gustu. Podejrzewałem, że Ciapek razem z Puszkiem wprowadzą terror w domu. Dwa wielkie gady kontra duży pies... I papuga. Ale Tokka zawsze była przyjaźnie nastawiona do wszystkich.
- Jesteśmy! - rzuciłem od progu, na co odpowiedziało mi posępne burknięcie siostry. Naprawdę nie wiedziałem, jaki był powód takiego samopoczucia u niej, ale sądząc po jej minie, jak pytałem jej o cokolwiek, nawet jakbym zapytał, co się stało, raczej by mi przywaliła, niż odpowiedziała.
Czasami naprawdę miałem problem ze zrozumieniem jej. A przecież wychowywaliśmy się razem.
Od razu po zamknięciu za Kangsoo drzwi, skierowałem się do salonu, zobaczyć, co z Ciapkiem. Ku mojemu zaskoczeniu, zwinął się na brzuchu Any i tak sobie leżał, gdy dziewczyna przerzucała kartki zeszytu ze szkicami. Zastanawiałem się, czy nie odłożyć go do terrarium, ale skoro Ana jeszcze tego nie zrobiła... To znaczy, że prawdopodobnie tak było mu dobrze. Akurat w kwestii zwierząt siostrze ufałem jak nikomu innemu.
- Możemy zamówić pizzę, co wy na to? - zaproponowałem, patrząc przez ramię na Kangsoo, który jakoś dziwnie wolno zdejmował buty. Zmarszczyłem lekko brwi, ale szybko zapomniałem o jakichkolwiek wątpliwościach. Spojrzałem na Anę, która wzruszyła ramionami, odłożyła zeszyt i sięgnęła zamiast niego po telefon, na którym zaczęła coś szybko pisać.
- Jaką chcecie? - zapytała, odklejając na moment plecy od kanapy, by wygiąć się tak, żeby zobaczyć Koreańczyka. Nie wiem, czy jej się to udało, ale dość szybko wróciła do poprzedniej pozycji.
- Obojętnie - odpowiedzieliśmy z przyjacielem niemal równocześnie. Uśmiechnąłem się na to, a siostra prychnęła, znowu zaczynając klikać w telefon. Wybrała numer, pewnie do pizzerii, zdjęła sobie Ciapka z brzucha, dając mi na ręce i polecając, bym go schował, a sama wstała i poszła do kuchni. Gdy mijali się z Kangsoo w przejściu, wyciągnęła do mężczyzny rękę do przybicia piątki. Ich dłonie na moment się spotkały, Ana mruknęła szybkie "Cześć", po czym całą uwagę skupiła na osobie mówiącej po drugiej stronie słuchawki, która w tamtym momencie akurat odebrała.
- Dzień dobry, chciałabym zamówić... - usłyszałem jeszcze jej głos, zanim przestałem zwracać na nią uwagę. Spojrzałem za to na Kangsoo, posyłając mu promienny uśmiech i wyciągając zwisającego mi z rąk pytona nieco w przód.
- No, Kangsoo - spojrzałem na przyjaciela. - Poznaj Ciapka.

Kangsoo?

28.06.2020

Od Liama CD Niny

Nie pierwszy raz uznałem, że niczego sobie pomysłem będzie dorobienie sobie nieco na pracy popołudniami jako ratownik wodny. Zwykle zatrudniałem się do pilnowania plaży, jednak tym razem, z uwagi na porę roku, jaką mieliśmy, zdecydowałem się na pracę na basenie. Zwykle przynosiła ona z resztą mniej stresu, w grę nie wchodziły żadne prądy morskie, które mogły kogoś porwać, a mnie zmusić do skakania za nim, by pomóc mu się wydostać, żadne fale, za którymi ludzie znikali, często umyślnie zanurzając się pod wodę, mając chyba za cel przyprawić ratownika na plaży o zawał. To niezdecydowanie - skakać za nimi, czy nie skakać - było chyba najgorsze w takiej codziennej pracy. Chyba, że trafiła się jakaś niebezpieczna sytuacja, podtopienie... Taka sytuacja plasowała się mimo wszystko o wiele wyżej w kategorii "Sytuacje z życia ratownika, których raczej nikt nie chce uświadczyć, a i tak większości się zdarzają".
Na basenie było zwykle spokojniej. Szczególnie takim, jak ten, na który zatrudniłem się z Aną na jakiś czas, gdzie był w sumie tylko duży basen olimpijski i kilka mniejszych, plus pojedyncza zjeżdżalnia. Niewiele miejsc do popisywania się przed kumplami i robienia głupot. Większość osób przychodziła tu po prostu popływać, w ramach uprawiania jakiejś dyscypliny sportowej czy rehabilitacji. Więc albo uważali, albo potrafili pływać, zatem rzadko kiedy była potrzeba, żebym musiał wskakiwać do wody. Jak już, upomnienie z brzegu zwykle działało.
Tym razem wyszło jednak tak, że było, o dziwo, inaczej.
To znaczy, nie zrozumcie mnie źle. Do wody wskakiwać i tak nie musiałem. Siostra mnie wyręczyła, bo ona pierwsza zobaczyła, że dziewczyna, która dopiero co przyszła na basen, coś długo nie wypływa na powierzchnię...
Ja bym pewnie poczekał chwilę dłużej. Ale Ana to Ana. W gorącej wodzie kąpana. Zanim zdążyłem jej powiedzieć, że może nie ma potrzeby od razu rzucać się na ratunek, że może ma pojemne płuca i tak sobie tylko siedzi pod wodą, rozkoszuje się czasem wolnym... Siostra w kilku susach dopadła do basenu, wyuczonym przez wiele lat ćwiczeń skokiem wskoczyła z nóg na główkę do wody... Dla porządku poszedłem za nią, resztę basenu obserwował jeszcze jeden ratownik, który skinął mi głową, że mogę iść. Pokręciłem lekko głową, idąc w kierunku siostry, która już wyciągnęła topiącą się dziewczynę ponad powierzchnię wody i właśnie holowała ją ku brzegowi.
Schyliłem się, by pomóc jej wyciągnąć niedoszłą denatkę z wody. Natychmiast ułożyłem ją płasko na ziemi, zanim jednak zdążyłem sprawdzić funkcje życiowe, z wody wygrzebała się Ana. Dopadła dziewczyny, niemal odpychając mnie od niej, i sama przyłożyła ucho do nosa dziewczyny, z twarzą zwróconą ku jej klatce piersiowej. Westchnąłem, prostując się i zakładając ręce na piersi. Zaczynałem współczuć Mike'owi, który od kilku miesięcy (z tego, co się orientowałem) niemal codziennie musiał znosić zmienne nastroje mojej siostry. W sumie... w ostatnim czasie za każdym razem, gdy żartem pytałem jej, czy jest w ciąży, że ma takie humorki, próbowała zabić mnie wzrokiem, więc może coś było na rzeczy...
Nie był to jednak czas na tego typu rozważania. Mieliśmy potencjalną topielicę na głowie.
- Nie musisz mi jej wyrywać. Też mógłbym jej pomóc - zauważyłem, lekko rozbawionym tonem. Tak, tak, sytuacja może niezbyt dogodna do żartów. Co nie zmieniało faktu, że podejście mojej siostry w kwestii ratowania innych niezmiennie mnie bawiło.
- No to dawaj, bohaterze - wysyczała, przez zaciśnięte zęby, obdarzając mnie morderczym spojrzeniem. - Wykonaj oddechy ratownicze, skoro tak wszystko wiesz najlepiej.
Prychnąłem, machnąłem od niechcenia ręką, jednocześnie sięgając po żywioł, którym się posługiwałem. Pchnąłem powietrze w płuca nieprzytomnej dziewczyny, zastępując nim zalegającą tam wodę... Niedoszła topielica otworzyła gwałtownie oczy, a Ana w ostatniej chwili przechyliła ją na bok, tak, by woda, którą zwróciła zaraz potem, nie wpłynęła jej z powrotem do gardła. Ruda - choć teraz jej włosy, przez wodę, były ciemniejsze, niż gdy widziałem ją, jak wchodziła na pływalnię - rozkaszlała się po tym spazmatycznie. Ana poklepała ją posuwistym ruchem w górę po plecach, ja nadal tylko stałem i patrzyłem, jak się sprawy dalej potoczą...
I nagle, gdy adrenalina spowodowana dość niebezpieczną sytuacją, opadła, a ja zacząłem zwracać uwagę na inne bodźce, niż to, czy dziewczyna jeszcze żyje, w moje nozdrza uderzył dziwny zapach.
Cuchnie zmokłą kurą, usłyszałem w głowie głos siostry. Spojrzałem na nią. Patrzyła na dziewczynę krzywo. Niemal widziałem, jak impulsy nerwowe w jej mózgu przemieszczają się z zabójczą prędkością, próbując połączyć szczątkowe informacje w całość... I chyba coś wykminiły, bo dziewczyna pokręciła głową z niedowierzaniem, mruknęła pod nosem "idiotka" i wstała z klęczek. Klepnęła mnie w ramię, przechodząc obok, i rzuciła krótkie:
- Zajmij się nią, bo ja jej przyłożę za głupotę.
I, nie dodając nic więcej, wróciła na swoje stanowisko obserwacyjne przy basenie. Patrzyłam za nią chwilę, mrugając z niedowierzaniem. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o, przed chwilą jeszcze półmartwej, dziewczynie, która dalej leżała na kafelkach. Westchnąłem ciężko, przykucając przy niej i pomagając jej się podnieść do pozycji siedzącej.
- Czyli co, wygląda na to, że zostaliśmy sami - rzuciłem swobodnym tonem. - Nie wiem, skąd u niej taka reakcja, ale chyba musisz jej wybaczyć. Ma ostatnio gorszy okres w życiu - zaśmiałem się, wskazując ruchem głowy moją siostrę, która już jak gdyby nigdy nic rozsiadła się na swoim krześle, patrząc wszędzie, tylko nie na nas. Westchnąłem ciężko i spojrzałem ponownie na Rudą. - Nic ci nie jest?

Nina?

25.06.2020

Od Liama CD Kangsoo

Minęło kilka tygodni od tego szalonego dnia, kiedy goniła mnie z Kangsoo policja. Jak mnie zatrzymano i poddano obserwacji... Osobiście starałem się raczej unikać zbyt częstych spotkań z Kangsoo, choć zapytany, zawsze odpowiadałem, że nie, że mu się wydaje. Tak tak, potrafił się bronić, mógł zadbać o siebie. Mimo to czułem się w pewien sposób za niego odpowiedzialny. I za to wszystko, co się wydarzyło. Może gdybym inaczej to rozegrał, to by nie zwrócili na nas w ogóle uwagi...
Dobra, tak, tak, wcale w to nie wierzyłem. Przysraliby się do mnie jak nie o to, że zacząłem uciekać, to o coś innego. A tak mogłem chociaż próbować uciec.
Tymczasem, jednak... Przyszła zamówiona przeze mnie przesyłka.
- Zamawiałeś pytona? - usłyszałem lekko zdziwiony głos Cole'a, który wyłonił się zza jednego z regałów w sklepie, wskazując ruchem głowy paczkę termiczną, oznaczoną znakiem "uwaga, szkło". - Kurier właśnie przywiózł.
Uśmiechnąłem się odruchowo, wstając gwałtownie z zajmowanego do tej pory przeze mnie krzesła, przy komputerze przy kasie. Prawie się przy tym przewróciło, w ostatniej chwili przytrzymałem je mocą i, powiewem powietrza wróciłem je do prawidłowego położenia, czyli tak, by stało na wszystkich czterech nogach. Podszedłem podekscytowany do współpracownika, odbierając od niego paczkę.
- Puszek ci nie wystarczy? - zapytał rozbawiony mężczyzna, patrząc, jak sięgam po nóż, którym zwykle odpakowywaliśmy paczki. Był poręczny i ostry, doskonale się więc sprawował w tej roli. Zacząłem wprawnymi ruchami przecinać zamykającą paczkę taśmę.
- Zawsze chciałem mieć węża - odpowiedziałem. Kolejna ścianka kartonu została uwolniona od krępującej je taśmy.
- Twój ci nie wystarczy? Niewystarczająco długi?
Prychnąłem tylko w odpowiedzi, patrząc na niego z politowaniem. A gdy taśma sklejająca ostatnią ściankę została w końcu rozcięta... Otworzyłem pudełko i zacząłem wyjmować z niego gazety, folię bąbelkową, hitpacki... I w końcu.
Właściwy, styropianowy pojemnik z moim nowym pupilkiem.
- Hej, Ciapek... - zagruchałem, uchylając wieko pojemnika, by zajrzeć do środka. Zwinięty wewnątrz gad poruszył się, widziałem, jak zwoje jego ciała zaczynają się prześlizgiwać po sobie, gdy wąż zmieniał położenie... Zamknąłem pokrywkę, postanawiając, że wypuszczę go dopiero w mieszkaniu. Żeby na pewni nie uciekł ani żeby nic mu się nie stało.

***

- Hejka, Kangsoo - rzuciłem do słuchawki, gdy usłyszałem po drugiej stronie znajomy głos. - Mam dla ciebie propozycję.
Chwila ciszy. A potem:
- Tak?
- Zdecydowanie - zaśmiałem się. Spojrzałem na Ciapka, który właśnie zwiedzał mieszkanie. Wpełzł na kanapę, rzucając spojrzenia Anie, która siedziała tuż obok, przeglądając coś w komórce. Koło niej leżał brulion ze szkicami projektów na torty, na który po chwili wpełzł wąż, by znaleźć się jeszcze bliżej dziewczyny. Która jak na razie całkowicie go ignorowała. - Przyszedł dzisiaj do mnie nowy zwierzak. Pomyślałem, że może chciałbyś go poznać.
Kolejna chwila ciszy, przerywanej od czasu do czasu skrzeczeniem Geuma w tle. Spojrzałem pytająco na Anę, gdy ta na moment podniosła wzrok znad urządzenia, by spojrzeć na mnie, jak nie usłyszała natychmiastowej odpowiedzi z ust mojego przyjaciela. Siostra wzruszyła ramionami, rzuciła krótkie spojrzenie na pytona i wróciła do klikania w ekran telefonu.
- Mogę po ciebie przyjechać - zaproponowałem, gdy cisza się przedłużała. Było już późno, szukanie transportu o tej godzinie mogło być w istocie dość kłopotliwe. A dla mnie nie było to większym problemem. - Dla mnie to żaden problem.

Kangsoo?
Plasiam, że takie meh ;-;

23.05.2020

Od Liama CD Kangsoo

Potok słów, które wyrzucił z siebie Kangsoo niemal w jednym momencie sprawił, że zaniemówiłem. Odruchowo rzuciłem błagalne spojrzenie Anie, ponad ramieniem przyjaciela. Stała w pewnej odległości od nas, nadal przy kasie, jednak dzięki smoczym zmysłom miała szansę usłyszeć naszą rozmowę, nawet mimo dość sporego ruchu, a zatem i obecnego w kawiarni szumu wielu głosów. Miałem nadzieję, że mi pomoże czy coś... Niestety, była jednak widocznie zbyt zirytowana na mnie albo na kogoś innego, a w tym drugim przypadku postanowiła akurat w tej chwili wyżyć się na mnie... Ta kobieta doprowadzała mnie momentami do szału. No ale cóż, rodziny się nie wybiera.
- Cóż, jak tak to przedstawiasz... - zacząłem ostrożnie. - To faktycznie zjebałem. Przepraszam. Nie chciałem cię denerwować ani nic... po prostu nie chciałam, żeby złapała cię policja. A założyłem, że gdy tylko się dowiesz, o co chodzi policjantom, każesz mi się zatrzymać i natychmiast zająłbyś się mediacjami... Które prawdopodobne zakończyłyby się aresztowaniem nas obojga. Ta dwójka nie należała do tych skłonnych do rozmów, widziałeś z resztą - odetchnąłem głęboko. - Tyle mam na swoje usprawiedliwienie. Jeszcze raz przepraszam. A odpowiadając na twoje pytanie... Nie wiem. Naprawdę nie wiem, jak ta sytuacja się rozwinie - bałem się, że po moim telefonie Joey będzie chciał się ze mną skorzystać. W jakiś sposób. Jaki? Nie miałem pojęcia. Gdyby przyczaił, że znam Kangsoo, możliwe, że próbowałby to osiągnąć przez niego... Tyle niewiadomych, tak mało pewnych informacji czy przypuszczeń, na których mogłem się teraz opierać.
Jak dłużej będzie się to ciągnęło, wpadnę w paranoję. Jak nic.
- Ci agenci, którzy mnie zgarnęli, są nienormalni. Nie ręczę za nich - mruknąłem po chwili. - Obawiam się, że mogą każdą moją rozmowę z kimkolwiek uznać za potencjalnie podejrzaną, w wyniku czego przymkną mojego rozmówcę... Biedne kasjerki - westchnąłem ciężko. Przeniosłem powoli wzrok na Kangsoo. - To zależy od ciebie. Czy chcesz ryzykować, czy wolisz odsunąć się na jakiś czas. Żeby cała ta sytuacja się na tobie nie odbiła rykoszetem.

Kangsoo?
Przepraszam, że tak bardzo, bardzo krótko. Mea culpa ;-;

7.05.2020

Od Liama CD Kangsoo

Skinąłem powoli głową. No tak... Dla mnie takie akcje, uciekanie przed policją, aresztowanie, były może chlebem powszednim, ale dla Kangsoo niekoniecznie. Miał prawo być wytrącony z równowagi czy nawet przerażony...
Westchnąłem ciężko, przeczesując włosy palcami, strosząc je na czubku głowy. Sytuacja była ciężka, nie ma co ukrywać. Szczególnie dla niego, bo nie miał z tym wszystkim nic wspólnego, a zupełnym przypadkiem został w to wkręcony. Dodatkowo w sumie nie miał bladego pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło... a ja nie mogłem mu powiedzieć. Dla jego własnego bezpieczeństwa. W tym interesie im mniej wiedzą twoi bliscy, tym lepiej dla nich, szczególnie, gdy ja już czynnie nie uczestniczyłem w interesach Rodziny, więc raczej nikt z półświatka nie powinien próbować mi grozić, porywając członków rodziny i przyjaciół, chociaż...
Mój wzrok powędrował na Anę, która znowu wyszła z zaplecza kuchennego właśnie ucinała sobie pogawędkę z jednym z klientów. Słyszałem, że jakiś czas temu wróciła do interesu. Nie z takim jak wcześniej oddaniem, bardziej ostrożnie podchodziła do powierzanych jej zadań, których też nie było jakoś szczególnie wiele. Musiała odpracować to, że zwróciła się do Joey'a o pomoc z odnalezieniem tego jej przyjaciela-demona, a on jej tej pomocy udzielił zdobywając informację, gdzie świrnięty mężczyzna przebywał. Swoją drogą, nie lubiłem gościa. Zbyt wiele moja siostra dla niego poświęciła, za dużo ryzykowała... Nie miałem już jednak nad Aną żadnej władzy. Była dorosła i już jakiś czas temu wykopała mnie ze swojego życia, odmawiając jakiejkolwiek pomocy, a ograniczając się w zasadzie tylko do spotkań tutaj, w kawiarni i nielicznych odwiedzin w naszych domach. Po prostu zaczęła na dobre swoje życie. A ja musiałem w końcu przyjąć do wiadomości, że nie jest już tą zagubioną dziewczynką, która powtarzała wszystko po starszym bracie, tylko dorosłą kobietą... Kobietą z jajami, która nie bała się postawić na swoim.
Gdy siostra zauważyła, że się na nią gapię, przerwała rozmowę, by ponad ramieniem klienta pokazać mi środkowy palec, uśmiechając się przy tym słodko. Prychnąłem. Cholera, chyba jednak współczułem temu jej chłopakowi czy kim tam dla niej ten demon był...
Wróciłem jednak wzrokiem do Kangsoo, przerywając moje rozmyślania. W końcu dla niego tu byłem, nie dla rozkmin nad życiem mojej siostry. Nadal nie uważałem za dobry pomysł informować go o moich koneksjach z mafią, choć małe napomknięcie czegoś o tym mogło być w obecnej sytuacji całkiem niczego sobie pomysłem. Niby lepiej wiedzieć, z której strony należy obawiać się ataku...
- Dobra... słuchaj - zacząłem, przybierając poważny wyraz twarzy. Mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie natychmiast złapał ze mną kontakt wzrokowy, pokazując, że słucha. - Ta cała sprawa... Może nie była aż tak zupełnie z czapy wzięta. To znaczy, ten pościg, w ogóle sam fakt, że zwrócili na mnie uwagę i jeszcze postanowili gonić... Była w tym jakaś logika, choć na mój gust z ich strony dość pokrętna.
Kangsoo nie odezwał się, tylko patrzył na mnie ze skupieniem, bawiąc się pierścieniem, okręcając go na palcu. Zauważyłem, że wraz z upływem czasu coraz mniej uwagi zwracałem na magiczny pierścień, jakbym uodpornił się na jego czar, choć Kangsoo chyba wspominał, że to niemożliwe. A jednak. Po prostu przyjąłem go za element wizerunku przyjaciela i... przyzwyczaiłem się.
- Widzisz... kojarzysz Lou? - gdy mężczyzna skinął głową, kontynuowałem. - Jest dilerką. Można powiedzieć, że sam ją w to wkręciłem... kilka lat temu - do przyjaciela zdawało się jeszcze nie docierać znaczenie moich słów, a przynajmniej tak sądziłem, bo w żaden sposób na to nie zareagował. - I ta dziewczyna z baru, która prosiła mnie o pomoc. Prawdopodobnie również handluje, choć prawdę mówiąc nie bardzo ją kojarzę, więc może zajmować się czymś innym. Ale to nieistotne.
- A ty je znasz - odezwał się w końcu Kaangsoo. - Ale przecież to jeszcze nie przestępstwo!
Przestępstwem było samo to, że nie zgłosiłem tego na policję, no ale nieważne. Tak, z tego, że się kogoś znało, łatwo było się wykpić. W końcu nikt nie zapisuje nikomu w dokumentach, z kim się widuje...
- Nie, to jeszcze nie przestępstwo... - westchnąłem ciężko, znowu zezując na siostrę. Zachowywała się nieco dziwnie... Rozpraszało mnie to. A nie powinno. Przecież jasno dała mi już kilkakrotnie do zrozumienia, że radzi sobie sama i mam się nią nie martwić... a jednak się martwiłem.
Dobra, chłopie, masz teraz własne problemy. I siedzącego przed tobą przyjaciela, któremu wypadałoby coś wyjaśnić.
- Dobra, bo to trudniejsze, niż sądziłem - wziąłem głęboki oddech, odchylając się na krześle. Zastukałem w roztargnieniu palcami o blat stołu. - Kiedyś sam handlowałem. Narkotykami - dodałem, żeby nie było wątpliwości. W tym momencie oczy Kangsoo rozszerzyły się z zaskoczenia, a może i grozy... Kontynuowałem, nie dając mu dojść do słowa. Chciałem to z siebie po prostu wyrzucić i mieć to z głowy. - Ale już z tym skończyłem. Dobrych parę lat temu nie mam z tym nic wspólnego, tylko okazjonalnie wskazuję dobrze zapowiadającym się do tej roboty osobom właściwą instytucję, pod której protektoratem mogą się bardziej w tym rozwijać - przymknąłem na moment oczy, klnąc siebie w myślach za taki dobór słów. Dla mnie była to normalna sprawa, ale dla niego mogło to zabrzmieć co najmniej... dziwnie. - Dlatego mnie kojarzyli. Tamci policjanci. Byłem raczej dość znany w mojej rodzinnej miejscowości... Nawet gdybyśmy nie zaczęli uciekać, zgarnęliby mnie przy okazji, tak dla zasady. No i ciebie również... W każdym razie, jestem na ich czarnej liście i dlatego postanowili mnie aresztować. To byli jacyś fanatycy moim zdaniem. Za cel honoru postawili sobie rozbić lokalny gang narkotykowy - w sumie to ogólnokrajową mafię, ale powiedzmy, że w tym wypadku akurat lepiej zmniejszyć wrażenie niebezpieczeństwa... czy jak to tam się profesjonalnie określa. - No i widocznie uznali, że łapiąc mnie, dotrą do mojego szefa. Trochę naiwne myślenie, no ale tak wyszło - wzruszyłem ramionami. - Generalnie serio nie masz się czym przejmować. Już od dawna nie siedzę w interesie, dodatkowo współpracuję z Sopportare, więc nie znajdą na mnie niczego. Po prostu... przez pewien czas będziemy musieli ograniczyć nieco nasze kontakty. Żeby przypadkiem nie wpadli na genialny pomysł powiązania cię z tym wszystkim - uśmiechnąłem się smutno do przyjaciela, ponownie sięgając po kubek z kawą i upijając z niego łyk.

Kangsoo?

17.04.2020

Od Liama CD Kangsoo

Tak jak podejrzewałem, problem aresztowania został rozwiązany niemal w ekspresowym tempie. Joey zgrabnie pociągnął za odpowiednie sznurki, uruchomił potrzebne do zrealizowania swojego celu kontakty, co samo w sobie prawdopodobnie wystarczyłoby do tego, żeby nie dopuścić do mojego aresztowania. Poza nim w mojej sprawie ingerowało Sopportare, więc już w ogóle miałem wolność i oczyszczenie z wszelkich postawionych mi zarzutów zagwarantowane. Niemniej... trwało to i tak dłużej, niżbym przypuszczał. A ja nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego.
Cały czas miałem nadzieję, że to nie jest w żaden sposób połączone z tym, z jaką zapalczywością mnie gonili. I tak, była to tak złudna nadzieja, jak to tylko możliwe. Ale jednak.
Na szczęście mimo ewidentnych dowodów przeciwko mnie, jakie przedstawiła nietypowa dwójka federalnych, Sopp miało swoje spojrzenie na tę sprawę. A że to oni zajmowali się sprawami nadnaturalnych... zatem mieli ostatnie słowo w tej sprawie. I zadecydowali o tym, że zostanę wypuszczony, na dość napastliwą prośbę federalnych - pod czasowym nadzorem ich ludzi.
Przynajmniej dostali zakaz gonienia mnie po mieście i naruszania mojej własności. Zatem mogli obserwować, kto do mnie przychodzi i z kim się spotykam, ale nie mogli mnie osobiście napastować.
Cóż, wygląda na to, że mimo wszystko w najbliższym czasie będę się mógł widywać z Kangsoo tylko w kawiarni siostry lub przy udziale osób trzecich...
No właśnie, Kangsoo.
Jak tylko mnie wypuścili i zwrócili kluczyki do samochodu, pojechałem do kawiarnio-cukierni Any, mając nadzieję, że przyjaciel jeszcze nie spanikował. Bo do upłynięcia umówionych dwóch godzin zostało mi raptem piętnaście minut. Szlag. Jeśli będą korki, jedyną nadzieją na jakieś moje wytłumaczenie przed mężczyzną będzie Ana. Pod warunkiem, że jest w kawiarni, bo ostatnio często jej nie było. Mia mówiła, że jest zajęta swoimi sprawami, ale nadal piecze. Po nocach w domu i zamówienia przywozi potem do kawiarni. Swoją drogą, ciekawe, co ją tak zajmowało...
Dotarłem do kawiarni na minutę przed upłynięciem umówionego czasu. Wystrzeliłem z samochodu jak poparzony, natychmiast rzucając się do drzwi wejściowych budynku i... wałem na Kangsoo.
- Hej - wysapałem, zziajany sprintem. Bezceremonialnie wepchnąłem mężczyznę z powrotem do środka. Wzrok mój i stojącej przy kasie Any się spotkały, a dziewczyna pokręciła lekko głową. Po czym klepnęła Mię w ramię i zniknęła na zapleczu. - Przepraszam za spóźnienie - zwróciłem się do mężczyzny, postanawiając później porozmawiać z siostrą, bo miałem dziwne wrażenie, że jest na mnie wkurwiona. Serio. Akurat dzisiaj musiała... No ale mniejsza.
- Wszystko w porządku? - zapytał Kangsoo, idąc za mną do lady. Miałem ochotę na coś słodkiego. I jakąś dobrą kawę Mii, a nie to słodkie ochydztwo ze Starbuckasa.
- Tak, oczyścili mnie z zarzutów - pochyliłem się nad gablotą z dzisiejszymi wypiekami. Zmarszczyłem brwi. Żadne z ciast i ciasteczek nie były zrobione przez moją siostrę. Albo dziewczyna straciła zacięcie do tworzenia tak skomplikowanych wypieków, jak to możliwe, w co jednak szczerze wątpiłem. Czyżby więc dopiero przyszła? Możliwe. Ale... No tak. Kangsoo.
Jednak nie, nie do końca miałem zamiar tłumaczyć mu to, co się stało. Dlaczego mnie w ogóle podejrzewali. Kiedyś... może. A tymczasem... trzeba grać na zwłokę. - Zeszło trochę dłużej, niż sądziłem. Mieli jakiś przestój z załatwianiem spraw aresztantów, niby kogoś niebezpiecznego złapali, czy coś... - tą niebezpieczną osobą byłem ja, no ale nieważne. To było mało istotne. - Ale jestem. Już nic mi nie grozi, bo nic nie znaleźli i nie znajdą przez ten miesiąc obserwacji...
- Jesteś pod nadzorem policyjnym? - Kangsoo wyglądał na przerażonego.
- No... tak wyszło - westchnąłem. - Ale to normalna procedura, nie martw się - starałem się zachować tyle nonszalancji w głosie, ile było możliwe. - Zrobisz mi jakąś dobrą kawę, Mi? - zwróciłem się do czarnowłosej, przywołując na twarz uwodzicielski uśmiech.

Kangsoo?

6.04.2020

Od Liama CD Kangsoo

Wpadliśmy... jak śliwki w kompot. Szczególnie Kangsoo, który nie miał kontaktów w każdej możliwej organizacji, mogącej wyciągnąć go z tej mocno nieciekawej sytuacji. Ja miałem szansę sobie z tym jakoś poradzić, miałem w tym pewne doświadczenie, ale on...?
Cholera, dlaczego musiałem się dowiedzieć o tej całej akcji ścigania ludzi Joey'a teraz? Nie mógł zadzwonić, listu napisać, cokolwiek?! Ograniczyłbym wtedy spotkania z Kangsoo do minimum, żeby go nie narażać niepotrzebnie. A tak to... kurwa.
Siedziałem więc teraz na tylnym siedzeniu radiowozu, z Kangsoo obok siebie, nie mając za bardzo pomysłu, co zrobić. Na dobrą sprawę powinni nas wypuścić, gdy nic nie znajdą w samochodzie, ale biorąc pod uwagę to, że od razu założyli, że coś mam... Westchnąłem ciężko. Chyba mimo wszystko czeka nas wizyta na komisariacie. Byleby nie w areszcie, nie lubiłem jakoś szczególnie tego miejsca. Zawsze siedziały tam szemrane typki, które próbowały ci coś wcisnąć na wymianę.
Poruszyłem nieznacznie dłońmi skutymi kajdankami, rozprostowałem i zgiąłem palce. Kajdanki w żaden sposób nie ograniczały moich zdolności, mogłem ich użyć... tylko jak? Nie byłem moją siostrą, nie mogłem wzniecić jakiegoś niegroźnego pożaru dla odwrócenia uwagi, a w międzyczasie się zmyć. Z powietrzem można było zrobić znacznie mniej przydatnych rzeczy... Chociaż?
Wbiłem wzrok w jednego z policjantów, tego, który stał teraz przy radiowozie. Drugi dalej kręcił się z psem przy moim samochodzie, choć czworonóg ewidentne nie wykazywał zainteresowania pojazdem, co powinno być wyraźnym sygnałem, że nic nie znajdą. Ale cóż, widać byli zdesperowani.
Skupiając się na znajdującym się bliżej policjancie, zacząłem powoli zaciskać palce jednej dłoni. Przyciągnęło to uwagę Kangsoo, który rzucił mi pytające spojrzenie, jednak nie odpowiedziałem. Jeśli faktycznie chciałem się pozbyć policji na dobre, nie mogłem teraz doprowadzić do ich śmierci. Ale do chwilowej utraty przytomności... Równie dobrze mogli się po prostu przegrzać. W końcu w tych mundurach musi im być gorąco w taką pogodę jak dzisiaj.
Najpierw policjant się zatoczył, złapał równowagę opierając się jedną ręką o radiowóz. Zamrugał kilkakrotnie, pewnie "łapiąc ostrość". Na nic mu się to jednak zdało, bo już chwilę później padł jak ścięte zboże, tracąc przytomność.
- Liam? - wyrwało się Kangsoo na głos. Pokręciłem głową, nie patrząc na przyjaciela, przenosząc za to wzrok na drugiego policjanta. Znowu powtórzyłem ruch powolnego zaciskania palców... I drugi z policjantów dołączył do kolegi.
Teraz pozostała kwestia otwarcia drzwi, ale wyrywanie zamków w starych radiowozach to moja specjalność... Nie pytajcie, kiedy miałem okazję się nauczyć. Nie było czego wspominać.
Znalazłszy się na wolności, szybko pozbyłem się kajdanek, nie trudząc się nawet do używania klucza, który bez problemu znalazłbym pewnie przy policjancie. Ze smoczą siłą trzeba się liczyć. Potem przyszła kolej na Kangsoo... W sumie to głównie o niego chodziło. Moja ucieczka w tym momencie sprawiłaby mi więcej kłopotów niż pożytku. Zniknięcie jednego z zatrzymanych dało się jakoś wytłumaczyć, ewentualnie wmówić, że nigdy nie było żadnego drugiego i to kwestia przegrzania... Niemożliwe? Pfff, nie takie rzeczy się wmawiało policji...
- Musisz się stąd ewakuować - powiedziałem spokojnie, otwierając kajdanki Kangsoo. - Serio, poradzę sobie. Góra dwie godziny i mnie tam nie będzie, zobaczysz. A po wszystkim spotkamy się u mojej siostry, ogarnę dla nas jakieś darmowe desery, podobno torty lodowe na sprzedaż zrobiła.
- Dlaczego mam cię zostawić? Przecież żadne z nas nic nie zrobiło, nic nam nie mogą zarzucić... - Kangsoo widocznie nie mógł zrozumieć, jak się w tej sytuacji znalazł. No cóż, w sumie nic dziwnego.
- Ty masz czystą kartotekę. Przynajmniej tak podejrzewam, popraw mnie, jeśli się mylę. Po co masz to psuć przeze mnie? - uśmiechnąłem się lekko. - Mi już niewiele zaszkodzi, poza tym bez problemu się wykpię z tej, w zasadzie śmiesznej, sytuacji.
- Skoro nic nie zrobiliśmy, dlaczego mają nam coś zrobić? - mężczyzna nie dawał za wygraną. Pokręciłem lekko głową.
- Więc może niech cię przekona do zmycia się stąd to, że na pewno zrobią rewizję naszych rzeczy osobistych. Masz przy sobie pierścień, prawda? Któryś z nich może go zachachmęcić dla siebie, a tego, jak zgaduję, nie chcesz - przerwałem na chwilę, by wsiąść z powrotem do radiowozu. Nie chciało mi się skuwać z powrotem, i tak nie zauważą, jak stworzę na sobie jakąś lipną iluzję. Iluzję Kangsoo też mogłem stworzyć na tak długo, jak to będzie konieczne. - Rób jak chcesz, ale daję ci szansę na uniknięcie niebezpiecznej dla ciebie sytuacji. Po prostu pójdź, pojedź, jak chcesz, do kawiarni mojej siostry, możesz jej przy okazji powiedzieć, co się stało, może też się wstawi za bratem, a jak nie, to na pewno cię uspokoi, że z nie takich problemów wychodziłem cało... Mówię ci, góra dwie godziny i mnie wypuszczą. Jak nie Joey mi pomoże, to Sopp. Nic nie ryzykuję, ty mógłbyś bardzo dużo, gdybyś mimo wszystko postanowił zostać - i, uśmiechając się krzywo, zamknąłem drzwi radiowozu, zamykając się w nim, a Koreańczyka zostawiając na zewnątrz. Jak Kangsoo pójdzie, pozostanie mi poczekać, aż policjanci odzyskają przytomność. Potem powinno być już z górki... Pod warunkiem, że Kangsoo nie postanowi zgrywać bohatera i zwyczajnie stąd zwieje.

Kangsoo? ;p
Takie ten, ale coś wena nie współpracuje :c

30.03.2020

Od Liama CD Claudii

Uśmiechnąłem się lekko, gdy zobaczyłem dziewczynę. Tak, dziewczynę. To nie przez butelkę, którą przyniosła, chociaż jej zawartość też była niczego sobie. Ale to nie na jej widok się uśmiechnąłem.
Z resztą, co ja plotę.
Podziękowałem i przyjąłem butelkę, bo czemu nie. W końcu dobry trunek nie jest zły. Uśmiechnąłem się przy tym lekko do dziewczyny, która zaraz odpowiedziała tym samym, choć uśmiech dość szybko został zastąpiony przez bardziej poważny wyraz twarzy. Zastukałem palcami o ladę, zastanawiając się, jak pociągnąć dalej rozmowę, by nie wyjść na niewychowanego ani nic w tym rodzaju...
Jednak szybko okazało się, że nie mam się czym przejmować. Claudia dość szybko musiała się pożegnać. Wytłumaczyła, że wpadła tylko przejazdem i nie chce mi przeszkadzać w pracy. Z resztą, mniej więcej gdy kończyła wypowiadać to zdanie, do sklepu wszedł klient, który chciał obejrzeć hodowlę węży, które mieliśmy na stanie. A że to ja, nie Cole, byłem specem od gadów... Westchnąłem ciężko, żegnając znajomą dziewczynę uśmiechem. I wyszedłem zza lady wykonywać swoją pracę.


Kilka dni później...

Zabawna sprawa z tym Sopportare. Niby to tylko jednostka policyjna, zajmująca się sprawami nadnaturalnych, a przy okazji dziwnie często łączyła ze sobą ludzi. Tak było z moją siostrą i wszystko wskazywało na to, że mi także przyjdzie spędzić więcej czasu w towarzystwie innego pracownika tej instytucji. Czy raczej... innej pracownicy.
Dostałem adres Clau właśnie od Sopp. Gdy zostałem przydzielony do asekurowania dziewczyny na jakiejś akcji. Nawet nie bardzo wczytałem się, o co chodzi, gdy dostałem akta sprawy. Tak, całkiem możliwe, że w sprawach Sopp byłem ignorantem. No ale cóż, nikt nie jest idealny.
Pod wieczór, po pracy w sklepie i wyprowadzeniu Luny na spacer, wsiadłem do samochodu i pojechałem pod wskazany adres, żeby dostarczyć te papiery.
Czy muszę opowiadać, jak przyjęła moją, bądź co bądź, niezapowiedzianą, wizytę? Nie? Tak sądziłem. Gdyby Claudia miała cięty język mojej siostry to, sądząc po jej spojrzeniu, skończyłbym martwy albo sam bym się stamtąd wyniósł w cholerę. Ale że dziewczynę cechowała raczej małomówność... Można chyba powiedzieć, że wpakowałam się jej bezceremonialnie do domu.
Jak już jej wytłumaczyłem, po co w zasadzie się tu znalazłem, chyba się trochę uspokoiła. A w każdym razie przestała traktować z oziębłością. Aczkolwiek nie wiadomo jak serdecznie też nie... ale to już chyba była po prostu kwestia jej charakteru.
- Przyniesiesz mi karton z dokumentami z tamtej szafy? - zapytała dziewczyna po pewnym czasie, po tym, jak już zaproponowała mi herbatę, przygotowała ją i, z kubkami z ciepłym napojach w dłoniach, usiedliśmy przy kuchennym stole. Claudia przeglądała dokumenty, a ja rozglądałem się po pomieszczeniu, tylko jednym uchem skupiając się na tym, co dziewczyna mówiła o czekającej nas akcji... Aż nie padła wyżej wspomniana prośba.
Spojrzałem na dziewczynę, a ona ponownie wskazała mebel. Byłem w sumie zdziwiony, że mnie o to poprosiła... jakby, nie spodziewałem się, że będzie chciała pomocy. Czy żebym grzebał jej po szafach.
Wstałem od stołu, wzruszając ramionami.
- Gdzie jest? - dopytałem, już ruszając do sąsiedniego pomieszczenia.
- Na górnej półce. Uważaj, jest ciężki - poinstruowała mnie, powracając do studiowania dokumentów, które przyniosłem.
Przeszedłem cały salon, w zasadzie znikając dziewczynie z oczu. A gdy tylko na totalnym pewniaku, nie spodziewając się żadnych komplikacji, otworzyłem gwałtownie obydwoje drzwi... Wypadł na mnie trup.
W pierwszej chwili co prawda tego nie zauważyłem, odruchowo złapałem gościa pod pachami i już miałem zapytać, czy wszystko w porządku, gdy poczułem, że woni trupem.
Fuck.
Odruchowo, naprawdę odruchowo, odepchnąłem truchło od siebie, z powrotem wsadzając je do szafy i zamykając za nim drzwi. Stałem tak chwilę, opierając ręce na szafie, jakbym się bał, że trup z niego wypadnie bez mojego wsparcia. Po czym, powoli, niepokojąco wręcz spokojnym tonem, nieco podniesionym z powodu odległości, jaka dzieliła mnie od Claudii, rzuciłem:
- Emm... Clau? Chyba mamy gościa. Trochę z niego... sztywniak - wziąłem głęboki oddech, starając się połapać w tym, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku sekund. Nie zdołałem. - Zapomniałaś o kochanku? - dodałem, gdy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się dziewczyna. Cały czas w ciężkim szoku, nie zmieniłem pozycji, gdy dziewczyna się zbliżyła i musiała w zasadzie dosłownie oderwać moje ręce od szafy, żeby móc ją otworzyć.
Oczywiście trup ponownie z niej wypadł. Dziewczyna była ode mnie drobniejsza, a nieboszczyk znacznie od niej większy, dlatego ugięła się pod ciężarem bezwładnego ciała, lecąc na mnie. A że ja zdecydowanie nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, plus byłem w szczerym szoku wywołanym całą tą sytuacją, jakimś cholernym cudem poleciałem razem z nimi.
Więc ostatecznie, w jakiejś cholernej reakcji domino, wszyscy wylądowaliśmy na podłodze. To znaczy... Ja wylądowałem na podłodze. Clau na mnie, a na Clau trup.
Wspaniale, nie ma co.

Clau? Trup w szafie, ha ha xD

29.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

Co ich, kurwa, opętało?!
Zacisnąłem ręce na kierownicy, starając się opanować rodzącą się gdzieś na granicy świadomości panikę. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby policja goniła mnie z taką zapalczywością. A już na pewno w życiu nie podjęli pościgu, gdy już raz ich zgubiłem. I rejestracja nie miała w tym przypadku większego znaczenia, można po niej znaleźć właściciela samochodu, więc ewentualnie kończyło się na rewizji mieszkania (w którym oczywiście nigdy nic nie znajdywali). Ale. Nigdy. Nikomu. Nie. Chciało. Się. Mnie. Gonić. Po. Mieście.
- Pojebało ich - warknąłem. - Co się z tą policją dzieje, do kurwy nędzy?!
Kątem oka dostrzegłem, jak Kangsoo raz po raz ogląda się przez ramię, by spojrzeć przez tylną szybę samochodu. Na jadący za nami na sygnale radiowóz. Niedobrze.
- Przepraszam Kangsoo - westchnąłem po chwili takiej jazdy. Nie miałem pomysłu, jak wyjść z tej sytuacji bez konfrontacji. Mogłem tak jeździć w kółku, próbując ich zgubić... Ale jeśli spisali moją rejestrację, prędzej czy później znowu weszliby mi na głowę. Czego naprawdę nie chciałem.
Zwolniłem, przez co radiowóz, który ewidentnie się tego nie spodziewał, omal nie wjechał nam w tył. No tak, a tyle trąbią o zachowywaniu bezpiecznej odległości między pojazdami... żałosne.
Wrzuciłem kierunkowskaz i, spokojnie jak gdyby nigdy nic, zjechałem na pobocze. Takie manewry tak dużym samochodem, jak mój, mogły być uznawane za niebezpieczne, więc w razie czego miałem wytłumaczenie, dlaczego nie zjechałem od razu. Widziałem, jak we wzroku Kangsoo zaczyna rosnąć panika, gdy zatrzymałem pojazd i wyłączyłem silnik.
- Co ty robisz? - zapytał drżącym głosem mój przyjaciel.
- Spróbuję załagodzić sytuację - westchnąłem, sięgając po mój telefon, który położyłem na specjalnej półce pod radiem. - Schowaj się jakoś. Jakby tu przyszli, udawaj, że śpisz albo, nie wiem, że jesteś chory. Albo niekumaty, nieważne. Chodzi o to, żeby nie zebrali twoich danych osobowych.
- Ale dlacze...
- Weź telefon ze skrytki - kontynuowałem, nie dając Kangsoo możliwości przerwania mi. Zerknąłem szybko we wsteczne lusterko, żeby zobaczyć, że jeden z policjantów wychodzi z wozu. Przy udzie trzymał odbezpieczoną broń. - Przytrzymaj jedynkę, żeby wybrać numer do... mojego przyjaciela. Powiedz mu, co się stało po moim wcześniejszym telefonie i poproś, żeby przysłał wsparcie czy cokolwiek. Chyba że chce mieć dwa trupy do ukrycia, jego wybór. I pod żadnym pozorem nie mów mu, jak się nazywasz.
Po czym wysiadłem z samochodu. Moją komórkę natychmiast włożyłem do tylnej kieszeni dżinsów, ukradkiem włączając dyktafon. Nie wiem, co to byli za ludzie, ale zdecydowanie nie były to zwykłe gliny. Oni nie mają aż takiej motywacji do gonienia kogoś po mieście. Joey prawdopodobnie będzie chciał usłyszeć każdy fragment tej rozmowy, więc wolałem być przygotowany.
Przywołałem na twarz mój najlepszy uśmiech, starając się go w miarę możliwości przytłumić lekkim zaniepokojeniem i ruszyłem w kierunku policjanta.
- Ani kroku dalej! - wrzasnął nagle, gdy zbytnio się zbliżyłem. Podniósł opuszczoną do tej pory broń i wycelował nią we mnie. Całe rozbawienie zniknęło z mojej twarzy. Cholera.
- Ymm... Dzień dobry? - zacząłem, spoglądając ponad ramieniem policjanta na jego kolegę, który nadal siedział w radiowozie. - Dlaczego mnie panowie...
Nim miałem okazję dokończyć, mężczyzna przypadł do mnie, przyciskając mi lufę do klatki piersiowej. W jego mniemaniu pewnie szybko odwrócił mnie, cały czas we mnie celując, wykręcając mi ręce za plecami. Poczułem jak na nadgarstkach zamyka mi się zimny metal kajdanek. Zwyczajnych kajdanek. Dobrze. Czyli nie wiedzieli, z kim mają do czynienia.
- Jesteś aresztowany za posiadanie i handlowanie narkotykami - poinformował mnie. W jego głosie wyraźnie słyszalne były emocje: strach wymieszany ze zdecydowaniem i... wściekłością? - Oraz udział w zorganizowanej grupie przestępczej.
- Słucham? - zaśmiałem się nerwowo. - Nie rozumiem, o czym...
- Mamy nakaz rewizji pańskiego mieszkania i samochodu - poinformował, w żaden sposób nie reagując na moje pytanie. Uroczo.
W tym momencie zobaczyłem, jak z samochodu wychodzi drugi policjant. Wypuszczając z niego uroczego owczarka belgijskiego. Chciałem nawet kiedyś kupić psa tej rasy, ale nie nadawał się raczej do trzymania w mieszkaniu. Były stworzone do czynu. Na przykład pracy na policji w poszukiwaniu narkotyków...
Westchnąłem ciężko, próbując poprawić ułożenie wygiętych w niewygodnej pozycji rąk, ale mężczyzna miał zbyt silny uścisk. Westchnąłem ponownie. Co za upierdliwa farsa.
- Można wiedzieć, skąd panowie wysnuli te oskarżenia? - zapytałem spokojnie patrząc na psa, z którym drugi policjant bawił się właśnie piłką na sznurku. - Kim panowie tak właściwie są?
- Federalni. Zajmujemy się sprawą największej mafii narkotykowej w kraju - nie uraczył mnie żadnym innym komentarzem, nie odpowiedział na żadne z moich pozostałych pytań.
Uciekaj, Kangsoo, zwróciłem się nagląco w myślach do przyjaciela. Uciekaj, poradzę sobie, Sopportare na pewno wyjaśni całą tę sytuację w ciągu kilku dni. Tak, na szczęście byli oni. Nie na darmo wstępowałem w ich szeregi... Choć ostatnio praca dla nich zaczęła mi się podobać. Potrafiła być całkiem ciekawa. I opłacalna. Powiedz wszystko Joeyowi. I wyrzuć telefon, jak już się z nim skontaktujesz. Będę cię teraz osłaniał.
Było to co prawda ryzykowne - dawanie Kangsoo telefonu, z którym kontaktowałem się z ojcem mafii. Nie tyle dla Joey'a, co dla samego Kangsoo. Ale Jo musiał wiedzieć. Nie chodziło tu nawet o mnie. Nie mieli na mnie żadnych dowodów, od kilku lat nie miałem nic wspólnego z dilerką. Nic na mnie nie znajdą. Jednak jeśli federalni działają z taką zapalczywością, Rodzina może mieć problemy.
Tymczasem zerknąłem ukradkiem w kierunku samochodu, by po stronie, gdzie siedział Koreańczyk, stworzyć iluzję, która zamydli wzrok policjantom na na tyle długo, by mógł się wyśliznąć niepostrzeżenie z pojazdu. I oddalić na na tyle dużą odległość, by nikt nawet nie podejrzewał, że miał ze mną coś wspólnego.
A tymczasem pies rozpoczął obwąchiwanie mojego samochodu...

Kangsoo? 

23.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

Zacisnąłem mocniej ręce na kierownicy, uparcie wbijając wzrok w drogę przede mną. Jakoś nie miałem odwagi spojrzeć teraz Kangsoo w twarz. Zobaczyć strachu w jego oczach, którego powodem było moje zachowanie i podążający za nami radiowóz... Kurwa. Zjebałem.
- Nie wiem, dlaczego za nami jadą - syknąłem, zerkając we wsteczne lusterko. Nie skłamałem. Nie wiedziałem, czemu są aż tak zdesperowani, żeby mnie zatrzymać. A że nie dodałem, że podejrzewam, skąd się to u nich bierze, to inna sprawa...
- Liam... - przyjaciel brzmiał, jakby nad strach powoli wychodziła u niego irytacja. To w tym przypadku chyba... dobrze.
- Nie wiem, Kangsoo! - krzyknąłem, uderzając otwartą dłonią w kierownicę. - Nie wiem, dlaczego za nami jadą. Przyszli do Starbucksa chyba z zamiarem zgarnięcia tego gościa, który stał przy ladzie. A my byliśmy za blisko.
- Co to znaczy? - Kangsoo mówił teraz spokojnie. Niesamowicie wręcz spokojnie.
- To znaczy, że w każdej chwili mógł nas wsypać - syknąłem. - Albo sami siebie tylko przez to, że tam siedzieliśmy. Wolałem zniknąć.
- A czy przypadkiem nie przyciągnęliśmy tym jeszcze większej uwagi? - mężczyzna wydawał się sceptycznie podchodzić do moich tłumaczeń.
- Uwierz mi, że i tak by nas zgarnęli.
- Teraz tylko daliśmy im potwierdzenie, że mieliśmy z tym coś wspólnego.
Pokręciłem powoli głową. Niestety nie tak to działało. Nie w tym przypadku, nie z policjantami i nie z narkotykami. Nie masz przy sobie towaru? Zaraz ci coś znajdą we własnej kieszeni w archiwum policyjnym. I już będziesz miał. Pal sześć mnie, bo prawda jest taka, że nawet jakbym sam sobie nie poradził z wykpieniem się od zarzutów, Joey by kogoś po mnie wysłał. Nie był swoim ojcem, który pozwolił mi wyjechać z rodzinnej miejscowości na drugi koniec kraju. O nie, Joey znał cenę dobrego podwładnego i umiał o niego walczyć. Tylko... co z Kangsoo? Nawet jakbym się za nim wstawił u ojca Rodziny, to on miałby u niego potem dług. A ponieważ jest, kim jest... Trafienie w ręce mafii nie byłoby najlepszym scenariuszem, jaki mógłby mu zgotować los. Wręcz odwrotnie.
Dlatego zamiast siedzenia na tyłkach i czekania na rozwój wydarzeń, wybrałem taktyczny odwrót. Jeden z policjantów i tak mnie rozpoznał, przyskrzyniliby mnie razem z dilerem, a Kangsoo przy okazji, bo czemu nie. A jakby przy tym gościu znaleźli narkotyki, skazaliby nas za współudział w przemycie.
Więc tak, wolałem teraz się bawić w niewielkie wyścigi po ulicach Seattle, niż dać się zgarnąć za coś, z czym nie miałem nic wspólnego. Jak już mnie mają zamykać, to za coś, co faktycznie zrobiłem, nie jakieś mocno naciągane zarzuty.
Nie uśmiechała mi się powtórka z rozrywki.
- Okej... - zaczął ostrożnie Kangsoo po chwili ciszy. - Czyli... Co teraz?
- Mamy nadzieję, że ich zgubimy - mruknąłem, biorąc ostro zakręt i przejeżdżając w ostatniej chwili przez skrzyżowanie, nim światło zmieniło się na czerwone. Jednak zmiana sygnalizacji świetlnej nie powstrzymała radiowozu. Śmignęli zaraz za nami, zajeżdżając drogę samochodom, które teraz dostały zielone światło. Gdyby policjanci nie jechali na sygnale, na pewno zostaliby momentalnie obtrąbieni. Zmarszczyłem brwi. Coś było z nimi nie tak... Taka desperacja nie pasowała do zwyczajnych glin.
Ale, z drugiej strony, zwyczajny przedstawiciel drogówki nie powinien mnie kojarzyć. A już na pewno nie z narkotykami...
Gdybym nie prowadził właśnie samochodu, schowałbym twarz w dłoniach albo uderzył głową o jakąś powierzchnię. Nie. To było w zasadzie niemożliwe. Przecież... Od przyjazdu do Seattle nie miałem nic wspólnego z dilerką. A nawet w Duck tylko przez pierwsze kilka lat... niedługo.
- Fuck - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- Co jest? - zaniepokoił się mój pasażer, odruchowo odwracając się w fotelu, by zobaczyć, czy chodzi o coś związanego z radiowozem. Ale nie. Nadal jechali za nami, mniej więcej w tej samej odległości.
Sięgnąłem do schowka po telefon. Zwykła "cegłówka" z wpisanymi zaledwie kilkoma numerami... w tym jednym, z którym mogłem połączyć się bezpośrednio z Joey'em. W razie kłopotów. Cóż, teraz chyba się w nich znalazłem. A Kangsoo zupełnym przypadkiem oberwał rykoszetem.
- Jo - rzuciłem po wykręceniu numeru z opcji szybkiego wybierania, gdy tylko ktoś po drugiej stronie podniósł słuchawkę. - Policja mnie goni.
Po drugiej stronie rozległo się ciężkie westchnienie. Potem odgłos kroków i zamykanych drzwi.
- I ty im jak ten kretyn uciekasz, tak? - zapytał Joey spokojnym tonem. Zabawne, że Kangsoo powiedział mniej więcej to samo, tylko w bardziej zrównoważony sposób.
- Skoro jeszcze ich nie zgubiłem, to znaczy, że i tak by mnie zgarnęli - syknąłem do słuchawki. - Czy mógłbyś mi jakoś pomóc? Jakaś wskazówka, cokolwiek?
- Co to za policjanci? - Joey wydawał się zmęczony. Jakby nie pierwszy raz ktoś do niego dzwoni z podobnym problemem. Dziwne...
- Nie wiem - spojrzałem szybko w lusterko wsteczne. - Jakaś dwójka rosłych facetów.
- Wyższych od ciebie?
- Zabawne - warknąłem. - Nie wiem, raczej nie.
- Trzeba było ich pobić.
Nie skomentowałem tego. Nie przy Kangsoo.
- Po prostu mi pomóż - powiedziałem, teraz już bardzo spokojnym tonem. - Nie chcę ich ściągać na głowę siostrze, bo będziesz miał dwa trupy na karku.
- Raczej dwie kupki popiołu - Joey westchnął ciężko. - Dobra, jedź na międzystanową. Nie będą za tobą jechać w nieskończoność.
- Gorzej, jak mnie dogonią.
- To powalisz ich urokiem osobistym. Czy coś - oczami wyobraźni widzałem, jak mężczyzna wzrusza ramionami. Zagotowało się we mnie ze wściekłości. - Naprawdę nie mogę ci inaczej pomóc, Liam - dodał po chwili, jakby wyczuwając przez słuchawkę bijącą ze mnie wściekłość. - Nie jesteś jedyny. Od kilku tygodni jakaś dwójka policjantów ściga moich dilerów. Nie wiem, co to za ludzie, ale ewidentnie nie są stąd. A dopóki nie dowiem się, kto jest ich przełożonym, nie mogę nic zrobić - przerwał na chwilę. - Tylko zastanawia mnie, dlaczego ciebie gonią. Przecież nie handlujesz.
- Znalazłem się w złym miejscu o złej porze - jak mieć pecha, to takiego, żeby się nie móc pozbierać, prawda?
Joey się rozłączył. A ja, wkurwiony, rzuciłem telefon na tylne siedzenie.
Po czym, skupiając całą uwagę na samochodzie za nami, włożyłem swoje umiejętności w jeden, potężny powiew wiatru.
Który przechylił radiowóz. Siły fizyki, na jakie składały się prędkość, grawitacja i pewnie kilka innych, zrobiły resztę.
Radiowóz wręcz zmiotło z drogi, by następnie, koziołkując, wpadł na jakieś pole. Tak, w międzyczasie wyjechaliśmy z miasta i zbliżaliśmy się do międzystanowej, tak jak polecił Jo. Ale teraz, gdy pozbyliśmy się problemu, nic nie stało na przeszkodzie, byśmy mogli spokojnie wrócić do domu.
Wtedy, po naszej stronie drogi, zobaczyłem jeden ze sklepów z lokalną, ekologiczną żywnością. Włączyłem kierunkowskaz, zjechałem na pas najbliższy prawej krawędzi jezdni i wjechałem na parking. Początkowo chciałem tylko na nim zawrócić, ale potem zobaczyłem ogromne arbuzy i dynie, stojące w koszach przed wejściem. Zatrzymałem więc samochód na parkingu i otworzyłem drzwi, by wysiąść.
- Chcesz coś? - zapytałem Kangsoo, jak gdyby nigdy nic. Jednak na uśmiech nie mogłem się w tym momencie zdobyć.

Kangsoo?

21.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

W odpowiedzi na pytanie przyjaciela, wzruszyłem nonszalancko ramionami. Nie miałem ułożonego żadnego planu, gdy wychodziłem z domu, ale po drodze tutaj minąłem Starbucksa. Zwykle nie chodziłem do kawiarni-sieciówek, bo moja siostra robiła zdecydowanie lepsze ciasta, niż można by gdziekolwiek kupić, a Mia była mistrzynią, jeśli chodzi o robienie kawy. Ale tym razem... Zobaczyłem przed wejściem reklamę jakiegoś nowego frappuccino. Tudzież nie nowego, a widzianego przeze mnie po raz pierwszy, aczkolwiek, jak wspomniałem wcześniej, nie jestem stałym bywalcem tego typu instytucji, mogłem po prostu nie być w temacie. W każdym razie - Strawberry Donut Frappuccino brzmiało jak dla mnie intrygująco. Prawdopodobnie też w chuj słodko, ale mimo wszystko być może smacznie. Ale czy na pewno, nie mogłem być pewny, dopóki nie spróbuję.
A przez wspominanie całych tych rozmyślań czy dywagacji, chciałem tylko dojść do tego, że choć początkowo nie miałem jakiś konkretnych planów, tak teraz w zasadzie... Zamiast szwendać się bez sensu po mieście, możemy udać się tam w jakimś celu. Mianowicie spróbowania tego napoju o wyjątkowo intrygującej nazwie... A potem możemy wstąpić do Any na ciasto. O ile nie zasłodzimy się Starbucksową, wymyślną kawą.
- Co powiesz na odwiedzenie Starbucksa? Zawsze mają duży wybór kaw mrożonych, widziałem, że jakąś nową reklamowali - zwróciłem się do Kangsoo, gdy zbliżaliśmy się już do samochodu. Zsunąłem, do tej pory spoczywające na głowie, okulary przeciwsłoneczne na nos, żeby nie oślepnąć za kierownicą, jednocześnie otwierając samochód przy pomocy pilota przy kluczyku.
- Starbucks? - przyjaciel zmarszczył brwi. - Pokłóciłeś się z siostrą? - zapytał, lekko wystraszony. No tak, faktycznie, miał prawo to podejrzewać, bo jeśli chodzi o kawiarnie, zawsze odwiedzałem tę należącą do mojej siostry. I zdecydowanie miał się czego obawiać. Tym bardziej, że miał okazję poznać już jej... płomienną naturę, jeśli chodzi o kłótnie. Szczególnie ze mną.
- Nie, nie masz się czego bać - zaśmiałem się. - Nie zamorduje mnie w najbliższym czasie. A przynajmniej nie wiem nic o tym, że by chciała - zatrzymałem się przy drzwiach od strony kierowcy, podczas gdy Kangsoo obchodził mojego trucka, by wsiąść z drugiej strony.
- To czemu Starbucks?
- Mają w ofercie tak dziwne kawy, że aż nie da się przejść obok nich obojętnie. A dzisiaj jest gorąco, więc czemu by się nie schłodzić którymś ich specjałem? - zaśmiałem się. Równocześnie wsiedliśmy do samochodu, żeby kontynuować rozmowę bez czekania, aż drugi dołączy do pierwszego w pojeździe. Włożyłem kluczyk do stacyjki i przekręciłem, uruchamiając silnik, sprawnie wyjechałem z parkingu i, dalej, nad drogę, włączając się do ruchu.
W czasie drogi rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Kangsoo chciał koniecznie wiedzieć, kiedy dotrze do mnie zamawiany kilka dni temu wąż. Uśmiechnąłem się lekko, gdy padło to pytanie. Miałem wrażenie, że Koreańczyk ekscytuje się moim nowym zwierzakiem bardziej ode mnie.
Zaparkowałem w pewnej odległości od kawiarni, żeby skorzystać z ładnej pogody i przejść się kawałek skwerem. Bo dlaczego nie? Przebywanie na łonie natury, albo chociaż takim jej skrawku, zawsze było przyjemniejsze niż nurzanie się w spalinach. A w każdym razie dla mnie; bo znałem ludzi, którzy lubili zgiełk dużych miast.
Po kilkunastominutowym spacerze dotarliśmy w końcu do celu. Weszliśmy do pachnącego kawą wnętrza kawiarni, z pewną ulgą przyjmując powiew chłodnego powietrza wytworzonego przez klimatyzację i wiatraki kręcące się pod sufitem. Trafiliśmy akurat w momencie, gdy nie było dużej kolejki. Ja wiedziałem, co zamawiam, w końcu przyszedłem tu w zasadzie w tym tylko celu, a Kangsoo, po chwili zastanowienia, postanowił wziąć to, co ja.
Zajęliśmy stolik tuż przy kasie, bo przez pewien czas konwersowaliśmy sobie z baristką, gdy ta przygotowywała nasze kawy. A gdy już otrzymaliśmy zamówione napoje...
- O kurwa - wyrwało mi się, gdy pociągnąłem pierwszy łyk napoju. Kangsoo również sceptycznie patrzył na napój po tej pierwszej konfrontacji z nim. Bo tak, jak podejrzewałem, to jedyne, co można było o nim powiedzieć, to to, że był słodki.
Znalezione obrazy dla zapytania: strawberry donut frappuccino- I tak dałam wam mniej syropu, niż jest w zaleceniach - zaśmiała się dziewczyna, która przygotowywała nam kawy, widząc nasze miny.
Ale nic to, po kilku łykach przestawało się już czuć tę chorobliwą słodkość i nawet zaczyna przez nią przebijać jakiś smak. Całkiem niczego sobie... jeśli zignorować tę słodycz.
W którymś momencie do kasy podszedł młody mężczyzna, podejrzewałem, że był w moim wieku lub nawet młodszy. Zachowywał się nieco nietypowo - gdy wszedł, rozejrzał się, trochę jakby w popłochu... Ale w końcu przywołał na twarz spokój, spojrzał jeszcze raz za ramię i w końcu przystąpił do tego, po co tu przyszedł.
Dziewczyna za kasą od razu go rozpoznała, choć raczej nie miała z jego osobą pozytywnych skojarzeń. W ułamku sekundy straciła całą beztroskę i dobry humor, który aż z niej tryskał podczas rozmowy z nami. I w sumie dość szybko okazało się, dlaczego.
Zobaczyłem, jak woreczek z białym proszkiem wyłania się z kieszeni mężczyzny, trafia na blat, a następnie zgrabnie jest po nim przesuwany (niewprawnemu oku pewnie by to umknęło), by zniknąć gdzieś pod ladą.
Choć bardzo bym chciał, mocno wątpiłem, żeby właśnie podawali sobie mleko w proszku...
Jednak nie zareagowałem w żaden sposób. Nie było sensu, tym bardziej, że to mógł być człowiek Joeya. Więc dalej jak gdyby nigdy nic, siorbałem słodką do pożygania kawę przez słomkę, słuchając Kangsoo, który właśnie zaczął o czymś opowiadać, a całą sytuację śledząc tylko kątem oka (bo w ślad za pierwszym woreczkiem poszło jeszcze kilka).
Jednak sytuacja uległa diametralnej zmianie, gdy do kawiarni wpadły gliny.
Naczy wpadły. To za dużo powiedziane. Dwóch rosłych policjantów, w mundurach, weszło spokojnie do środka, rozejrzało się, jakby czegoś, lub też kogoś, szukali... I najwidoczniej znaleźli przy kasie, bo ruszyli w tamtym kierunku. Gdzie dalej stał chłopak, który widocznie dostarczał narkotyki do Starbucksa, a które potem trafiały... dobre pytanie, gdzie. Chyba że w tym przypadku określenie "kawa uzależnia" nabiera nowego sensu...
I w sumie prawdopodobnie mimo tego incydentu wszystko byłoby cacy, tylko że... jeden z nich zahaczył również spojrzeniem o mnie, siedzącego tuż obok. Widziałem, jak jego brwi marszczą się w zastanowieniu, jakby myślał, dlaczego powinien mnie kojarzyć... i w końcu do tego doszedł. Szturchnął swojego kolegę łokciem, odwrócił się do niego, by coś mu szepnąć, a ja już wiedziałem, że musimy się stąd ewakuować. Im szybciej, tym lepiej.
- Spieprzamy stąd - syknąłem, wstając nagle, przerywając Kangsoo w połowie zdania. Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony, ale gdy zobaczył mój wyraz twarzy posłusznie wstał, pozbierał swoje rzeczy i ruszył szybkim krokiem za mną, przedzierającym się miedzy stolikami.


Kangsoo?
Jakby Cię tknęło serio to kupować tą kawę, to nie polecam. Reakcja Liama mniej więcej odwzorowuje moje wrażenia po jej spróbowaniu xD

15.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

Pomysł wypuszczenia Luny bez kagańca, luzem, gdy Kangsoo był u mnie, nie wydawało mi się zbyt mądrym pomysłem. Rozumiałem co prawda, dlaczego mężczyzna to zaproponował, ale nadal był to pomysł cokolwiek ryzykowny. A jeśli jej odbije i się na niego rzuci? Prawdopodobne nie będę miał wystarczająco dużo czasu, by zareagować.
Chociaż w sumie...
- Dobrze - westchnąłem, pocierając potylicę i odwracając się od przyjaciela. - Niech będzie bez kagańca. Ale będę ją trzymał na smyczy. I nie - podniosłem lekko głos, gdy zobaczyłem, że Kangsoo już otwiera usta, żeby zaprotestować. - To nie jest dla niej w żaden sposób krzywdzące i nie podlega dyskusji.
Poszedłem więc po Lunę, po drodze zahaczając o szafkę, w której trzymałem rzeczy dla moich zwierzaków, z której wyciągnąłem zakładane przez głowę szelki i smycz treningową, na tyle krótką, by móc zapanować bez problemu nad psem, a jednocześnie na tyle długą, by czworonóg czuł się swobodnie. Dość dawno już jej nie używałem, nie było takiej potrzeby, choć na codziennych spacerach także nie używałem rozciąganej. Prowadzenie dużego psa na nich było, moim zdaniem, dość nieodpowiedzialne ze strony właścicieli. Nie miało się wtedy nad psem większej kontroli i robił, co chciał.
Uzbrojony w szelki i smycz, a także torbę na przysmaki na biodro, poszedłem na górę, by wypuścić demonicę owczarka z mojej sypialni. Zapowiadała się gra na przetrwanie niezła zabawa.
Sprowadziłem Lunę na dół, cały czas trzymając ją przy nodze przy pomocy zaciśniętego w dłoni przysmaka, żeby już zacząć skupiać jej uwagę na sobie. Nie była tak ogarnięta jak pies mojej siostry, który wszystkie komendy łapał po zaledwie kilku powtórzeniach. Choć to mogła być też kwestia samej Any, którą zwierzęta zwyczajnie kochały. Nie wiem, co takiego w sobie miała, poza tym, że była sobą. Ale zwierzęta jej ufały.
W każdym razie, gdy zeszliśmy na dół, Kangsoo siedział na kanapie w salonie. Gdy nas zobaczył, chciał wstać, ale powstrzymałem go.
- Będzie jej lepiej, jak będziesz siedział - wytłumaczyłem szybko. -Na razie nie patrz w jej kierunku, po prostu... zajmij się czymś.
Luna patrzyła na mężczyznę z pewną rezerwą, jakby nie do końca mu ufała. Cóż, w końcu raptem wczoraj na nią spadł, co musiało jej się zdecydowanie źle kojarzyć... Co z tego, że nic jej się nie stała. Mogła to odebrać jako atak, a zważywszy na to, że ugryzła Kangsoo, to właśnie tak to widziała.
- Dobra, skarbie, lecimy z tym koksem - westchnąłem, sięgając do torby po drugi przysmak. Kazałem suczce usiąść, zanim wydałem ciastko, drugie rzucając na ziemię i luzując smycz. Zamiast od razu rzucić się po jedzenie, najpierw spojrzała na mnie, czekając na zgodę. To dobrze rokowało.
Zrobiłem z nią jeszcze kilka, nazwijmy to, ćwiczeń rozgrzewających, które miały na celu skupienie jej uwagi na mnie. Zanim przeszliśmy do większego kalibru zadań.
- Pozwolę jej teraz podejść do ciebie - zwróciłem się do Kangsoo. - Na razie jej nie dotykaj, nie patrz na nią, najlepiej nie zwracaj na nią uwagi. Powinna do ciebie podejść i zaraz wrócić do mnie, więc nie masz się czym stresować.
Ćwiczyłem to z nią już kiedyś. Tylko wtedy była też z nami Ana, więc czułem się jakoś pewniej. Że suczce nie odbije i nie rzuci się na Mię, z którą wtedy trenowaliśmy po tym, jak dziewczyny skończyły pracę w kawiarni. Teraz... jakoś miałem wątpliwości.
Ale, na całe szczęście, gdy dałem Lunie znak, by podeszła do mężczyzny, zrobiła to swobodny truchtem, ledwo niuchnęła w okolicy nóg mojego przyjaciela i od razu wróciła do mnie, patrzą z wyczekiwaniem, aż nie wydałem jej smaczka. Odetchnąłem z ulgą.
- Będziemy to powtarzać? - zapytał cicho Koreańczyk.
- Kilka razy - skinąłem głową, ponownie wysyłając psa do gościa. Tym razem pozostała przy nim nieco dłużej, zanim wróciła. Ale cały czas machała przy tym delikatnie ogonem, więc było dobrze. Jak na razie żadnych agresywnych zachowań. - Potem dodamy target dłoni. Wątpię, żebyśmy dzisiaj zaszli dalej, nie chcę się za bardzo spieszyć.
- Target... co?
- Ana mnie... w sumie nas tego nauczyła - wzruszyłem ramionami. - Przydaje się w różnych sytuacjach. Na przykład takie uspołecznianie - odesłałem Lunę po raz kolejny do mężczyzny. Znowu przystanęła przy nim na chwilę, patrząc na niego ostrożnie, ale jednocześnie miała cały czas podniesiony ogon. Zaraz znowu wróciła do mnie, a ja wydałem smaczka. - Generalnie chodzi o to, że pies dotyka twojej dłoni, albo innego wskaźnika, nosem.
- I... czekaj - Kangsoo zmrużył brwi, zastanawiając się nad czymś. - Co to daje, tak właściwie?
- W tym przypadku? Przyzwyczaja psa do dotyku. Innej osoby niż ja - rzuciłem kilka smakołyków na dywan i poluźniłem smycz, dodając komendę "szukaj", po której Luna natychmiast przywarła nosem do ziemi i zaczęła węszyć. Zróżnicowanie treningu przede wszystkim i tak dalej... - Pies sam decyduje, że chce dotknąć twojej ręki, poznaje twój zapach, no i zdobywa pozytywne doświadczenia związane właśnie z dotykiem. Bo po wykonaniu targetu dostanie przysmak.
Mężczyzna powoli skinął głową, nieco zamyślony. Widocznie trawił to, co właśnie usłyszał. Po chwili pokiwał energicznie głową i rzucił:
- Okej. Dobra. Zróbmy to.
Uśmiechnąłem się lekko. Gdy Luna skończyła wybierać smaczki z dywanu, znowu kazałem jej usiąść, wydałem przysmak. Tylko tym razem, zamiast odsyłać ją do Kangsoo, ustawiłem się tak, by mogła go widzieć. Po czym poleciłem:
- Wyciągnij rękę wnętrzem do przodu mniej więcej na wysokości jej nosa. Żeby mogła po prostu podejść, dotknąć jej nosem i wrócić do mnie.

Kangsoo?

13.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

Tocce... odbiło. To znaczy, pewnie nie zdawała sobie sprawy, że to, co wzięła do dzioba, uznając prawdopodobnie za zabawkę czy coś, co do takiego potrzymania się nadawało, może zrobić krzywdę jej albo... mi i Kangsoo.
A ja przez dobrą chwilę nie wierzyłem w to, co widzę. Widok papugi dzierżącej w dziobie nóż był tak irracjonalny, a zarazem wzbudzający grozę... Cholera.
- Czy już wszystkie moje zwierzęta powariowały? - jęknąłem, machnięciem ręki tworząc powietrzną barierę między nami a amazonką. Nie, żebym jej nie ufał... choć tak w sumie było. Nie wiem, dlaczego, ale jakoś potrafiłem sobie dość wyraźnie wyobrazić, jak podlatuje, by usiąść mi na ramieniu i przy okazji zahacza tym nieszczęsnym nożem o moją szyję lub inną część ciała...
- Co teraz zrobimy? - zapytał przejęty Kangsoo, patrząc z rosnącym niepokojem to na mnie, to na Tokkę.
- Emm - nie miałem pojęcia. Ale nie mogliśmy panikować, prawda? - Może zaraz jej się znudzi i go puści...?
Naprawdę w to wątpiłem. Sądząc po minie mojego przyjaciela, on również.
Byliśmy w kropce. Oddzieleni od mojej powalonej papugi zaledwie barierą powietrza, której przecież nie mogłem utrzymywać w nieskończoność. Dość długo, fakt. Mam nadzieję, że wystarczająco.
- Proponowałbym zostawić ją tam, może zaraz puści ten nóż - zaproponowałem ostrożnie, nie spuszczając wzroku z amazonki. - Mamy po swojej stronie kuchnię i wyjście, jesteśmy na wygranej pozycji.
- A jak sobie sama coś zrobi? - wyraził swoją obawę Kangsoo, a ja westchnąłem ciężko. No tak.
- Cholerne ptaszysko - syknąłem, opuszczając barierę. Pewnym krokiem ruszyłem w kierunku papugi, wyciągając rękę w jej stronę, z mocnym postanowieniem, że złapię ją raz, a dobrze... A tu chuj.
Gdy tylko zbliżyłem do niej dłoń, powzięła taktyczny odwrót, biegnąc - tak, kurwa, biegnąc z rozłożonymi na boki skrzydłami - po oparciu kanapy. W stronę Kangsoo. Zakląłem szpetnie, rzucając się za nią, ale gdy już myślałem, że ją złapię... odfrunęła. Zbliżając się niebezpiecznie szybko do mojego przyjaciela.
Oczami wyobraźni już widziałem, jak ten cholerny nóż wbija się w tętnicę szyjną Koreańczyka, gdy Tokka postanawia zrobić sobie z jego ramienia lądowisko. Na szczęście w ostatniej chwili zmieniła tor lotu, odbijając w kierunku swojej klatki. Wylądowała na niej całkiem zgrabnie, jak na fakt dźwigania przez nią w dziobie dodatkowego ciężaru i w końcu puściła ten cholerny nóż. wpadł dokładnie między pręty klatki, lądując w jej wnętrzu, a ja w kilku susach dopadłem do niej, by zamknąć drzwiczki i odgrodzić ptaka od niebezpiecznego narzędzia.
- Nigdy więcej - mruknąłem, opierając wyczerpany głowę o klatkę. - Nigdy więcej jej nie wypuszczę, jak na wierzchu będą tego typu niebezpieczne przedmioty. Ona jest nieobliczalna.
I akurat wtedy w mojej wspaniałej amazonce obudziła się dusz diwy operowej.
- Pierwsza panna z Vicovaro...
- Ja ją zamorduję - jęknąłem, totalnie załamany, pozbawiony jakichkolwiek nadziei, że tej wariatce kiedykolwiek się poprawi. Nie miałem już złudzeń.

Kangsoo? ;P

12.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

Widziałem, jak Kangsoo niemal przez cały dzień męczy się z włosami, które leciały mu do oczu. W schronisku nie zwracałem na to co prawda większej uwagi, bo i jak miałbym mu z tym problemem pomóc. Ale teraz...
Posiadanie siostry, która gumki do włosów zostawia niemal wszędzie, ma jednak swoje plusy.
Zostawiłem Kangsoo z Puszkiem, mając nadzieję, że waran nadal pozostanie tak łaskawy, jak do tej pory, a sam przeszedłem do kuchni, po drodze otwierając klatkę Tokki. Niech sobie polata, a co tam. Z jednej z szuflad wyciągnąłem kulkę z, pozbieranych przez lata z samochodu i mieszkania, gumek do włosów mojej siostry. Zdjąłem z niej jedną z nich, resztę z powrotem wrzuciłem do szuflady, po czym wróciłem do przyjaciela.
Zaszedłem go od tyłu, czy też od oparcia kanapy, na której siedział. Bez ostrzeżenia zgarnąłem jego włosy w kitkę na czubku głowy, przy czym Kangsoo podskoczył wystraszony, i przewiązałem je gumką. W międzyczasie Puszek postanowił zmienić miejsce posiedzenia i skorzystać, że Luny nie ma nigdzie w pobliżu, więc zszedł z kanapy i podreptał, stukając pazurami o podłogę, w kierunku legowiska suczki, na którym zaraz też się rozwalił i przymknął oczy, zadowolony.
- Co... co ty... - Kangsoo odwrócił głowę w moją stronę, patrząc na mnie zdziwiony. A ja tylko uśmiechnąłem się i mrugnąłem porozumiewawczo.
- Nie ma za co - zobaczywszy Tokkę siedzącą na brzegu klatki (pewnie dopiero teraz zobaczyła, że ma otwarte drzwiczki), wyminąłem kanapę i podszedłem do niej. Podsunąłem jej rękę, żeby na nią weszła, ale miała widać inne plany na życie, bo zamiast tego podleciała kawałek i wylądowała na moim ramieniu. Kochana piracia papuga.
Mniej więcej w tym momencie rozbrzmiał dźwięk dzwonka domofonu. Przyjechała zamówiona pizza.

Kangsoo?
Takie meh, wybacz :'c
Szablon
synestezja
panda graphics