Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elizabeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elizabeth. Pokaż wszystkie posty

19.11.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Zamrugałam powoli, patrząc na mężczyznę ze szczerym szokiem wypisanym na twarzy. No... Tak. Dobra teoria. Tyle, że nie.
Wilk mnie chronił. Nie zliczę momentów, kiedy tylko dzięki jego dzikiemu odruchowi, instynktowi przetrwania, zgodnie z którym działał, udawało mi się uniknąć śmierci. W różnych, wywołanych bardziej lub mniej z mojej winy, sytuacjach. Być może tylko dzięki niemu jeszcze żyłam. Tak, zdecydowanie mogłam na nim polegać. Nawet, jeśli powierzchownie mogłoby wydawać się inaczej.
- On mi nie zabrania czuć - uśmiechnęłam się lekko, teraz już niepewnie. Uciekłam wzrokiem od mężczyzny, odruchowo szukając wsparcia u moich psów. Wilk we mnie warknął z niezadowolenia. Okazywanie uległości nie leżało w jego naturze. W mojej z resztą też, jednak stojący przede mną Anzai... Nie potrafiłam patrzeć mu teraz zbyt długo w oczy. - Wręcz przeciwnie. Czasami przez niego czuję za dużo, za dużo widzę - zaśmiałam się cicho, cofając się o krok. Zaczęłam błądzić wzrokiem po pokoju, szukając sama nie wiem, czego...
Ubrania. No tak. Kurwa.
Zrobiłam szybki w tył zwrot, może i pokazując przed mężczyzną wdzięki nagich pośladków, ale wcześniej miał prawdę mówiąc jeszcze lepsze widoki. No cóż. Idiotka ze mnie. Jak mogłam zapomnieć, że stoję nago...
Ubrania zostały w łazience, czyli w miejscu, w którym wcześniej się przemieniłam. Pomieszczenie cuchnęło psem. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, dla mnie był to naturalny zapach. Może tylko trochę bardziej niż zwykle przepełniony bólem i strachem. Ale na pewno uderzył w nos Anzaia, gdy tu po mnie przyszedł. Cóż. Wątpiłam, żeby udało mu się szybko go pozbyć, będzie musiał go przeboleć. Albo brać kąpiele w innej łazience, jeśli takowa znajdowała się w domu.
Ledwo przekroczyłam próg łazienki, zatrzasnęłam za sobą drzwi, bo słyszałam już kroki idącego za mną Anzaia. Śmieszna sprawa w sumie. Cała ta sytuacja zaczęła się robić... Zdeczko surrealistyczna. Ubrałam się szybko, wzięłam kilka głębokich oddechów, nim ponownie wyszłam... I ponownie stanęłam twarzą w twarz z mężczyzną.
- Co Ty robisz? - zapytał. Eee, tak. Miał prawo być skonfundowany. Jeszcze przed chwilą koniecznie chciałam stąd wyjść, a teraz wracałam do jego łazienki i znowu...
Nie mogłam powstrzymać nerwowego śmiechu.
- Wychodzę - wydusiłam z siebie po chwili, nurkując pod jego ramieniem, zgrabnie mu się wywijając. Gwizdnęłam na psy, natychmiast pojawiły się w przejściu. Link nadal pokrywała krew. Trzeba ją będzie potem wykąpać. - Jeszcze raz przepraszam za kłopot.
Uznałam, że jeśli będę szła wystarczająco szybko, wykonywała wystarczająco pewne siebie ruchy, to uda mi się jakoś opuścić ten dom. Może zbiję go z pantałyki tą nagłą zmianą podejścia do sytuacji.
Cóż, chyba się udało.
Nie oglądając się za siebie, opuściłam rezydencję. Zapakowałam psy do samochodu i odjechałam. Także nie oglądając się za siebie.
Ale cóż... Nie. Moja przygoda z Anzaiem się nie zakończyła.


Kilka dni później...

Miałam zmysły o wiele bardziej wyczulone, niż przeciętny człowiek. Taka dola wilkołaka, żadna to tajemnica. Dlatego też dość ciężko było ukryć przede mną swoją obecność.
Nie wiem, czy Anzai tego nie wiedział, czy nie próbował nawet się kryć.
Wychyliłam się przez barierkę balkonu, spoglądając w dół, na ulicę pod budynkiem, w którym miałam mieszkanie. Wiedziałam, kogo szukam, jednak nie od razu udało mi się go dostrzec. Kot Aarona balansował na balustradzie, zdając się podążać spojrzeniem za moim. Obserwował. Szukał.
W sumie, to on dostrzegł go jako pierwszy. Ciemna postać pod jednym z drzew w parku naprzeciwko. Pokazał mi go, gdy nagle znieruchomiał, wpatrując się w jeden punkt. Gdy podłapałam znaleziony przez niego trop, miauknął cicho i zeskoczył z barierki. Po wylądowaniu na ziemi potruchtał do środka. Ach te koty... Kto wie, co im chodzi po głowie.
Zastanawiałam się, czy mężczyzna pójdzie sobie, jak teraz zniknę w mieszkaniu. Zastanawiałam się, czy do niego pójść. Jakbym go zawołała, raczej by nie usłyszał, za duży ruch był na ulicy. Założyłam luźny kosmyk włosów, który wypadł z kitki, w którą je związałam, za ucho.
Dobra, ryzyk fizyk.
- Anzai! - krzyknęłam, patrząc na tę ciemną sylwetkę pod drugiej stronie ulicy. Drgnął lekko. Oho, niezły słuch miał. - Co tam tak stoisz? Chodź!
Wątpiłam, żeby Aaron był zadowolony z tego, że właśnie zaprosiłam jakiegoś faceta do mieszkania. Ale jego nie było. Niedawno wyszedł do pracy, nie wróci w najbliższym czasie. A skoro Anzai postanowił nie odpuszczać mimo, że nie raz dawałam mu znaki, że dalsze spotykanie się raczej nie przyniesie nic dobrego żadnemu z nas, co tylko potwierdziły wydarzenia w jego domu... No cóż. Mogłam go chociaż zaprosić na kawę, żeby nie sterczał jak ten kołek pod moim mieszkaniem.


Anzai?
Sry, wena ucieka przez palce, więc jest tak sobie :/

28.10.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Stałam lekko wmurowana w objęciach mężczyzny, zaskoczona wszystkim, co się wydarzyło w przeciągu ostatnich kilku sekund... Oraz tym, że Anzai zdawał się nie zauważać, że po przemianie byłam naga, stałam więc tam teraz, jak mnie pan bóg stworzył i zastanawiałam, co powinnam zrobić. W gardle mojego wilka wzbierał warkot.
Nie teraz. Nie znowu tego samego dnia.
Byłam wdzięczna, że posłuchał i już po chwili ucichł zupełnie. Może uznał, że ten jeden raz nie chce mu się ratować mojego nędznego tyłka z opresji, a do akcji wkroczy dopiero, jak uzna, że jest już bardzo tragicznie. Jeszcze nie wiedziałam, czy się z tego powodu cieszyłam.
- Jest dobrze - wydusiłam w końcu z siebie, rzucając niepewne spojrzenie ponad ramieniem mężczyzny na moje psy. - Czuję się dobrze.
Po chwili puścił mnie w końcu, odsunął mnie od siebie na odległość ramienia, spojrzał w oczy... W jego oczach dostrzegłam doskonale widoczne zmartwienie. O mnie? O to, co się tu wydarzyło? Na pewno nie pierwszy raz się zdarzyło, że w jego obecności wilk przejął władzę nad człowiekiem i jakiś wilkołak przemienił się niekontrolowanie na jego oczach. Chyba, że jednak nie...
- Powinnam już iść - mruknęłam, cofając się spoza zasięgu mężczyzny, spuszczając wzrok na swoje buty. Kosmyk włosów poleciał mi na oczy, ale nie przejęłam się tym jakoś szczególnie. Założywszy ramiona piersi cmoknęłam na psy, które natychmiast znalazły się u mojego boku. Widziałam, że Link rzuca Anzaiowi krzywe spojrzenia. Miałam tylko nadzieję, że nie postanowi niczego teraz jeszcze odwalić. - Przepraszam, że przeze mnie... Wyszły te wszystkie kłopoty. Już nie będę cię nachodzić - uśmiechnęłam się smutno, chcąc wyminąć mężczyznę i ruszyć w kierunku wyjścia.

Anzai?

7.08.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Do wilka we mnie nie przemawiały słowa. Nie znał ludzkiej mowy, nie rozróżniał poszczególnych słów. Jedynie ton. Który może i był spokojny, ale nie wystarczył, by przekonać go do tego, że nie warto traktować stojącego przed nim mężczyznę jako zagrożenie. Jedynie powstrzymał chwilowo przed atakiem. Jednak na jak długo? Mój wilk nie należał do szczególnie... tolerancyjnych. A gdy jeszcze znajdował się w trudnej sytuacji, na obcym terytorium, bez drogi ucieczki, bo za plecami miał tylko ścianę, a wyjście przed nim zablokował jakiś osobnik, do którego osobiście nie żywił żadnych cieplejszych uczuć, w zasadzie go nie znał i w sumie jedyne, co o nim wiedział, to to, że cuchnie wampirem czy czymś łudząco do niego podobnym.
Żaden z tych faktów nie przemawiał za tym, by odpuścić i zdać się na jego łaskę. Poza tym, nie okazał uległości. To też się wilkowi nie spodobało, a że moje ludzkie "ja" było w tej chwili mocno przez niego stłumione, nie mogłam w zasadzie nic zrobić, żeby przekonać go do odpuszczenia. Innemu wilkołakowi nie odpuściłby i tak, ale istocie, która nie znała wilczych zasad, naszej mowy ciała... Czasami się udawało. Namówić go do okazania pobłażliwości głupszemu.
Nie tym razem.
Stał wyprostowany, z postawionymi uszami i uniesionym wysoko ogonem. Nastroszoną sierścią. Próbował łapać kontakt wzrokowy z przeciwnikiem, chcąc zmusić go do okazania uległości przez odwrócenie wzroku. Wtedy by zaatakował.
Nie wiem, czy świadomie, czy tylko dzięki jakiemuś cholernemu szczęściu Anzai nie dał się sprowokować. Patrzył na wilka, ale nie mu w oczy, bardziej skupiał spojrzenie w okolicy jego łopatki. Nie będę z tobą walczył. Jednak choć spojrzeniem dawał taki sygnał, uniesione w górę ręce mogły być odebrane różnorako. I mój wilk nie wziął ich za pokojowy gest.
W gardle wilka zaczął narastać głuchy warkot, błysnęły bielą kły spod uniesionych warg. Uszy opadły, położone płasko po sobie. Anzai przełknął ciężko ślinę. A ja tylko obserwowałam.
Chciałam walczyć. Spróbować coś zrobić, żeby nie dopuścić do tragedii. Wilki alfa są bardzo trudne do opanowania, szczególnie tak dominujące, jak mój. Nie, żebym nie wierzyła w możliwości Anzaia. Po prostu wiedziałam, że faceci miewają generalnie problemy z oddaniem kontroli. Władzy. Dominacji. A Anzai był do tego istotą nadnaturalną, którą bardziej od człowieka kierują instynkty, które nie są najłatwiejsze do przezwyciężenia.
I niby żaden problem, jednak, jeśli skonfrontujemy ze sobą dwie dominujące istoty, które w naturze są wrogami, walczą między sobą o przetrwanie, z czego jedna ewidentnie straciła kontrolę nad swoją ludzką częścią, która zwykle trzyma ją w ryzach... Mój wilk nie odpuszczał. Wolał zginąć, niż okazać komuś uległość. Nie byłam pewna, czy Anzai to zrozumie, czy będzie w stanie odpuścić, gdy wilk postanowi w bardzo dobitny sposób pokazać, kto jest górą. Kto nad kim ma przewagę i kto kogo powinien słuchać.
Posrana sytuacja. Tym bardziej, że mój wilk ewidentnie nie zamierzał dłużej pozostawać w pułapce.
Skoczył na mężczyznę, który blokował mu przejście. Kłapnął zębami na wysokości jego uda, jednak nie zamierzał łapać za nie. To był bardziej atak odstraszający, który miał na celu przekonanie przeciwnika do odsunięcia się, wycofania, dania wilkowi przestrzeni. O dziwo - udało się. Anzai postąpił krok do tyłu, nie wykonując przy tym żadnych dodatkowych ruchów, które wilk mógł potencjalnie uznać za atak na swoją osobę. Dał mu tym samym przestrzeń potrzebną do komfortowego opuszczenia łazienki, a potem udaniu się truchtem w kierunku, z którego dochodziło go ciche skamlenie członka jego stada. Drugi był nieprzytomny, nie okazywał żadnego znaku życia poza tym, że oddychał. Wilk ponownie położył uszy po sobie, zaryzykował spojrzenie za siebie. Czuł na pysku samicy zapach krwi tamtego. To on musiał jej to zrobić.
Zostaw, wiedziałam, że Link żyje. Domyślałam się, co Anzai musiał jej zrobić, a także że nie zrobił tego bez powodu. Link była w pewnych względach niereformowalna. Gdy czuła się zagrożona - atakowała. Nie należała do tych, które czekają, zastanawiają się, czy się im to opłaca czy nie. Po prostu działała. Zanim będzie za późno.
W pewien sposób dobre podejście do życia, nie będę tego ukrywać.
Wilk podszedł najpierw do Ghosta, a upewniwszy się, że wszystko u niego w porządku poza tym, że jest lekko spanikowany, ruszył truchtem do Link, która w jego opinii bardziej potrzebowała pomocy. Położył się przy niej, opierając głowę o jej bok. Pozbawiona przytomności była bezbronna, a przecież gdzieś tu wciąż kręcił się ten podejrzany osobnik. Wilk wiedział, że ma nie atakować, bo o to poprosiłam. Może nie do końca to rozumiał, ale wiedziałam, że nie zaatakuje, co do czego upewniłam się, gdy Anzai wszedł do salonu, gdzie znajdowało się moje małe stado. Mój wilk uniósł tylko lekko głowę, pokazując zęby i warcząc cicho, ostrzegawczo, ale gdy Anzai nie podszedł do niego bliżej, nie wykazał większego zainteresowania nim, odpuścił. Ponownie oparł głowę o Link i tylko śledził uważnym spojrzeniem mężczyznę, gotowy zareagować na każdy nieautoryzowany ruch z jego strony.
Nie wiedziałam, kiedy emocje opadną ze mnie na tyle, bym zdołała jakoś przejąć kontrolę nad wilkiem. Żebym wróciła do ludzkiej postaci. Podejrzewałam, że jak Link odzyska przytomność, choć może być tak, że i wtedy wilk nie będzie chciał oddać mi kontroli nad naszym ciałem. Że będzie wolał pozostać na posterunku, czujny, dopóki uważał, że może nam w jakikolwiek sposób grozić niebezpieczeństwo.
Miałam szczerą nadzieję, że Anzai to przeżyje.

Anzai?

4.07.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Dlaczego duża większość mężczyzn, których znałam, zawsze musiała zgrywać bohaterów? Ktoś zbytnio się do mnie zbliżył i już rzucali się na niego jak sfora wściekłych psów... Kiedyś to doceniałam, w końcu pomagali mi, choć wcale o to nie prosiłam, wyręczali mnie w spuszczaniu łomotu, stali za mną murem. Jednak teraz, po serii wydarzeń, które mnie spotkały i z perspektywy czasu, coraz bardziej było mi to nie w smak. No i mój wilk coraz częściej i coraz gwałtowniej na takie akcje reagował, co zdecydowanie nie polepszało sprawy. Niełatwo dominatorowi znosić takie traktowanie go.
Nie ruszyłam się jednak, gdy Anzai kazał mi zostać. Patrzyłam tylko za nim, jak wychodzi, w tle słysząc ciche warczenie Link. Wtedy jednak jeszcze nie zwróciłam na to jakiejś szczególnej uwagi... A może powinnam.
Ledwo mężczyzna opuścił pomieszczenie, poczułam obcy zapach. Zapach człowieka przeżywającego duże emocje... Odwróciłam się gwałtownie na stołku barowym, puszczając smycz Link, którą do tej pory asekuracyjnie trzymałam. Suczka, nie czekając na żaden inny sygnał z mojej strony, szczeknęła ostrzegawczo, zaraz z resztą dołączył się do niej Ghost. Wilk we mnie uniósł wargi, pokazując zęby, a z jego gardła wydobyło się warczenie. Poczułam je gdzieś w gardle, jak chciało wyrwać się na wolność. Nie pozwoliłam mu na to. Utrata kontroli w takiej sytuacji mogła się źle skończyć. Można było walczyć kierując się instynktami, ale nie w przypadku, gdy przeciwnik spodziewa się tego po tobie. Musiałam zachować świadomość, możliwość logicznego myślenia.. jeśli chciałam wyjść z tego cało.
Spojrzenia moje i rosłego faceta, który stał dosłownie naprzeciwko mnie z bronią palną wycelowaną w moją stronę, spotkały się. Czułam, jak wilk we mnie walczy o przejęcie kontroli, jak ciska się, bym pozwoliła mu zrobić z delikwentem porządek.
Ciągle prowadząc wewnętrzną potyczkę z drapieżnikiem, który coraz żywiej protestował, rwał się do walki, podczas gdy ja siedziałam... Śledziłam wzrokiem lufę pistoletu. Widziałam, jak drży. Mężczyzna, mimo, że kilkakrotnie większy, cięższy i na pewno silniejszy ode mnie, prawdopodobnie nigdy wcześniej nie trzymał broni w ręce. A jeśli trzymał, nie celował nią do ludzi. Do tego wcale nie był pewny tego, co zamierza zrobić.
Cóż, widać wybrali złą osobę do tego zadania... Jeśli w istocie chcieli mnie zabić.
Dalej trwałam w bezruchu, czekając na ruch ze strony przeciwnika. Nie uważałam walki za jedyne wyjście z sytuacji. Jeśli zrezygnuje, wycofa się - ja mu nic nie zrobię. Rozejdziemy się i, przynajmniej ja, udam, że nasze spotkanie nie miało miejsca. Tyle że Anzai...
Nie wracał. A broń w dłoni mężczyzny coraz mniej drżała. Dostrzegłam w jego oczach dokładny moment, w którym podjął decyzję. I nie była ona dla mnie przychylna. Dla niego z resztą też, ale nie mógł mieć jeszcze wtedy o tym pojęcia.
Pociągnął za spust. Zareagowałam błyskawicznie, ześlizgując się z dość wysokiego stołka barowego na podłogę, opadając na kolana. Zniknęłam mu na moment z pola widzenia, przesłonięta długim blatem. Kula trafiła natomiast półkę z alkoholami za mną, rozbijając butelki. Szkło posypało mi się na głowę, alkohol się rozlał, zalewając podłogę, tworząc niebezpieczną do poruszania się po niej ślizgawkę. Czułam, jak mikroskopijne odłamki kaleczą mi skórę, słyszałam skamlenie Ghosta i ujadanie Link. Rzucała mi co chwilę spanikowane spojrzenia, szukała we mnie oparcia... Jak zawsze z resztą. Tylko w tym momencie chyba nie byłam jej go w stanie dać.
Nie chciałam ryzykować przemiany w wilka. Mimo, że utrzymanie instynktów na wodzy sprawiało mi z każdą chwilą coraz większy problem. Miałam problemy z widzeniem, obraz zdawał się rozmazany. Czułam się oszołomiona, jakby bodźce z otoczenia docierały do mnie spod powierzchni wody... Jak w zwolnionym tempie widziałam zbliżające się ciężkie buciory przeciwnika, gdy ja próbowałam opanować zawroty głowy na tyle, by móc wstać. Bronić się. Zrobić cokolwiek.
Po prostu pozwól mi przejąć kontrolę. Obydwojgu nam będzie łatwiej.
Chciałam warknąć, że mógłby także z łaski swojej się uspokoić i przestać próbować mi się wyrwać. Wtedy mnie byłoby o wiele łatwiej zrobić coś w ludzkiej postaci.
Nie było jednak czasu na takie przepychanki z wilkiem. Tym bardziej, że widziałam, jak Link rzuca się na przeciwnika. Łapie go zębami za przedramię, to, w którym trzymał broń. Z jego gardła wydobył się mrożący krew w żyłach wrzask bólu. Nie na tym jednak skupiła się moja uwaga.
Tylko na spadającym na ziemię i odbijającym się od niej pistolecie. Do którego zaraz się rzuciłam, dostrzegając w tym swoją jedyną prawdopodobnie szansę...
Pochwyciłam broń i, przewracając się na plecy, leżąc tak u stóp mężczyzny, uniosłam i odbezpieczyłam broń. Celując od dołu w krocze mężczyzny.
Zamarł, z Link nadal memłającą jego rękę. Z jednej strony chciałam kazać jej przestać, bo smród krwi wyciekającej z szarpanej rany stawał się coraz bardziej nieznośny, dodatkowo pobudzając tkwiącego we mnie wilka. Z drugiej strony... Oddychałam zbyt szybko, miałam zbyt ściśnięte gardło, by wydobyło się z niego choć jedno słowo. Całą swoją uwagę i resztki opanowania, jakie jeszcze we mnie tkwiły, skupiłam na mężczyźnie. I na tym, by ręce trzymające pistolet mi nie drżały.
W ostateczności więc trzęsłam się niemal cała, w spazmach, starając się z całych sił powstrzymać przemianę. Tylko ręce zdawały się trwać bez ruchu, z palcem luźno spoczywającym na spuście. Ostrzegając, że najmniejszy ruch ze strony stojącego nade mną mężczyzny wystarczył, bym wypaliła. Kula przebiłaby go od dołu, albo przechodząc od dołu przez sporą część narządów wewnętrznych... Albo przynajmniej pozbawiłaby go męskości. Tak czy tak - lepiej dla niego było pozostawać w bezruchu.
I taka właśnie scena ukazała się Anzaiowi, gdy wszedł do pomieszczenia jakiś czas później. Z tą drobną różnicą, że już ostatkiem sił powstrzymywałam przemianę. Adrenalina, duszący zapach krwi wypełniający pomieszczenie... Zdecydowanie nie wpływały dobrze na utrzymywanie przeze mnie samokontroli.
Dlatego, gdy tylko mężczyzna krzyknął coś do napastnika, wycelował w niego z broni, którą nie wiem, skąd wytrzasnął... Opuściłam tą, którą trzymałam do tej pory ja. Zabezpieczyłam ją, popchnęłam po podłodze w kierunku Anzaia, po czym pozbierałam się z podłogi. Link przestała memłać rękę draba, spojrzała na mnie z zakrwawionym pyskiem. Odwróciłam od niej spojrzenie... I bez słowa wyszłam z pomieszczenia. Nawet nie spojrzałam na znajomego, po prostu wyszłam. Psy zostały. Miałam nadzieję, że po wszystkim nie zagryzą Anzaia.
Po kilku próbach znalazłam w końcu łazienkę. A gdy już znalazłam się w środku... Wilk ostatecznie przejął kontrolę.
Wydałam z siebie cichy jęk bólu, gdy przemiana rozpoczęła się gwałtowniej, niż zwykle, przez to, że powstrzymywałam ją tyle czasu. A potem...
Potem już nie pamiętam. Wilk zepchnął mnie całkowicie na drugi plan. Teraz więc, zamiast uległej, w miarę spokojnej dziewczyny, Anzai miał w swojej łazience wściekłego wilka. Alfę.
Którego naprawdę niełatwo zdominować, więc jeśli mężczyzna się nie dostosuje podczas spotkania z nim... Mogło się to różnie skończyć.

Anzai?

13.06.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

- Nie jestem bezbronną kaczuszką - burknęłam, upijając kolejny łyk trunku. Miałam wrażenie, że już mu to kiedyś mówiłam. Widziałam, jak Link rzuca mi zaniepokojone spojrzenie. Czuła się nieswojo. Jeśli mężczyzna wykonałby teraz jakiś nieautoryzowany ruch, mogłaby zaatakować. Widząc to, powinnam założyć suczce kaganiec... Nadal się jednak obawiałam, że Anzai faktycznie mógłby mi coś zrobić. Szczególnie po słowach, które wypowiedział na końcu...
Nie bez powodu to zignorowałam. Pomijając fakt, że wyskakiwanie z tym jak Filip z konopi było cokolwiek nietypowe. Czułam się po prostu niekomfortowo, słysząc takie słowa, szczególnie z ust mężczyzny, którego w zasadzie nie znałam. Przyzwyczaiłam się do tego, że faceci nie zwracali na mnie uwagi, a nawet jeśli któremuś się zdarzyło, Aaron albo Thommy szybko takiego delikwenta pacyfikowali. Teraz jednak... Nie wiedzieli o Anzaiu. Zaczynałam się zastanawiać, czy to lepiej, czy wręcz przeciwnie.
- Elizabeth... Jeśli stracę kontrolę, nie masz ze mną szans. Widziałaś z resztą - mężczyzna nie dawał za wygraną. Zastanawiałam się, jak bardzo musieli go zniszczyć w tym... Dziale badań, eksperymentów? Cokolwiek to było, dokąd zabrali go ludzie, którzy odciągnęli go ode mnie kilka dni temu. Co mu robili? Jakie bzdury wmawiali? Co sprawiło, że zachowywał się teraz przy mnie jak wrak człowieka...?
Mimo, że sama nie narzekałam na brak problemów w życiu, chciałam mu pomóc. Zrobić coś dla niego, co pomogłoby mu się wyrwać z tego stanu samonienawiści... Bo doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak parszywe to jest uczucie i nikomu nie życzyłam przeżywania niczego podobnego. A już na pewno nie mężczyźnie, któremu, mimo wszystko, sporo zawdzięczałam.
- Potrafię ugryźć - uśmiechnęłam się krzywo, zachowując całkowity sposób, choć wiedziałam, jak to mogło zabrzmieć. Nie miało to jednak znaczenia. Nie w tej chwili, w tej sytuacji. - Nie tak łatwo mnie zabić, a, uwierz mi, wielu już próbowało.
Patrzył na mnie bez wyrazu, chyba niezbyt zadowolony tym, że średnio się przejęłam tym, co mi powiedział. Ale... co miałam powiedzieć? Przywykłam do podobnych tekstów rzucanych w moją stronę. Fakt, on mógł mnie zabić, większość pozostałych adoratorów, jakich do tej pory spotykałam, raczej nie. Nie skutecznie. Bo próbować oczywiście mogli. Jednak zwykły chłopek roztropek nie był w stanie zrobić mi znaczącej krzywdy. Wilkołaka nie tak łatwo zabić.
- Nie boisz się mnie - nie byłam pewna, czy to było pytanie. Nie byłam pewna, czy mam na to coś odpowiadać. Ale zrobiłam to, rzuciwszy uprzednio ukradkowe spojrzenie na Link, która właśnie próbowała ugryźć siedzącego obok Ghosta w ucho. Warknęłam cicho i natychmiast przestała.
- Tego nie powiedziałam - uspokoiwszy psy, zwróciłam się do mężczyzny. Złapał ze mną kontakt wzrokowy, który wilk we mnie za wszelką cenę chciał utrzymać, pokazać, że nie z nim takie numery, jednak zmusiłam się do odwrócenia wzroku. Dla jego i swojego dobra, żeby go nie prowokować. Bądź co bądź byłam u niego w domu. Nikt z moich bliskich o tym nie wiedział. Nieroztropnie byłoby ryzykować irytowanie go w ten czy inny sposób. - Niemniej, chcę ci pomóc. Powiedz mi tylko, jak.

Anzai?

15.05.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Chyba jednak miałam w sobie coś z masochistki.
Gdy tydzień po walce z wampirami i tą całą akcja z utratą przez Anzaia kontroli, wkroczeniu do akcji jakiś jego ziomków czy kim byli dla niego ci zbrojni... Stanęłam jak gdyby nigdy nic pod domem mężczyzny. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że uzbrojona. W Link. Możecie mi wierzyć, lub nie, ale zwykle narwana suczka okazywała się wystarczająca do odstraszenia lub ewentualnego spacyfikowania przeciwnika. Nie byłam pewna, czy z... tym czymś... czym był Anzai, sobie poradzi. Jednak, nawet jeśli nie, z nią i Ghostem u boku czułam się jakoś pewniej.
Jeszcze pozostawało pytanie, po co w ogóle tu przylazłam. W zasadzie uciekając z mieszkania przed Aaronem, który zarządził mi areszt domowy po tym, jak, całą okrwawioną, przywiózł mnie pod klatkę obcy samochód z przyciemnianymi szybami, łudząco przypominający te, jakimi jeździli federalni w filmach. Codziennie od tamtej pory odwoził mnie na uczelnię i z niej odbierał, na próby zespołu w ogóle mnie nie puszczał... z resztą nie pozwalał mi wychodzić samej z żadnego powodu. Rozumiem, że się o mnie martwił, ale... jeszcze nie próbowałam się zabić, prawda? To nie moja wina, że jakieś posrane truposze postanowiły mnie zaatakować...
No właśnie. Przyjechałam, bo mimo wszystko czułam, że powinnam mu podziękować. Nawet, jeśli ostatecznie po rozprawieniu się z wampirami okazało się, że zagraża również mi i tak na dobrą sprawę mógł mnie wtedy zabić, gdyby mundurowi nie interweniowali... Ścisnęłam mocniej butelkę szampana, którą przyniosłam, Link spojrzała na mnie i machnęła ogonem, pocieszająco, nakłaniając, byśmy już ruszyli, bo ona nie może już ustać w miejscu chce biegać, węszyć... Ghost grzecznie siedział u mojego drugiego boku. Staruszka przytargałam tu ze sobą w zasadzie tylko dla towarzystwa, żeby nie został sam w mieszkaniu i z nudów nie zaczął wyżywać się na kocie Aarona. To Link była moim "zabezpieczeniem" przed ewentualnym atakiem, nadzieją na wyjście z tego domu w jednym kawałku... Dlatego tym razem, zamiast przed zadzwonieniem do drzwi założyć suczce kaganiec, zdjęłam go z jej pyska i przypięłam do jednej ze szlufek w moich jeansach. Dopiero wtedy zadzwoniłam domofonem.
W sumie... ciekawe, czy mi w ogóle otworzy.

Anzai?
Takie to liche, przepraszam, ale nie miałam pomysłu ;-;

28.04.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Wrażenie, że ktoś mnie śledzi, nie opuszczało mnie od przeszło tygodnia. To nieznośne uczucie, że ktoś obserwuje każdy twój ruch, jest obecny, choć nie możesz go zobaczyć, bo cały czas jest o krok przed tobą, wyprzedza twoje reakcje jakby z góry wiedząc, jak postąpisz. By móc obserwować, samemu nie będąc dostrzeżonym.
Byłam przez to poirytowana. Nie wiem czemu. Takie zboczenie. Ale naprawdę nie lubiłam takich sytuacji. Nawet jeśli tylko mi się wydawało i w rzeczywistości miałam jakieś urojenia, to to wrażenie bycia śledzoną naprawdę działało mi na nerwy. Z czasem do tego stopnia, że zaczęłam rozważać branie wszędzie ze sobą Link, żeby odstraszyła stalkera swoim zachowaniem czy coś... naczy wiem, że to mało prawdopodobne, żeby odpuścił przez psa, ale trzeba próbować każdej dostępnej opcji, prawda?
Jednak tego popołudnia sprawy nagle zmieniły swój obrót.
Wracałam z uczelni. Później niż zazwyczaj, bo zajęcia się przedłużyły, a ja musiałam jeszcze zostać po nich, żeby przekazać profesorowi dodatkowy projekt, który przygotowałam. Byłam głodna i rozdrażniona, a gdy tylko wyszłam z budynku uniwersytetu znowu wróciło to nieznośne wrażenie bycia obserwowaną. Jednak gdy tym razem podniosłam wzrok znad telefonu, na którym pisałam właśnie Aaronowi wiadomość, że zaraz będę w domu, dostrzegłam mojego "stalkera".
Mężczyzna, który zabrał mnie z klubu, gdy pokłóciłam się z Aleksjejem, a potem odwiózł do domu. Hybryda? Chyba tak określił swoją rasę. W każdym razie nie było mowy o pomyłce - w pewnej odległości ode mnie, przy zejściu w boczną uliczkę z rynku, stał Anzai.
Ruszyłam w jego kierunku, zastanawiając się nad emocjami, jakie poczułam. To znaczy... bo coś powinnam poczuć, prawda? Chociażby strach, bo jednak prawdopodobnie mnie śledził, ewentualnie wściekłość, z tego samego powodu. Ale nie czułam zupełnie nic, gdy zbliżałam się do mężczyzny. Gdy tylko znaleźliśmy się obok siebie, skręciłam w boczną uliczkę, dając znak głową, by za mną poszedł. Chciałam w spokoju wyjaśnić całą tę sytuację.
- Śledzisz mnie - to było stwierdzenie, nie pytanie. Dodatkowo powiedziałam to tak spokojnym i pozbawionym emocji tonem, że nie dało się tego odczytać jako wyrzut z mojej strony czy cokolwiek podobnego. Po prostu stwierdziłam fakt.
Mężczyzna mimo to wydawał się zmieszany.
- Grozi ci niebezpieczeństwo... - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Naprawdę myślisz, że jestem bezbronną kaczuszką? - spytałam, równie spokojnym jak wcześniej tonem. Byłam zmęczona, miałam szczerze dość tego dnia i jedyne, o czym marzyłam, to w końcu wrócić do domu, posiedzieć na balkonie z kotem Aarona albo wyjść na spacer po plaży z moimi psami. Potrzebowałam ciszy i spokoju, chociaż dzisiaj, teraz, chociaż na chwilę. - Potrafię o siebie zadbać, jeśli zajdzie taka potrzeba nawet ugryźć - uśmiechnęłam się krzywo, poprawiając ułożenie torby na ramieniu. Zaplotłam ręce na piersiach, spuściłam wzrok na czerwone trampki, które miałam na nogach. Żeby uciec przed spojrzeniem mężczyzny. - Nie musisz za mną wszędzie chodzić.
- Wampiry urządziły polowanie na wilkołaki - wypalił, a jego słowa sprawiły, że na chwilę z powrotem przeniosłam na niego swój wzrok. - W każdej chwili mogą zaatakować ciebie i możesz nie zdołać się obronić.
Zaczęłam kręcić lekko głową, jakby w lekkim niedowierzaniu, jednak dość szybko przestałam. No tak, wampiry... w sumie, sytuacja jak najbardziej prawdopodobna, tym oszołomom czasami brakowało piątej klepki. Nie żeby z niektórymi przedstawicielami mojego gatunku było lepiej, w obydwóch znajdowali się rządni krwi idioci i osoby myślące, które stroniły od konfliktów na tle rasowym. Niestety los był złośliwą suką i najczęściej za tych rządnych krwi oszołomów obrywali zwyczajni obywatele, którzy za nic mają powstałe wieki temu i już dawno nieaktualne podziały. Na przykład ja.
Westchnęłam ciężko, znowu uciekając spojrzeniem od mężczyzny, by przenieść je w miejsce, gdzie boczna uliczka, w której się znajdowaliśmy, przechodzi w główną odnogę rynku. Zagapiłam się po prostu w tamto miejsce, niby patrząc, a jednak nie widząc.
- Słuchaj, nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mało kto wie, że jestem wilkołakiem - z roztargnieniem kopnęłam jakiś kamień, który pod wpływem nadanego mu pędu, podskakując, przeleciał kawałek uliczką, by swą podróż zakończyć w studzience kanalizacyjnej. Patrzyłam chwilę za nim, gdy już zniknął. - Mieszkam w domu z dwoma psami, nic dziwnego, że pachnę nimi - wzruszyłam ramionami. - Naprawdę wątpię, by jakikolwiek krwiopijca zwrócił na mnie uwagę...
No tak. Mówiłam już, że kto jak kto, ale ja to mam szczęście?
Akurat, gdy kończyłam to zdanie, w moje nozdrza uderzył charakterystyczny swąd żywego trupa. Otworzyłam szeroko oczy z przerażenia i spojrzałam w górę...
...gdzie na dachu budynku, pod którym stałam, przykucnięty siedział wampir. Czarny kaptur zasłaniał mu twarz, jednak w słońcu błysnęły kły, które wyszczerzył. Okropny widok.
Jak w zwolnionym tempie patrzyłam, jak krwiopijca zeskakuje z dachu. Prosto na mnie.

Anzai?

13.04.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Patrzyłam na mężczyznę z niedowierzaniem. Cholera, za dużo informacji jak na jeden raz. Zagryzłam wargę, rozglądając się dookoła, szukając jakiegoś wyjścia z tej sytuacji... dla mnie dość niezręcznej z resztą.
Pomyślałam, czy może nie zadzwonić jednak do Aarona. Mógł po mnie przyjechać, nie zawracałabym już wtedy głowy Anzaiowi, który ewidentnie źle reagował na... mnie. I nie chodziło tu nawet o to, że dla niego to było niefajne, tylko bardziej myślałam w tamtym momencie o tym, że w zasadzie to ja znajdowałam się teraz w niebezpieczeństwie. Dziwny moment sobie wybrał mój instynkt samozachowawczy, żeby przypomnieć o swoim istnieniu.
Wilk we mnie najeżył sierść, a w moim gardle narastał głuchy warkot. Zdołałam jednak stłumić moje wewnętrzne instynkty i nie zrobić z siebie idiotki na oczach... no właśnie.
Spojrzałam w bok. Nie widziałam, by ktoś zainteresował się naszym nagłym postojem. Samochody mijały nas i nawet nie fatygowały się, by zwolnić i zapytać, czy nic się nie stało.
Kochałam tą ludzką empatię.
- Słuchaj... - zaczęłam cicho. Ukucnęłam przy mężczyźnie. - Jeśli dalsza podróż ze mną miałaby być dla ciebie problemem, mogę zadzwonić do przyjaciela. Na pewno przyjedzie, a ty będziesz mógł na spokojnie wrócić do domu...
- Nie, jest w porządku - mruknął, próbując wstać. Zachwiał się jednak przy tym, a ja, próbując go przytrzymać, omal nie poleciałam za nim. Na szczęście udało mi się w końcu jakoś utrzymać równowagę, dzięki czemu żadne z nas nie zaliczyło bliskiego spotkania z ziemią.
Spojrzałam na Anzaia krytycznie. Na moje oko jego stan nie nadawał się do tego, żeby zaraz wsiadał za kierownicę i szczerze wątpiłam, by miało to ulec zmianie w ciągu najbliższych kilkunastu minut. Choć, z drugiej strony, nie miałam bladego pojęcia, jak ten jego lek działa. W ogóle pierwszy raz słyszałam o podobnej jemu hybrydzie, nie miałam więc pojęcia, czego mogę się po nim spodziewać. Gdyby lekarstwo jednak nie zadziałało czy coś...
Powoli zaczynałam żałować, że dzień rozpoczęłam od obalenia połowy butelki whisky. Przede wszystkim myślałabym teraz składniej, ale przy okazji mogłabym wsiąść za kierownicę. Odwieźć Anzaia do domu, po czym jednak zadzwonić do Aarona, żeby mnie odebrał. Miałam jednak obawy, czy będę w stanie jechać prosto...
Westchnęłam ciężko, prostując się i sięgając do tylnej kieszeni spodni po telefon, który tam wcześniej włożyłam. Sprawdziłam godzinę. Dochodziło południe, a moje psy nadal nie były na spacerze. Cholera... Jeszcze chwila i Link rozniesie mieszkanie, a Aaron mnie za to zabije.
No właśnie. W sumie... to dziwne, że jeszcze ani razu nie zadzwonił.
Nie miałam jednak okazji zastanowić się nad tym głębiej, bo mniej więcej w tym momencie Anzai również wstał. Przeczesał włosy palcami i rzucił, ruszając do samochodu:
- Już mi lepiej. Możemy jechać.
Po raz pierwszy mój instynkt samozachowawczy pamiętał o tym, że powinien w podobnej sytuacji zadziałać. Naprawdę nie byłam przekonana, czy wsiadanie do samochodu z osobą, która dopiero co zdawała się zupełnie roztrzęsiona i niezdolna do prowadzenia pojazdów, jest dobrym pomysłem...
Mimo to wsiadłam do samochodu.

Anzai?

11.04.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

- Od razu nałóg - mruknęłam niewyraźnie, przenosząc wzrok z mężczyzny na tosta, którego właśnie obskubywałam z przypieczonego sera. - To tylko tak... dla towarzystwa.
- Również dla towarzystwa postanowiłaś od rana uraczyć się alkoholem? - zapytał nieznajomy, uśmiechając się krzywo. Ewidentnie mi nie wierzył, z resztą nie mogłam mieć o to do niego pretensji. Mało która osoba, która raczyła się różnymi, wątpliwego pochodzenia substancjami z taką częstotliwością i w takich ilościach, w jakich robiłam to ja, nie była uzależniona. Można powiedzieć, że byłam fenomenem... Ale tak, on nie mógł o tym wiedzieć. Mimo to za ten jego komentarz posłałam mu mordercze spojrzenie.
- To było w ramach stworzenia realnej szansy na przeżycie tego dnia - syknęłam.
- To już chyba uzależnienie - zauważył, nieco rozbawiony, ale szybko spoważniał, widząc moją minę. Która doskonale odzwierciedlała w tym momencie moją żądzę mordu.
- Cofnijmy się do początku tego poranka i spójrzmy na niego z mojej perspektywy - zaczęłam, niepokojąco spokojnie, odkładając tosta na talerz, choć skręcało mnie z głodu. Ale to mogło poczekać. - Obudziłam się w zupełnie obcym miejscu, w jakimś domu nienależącym ani do mnie, ani do nikogo, kogo znam. Sądząc po wystroju, w domu należącym do faceta. Przepraszam, ale prawda jest taka, że większości z was jedno w głowie, szczególnie, jak pofatygujecie się, żeby zabrać naćpaną dziewczynę do siebie - zastukałam palcami lewej dłoni w blat stołu. Odruch. Próbowałam jakoś pozbyć się napięcia. Cholera, w sumie to po co ja w ogóle z tym gościem rozmawiałam? - No więc mniej więcej wtedy stwierdziłam, że na trzeźwo nie przeżyję konfrontacji z osobą, która zabrała mnie z klubu i prawdopodobnie wykorzystała bez mojej świadomej zgody. Potem zobaczyłam twoją... kolekcję alkoholi. I uznałam, że się poczęstuję - ostatnie zdanie wysyczałam, wściekła. Czy też raczej mój wilk widać postanowił ingerować, bo aż się wzdrygnęłam, zaskoczona tak gwałtowną reakcją. Przecież, nawet gdyby ten facet postanowił wykorzystać sytuację, to ja mu to umożliwiłam. Jakbym się wczoraj nie naćpała, nie obudziłabym się dzisiaj w tak... niekomfortowej dla mnie sytuacji. Nie powinnam się więc teraz na gościa wściekać, jednak...
Mój wilk miewał odmienne zdanie ode mnie. I jako dominator szanował swoją, a zatem i moją, godność, więc czasami w takich sytuacjach, szczególnie, gdy nie byłam w pełni władz umysłowych przez różnorakie używki, przejmował częściowo kontrolę. Nie tyle nad słowami, które wypowiadałam, co nad emocjami, które im towarzyszyły.
No więc skończyło się na tym, że warknęłam na mężczyznę. Nie było to na szczęście typowo zwierzęce warknięcie, jedynie dość mocno agresywny sposób wypowiadania słów, jednak... Nie powinnam była.
- Przepraszam - mruknęłam niemal natychmiast, schodząc z tonu. Podniosłam z powrotem tosta z talerza i wzięłam wielkiego gryza, byleby nie musieć już rozmawiać z mężczyzną. Żeby się bardziej nie zbłaźnić. - Powinnam ci dziękować za pomoc, a nie jeszcze mieć do ciebie problemy... - ostatnie zdanie wypowiedziałam tak niewyraźnie, że równie dobrze mógł tego nie usłyszeć. Trudno. To były i tak bardziej moje przemyślenia. Jeszcze tego mi brakowało, żeby uznał, że jestem mu coś winna za to, że wczoraj się powstrzymał i zamiast od razu przejść do rzeczy, zapewnił mi nocleg, a teraz jeszcze śniadanie...
Nagle coś mi się jednak przypomniało. Przełknęłam szybko, co omal nie doprowadziło do zachłyśnięcia, jednak ostatecznie zdołałam wykrztusić:
- Em... Tak w zasadzie, to gdzie jest moja komórka? Chciałabym zadzwonić do przyjaciela, żeby po mnie przyjechał.

Anzai?

9.04.2020

Od Elizabeth CD Jaerima

Było już późno, ale jakoś nadal nie mogłam zmusić się do zaśnięcia. Cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy, że jestem w zupełnie obcym miejscu, w dodatku z jakimś zmiennokształtnym z ulicy. Którego całkiem możliwe, że wydałam temu dzieciakowi, mimo że ewidentnie uznał mnie za wariatkę i nie uwierzył w ani jedno moje słowo. Choć prawdopodobnie powinien.
Myślałam też o Aaronie, który na pewno teraz umierał z nerwów. Albo i nie. Być może był teraz zajęty swoją dziewczyną i zwyczajnie stwierdził, że próba, po której wszyscy poszliśmy do baru, się przedłużyła i zdecydowałam się nocować u Tommy'ego. Nic niezwykłego, można rzec. A że nie odbieram telefonu o ile w ogóle dzwonił? Pewnie upiłam się do nieprzytomności, a telefon gdzieś rzuciłam i zbytnio się nim nie przejmowałam. Także nic niezwykłego.
Przez chwilę przez głowę przeszła mi myśl, że jestem dla moich przyjaciół tylko utrapieniem, nie zrobiłam dla nich nic, a oni ciągle robią dla mnie tyle, że cokolwiek bym nie zrobiła, nigdy nie zdołam im się odwdzięczyć. Dlaczego? Co takiego we mnie widzieli? Jestem nieudacznikiem, który nie jest w stanie nic w życiu osiągnąć...
Zanim pesymistyczne myśli zdążyły przejąć nade mną kontrolę, usłyszałam kroki na korytarzu. Nadstawiłam uszu, starając się dosłyszeć coś jeszcze... Kroki drugiej osoby. A zaraz potem niepewny głos, wołający "Sun?".
Jeśli za dzieciakiem nie szedł jego lokaj, to...
Wyjrzałam z sypialni, do której zaprowadził mnie Sun. Starałam się zachowywać tak cicho, jak tylko się dało, nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, co było szczególnie istotne, jeśli moje przypuszczenia były słuszne. Uchyliłam jedynie drzwi, przez wąską szparę wyjrzałam na zewnątrz, by się upewnić...
Nie lubiłam mieć racji w takich sytuacjach.
Powstrzymując cisnące się na usta przekleństwo, cofnęłam się do pokoju. Jeśli by to kogoś interesowało, przemiana w wilka pod wpływem różnych środków odurzających jest zwykle łatwiejsza. Przynajmniej w moim przypadku. Jakby mój wilk miał mocniejszą głowę ode mnie...
W rekordowo szybkim tempie przemieniłam się i rzuciłam się w kierunku drzwi, które otworzyłam wpychając łapę w szparę, jaką specjalnie zostawiłam, i otwierając uchylone drzwi na oścież. Nie było już sensu zachowywać ciszy, dźwięk pazurów drapiących posadzkę jest charakterystyczny, dość głośny i, niestety, trudny do zakamuflowania. Szczególnie, że do tej pory nie zdołałam do końca opanować sztuki poruszania się po kafelkach czy parkiecie bez choćby minimalnego poślizgu.
Podejrzewam, że do chłopaka dotarłam w ostatni momencie. Gdyby nie to, skończyłby pewnie z rozszarpanym gardłem, widziałam bowiem, zbliżając się do niego i zmiennokształtnego, jak ten drugi płynnie przechodzi z postaci ludzkiej w jakiegoś dużego kota. W półmroku nie byłam w stanie stwierdzić, jakiego, a że zmiennokształtni w każdej postaci pachną tak samo, nos również na niewiele się zdał w tym przypadku.
Widziałam za to, jak mężczyzna, teraz wielki kot, napręża mięśnie do skoku.
Byłam szybsza. W kilku susach pokonałam dzielącą nas odległość i z głośnym warknięciem, żeby zwrócić uwagę Jaerima, skoczyłam intruzowi do gardła. Przetoczyliśmy się po posadzce, zdążyłam jakimś cudem uniknąć przy okazji przygniecenia przez ciężkie, ze dwa razy ode mnie większe cielsko. Przejechałam kawałek po posadzce, wyhamowując tuż pod nogami chłopaka. Najeżyłam sierść i warknęłam ostrzegawczo, nie spuszczając wzroku z, chyba, tygrysa, przesuwając się tak, by zasłonić chłopaka.
Miałam nadzieję, że ten jego lokaj, czy kto to tam był, przyjdzie, zanim zmiennokształtny namyśli się, by zaatakować. I że potrafi się posługiwać bronią, albo przynajmniej ma parę w rękach. Bo sama w moim dość niepewnej trzeźwości stanie mogłam sobie nie poradzić bez oddawania całkowitej kontroli wilkowi, który już teraz zażarcie walczył, by jego instynkty przejęły władzę na moim rozumem. A to przejęcie kontroli przez mojego wilka mogło się bardzo, bardzo źle skończyć, nie tylko dla zmiennokształtnego, ale i dla pozostałej dwójki, której w zasadzie nie znałam, a więc wilk mógł uznać ich za zagrożenie.

Jae?

27.02.2020

Od Elizabeth CD Jaerima

- Powinieneś to odkazić - mruknęłam, odwracając wzrok, który może faktycznie zbyt długo w niego wbijałam. - Nawet jeśli uważasz, że to prawdziwy kot, i na pewno nie mógł cię przez to zarazić HIV - zmiennokształtny syknął na mnie, oburzony, więc wzruszyłam ramionami. - Chyba poczuł się dotknięty, że to w ogóle zasugerowałam, więc pewnie jest czysty... pod tym względem. Bo normalnie sugerowałabym ci od razu terapię antyretrowirusową, miałbyś szansę wyjść z tego bez uszczerbku na zdrowiu, jeśli zgłosiłbyś się na leczenie w przeciągu dwóch dni od kontaktu z wirusem.
Chłopak patrzył na mnie, mrugając powoli, ewidentnie zastanawiając się, co ja plotę. Jeeezu, serio? To była wiedza, którą każdy powinien posiadać. O ile nie chciał stać się wesołym nosicielem wirusa HIV, a w późniejszym czasie, być może, jeszcze weselszym chorym na AIDS.
- Jesteś nienormalna - zawyrokował nagle, odgradzając ode mnie zmiennokształtnego własnym ciałem. Co skurczybykowi widać odpowiadało, bo rozłożył się na podłokietniku kanapy, niczym pan na włościach. Poczułam, jak wilk we mnie szczerzy kły, ale uciszyłam go, nim pozwolił sobie na zbyt wiele. Na przykład przejęcie kontroli nad podpitym umysłem. Chociaż... on też był w takim układzie podpity, aczkolwiek w nim alkohol budził agresję, we mnie otępienie. Idealne połączenie do niekontrolowanych przemian.
Niefajnie by było, gdybym zamieniła się w wilka na oczach tego dzieciaka.
- Jestem tylko pijana - sprostowałam. - I nie na tyle, żeby nie myśleć w dość trzymający się kupy sposób.
- Jesteś nienormalna.
Westchnęłam, odwracając się od chłopaka. No tak. Może byłam. Ale on chyba miał podobnie nierówno pod sufitem. Przygarniać zmiennokształtnego, mimo wyraźnej sugestii, by tego nie robić... trzeba mieć zaburzony instynkt samozachowawczy. Z resztą od razu widać, że coś z tym kotem jest nie tak, bo zachowuje się zbyt... ludzko.
- Jak postanowi zaszlachtować cię we śnie, to żeby nie było, że nie ostrzegałam - mruknęłam.

Jae?

23.02.2020

Od Elizabeth CD Etienne

Zwykle lubiłam wpadać po zajęciach na uczelni do jednej z kawiarni w centrum, żeby trochę odsapnąć, wypić dobrą kawę i pouczyć się, bez Aarona skaczącego dookoła mnie. Albo w sąsiednim pokoju z dziewczyną. Ostatnio obydwie sytuacje zdarzały się równie często. A ponieważ nie potrafiłam się skupić w takich warunkach - wybierałam kawiarnie. Dodatkowo ich atmosfera dobrze na mnie działała, lepiej mi się w nich myślało. Może to kwestia ciągle zmieniającego się otoczenia... W każdym razie - tak było zazwyczaj.
Bo gdy dzisiaj weszłam do pierwszej kawiarni, jaką napotkałam, zamiast przyjemnego szmeru cichych rozmów przywitała mnie kakofonia. Skrzywiłam się odruchowo i już chciałam odwrócić się na pięcie, by wyjść, jednak powstrzymało mnie szybkie spojrzenie na zegarek. Były godziny szczytu, wszyscy z okolicznych uczelni i budynków korporacji poschodzili się tu po pracy. Za pół godziny ruch powinien się rozładować, a ja naprawdę nie miałam ochoty wracać do mieszkania. Psy poradzą sobie jeszcze przez kilka godzin same, podczas gdy ja, zamknięta w czterech ścianach, mogłam nie dać rady.
Westchnęłam ciężko i ostatecznie przekroczyłam próg przepełnionej kawiarni.
Zamówiłam karmelowe frappuccino, w ostatniej chwili decydując się również na gofra belgijskiego. Poczekałam na zamówienie przy kontuarze, bo w panującym tu rozgardiaszu nie usłyszałabym, jak by je wywoływali. A gdy już je odebrałam... pozostała kwestia wolnego miejsca. Czy też raczej jego braku.
Chociaż, nie, po chwili spędzonej na lustrowaniu otoczenia dostrzegłam jedno wolne miejsce. Przy stoliku, przy którym siedział jakiś... dość ekscentrycznie się prowadzący mężczyzna. Miał prawie białe włosy. Podobały mi się.
Mimo to, nie miałam ochoty zagadywać. Niemniej lepsze to, niż sterczeć tam, gdzie stałam, z plastikowym kubkiem i talerzykiem w rękach... Jeszcze raz zlustrowałam otoczenie wzrokiem, a gdy wyszło na to, że zdecydowanie nie ma już żadnego innego miejsca, rozpoczęłam horendalnie trudną wędrówkę między stolikami i ludźmi. Zatrzymałam się przy upatrzonym miejscu.
- Wolne? - zapytałam. Nic. Mężczyzna nadal wpatrywał się w ekran laptopa, na którym coś zawzięcie wpisywał. Dopiero po chwili zobaczyłam, że ma bezprzewodowe słuchawki w uszach. Przewróciłam oczami. No tak. Nie słyszał.
Cóż, w sumie to jego problem. Najwyżej każe mi sobie pójść. Znosiłam już gorsze upokorzenia.
Gdy już usiadłam na miejscu obok nieznajomego, wyciągnęłam z torby wielki zeszyt z notatkami z anatomii, oraz drugi, mniejszy, szkicownik wraz z węglem. Upiłam łyk kawy, patrząc na to wszystko, w końcu otworzyłam brulion na notatkach z ostatniego wykładu. Na kartce w kratkę pysznił się wielki rysunek przekroju serca, wraz ze wszystkimi zastawkami i odchodzącymi od niego naczyniami krwionośnymi, który powstał w przerwie między zajęciami. Chwilę wbijałam w rysunek wzrok bez wyrazu, nim przewróciłam stronę i zaczęłam czytać notatki. Raczej dla zasady, niż żeby czegoś się nauczyć. Potrzebowałam czymś zająć myśli.
Już po chwili czytania, moja ręka odruchowo sięgnęła po węgiel, którego końcówka zaraz spoczęła na pustej kartce szkicownika. Chwilę trwała w ten sposób, jakby czekała na coś, jakiś rozkaz z góry, nim w końcu ruszyła, kreśląc linie proste, zawijasy, tworząc szkic, który z każdą chwilą zaczynał nabierać wyrazu. Linie szczęki, żuchwa, białe włosy...
- Co sądzisz o tańcu? - usłyszałam nagle pytanie. Było na tyle niespodziewane i wyrwane z kątekstu, że zamiast po prostu odpowiedzieć, podniosłam powoli wzrok z nad kartki, na siedzącego koło mnie mężczyznę. W sumie, obraz przed oczami za bardzo mi się nie zmienił. Sama nie wiem, czemu zaczęłam go rysować. To chyba ta jego... ekspresja. To, jak wyglądał, jak, mimo że siedział, sprawiał wrażenie, że znajduje się nad wszystkimi...
Złapał ze mną kontakt wzrokowy. A ja przez dłuższą chwilę po prostu patrzyłam w jego dwukolorowe tęczówki, mrugając powoli, przetwarzając jego pytanie. W końcu powtórzyłam:
- Co sądzę o tańcu?
- Tak, dokładnie - odpowiedział. Jego spojrzenie nieco się zmieniło, jakby pojawiło się w nich lekkie znudzenie... Niepotrzebnie tak się dziwiłam. W sumie to... hm... normalne pytanie. - Jestem ciekawy, jakie masz zdanie na jego temat.
Czułam się przytłoczona jego świdrującym spojrzeniem. Odwróciłam wzrok, wbijając go w kartkę, na której widniał już prawie skończony profil mężczyzny. Dwukolorowe oczy... wcześniej tego u niego nie dostrzegłam. Ale i tak nie koloruję moich szkicy, więc nie będę w stanie dobrze ich oddać. Niektóre rzeczy po prostu potrzebują kolorów.
- Taniec... - zaczęłam, sięgając po swoją kawę, która zdążyła się już w znacznej mierze rozpuścić. Wzięłam słomkę do ust, pociągnęłam łyk napoju... Chłodna ciecz spłynęła w dół mojego gardła, a nieprzyzwoicie wręcz słodki karmel dodany do napoju pozostawił po sobie słodycz. Oparłam głowę na dłoni, spoglądając kątem oka na mężczyznę. - Myślę, że to zależy, jak się na to spojrzy. Dla jednych jest to zwyczajna strata czasu, dla innych coś, co lubią robić w wolnym czasie... Dla kogoś taniec będzie tym, co pozwoli mu się zdefiniować, będzie dla niego sensem życia, sposobem pokazywania uczuć, radzenia sobie z nimi.
- Tak, to wszystko prawda - skinął głową z miną znawcy. Którym być może był. Nie znałam go przecież. Nawet nie wiedziałam, jak się nazywa. Nieszczególnie mi z resztą zależało na zmienianiu tego. - Ale chciałem poznać twoją opinię.
Moją opinię... Ha, sęk w tym, że chyba żadnej nie miałam. Potrafiłam podać definicję, postawić się na miejscu różnych osób, przekalkulować, jakie emocje mógłby wywołać generalnie, u innych, czego szukają w tańcu. Byłabym w stanie napisać mu o tym cały referat, jednak - jakie jest moje zdanie?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - odpowiedziałam więc, wymijająco, lecz zgodnie z prawdą.
- Więc masz teraz ku temu okazję - zauważył, uśmiechając się lekko, choć jeśli chciał mnie tym zachęcić, średnio mu się udało.
Patrzyłam tak na mężczyznę dłuższą chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią, on patrzył na mnie. W którymś momencie jego wzrok zjechał niżej, na... na kartkę.
Na której znajdował się, jeszcze nieskończony, ale już wystarczająco charakterystyczny - jego wizerunek.
Natychmiast zasłoniłam kartkę dłonią, prostując się na krześle. Ale wtopa. I chyba tylko po to, żeby nie usłyszeć z ust nieznajomego uwagi odnośnie rysunku, zaczęłam mówić. Na tyle cicho, że mężczyzna musiał się lekko do mnie nachylić, by cokolwiek usłyszeć.
- Taniec nigdy nie ma jednego oblicza. Nie tylko generalnie, że dla każdego przedstawia co innego. Dla jednej tylko osoby może przyjmować on różne kształty. I chyba tak jest ze mną - przesunęłam się nieznacznie, jeszcze bardziej zasłaniając rysunek. - Czasami jest dla mnie po prostu czymś, co ludzie robią w klubach. Czasami grą wstępną. Niekiedy daję się ponieść muzyce, wtedy taniec zaczyna definiować moje uczucia, pozwala innym zobaczyć to, co w danym momencie czuję. Nie powiedziałabym, że jest życiem. Ale jest czymś, co pozwala to życie przeżywać czy nawet je przetrwać. Tak jak śpiewanie - zakończyłam, sięgając po gofra. Skarmelizowany cukier i chrupiące ciasto przyjemnie pękły pod moimi zębami, zalewając mnie całą gamą wrażeń smakowych. Przymknęłam odruchowo powieki z zadowolenia.
Jednak, jeśli sądziłam, że nieznajomy straci mną zainteresowanie, gdy odpowiem mu na pytanie, to się, niestety, myliłam.
Przeżuwając gofra, nadal czułam na sobie spojrzenie dwukolorowych oczu mężczyzny. Starałam się to ignorować... aż w końcu stało się nie do zniesienia. Spojrzałam kątem oka na niego i, przełknąłszy, rzuciłam:
- No co?

Etienne?

29.01.2020

Od Elizabeth CD Jaerima

Oparta o drzwi samochodu nieznajomych, patrzyłam półprzytomnie na siedzącego obok chłopaka. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego moją obecnością, ale byłam zbyt pijana, by się tym faktem przejmować. Jednak coś innego nie dawało mi spokoju.
- Co jedzą koty? Oprócz takich swoich karm. Mogą pić ciepłe mleko? Koty piją mleko… to na pewno ciepłe też mogą, prawda? - spytał nagle srebrnowłosy chłopak, wyrzucając z siebie słowa serią, jak z karabinu maszynowego. Chyba nawet nie brał oddechu między kolejnymi zdaniami. Mimowolnie przewróciłam oczami. A gdy nasze spojrzenia spotkały się, chłopak, ze słyszalną w głosie irytacją, zapytał: - Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz?
Gdybym była trzeźwa, od razu skuliłabym się na tak ostre słowa. Jednak że byłam w stanie, w jakim byłam... Odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją o zimną szybę, cały czas jednak utrzymując kontakt wzrokowy z jasnowłosym.
- Możesz mu dać cokolwiek - mruknęłam, w pewien, pewnie tylko mi zrozumiały, sposób odpowiadając na zadane pytanie. - A najlepiej wysadzić go w pierwszym dogodnym momencie.
- Razem z tobą? - warknął chłopak, jeszcze bardziej przyciskając domniemane zwierzę do piersi. Zbyt ludzkie oczy w kociej głowie popatrzyły na mnie z pewnym wyrzutem i błyskiem, jakby chciał mi przekazać "zamknij się". - Też znaleźliśmy cię na ulicy i równie dobrze znowu możesz tam wylądować!
Zaśmiałam się lekko, śmiechem pozbawionym wesołości. Ale szybko musiałam zamilknąć, bo poczułam, jak treść żołądka ponownie podnosi mi się do gardła. Zamknęłam szybko oczy, starając się odzyskać panowanie nad organizmem. Po chwili minęło.
- Ja przynajmniej nie udaję słodkiego kotka, żeby cichaczem włamać się do twojego domu - mruknęłam.
- Ona zwariowała - krzyknął chłopak, pewnie do swojego towarzysza siedzącego za kierownicą. Zbyt głośny jak na tak małą przestrzeń i moje wilcze zmysły dźwięk wręcz boleśnie wbił się w moje uszy. Skrzywiłam się odruchowo.
- Jae, bądź dla niej milszy - odpowiedział wyższy spokojnym, wręcz kojącym tonem. - Zobacz, w jakim jest stanie. Nie wie, co mówi.
Nadal wbijałam wzrok w kota, zastanawiając się, czy jego jedynym celem jest znalezienie domu. Stałego dostępu do jedzenia. Czy może... chodzi o coś więcej. Nie wydawał się zadowolony z siebie, jak to zwykle bywało w przypadku innych z jego gatunku, którzy, nie mając domu, udawali czyjeś pupilki, by załapać się na darmowe żarcie i ciepły kąt do spania. Nie podobal mi się.
- To nie jest kot, Jae - imię chłopaka wymówiłam prawie, jak przekleństwo.
- To niby co? Pies? - jasnowłosy się zaśmiał, ponownie zaczynając drapanie "zwierzaka" za uchem.
- Zmiennokształtny - wzruszyłam ramionami. - Nawet nie pachnie jak kot.
Wspomniany nadnaturalny w ciele niegroźnego zwierzaka domowego natychmiast zesztywniał, po czym powoli odwrócił na mnie wzrok. Z pewnym przerażeniem. Widać za bardzo cuchnęłam alkoholem, tytoniem i innymi substancjami, którymi ja lub ludzie z mojego otoczenia raczyliśmy się w klubie, by dało się ode mnie wyczuć zapach wilkołaka. Z resztą, niewprawione nosy zwykle zakładały po prostu, że zapach bierze się stąd, że mamy w domu psy. Podstawowy błąd, który tego tu osobnika mógł dziś wiele kosztować.
- Skąd możesz wiedzieć, jak pachnie, skoro jedyne, co mozna teraz wyczuć w tym samochodzie, to smród twoich wymiocin - chłopak ewidentnie nie był zadowolony, że jego większy, i zapewne również starszy, kolega zaproponował, że mnie podwiozą. Nawet nie próbował tej jawnej niechęci do mnie jakoś zatuszować.
Ale, z drugiej strony, miał rację. Kim byłam, żeby mi pomagać? Mniej problemów bym narobiła, jakby mnie zostawili na tej ulicy. W końcu ktoś by mnie znalazł, albo sama wróciłabym jakoś do domu. Przecież mogłam próbować łapać taksówkę...
- To po prostu nie jest kot - westchnęłan, odwracając się od chłopaka, starając się już na niego nie patrzeć. Kim ja byłam, żeby mówić mu, co ma robić.

Jaerim?

25.12.2019

Od Elizabeth

- Znowu nucisz - z zamyślenia wyrwał mnie szorstki głos Aleksjeja. Przysunął się do mnie na klubowej kanapie, zdecydowanie bliżej, niżbym sobie tego życzyła. Ale nie skomentowałam tego, choć widziałam, jak Tommy patrzy krzywo na mojego byłego znad zerowanego właśnie drinka. Choć mogła to być czysta. Nigdy nie nadążam, co on w siebie wlewa na imprezach, tak niekontrolowane to były mieszanki.
Nie żebym ja robiła inaczej.
- Odruchowo - mruknęłam w odpowiedzi na uwagę mężczyzny. Przerwałam miarowe stukanie paznokciami w swoją szklankę, by złapać ją i, uniosłszy szkło do ust, dopić drinka, który się w niej znajdował. Nie pamiętałam już, co zawierał. Nie obchodziło mnie to.
- Podoba mi się to - usłyszałam w jego tonie uśmiech. A zaraz potem poczułam jego oddech na uchu.
Otworzyłam szeroko oczy, zamierając ze szklanką przy ustach. Nim Aleks zdążył zrobić coś jeszcze, złapałam kontakt wzrokowy z Tommym, który, widząc rodzące się na mojej twarzy przerażenie, momentalnie porzucił butelkę, z której polewał znajomym. Wstał na tyle szybko, na ile pozwalał mu jego stan upojenia alkoholem i, chwiejąc się lekko, wyciągnął do mnie dłoń w zapraszającym geście.
- Zatańczmy, to mój ulubiony kawałek - wybełkotał, udając bardziej pijanego, niż był w rzeczywistości, by zapraszanie mnie do tańca w obecności Aleksjeja uszło mu płazem. Pomógł mi wstać i stosunkowo szybko odciągnął od reszty towarzystwa, by zniknąć w gąszczu ludzi tańczących na parkiecie. Odetchnęłam z ulgą, że udało mi się uniknąć konfrontacji.
- Nie musisz się na to godzić, Lizzie - Tommy złapał mnie za ramiona, przyciągając do siebie i zbliżając usta do mojego ucha, żebym mogła go usłyszeć. - Nie jesteś mu nic winna.
Nie odpowiedziałam, zamiast tego oparłam czoło na jego ramieniu. Cholernie kręciło mi się w głowie, a ustanie na wysokich obcasach stawało się coraz trudniejsze. Zamknęłam na chwilę oczy, skupiając się na dudniącej w uszach muzyce i poczuciu stabilności, jaka biła od bruneta.
- Zadzwonię po Aarona - mruknął mężczyzna po chwili. Natychmiast się wyprostowałam, z zamiarem odepchnięcia go od siebie, ale gwałtowne podniesienie głowy spowodowało utratę równowagi. Musiałam oprzeć się całym ciężarem ciała na chłopaku, żeby nie upaść.
- Nie ma... potrzeby - mruknęłam, jeszcze raz podejmując próbę stanięcia prosto. - Nie jestem dzie... dzieckiem - zmrużyłam oczy, próbując złapać ostrość widzenia, bo nagle twarz przyjaciela mi się rozmyła.
- To ja cię odwiozę - nie dawał za wygraną. - Nie wrócisz sama do domu.
- Nie będę jeszcze nigdzie wracała - warknęłam.
- Ledwo się trzymasz na nogach...
- Nic mi nie jest!
Z mojego gardła wydobyło się głuche, zwierzęce warczenie. Tommy zamarł. Szybko rozejrzał się dookoła, jakby slrawdzał, czy nikt tego nie usłyszał. Choć było to niemożliwe przy tym natężeniu dźwięków, jakie panowało w klubie.
- Słuchaj, naprawdę nie chcę wyprowadzać stąd zaraz wilka. A jeszcze trochę w siebie wpakujesz i nie będziesz w stanie nad sobą zapanować - widziałam, jak jego wzrok powędrował w stronę stolika, przy którym siedziała nasza ekipa. - Wytłumaczę cię jakoś. Ale, proszę, wsiądź w taksówkę i wracaj do domu.
Gdy zobaczył, że błądzę wzrokiem dookoła, nie skupiając się na nim zupełnie, ścisnął moje ramię. Syknęłam z bólu, ale podziałało. Wbiłam nieprzytomne spojrzenie w przyjaciela.
- Nie zadzwonię do Aarona, jeśli nie chcesz, ale, proszę, wracaj do domu.
Skinęłam powoli głową, nagle uznając, że to w sumie dobry pomysł. Szczególnie, jak pomyślałam, że jeśli zostanę tu jeszcze trochę, będę musiała znowu usiąść koło Aleksjeja i dalej znosić jego towarzystwo. I obłapianie mnie.
Tommy odprowadził mnie do wyjścia, szepnął coś napakowanemu gościowi, który pilnował wejścia do klubu. Sądząc po minach i ich spojrzeniach skierowanych w moją stronę, kazał mu mieć mnie na oku, dopóki nie przyjedzie taksówka. Po czym mój "ochroniarz" cmoknął mnie szybko w policzek na pożegnanie i z powrotem zniknął w środku.
Natychmiast ruszyłam chodnikiem przed siebie. Usłyszałam za sobą krzyk bramkarza, który wołał, żebym się zatrzymała. Odpowiedziałam mu uniesieniem środkowego palca ponad ramieniem. Nie ruszył za mną.

~•~

Zaledwie brzecznicę dalej doszłam do wniosku, że spacer to był jednak zły pomysł. Było zimno, na ulicach zalegał śnieg... a ja już od jakiegoś czasu szłam boso, buty trzymając w ręku, bo uznałam, że w moim stanie w szpilkach się zaraz wyjebię. Do tego zdałam sobie sprawę, że, wychodząc w pośpiechu, zapomniałam zabrać komórkę, nie miałam więc jak się z nikim skontaktować, żeby jednak po mnie przyjechał. Plus coraz mniej łączyłam fakty, o orientacji w przestrzeni nie wspominając, i już po chwili nie wiedziałam nawet, gdzie się znajduję.
A na podsumowanie tego wspaniałego wieczoru, czy też już późnej nocy, zaczęło mi się robić niedobrze.
W którymś momencie, zbyt zajęta pilnowaniem, by iść w miarę prosto, żeby zwracać uwagę na otoczenie, wpadłam na kogoś. Zderzenie było tak gwałtowne, że wręcz odbiłam się od czyjejś twardej klatki piersiowej i gdyby nie silna ręka, która zacisnęła się na moim ramieniu pomagając odzyskać równowagę, upadłabym tracąc resztki godności, jaka mi pozostała.
Zanim zdążyłam przeprosić, podziękować czy wydrzeć się na nieznajomego za niepatrzenie, jak łazi - nie miałam okazji zdecydować, która reakcja była najbardziej odpowiednia w tamtej sytuacji - mój żołądek się w końcu ostatecznie zbuntował.
Przeszedł mnie nikontrolowany spazm, zgięłam się niemal wpół i zwymiotowałam prosto na buty nieznajomego.

Ktoś coś?
Lizzie z góry przeprasza za buty XD

22.12.2019

Elizabeth Brekker


Przyjaciel to wróg, który się nie ujawnił.



AUTOR|| Ondine Vinao
DANE || Elizabeth Brekker
WIEK || 20 lat

Szablon
synestezja
panda graphics