Stłumiony dźwięk grzmotu rozszedł się po pokoju Estery, która właśnie kierowała się do łazienki. Burza trwała całą noc i dopiero nad ranem zaczęła się oddalać na wschód. Nie pozwało to dziewczynie na spokojny sen, nie lubiła, gdy coś jej przeszkadzało podczas odpoczynku. Gdy się ubierała, spojrzała przez okno w łazience, z którego widziała część garażu, Estevan właśnie wrócił z nocnego dyżuru, w ostatnim czasie do gabinetu trafiało dużo zwierząt w złym stanie, które wymagały intensywnego leczenia i wielu operacji. Ze względu na ciężkie operacje chłopak postanowił zostać na noc i pomóc pracownikom.
Estera wzięła z krzesła torebkę, zeszła na parter uśmiechając się do brata, nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.
- Ciężka noc? - Zapytała, a jej uśmiech przygasł, widząc grymas na twarzy bliźniaka. Zostawiła torebkę na wieszaku i poszła z bratem do kuchni.
- Nic nie mów, straciliśmy tego lisa, nie wybudził się z narkozy. Podałem odpowiednią dawkę, zrobiłem wszystko jak trzeba. Na szczęście nie wrócił do swojej ludzkiej formy, ale z drugiej strony jest mi go żal. Jakby na to nie spojrzeć na naszym stole zmarł człowiek, a my nie wiemy kim jest. Najlepiej, żebyś skontaktowała się z którymś ze zmiennokształtnych, nie zakopiemy go przecież w naszym ogródku. - Powiedział, przeczesując palcami włosy i biorąc jabłko z koszyka, który stał na blacie.
- Dobra może kogoś spotkam i się dowiemy kim był, ale... Czemu nie wrócił do ludzkiego ciała? - Zapytała, włączając czajnik, do kubka wrzuciła torebkę herbaty owocowej. - Dobra później nad tym pomyślę, zaparzysz sobie herbatę? Wolę już jechać do gabinetu, dwa dni wolnego jednak wystarczyłyby wyzdrowieć. - Powiedziała, kierując się do wyjścia, wzięła z wieszaka torebkę i czerwony płaszczyk. - Będę pewnie wieczorem, chyba że będę mieć jakiś nagły przypadek, to lepiej nie czekaj na mnie.
- Estera - Zawołał dziewczynę, która już miała zamykać drzwi, więc wsadziła głowę i spojrzała pytającym wzrokiem. - W moim bagażniku leży ten zmiennokształtny. - Na te słowa Estera zrobiła największe oczy jakie tylko potrafiła. - Nie mogłem go zostawić, bo pojechałby do utylizacji.
- Dobra przełożymy go do mojego bagażnika. - Odpowiedziała, zostawiając uchylone drzwi, skierowała się do garażu, gdzie stały obydwa samochody, otworzyła bagażnik i czekała na brata.
- Jest w torbie termoizolacyjnej, więc może nie zacznie tak szybko pachnieć. - Powiedział, przekładając torbę z lisem do bagażnika siostry. Stanął przy swoim samochodzie i patrzył chwilę na siostrę, która nie była zadowolona z faktu wożenia trupa w bagażniku. - Mi też się to nie podoba, ale musimy znaleźć kogoś, kto go zna. Do później. - Estera pokiwała na te słowa głową i wsiadła do samochodu, otworzyła okna, by na ile to możliwe wychłodzić samochód.
Jadąc do miasta, czuła się jakby była na biegunie północnym, powietrze po burzy było wilgotne, a przez to okropnie zimne. Droga zajęła jej około pół godziny, w tym czasie żałował, że nie jest to początek wiosny. Tęskniła za ciepłymi promieniami słońca, które ostatnio rzadko pokazywało się zza chmur, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki niższej temperaturze trup w jej bagażniku tak szybko się nie ugotuje. Będąc pod gabinetem, siedziała jeszcze kilka minut, myśląc co ją czeka w pracy.
Dzień mijał w miarę spokojnie, Estera jednak postanowiła wyjść wcześniej, aby zrobić zakupy do domu. Musiała iść dokupić poza jedzeniem ubrania, będąc w sklepie, wybrała kilka par spodni, bluzek i kupiła ciepłą bluzę, która będzie idealna na te chłodne dni. Gdy zaniosła zakupy do samochodu i poszła jeszcze do kolejnego sklepu, jedzenie zajmowało prawie cały koszyk, na szczęście nie musiała z nim daleko jechać. Przepakowywała zakupy do samochodu, gdy nagle koszyk postanowił zrobić sobie bliskie spotkanie z nadjeżdżającym samochodem. Nie miała pojęcia, jak ten wózek mógł zjechać na równej powierzchni. Kierowca samochodu nie jechał jednak zbyt szybko i zdążył wyhamować. Estera poleciała za koszykiem, w między czasie machając rękoma, jakby chcąc przeprosić i wytłumaczyć, że nie wie jak to się stało. Wróciła z koszykiem i skończyła chować zakupy do samochodu. Po wszystkim odstawiła koszyk i wsiadła do samochodu, włączyła radio i patrzyła na budynki. Widząc kawiarnię, postanowiła się przejść na gorącą czekoladę, wysiadła z samochodu i poszła po słodki napój.
W lokalu było dużo ludzi, ale kolejka składała się z kilku osób, więc stanęła za jakąś parą, chwilę na nich patrzyła po czym odwróciła wzrok i rozejrzała się po kawiarni. Ciepły, przytulny wystrój, miejsce gdzie każdy chętnie przychodzi się zrelaksować na miękkich fotelach z gorącym napojem w kubku. Większość osób brała kawę lub kakao z piankami. Gdy nadeszła kolej Erstery, zamówiła gorącą czekoladę z niewielką ilością cukru na wynos, zamówienie było prawie natychmiast wydane. Trzymając papierowy kubek w dłoni, ruszyła w kierunku drzwi. W myślach rozkoszowała się smakiem gorącego napoju o intensywnym smaku, niestety w rzeczywistości, ktoś wstawał z miękkiego fotela, a dziewczyna była zbyt zamyślona, by zobaczyć przeszkodę na swojej drodze. Człowiek zapewne chciał iść do kasy, ponieważ oboje na siebie wpadli, a ciemna zawartość kubeczka znalazła się na czerwonym płaszczyku i czarnych spodniach Estery. Wystraszona, czując jak gorąca ciecz, parzy skórę jej ud, zaczęła palcami odciągać brudne spodnie od ciała, musiało to wyglądać naprawdę ciekawie, bo ludzie z zainteresowaniem patrzyli na zaistniałą sytuację.
- Przepraszam, zamyśliłam się... Sss... Zasyczała, dalej odciągając materiał spodni od poparzonej skóry. Podniosła głowę, by spojrzeć na osobę czy aby na pewno oblała tylko siebie.
Ktoś?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Ktosia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Ktosia. Pokaż wszystkie posty
11.04.2020
1.04.2020
Od Isli
- Czego się gapisz?- Spojrzałam na brata mrużąc brwi, a następnie chowając się za swoimi rękami. Moja twarz zapewne przybrała kolor czerwienia. Nie mogę się tak przecież ludziom pokazać.- Natychmiast zaprzestań.
- Daj spokój, przecież masz tylko wejść i spytać, to nic wielkiego. No co w tym może być ciężkiego, co?- Odpowiedział z lekką irytacją, wskazując szklane drzwi. Tak, mimo iż jesteśmy rodzeństwem, znającym się od urodzenia, on dalej zdaje się nie wiedzieć że interakcje z ludźmi powodują we mnie lekkie zdenerwowanie. Po co siać niepotrzebny zamęt? Nie mam ochoty z nikim rozmawiać i nikt mnie do tego nie zmusi.
- No to sam to zrób jak taki odważny jesteś, a nie biedną siostrę na stres narażasz.- Po mojej wypowiedzi mężczyzna zauważył że się nie poddam i sam otworzył drzwi, uprzednio głośno wzdychając. Spojrzeniem rozkazał mi wejść za sobą. Skrzyżowałam ręce i weszłam do pomieszczenia.
- Witam, czy mają państwo może chrupki dla psów z wołowiną i kurczakiem?- Pani kasjerka rozejrzała się po sklepie, jakoś zbyt miło szczerząc się do mojego brata. Cóż, jeśli lubi starsze, to mógłby to być długotrwały, szczęśliwy związek!
- Jakaś konkretna firma Pana interesuje? Mamy kilka, choć wiele się nie różnią.
-Tak, najlepiej <...> - I tu nazwa, której nie potrafię wymówić, napisać a tym bardziej przeliterować, która sprawiła mi tak wiele problemów. Sprzedawczyni schyliła się i wzięła ze stojaka dany przysmak.
- Trzy dyszki poproszę.- Uśmiechnęła się ponownie, a obiekt jej, jak mniemam, adoracji, podał jej odliczoną kwotę, żegnając się przy tym. Wyszliśmy ze sklepu zoologicznego, po czym wsiedliśmy do mojego auta.
- Czasem w ciebie dziewczyno nie wierze.
- Nie musisz, wystarczy że ja to robię. Zapnij pasy i buzię, to dojedziemy bez rozlewu krwi- uśmiechnęłam się ironicznie. To on zawsze kupuje smakołyki dla naszych psów. Dzisiaj poprosił mnie, ale gdy wymówił nazwę konkretnej firmy, którą powtarzał później z dziesięć razy, po prostu spanikowałam.Pewnie powiedziałabym ją źle, pani by się zaśmiała, a ja nigdy bym tam już nie poszła.Głupie to ale prawdziwe. Taka już jestem...A przynajmniej dzisiaj, kiedy wyjątkowo nic mi nie wychodzi, nawet chodzenie. W drodze z domu do auta potknęłam się kilka razy, co już lekko sponiewierało moją pewność siebie.
Gdy w końcu dojechaliśmy do domu, od razu usłyszałam szczekanie. Aram podszedł do drzwi i wraz z otworzeniem ich, odruchowo cofnął się do tyłu, a zza drzwi wyskoczył Bullet, lądując na mnie. Intensywnie obdarował moją twarz pocałunkami, a widząc smakołyki, o mało nie zwariował. Jakoś wygramoliłam się spod niego i weszliśmy do domu. Milo powitał nas machającym ogonem, lecz ożywił się bardziej widząc swój ulubiony przysmak.
-Taki układ. Ja robię obiad, ty wyprowadzasz psy.
- Otóż nie tym razem- energicznie zaprzeczyłam, dając psom wołowinę.- Na odwrót.
- Isla...nie żebym coś sugerował, ale myślę że mój obiad będzie o niebo bardziej jadalny niż twój.- Zasugerował.
- Nie dowiesz się, póki nie dasz mi spróbować- wywróciłam oczami, przemieszczając się do kuchni oddzielonej od wejścia salonem, Odkąd mieszkamy razem, cały czas gotuje. a jak nie ma czasu, zamawia coś. Mam tylko kuchnię dla siebie jeśli gdzieś wyjeżdża na dłużej, ale sam nigdy nie był świadkiem moich kulinarnych umiejętności.
- Może kiedyś jeśli będę robił tu remont, dam ci spalić kuchnię co do cna. Lecz jak na razie, zapraszam panią na zewnątrz.- Pogonił mnie, rzucając w moją stronę dwie smycze. Westchnęłam głęboko, leniwie idąc w stronę drzwi.
-A Państwo na zaproszenie czekają?- Spytałam, uśmiechając się, a psy niemal nie staranowały mnie wybiegając na zewnątrz. Od razu usiadły obok auta. Moim celem na dziś, był park.
xxx
Na miejscu, słońce już zostało zakryte gęstymi chmurami. Miałam nadzieję że dane nam będzie wygrzać się, a zamiast tego, zbierało się na deszcz. Cóż, super nie jest, ale źle też nie! Nic nie powstrzyma nas od zabawy w berka. Uprzednio zapinając psy na smycze, ruszyliśmy przed siebie. Miejsce, które zostało przeze mnie odkryte jakieś cztery dni temu, miało miejsce za górką po prawej stronie oczka wodnego. Tam, psy mogły radośnie biegać skakać i robić wiele innych rzeczy jakie robią psy.
Po znalezieniu nieopodal sporych rozmiarów patyka, cała nasza trójka zaczęła biegać dookoła, wesoło się bawiąc. No, do czasu aż za bardzo zamachnęłam się owym kawałkiem drewna, który niechybnie trafił kogoś, jak mniemam, w głowę. Milo popatrzył w tamtą stronę z zaciekawieniem, natomiast drugi doberman schylił głowę.
- Zostaw.- Pokazałam znak ręką, a ten usiadł. Niechętnie podeszłam do nieznajomej osoby, która musiała dostać dosyć mocno ze względu na to, że zamiast wstać, dalej była w pozycji siedzącej, trzymając się przy tym głowy.- Przepraszam...to nie specjalnie było.- Podrapałam czubek głowy, wyciągając rękę w ramach pomocy.
Ktoś?
- Daj spokój, przecież masz tylko wejść i spytać, to nic wielkiego. No co w tym może być ciężkiego, co?- Odpowiedział z lekką irytacją, wskazując szklane drzwi. Tak, mimo iż jesteśmy rodzeństwem, znającym się od urodzenia, on dalej zdaje się nie wiedzieć że interakcje z ludźmi powodują we mnie lekkie zdenerwowanie. Po co siać niepotrzebny zamęt? Nie mam ochoty z nikim rozmawiać i nikt mnie do tego nie zmusi.
- No to sam to zrób jak taki odważny jesteś, a nie biedną siostrę na stres narażasz.- Po mojej wypowiedzi mężczyzna zauważył że się nie poddam i sam otworzył drzwi, uprzednio głośno wzdychając. Spojrzeniem rozkazał mi wejść za sobą. Skrzyżowałam ręce i weszłam do pomieszczenia.
- Witam, czy mają państwo może chrupki dla psów z wołowiną i kurczakiem?- Pani kasjerka rozejrzała się po sklepie, jakoś zbyt miło szczerząc się do mojego brata. Cóż, jeśli lubi starsze, to mógłby to być długotrwały, szczęśliwy związek!
- Jakaś konkretna firma Pana interesuje? Mamy kilka, choć wiele się nie różnią.
-Tak, najlepiej <...> - I tu nazwa, której nie potrafię wymówić, napisać a tym bardziej przeliterować, która sprawiła mi tak wiele problemów. Sprzedawczyni schyliła się i wzięła ze stojaka dany przysmak.
- Trzy dyszki poproszę.- Uśmiechnęła się ponownie, a obiekt jej, jak mniemam, adoracji, podał jej odliczoną kwotę, żegnając się przy tym. Wyszliśmy ze sklepu zoologicznego, po czym wsiedliśmy do mojego auta.
- Czasem w ciebie dziewczyno nie wierze.
- Nie musisz, wystarczy że ja to robię. Zapnij pasy i buzię, to dojedziemy bez rozlewu krwi- uśmiechnęłam się ironicznie. To on zawsze kupuje smakołyki dla naszych psów. Dzisiaj poprosił mnie, ale gdy wymówił nazwę konkretnej firmy, którą powtarzał później z dziesięć razy, po prostu spanikowałam.Pewnie powiedziałabym ją źle, pani by się zaśmiała, a ja nigdy bym tam już nie poszła.Głupie to ale prawdziwe. Taka już jestem...A przynajmniej dzisiaj, kiedy wyjątkowo nic mi nie wychodzi, nawet chodzenie. W drodze z domu do auta potknęłam się kilka razy, co już lekko sponiewierało moją pewność siebie.
Gdy w końcu dojechaliśmy do domu, od razu usłyszałam szczekanie. Aram podszedł do drzwi i wraz z otworzeniem ich, odruchowo cofnął się do tyłu, a zza drzwi wyskoczył Bullet, lądując na mnie. Intensywnie obdarował moją twarz pocałunkami, a widząc smakołyki, o mało nie zwariował. Jakoś wygramoliłam się spod niego i weszliśmy do domu. Milo powitał nas machającym ogonem, lecz ożywił się bardziej widząc swój ulubiony przysmak.
-Taki układ. Ja robię obiad, ty wyprowadzasz psy.
- Otóż nie tym razem- energicznie zaprzeczyłam, dając psom wołowinę.- Na odwrót.
- Isla...nie żebym coś sugerował, ale myślę że mój obiad będzie o niebo bardziej jadalny niż twój.- Zasugerował.
- Nie dowiesz się, póki nie dasz mi spróbować- wywróciłam oczami, przemieszczając się do kuchni oddzielonej od wejścia salonem, Odkąd mieszkamy razem, cały czas gotuje. a jak nie ma czasu, zamawia coś. Mam tylko kuchnię dla siebie jeśli gdzieś wyjeżdża na dłużej, ale sam nigdy nie był świadkiem moich kulinarnych umiejętności.
- Może kiedyś jeśli będę robił tu remont, dam ci spalić kuchnię co do cna. Lecz jak na razie, zapraszam panią na zewnątrz.- Pogonił mnie, rzucając w moją stronę dwie smycze. Westchnęłam głęboko, leniwie idąc w stronę drzwi.
-A Państwo na zaproszenie czekają?- Spytałam, uśmiechając się, a psy niemal nie staranowały mnie wybiegając na zewnątrz. Od razu usiadły obok auta. Moim celem na dziś, był park.
xxx
Na miejscu, słońce już zostało zakryte gęstymi chmurami. Miałam nadzieję że dane nam będzie wygrzać się, a zamiast tego, zbierało się na deszcz. Cóż, super nie jest, ale źle też nie! Nic nie powstrzyma nas od zabawy w berka. Uprzednio zapinając psy na smycze, ruszyliśmy przed siebie. Miejsce, które zostało przeze mnie odkryte jakieś cztery dni temu, miało miejsce za górką po prawej stronie oczka wodnego. Tam, psy mogły radośnie biegać skakać i robić wiele innych rzeczy jakie robią psy.
Po znalezieniu nieopodal sporych rozmiarów patyka, cała nasza trójka zaczęła biegać dookoła, wesoło się bawiąc. No, do czasu aż za bardzo zamachnęłam się owym kawałkiem drewna, który niechybnie trafił kogoś, jak mniemam, w głowę. Milo popatrzył w tamtą stronę z zaciekawieniem, natomiast drugi doberman schylił głowę.
- Zostaw.- Pokazałam znak ręką, a ten usiadł. Niechętnie podeszłam do nieznajomej osoby, która musiała dostać dosyć mocno ze względu na to, że zamiast wstać, dalej była w pozycji siedzącej, trzymając się przy tym głowy.- Przepraszam...to nie specjalnie było.- Podrapałam czubek głowy, wyciągając rękę w ramach pomocy.
Ktoś?
17.03.2020
Od Angeline
- Ty serio chcesz to zrobić.
- Nie marudź! I zamknij te oczy, bo założę ci moją maskę do spania!
Westchnęłam po raz kolejny, zamykając oczy tak, jak rozkazała mi Miami.
- Mi, masz zimne ręce.
- Jestem Królową Lodu, czego ty się spodziewałaś?
No wiesz Mi, twoje imię brzmi tak samo, jak miasto na Florydzie, a tam jest plaża i ciepło. MYŚLAŁAM, ŻE TWOJE IMIĘ DO CZEGOŚ ZOBOWIĄZUJE.
Już półtorej godziny kłóciłam się z Miami na jeden i ten sam temat. Impreza. Zaczęło jej się nudzić w sobotnie wieczory i poprosiła mnie… Stój, ona mi wręcz ROZKAZAŁA siebie i ją „wypindrzyć”, bo idziemy do jakiegoś klubu. Myślałam, że tak sobie tylko żartowała.
Ale nie. Już wtedy grzecznie mnie przypilnowała, abym się mocniej wymalowała i ładniej ubrała. No i jej też pomogłam z makijażem. Stwierdziła również, że moje paznokcie potrzebują „odświeżenia”. No i robiła mi teraz hybrydy. Tylko tym razem kazała zamknąć oczy, bo chciała przetestować nowy wzór, który ledwo jej zaczął wychodzić na wzorniku. Stwierdziła, że mój wzrok na jej palce tylko by ją rozpraszał, no i nie mogę teraz nic widzieć. Po prostu bajecznie.
Mogłam się za to wsłuchiwać w monolog Filipa prowadzony z moim psem. Ostatnio stwierdził, że ma niedobór słodkości i Judy na pewno mu z tym pomoże. Współczułam trochę pieskowi. Przynajmniej chłopak idzie z nami, to suczka będzie miała chwilę odpoczynku.
- Filip, nie męcz jej – jęknęłam nieco głośniej, żeby informatyk usłyszał mnie pomiędzy jednym „A puci puci” a drugim „Kto jest taką kruszynką?”.
- Malujesz te paznokcie? To maluj! - odpowiedział tylko swoim podirytowanym głosem i wrócił do „Moja słodkości!”. Halo, to nie ja je maluje, tylko Miami. Poza tym to, czemu jemu nie maluje, tylko mi? A, no tak. Filip to facet. Ale jednak gej, więc czemu nie!
Minęło piętnaście minut, gdy usłyszałam wyczekiwane przeze mnie słowa. „Gotowe”. Wzięłam głęboki wdech, po czym otworzyłam oczy. Ujrzałam na swoich paznokciach… jednorożce. A raczej widniały one tylko na serdecznych palcach. Na małym był jeszcze różowy brokat, a na reszcie zwykły jasnoróżowy lakier.
- Wow… - wydobyło się z moich ust. Poczułam się trochę tak, jakby Miami specjalnie dobrała ten wzór do mojej stylizacji na imprezę. W sensie… Różowe powieki z białą kreską eyelinerem i brokatem przy kącikach oczu, do tego jasnoróżowy błyszczyk pachnący piankami cukrowymi. A na sobie miałam różową koronkową sukienkę i zwykłe czarne buty na koturnie. Miałam ochotę ubrać moje trampki, ale… zostałam zmuszona do wzięcia innych butów. O zgrozo, jakbym cudem jeszcze nie boję się Miami.
Minęło kolejne piętnaście minut i w końcu wyszliśmy z domu.
Moja ukochana Mi miała na sobie biały sweterek i czarne rurki z wysokimi sandałami, a także makijaż bardzo podobny do mojego. Po prostu cienie zrobiłam jej białe i użyłam czarnego eyelinera. Na paznokciach miała wzór śnieżynek na błękitnym tle. Bardzo nawiązujące do jej rasy jak z resztą prawie zawsze.
Nawet w pewien sposób Filip się odstawił! Nie no, praktycznie zawsze tak wyglądał, gdy szedł „na balety”. Podkreślone oczy, zapachowy balsam na ustach i elegancka koszula włożona w spodnie. Gdyby nie był gejem, można by było się za niego wziąć. A tak, to klapa.
Do jednego z klubów dotarliśmy taksówką. Cała nasza trójka od razu skierowała się do baru.
- Trzy drinki z colą poproszę! - zawołał Filip do jednego z barmanów. Westchnęłam tylko, opierając znudzona brodę na dłoni.
Chcę wrócić do domu do Judy… Czemu muszę tutaj być? Czemu nie mogłam zostać w domu? O, muszę zrobić zdjęcie na Snapchata.
Wyjęłam komórkę z czarnej torby na moim ramieniu i weszłam w pożądaną przeze mnie aplikację. Zrobiłam szybkie zdjęcie półek z różnego rodzaju alkoholami, podpisałam „Wyjście do klubu zorganizowane przez Miami”, a potem wysłałam to w świat.
- Ange, chodź zatańczyć – Miami od razu mnie wyciągnęła od baru, kiedy tylko z powrotem schowałam telefon. Filip natychmiastowo zareagował, że nam popilnuje miejsce, więc… nie miałam już nic do gadania.
Jednak o dziwo podobało mi się. DJ nie był jakiś drętwy i właśnie puścił „Senorita” Mendesa i Cabelo. To wcale nie jeden z moich ulubionych utworów…
Jednakże w pewnym momencie zostałam brutalnie uderzona w plecy. Nie zapanowałam nad równowagą, przez co kostka w moich pięknych butach na koturnie się zachwiała i następnie sprawiła, że poleciałam na ziemię. Uratowała mnie tylko czyjaś ręka na brzuchu przed bliskim spotkaniem z podłogą. Aż boję się zobaczyć, kto został moim dzisiejszym bohaterem…
- Nie marudź! I zamknij te oczy, bo założę ci moją maskę do spania!
Westchnęłam po raz kolejny, zamykając oczy tak, jak rozkazała mi Miami.
- Mi, masz zimne ręce.
- Jestem Królową Lodu, czego ty się spodziewałaś?
No wiesz Mi, twoje imię brzmi tak samo, jak miasto na Florydzie, a tam jest plaża i ciepło. MYŚLAŁAM, ŻE TWOJE IMIĘ DO CZEGOŚ ZOBOWIĄZUJE.
Już półtorej godziny kłóciłam się z Miami na jeden i ten sam temat. Impreza. Zaczęło jej się nudzić w sobotnie wieczory i poprosiła mnie… Stój, ona mi wręcz ROZKAZAŁA siebie i ją „wypindrzyć”, bo idziemy do jakiegoś klubu. Myślałam, że tak sobie tylko żartowała.
Ale nie. Już wtedy grzecznie mnie przypilnowała, abym się mocniej wymalowała i ładniej ubrała. No i jej też pomogłam z makijażem. Stwierdziła również, że moje paznokcie potrzebują „odświeżenia”. No i robiła mi teraz hybrydy. Tylko tym razem kazała zamknąć oczy, bo chciała przetestować nowy wzór, który ledwo jej zaczął wychodzić na wzorniku. Stwierdziła, że mój wzrok na jej palce tylko by ją rozpraszał, no i nie mogę teraz nic widzieć. Po prostu bajecznie.
Mogłam się za to wsłuchiwać w monolog Filipa prowadzony z moim psem. Ostatnio stwierdził, że ma niedobór słodkości i Judy na pewno mu z tym pomoże. Współczułam trochę pieskowi. Przynajmniej chłopak idzie z nami, to suczka będzie miała chwilę odpoczynku.
- Filip, nie męcz jej – jęknęłam nieco głośniej, żeby informatyk usłyszał mnie pomiędzy jednym „A puci puci” a drugim „Kto jest taką kruszynką?”.
- Malujesz te paznokcie? To maluj! - odpowiedział tylko swoim podirytowanym głosem i wrócił do „Moja słodkości!”. Halo, to nie ja je maluje, tylko Miami. Poza tym to, czemu jemu nie maluje, tylko mi? A, no tak. Filip to facet. Ale jednak gej, więc czemu nie!
Minęło piętnaście minut, gdy usłyszałam wyczekiwane przeze mnie słowa. „Gotowe”. Wzięłam głęboki wdech, po czym otworzyłam oczy. Ujrzałam na swoich paznokciach… jednorożce. A raczej widniały one tylko na serdecznych palcach. Na małym był jeszcze różowy brokat, a na reszcie zwykły jasnoróżowy lakier.
- Wow… - wydobyło się z moich ust. Poczułam się trochę tak, jakby Miami specjalnie dobrała ten wzór do mojej stylizacji na imprezę. W sensie… Różowe powieki z białą kreską eyelinerem i brokatem przy kącikach oczu, do tego jasnoróżowy błyszczyk pachnący piankami cukrowymi. A na sobie miałam różową koronkową sukienkę i zwykłe czarne buty na koturnie. Miałam ochotę ubrać moje trampki, ale… zostałam zmuszona do wzięcia innych butów. O zgrozo, jakbym cudem jeszcze nie boję się Miami.
Minęło kolejne piętnaście minut i w końcu wyszliśmy z domu.
Moja ukochana Mi miała na sobie biały sweterek i czarne rurki z wysokimi sandałami, a także makijaż bardzo podobny do mojego. Po prostu cienie zrobiłam jej białe i użyłam czarnego eyelinera. Na paznokciach miała wzór śnieżynek na błękitnym tle. Bardzo nawiązujące do jej rasy jak z resztą prawie zawsze.
Nawet w pewien sposób Filip się odstawił! Nie no, praktycznie zawsze tak wyglądał, gdy szedł „na balety”. Podkreślone oczy, zapachowy balsam na ustach i elegancka koszula włożona w spodnie. Gdyby nie był gejem, można by było się za niego wziąć. A tak, to klapa.
Do jednego z klubów dotarliśmy taksówką. Cała nasza trójka od razu skierowała się do baru.
- Trzy drinki z colą poproszę! - zawołał Filip do jednego z barmanów. Westchnęłam tylko, opierając znudzona brodę na dłoni.
Chcę wrócić do domu do Judy… Czemu muszę tutaj być? Czemu nie mogłam zostać w domu? O, muszę zrobić zdjęcie na Snapchata.
Wyjęłam komórkę z czarnej torby na moim ramieniu i weszłam w pożądaną przeze mnie aplikację. Zrobiłam szybkie zdjęcie półek z różnego rodzaju alkoholami, podpisałam „Wyjście do klubu zorganizowane przez Miami”, a potem wysłałam to w świat.
- Ange, chodź zatańczyć – Miami od razu mnie wyciągnęła od baru, kiedy tylko z powrotem schowałam telefon. Filip natychmiastowo zareagował, że nam popilnuje miejsce, więc… nie miałam już nic do gadania.
Jednak o dziwo podobało mi się. DJ nie był jakiś drętwy i właśnie puścił „Senorita” Mendesa i Cabelo. To wcale nie jeden z moich ulubionych utworów…
Jednakże w pewnym momencie zostałam brutalnie uderzona w plecy. Nie zapanowałam nad równowagą, przez co kostka w moich pięknych butach na koturnie się zachwiała i następnie sprawiła, że poleciałam na ziemię. Uratowała mnie tylko czyjaś ręka na brzuchu przed bliskim spotkaniem z podłogą. Aż boję się zobaczyć, kto został moim dzisiejszym bohaterem…
Ktoś się może skusi?
15.02.2020
Od Etienne
Istnieją rzeczy piękne i piękniejsze.
Do tych pierwszych zaliczyć można wiele rzeczy. Bowiem "piękno" w ogólnym przekonaniu uważane jest za pojęcie subiektywne. Kiedy dla jednego marmurowa rzeźba zdaje się być bytem nie z tego świata, dla drugiego to delikatny uśmiech na twarzy ukochanej osoby tuż po przebudzeniu się nazwany zostaje "dziełem sztuki". Dlatego właśnie tak trudno zamknąć to pojęcie w ramach, pozwalających na usystematyzowanie świata pod względem estetyki. Uwzględnianie zmiennych, jaką są ludzkie preferencje - Któż ma na to czas?
Z drugiej strony, istnieją rzeczy, uznawane przez duży odsetek ludzi za zasługujące na miano pięknego. Czy właśnie to są te przedmioty, zjawiska wyróżniające się spośród innych, te piękniejsze? Czy to one powinny stanowić składnik najbardziej obiektywnej opinii o pięknie?
Od zarania dziejów ludzi pociągała cielesność. Na jaką kulturę starożytną by nie spojrzeć, w każdej znaleźć można krągłe kobiece figury, akty bądź twory literatury, akt fizyczności opiewające. Bowiem to, co człowiekowi najbliższe często zdaje się być obiektem zainteresowań artystów. "Sztuka dla ludu", głosili europejscy twórcy, odwołując się do symboli, jakie odczytać mógł nawet człowiek niezaznajomiony z wyszukanymi operami czy poruszającymi spektaklami teatralnymi, gdyż miał z nimi styczność podczas swej szarej codzienności. Połączenie tego z jednym z głównych założeń sztuki, jaką jest wywołanie w odbiorcy emocji, odbyć mogło się na kilka sposobów. Jednak czy najprostszym z nich nie byłoby odwołanie się do fundamentalnych potrzeb, jakie kryją się w głębi nawet najbardziej powściągliwej osoby? Z tego powodu coraz więcej dzieł zaczęło pokazywać ludzkie ciała w coraz to bardziej jednoznacznych sytuacjach, pozycjach. Aby poruszyć wyobraźnię, odnieść się do ludzkiej natury, jaką część stara się w sobie stłumić.
Być może to właśnie stoi za taką popularnością tańca. Dla kogoś, kto by jedynie rzucił okiem na wirujących na scenie tancerzy, mogłaby być to jedynie bezwartościowa strata czasu. Nie każdy ma przecież czas, aby przystanąć, przyjrzeć się, wsłuchać w melodię, dojrzeć ukryty w wyuczonych krokach profesjonalizm. Odczytać metafizyczną historię, opowiedzianą przy pomocy dwóch ciał, poruszających się w sensualny wręcz sposób w wymiarze poza pojmowaniem zwykłego, szarego człowieka.
.
.
...
Ciche syknięcie wydobyło się z ust Belga, kiedy jego pomarańczowy żelowy paznokieć zaczął uderzać w klawisz z kropką na klawiaturze laptopa. Wena, jak to wena, uciekła tak szybko, jak się pojawiła. Akurat teraz, gdy szło mu tak dobrze. Nie żeby kiedykolwiek "dobrze mu nie szło", nie.
Po prostu ostatnimi czasy poziom pisarstwa Etienne nieco się obniżył, przez co cierpiały jego nerwy i ucho, gdy to zleceniodawca dzwonił do młodzieńca co parę dni, pytając o status artykułu.
To pewnie przez te temperatury, w końcu, przyszło lato, pora roku znienawidzona przez krytyka. Nie dość, że było gorąco, zmuszając La Fayette do gruntownej zmiany zawartości szafy, to w dodatku wszelkie "letnie" barwy nie pasowały do cery młodzieńca, ewidentnie podpadającej pod typ "Zimy". A przecież każdy szanujący się człowiek zainteresowany chociaż w niewielkim stopniu stylem powie, że na przykład kobalt czy przydymiona fuksja nie będzie pasować do spaceru podczas słonecznego popołudnia.
Spojrzenie Pierre uciekło w stronę paznokci. Co go skłoniło do pomalowania ich na taki obrzydliwy odcień?
Alkohol, oczywiście, odpowiedział sobie w myślach, z nudów już zaczynając kciukiem zdrapywać jasny lakier.
A weny nadal nie było.
Podniósł głowę znad komputera, rozejrzał się. O tej porze kawiarnia była wypełniona ludźmi. Do tego stopnia, że ktoś nawet przysiadł się do Etienne w międzyczasie. Nie usłyszał jego przybycia przez bezprzewodowe słuchawki, ot, mały prezent, jaki sobie sprawił za bycie sobą. Każdy na takie drobiazgi zasługuje.
Wrócił wzrokiem do milczącego towarzysza. Być może on zostanie nową muzą twórcy?
— Co sądzisz o tańcu? — spytał bez ogródek, ściągając z nosa okulary i odkładając je na klawiaturę. Jedną ręką zapauzował muzykę, drugą ujął od góry plastikowy kubek z fioletowym frappuciono, metalową słomkę wsuwając między wargi. Spojrzenie dwukolorowych oczu zakotwiczyło się w twarzy nieznajomej osoby.
Ktoś?
9.02.2020
Od Malii
Wysiadłam z zatłoczonego autobusu, przeciskając się przez uczniów, którzy podobnie jak ja byli zmęczeni i wracali do domu ze szkoły. Ze słuchawkami na uszach poprawiłam pasek torby na ramieniu i ruszyłam w stronę domu. Niebo było bezchmurne, a słońce powoli zmierzało ku zachodowi. Po pięciu minutach byłam już pod blokiem i wstukiwałam kod do klatki. Szybko przemierzyłam schody i dotarłam do drzwi mieszkania. Sięgnęłam do pojemnej kieszeni kurtki po klucz. Nie znalazłam nic prócz paczki chusteczek, pomadki i kilku paragonów. Właśnie, muszę jeszcze iść do sklepu, co miałam również zrobić wczoraj. Rozsunęłam tylną kieszonkę torebki. Odetchnęłam z ulgą, wsuwając mały klucz do zamka. Przekręciłam i weszłam do mieszkania. Rzuciłam torbę z książkami na korytarz. Kira już czekała na mnie pod drzwiami i nim zdążyłam się zorientować, rzuciła się na mnie z radości.
- Cześć Kirka - podrapałam "małą'' po głowie - chcesz iść na spacer?
Kira od razu zaczęła szaleć i kręcić się wokół mnie. Zgarnęłam czerwoną smycz z górnej półki nad lustrem. Przy okazji zerkając na swoje odbicie. Makijaż nie był już tak dobry jak rano, a lawendowa pomadka zniknęła z ust. Przeczesałam ręką gęste włosy, które już trochę oklapły. Kira drapnęła mnie łapą ponaglająco.
- Dobra, dobra już się zbieram - powiedziałam, podpinając smycz do obroży tego samego koloru. Wzięłam torbę na zakupy,poskładałam i włożyłam do kieszeni. Wyciągnęłam portfel ze szkolnej torby i wyszłyśmy. Po chwili byłyśmy na dole. Zegarek na mojej lewej ręce wskazywał 17'20. Mam jeszcze sporo czasu, zanim Florian wróci do domu. Poszłam do niewielkiego sklepu, kupiłam kilka najbardziej potrzebnych produktów. Sprzedawczyni była na tyle obojętna, że mogłam wejść z Kirą do sklepu.
Kiedy wracałam, było już ciemno. Włączyłam "I'm a wanted man" by poczuć się pewniej i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Na ulicy nie było już prawie nikogo. Od czasu do czasu minęłam pojedynczą osobę lub parę. Kira szła blisko mnie. W pewnym momencie, gdy zerknęłam na telefon, ktoś na mnie wpadł. Postać była w kapturze i poruszała się szybko. Dostałam 'z bara' i już miałam rozmówić się z nieuważnym przechodniem, ale ten zniknął za rogiem.
- To było dziwne - powiedziałam do Kiary, która patrzyła na mnie jakimś wymownym wzrokiem i zerwała mi się tak, że omal nie wyrwała mi ręki ze stawu. Nie udało mi się jej utrzymać. Pognała za tamtą osobą. Zdjęłam słuchawki i włożyłam je do kieszeni. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie mam w niej portfela. Co prawda głupotą było okradzenie osoby, która dopiero co wydała wszystkie pieniądze na jedzenie. Jednak w portfelu były moje dokumenty. Zerwałam się do biegu za domniemanym złodziejem, po drodze zostawiając zakupy pod drewnianą ławką, patrząc uważnie pod nogi. Niewykluczone, że po prostu zgubiłam mój portfel i oskarżyłam niewinnego człowieka o kradzież. Tak czy inaczej, musiałam odnaleźć Kiarę.
Przebiegłam spory kawałek drogi bez zadyszki, kiedy w oddali zauważyłam jak ktoś okłada torebką mojego psa i nazywa go diabelskim pomiotem i bestią. Właściwie nie dziwię się jej. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby mała tak kogoś napadła. Odruchowo krzyknęłam na nią i odciągnęłam od leżącego na ziemi chłopaka. Już całkiem pokiereszowanego.
- Ten pies jest niebezpieczny! Jakim prawem chodzi bez kagańca!! - wydarła się nieźle przestraszona młoda dziewczyna. Chciałam zachować spokój, niestety gdy zobaczyłam, że przy chłopaku, który już się podnosił, leży mój portfel.
- Ten pies gonił złodzieja, który leży właśnie tu!! I ja nie zamierzam tego tak zostawić - powiedziałam, zgarniając szybko własność z ziemi. Kira cały czas była napięta. Oddaliłam się z nią od obojga w bezpiecznej odległości. Wyciągnęłam telefon, by zadzwonić na policję.
- Czekaj - zaczął chłopak - może się jakoś dogadamy...
Ktoś?
11.01.2020
Od Natashy
Ścisnęłam mocniej torbę przemierzając kolejną z ulic. Lekki deszcz zdążył zmoczyć część moich włosów wystających zza kaptura bluzy. Nigdzie mi się nie śpieszyło - przeciwnie do ludzi mijanych na chodnikach. Zachowywali się, jakby krople spadające z nieba co najmniej sprowadzały ze sobą śmiertelnego wirusa. Przypominali koty wrzucone do wanny z lodowatą wodą; swoim wzrokiem szukali wokół siebie wybawienia od kontaktu z cieczą i jednocześnie zabijali nim każdego na swojej drodze. Szli szybkim krokiem, kotłowali się na przystankach kojących zadaszeniem. Swoimi parasolami zdawali się chcieć wyrządzić innym krzywdę poprzez niebezpiecznie bliskie kontakty z twarzami przypadkowych przechodniów. Wokół zaczęło się przerzedzać - wielu znalazło schronienie w kawiarniach, restauracjach i innych miejscach gwarantujących ochronę przed dalszym moknięciem. Mi deszcz na szczęście nie był w stanie w jakikolwiek negatywny sposób wpłynąć na samopoczucie - między innymi dlatego tak wygodnie patrzyło mi się w tej chwili na to chore od konieczności bogacenia się i zaimponowania sąsiadce luksusowymi wakacjami w Egipcie ,cyrkowe zbiorowisko. Kompletny brak szacunku do drugiego człowieka, gdy w grę wchodzi stawka większa niż ta jak dotąd osiągana. Czasami już nie wiem, co bardziej opłacalne - majątek, popularność, szacunek,... Za pieniądze można wiele kupić. Jednocześnie ludzie zaczynają cię wtedy szanować przez markowe ubrania, drogie kosmetyki. Pieniądze często dają także i władzę, przez co budzi się również i respekt. Szacunek do drugiej osoby jednak nie zawsze idzie w zgodzie z dużym majątkiem. Życie jest popieprzone, tyle w temacie.
W okolicy jestem od prawie dwóch tygodni. Zdążyłam już dobrze zapoznać się z częścią miasta zapuszczając w mało uczęszczane i często zaniedbane miejsca. Aktualnie zanim postanowię rozwinąć na nowo interes, muszę dowiedzieć się jak najwięcej. Wielu na moim miejscu starałoby się o wiele mniej i również mniej martwiło o te wszystkie pierdoły. Jednak dla mnie nie są to tylko pierdoły, a istotne elementy rzeczywistości mające wpływ na całokształt sytuacji. Dlatego właśnie zanim postawię jakikolwiek większy krok, muszę między innymi poznać okolicznych ludzi, znaleźć bezpieczne (dla pewnych działań) punkty w mieście, ogarnąć jak wygląda sytuacja konkurencji i z kim warto się tutaj zapoznać. Mój wzrok w końcu namierzył poszukiwany cel. Uśmiechnęłam się na widok ledwo znanej sobie brązowej czupryny, po czym przytuliłam się z dwójką poznanych parę dni temu osób. Imienia chłopaka dalej nie zapamiętałam, dlatego po prostu zwracałam się do niego po nazwisku. Natomiast imię dziewczyny było takie samo jak moje, łatwo więc zakodować je gdzieś w zakamarkach umysłu. Wyjęłam paczkę z kieszeni kurtki, wyciągnęłam z niej papierosa i potrząsnęłam lekko w ich stronę. Poczęstowali się ładnie, a ja w jakimś stopniu poczułam się jak dawniej. Rozszerzone źrenice i lekko drgające usta Natashy doskonale wskazywały na to, że dobrze trafiłam jeśli chodzi o towarzystwo. Wszystko zaczyna się na nowo, a ja już zdążyłam cholernie zatęsknić za tym, co było. Gdyby moi starzy przyjaciele zobaczyli mnie wśród nowych ludzi, poczuliby z pewnością w dużym stopniu zdradę. Jednak z drugiej strony na sto procent byliby również w stanie zrozumieć sytuację i wręcz konieczność nawiązania nowych kontaktów. To chyba zrozumiałe, że czuję się właśnie jak zdrajca, w dodatku chyba faktycznie nim będąc.
Nie siedzieliśmy długo. Wciąż czułam niedosyt po może dwóch godzinach spędzonych na śmiechu i wygłupianiu się. Potem rozeszliśmy się w zupełnie różne strony. Jestem zdecydowanie nieodpowiedzialną i odpowiedzialną jednocześnie osobą. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak uważnie przyglądałam się całemu światu. Z drugiej strony jednak, czy można nazwać osobą odpowiedzialną kogoś, kto popełnia błędy podobne do moich? W dodatku stale te same, a to chyba nie jest jakoś specjalnie dobry znak.
Zdawało mi się, że słyszę wszystkie odgłosy wokół siebie. Świat był wyraźny tylko w punkcie, na którym skupiałam wzrok - wszystko inne zdawało się samoistnie poruszać, falować; zupełnie, jakbym patrzyła przez szkło powiększające. Efekt był już i tak o wiele mniejszy. Teraz z mojej twarzy nie schodził szeroki uśmiech, wcześniej natomiast rozluźnienie szczęki było wręcz niemożliwe. Ból zębów pokaże się więc dopiero za maksymalnie godzinę. Płynnym i szybkim ruchem wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni spodni - dochodziła północ.
- Jutro chyba nie pójdę do szkoły - zaśmiałam się sama do siebie, chociaż czułam się tak, jakby to stwierdzenie słyszał cały świat i żył tylko nim. Nie pójdę do szkoły, nie pójdę do szkoły, nie pójdę do szkoły. Powtarzałam to w głowie w kółko niczym jakąś modlitwę. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że słyszę swój własny głos. No tak, zaczęłam faktycznie mówić. Ponownie się zaśmiałam z własnego zachowania. Wszystko wydawało się takie łatwe, nawet zamek drzwi wejściowych do mojego mieszkania ustąpił bez problemu, chociaż wcześniej przeważnie miałam z tym problemy. Ludzie na haju zyskują supermoce, jak widać.
Rano wypiłam dosłownie z litr wody. Z wczorajszego wieczoru i nocy nie pamiętałam praktycznie nic. Jedyne na co miałam na dzieję, to nie natknąć się na żadnego z sąsiadów. Nie przepadam za nimi szczerze mówiąc - chyba z wzajemnością. Zastanawiałam się tylko kiedy kogoś powiadomią o ciągłych hałasach na mieszkaniu. Dzisiejsza noc była pierwszą od czterech dni bez głośno puszczanej muzyki, która rozpoczynała się około dwudziestej, a kończyła grubo po północy. Mieszkanie co prawda nie jest jakieś cudowne; farba odchodząca ze ścian, materac na ziemi zamiast łóżka, nagie żarówki zwisające z sufitu zamiast lamp. Szczerze mówiąc, gdy dodałam tutaj moje gruchoty, zrobiło się dosyć klimatycznie. Mowa o ogromnej ilości roślin, świec oraz świeczek zapachowych, książkach, a nawet i szmacianych dywanach. To mieszkanie jest niezwykle tanie w spłacie, jednak fakt, że szafę na ubrania musiałam sobie załatwić sama, a jedno pomieszczenie było zupełnie puste, dosłownie zwalił mnie z nóg. Taka oferta jednak nie powtórzyłaby się szybko, więc z niej skorzystałam. Wcześniej wspomniane przeze mnie puste pomieszczenie teraz robiło jako moja pracownia. Oczywiście z tego powodu w oknie wisi ciężka zasłona, a drzwi są stale zamknięte na klucz - nawet gdy przebywam w środku. Pokój jest tak mały, że jego wielkość można by porównać do dwuosobowego łóżka. Siedząc przy biurku, jeśli odsunę zbytnio krzesło do tyłu, uderzę nim o zamknięte drzwi. Takie życie.
Ból głowy nadal nie ustępował. Zaczęłam nakładać pędzlem maseczkę z miodu, cynamonu i jogurtu naturalnego, rozkoszując się jej chłodem i przyjemną kremową konsystencją. Moja cera wręcz błagała o jakąkolwiek uwagę, dlatego postanowiłam poświęcić jej kwadrans i dać nieco odetchnąć. Sucha od nadmiaru alkoholu w ciągu ostatnich dni skóra była nieprzyjemnie napięta i dosłownie mogłam ujrzeć gołym okiem jej nieodpowiednie nawilżenie. Pukanie do drzwi wybiło mnie z rozpaczy nad moim wyglądem. Ktoś wybrał sobie dobrą porę - gdy ja, w maseczce, koszulce na ramiączkach i samych majtkach, stałam sobie pośrodku łazienki ubolewając nad moją twarzą. No, to będzie zabawne.
Pukanie zdążyło się odezwać ponownie, gdy ja zakładając szybko krótkie spodenki, podeszłam do drzwi, po czym otworzyłam je szybkim ruchem.
- Słucham? - odezwałam się pierwsza, opierając ramieniem o drewnianą framugę. Jej chłód wywołał dreszcze na moim ciele, ale nieznajoma mi osoba niespecjalnie zwróciła na to uwagę. Jej wzrok utkwił na mojej twarzy pokrytej gładko rozprowadzoną ciapą. Tak; ciapą.
- Przepraszam, to chyba nie to mieszkanie - nie byłam pewna, czy ta osoba powstrzymywała się od śmiechu, starała ukryć zdumienie, czy też w ogóle nie próbowała zatuszować swoich emocji. Głównie dlatego, że wzrok miałam chwilowo wbity w podłogę; drewno miało bardzo ciekawe wzory. Tak, to zdecydowanie mogło być przyczyną tego niedociągnięcia i nieuwagi.
- Nic się nie dzieje - odpowiedziałam. Jeszcze chwila i nie tylko moja skóra uschnie, ale i ja cała. Nagłe uderzenie pragnienia mogłoby zwalić mnie z nóg za kolejne parę minut. - Miłego dnia życzę w takim razie, cześć! - pożegnałam się, zamykając drzwi. Ciekawe, kogo taka osoba mogłaby szukać.
Po około dwudziestu minutach już schodziłam na dół, musiałam się dotlenić. Jeszcze nie będąc na zewnątrz w ustach trzymałam odpalonego papierosa. Zaciągnęłam się głęboko. No, i o wiele lepiej. Żeby otworzyć drzwi musiałam zużyć moją życiową siłę, która miała zostać mi na resztę tego dnia. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo gdyby to była faktycznie prawda, nie szłabym dalej w stronę parku już chyba piątą minutę. W końcu ukazały mi się ledwo znajome drzewa. Przeszłam na drugą stronę ulicy, jednocześnie wmasowując krem kakaowy w dłonie. Ku mojemu zdziwieniu na jednej z ławek ujrzałam tę samą tajemniczą osobę, która wcześniej obserwowała mnie w tej komicznej sytuacji. Bez wahania skierowałam się w jej kierunku. Gdy zostały mi może dwa metry, odezwałam się radośnie:
- I jak, właściwe mieszkanie odnalezione? - uśmiechnęłam się delikatnie, siadając w bezpiecznej odległości na tej samej ławce. Zasłoniłam nieco dłonią promienie słoneczne, które drażniły mnie bardziej niż kiedykolwiek.
Ktoś?
W okolicy jestem od prawie dwóch tygodni. Zdążyłam już dobrze zapoznać się z częścią miasta zapuszczając w mało uczęszczane i często zaniedbane miejsca. Aktualnie zanim postanowię rozwinąć na nowo interes, muszę dowiedzieć się jak najwięcej. Wielu na moim miejscu starałoby się o wiele mniej i również mniej martwiło o te wszystkie pierdoły. Jednak dla mnie nie są to tylko pierdoły, a istotne elementy rzeczywistości mające wpływ na całokształt sytuacji. Dlatego właśnie zanim postawię jakikolwiek większy krok, muszę między innymi poznać okolicznych ludzi, znaleźć bezpieczne (dla pewnych działań) punkty w mieście, ogarnąć jak wygląda sytuacja konkurencji i z kim warto się tutaj zapoznać. Mój wzrok w końcu namierzył poszukiwany cel. Uśmiechnęłam się na widok ledwo znanej sobie brązowej czupryny, po czym przytuliłam się z dwójką poznanych parę dni temu osób. Imienia chłopaka dalej nie zapamiętałam, dlatego po prostu zwracałam się do niego po nazwisku. Natomiast imię dziewczyny było takie samo jak moje, łatwo więc zakodować je gdzieś w zakamarkach umysłu. Wyjęłam paczkę z kieszeni kurtki, wyciągnęłam z niej papierosa i potrząsnęłam lekko w ich stronę. Poczęstowali się ładnie, a ja w jakimś stopniu poczułam się jak dawniej. Rozszerzone źrenice i lekko drgające usta Natashy doskonale wskazywały na to, że dobrze trafiłam jeśli chodzi o towarzystwo. Wszystko zaczyna się na nowo, a ja już zdążyłam cholernie zatęsknić za tym, co było. Gdyby moi starzy przyjaciele zobaczyli mnie wśród nowych ludzi, poczuliby z pewnością w dużym stopniu zdradę. Jednak z drugiej strony na sto procent byliby również w stanie zrozumieć sytuację i wręcz konieczność nawiązania nowych kontaktów. To chyba zrozumiałe, że czuję się właśnie jak zdrajca, w dodatku chyba faktycznie nim będąc.
Nie siedzieliśmy długo. Wciąż czułam niedosyt po może dwóch godzinach spędzonych na śmiechu i wygłupianiu się. Potem rozeszliśmy się w zupełnie różne strony. Jestem zdecydowanie nieodpowiedzialną i odpowiedzialną jednocześnie osobą. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak uważnie przyglądałam się całemu światu. Z drugiej strony jednak, czy można nazwać osobą odpowiedzialną kogoś, kto popełnia błędy podobne do moich? W dodatku stale te same, a to chyba nie jest jakoś specjalnie dobry znak.
Zdawało mi się, że słyszę wszystkie odgłosy wokół siebie. Świat był wyraźny tylko w punkcie, na którym skupiałam wzrok - wszystko inne zdawało się samoistnie poruszać, falować; zupełnie, jakbym patrzyła przez szkło powiększające. Efekt był już i tak o wiele mniejszy. Teraz z mojej twarzy nie schodził szeroki uśmiech, wcześniej natomiast rozluźnienie szczęki było wręcz niemożliwe. Ból zębów pokaże się więc dopiero za maksymalnie godzinę. Płynnym i szybkim ruchem wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni spodni - dochodziła północ.
- Jutro chyba nie pójdę do szkoły - zaśmiałam się sama do siebie, chociaż czułam się tak, jakby to stwierdzenie słyszał cały świat i żył tylko nim. Nie pójdę do szkoły, nie pójdę do szkoły, nie pójdę do szkoły. Powtarzałam to w głowie w kółko niczym jakąś modlitwę. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że słyszę swój własny głos. No tak, zaczęłam faktycznie mówić. Ponownie się zaśmiałam z własnego zachowania. Wszystko wydawało się takie łatwe, nawet zamek drzwi wejściowych do mojego mieszkania ustąpił bez problemu, chociaż wcześniej przeważnie miałam z tym problemy. Ludzie na haju zyskują supermoce, jak widać.
Rano wypiłam dosłownie z litr wody. Z wczorajszego wieczoru i nocy nie pamiętałam praktycznie nic. Jedyne na co miałam na dzieję, to nie natknąć się na żadnego z sąsiadów. Nie przepadam za nimi szczerze mówiąc - chyba z wzajemnością. Zastanawiałam się tylko kiedy kogoś powiadomią o ciągłych hałasach na mieszkaniu. Dzisiejsza noc była pierwszą od czterech dni bez głośno puszczanej muzyki, która rozpoczynała się około dwudziestej, a kończyła grubo po północy. Mieszkanie co prawda nie jest jakieś cudowne; farba odchodząca ze ścian, materac na ziemi zamiast łóżka, nagie żarówki zwisające z sufitu zamiast lamp. Szczerze mówiąc, gdy dodałam tutaj moje gruchoty, zrobiło się dosyć klimatycznie. Mowa o ogromnej ilości roślin, świec oraz świeczek zapachowych, książkach, a nawet i szmacianych dywanach. To mieszkanie jest niezwykle tanie w spłacie, jednak fakt, że szafę na ubrania musiałam sobie załatwić sama, a jedno pomieszczenie było zupełnie puste, dosłownie zwalił mnie z nóg. Taka oferta jednak nie powtórzyłaby się szybko, więc z niej skorzystałam. Wcześniej wspomniane przeze mnie puste pomieszczenie teraz robiło jako moja pracownia. Oczywiście z tego powodu w oknie wisi ciężka zasłona, a drzwi są stale zamknięte na klucz - nawet gdy przebywam w środku. Pokój jest tak mały, że jego wielkość można by porównać do dwuosobowego łóżka. Siedząc przy biurku, jeśli odsunę zbytnio krzesło do tyłu, uderzę nim o zamknięte drzwi. Takie życie.
Ból głowy nadal nie ustępował. Zaczęłam nakładać pędzlem maseczkę z miodu, cynamonu i jogurtu naturalnego, rozkoszując się jej chłodem i przyjemną kremową konsystencją. Moja cera wręcz błagała o jakąkolwiek uwagę, dlatego postanowiłam poświęcić jej kwadrans i dać nieco odetchnąć. Sucha od nadmiaru alkoholu w ciągu ostatnich dni skóra była nieprzyjemnie napięta i dosłownie mogłam ujrzeć gołym okiem jej nieodpowiednie nawilżenie. Pukanie do drzwi wybiło mnie z rozpaczy nad moim wyglądem. Ktoś wybrał sobie dobrą porę - gdy ja, w maseczce, koszulce na ramiączkach i samych majtkach, stałam sobie pośrodku łazienki ubolewając nad moją twarzą. No, to będzie zabawne.
Pukanie zdążyło się odezwać ponownie, gdy ja zakładając szybko krótkie spodenki, podeszłam do drzwi, po czym otworzyłam je szybkim ruchem.
- Słucham? - odezwałam się pierwsza, opierając ramieniem o drewnianą framugę. Jej chłód wywołał dreszcze na moim ciele, ale nieznajoma mi osoba niespecjalnie zwróciła na to uwagę. Jej wzrok utkwił na mojej twarzy pokrytej gładko rozprowadzoną ciapą. Tak; ciapą.
- Przepraszam, to chyba nie to mieszkanie - nie byłam pewna, czy ta osoba powstrzymywała się od śmiechu, starała ukryć zdumienie, czy też w ogóle nie próbowała zatuszować swoich emocji. Głównie dlatego, że wzrok miałam chwilowo wbity w podłogę; drewno miało bardzo ciekawe wzory. Tak, to zdecydowanie mogło być przyczyną tego niedociągnięcia i nieuwagi.
- Nic się nie dzieje - odpowiedziałam. Jeszcze chwila i nie tylko moja skóra uschnie, ale i ja cała. Nagłe uderzenie pragnienia mogłoby zwalić mnie z nóg za kolejne parę minut. - Miłego dnia życzę w takim razie, cześć! - pożegnałam się, zamykając drzwi. Ciekawe, kogo taka osoba mogłaby szukać.
Po około dwudziestu minutach już schodziłam na dół, musiałam się dotlenić. Jeszcze nie będąc na zewnątrz w ustach trzymałam odpalonego papierosa. Zaciągnęłam się głęboko. No, i o wiele lepiej. Żeby otworzyć drzwi musiałam zużyć moją życiową siłę, która miała zostać mi na resztę tego dnia. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo gdyby to była faktycznie prawda, nie szłabym dalej w stronę parku już chyba piątą minutę. W końcu ukazały mi się ledwo znajome drzewa. Przeszłam na drugą stronę ulicy, jednocześnie wmasowując krem kakaowy w dłonie. Ku mojemu zdziwieniu na jednej z ławek ujrzałam tę samą tajemniczą osobę, która wcześniej obserwowała mnie w tej komicznej sytuacji. Bez wahania skierowałam się w jej kierunku. Gdy zostały mi może dwa metry, odezwałam się radośnie:
- I jak, właściwe mieszkanie odnalezione? - uśmiechnęłam się delikatnie, siadając w bezpiecznej odległości na tej samej ławce. Zasłoniłam nieco dłonią promienie słoneczne, które drażniły mnie bardziej niż kiedykolwiek.
Ktoś?
25.12.2019
Od Elizabeth
- Znowu nucisz - z zamyślenia wyrwał mnie szorstki głos Aleksjeja. Przysunął się do mnie na klubowej kanapie, zdecydowanie bliżej, niżbym sobie tego życzyła. Ale nie skomentowałam tego, choć widziałam, jak Tommy patrzy krzywo na mojego byłego znad zerowanego właśnie drinka. Choć mogła to być czysta. Nigdy nie nadążam, co on w siebie wlewa na imprezach, tak niekontrolowane to były mieszanki.
Nie żebym ja robiła inaczej.
- Odruchowo - mruknęłam w odpowiedzi na uwagę mężczyzny. Przerwałam miarowe stukanie paznokciami w swoją szklankę, by złapać ją i, uniosłszy szkło do ust, dopić drinka, który się w niej znajdował. Nie pamiętałam już, co zawierał. Nie obchodziło mnie to.
- Podoba mi się to - usłyszałam w jego tonie uśmiech. A zaraz potem poczułam jego oddech na uchu.
Otworzyłam szeroko oczy, zamierając ze szklanką przy ustach. Nim Aleks zdążył zrobić coś jeszcze, złapałam kontakt wzrokowy z Tommym, który, widząc rodzące się na mojej twarzy przerażenie, momentalnie porzucił butelkę, z której polewał znajomym. Wstał na tyle szybko, na ile pozwalał mu jego stan upojenia alkoholem i, chwiejąc się lekko, wyciągnął do mnie dłoń w zapraszającym geście.
- Zatańczmy, to mój ulubiony kawałek - wybełkotał, udając bardziej pijanego, niż był w rzeczywistości, by zapraszanie mnie do tańca w obecności Aleksjeja uszło mu płazem. Pomógł mi wstać i stosunkowo szybko odciągnął od reszty towarzystwa, by zniknąć w gąszczu ludzi tańczących na parkiecie. Odetchnęłam z ulgą, że udało mi się uniknąć konfrontacji.
- Nie musisz się na to godzić, Lizzie - Tommy złapał mnie za ramiona, przyciągając do siebie i zbliżając usta do mojego ucha, żebym mogła go usłyszeć. - Nie jesteś mu nic winna.
Nie odpowiedziałam, zamiast tego oparłam czoło na jego ramieniu. Cholernie kręciło mi się w głowie, a ustanie na wysokich obcasach stawało się coraz trudniejsze. Zamknęłam na chwilę oczy, skupiając się na dudniącej w uszach muzyce i poczuciu stabilności, jaka biła od bruneta.
- Zadzwonię po Aarona - mruknął mężczyzna po chwili. Natychmiast się wyprostowałam, z zamiarem odepchnięcia go od siebie, ale gwałtowne podniesienie głowy spowodowało utratę równowagi. Musiałam oprzeć się całym ciężarem ciała na chłopaku, żeby nie upaść.
- Nie ma... potrzeby - mruknęłam, jeszcze raz podejmując próbę stanięcia prosto. - Nie jestem dzie... dzieckiem - zmrużyłam oczy, próbując złapać ostrość widzenia, bo nagle twarz przyjaciela mi się rozmyła.
- To ja cię odwiozę - nie dawał za wygraną. - Nie wrócisz sama do domu.
- Nie będę jeszcze nigdzie wracała - warknęłam.
- Ledwo się trzymasz na nogach...
- Nic mi nie jest!
Z mojego gardła wydobyło się głuche, zwierzęce warczenie. Tommy zamarł. Szybko rozejrzał się dookoła, jakby slrawdzał, czy nikt tego nie usłyszał. Choć było to niemożliwe przy tym natężeniu dźwięków, jakie panowało w klubie.
- Słuchaj, naprawdę nie chcę wyprowadzać stąd zaraz wilka. A jeszcze trochę w siebie wpakujesz i nie będziesz w stanie nad sobą zapanować - widziałam, jak jego wzrok powędrował w stronę stolika, przy którym siedziała nasza ekipa. - Wytłumaczę cię jakoś. Ale, proszę, wsiądź w taksówkę i wracaj do domu.
Gdy zobaczył, że błądzę wzrokiem dookoła, nie skupiając się na nim zupełnie, ścisnął moje ramię. Syknęłam z bólu, ale podziałało. Wbiłam nieprzytomne spojrzenie w przyjaciela.
- Nie zadzwonię do Aarona, jeśli nie chcesz, ale, proszę, wracaj do domu.
Skinęłam powoli głową, nagle uznając, że to w sumie dobry pomysł. Szczególnie, jak pomyślałam, że jeśli zostanę tu jeszcze trochę, będę musiała znowu usiąść koło Aleksjeja i dalej znosić jego towarzystwo. I obłapianie mnie.
Tommy odprowadził mnie do wyjścia, szepnął coś napakowanemu gościowi, który pilnował wejścia do klubu. Sądząc po minach i ich spojrzeniach skierowanych w moją stronę, kazał mu mieć mnie na oku, dopóki nie przyjedzie taksówka. Po czym mój "ochroniarz" cmoknął mnie szybko w policzek na pożegnanie i z powrotem zniknął w środku.
Natychmiast ruszyłam chodnikiem przed siebie. Usłyszałam za sobą krzyk bramkarza, który wołał, żebym się zatrzymała. Odpowiedziałam mu uniesieniem środkowego palca ponad ramieniem. Nie ruszył za mną.
~•~
Zaledwie brzecznicę dalej doszłam do wniosku, że spacer to był jednak zły pomysł. Było zimno, na ulicach zalegał śnieg... a ja już od jakiegoś czasu szłam boso, buty trzymając w ręku, bo uznałam, że w moim stanie w szpilkach się zaraz wyjebię. Do tego zdałam sobie sprawę, że, wychodząc w pośpiechu, zapomniałam zabrać komórkę, nie miałam więc jak się z nikim skontaktować, żeby jednak po mnie przyjechał. Plus coraz mniej łączyłam fakty, o orientacji w przestrzeni nie wspominając, i już po chwili nie wiedziałam nawet, gdzie się znajduję.
A na podsumowanie tego wspaniałego wieczoru, czy też już późnej nocy, zaczęło mi się robić niedobrze.
W którymś momencie, zbyt zajęta pilnowaniem, by iść w miarę prosto, żeby zwracać uwagę na otoczenie, wpadłam na kogoś. Zderzenie było tak gwałtowne, że wręcz odbiłam się od czyjejś twardej klatki piersiowej i gdyby nie silna ręka, która zacisnęła się na moim ramieniu pomagając odzyskać równowagę, upadłabym tracąc resztki godności, jaka mi pozostała.
Zanim zdążyłam przeprosić, podziękować czy wydrzeć się na nieznajomego za niepatrzenie, jak łazi - nie miałam okazji zdecydować, która reakcja była najbardziej odpowiednia w tamtej sytuacji - mój żołądek się w końcu ostatecznie zbuntował.
Przeszedł mnie nikontrolowany spazm, zgięłam się niemal wpół i zwymiotowałam prosto na buty nieznajomego.
Ktoś coś?
Lizzie z góry przeprasza za buty XD
Nie żebym ja robiła inaczej.
- Odruchowo - mruknęłam w odpowiedzi na uwagę mężczyzny. Przerwałam miarowe stukanie paznokciami w swoją szklankę, by złapać ją i, uniosłszy szkło do ust, dopić drinka, który się w niej znajdował. Nie pamiętałam już, co zawierał. Nie obchodziło mnie to.
- Podoba mi się to - usłyszałam w jego tonie uśmiech. A zaraz potem poczułam jego oddech na uchu.
Otworzyłam szeroko oczy, zamierając ze szklanką przy ustach. Nim Aleks zdążył zrobić coś jeszcze, złapałam kontakt wzrokowy z Tommym, który, widząc rodzące się na mojej twarzy przerażenie, momentalnie porzucił butelkę, z której polewał znajomym. Wstał na tyle szybko, na ile pozwalał mu jego stan upojenia alkoholem i, chwiejąc się lekko, wyciągnął do mnie dłoń w zapraszającym geście.
- Zatańczmy, to mój ulubiony kawałek - wybełkotał, udając bardziej pijanego, niż był w rzeczywistości, by zapraszanie mnie do tańca w obecności Aleksjeja uszło mu płazem. Pomógł mi wstać i stosunkowo szybko odciągnął od reszty towarzystwa, by zniknąć w gąszczu ludzi tańczących na parkiecie. Odetchnęłam z ulgą, że udało mi się uniknąć konfrontacji.
- Nie musisz się na to godzić, Lizzie - Tommy złapał mnie za ramiona, przyciągając do siebie i zbliżając usta do mojego ucha, żebym mogła go usłyszeć. - Nie jesteś mu nic winna.
Nie odpowiedziałam, zamiast tego oparłam czoło na jego ramieniu. Cholernie kręciło mi się w głowie, a ustanie na wysokich obcasach stawało się coraz trudniejsze. Zamknęłam na chwilę oczy, skupiając się na dudniącej w uszach muzyce i poczuciu stabilności, jaka biła od bruneta.
- Zadzwonię po Aarona - mruknął mężczyzna po chwili. Natychmiast się wyprostowałam, z zamiarem odepchnięcia go od siebie, ale gwałtowne podniesienie głowy spowodowało utratę równowagi. Musiałam oprzeć się całym ciężarem ciała na chłopaku, żeby nie upaść.
- Nie ma... potrzeby - mruknęłam, jeszcze raz podejmując próbę stanięcia prosto. - Nie jestem dzie... dzieckiem - zmrużyłam oczy, próbując złapać ostrość widzenia, bo nagle twarz przyjaciela mi się rozmyła.
- To ja cię odwiozę - nie dawał za wygraną. - Nie wrócisz sama do domu.
- Nie będę jeszcze nigdzie wracała - warknęłam.
- Ledwo się trzymasz na nogach...
- Nic mi nie jest!
Z mojego gardła wydobyło się głuche, zwierzęce warczenie. Tommy zamarł. Szybko rozejrzał się dookoła, jakby slrawdzał, czy nikt tego nie usłyszał. Choć było to niemożliwe przy tym natężeniu dźwięków, jakie panowało w klubie.
- Słuchaj, naprawdę nie chcę wyprowadzać stąd zaraz wilka. A jeszcze trochę w siebie wpakujesz i nie będziesz w stanie nad sobą zapanować - widziałam, jak jego wzrok powędrował w stronę stolika, przy którym siedziała nasza ekipa. - Wytłumaczę cię jakoś. Ale, proszę, wsiądź w taksówkę i wracaj do domu.
Gdy zobaczył, że błądzę wzrokiem dookoła, nie skupiając się na nim zupełnie, ścisnął moje ramię. Syknęłam z bólu, ale podziałało. Wbiłam nieprzytomne spojrzenie w przyjaciela.
- Nie zadzwonię do Aarona, jeśli nie chcesz, ale, proszę, wracaj do domu.
Skinęłam powoli głową, nagle uznając, że to w sumie dobry pomysł. Szczególnie, jak pomyślałam, że jeśli zostanę tu jeszcze trochę, będę musiała znowu usiąść koło Aleksjeja i dalej znosić jego towarzystwo. I obłapianie mnie.
Tommy odprowadził mnie do wyjścia, szepnął coś napakowanemu gościowi, który pilnował wejścia do klubu. Sądząc po minach i ich spojrzeniach skierowanych w moją stronę, kazał mu mieć mnie na oku, dopóki nie przyjedzie taksówka. Po czym mój "ochroniarz" cmoknął mnie szybko w policzek na pożegnanie i z powrotem zniknął w środku.
Natychmiast ruszyłam chodnikiem przed siebie. Usłyszałam za sobą krzyk bramkarza, który wołał, żebym się zatrzymała. Odpowiedziałam mu uniesieniem środkowego palca ponad ramieniem. Nie ruszył za mną.
~•~
Zaledwie brzecznicę dalej doszłam do wniosku, że spacer to był jednak zły pomysł. Było zimno, na ulicach zalegał śnieg... a ja już od jakiegoś czasu szłam boso, buty trzymając w ręku, bo uznałam, że w moim stanie w szpilkach się zaraz wyjebię. Do tego zdałam sobie sprawę, że, wychodząc w pośpiechu, zapomniałam zabrać komórkę, nie miałam więc jak się z nikim skontaktować, żeby jednak po mnie przyjechał. Plus coraz mniej łączyłam fakty, o orientacji w przestrzeni nie wspominając, i już po chwili nie wiedziałam nawet, gdzie się znajduję.
A na podsumowanie tego wspaniałego wieczoru, czy też już późnej nocy, zaczęło mi się robić niedobrze.
W którymś momencie, zbyt zajęta pilnowaniem, by iść w miarę prosto, żeby zwracać uwagę na otoczenie, wpadłam na kogoś. Zderzenie było tak gwałtowne, że wręcz odbiłam się od czyjejś twardej klatki piersiowej i gdyby nie silna ręka, która zacisnęła się na moim ramieniu pomagając odzyskać równowagę, upadłabym tracąc resztki godności, jaka mi pozostała.
Zanim zdążyłam przeprosić, podziękować czy wydrzeć się na nieznajomego za niepatrzenie, jak łazi - nie miałam okazji zdecydować, która reakcja była najbardziej odpowiednia w tamtej sytuacji - mój żołądek się w końcu ostatecznie zbuntował.
Przeszedł mnie nikontrolowany spazm, zgięłam się niemal wpół i zwymiotowałam prosto na buty nieznajomego.
Ktoś coś?
Lizzie z góry przeprasza za buty XD
20.09.2019
Od Irene
Chłód przenikał jej ciało, kiedy to siedziała na przystanku autobusowym i ściskała w ręku niewielki plecak. Zaciskała palce na jego materiale, starając się choć trochę rozgrzać. Wychylała się co jakiś czas do przodu, wypatrując transportu publicznego. Zazwyczaj nie miała takich problemów, ponieważ z reguły podróżowała rowerem. Schronisko znajdowało się jednak trochę dalej, toteż dzisiaj zdecydowała się na inną metodę podróży. Teraz jej zdanie uległo zmianie. Środek komunikacji spóźniał się już dobre kilkanaście minut, a ona poważnie rozważała możliwość wycofania się do domu. W końcu jednak na przystanek zajechało srebrne auto, marki Skoda. Irene nie interesowała się samochodami, więc nie była w stanie określić modelu. Dla niej najważniejszym faktem był kierowca. Drzwi pojazdu otworzyły się.
- Dokąd jedziesz? Podwieźć cię? - zagadnął w jej stronę znajomy, damski głos. Na twarz rudowłosej niekontrolowanie wpłynął lekki uśmiech. Poderwała się z publicznej ławki i wciąż mocno zaciskając palce na plecaku, zbliżyła się. Bez wahania wsiadła na miejsce pasażera, zamykając za sobą szczelnie drzwi. Spojrzała na znajomą z nieukrywaną euforią.
- Nie udzieliłaś mi odpowiedzi. Skąd wiesz, że nie jadę w przeciwną stronę, niż ty chcesz? - spytała.
- Nie wiem, Lucy - odparła - Przeczucie. Próbuje się dostać do schroniska - dodała, sięgając ręką po pas. Zwinnym ruchem pociągnęła za niego i ubezpieczyła swoją podróż. Silnik wciąż warkotał, gdy opony zakręciły się, a auto ruszyło do przodu.
- Cóż, skręcam co prawda przy urzędzie, ale stamtąd droga minie ci szybko - stwierdziła. Irene tylko skinęła głową, bawiąc się zamkiem swej torby. Dziękowała Bogu za włączone ocieplanie, dzięki czemu miała okazję się rozgrzać. W pewnym momencie wbiła spojrzenie w przyjaciółkę, będącą jednocześnie narzeczoną jednego z jej braci. Jeden z kosmyków brązowego puklu włosów wypadł z niestarannego koka i wpadał kierowcy na nos. Kobieta dmuchnęła, po czym odgarnęła go za ucho. Przycisnęła stopą hamulec, uprzednio zjeżdżając na pobocze.
- Należy się 100 dolarów - mruknęła, figlarnie spoglądając na dziewczynę. Ta lekko przekręciła oczami i oparła palce na klamce.
- Za przewóz takiej osobistości jak ja, płaci się mnie samej - mówiąc to puściła z uchwytu plecak i przejechała dłonią po oparciu fotela - Będziesz się mogła chwalić, że woziłaś samą Irene Harvey.
- Z pewnością z tego wyżyje - parsknęła i machnęła ręką na pożegnanie, kiedy rudowłosa opuszczała samochód. - Raczej nie spotkamy się w drodze powrotnej, gdyż twój brat zabiera mnie od razu po pracy do wykwintnej restauracji - puściła jej oczko.
- Niesamowite, że znalazł dla ciebie czas wśród tego nadmiaru pracy i chęci pomagania każdemu człowiekowi - odparła znudzona - To pa i dzięki - mruknęła, zamykając za sobą drzwi. Zarzuciła plecak na właściwe miejsce i korzystając z uroku miasta, ruszyła wolnym krokiem w kierunku schroniska.
- Dokąd jedziesz? Podwieźć cię? - zagadnął w jej stronę znajomy, damski głos. Na twarz rudowłosej niekontrolowanie wpłynął lekki uśmiech. Poderwała się z publicznej ławki i wciąż mocno zaciskając palce na plecaku, zbliżyła się. Bez wahania wsiadła na miejsce pasażera, zamykając za sobą szczelnie drzwi. Spojrzała na znajomą z nieukrywaną euforią.
- Nie udzieliłaś mi odpowiedzi. Skąd wiesz, że nie jadę w przeciwną stronę, niż ty chcesz? - spytała.
- Nie wiem, Lucy - odparła - Przeczucie. Próbuje się dostać do schroniska - dodała, sięgając ręką po pas. Zwinnym ruchem pociągnęła za niego i ubezpieczyła swoją podróż. Silnik wciąż warkotał, gdy opony zakręciły się, a auto ruszyło do przodu.
- Cóż, skręcam co prawda przy urzędzie, ale stamtąd droga minie ci szybko - stwierdziła. Irene tylko skinęła głową, bawiąc się zamkiem swej torby. Dziękowała Bogu za włączone ocieplanie, dzięki czemu miała okazję się rozgrzać. W pewnym momencie wbiła spojrzenie w przyjaciółkę, będącą jednocześnie narzeczoną jednego z jej braci. Jeden z kosmyków brązowego puklu włosów wypadł z niestarannego koka i wpadał kierowcy na nos. Kobieta dmuchnęła, po czym odgarnęła go za ucho. Przycisnęła stopą hamulec, uprzednio zjeżdżając na pobocze.
- Należy się 100 dolarów - mruknęła, figlarnie spoglądając na dziewczynę. Ta lekko przekręciła oczami i oparła palce na klamce.
- Za przewóz takiej osobistości jak ja, płaci się mnie samej - mówiąc to puściła z uchwytu plecak i przejechała dłonią po oparciu fotela - Będziesz się mogła chwalić, że woziłaś samą Irene Harvey.
- Z pewnością z tego wyżyje - parsknęła i machnęła ręką na pożegnanie, kiedy rudowłosa opuszczała samochód. - Raczej nie spotkamy się w drodze powrotnej, gdyż twój brat zabiera mnie od razu po pracy do wykwintnej restauracji - puściła jej oczko.
- Niesamowite, że znalazł dla ciebie czas wśród tego nadmiaru pracy i chęci pomagania każdemu człowiekowi - odparła znudzona - To pa i dzięki - mruknęła, zamykając za sobą drzwi. Zarzuciła plecak na właściwe miejsce i korzystając z uroku miasta, ruszyła wolnym krokiem w kierunku schroniska.
******
Po skończonych godzinach wolontariatu, znów miała okazję siedzieć na zimnej ławce i wypatrywać autobusu. Sytuacja była podobna do wcześniejszej, tyle, że tym razem nikt po nią nie podjechał. Na dodatek pachniała... ciekawie. Próba wykąpania jednego psa szamponem nie należała do sukcesywnych. Cała woda o zapachu aloesu wylądowała na jej koszulce. Chodź po długim dniu szło się przyzwyczaić, ludzie w jej towarzystwie z zainteresowaniem wciągali powietrze nosem. A gdy odszukiwali źródło woni, natrafiali na niepełnoletnią dziewczynę. Rudowłosa miała dość ich spojrzeń, więc cały czas trzymała się ubocza. Gdy na przystanku w końcu zjawił się autobus, zdała sobie sprawę, że miała kupić w sklepie kilka rzeczy. Zirytowana skierowała się w stronę najbliższego marketu. Powrzucała do koszyka potrzebne przedmioty. Na koniec udała się na dział z podpaskami. Akurat najczęściej kupowane przez nią, znajdowały się na wyższej półce. Dosięgnęła je, ale przy okazji strąciła całą resztę, która hurtem wpadła do koszyka osoby obok niej. Irene zastygła w bezruchu, z mocno zaciskającą się na paczuszce ręką.
- Um... przepraszam? - nie była pewna, czy w ogóle powinna się odzywać. Czuła lekkie zawstydzenie zmieszane z zażenowaniem.
Ktoś? Jakaś dobra duszyczka odpisze?
- Um... przepraszam? - nie była pewna, czy w ogóle powinna się odzywać. Czuła lekkie zawstydzenie zmieszane z zażenowaniem.
Ktoś? Jakaś dobra duszyczka odpisze?
9.09.2019
Od Harry'ego
Dziś był dla mnie ważny dzień. Wystąpienie w talk-show, występ na samym końcu z piosenką i mój koń miał ważny wyścig. Chciałem jak najszybciej nagrać ten odcinek, żeby zdążyć na wyścig, który jest na torze Belmont Park w Elmont, New York. Jest to gonitwa z cyklu Belmont Stakes i ostatnia, która wchodzi w skład Triple Crown. Muszę tam być. Poprzednie dwie gonitwy Pyrrus wygrał.
Prosto z planu pojechałem na lotnisko, gdzie czekał prywatny odrzutowiec, którego wynająłem. Nie miałem czasu, na to, żeby lecieć normalnymi liniami lotniczymi. Chyba jeszcze nigdy się tak nie spieszyłem. Szkoda, że nie mogłem użyć swojej wampirzej szybkości, ale nikt nie może się dowiedzieć, kim naprawdę jestem.
Po przejściu kontroli nareszcie byłem na pokładzie. W czasie lotu przebrałem się w inne ubrania.
Prosto z lotniska pojechałem na tor wynajętą limuzyną. Nie miałem czasu wstępować do hotelu.
Po dotarciu na tor udałem się prosto do Pyrrusa, który był już gotowy do wyścigu.
- No stary, to twój wielki dzień. - Położyłem dłoń na jego głowie. - Wygrasz to, wierzę w Ciebie.
- Witam Pana. - Usłyszałem za sobą głos Kevina, dżokeja Pyrrusa.
- Cześć Kevin. - Obróciłem się w jego stronę. - Daj dziś z siebie wszystko.
- Jak zawsze. - Uśmiechnął się.
Pożegnałem się z nim i udałem się do loży dla właścicieli koni.
Wyścig rozpoczął się po pół godziny. Pyrrus prowadził od samego początku i to się nie zmieniło. Wygrał ze znaczną przewagą. Oczywiście odbyła się dekoracja, a następnie świętowanie do samego rana.
Jednak koniec tego dobrego. Trzeba wracać do domu i do obowiązków.
Do Seattle również wróciłem odrzutowcem. Teraz już się tak nie spieszyłem.
Jadąc z lotniska do domu, cały czas myślałem o wyścigu. To było coś pięknego.
Miałem jechać prosto do domu, ale wstąpiłem jeszcze do parku. Chciałem sobie trochę spokojnie pospacerować. To jednak nie było mi dane, bo prawie od razu ktoś na mnie wpadł.
- Patrz, jak chodzisz! - Warknąłem wściekły.
Ktoś?
Prosto z planu pojechałem na lotnisko, gdzie czekał prywatny odrzutowiec, którego wynająłem. Nie miałem czasu, na to, żeby lecieć normalnymi liniami lotniczymi. Chyba jeszcze nigdy się tak nie spieszyłem. Szkoda, że nie mogłem użyć swojej wampirzej szybkości, ale nikt nie może się dowiedzieć, kim naprawdę jestem.
Po przejściu kontroli nareszcie byłem na pokładzie. W czasie lotu przebrałem się w inne ubrania.
Prosto z lotniska pojechałem na tor wynajętą limuzyną. Nie miałem czasu wstępować do hotelu.
Po dotarciu na tor udałem się prosto do Pyrrusa, który był już gotowy do wyścigu.
- No stary, to twój wielki dzień. - Położyłem dłoń na jego głowie. - Wygrasz to, wierzę w Ciebie.
- Witam Pana. - Usłyszałem za sobą głos Kevina, dżokeja Pyrrusa.
- Cześć Kevin. - Obróciłem się w jego stronę. - Daj dziś z siebie wszystko.
- Jak zawsze. - Uśmiechnął się.
Pożegnałem się z nim i udałem się do loży dla właścicieli koni.
Wyścig rozpoczął się po pół godziny. Pyrrus prowadził od samego początku i to się nie zmieniło. Wygrał ze znaczną przewagą. Oczywiście odbyła się dekoracja, a następnie świętowanie do samego rana.
Jednak koniec tego dobrego. Trzeba wracać do domu i do obowiązków.
Do Seattle również wróciłem odrzutowcem. Teraz już się tak nie spieszyłem.
Jadąc z lotniska do domu, cały czas myślałem o wyścigu. To było coś pięknego.
Miałem jechać prosto do domu, ale wstąpiłem jeszcze do parku. Chciałem sobie trochę spokojnie pospacerować. To jednak nie było mi dane, bo prawie od razu ktoś na mnie wpadł.
- Patrz, jak chodzisz! - Warknąłem wściekły.
19.08.2019
Od Larissy
Stanęłam przed drzwiami własnego mieszkania, gorączkowo szukając kluczy po kieszeniach.
Szlak, musiałam zostawić je w antykwariacie. Byłam tak zmęczona sprzątaniem nowo wynajętego lokalu przez całą noc. Rozpakowywaniem tych wszystkich pudeł. Trzeba było zrobić to jak najszybciej im dłużej antykwariat był zamknięty, tym większe miałam straty. Chociaż nie sądziłam, aby tutaj mój interes cieszył się dużą popularnością.
Nie cierpię przeprowadzek, ale przecież zwierzchników wcale to nie interesuje. Tylko żądają i oczekują natychmiastowej reakcji.
Wróciłam do domu najszybszym i najlepszym sposobem. Tylko nie przemyślałam jednej rzeczy, że wszystkie materialne przedmioty zostają tam, gdzie zrzucam powłokę w tym przypadku na zapleczu antykwariatu.
Często o tym wszystkim zapominam, przez co już parę razy zgubiłam portfel, klucze czy telefon. Muszę być bardziej uważna.
Zapukałam cicho do drzwi mając nadzieję, że ciekawość mojej współlokatorki zwycięży. Jednak przez długi czas nic się nie działo.
Rozejrzałam się dookoła by upewnić się, że na korytarzu jestem sama. Jednak co chwila ktoś się kręcił. Słyszałam zamykane i otwierane drzwi. Nie mogłam ryzykować. Miałam już ruszyć z powrotem do antykwariatu, kiedy przez drzwi wyjrzała przezroczysta główka z długimi loczkami.
- czemu pukasz? - spytała zaskoczona - znów zgubiłaś klucze?
Jak ona dobrze mnie znała. Chociaż po tylu latach wspólnego mieszkania.
- Vaness - zaczęłam szeptem, by nikt nie zwrócił uwagi, że rozmawiam z drzwiami - duszko otwórz proszę drzwi
- są otwarte - odparła chowając się do mieszkania.
Złapałam za klamkę, która faktycznie nie stawiała oporu. Jak mogłam nie zamknąć mieszkania?
Weszłam do środka zrzucając buty. Jedynie, o czym marzyłam to ciepłej kąpieli, gorącej kawie i łóżku.
- Vaness... - zaczęłam wchodząc do pokoju. I stanęłam jak wmurowana. Wszystko z szafek porozrzucane było po podłodze. Meble po przesuwane, nocna szafka połamana leżała na samym środku. A Vanesska siedziała jakby nic na fotelu i patrzyła tępo w wyłączony telewizor. - myślałam, że już to przerobiliśmy - westchnęłam cicho. Naprawdę starałam się by dziewczynka czuła się dobrze. Więc robiłam wszystko by moja mała, niematerialna przyjaciółka się nie nudziła pod moją nieobecność. Ściągałam filmy, które lubiła, włączałam audiobooki.
Był czas, kiedy myślałam, że doszyłyśmy do porozumienia. Najwidoczniej nie da się zmienić poltergeista.
- to nie ja - odparła dziewczynka - ktoś tu był, szukał czegoś
- chcesz powiedzieć, że ktoś włamał się do mieszkania - krzyknęłam. Zupełnie z innej strony spojrzałam na cały bałagan. - gdzie mój telefon - mruknęłam przeszukując kieszenie. - cholera
Biegiem wybiegłam z mieszkania i zapukałam do sąsiadki i właścicielki mieszkania. Po chaotycznych wyjaśnieniach pozwoliła mi skorzystać z telefonu i wraz ze mną wróciła do mieszkania.
- zginęło ci coś kochaniutka? - spytała kobieta. Pytająco spojrzałam na dziewczynkę, która zmieszana bawiła się własnymi włosami.
- nie - odparł duszek - tylko czegoś szukali. Potem wyszli.
- chyba nic nie zginęło - odpowiedziałam, zwracając się do kobiety.
***
Policja przyjechała dopiero po godzinie. Jakoś zupełnie im się nie spieszyło. Popatrzyli, zadali kilka pytań. Nic nie zginęło więc uznali, że był to psikus i najpewniej sprawa zostanie umorzona. Po kolejnej godzinie przyjechali technicy, by zdjąć odciski palców z drzwi i połamanej szafki. Powiedzieli niemalże to samo co ich koledzy i wyszli mówiąc, że ktoś się do mnie odezwie.
- Vaness - mruknęłam - to byli oni?
Ręce zaczęły mi się trząść z nerwów więc zacisnęłam palce na bluzce, którą podniosłam z ziemi.
- nie wiem - wyznała cicho dziewczynka - było ich dwóch. Może powinnaś zgłosić to do zwierzchników?
- nie mogę - powiedziałam stanowczo - czuję, że to nie może dostać się w niepowołane ręce. Im wszystkim za bardzo na tym zależy. Zwierzchnicy kazaliby mi to wyrzucić do pierwszego śmietnika i czekać na rozwój wypadków.
Nadal nie udało mi odczytać pergaminu zapisanego w nieznanym mi języku, ale wiedziałam, że ten artefakt jest zbyt cenny.
Moja intuicja zdecydowanie ostrzegała mnie przed ludźmi, którzy za wszelką cenę chcieli zdobyć pergamin.
Sprzątanie zajęło mi cały dzień. Wyczuwając mój podły nastrój nawet Vaness pomagała poprzesuwać meble na miejsce.
- muszę iść sprawdzić, czy nie włamali mi się do antykwariatu - wyznałam, nagle sobie przypominając.
***
Gdy wyszłam z domu już zmierzchało. Lubiłam tę porę doby. Cienie stawały się długie. Niebo przybierało wtedy najładniejszą barwę. Spacer na pewno dobrze mi zrobi. Rozmyślałam nad pergaminem, nad tym, co może skrywać i dlaczego ci ludzie się nim interesują. Zamyśliłam się nie wiem na jak długo.
Kiedy poczułam się dziwnie nie swoją. Jak bym była obserwowana. Intuicja kazała mi uciekać. Obejrzałam się dyskretnie przez ramię. Parę metrów za mną szedł postawny mężczyzna z kapturem na głowie. Przyspieszyłam znacznie i co jakiś czas spoglądałam za siebie. Choć często zmieniałam kierunki, nagle skręcałam bądź przystawałam. Mężczyzna za każdym razem był za mną cały czas trzymając wyznaczony dystans.
Powoli zaczynałam panikować. Rzadko kto kręcił się tymi ulicami, ale nie wiedziałam kim jest mężczyzna. Wolałam nie ryzykować zrzucania powłoki.
Ruszyłam biegiem przed siebie nie oglądając się na intruza. Właśnie wybiegłam za zakrętu, kiedy niefortunnie na kogoś wpadłam. Grawitacja i prawa fizyki zrobiły swoje, a ja upadłam na chodnik.
Ktoś chętny?
Szlak, musiałam zostawić je w antykwariacie. Byłam tak zmęczona sprzątaniem nowo wynajętego lokalu przez całą noc. Rozpakowywaniem tych wszystkich pudeł. Trzeba było zrobić to jak najszybciej im dłużej antykwariat był zamknięty, tym większe miałam straty. Chociaż nie sądziłam, aby tutaj mój interes cieszył się dużą popularnością.
Nie cierpię przeprowadzek, ale przecież zwierzchników wcale to nie interesuje. Tylko żądają i oczekują natychmiastowej reakcji.
Wróciłam do domu najszybszym i najlepszym sposobem. Tylko nie przemyślałam jednej rzeczy, że wszystkie materialne przedmioty zostają tam, gdzie zrzucam powłokę w tym przypadku na zapleczu antykwariatu.
Często o tym wszystkim zapominam, przez co już parę razy zgubiłam portfel, klucze czy telefon. Muszę być bardziej uważna.
Zapukałam cicho do drzwi mając nadzieję, że ciekawość mojej współlokatorki zwycięży. Jednak przez długi czas nic się nie działo.
Rozejrzałam się dookoła by upewnić się, że na korytarzu jestem sama. Jednak co chwila ktoś się kręcił. Słyszałam zamykane i otwierane drzwi. Nie mogłam ryzykować. Miałam już ruszyć z powrotem do antykwariatu, kiedy przez drzwi wyjrzała przezroczysta główka z długimi loczkami.
- czemu pukasz? - spytała zaskoczona - znów zgubiłaś klucze?
Jak ona dobrze mnie znała. Chociaż po tylu latach wspólnego mieszkania.
- Vaness - zaczęłam szeptem, by nikt nie zwrócił uwagi, że rozmawiam z drzwiami - duszko otwórz proszę drzwi
- są otwarte - odparła chowając się do mieszkania.
Złapałam za klamkę, która faktycznie nie stawiała oporu. Jak mogłam nie zamknąć mieszkania?
Weszłam do środka zrzucając buty. Jedynie, o czym marzyłam to ciepłej kąpieli, gorącej kawie i łóżku.
- Vaness... - zaczęłam wchodząc do pokoju. I stanęłam jak wmurowana. Wszystko z szafek porozrzucane było po podłodze. Meble po przesuwane, nocna szafka połamana leżała na samym środku. A Vanesska siedziała jakby nic na fotelu i patrzyła tępo w wyłączony telewizor. - myślałam, że już to przerobiliśmy - westchnęłam cicho. Naprawdę starałam się by dziewczynka czuła się dobrze. Więc robiłam wszystko by moja mała, niematerialna przyjaciółka się nie nudziła pod moją nieobecność. Ściągałam filmy, które lubiła, włączałam audiobooki.
Był czas, kiedy myślałam, że doszyłyśmy do porozumienia. Najwidoczniej nie da się zmienić poltergeista.
- to nie ja - odparła dziewczynka - ktoś tu był, szukał czegoś
- chcesz powiedzieć, że ktoś włamał się do mieszkania - krzyknęłam. Zupełnie z innej strony spojrzałam na cały bałagan. - gdzie mój telefon - mruknęłam przeszukując kieszenie. - cholera
Biegiem wybiegłam z mieszkania i zapukałam do sąsiadki i właścicielki mieszkania. Po chaotycznych wyjaśnieniach pozwoliła mi skorzystać z telefonu i wraz ze mną wróciła do mieszkania.
- zginęło ci coś kochaniutka? - spytała kobieta. Pytająco spojrzałam na dziewczynkę, która zmieszana bawiła się własnymi włosami.
- nie - odparł duszek - tylko czegoś szukali. Potem wyszli.
- chyba nic nie zginęło - odpowiedziałam, zwracając się do kobiety.
***
Policja przyjechała dopiero po godzinie. Jakoś zupełnie im się nie spieszyło. Popatrzyli, zadali kilka pytań. Nic nie zginęło więc uznali, że był to psikus i najpewniej sprawa zostanie umorzona. Po kolejnej godzinie przyjechali technicy, by zdjąć odciski palców z drzwi i połamanej szafki. Powiedzieli niemalże to samo co ich koledzy i wyszli mówiąc, że ktoś się do mnie odezwie.
- Vaness - mruknęłam - to byli oni?
Ręce zaczęły mi się trząść z nerwów więc zacisnęłam palce na bluzce, którą podniosłam z ziemi.
- nie wiem - wyznała cicho dziewczynka - było ich dwóch. Może powinnaś zgłosić to do zwierzchników?
- nie mogę - powiedziałam stanowczo - czuję, że to nie może dostać się w niepowołane ręce. Im wszystkim za bardzo na tym zależy. Zwierzchnicy kazaliby mi to wyrzucić do pierwszego śmietnika i czekać na rozwój wypadków.
Nadal nie udało mi odczytać pergaminu zapisanego w nieznanym mi języku, ale wiedziałam, że ten artefakt jest zbyt cenny.
Moja intuicja zdecydowanie ostrzegała mnie przed ludźmi, którzy za wszelką cenę chcieli zdobyć pergamin.
Sprzątanie zajęło mi cały dzień. Wyczuwając mój podły nastrój nawet Vaness pomagała poprzesuwać meble na miejsce.
- muszę iść sprawdzić, czy nie włamali mi się do antykwariatu - wyznałam, nagle sobie przypominając.
***
Gdy wyszłam z domu już zmierzchało. Lubiłam tę porę doby. Cienie stawały się długie. Niebo przybierało wtedy najładniejszą barwę. Spacer na pewno dobrze mi zrobi. Rozmyślałam nad pergaminem, nad tym, co może skrywać i dlaczego ci ludzie się nim interesują. Zamyśliłam się nie wiem na jak długo.
Kiedy poczułam się dziwnie nie swoją. Jak bym była obserwowana. Intuicja kazała mi uciekać. Obejrzałam się dyskretnie przez ramię. Parę metrów za mną szedł postawny mężczyzna z kapturem na głowie. Przyspieszyłam znacznie i co jakiś czas spoglądałam za siebie. Choć często zmieniałam kierunki, nagle skręcałam bądź przystawałam. Mężczyzna za każdym razem był za mną cały czas trzymając wyznaczony dystans.
Powoli zaczynałam panikować. Rzadko kto kręcił się tymi ulicami, ale nie wiedziałam kim jest mężczyzna. Wolałam nie ryzykować zrzucania powłoki.
Ruszyłam biegiem przed siebie nie oglądając się na intruza. Właśnie wybiegłam za zakrętu, kiedy niefortunnie na kogoś wpadłam. Grawitacja i prawa fizyki zrobiły swoje, a ja upadłam na chodnik.
Ktoś chętny?
25.07.2019
Od Hime
Zasłoniłam oczy ręką, chcąc uniknąć promieni słońca padających na mnie spomiędzy drzew. Doprawdy, żeby nie można było normalnie się położyć ze zmęczenia na ziemi? Do moich uszu wpadał dźwięk ćwierkających ptaków, dyszenia Kazu oraz próby strojenia gitary basowej przez Rene. Coś dzisiaj jej nie szło.
- Rene, weź w końcu ten stroik, bo nigdy nie zaczniemy – usłyszałam głos Bena. Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że to powie.
- Nie! Dam radę sama! - odkrzyknęła mu szatynka. I znowu te dźwięki. Sięgnęłam drugą ręką do futra Kazu leżącego zaraz obok mnie. Miękkie. I ciepłe. Przyjemne. Instynktownie odwróciłam się na prawy bok, chcąc zanurzyć twarz w czarnej sierści. Zamiast tego usłyszałam tylko basowe „kurwa”, na co automatycznie się podniosłam.
- Przepraszam, Kazu – szepnęłam, sięgając do pyska zwierzaka. Ten jednak się odsunął, wyciągając spod mojej nogi swój ogon.
- Uważaj, gdzie się kładziesz – odpowiedział, wstał i położył się nieco dalej. I się na mnie obraził, super.
- Taka cena, kiedy śpisz na próbie, Hime.
Zwróciłam się do Mikiego, który zręcznie obracał w palcach pałeczki od perkusji. Kiedyś próbowałam zrobić to samo z moimi do jedzenia… Nie za bardzo mi wyszło.
Zmierzyłam go swoim zmęczonym wzrokiem.
- Jeszcze nawet nie zaczęliśmy tej próby – odpowiedziałam, przecierając swoje oczy. Poza tym to nic dziwnego, że zasypiam. Połowy nocy nie przespałam. Kolejny maraton filmowy z Kazu… Tylko on lepiej sobie radzi z małą dawką snu ode mnie.
Czasem zastanawiam się, czy bycie psem nie byłoby lepsze od bycia człowiekiem. Pomyślmy. Dom, ciepłe posłanie, góra zabawek, jedzenie, woda, przytulanie i głaskanie do woli. Zrobisz śliczne oczy i znowu masz jedzenie. Człowiek wychodzi z tobą na dwór, kiedy chcesz, sprząta twoje brudy… Bycie psem musi być wspaniałe!
- Jeśli myślisz o tym, czy życie jako pies jest wspaniałe, to muszę cię zmartwić. Wszystko jest okey, kiedy cię nie ciągną za uszy i ogon i nie mówią do ciebie „słodziaku”.
Kazu jakby normalnie czytał mi w głowie. Sięgnęłam do jego ogona, który zaraz pociągnęłam. Owczarek zwrócił do mnie swój pysk, a jego wzrok nie był przyjacielski.
- Oj dobra już. Kupię ci chrupki na przeprosiny – powiedziałam, czochrając jego grzbiet. Wtem coś usłyszałam. A raczej nie usłyszałam. Zwróciłam twarz w kierunku uśmiechniętej od ucha do ucha Rene, która dumnie prezentowała nam swój nastrojony bas. Już od pięciu lat gra na tym instrumencie, a dalej nie idzie jej z nastrojeniem go. Głównie dlatego, że dla niej to za dużo czasu. I szybko się irytuje.
- W końcu możemy zaczynać – skomentował Ben, chwytając swoją czarną gitarę w dłoń. Wyprostowałam się, siadając po turecku i rozejrzałam się po parku. Liście, drzewa, krzaki i trawa, nic wielkiego. Ludzi nie było za dużo, no chyba, że biegaczy, była w końcu wczesna pora. Dziesiąta rano. Siedzieliśmy sobie w piątkę na dwóch kocach – brązowym i różowym. Oba wzięła Rene, ja zajęłam się naszym „śniadaniem”. Zwykłe kanapki z serem, sałatą, pomidorem i szynką. Pilnowała ich Mia, smacznie drzemiąca w środku. Nie lubiła chleba, więc na spokojnie mogłam ją tam zostawić. Martwiłam się nieco o ser, ale raczej przeżyje.
Śmieszny był mały bębenek Mikiego wzięty na zastępstwo za wielką perkusję. Cóż, nasz perkusista musi jakoś rytm wyznaczać.
Wtem zabrzmiał dźwięk uderzanych o siebie pałeczek wraz z odliczaniem chłopaka. Najpierw zabrzmiała gitara Bena, po chwili dołączył się do niego Ken. Rene również zaczęła grać, ewidentnie dumna z dźwięków, jakie wydawał jej Turbo. Tak, nazwała bas Turbo. Z przymkniętymi oczami zaczęłam wsłuchiwać się w wygrywaną przez nich melodię, czekając na mój moment. Gdy miał już nadejść, a ja wzięłam głęboki wdech, to coś gwałtownie na mnie poleciało, przygniatając całe moje ciało do ziemi. Stęknęłam z bólu i zaskoczenia. Niech to coś ze mnie zejdzie...
- Rene, weź w końcu ten stroik, bo nigdy nie zaczniemy – usłyszałam głos Bena. Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że to powie.
- Nie! Dam radę sama! - odkrzyknęła mu szatynka. I znowu te dźwięki. Sięgnęłam drugą ręką do futra Kazu leżącego zaraz obok mnie. Miękkie. I ciepłe. Przyjemne. Instynktownie odwróciłam się na prawy bok, chcąc zanurzyć twarz w czarnej sierści. Zamiast tego usłyszałam tylko basowe „kurwa”, na co automatycznie się podniosłam.
- Przepraszam, Kazu – szepnęłam, sięgając do pyska zwierzaka. Ten jednak się odsunął, wyciągając spod mojej nogi swój ogon.
- Uważaj, gdzie się kładziesz – odpowiedział, wstał i położył się nieco dalej. I się na mnie obraził, super.
- Taka cena, kiedy śpisz na próbie, Hime.
Zwróciłam się do Mikiego, który zręcznie obracał w palcach pałeczki od perkusji. Kiedyś próbowałam zrobić to samo z moimi do jedzenia… Nie za bardzo mi wyszło.
Zmierzyłam go swoim zmęczonym wzrokiem.
- Jeszcze nawet nie zaczęliśmy tej próby – odpowiedziałam, przecierając swoje oczy. Poza tym to nic dziwnego, że zasypiam. Połowy nocy nie przespałam. Kolejny maraton filmowy z Kazu… Tylko on lepiej sobie radzi z małą dawką snu ode mnie.
Czasem zastanawiam się, czy bycie psem nie byłoby lepsze od bycia człowiekiem. Pomyślmy. Dom, ciepłe posłanie, góra zabawek, jedzenie, woda, przytulanie i głaskanie do woli. Zrobisz śliczne oczy i znowu masz jedzenie. Człowiek wychodzi z tobą na dwór, kiedy chcesz, sprząta twoje brudy… Bycie psem musi być wspaniałe!
- Jeśli myślisz o tym, czy życie jako pies jest wspaniałe, to muszę cię zmartwić. Wszystko jest okey, kiedy cię nie ciągną za uszy i ogon i nie mówią do ciebie „słodziaku”.
Kazu jakby normalnie czytał mi w głowie. Sięgnęłam do jego ogona, który zaraz pociągnęłam. Owczarek zwrócił do mnie swój pysk, a jego wzrok nie był przyjacielski.
- Oj dobra już. Kupię ci chrupki na przeprosiny – powiedziałam, czochrając jego grzbiet. Wtem coś usłyszałam. A raczej nie usłyszałam. Zwróciłam twarz w kierunku uśmiechniętej od ucha do ucha Rene, która dumnie prezentowała nam swój nastrojony bas. Już od pięciu lat gra na tym instrumencie, a dalej nie idzie jej z nastrojeniem go. Głównie dlatego, że dla niej to za dużo czasu. I szybko się irytuje.
- W końcu możemy zaczynać – skomentował Ben, chwytając swoją czarną gitarę w dłoń. Wyprostowałam się, siadając po turecku i rozejrzałam się po parku. Liście, drzewa, krzaki i trawa, nic wielkiego. Ludzi nie było za dużo, no chyba, że biegaczy, była w końcu wczesna pora. Dziesiąta rano. Siedzieliśmy sobie w piątkę na dwóch kocach – brązowym i różowym. Oba wzięła Rene, ja zajęłam się naszym „śniadaniem”. Zwykłe kanapki z serem, sałatą, pomidorem i szynką. Pilnowała ich Mia, smacznie drzemiąca w środku. Nie lubiła chleba, więc na spokojnie mogłam ją tam zostawić. Martwiłam się nieco o ser, ale raczej przeżyje.
Śmieszny był mały bębenek Mikiego wzięty na zastępstwo za wielką perkusję. Cóż, nasz perkusista musi jakoś rytm wyznaczać.
Wtem zabrzmiał dźwięk uderzanych o siebie pałeczek wraz z odliczaniem chłopaka. Najpierw zabrzmiała gitara Bena, po chwili dołączył się do niego Ken. Rene również zaczęła grać, ewidentnie dumna z dźwięków, jakie wydawał jej Turbo. Tak, nazwała bas Turbo. Z przymkniętymi oczami zaczęłam wsłuchiwać się w wygrywaną przez nich melodię, czekając na mój moment. Gdy miał już nadejść, a ja wzięłam głęboki wdech, to coś gwałtownie na mnie poleciało, przygniatając całe moje ciało do ziemi. Stęknęłam z bólu i zaskoczenia. Niech to coś ze mnie zejdzie...
Ktoś?
10.07.2019
Od Megan
Biorę głęboki oddech. Do moich nozdrzy dociera doskonale znana mi woń.
Duch. Jakby te cholerne zjawy nie mogły ujawniać się w lasach. Stałam
przy jednym z opuszczonych budynków na obrzeżach miasta. Zaklęłam pod nosem wiedząc,
że mam cholernie mało czasu aż się zmienię. Bez jakiegokolwiek
zaproszenia weszłam na posesję i podbiegłam do drzwi. Oczywiście były
zamknięte. Kolejne przekleństwa wyrwały się z moich ust. Czułam jak w żyłach pulsuje coraz szybciej krew.
Ciało jest gotowe na zmianę w Cerbera. Dwoma kopnięciami pozbyłam się
przeszkody. Schowałam się w mroku i zamknęłam oczy. Pogodziłam się już z
tymi nagłymi przemianami. Wyłączyłam myślenie i się poddałam. Już
przestałam z tym walczyć, to i tak nie miałoby najmniejszego sensu.
Kiedy ponownie otworzyłam oczy widziałam świat już z nieco niższej perspektywy.
Wszystko było wyraźniejsze. Rozejrzałam się po pomieszczeniu,
korytarzu. Kolejny raz zaciągnęłam się powietrzem. Łeb sam przesunął się
w kierunku, z którego dochodził silny zapach. Piętro. Bez najmniejszego
zastanowienia się zaczęłam wchodzić po schodach. Wokół panowała grobowa
cisza przerywana coraz skrzypieniem starych drewnianych schodów. Będąc na górze zaczęłam kierować się węchem. Wszędzie było pełno kurzu i pajęczyn. Leciwe meble, jakieś szpargały oraz obrazy ukazujące różne sceny i osoby. Drogę oświetlał mi jedynie promienie księżyca wpadające przez zabrudzone okna. Scena niczym z horroru.
Zatrzymałam się przy drzwiach. Teraz tylko one dzieliły mnie między moją przyszłą jak ja to lubię nazywać ofiarą. Pchnięte łapą drewniane drewno odpuściło szybko. Rozległo się tylko głośne skrzypienie. Wkroczyłam dumnie i odważnie do środka. Z moich gardeł rozległ się tylko mrożący krew w żyłach warkotem. W rogu pomieszczenia pojawiła się jakby czarna chmura. Powoli zaczęła przybierać, postać. Ukazał mi się duch mężczyzny. Ubrany był w garnitur cały poplamiony krwią oraz podziurawiony. Największa widoczna rana była na szyi. Ktoś podciął mu gardło.
-Cerber! - Mruknął. Od razu rozpoznałam ten język, była to łacina.
-Co tu robisz? - Warknęłam w tym samym języku.
-Zemsta! Zemsta! - Dusza wołała ciągle jedno słowo.
Usiadłam i zaczęłam w powietrzu wykonywać łapą znak krzyża. W łacinie zaczęłam odprawiać egzorcyzm, aby odszedł do świata zmarłych. Dusza słysząc imię Boga wściekła się i rzuciła na mnie. Próbowałam uskoczyć jednak przeliczyłam się z jego szybkością. Zadrapał mnie. Warknęłam ponownie, tym razem z bólu.
- Już po Tobie. - Mruknęły trzy łby w jednym momencie.
Skończyłam na napastnika. Miotaliśmy się po pokoju aż ten opadł z sił i w spokoju mogłam dokończyć to, co zaczęłam. Nie wiem ile czasu mi to zajęło jednak kiedy wychodziłam na zewnątrz zaczynało powoli świtać.
Dumna z siebie, że przeżyłam oraz wysłania kolejnego dupka w zaświaty wróciłam do siebie. Tam spokojnie mogłam opatrzyć ranę. Krew zaschła już dawno. Kolejne buty oraz skarpety do prania. Chyba zacznę chodzić po mieście w plastikowych workach. Wrzuciłam ciuchy do pralki i sama poszłam spać.
***
Wieczorem bar wypełnił się niemal cały. W końcu ludzi ciągnie do odwiedzania nowych lokali. Załatwiłam całą papierologię i mogłam spokojnie pomóc ekipie za barem. Ubrana w czarne szorty oraz białą luźną bokserkę zaczęłam obsługiwać klientów. Lubiłam to robić. Nawet moja rana przestała mi już przeszkadzać. Coraz zerkałam tylko czy aby bandaż na udzie nie zaczął przesiąkać krwią.
- Co dla Pana? - Stanęłam przy chłopaku w mniej więcej moim wieku.
- A co możesz mi oferować?
- Może na początek jakiegoś drinka, a później dobrą zabawę. Podoba się oferta? - Lubiłam flirtować z gośćmi. Traktowałam to raczej jako zabawę, odskocznię od wydarzeń minionej nocy.
Gościu?
Zatrzymałam się przy drzwiach. Teraz tylko one dzieliły mnie między moją przyszłą jak ja to lubię nazywać ofiarą. Pchnięte łapą drewniane drewno odpuściło szybko. Rozległo się tylko głośne skrzypienie. Wkroczyłam dumnie i odważnie do środka. Z moich gardeł rozległ się tylko mrożący krew w żyłach warkotem. W rogu pomieszczenia pojawiła się jakby czarna chmura. Powoli zaczęła przybierać, postać. Ukazał mi się duch mężczyzny. Ubrany był w garnitur cały poplamiony krwią oraz podziurawiony. Największa widoczna rana była na szyi. Ktoś podciął mu gardło.
-Cerber! - Mruknął. Od razu rozpoznałam ten język, była to łacina.
-Co tu robisz? - Warknęłam w tym samym języku.
-Zemsta! Zemsta! - Dusza wołała ciągle jedno słowo.
Usiadłam i zaczęłam w powietrzu wykonywać łapą znak krzyża. W łacinie zaczęłam odprawiać egzorcyzm, aby odszedł do świata zmarłych. Dusza słysząc imię Boga wściekła się i rzuciła na mnie. Próbowałam uskoczyć jednak przeliczyłam się z jego szybkością. Zadrapał mnie. Warknęłam ponownie, tym razem z bólu.
- Już po Tobie. - Mruknęły trzy łby w jednym momencie.
Skończyłam na napastnika. Miotaliśmy się po pokoju aż ten opadł z sił i w spokoju mogłam dokończyć to, co zaczęłam. Nie wiem ile czasu mi to zajęło jednak kiedy wychodziłam na zewnątrz zaczynało powoli świtać.
Dumna z siebie, że przeżyłam oraz wysłania kolejnego dupka w zaświaty wróciłam do siebie. Tam spokojnie mogłam opatrzyć ranę. Krew zaschła już dawno. Kolejne buty oraz skarpety do prania. Chyba zacznę chodzić po mieście w plastikowych workach. Wrzuciłam ciuchy do pralki i sama poszłam spać.
***
Wieczorem bar wypełnił się niemal cały. W końcu ludzi ciągnie do odwiedzania nowych lokali. Załatwiłam całą papierologię i mogłam spokojnie pomóc ekipie za barem. Ubrana w czarne szorty oraz białą luźną bokserkę zaczęłam obsługiwać klientów. Lubiłam to robić. Nawet moja rana przestała mi już przeszkadzać. Coraz zerkałam tylko czy aby bandaż na udzie nie zaczął przesiąkać krwią.
- Co dla Pana? - Stanęłam przy chłopaku w mniej więcej moim wieku.
- A co możesz mi oferować?
- Może na początek jakiegoś drinka, a później dobrą zabawę. Podoba się oferta? - Lubiłam flirtować z gośćmi. Traktowałam to raczej jako zabawę, odskocznię od wydarzeń minionej nocy.
Gościu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)