Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael. Pokaż wszystkie posty

28.11.2020

Od Michaela CD Any

— Co, kurwa? — wydusiła jasnowłosa.
Brunet cicho westchnął uważnie przyglądając się ludziom mafii, którzy nie wyglądali na żartownisiów i to, co mówili, było prawdą.
— Lepiej wejdźmy do środka. — rzekł brunet, czując, jak Ana podpiera się o jego bok. — Ona tak długo nie ustoi, a na pewno ma wam do przekazania jakieś rozkazy. — dodał po chwili i dopiero po tych słowach, dzieci mafii ruszyły do wnętrza domu.
Cała piątka skierowała się do salonu, z czego trójka mężczyzn zajęła miejsce na kanapie, a przyjaciele zasiedli na wygodnych fotelach. Gdy Mike widział nadal oszołomioną Ane, postanowił przynieść jej szklankę wody, której nawet nie odkładał na stolik, a od razu została zabrała z dłoni bruneta. Kobieta upiła kilka łyków i nerwowo westchnęła.
— Tak więc co mamy robić? — spytał jeden z mężczyzn, lecz nie uzyskał żadnej odpowiedzi, tak więc Michael postanowił obudzić z sobie cechy przywódcze i wspomóc przyjaciółkę.
— Na pewno nie macie się zbliżać do miejsca, w którym został porwany Joey. — powiedział przyglądając się mężczyzną — Lepiej, żebyście się tam nie kręcili - raz, że może zgarnąć was policja, dwa, że zatrzecie ślady. — dodał wyjaśniając.
— A kim Ty jesteś, żeby nam mówić, co mamy robić? — burknął wcześniej pytający — Jakiś obrońca sądowy czy pies tropiący? — zaśmiał się wraz z dwójką mężczyzn.
— Nie, ale kimś, kto w mgnieniu oka jest w stanie wysłać Cię do czeluści piekieł, gdzie cierpiałbyś do końca istnienia wszechświata. — odpowiedział na tyle spokojnie, że gdyby Siwa miała sierść, ta najeżyłaby się od samego tonu głosu bruneta. — Tak więc raz jeszcze mówię, żebyście się tam nie zbliżali. — dodał nadal trzymając kontakt wzrokowy z mężczyznami — A teraz możecie wyjść i po prostu nie rzucajcie się w oczy. Gdy Ana będzie miała do was sprawę, na pewno się do was zgłosi. — wyjaśnił, wstał z fotela i odprowadził "gości" do wyjścia.
— Co za kretyni.. — mruknął pod nosem, gdy tylko główne drzwi zamknęły się za ich plecami.
Mężczyzna wrócił do salonu, usiadł na kanapie i oparł ręce o oparcie mebla, kierując wzrok na kobietę, która nadal trzymała w dłoni szklankę z wodą. Nadal wyglądała na oszołomioną.
— Ale dlaczego akurat ja? — mruknęła wbijając wzrok w stolik po środku.
— Najwidoczniej Joey Tobie ufa i wierzy w to, że sobie poradzisz z tymi melepetami. — rzekł brunet — Sama widzisz, że wydawanie im rozkazów nie należy do trudnych czynności. Powiesz im, że mają kręcić się za własnym ogonem, a to uczynią. — dodał, uważnie przyglądając się przyjaciółce.
— Niby tak, ale...
— Ana.. — przerwał, wstał z kanapy i spokojniej podszedł do kobiety, chwycił ją za dłonie i delikatnie pomógł jej wstać, żeby móc objąć ją w pasie. — Przechodziliśmy przez większe piekło, w sumie to zawsze wychodzimy cało z każdej akcji i tym razem damy radę. — chwycił delikatnie za jej podbródek, by nawiązać z nią kontakt wzrokowy — Pomogę Ci, Ana. Zawsze możesz na mnie liczyć. — wyszeptał czule i delikatnie uniósł kącik ust, po czy lekko pocałował kobietę w czoło.
— Dziękuję. — szepnęła tuląc się do torsu bruneta.
W takim uścisku trwali dosyć długo, lecz najwidoczniej im to nie przeszkadzało. Mężczyzna delikatnie gładził jej plecy, a druga ręką mierzwił jej włosy, przy okazji delektując się jej zapachem. Gdy jednak nadszedł ten czas, para przyjaciół "odkleiła" się od siebie, by znów spojrzeć sobie w oczy.
— Jak się czujesz? — spytał ciemnowłosy — Gotowa na zabawę w detektywa? — dopytał spokojnie.


Ana? c:

10.09.2020

Od Michaela CD Any

    Crowley był pewny, że jego przyjaciółka poradzi sobie z ewentualnymi problemami w klubie, lecz z drugiej strony martwił się o nią, że ktoś ją rozpozna i skrzywdzi. Przez taki natłok myśli mężczyzna nie mógł nawet zmrużyć oka, przez co większość czasu spędził na kanapie przed telewizorem lub medytując, z czego to drugie było dla niego korzystniejsze.
W godzinach nocnych, gdy brunet nadal delektował się ciszą i wewnętrzną harmonią, usłyszał dzwonek swojego telefonu. Cicho odetchnął, następnie wstał i skierował się do urządzenia, które ostrożnie podniósł, a gdy ujrzał przychodzące połączenie od Any, od razu się zaniepokoił.
— Tak? — rzekł do słuchawki, czekając na odpowiedź kobiety. 
— Przyjedź po mnie.. — powiedziała krótko po chwili ciszy, po czym przerwało połączenie. 
W głowie bruneta pojawiło się pełno złych myśli, że coś faktycznie się stało, że może być ranna lub ledwo trzyma się przy życiu. Przymknął oczy i głęboko odetchnął, żeby pozbyć się złej energii, po czym chwycił klucze od swojego auta i opuścił posiadłość. 
Dojazd do miasta zajął mu zaledwie kilka minut, a gdy znalazł się na ulicy klubu, rozglądał się za swoją przyjaciółką. Po chwili dostrzegł ją siedzącą na chodniku i już z daleka widział, że nie jest z nią za dobrze. Wjechał na przeciwległy pas i zatrzymał się po części na chodniku, wysiadł z wozu i od razu podbiegł do swojej przyjaciółki.
— Ana, coś się stało? — spytał, kucając przy niej.
Gdy brunet dotknął jej ciała, poczuł nieprzyjemny gorąc, co dało mu do myślenia, że coś faktycznie się stało. 
— Nigdy więcej.. — mruknęła pod nosem i cicho westchnęła. 
— Już spokojnie, Ana. — rzekł, patrząc na jasnowłosą — Chodź może do samochodu. — dodał po chwili, powoli się podnosząc na równe nogi. 
Crowley pomógł wstać przyjaciółce, której temperatura ciała zdecydowanie spadła, po czym zaprowadził ją na miejsce pasażera, a następnie sam wsiadł za kierownicę. Ostrożnie zjechał z krawężnika i wjechał na swój pas, powoli tocząc się ulicą niedaleko baru. Widział, w jakim stanie jest jasnowłosa — była zmęczona, przez co brunet nie zalewał jej pytaniami, nie chciał dodatkowo jej męczyć. 
Gdy zbliżali się do klubu, Michael dostrzegł kilka wozów przed lokalem oraz wielu uzbrojonych ludzi, którzy nie wyglądali na ochronę, policję czy imprezowiczów. Nagle rozległy się strzały w środku budynku, a zaraz strzelanina wyszła na zewnątrz, co brunetowi się nie spodobało. Zatrzymał wóz kilka metrów od zamieszania i wpatrzył się w tłum ludzi, którzy wyprowadzali przyjaciela Any.
— To Joey.. — powiedziała bardziej pobudzona — Kurwa, Jo..
— Nie mieszajmy się w to teraz, Ana. Jest za dużo ludzi, ja siebie nie kontroluje, a Ty nie jesteś w najlepszym stanie.. — powiedział jednym tchem, patrząc jak zgraja pakuje bruneta do jednego z wozów. 
Nagle jeden z gangsterów dostrzegł samochód Crowleya, co poskutkowało tym, że w ich stronę padło kilka strzałów, żeby przepędzić dwójkę przyjaciół z miejsca porwania. 
— Skurwiele.. — syknął pod nosem, od razu zawracając spod klubu.
Przejechał kilka ulic dalej, po czym zrobił niewielkie koło i wjechał w poprzednią uliczkę, gdzie nie było już samochodów ani nawet policji czy karetki. 
— Jedźmy stąd, dopóki policji nie ma. — rzekła Ana, na co Mike tylko przytaknął i skierował się do domu. 
Droga do posiadłości nie sprawiła im żadnych problemów, a gdy byli już na miejscu, weszli do środka domku i oby dwoje jakby odetchnęli. Brunet podszedł do przyjaciółki i delikatnie ją do siebie przytulił, gładząc ją po plecach opuszkami palców. 
— Pójść z Tobą do łazienki czy wolisz samotny prysznic? — spytał spokojnie, bez podtekstów. 

Ana? c:

8.07.2020

Od Michaela CD Any

    Crowley w skupieniu słuchał swojej przyjaciółki, nie miał nawet zamiaru wejść w jej słowo, lecz gdy usłyszał, że ma porozmawiać z ojcem mafii, delikatnie nim wzdrygnęło.
— Wybacz Ana, ale nie mam zamiaru rozmawiać z tym bezmyślnym dzieciakiem. — powiedział, przenosząc wzrok na bruneta — Szczególnie, że prawie doprowadził do Twojej śmierci. — spojrzał ponownie na kobietę — On prawie Cię zabił. — mówił spokojnym tonem, patrząc prosto w oczy blondynki. — I myślę, że sprawę można uznać za zakończoną. — dodał, powoli wstając od stołu. — Będę czekać w aucie. — po czym wyszedł z willi. 
Spokój, którym emanował brunet, był momentami przerażający, a głos, który z siebie wydobywał podczas rozmowy, przyprawiał o dreszcze nie jednego słuchacza. Jedni by powiedzieli, że to cisza przed burzą, inni, że zwykła próba perswazji.
Po kilku minutach zjawiała się Ana, która bez słowa wsiadła na miejsce pasażera i czekała, aż Michael odjedzie spod willi Joey'a. Nie myśląc długo, ruszył w kierunku domu przez leśne ścieżki, a że było sucho, droga nie sprawiała większych problemów. 
Gdy oby dwoje znaleźli się w domku kobiety, na przywitanie przybiegł cały zwierzynie, no oprócz kruka, który siedział na najwyższej szafce i obserwował całe zgromadzenie. Jednak między dwójką przyjaciół panowała cisza, trochę nieprzyjemna cisza, czego Michael za bardzo nie lubił. Podszedł więc do blondynki, mocno ją przytulił i choć stawiała opór, nie odpuścił. 
— Przepraszam. — szepnął do jej ucha ciepłym tonem, przez co jasnowłosa zaprzestała wyrywania się — Naprawdę przepraszam. — dodał, biorąc głęboki wdech, żeby zaciągnąć jej zapach. To go uspokajało. 
— Nie rób tego więcej. — szepnęła delikatnie przy tym wzdychając — Rozumiesz? — oderwała się spokojnie od przyjaciela — Masz tego więcej nie robić! — podniosła ton i uderzyła bruneta w tors — Wiesza, jak się bałam?! — krzyczała smutno, choć nie uroniła ani łzy. Chyba się jej skończyły. 
— Wiem, przepraszam.. — mówił Crowley. 
— Masz mi obiecać, że już nigdy mi czegoś takiego nie zrobisz.. — powiedziała już spokojniej. 
— Obiecuję. — rzekł krótko, ponownie przytulając do siebie jasnowłosą. 
W uścisku trwali dłuższą chwilę, a gdy kobieta była znacznie spokojniejsza, odstąpiła na krok od przyjaciela i spojrzała na jego twarz, przez co mężczyzna delikatnie się uśmiechnął, co Ana zaraz odwzajemniła. 
— Głupek.. — mruknęła pod nosem i odeszła do salonu. 
— Tak, wiem, jestem głupkiem, pajacem i idiotom. Nie musisz mi tego powtarzać. — powiedział spokojnie z nutką żartu dla rozluźnienia atmosfery. 
Gdy Ana przesiadywała w salonie, Michael poszedł zająć łazienkę na dłuższą chwilę, żeby zmyć z siebie ślady walki i wspomóc swoją regenerację, która przez zabrudzenia skóry, nie była w stanie zagoić kilku ran.

Ana?
Jeszcze pamiętam jak się pisze. xD

20.05.2020

Od Michaela CD Any

     Po porannej zabawie erotycznej, Michael miał tylko jeden cel - dopaść Joey'a. Opuścił sypialnię przyjaciółki, wykąpał się i ubrał świeże ciuchy, w których nie będzie się rzucać w oczy. Był tylko jeden problem - brunet nie znał lokalizacji ojca mafii. Leniwym krokiem krążył po salonie, a gdy wpadł na pomysł, który nie do końca może spodobać się Anie, skierował się do salonu, gdzie znajdował się telefon kobiety. Przeszukał całą jego zawartość i wpadł na wiadomości od Joey'a, które mało różniły się od normalnych rozmów. Było jednak coś, co zwróciło uwagę mężczyzny - koordynaty, które po wpisaniu w przeglądarkę, wskazały dom nad jeziorem Washington i tam też się udał, oczywiście przy pomocy skrzydeł lub cienia.
Do środka białego domu wszedł bez problemu i przeleciał każde z pokoi w poszukiwaniu człowieka, który doprowadził do zranienia Any. Gdy w końcu znalazł mężczyznę z tatuażami, poczekał na odpowiedni moment, po czym ukazał się kilka stóp od ojca mafii, który chyba nie spodziewał się demona w swoim domu.
— Wiesz, co jej zrobili? — chwycił mężczyznę za szyję ściskając palce na jego tętnicy — Naćpali jakimś gównem, a  później wykorzystali, rozumiesz? — docisnął bruneta do ściany — Zgwałcili ją, zniszczyli psychicznie, a Ty nic z tym nie zrobiłeś, nie uratowałeś jej. — mówił, nadal ściskając dłoń na jego szyi — To przez Ciebie do tego doszło, bo nie chciało Ci się ruszyć dupy, żeby ją ratować. — dodał i odrzucił mężczyznę na drugi koniec pokoju.
— Byłem pewny, że sobie poradzi.. — powiedział podejmując próbę podniesienia się z podłogi.
— Mogłeś wysłać kilku ludzi, żeby to sprawdzili, kurwa. — warknął w złości i skierował się do bruneta, lecz gdy był zaledwie kilka kroków od niego, w kierunku Crowleya poleciała jedna z szaf, która odrzuciła go na ścianę, a drewniany mebel zniszczył się po kontakcie z płaską powierzchnią.
Ogłuszony Michael osunął się na podłogę, a głośny pisk rozbrzmiał w jego głowie, co z drugiej strony jeszcze bardziej go pobudziło. Czuł, że jego zmysły znacznie się wyostrzyły, a przez obolałe ciało przechodzą dreszcze, które zwiastują niekontrolowaną przemianę. Z jego gardła wydobyło się ciche warknięcie, a ludzkie spojrzenie przybrało smoczą formę. Wtem Crowley wstał spod sterty desek oraz papierów, po czym rzucił się na bruneta. Zaczął wymierzać cios za ciosem prosto w jego twarz. Wpadł z ludzką furię. I gdyby nie kolejny mebel, który przygwoździł demona do ściany, ten mógłby przypadkiem zabić Joey'a, lecz to nie był koniec. Mężczyzna wstał spod szafy i ponowie zaatakował winnego, chwycił go za szyję, po czym rzucił w ścianę, którą przeleciał na wylot. Wtem zleciała się reszta mafii, która obezwładniła Michaela, a przy wejściu stała Ana, która z nerwem obserwowała całe to zamieszanie.
— Czy wyście oszaleli?! — warknęła na całe zgromadzenie.
— Zasłużył na karę.. — rzekł Mike, który wnet rozpłynął się w pobliskim cieniu.
Wiedział, co robi, lecz czuł, że traci nad sobą kontrolę. Stanął przy drzwiach, zaraz za plecami przyjaciółki, po czym wybiegł na zewnątrz i padł na kolana, dając wolną rękę demonowi. Przemiana nastąpiła szybko, a rozwścieczone spojrzenie drakonida wbiło się w niewielkie zgromadzenie przy wejściu - Joey stał oparty o kolumnę domu, koło niego było kilku jego ludzi, a najbliżej była Ana, która obserwowała zachowanie swojego przyjaciela, tudzież demona. Piekielne stworzenie nerwowo tupało w miejscu, skrzydła trzymał przy swoim ciele, a ogon za nim wił się z jednej strony na druga, natomiast spojrzenie skakało z Joey'a na Ane - niby zaatakować chcę, ale nie chce skrzywdzić kobiety. Ta myśl non stop siedziała w jego głowie, więc jedynie, co mógł zrobić, żeby trochę się uspokoić, to głośno warknąć prosto w stronę zgromadzonych, prostując przy tym swoje duże skrzydła. Po tym wydobywał z siebie gardłowe warknięcia, a z jego nozdrzy wylatywała para, ze względu na fakt, że była zima, a ciało drakonida wewnętrznie się gotowało.
— Już sobie poryczałeś? Świetnie. To teraz się ogarnij, bo trzeba to wszystko sobie wytłumaczyć. — powiedziała Ana, która ignorowała fakt, że stoi przed niekontrolowanym gadem. I dobrze. Ten wyczuje, że kobieta się go nie boi.
Demon zniżył łeb do wysokości jasnowłosej i potraktował ją ciepłym powietrzem, przez co jej włosy rozwiały się na wszystkie strony i zrobił to celowo. Tak dla zasady. Po chwili Michael odzyskał kontrolę nad sobą i wrócił do ludzkiej postaci, pozostając w swoich ubraniach, ciężko odetchnął i spojrzał morderczym wzrokiem na Joey'a.

Ana?

18.05.2020

Od Michaela CD Any

    Gdy tylko ujrzał jej uśmiech, oniemiał, sam się uśmiechając, patrząc na nią jak na najpiękniejszy obraz. Nie miała żadnego makijażu, nie była ubrana w suknie czy skąpe ciuchy, wyglądała.. normalnie, a dla Michaela była piękna, idealna, jak kula dla matematyka. Wtem poczuł, jak jej stopa wędruje po jego łydce i powoli sięga kolana, na co zareagował delikatnym uniesieniem brwi, lekko się przy tym uśmiechając.
— Widziałem Twój tatuaż. — rzekł, zwracając tym na siebie uwagę.
— Byłam młoda, rozżalona i głupia. Lepiej o tym zapomnijmy. — odpowiedziała z lekkim śmiechem, co mężczyzna odwzajemnił.
— Ale jest bardzo ładny i pasuje do Twojego zgrabnego ciała. — mówił, nadal patrząc się na przyjaciółkę, która lekko się speszyła, uciekając wzrokiem od bruneta.
Crowley powoli wstał ze swojego miejsca, zabrał naczynia i wraz z nimi udał się do kuchni, żeby móc włożyć je do zmywarki. Po chwili zjawiła się Ana, która odłożyła pozostałe sztućce, a jej wzrok zatrzymał się na masie na naleśniki.
— Czyżby na deser były naleśniki? — spytała, zaglądając do miski.
— Oczywiście, lecz nie byle jakie. — odpowiedział, biorąc się za przygotowanie deseru.
Na szczęście pichcenie placków nie zajęło im dużo czasu i już po kilku minutach zajadali się słodkimi naleśnikami z nadzieniem czekoladowym. Istna bomba kaloryczna, lecz kto w tamtym czasie przejmował się swoimi kilogramami. Oby dwoje byli zadowoleni i najedzeni, być może nawet przejedzeni, ale zadowoleni, a to najważniejsze.
Z miejsc siedzących przeszli na kanapę, gdzie mogli swobodnie usiąść i odpocząć od jakiegokolwiek posiłku, lecz to nie był koniec. Czas było się czymś uszczęśliwić. Crowley cienistym pnączem podał sobie metalowe ozdobne pudełeczko, w którym znajdowało się kilka skrętów sativy, wystarczająca ilość dla ich dwójki. Wyjął dwie sztuki, jedną z nich podał przyjaciółce, która spojrzała na niego pytająco.
— To tylko sativa. Lekarstwo na wszelkie smutki. — odpowiedział z uśmiechem, odpalając oba skręty.
Wystarczyło kilka buchów, żeby para przyjaciół zapomniała o wszelkich smutkach, wyluzowali, nucąc piosenki z playlisty, która przygrywała im od dłuższego czasu. Z czasem nucenie zamieniło się w śpiew, a gdy skończyli trzeciego skręta, muzyka porwała ich do tańca. Rytmiczna melodia jeszcze bardziej pobudziła przyjaciół, przez co bawili się świetnie, momentami przekrzykując muzykę swoimi śmiechami. 

17.05.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy mężczyzna wysłuchał swojej przyjaciółki, wysłuchał tego, co stało się w hangarze, co zrobili z kobietą, za którą Crowley skoczyłby nawet w ogień — zapłonął piekielnym ogniem. Poczuł nad sobą ciepło drakonida, który rozłożył swoje ogromne skrzydła nad parą przyjaciół, a pomimo tego, nie doszło do przemiany. Brunet jeszcze bardziej przytulił kobietę do swojego rozgrzanego ciała i choć czuł, że do jego oczu napływają łzy, nie pozwolił, żeby choć jedna kropla spłynęła po jego policzku. Nie mógł pozwolić na chwilę słabości w takim momencie. Teraz to On musi się pozbierać, to On musi pomóc przyjaciółce, musi być jej podparciem.. jej kołem ratunkowym. Nie miał zamiaru jej puścić nawet na chwilę, lecz chciał ją ujrzeć, spojrzeć w jej oczy i powiedzieć..
— Już wszystko będzie dobrze, Ana. — szepnął i złożył delikatny pocałunek na jej czole — Nie zostawię Cię. — dodał, jeszcze bardziej tuląc kobietę do siebie.
Trwali w ciszy, wtuleni w swoje rozgrzane ciała, niczym para kochanków, która spotkała się po miesiącach rozłąki. Cisza, która ich otaczała, nie krępowała żadnego z nich, a wręcz przeciwnie - czuli się dobrze. Crowley czuł, że kobieta stała się spokojniejsza, jej ciało było bardziej rozluźnione, a gdy zerknąłem na jej twarz zauważył, że jasnowłosa przysnęła w jego ramionach. Delikatnie się uśmiechnął, poprawił swoje objęcie, po czym pobliskim cieniem przeniósł się pod drzwi posiadłości Balanchine. Podniósł kobietę na ręce i wszedł do środka, od razu kierując się do sypialni, gdzie wygodnie ułożył przyjaciółkę na łóżku. Sięgnął po kołdrę i gdy delikatnie okrywał jej ciało, zauważył, że kobieta posiada dosyć duży tatuaż na nodze, który przedstawiał chińskiego smoka. Dobrze, że nie chińskiego nietoperza. Od dawna uważał Ane za wariatkę i wiedział do czego jest zdolna, przez co tatuaż przyjaciółki za bardzo go nie zdziwił, a nawet się spodobał.  Z delikatnym uśmiechem zakrył kobiece ciało i w ciszy opuścił sypialnie zamykając za sobą drzwi. Dopiero teraz, gdy stał w salonie, przypomniał sobie słowa jasnowłosej, które ponownie go wkurzyły, lecz panował nad sytuacją. Nie brzydził się Any, nawet o tym nie myślał i nie miał zamiaru wpuścić takich myśli do swojej głowy, bardziej chciał zemsty na ludziach, którzy tego dokonali lub na człowieku, który do tego dopuścił. Nagle Michael poczuł, że coś, a raczej ktoś, otarł się o jego chłodną nogę, a gdy spojrzał w dół, zauważył tam swoją kotkę, która przeszyła go na wylot swoim uroczym spojrzeniem. W moment mężczyzna zmiękł, uspokoił się, po czym sięgnął po zwierzaka, z którym udał się na kanapę. Zwierzęta czuły, że coś się stało, czuły ludzkie emocje, więc chociaż teraz postanowiły leżeć w ciszy i jedynie obserwować.
Gdy Crowley znacznie się uspokoił, postanowił trochę posprzątać oraz zebrać ubrania z pomostu, które dwuznacznie walały się w okolicy jeziora. Sam wskoczył pod ciepły prysznic i ubrał suchą bieliznę, na którą założył świeże ubrania. Poprawił swój wygląd i gdy upewnił się, że Ana nadal śpi, po cichu opuścił posiadłość i oczywiście za zgodą przyjaciółki pożyczył sobie jej auto. Wyjechał w miasto, a dokładnie do kilku sklepów, gdzie zakupił potrzebne mu produkty, po czym szybko wrócił do domku, żeby zdążyć przed pobudką kobiety.
Po włączeniu spokojnej muzyki, która cicho grała w tle, od razu zabrał się za przygotowanie jednej z dwóch potraw, które potrafił dobrze zrobić, a przynajmniej jeszcze nikogo tym nie otruł. Szybko zapachy kulinarne rozniosły się po posiadłości, przez co zwierzyniec postanowił przyczaić się w okolicy kuchni, który obserwował poczynania bruneta. Spokojnymi, lecz pewnymi ruchami doprawiał swoje dzieło, które po chwili przykrył i zostawił na małym ogniu, żeby powoli do siebie doszło. W międzyczasie przyszykował stół stawiając na nim talerze, sztućce, szklanki oraz kilka innych istotnych rzeczy, w tym ozdoby w postaci kwiatów. Znalazła się także chwila na przyszykowania masy na grube naleśniki, które później będą jako deser.
Gdy główne danie było prawie gotowe, z sypialni wyłoniła się Ana, która była już wykąpana oraz ubrana w normalne ciuchy, co świadczyło o tym, że nie śpi już jakiś czas. Crowley ciepło się uśmiechnął na widok przyjaciółki i dodał jeszcze ostatnią przyprawę, co zakończyło gotowanie.
— Dobrze, że już wstałaś. — powiedział spokojnie, kierując się z patelnią do stołu, na którym leżała drewniana deska. Na niej odstawił ciepłą patelnię i zaczął nakładać posiłek. — Zapraszam do stołu. — uśmiechnął się, odstawiając ciepłe naczynie na kuchenkę.
Do szklanek nalał naturalnego soku, a w tle leciała nadal luźna muzyka, która miała za zadanie rozluźnić atmosferę. Zwierzyniec ganiał się po domku, lecz nie trącili żadnych mebli czy kwiatów, jakby po prostu chcieli zwrócić na siebie uwagę i rozbawić parę przyjaciół..

Ana?

29.04.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy wieczorną porą Crowley położył się do łóżka, miał niemały problem z zaśnięciem, przez co kręcił się z miejsca na miejsce szukając dobrej pozycji do spania, a gdy w końcu odleciał do krainy snów, poczuł czyjąś obecność obok siebie. Gdyby nie byłaby to Ana, pewnie wpadłby w szał, lecz jej zapach szybko go uspokoił, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
— Połóż się głuptasie. — rzekł ciepło, tuląc kobietę do siebie — Śpij spokojnie. — szepnął, składając delikatny pocałunek na jej czole.
Wtem oby dwoje zasnęli, jakby właśnie tego im brakowało — ciepła drugiej osoby, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.
   Gdy poranne słońce wdarło się do sypialni, a świeże powietrze wleciało przez uchylone okno, Michael rażony promieniami światła obrócił się na bok, obejmując przy tym przyjaciółkę, która nadal spała głębokim snem. Brunet cicho westchnął, gdyż wiedział, że już nie zaśnie, a nawet nie opłacało się dalej spać, gdyż godzina na zegarku wskazywała dziewiątą rano. Wrócił więc do pozycji na plecach i podniósł się łokciach, a widok jaki ujrzał, delikatnie go zaskoczył — Siwa wraz z Finnem leżeli wtuleni w nogach przyjaciół, Archer z Ciri smacznie spali przy sobie obok łóżka, a Rav, jak nigdy, siedział na jednej w wyższych szaf w pokoju. Harmonia. Czysta harmonia. Wtem Crowley poczuł, że i Ana podnosi się do tej samej pozycji i obserwuje śpiący zwierzyniec, niczym rodzice patrzący na grzeczne dzieci.
— Niemożliwe.. — rzekła cicho kobieta.
— Coś Ty im zrobiła wieczorem? 
— Nic. — odpowiedziała, po czym oby dwoje znacznie na siebie spojrzeli.
— Salon. — rzekli w tym samym czasie, lecz na tyle głośno, że cały zwierzyniec szybko się obudził.
Gdy przyjaciele zeszli na dół, a za nimi cała ferajna, dostrzegli salon.. salon po remoncie. Wywrócone stoły, krzesła, jedna niewielka szafka i poduszki rozrzucone po całej podłodze.
— No powiem Ci, że masz bardzo.. nowoczesny salon. — powiedział mężczyzna, cicho się przy tym śmiejąc.

*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

W godzinach popołudniowych, gdy salon był posprzątany, a przyjaciele najedzeni świeżym obiadem, oby dwoje siedzieli na ławce przy jeziorze, odpoczywając z dala od czterech ścian. Choć oby dwoje mieli raczej dobry humor, to Crowley czuł negatywne emocje kobiety, przez co sam się denerwował. Słyszał bicie jej serce, czuł zmianę temperatury jej ciała, a przede wszystkich jej jakiekolwiek ruchy nie należy do spokojnych, a raczej delikatnie nerwowych.
— Ana, wiesz, że widzę zmiany w Twoich zachowaniu. — zaczął brunet spokojnym tonem — Powiesz mi, co się stało? — spojrzał na kobietę.
— Nic się nie stało. — zerknęła na przyjaciela, zaraz uciekając wzrokiem na tafle jeziora.
— To nie ja tłukę dziennie kilka szklanek czy talerzy. — rzekł nadal spokojnie — Widzę, że coś Cię denerwuje bądź też martwi.
— Mike, nic się przecież nie stało. — zaprzeczyła szybko.
— Spójrz na mnie. — siadł lekko bokiem na ławce — Proszę. — dodał, po czym kobieta uczyniła ową prośbę. — Możesz mieć wielki uśmiech na twarzy, ale Twoje oczy mówią wszystko, Ana. — powiedział pół szeptem utrzymując kontakt wzrokowy z przyjaciółką. — Widzę i czuję to, co się dzieję, lecz nie znam tego powodu. — mówiła ciepło — Mi możesz o wszystkim mówić, dobrze o tym wiesz. — dodał, delikatnie poprawiając jej kosmyk za ucho.

Ana?
No muf.

27.04.2020

Od Michaela CD Any

   Crowley odetchnął, gdy jasnowłosa kobieta wtuliła się w jego tors. Spokojnie ją objął, przymknął zmęczone oczy i delikatnie zaciągnął się jej zapachem jeszcze bardziej się uspokajając. Słuchał, jak jej oszalałe serce zwalniało, oddech wraca do normy, a łzy przestają spływaj z jej oczu. Mógł tak ją tulić godzinami, siedzieć tak bezczynnie i po prostu trzymać w ramionach kobietę, która samym zapachem go uspokaja. Raz jeszcze wpuścił jej woń w nozdrza, a gdy zaraz usłyszał o śniadaniu, delikatnie się uśmiechnął.
— W takim razie chodźmy na śniadanie. — odpowiedział spokojnie — Póki psy jeszcze nie zrzuciły talerzy z blatu. — dodał, słysząc bawiące się czworonogi w salonie.
— Racja. — powoli odsunęła się od przyjaciela i raz jeszcze spojrzała w jego zmęczone spojrzenie.
Oby dwoje nawiązali kontakt wzrokowy, lecz nie czuli się niekomfortowo, a wręcz przeciwnie, czuli się na tyle dobrze, że oby dwoje cicho westchnęli, co wywołało delikatne uśmiechy na ich twarzach. Mężczyzna widząc samotną łzę na policzku przyjaciółki, spokojnym ruchem dłoni przybliżył kciuk do słonej kropli i starł ją z jej skóry.
— Ładniej Ci w uśmiechu, niż w łzach. — rzekł lekko zachrypniętym głosem, na co kobieta delikatnie się uśmiechnęła.
Gdy para przyjaciół opuściła sypialnie, skierowali się do kuchni, mijając po drodze Archera oraz nowego psa, którego Mike nie miał okazji poznać.
— Widzę, że masz nowego psa. — zaczął ciemnowłosy, pomagając przyjaciółce w dokończeniu śniadania.
— Adoptowałam jakiś czas temu. — odpowiedziała — Nazywa się Ciri i jest trochę.. nieśmiała. — dodała wyjaśniając. 
Po krótkiej wymianie zdań, oby dwoje zasiedli do posiłku, którego Michaelowi zdecydowanie brakowało. Na starcie dostał kilka grubych naleśników, które bez problemu zjadł jeden za drugim, oczywiście zachowując kulturę podczas jedzenia. Gdy było mu mało, dostał kolejną porcję, która zdołała go porządnie nasycić. Całość popił naturalnym sokiem, po czym mógł chwilę odetchnąć.
— Co robiłeś przez te pół roku? — spytała spokojnie jasnowłosa, która siedziała naprzeciwko mężczyzny.
— Siedziałem w starym domostwie. — odpowiedział, lecz chyba nie to chciała usłyszeć — Większość czasu medytowałem, a gdy traciłem kontrolę, uciekałem w las. Jadłem głównie śmieciowe jedzenie, które przynosił mi Erge. Gdy usłyszałem Twoje wołanie o pomoc, cóż, dom zamienił się w gruzowisko, nie zdążyłem wybiec, a przemiana nastąpiła bardzo szybko. — wyjaśnił zawieszając swój wzrok w przestrzeń pomiędzy ich talerzami.
— A co z mieszkaniem? — dopytała bez nacisku.
— Mój brat tam siedzi, ale nie mam po co tam wracać. Ostatnio się z nim nie dogaduje. — rzekł krótko, nie chcąc dłużej o tym rozmawiać — Wszystkie rzeczy, które miałem, zostały pod gruzem.
— Może coś się tam uratowało. — przybliżyła się do stołu — Myślę, że mała przejażdżka nam nie zaszkodzi.
— Jeśli to nie problem, z chęcią odwiedzę stare domostwo. — delikatnie się uśmiechnął.
   Gdy przyjaciele dojechali na miejsce, zastali stertę kamieni oraz ledwo trzymające się ściany, które lekko kołysały się pod wpływem wiatru. Crowley cicho westchnął i zbliżył się do gruzu, przypominając sobie, w którym miejscu trzymał jakie rzeczy.
— Tylko ostrożnie. — spojrzał na kobietę, która podążała jego śladem — Słaba konstrukcja nadal może się zawalić. — dodał, na co blondynka krótko przytaknęła.
Po zlokalizowaniu kilku miejsc, Michael skupił się na swoich umiejętnościach i pnączami cienia zaczął odkładać gruz bliżej ścian, odkopując tak jedną walizkę, w której znajdowało się kilka ubrań oraz dokumenty, czyli najważniejsze rzeczy.
        Po zabraniu dwóch niewielkich walizek, przyjaciele skierowali się do mieszkania bruneta, z którego zabrał swoją kotkę oraz jej rzeczy, przy okazji zgarniając wszystkie wcześniej nie zabrane dokumenty czy ubrania. Nie mógł także zapomnieć o rzeczach skrzydlatego towarzysza, który i tym razem siedział na poręczy balkonu i przyglądał się owej sytuacji.
— Idziemy Rav, mam lepsze miejsce dla nas. — rzekł spokojnie, wystawiając rękę w stronę kruka, który wnet zasiadł na jego przedramieniu, zaraz wskakując na bark.
Z takim też zwierzyńcem dojechali do domu Balanchine, do istnego wariatkowa.
— Ana, wiem, że nie powinienem Cię o cokolwiek prosić, ale wiesz jak wygląda teraz moja sytuacja. — zaczął ciemnowłosy, gdy cały zwierzyniec się uspokoił — Potrzebuje chociaż kilka dni, żeby ponownie się oswoić z otoczeniem. Później kupię jakiś dom, na to środki mam. Oczywiście Tobie też coś za to dam.. — tłumaczył, trzymając kontakt wzrokowy z przyjaciółką.

Ana?
Pojebani.

17.04.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy Crowley wybudził się z głębokiego snu, u jego boku siedziała jasnowłosa kobieta, która kurczowo trzymała swojego lisiego towarzysza. Na jej widok mężczyzna szybko się cofnął, lecz gdy w swojej głowie połączył kilka faktów, a jego dziki instynkt w pewnym stopniu się uspokoił, przypomniał sobie kim jest owa kobieta. Odetchnął głęboko przymykając na chwilę oczy, po czym wdał się z nią w krótką wymianę zdań. Wtem brunet przypomniał sobie o skaleczeniu na boku swojego ciała, i choć minęło kilka godzin, rana nawet nie dała rady się zakrzepnąć, przez co nadal sączyła się niewielka ilość krwi. Michael jak to Michael, wielki samiec nie czujący bólu, który i tym razem nie chciał pokazać swojej słabej strony. Wstał gwałtownie z kanapy w mniej znanym mu celu, po czym zaraz znowu na nią opadł cicho przy tym sycząc. Czuł ogromy ból i wiedział, że sam nie da rady pozbyć się kawałku włóczni, lecz jego męskie ego nie pozwalało mu na chwilę słabości. Zacisnął dłonie w pięści aż do krwi, lecz powstałe tam rany szybko się zabliźniły, a gniew uleciała wraz z kroplami bordowej cieczy.
— (...) Chodź, pomogę Ci. Sam tego nie wyciągniesz. — stwierdziła jasnowłosa, wcześniej wyciągając do bruneta pomocną dłoń.
Nie mając większego wyboru, mężczyzna chwycił za przedramię kobiety i pociągniętym jednym ruchem wstał na równe nogi. Cichym westchnięciem stłumił wszelkie oznaki bólu, po czym podążył za blondynką, która skierowała się do sypialni. Pewnie gdyby Michael miał humor, zarzuciłby jakimś sucharem, lecz tym razem panowała grobowa cisza, która momentami powodowała dziwny ból.
— Połóż się. — rzekła wskazując na łóżko. — Pójdę tylko po apteczkę. — dodała, znikając zaraz za drugimi drzwiami.
Gdy mężczyzna wykonał prośbę przyjaciółki, ta po chwili wróciła z pomarańczową skrzyneczką i siadła obok bruneta, spoglądając na półnagie ciało. Jej wzrok zatrzymał się na jego skaleczeniu, po czym delikatnie, a zarazem stanowczo, obróciła jego ciało na bok, żeby mieć lepszy wgląd na kawałek włóczni. Michael przygotował się na wszystko, ponownie zacisnął dłonie w pięści, ściskając przy tym kawałek kołdry.
— Byle szybko. — powiedział spokojnie, przymykając powieki, żeby skupić się na swoim opanowaniu.
Gdy kobieta sprawdziła z bliska jego zadrapanie, chwyciła za odpowiedni przyrząd i jednym ruchem wyjęła grotę z ciała przyjaciela. W ułamku sekundy poczuł jeszcze większy ból, co spowodowało utratę tchu, przez co nie był w stanie wydusić z siebie nawet krzyku. Odruchowo obrócił się twarzą do poduszek i skupił się wyłącznie na swoim ludzkim genie, żeby nie wysadzić posiadłości w powietrze. Po kilku sekundach wrócił mu oddech, a napięte mięśnie lekko się rozluźniły, lecz wtedy coś kazało mu użyć węchu, skupić się na trzymanej poduszce, a gdy to uczynił, poczuł przyjemny zapach Balanchine. Głęboko odetchnął, w pewnym stopniu się uspokoił, a gdy odwrócił się na plecy, ponownie widział swoją jasnowłosą ratowniczkę.
— Szybko się regenerujesz. — rzekła z powagą, spoglądając na blizny. — To dobrze. — dodała, wstając przy tym z łóżka.
— Ana, czekaj.. — mruknął brunet podnosząc się do siadu. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na niego pytająco, czekając na ciąg dalszy wypowiedzi. — Dziękuję za.. pomoc, ale też chciałem przeprosić, raz jeszcze przeprosić za moje kretyńskie zachowanie. Musisz wiedzieć, że nie byłem wtedy sobą.. — mówił, trzymając z nią kontakt wzrokowy — To cud, że teraz się nie przemieniłem.. — zaśmiał się nerwowo. — Proszę Cię tylko o wybaczenie, później mogę zniknąć Ci z oczu. — dodał, prostując się w siadzie.

Ana? ♥

4.04.2020

Od Michaela CD Any

   Błoga cisza zajęła cały umysł mężczyzny, jego ciało było rozluźnione jak nigdy wcześniej, a medytacja przeniosła go do całkiem innego świata. Czuł się dobrze, słyszał kojący śpiew ptaków, szum drzew kołyszących przez lekki wiatr, czuł zapach wolności, choć ciałem przebywał w zaniedbanej kryjówce. Jego wewnętrzne zwierze było uśpione, lecz nie do końca opanowane, przez co nadal istniało ryzyko, że demon wybuchnie, powodując gniew ze strony mężczyzny.
Gdy w świecie Crowleya zaczęły pojawiać się cieniste postacie, a w jego głowie rozbrzmiewało wołanie o pomoc, ocknął się w medytacji, żeby skupić się na wewnętrznym głosie. Zmarszczył lekko czoło, a gdy słowa były mocno wyraźnie, niemalże uderzające w jego osobę, zrozumiał przekaz.
— Ana.. — powiedział, wnet otwierając oczy — Ona jest w niebezpieczeństwie. — dodał zdenerwowany, budząc tym uskrzydlonego demona.
Piekielna istota pojawiła na tyle szybko, że swoim wielkim ciałem zmieniła posiadłość w gruzowisko, przez co Michael pozostał bez bezpiecznej kryjówki. Jednakże w tej chwili to było nieważne, gdyż teraz to kobieta potrzebowała pomocy. Nie marnując czasu, drakonid wzbił się w powietrze, kierując się instynktem w jej stronę, co nie było łatwe dla "młodego" gada. Ciemność, która otaczała uskrzydlone zwierze znacznie ułatwiła lot, gdyż gad był niewidoczny na nocnym niebie, a zatem znajdował się na bezpiecznej pozycji.
Gdy Crowley przeleciał nad gęstym lasem oraz minął rozświetlone miasto, dotarł do części magazynów, które zaliczały się do nieużytków. Zniżył znacznie lot i nerwowo rozglądał się za ludźmi, którzy byli zagrożeniem dla zaprzyjaźnionej kobiety, lecz oprócz wielkich hal oraz skrzyń, nie widział żadnego niebezpieczeństwa. Wnet w jego głowie rozbrzmiał kolejny wrzask Any, który zabolał go nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. W ułamku sekundy jego ciało zaczęło "płonąć" mrokiem, z gardzieli wydobywał się rozwścieczony warkot, a lot był skierowany na konkretny hangar. Jego celem były duże metalowe drzwi, które nie były dla niego żadną przeszkodą. Przebił się przez nie jak igła przez materiał, jak kula przez ciało, jak cieniste pnącze przez skurwieli, którzy znęcali się nad kobietą. Gdy chwilowo zapanował spokój, demon złożył skrzydła i ostrożnie podszedł do przyjaciółki, która leżała na ziemi w pół przytomna, do tego pozbawiona jakichkolwiek ubrań.
— Co oni Ci zrobili.. — myślał zaniepokojony, błądząc wzrokiem po jej ciele.
Chcąc choć trochę zasłonić jasnowłosą, owinął ją pnączami, a gdy chciał ją podnieść, poczuł nagły ból w lewym skrzydle oraz tym samym boku, a gdy spojrzał w kierunku źródła bólu, zauważył tam coś na wzór harpuna, być może dzidy. Zaraz jego wzrok powędrował w stronę grupki ludzi, którzy przedarli się przez rozwalone drzwi. Ze smoczego gardła znowu wydobył się warkot, a ze strony porywaczy poleciały kolejne dzidy, które wbiły się w słabe punkty demona. Jego młoda skóra nie zdążyła stwardnieć, przez co był łatwy do zranienia, lecz niemożliwy do zabicia. Bo był tak wkurwiony. Gdy drakonid poczuł swoją krew, popadł w jeszcze większą złość i w nienawiści do ludzkich istot, rozpruwał flaki każdego po kolei, brudząc krwią jeszcze żywych porywaczy.
Crowley popadł w swego rodzaju furie, szał, piekielny gniew, który z czasem wyładował na oprawcach, na ludziach, którzy skrzywdzili jego przyjaciółkę, skrzywdzili kobietę, która jest kimś ważnym dla mężczyzny. Gdy wokół nie było żywej duszy, a piekielna istota znacznie się uspokoiła, ten ostrożnie wrócił do jasnowłosej i owiniętą pnączem przytwierdził do swojego ciepłego ciała, by móc z hukiem opuścić to zakrwawione miejsce. Pod osłoną nocy skierował się do posiadłości kobiety, gdyż to jedyne bezpieczne miejsce, które zna.
Lądowanie można było zaliczyć do udanych, lecz nie mogło zabraknąć potknięcia się o własne łapy, które nie dały rady utrzymać smoczego ciała, co spowodowało wywrócenie się na ziemie. Szkoda, że Ana tego nie widziała, na pewno poprawiłoby jej to humor.. Jednakże w tym momencie trzeba było działać. Crowley delikatnie odłożył kobietę na podłoże, a sam wrócił do ludzkiej postaci, co oczywiście sprawiło mu ogromny ból, gdyż dzidy siłą opuściły jego ciało. Szybko zignorował swój stan, podbiegł do przyjaciółki, po czym od razu wziął ją na ręce i wszedł do domu. Do domu. Normalnego domu. Z hukiem zamknął za sobą drzwi i skierował się do sypialni, gdzie został przywitany przez spojrzenie obcego psa. Zignorował czworonoga i delikatnie ułożył kobietę na łóżku, okrył ją kocem i przez chwile przy niej czuwał. Sprawdził jej temperaturę oraz tętno, a gdy wszystko było w normie, opuścił sypialnie zamykając za sobą drzwi. Głęboko odetchnął i widząc rozłożoną kanapę w salonie, usiadł na jej krawędzi, pozbył się dziurawej koszulki, po czym położył się na materacu, od razu odpływając do krainy snów.. Pierwszy raz od pół roku zasnął ludzkim snem, dając organizmowi normalny odpoczynek.

Ana?

Od Michaela CD Any

   Gdy jasnowłosa odeszła, zatrzaskując za sobą drzwi, mężczyznę ogarnął jeszcze większy gniew, lecz nie miał już sił tego wyładować. Patrzył obojętnym wzrokiem na drogę wyjścia, chciał pobiec za kobietą, chciał jakoś zareagować, przeprosić i wszystko wytłumaczyć, lecz wiedział, jak to może się skończyć. Na samą myśl oddalił się od drzwi, oparł się o ścianę od razu osuwając się na podłogę, podciągnął kolana, na których oparł łokcie, natomiast dłonie wplątał w swoje włosy. Rozwścieczony oddech powoli się uspokoił, serce wróciło do ludzkiego rytmu, a drżące ciało rozluźniło się. Pierwszy raz od pół roku Crowley uspokoił swoje wewnętrzne zwierze. Delikatnie nabrał powietrze, a unoszący się zapach kobiety spowodował, że na jego twarzy zawitał niewyraźny uśmiech, w jego głowie rozbrzmiał jej śmiech, a na myśl o jej dotyku przeszły go dreszcze. I choć był pewny, że minęło kilka minut, że zdąży pobiec za jasnowłosą żeby z nią porozmawiać, to gdy otworzył swoje zmęczone ślipia, było już ciemno, a jego ciało dawno przybrało demoniczną formę, lecz właśnie to zmotywowało go do walki z nowym wewnętrznym zwierzęciem...
Kilka dni później. 
Po pół roku walki z samym sobą, Crowley wyciszył się i powrócił do medytacji, tworząc wcześniej krąg diabła. Po zamknięciu oczu, mężczyzna przeniósł się do całkiem innego świata, lecz nie czuł się w nim obco, a wręcz przeciwnie, jakby był tutaj już wiele razy. Panująca dookoła cisza jeszcze bardziej wyciszał mężczyznę, tworząc harmonie pomiędzy światami, tworząc coś, czego nie było od ponad pół roku.. Michael otworzył oczy, a jedynie co ujrzał przed sobą, to wielkiego drakonida, lecz nie była to Ana czy Liam, to było demoniczne wcielenie mężczyzny.
— Jesteś nikim, Crowley. — powiedział gad patrząc prosto w jego oczy.
— Mylisz się. — odpowiedział nadal będąc w pozycji medytacji — Jestem Panem, ty moim sługą i nieważnie jak bardzo chcesz mnie zniszczyć, nie uda ci się tego dokonać. — mówił na tyle poważnym tonem, że zaczął czuć w sobie siłę — Jesteś kolejnym demonem, kolejną istotą, którą mogę zniszczyć, zabić, zwrócić do czeluści piekieł i dopilnuje tego, że będziesz cierpiał do końca swojego istnienia! — wstał szybko i zbliżył się do gadziego pyska — Czuje twój strach. — szepnął unosząc kącik ust — Masz dwie opcje do wyboru - stajesz się uległy i to ja mam nad tobą kontrolę albo wypierdolę cię na zbity pysk pod drzwi samego Szatana. — mówił groźnie, lecz zachowywał swój spokój, żeby wzbudzić w demonie jeszcze większy strach.
W odpowiedzi uzyskał jedynie cichy warkot, lecz mężczyzna czuł jego strach, czuł tą niepewność i zwątpienie w swoją moc, co Michaela jeszcze bardziej nakręcało, wzmacniało, dodawało siły oraz energii. Gdy skrzydlaty odleciał bez słowa, Crowley wrócił do pozycji medytującej, jednocześnie wracając do świata realnego.
    Od kontaktu z demoniczną istotą minęło kilka dni, być może nawet tygodni. Przez ten czas mężczyzna nie miał większych problemów ze skrzydlatym, lecz zdarzały się napady agresji oraz kolejne próby samobójcze, a ślady tego pozostaną na dosyć długo. Jak wyglądał teraz Michael? Jak bezdomny alkoholik, któremu udało się znaleźć kilka ładnych ubrań. Ciało jego było posiniaczone, poobijane, w kilku miejscach stłuczone oraz rozcięte. Żywił się głównie tym, co przyniósł mu Erge i nie mógł na to narzekać, gdyż żywność była prosto ze sklepu lub też świeżo upieczona. Crowley powoli do siebie dochodził, lecz na tyle powoli, że zajmie mu to kolejne pół roku, być może rok, albo nawet i kilka lat. Od czasu do czasu sam przemieniał się w skrzydlatego gada, sam latał po okolicy i uczył się niczym małe dziecko, lecz oczywiście nie mogło zabraknąć kolejnych wybuchów gniewu oraz niszczenia pobliskich lasów. Czasami miał dosyć, ale wtedy myślał o jasnowłosej kobiecie i nagle chęci do życia powracały. Po tym też wpadł na pomysł, żeby odwiedzić ją we śnie i tam też z nią porozmawiać..
Wejście do jej snu było dosyć proste, a znalezienie Any jeszcze prostsze, gdyż ta znajdowała się w swoim domu. Jako że był to sen, Michael przeniknął do posiadłości kobiety, lecz gdy ją zobaczył, zamilkł. 
— Co Ty tutaj robisz? — spytała raczej niezadowolona z obecności bruneta. 
— Ja.. ja chciałem porozmawiać. — odpowiedział spokojnie pomimo stresu. 
— We śnie? — zaśmiała się wrednie.
— Ana, wysłuchaj mnie. To jest o wiele bezpieczniejsza opcja. — lekko westchnął — Mój gen zmutował, Corson odszedł, a nade mną przejął kontrolę całkiem obcy demon. Nie kontroluje go w żadnym stopniu.. — mówił spokojnie — Tak jak Ty nie kontrolowałaś samej siebie ponad pół roku temu.. — dodał, co chyba ruszyło kobietę, gdyż ta nie patrzyła już tak oschle na mężczyznę — Ta sytuacja w domu, Ana, kurwa, w życiu bym nie podniósł na Ciebie ręki — powiedział lekko łamiącym się głosem — Ja przepraszam, Ana.. Proszę Cię tylko o wybaczenie, po tym zniknę Ci z oczu, zniknę z Twojego życia.. — dodał zbliżając się do blondynki. 
Gdy kobieta chciała coś powiedzieć, cały sen rozpłynął się w powietrzu pozostawiając Michaela w pustce. Wtem znów coś w nim pękło, załamał się, padł na kolana nie otrzymując wybaczenia od kobiety, która była dla niego bardzo ważna. Cisza.
Crowley obudził się wypoczęty, lecz znowu czuł pustkę, to spotkanie wypruło go z wszelkich emocji. Nie miał już siły na okazywanie radości czy smutku, przez co wyglądał jak żywy trup, a jego wnętrze powoli się rozpadało. Nie mając większego wyboru, powrócił do medytacji..

Ana? ♥

2.04.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy mężczyzna był skupiony na poczynania przyjaciółki, całkowicie zapomniał o otaczającym go świecie oraz o tym, co wydarzyło się zaledwie daw dni temu. Na jego twarzy ukazał się spokojny uśmiech, gdy zauważył znaczną poprawę w samokontroli trenującej kobiety. Wiedział, że ta da sobie radę, gdyż wychodziła z gorszych problemów, a tak przynajmniej myślał ciemnowłosy. Zawsze chciał dla niej dobrze i choć często wyglądał na obojętnego oraz oschłego, w życiu by jej nie skrzywdził czy wykorzystał. Ana stała się dla niego ważna, choć to samo myślał o Natalie. Ni.. nie ważne. Michael po prostu nie wytrzymuje w związku i zdecydowanie woli "przyjaźń z korzyściami", niż wieczne awantury o nic i domyślanie się o co chodzi kobiecie. W chwili obecnej to mało istotne, a może niekoniecznie.. Podczas treningu, ciemnowłosy po raz kolejny poczuł się źle, bardzo źle, natomiast jego ręce ponownie okryły się ciemną łuską, tym razem bardziej widoczną niż kilka dni temu. W jego głowie toczyła się dziwna walka pomiędzy spokojem a zaatakowaniem blondynki, która nadal widziała spokojnego Michaela. Ten idealnie ukrywał całe zaniepokojenie oraz panikę, której nigdy wcześniej nie doświadczył. Co się dzieje? Czy coś mi zaszkodziło? Gdzie Corson? Ostatnie pytanie spowodowało kolejny ból, tym razem na sercu. Gdzie demon, który nie raz uratował mu życie? Istota ta nie odzywała się już kilka ładnych tygodni oraz nie reagowała na wołania, co jeszcze bardziej zdenerwowało mężczyznę. W tym czasie Ana zdążyła ukończyć swój trening, jednocześnie rzucając się na przyjaciela, który dręczył się wieloma pytaniami bez odpowiedzi. Pogratulował kobiecie, po czym zniknął w cieniu, oddalając się od jej miejsca zamieszkania. Chciał być sam, całkiem sam, z dala od miasta oraz ludzi, dla których mógł być zagrożeniem. Jego wędrówka zakończyła się pomiędzy wysokimi drzewami, gdy to jego moc spadła do zera, a cień przestał być jego schronieniem. Padł na wilgotną ściółkę leśną, opierając się kolanami oraz rękoma, ciężko przy tym oddychając. Czuł, że coś się z nim dzieje, lecz w jego głowie była pustka, brak informacji na każdy z objawów.
— Cor.. Corson.. — wołał cicho ciemnowłosy, krztusząc się powoli własną krwią.
— To już koniec, Michael. — rzekła demoniczna istota, która stała kilka metrów przed mężczyzną — Nie mogę Ci już pomóc. — dodał i choć demony nie mają uczuć, Corsonowi załamał się głos.
— Nie możesz odejść. — powiedział brunet, siadając na swoich nogach oraz spojrzał na rogatego — Corson.. Nie teraz.. — jęknął, czując ponowny ból, który przeszył całe jego ciało.
— Żegnaj Michael. — rzucił na pożegnanie, po czym zniknął za portalem.
— Corson..! — wykrztusił, podnosząc się resztkami sił, żeby dogonić swojego przyjaciela, lecz do tego nie doszło.
Mężczyzna ponownie upadł na ziemie, zadając sobie kolejny ból, co spowodowało, że z jego ust wydostał się rozpaczliwy krzyk. Uczucie pustki zaczęło go przerastać, przez co psychicznie był już śmieciem, leżał na dnie bez możliwości wzlecenia ponad krawędź. Zaczęło brakować mu tchu, a w jego głowie była tylko jedna myśl — śmierć. Tracąc Corsona stracił wszystko.
Gdy ciemnowłosy był pewien, że to koniec, u jego boku ukazała się drewniana laska rogatego przyjaciela, która tylko czekała, aż mężczyzna po nią sięgnie. Tylko po co, skoro demona już nie ma? Michael odruchowo skierował dłoń w kierunku drewnianej rzeczy, która po dotknięciu zniknęła tak samo, jak znikała w momencie zakończenia walki. Walka została zakończona.
W pobliskim lesie rozbrzmiał przepełniony bólem krzyk, który zaraz został zastąpiony donośnym ryknięciem dużej istoty magicznej. Osłabione ciało Michaela zostało opuszczone przez demona, przez co stał się łatwym celem dla kolejnych demonów, kolejnych panów piekieł i stało się to, czego mógł się spodziewać — mutacji. To co się dalej działo, było wielką niewiadomą dla Crowleya, gdyż ten wykończony sunął po kontynencie w całkiem innej postaci..
   Kilka dni później. 
Michael ocknął się po prawie tygodniu, leżąc przy tafli jeziora, którego woda delikatnie muskała jego rozgrzane ciało. Choć pamiętał swoją "śmierć", teraz czuł się lepiej, lecz gdy wszystko zaczęło mu się przypominać, ponownie zwariował wpadając w panikę. Odsunął się od wody i spojrzał na ślady, które znajdowały się na piasku. Były to wielkie odciski stworzenia, które na co dzień nie żyje między ludźmi.. W jego głowie znowu pojawiło się wiele pytań, lecz na żadne z nich nie miał odpowiedzi. Musiał jak najszybciej uciec, schować się, odizolować się od świata. Czuł, że jest zagrożeniem dla wszystkich..
   Pół roku później.
Crowley wyprowadził się z miasta, z dala od leśnych terenów oraz miejsc, w których mógł spotkać swoich przyjaciół. Bał się samego siebie, choć już wiedział, co się stało — zmutował przez własną głupotę, odrzucając swój demoniczny gen. Nie trenował go, nie kontrolował, nie pielęgnował tego, co miał od urodzenia i stał się bestią, zmutowaną bestią. Choć wyglądem przypomina drakonida, w środku jest nadal złem wcielonym prosto z piekieł, które co jakiś czas sieje owe piekło na ziemi. Przez swoją głupotę cierpią inne drakonidy, w tym Ana, którzy teraz muszą się ukrywać.
Michael okrył się grubą barierą, stając się wrednym chujem, tylko dla tego, żeby łatwiej odrzucać od siebie ludzi, przez co ci kompletnie stracili nim zainteresowanie. Przesiadywał sam w dosyć dużej posiadłości i próbował swoich metod samokontroli, lecz nowy gen niszczył całą jego harmonie, powodując panikę oraz załamanie nerwowe, któremu towarzyszył histeryczny płacz. Tracił już siły do samego siebie, nie raz próbował popełnić samobójstwo, lecz gdy już brakowało mu tchu, wtem przypominał sobie o Anie. Ta jasnowłosa kobieta przytrzymywała go przy życiu i choć chciał się z nią zobaczyć, panicznie bał się swojej przemiany, bał się, że ją skrzywdzi, a co gorsze, że ją zabije.
Panująca wokół cisza spowodowała, że zmysły Crowleya tak bardzo się wyostrzyły, że słyszał nawet tuptanie myszy znajdującej się gdzieś daleko w polu. Jego własny oddech go irytował, lecz gdy do jego uszu dobiegł dźwięk otwierających się drzwi, a do nosa wdarł się bardzo znajomy zapach, znowu spanikował, szybko podnosząc się z drewnianej podłogi. Panika zmieszała się z demonicznym gniewem, co zmusiło mężczyznę do zejścia na dół i spotkania się twarzą twarz z jasnowłosą kobietą.
— Odejdź stąd. — wyrzucił z siebie — Nie możesz tutaj zostać. — mówił, nerwowo zaciskając drewnianą poręcz od schodów.
— Mike..
— Ana, proszę Cię. — przerwał jej donośniejszym tonem — Musisz opuścić to miejsce.. — kontynuował, stając w bezpiecznej odległości od kobiety — Uciekaj stąd, tutaj nie jest bezpiecznie, rozumiesz? Odejdź, proszę Cię... — krzyczał w myślach, co kierował do przyjaciółki.
Gdy jego myśl została przerwana, a źrenice przybrały smoczy wygląd, swoją osobą pojawił się przed blondynką, a że nie był sobą, jego dłoń zacisnęła się na szyi kobiety, a jej ciało przyparł do ściany, odrywając nogi od ziemi.
— Nie słuchasz. — mruknął jeszcze mocniej ściskając gardło blondynki.
Crowley walczył, znowu ze sobą walczył, lecz tym razem wygrał, od razu puszczając Ane na ziemię. Odsunął się od przyjaciółki i zniknął w ciemności, siadając gdzieś w kont posiadłości, cicho przy tym płacząc.. Miał już dosyć walki, ale z drugiej strony chciał walczyć dla Any.
— Miałaś stąd uciec.. Mogłem zrobić Ci krzywdę.. — mówił obwiniając siebie o wszystko.
Ciało mężczyzny dygotało przez nerwy oraz panikę, czego nigdy wcześniej nie doświadczał. Bał się siebie, bał się o innych, czuł się sam i choć jeszcze niedawno On pomagał kobiecie, tak teraz to on potrzebował pomocy..

Ana? ♥

27.03.2020

Od Michaela CD Any

Kilka tygodni później.
Gdy nauczanie Any samokontroli zaczęło przynosić efekty, Michael mógł odpocząć w swoich czterech ścianach, wlepiając swoje spojrzenie w dość ciekawą lekturę, którą mężczyzna miał przeczytać kilka tygodni temu. Popijał przy tym ziołową herbatę, całkowicie zapominając o otaczającym go świecie, jednakże jego "dar" nie miał zamiaru o nim zapomnieć. Gdy brunet miał zamiar przewrócić na następną stronę, chwycona przez niego kartka zajęła się czarną mazią, jakby właśnie spłonęła, po czym rozsypała w popiół, choć nie był to ogień. Wtem spojrzenie mężczyzny zatrzymało się na dłoni, na której rysowały się linie.. łusek? pancerza? Coś, co nie przypominały łapy Corsona. Zaintrygowany, a zarazem zaniepokojony, Mike odłożył książkę na bok i skierował się do łazienki, gdzie przemył twarz zimną wodą. Oparł się odruchowo o umywalkę i zerknął na swoje odbicie w lustrze, które było takie same, jak zawsze. Cicho prychnął, wytarł twarz oraz dłonie, po czym przeszedł do salonu chcąc napić się chłodnej już herbaty. Gdy krawędź kubka stykała się z jego wargami, porcelanowe naczynie nagle wypadło z jego dłoni, natomiast w głowie rozległ się znany mu pisk, który towarzyszy mu od jakiegoś czasu. Nagłe zawroty głowy zmusiły ciemnowłosego do przemieszczenia się w kierunku kanapy, która była oddalone zaledwie kilka kroków od niego, lecz nie zdołał do niej dotrzeć. Głośny pisk zamienił się ludzki głos, w jakąś rozmowę przechodnia, za chwilę były dwie rozmowy, później trzy... a gdy tych rozmów było na tyle dużo, że tworzył się szum, ciemnowłosy osunął się na ziemię, wpadając na szklany stolik.
Dwa dni później.
Dokładnie dwa dni zajęło brunetowi dojście do siebie, a było to głównie pozbywanie się szkła ze swojego ciała oraz sprzątanie drobinek materiału, które walały się po salonie. Choć Michael wiedział kim jest, jakie ma pochodzenia i kim byli jego przodkowie, to nadal zastanawiały go jego dziwne ataki, nagłe wyostrzanie się zmysłów czy zarys łusek na różnych częściach ciała. Nie chciał też nikomu o tym mówić, nawet Anie, gdyż ona sama przeżyła dziwne sytuację i nie potrzeba jej kolejnych zmartwień.
Gdy brunet wyglądał znacznie lepiej i czuł się na tyle dobrze, by móc opuścić mieszkanie, pojechał do blondwłosej przyjaciółki, którą na szczęście zastał w domu. Od razu przeszli do tematu nauczania, nie wspominając o dwóch ostatnich dniach, co Michaelowi było na rękę.
— Tak więc.. Żeby znowu nie narazić sali gimnastycznej na zniszczenia, potrenujemy w leśnym zaciszu. — rzekł spokojnie ciemnowłosy — Choć mam nadzieję, że po tylu godzinach nauki jesteś w stanie nad sobą zapanować. — uśmiechnął się ciepło, dotykając ramienia kobiety, by móc przenieść się cieniem gdzieś daleko w las, co przyniosło zamierzony efekt — Gotowa? — spytał, gdy u jego boku stanęło kilku cienistych.

Ana?

21.02.2020

Od Michaela CD Any

— Każdy nadnaturalny ma prawo do życie, ale ma też on obowiązek siebie kontrolować. — powiedział spokojnie ciemnowłosy, nadal obejmując nagą przyjaciółkę.
— Właśnie, "kontrolować". — stwierdziła nerwowo, odwróciła się twarzą do bruneta i cicho westchnęła — I tutaj jest problem, Mike. Ja tracę tą kontrolę.
— Dla jednych jest to problem, dla mnie interesujące wyzwanie. — uniósł delikatnie kącik ust — Pomogę Ci z tym. — dodał, spokojnym ruchem dłoni gładząc jej chłodne ciało.
— A jeśli coś Ci zrobię? Jeśli przypadkiem Cię skrzywdzę, a co najgorsze, zabije? — mówiła wpatrzona w oczy przyjaciela. Ciemnowłosy ciężko westchnął.
— Jak widać, zabicie mnie nie jest takie łatwe. — zaśmiał się ciepło, co z lekka rozluźniło spiętą kobietę — Lepiej wracajmy do domu. Tutaj nie jest bezpiecznie. — dodał, ponownie oplatając ciało blondynki ciemnymi pnączami.
    Gdy jasnowłosa zamknęła się za drzwiami łazienki, brunet usiadł na kanapie, niemalże rozkładając się na jej szerokości, opierając ręce na oparciu. Zamknął oczy i głęboko odetchnął, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku. Czuł nieprzyjemny ból w kościach, po chwili doszedł piskliwi dźwięk w głowie, który z bólu spiął wszystkie jego mięśnie. Oparł łokcie o kolana, natomiast głowę osadził na dłoniach, próbując uśmierzyć ból, co oczywiście nie przyniosło takiego efektu. Dźwięki go otaczające zrobiły się na tyle głośne, że z jego uszu zaczęła sączyć się ciemna krew, lecz wtedy wszelkie odgłosy ucichły. Z lekka zdezorientowany podszedł do zlewu w kuchni i zaczął zmywać krew z dłoni oraz boków głowy, co w ostateczności się udało. Wytarł wilgoć małym ręcznikiem nieopodal zlewu i chwilowo oparł się o blat sprawdzając, czy nadal jest przytomny, czy te dziwne dźwięki zaraz nagle nie powrócą.
— Wszystko w porządku? — usłyszał nagle głos przyjaciółki, która stała kilka kroków za nim.
— Tak. — odpowiedział krótko i odwrócił się do, ubranej już, kobiety — Mały krwotok z nosa z przemęczenia, nic poważnego. — dodał lekko wzdychając — Już lepiej się czujesz? — spytał zaraz, chcąc uniknąć tematu odnośnie swojej osoby.
— Jest lepiej, ale chcę mi się spać. — odpowiedziała, poprawiając nieco wilgotne włosy.
— To się połóż, odpocznij. — uśmiechnął się lekko — Ja pojadę po jakieś zakupy i tutaj wrócę. — dodał, kładąc dłonie na jej ramionach.
— A jeśli znów zacznę lunatykować i się przemienię?
— To znowu wykarczujemy część lasu. — zaśmiał się mierzwiąc jej jasne włosy — Spokojnie.
Gdy Ana przekonała się co do snu, skierowała się do swojej sypialni i tam też zasnęła, a uczyniła to od razu po położeniu się na swoje łóżko. Michael ostrożnie okrył ją kołdrą i opuściła posiadłość, po czym skierował się do swojego mieszkania. Tam spakował kilka istotnych rzeczy do czarnego plecaka i zszedł do garażu, gdzie stał jego jedyny środek transportu w postaci motocykla.
   Odkąd ciemnowłosy porusza się jedynie jednośladem, po jego bokach zawiesił oryginalne sakwy pasujące do modelu maszyny, co z lekką ją powiększa. Tam też spakował zakupy i ruszył w kierunku domku przyjaciółki, która nadal smacznie spała w swoim łóżku.
Gdy kobieta była w krainie snów, Mike zabrał się za gotowanie jakiegoś posiłku, szykując przy tym także wino, które oczywiście wspomoże ich trawienie. Po cichu posprzątał także wnętrze domku, żeby wygodniej się w nim siedziało, a sama Ana czuła się lepiej z tym, że nie siedzą w "brudzie".
Po kilku minutach od ukończenia posiłku, obudziła się jasnowłosa, która wyglądała jak po trzaśnięciu piorunem. Mężczyzna cicho się zaśmiał, co blondynka oczywiście usłyszała i kilkoma ruchami dłoni poprawiła swój busz na głowie.
— Mam nadzieję, że apetyt dopisuje. — delikatnie się uśmiechnął, podając syty posiłek na stół. — Jeszcze tylko wino na lepsze trawienie.. — dodał, polewając do lampek czerwonego trunku.

17.02.2020

Od Michaela CD Any

   Po akcji ze smokiem na sali gimnastycznej, Michael zaczął rozmyślać nad uspokojeniem smoczego genu przyjaciółki, która w chwili obecnej stwarzała duże zagrożenie nie tylko dla siebie, ale również dla miasta. Sopportare tylko czeka na ten dzień, kiedy to Ana wyrządzi na tyle duże szkody, by ci mogli ją zamknąć lub też zabić, co jest dosyć możliwe. Jednakże brunet wolał nie myśleć o tej ostatni opcji i wrócił do smoczego genu, o którym zaczął czytać, gdy tylko wrócił do swojego mieszkania. Owszem, Crowley uczy kontrolowania nadludzkich zdolności, lecz rzadko przebywał ze skrzydlatymi gadami, by teraz od tak poradzić sobie z przyjaciółką.
Mężczyzna na czytaniu spędził całe popołudnie, lecz udało mu się wyciągnąć kilka ważnych informacji, takie jak zachowanie spokoju czy wymazanie z pamięci nieprzyjemnych sytuacji. Krótko mówiąc, po blancie wszystko się unormuje, a przynajmniej tak pomyślał ciemnowłosy.
Gdy słońce zaszło, a na niebie zawitał jasny księżyc, bruneta męczyła bezsenność, która po wypadku zdarza się dosyć często. Przewracał się z jednego boku na drugi, wyklinając w myślach dzień, w którym to wszystko się stało. Z drugiej strony czuł się dziwnie. Ogarnął go niepokój, a jego myśli były przepełnione treścią o smoczym genie, jakby szukał informacji, choć nie wiedział jakiej. Mężczyzna powoli podniósł się do siadu, spojrzał na zegarek, który pokazywał czwartą nad ranem, po czym skierował swój wzrok na okno. Cicho westchnął i nie czując się sennym, wstał z łóżka i zbliżył się do obserwowanego obiektu, odsłonił roletę i wbił spojrzenie w budzące się miasto. Coś jest nie tak.. myślał, wyszukując czegokolwiek za kawałkiem szkła, jakby to właśnie tam była jego odpowiedź. Dla uspokojenia tysięcy myśli, otworzył okno, od razu łapiąc miejskie powietrze, ale również zapach lasu, co w tym miejscu nie jest normalne. Zmarszczył czoło w zdziwieniu i raz jeszcze wciągnął miejskie opary, lecz i tym razem dało się wyczuć leśny powiew. Wnet do jego uszu dobiegł znajomy smoczy ryk, który oczywiście należał do Any. To wtedy mężczyzna zrozumiał zapach lasu między miejskimi wieżowcami i nie czekając dłużej, ubrał na siebie długie spodnie oraz koszulkę, a po założeniu butów, chwycił za skórzaną kurtkę i opuścił mieszkanie. Dokończył ubieranie się w biegu, udając się na dach wieżowca. Tam rozejrzał się dookoła, a gdy zlokalizował posiadłość przyjaciółki, rozłożył swoje demoniczne skrzydła i z rozpędu wzbił się w powietrze. Uniósł się na tyle wysoko, by ludzkie oko nie zauważyło jego osoby, czego raczej chciałby uniknąć.
Po wylądowaniu przed domem przyjaciółki, Michael zauważył uchylone drzwi, do który od razu podbiegł i wszedł do środka posiadłości. Przeszukał każde z pokoi, nawołując przy tym blondwłosą wariatkę, jednakże jej już tutaj nie było. Został jedynie Archer, który podszedł do zaniepokojonego bruneta i tyknął go nosem po nodze.
— Cześć mały.. — mruknął cicho i pogładził czworonoga po głowie — Gdzie Twoja pani, co? — kucnął, drapiąc wilczura po szyi.
Oczywiście pies nie odpowie co do słowa, lecz chyba zrozumiał pytanie, gdyż podreptał do jej pokoju i wyciągnął jakąś jej koszulkę, którą podał ciemnowłosemu. Ten ostrożnie ją chwycił, zwinął i raz jeszcze przyłożył do nosa Archera.
— Dasz radę, Archer. — powiedział spokojnie — Szukaj swojej pani. — dodał, a pies niczym rakieta, wybiegł z posiadłości jasnowłosej.
Crowley ruszył biegiem za wilczurem, który wbiegł w las, utrzymując trop Any, która w tej chwili może być wszędzie. W międzyczasie mężczyzna nasłuchiwał otoczenia, gdyż jeśli doszło do przemiany, będzie w stanie usłyszeć jej warczenie lub też poruszenie się lotem czy pieszo.
Gdy Archer zatrzymał się na środku polany, otoczonej gęstym lasem, Michael rozejrzał się dookoła i cicho westchnął, gdy poczuł na sobie smutne spojrzenie psa. W tym miejscu trop się urwał, a w powietrzu nie było czuć jakiegokolwiek zapachu - smoczego lub ludzkiego.
— Ana do cholery.. — mruknął pod nosem z lekką irytacją — Opanuj się.. — pomyślał, zaciskając w dłoni jej koszulkę.
Nie trzeba było długo czekać na przybycie przyjaciółki, która z hukiem wylądowała nieopodal ciemnowłosego, uważnie mu się przyglądając. Jej spojrzenie nie było normalne, a syknięcie wydobywające się z jej gardła nie było oznaką radości czy smutku, a raczej gniewu. Po raz kolejny utraciła kontrolę, co Crowley szybko zauważył i wnet rozkazał psu uciec w las. Gdy gad był dosyć blisko, mężczyzna wyłonił z ziemi ciemne pnącza, które owinęły agresywne zwierze, jednakże zrobił to za delikatnie, gdyż te zdążyło wyrwać się z uścisku. W tym też momencie zrozumiał, że nie są to już kontrolowane ćwiczenia, a walka z dzikim stworzeniem, które jest w stanie zabić wszystkich dookoła.
— Wybacz, Ana. — mruknął ciemnowłosy i choć nie chciał tego robić, uczynił to.
Kolejne pnącza mocno owinęły się na ciele gada, blokując tym jakikolwiek ruch, a samo oddychanie sprawiało problemy, po czym podszedł ostrożnie do stworzenia i oparł dłonie przy jego nozdrzach, przekazując tym swój spokój. Choć mężczyzna wiedział co robi, czuł dziwny niepokój, a gdy otworzył swoje oczy, okazał się w całkiem innym miejscu, niż był przed chwilą — w starym magazynie. Rozmyte krawędzie budynków oraz stłumione głosy uświadomiły Michaela, że jest on we śnie, tylko czyim? Odpowiedź na to pytanie pojawiła się w momencie, gdy brunet wymazał całe otoczenie, pozostając w czarnej nicości. Rozejrzał się dookoła, po czym zauważył płaczącą Ane, która siedziała za "skrzynią", chcąc ukryć się przed mafią.
— Ana.. — zawołał spokojnie i podszedł do kobiety.
— M... Mike? — podniosła szybko wzrok na przyjaciela. — Co.. co się stało? — rozejrzała się po nicości.
— Już dobrze, Ana. — pomógł jej wstać, od razu tuląc ją do siebie — Jestem w Twoim śnie, który wymazałem. Jesteś bezpieczna. — dodał i spojrzał na jej twarz.
— Ale po co tutaj jesteś? — spytała ocierając swoje łzy.
— Prawdopodobnie lunatykujesz. — odpowiedział patrząc w jej oczy — Musisz się obudzić i przejąć kontrolę nad smokiem.. — mówił, trzymając jej głowę w swoich dłoniach.
Nagle ich połączenie zostało zerwane, Ana została sama w nicości, a Michael wrócił do rzeczywistości, będąc odrzuconym smoczą łapą kilka metrów dalej. Dość szybko się ocknął, ale równie szybko poczuł ogromny ból swojego ciała, które przed chwilą zostało lekko poturbowane. Wnet jego wkurzone spojrzenie spotkało się ze smoczym okiem, które nadal było przepełnione gniewem. I choć mężczyzna korzysta z pomocy demona w ostateczności, tak teraz nie miał innego wyjścia i oddał się rogatemu. Tylko jej nie zabij, Corson. Myślał Michael, cały czas widząc w smoku swoją przyjaciółkę.
Tak też rozpoczęła się walka na czas, czyli mało ciosów, a dużo uników. Jednakże po kilku minutach stało się coś, czego sam demon się nie spodziewał. Gad wykonał nagły obrót i ogonem uderzył rogatego, lecz był to na tyle mocny cios, że ten wbił się między drzewa. Wkurzony Corson wyszedł z lasu, a swoje martwe spojrzenie zatrzymał na gadzie, który biegł w jego kierunku. Gdy ten nagle się zatrzymał, z jego paszczy wydobył się strumień ognia, który demon w ostatniej chwili uniknął, chowając się pod cienistą tarczą. Gorąc, który dotknął Corsona, rozwścieczył go jeszcze bardziej i choć smok miał dużą siłę ognia, rogaty nie miał zamiaru ustąpić i szedł w kierunku skrzydlatego, zwiększając swoją osłonę. Smok, który był za bardzo zajęty ogniem, nie zauważył, jak blisko niego znajduję się rogaty, lecz w tym momencie było już za późno na jakąkolwiek reakcję obronną. Naładowana tarcza eksplodowała, odrzucając nie tylko samego demona, ale także gada, który swoim ciałem wykarczował kilka drzew.
— Coś Ty Corson odjebał.. — mruknął mężczyzna, który wrócił do ludzkiej postaci.
Odetchnął kilkukrotnie i skierował się do wykarczowanego miejsca, gdzie na końcu leżało wielkie ciało smoczycy. Podszedł do stworzenia i gdy upewnił się, że żyje i nie posiada żadnych poważnych ran, usiadł na ziemie i oparł się o drzewo, czekając tak na pobudkę przyjaciółki. W międzyczasie przybył Archer, który położył się obok ciemnowłosego.

Ana?
Nie ładnie tak drzewa niszczyć.

10.02.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy kobieta nagle przybrała smoczą postać, brunet tylko się domyślił, że poniosły ją emocję lub co najgorsze - utraciła nad sobą kontrolę w miejscu publicznym. Ostatnie wydarzenia dość mocno odbiły się na obu nadludziach, a szczególnie na Anie, która cudem to wszystko wytrwała. W obecnej sytuacji, Michael był gotów kontratakować i dość szybko zapomniał o bólu kręgosłupa, przyjmując bezpieczną pozycję. Bacznie obserwował każdy ruch przyjaciółki, tworząc to coraz więcej ciemności na sali ćwiczeń, lecz to już nie były ćwiczenia, a prawdziwa walka nad swoją osobą.
Gdy smoczyca wykonała ruch atakujący w kierunku przyjaciela, ten również szybko zareagował, wiążąc pysk gada i uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch. Pomimo lekkiej agresji ze strony mężczyzny, gdyż uwiąz nie należał do delikatnych, kobieta uspokoiła swoją smoczą naturę, pokazując to swoim "spokojniejszym" spojrzeniem.
— Do sali nikt nie wejdzie. — zaczął ciemnowłosy uważnie patrząc na smoka — Daje Ci czas na samodzielny powrót do ludzkiej postaci, lecz uwiąz pozostaje. — dodał, siadając po turecku naprzeciwko przyjaciółki, przyjmując wyprostowaną pozycję.
Mężczyzna oparł dłonie na swoje łydki, zamknął oczy i oddał się medytacji, spokojnie przy tym oddychając. To, że medytował, nie znaczyło, że nie jest uważny, a wręcz przeciwnie. Podczas tej czynności wszelkie jego demoniczne zmysły się wyostrzają, co uniemożliwia zaatakowanie go znienacka.
   Po pewnym czasie, ciemnowłosy usłyszał ludzki oddech, niespokojny, z lekka spanikowany oddech, który należał do jego przyjaciółki, która wróciła do swojej postaci. Mężczyzna otworzył oczy, od razu zahaczając o nagą kobietę, po czym delikatnie się uśmiechnął, oplatając jej ciało ciemnymi mackami dla jej wygody, żeby nie była naga na środku sali ćwiczebnej.
— Już lepiej? — zapytał, zaraz wstając z pozycji medytującej.
Pomimo pytania, nie uzyskał odpowiedzi, co zrozumiał. Podszedł do niej, pomógł wstać i delikatnie przytulił do swojego ciała.
— Nie wiem jak to się stało.. — wyszeptała cicho.
— Spokojnie. — pogładził ją po jasnych włosach — Utrata kontroli zdarza się każdemu. — dodał spokojnie.
— Ale wcześniej się to nie zdarzało. — spojrzała na twarz bruneta.
— Ale ostatnio dużo się działo. Mafia, wypadek.. Potrzebujesz dużo spokoju, żeby nawet podczas takiego treningu nie tracić kontroli. — wyjaśnił i delikatnie się uśmiechnął — Chodź do pokoju obok. Zadzwoni się do Twojego brata, żeby przywiózł Ci ubrania. — dodał, wskazując jasne drzwi na końcu sali.

Ana?

23.01.2020

Od Michaela CD Any

   Wypadek samochodowy. Zdarzenie, którego Crowley się nie spodziewał, które zmieniło jego życie o sto osiemdziesiąt stopni, gdyż utracił nie tylko pełną sprawność fizyczną czy wszelkie nadzieje na lepsze jutro, ale także auto. Może to innym wydawać się bezsensowne, bo auto to rzecz nabyta, lecz nie dla Michaela. Bawarka była jego spełnieniem marzeń z dzieciństwa, którą kupił za uzbierane pieniądze. To mężczyznę bolało dosyć długo, lecz nie tylko to leżało mu na sercu. Bał się o Ane, która uczestniczyła w tym wypadku, że coś poważnego się jej stanie, że także ucierpi na długie lata. Długo siebie obwiniał za ten wypadek, nie spał po nocach i wylewał łzy w szpitalną poduszkę, co do niego kompletnie nie pasowało. Choć dobrze pamiętał wieczór z Aną, gdy mówił, że nic nie czuję, tak teraz czuje aż za wiele i to go przerastało. Z dnia na dzień gasł, przygwożdżony do łóżka, nie mający nadziei na lepsze jutro. Jednak wszystko się zmieniło, gdy magicznym cudem odzyskał czucie w dolnej partii ciała... Nim się człowiek obejrzał, Crowley dostał wypis ze szpitala i o własnych siłach go opuścił.

Kilka tygodni później. 
Żeby przytłumić wspomnienia wypadku, para przyjaciół urządziła noc horrorów w mieszkaniu ciemnowłosego, co oby dwóm wyszło na dobre.. no prawie na dobre. Gdy tylko nastał poranek, oby dwoje leżeli na kanapie w dziwnej pozycji, znaczy kto leżał ten leżał, gdyż Ana preferowała zwisanie głową w dół, co Michael szybko zauważył. Od razu zaczepił swoją przyjaciółkę nie pozwalając jej wydostania się spomiędzy jego ud, co poskutkowało, że ta ponownie wylądowała na ziemi.
— Debiluuuuu. — jęknęła, wykręcając tułów i uderzając zwiniętą w pięść dłonią w łydkę mężczyzny. — Złaź ze mnie!
Mężczyzna jednak nic nie odpowiedział. Z uśmiechem chwycił kobietę i przyciągnął ją do siebie, szczelnie oplatając jej ciało. To spowodowało siłowanie się pary przyjaciół, po czym na koniec oby dwoje zlecieli na podłogę, z czego to Michael wylądował na plecach nadal trzymając kobietę przy sobie. Pewnie oby dwoje od razu wybuchliby śmiechem, lecz nie tym razem, gdyż mężczyzna cicho syknął z chwilowego bólu kręgosłupa.
— Wszystko dobrze? — spytała Ana, która szybko zeszła z przyjaciela.
— Tak, tak. — odpowiedział po chwili — Często mam nieprzyjemne dreszcze na kręgosłupie. — wyjaśnił i krótko się uśmiechnął, podnosząc się do siadu — Ważne, że Ty miałaś miękkie lądowanie. — dodał z cichym śmiechem.
Po porannej przepychance oby dwoje ogarnęli się i przystąpili do śniadania, które zjedli przy porannych wiadomościach. W Seattle nie działo się nic nowego, liczne wypadki, kradzieże czy włamania stały się niemal codziennością miasta. Jednakże o spalonym magazynie jeszcze nikt nie wspominał, a minęło już sporo czasu od tego zdarzenia. Może to i dobrze.
— Co teraz? — spytała Ana odkładając talerze do zmywarki.
— Jadę do pubu na chwilę. — odpowiedział sprzątając z blatów kuchni — A Ty co będziesz robić?
— A podskoczę do kawiarni, może potrzebują pomocy w.. czymś. — uśmiechnęła się, opierając się o jeden z blatów.
— To może później mały trening walki mieczem? — uniósł delikatnie kącik ust.
— Możesz w ogóle ćwiczyć? — prychnęła krótko — Przez jakiś czas nie miałem czucia w ciele.
— Nikt nie zabroni mi się trochę rozruszać. — odpowiedział lekko wzdychając — Po za tym, lekarz kazał mi wzmacniać mięśnie pleców, a miecz jest w tym bardzo dobry. — wyjaśnił zgodnie z prawdą.
— Jeśli czujesz się na tyle dobrze, żeby przegrywać pojedynki, to można wrócić do treningów. — rzekła wystawiając końcówkę języka.

Kilka godzin później. 
Gdy Michael załatwił swoje sprawy z pubem, zajechał motocyklem pod akademię i wypatrywał jeepa blondynki, której jeszcze nie było. Zdjął więc kask z głowy, rękawice z dłoni oraz lekko odpiął skórzaną kurtkę, aby choć trochę schłodzić rozgrzane ciało. Na swoją przyjaciółkę nie musiał długo czekać, gdyż po chwili zjawiła się tuż obok maszyny mężczyzny. Po zabezpieczeniu swoich pojazdów, równym krokiem skierowali się na salę akademii, która w tych godzinach była wolna, więc mogli skorzystać z obecnego tam sprzętu.
— Pamiętaj o krokach. Nie mogą być za szybkie, nie stawiaj też za blisko stóp, bo podczas bloku się przewrócisz.. — mówił obserwując ruchy atakujące kobiety — Ręce trochę szerzej, bo wyglądasz jak kłoda.. — kontynuował — Teraz dobrze. Utrzymaj taki atak.. — powiedział chwaląc, tworząc zaraz cienistego jako przeciwnika blondynki.
Po krótkim przypomnieniu podstaw walki, przyjaciele przystąpili do wspólnego treningu, stając naprzeciw siebie, uzbrojeni w prawdziwe, lecz osłonięte, długie miecze. Choć sam Michael długo mieczem nie władał, czuł się znakomicie, gdyż jak to mówią — takich rzeczy się nie zapomina. Już po pierwszym zgrzycie ostrzy, brunet poczuł przypływ pozytywnej energii, co można było rozpoznać po jego delikatnym uśmiechu.

Ana?

18.01.2020

Od Michaela CD Any

Kilka tygodni później.
Gdy Michael zasiadł za biurkiem, mając przed sobą liczną klasę nadludzi, znowu poczuł się lepiej, gdyż wykonuje to, co lubi — uczy innych samokontroli. Z delikatnym uśmiechem zaczynał każdy dzień w szkole, przez co szybko zyskał opinie dobrego nauczyciela, szczególnie ze strony uczennic.
Pub mężczyzny także dobrze się prezentuje, choć rzadko tam przebywał, głównie dla tego, że posiadał dobre kierownictwo, które potrafiło zająć się lokalem.
Oczywiście w tym czasie odwiedzał swoją przyjaciółkę Ane i choć nieraz ze sobą spali, nie uważają się za parę, a raczej "przyjaciół z korzyściami", co brunetowi nie przeszkadzało. Nigdy nie potrafił wytrzymać w związkach, głównie dla tego, że łapała go monotonia, a uczucie szybko gasło.
Po opuszczeniu szkolnych murów oraz zerknięcie do pubu, mężczyzna udał się do wcześniej wspomnianej kobiety, którą zastał w jej kawiarni. Oczywiście jej znajoma Mia musiał krzykiem oznajmić, że pojawił się w lokalu, jakby nie mogła po prostu do niej podejść i ją o tym powiadomić. Normalne, że kobiety na jego widok krzyczą z podniecenia, ale żeby aż tak? Cóż, ważne, że zadziałało, gdyż po chwili zjawiła się jasnowłosa. Po krótkiej wymianie zdań poczęstowała przyjaciela kawałkiem ciasta, który jest nowym przepisem w lokalu.
— Jeśli się otruję, będzie na Ciebie. — rzekł w żarcie Michael.
— Przynajmniej będę mieć spokój. — dogryzła wystawiając koniuszek języka.
Po skosztowania ciasta, które brunetowi oczywiście smakowało, wraz z Aną zasiadł na zapleczu, gdyż kobieta musiała dokończyć dekorowanie tortu.
— Co później robisz? — spytał ciemnowłosy zerkając na przyjaciółkę.
— W sumie.. nie mam nic do roboty. — odpowiedziała w lekkim skupieniu — A czemu pytasz? — spojrzała na mężczyznę.
— Pomyślałem, żeby może udać się za miasto na małą wycieczkę krajoznawczą. — wyjaśnił spokojnie — Pogoda dopisuje. — dodał spoglądając na okno.
— Racja, pogoda jest świetna. — przytaknęła — Więc nie wiedzę problemu w takiej wycieczce. — uśmiechnęła się odpowiadając.
   Droga za miastem była dosyć długa i prosta, jak większość drug w tym regionie, otoczona lasami oraz łąkami, które wraz z wiosną zaczęły się budzić do życia. Pomimo takiego spokoju na drodze, Michael wolał trzymać się przepisowej prędkości i obserwować okolice, która cieszyła nie tylko jego, ale też jasnowłosą pasażerkę.
— Masz jakiś konkretny cel tej wyprawy? — spytała kobieta.
— Nie. Taki spontan za miasto. — odpowiedział spoglądając na Ane — Oderwanie się od sterty wieżowców i głośnych ulic. — dodał krótko wzdychając.
Cała wycieczka przebiegłaby bezproblemowo, lecz to byłoby za piękne w przypadku ich dwójki. Auto jadące z przeciwnej strony nagle zajechało drogę brunetowi, a żeby uniknąć kolizji, zjechał on na trawiaste pobocze. Pomimo tego, drugie auto zahaczyło w tył bawarki, co poskutkowało obróceniem auta o prawie dziewięćdziesiąt stopni, przez co te zaczęło mocno koziołkowa, wylatując w powietrze i kilkukrotnie uderzając o rozgrzany asfalt, na końcu wpadając między drzewa, zatrzymując się na jednym z nich. Rozbite szkło walało się po całym wraku, oleje oraz płyny wylewały się w układów, aż rozgrzany silnik zgasł, pozostawiając jedynie kłęby dymu spod zgniecionej maski. Sam Michael przez pierwsze kilka minut próbował zrozumieć co się właśnie stało i choć żyje długo na tym świecie, pierwszy raz odczuł strach. Oddech przyspieszył, lecz stawał się coraz płytszy, a w ustach poczuł metaliczny posmak krwi. Odruchowo skierował dłoń do odpięcia pasów i choć to uczynił, nie czuł. Nie czuł nic, aż w końcu odpłynął zawisając na kole kole kierownicy, na której wcześniej wybuchła poduszka powietrzna.

Ana? 
"Żeby życie miało smaczek, raz wypadek, raz kubraczek."

15.01.2020

Od Michaela CD Any

   Sprawę w liskiem można było uznać za zakończoną, o ile ten osobnik nie wstanie z martwych, co raczej było niemożliwe. Michael mógł odetchnąć z ulgą widząc żywą Ane obok siebie, nawet gdy ta posiadała krew przeciwników i pod względem psychicznym nie wyglądała najlepiej. Mężczyzna widział to w jej zmęczonym spojrzeniu i choć ta czasami twierdziła, że jest dobrze, on widział dokładnie co się w niej dzieje. Czasami jest to istna burza, a innym razem pustynia emocji. Jednakże to nie był czas na rozmyślanie nad rozpoznaniem emocji. Oby dwoje byli brudni od krwi, zmęczeni oraz obolali i jak można było się domyślić, oby dwoje z chęcią walnęliby się spać.
— Wypierze się. — odparł mężczyzna na stwierdzenie przyjaciółki — Wracajmy. Lepiej, żeby policja nas tutaj nie widziała. — dodał spokojnym tonem, na co kobieta przytaknęła. 
Para przyjaciół kulawym krokiem skierowała się do bawarki, która niewinnie stała niedaleko palącego się magazynu. Zdjęcia w takim miejscu wyglądałby ciekawie, jednak to nie czas na tego typu czynności. Czas było wrócić do domu.
Żeby nie pchać się w centrum miasta, oby dwoje skierowali się do domku blondynki, który to znajdował się z dala od blokowisk, a dokładnie w lesie. Choć bawarka nie należy do aut terenowych, to idealnie przejechała przez piaszczyste podłoże i dotarła pod samą posiadłość kobiety.
— Dawno mnie tutaj nie było. — rzuciła Ana, która jako pierwsza opuściła pojazd.
— Kilka dni.. tygodni. — odparł brunet podążający za przyjaciółką — Lecz lepiej tutaj wpaść w takich ubraniach, niż pałętać się po mieście. — dodał zaraz, na co kobieta przytaknęła.
Gdy weszli do środka domku, można było wyczuć, że nikt tutaj nie przebywał. Wnet otworzyli kilka okien i nie czekając dłużej, każdy zajął się sobą. Michael, który nadal posiadał na sobie liczne rany oraz oparzenia, zajął główną łazienkę, w której napuścił wodę do dużej wanny, pozbył się zakrwawionych ubrań i ostrożnie zanurzył się w ciepłej wodzie. Po jego ciele przeszedł delikatny dreszcz, który naruszył wszelkie rany otwarte, co spowodowało lekki ból w owych miejscach. Najgorsze jednak było oparzenie na szyi, które po kontakcie z ciepłą cieczą, wywołało jeszcze większych przepływ bólu. Mężczyzna oparł się wygodnie o bok wanny, opierając głowę o zagłówek z ręcznika, pozwalając swojemu ciało się uspokoić i odprężyć.
Jednak długo nie tkwił w ciszy, gdyż po kilku minutach usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Na pozytywną odpowiedź ze strony bruneta, do łazienki weszła Ana, która pozbyła się z siebie zakrwawionych ubrań, pozostając jedynie w bieliźnie.
— Można się dołączyć? — spytała spokojnie, lecz było widać u niej totalne zmęczenie.
— Oczywiście. — odpowiedział robiąc miejsce przyjaciółce.
W tym czasie kobieta ściągnęła z siebie bieliznę i ostrożnie weszła do ciepłej wody, siadając obok bruneta, który choć widział ją nagą, nie miał ochoty na żadne erotyczne zabawy.
— Jak się czujesz, Mike? — spytała po chwili jasnowłosa, spoglądając na towarzysza.
— Szczerze? Nic nie czuje. — odpowiedział lekko zachrypniętym głosem.
— Jak to? Torturowali Cię.
— Normalnie Ana. — spojrzał na kobietę, po czym wrócił wzrokiem przed siebie — Walka emocjonalna mnie wykończyła. W jednym momencie czułem strach, gniew, nienawiść i smutek. Byłem spokojny, a zarazem agresywny, w gotowości do walki słownej oraz wręcz. — wyjaśnił — Ale najważniejsze jest, żeby tego nie okazywać. Nie dawać po sobie poznać, że coś nas boli lub martwi. — dodał i spojrzał na przyjaciółkę, która chyba analizowała jego słowa.
Mężczyzna delikatnie wsunął dłoń za plecy kobiety i przysunął do siebie, obejmując jej delikatne ciało. Ta oparła głowę o przyjaciela, przytulając się do jego ciepłego ciała. W takim też uścisku trwali dosyć długo, aż serce jasnowłosej się uspokoiło.
— Teraz będzie tylko lepiej, Ana. — rzekł spokojnie, delikatnie sunąc opuszkami palców po ręce przyjaciółki. — Tylko.. jak to jest u Ciebie? Nie czujesz pustki w sobie czy raczej emocje Tobą miotają? — dopytał po chwili.

Ana?

5.01.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy ciemnowłosy zaczął się przebudzać, czuł się jak trup, o ile wiedział, jak trup się czuje i czy w ogóle coś czuje. Mało istotne. Ciało mężczyzny były poparzone i skopane, lecz o dziwo nie doszło do żadnego złamania czy zwichnięcia, co rzadko się zdarzało. Czuł jednak czyjąś obecność, że nie jest sam w tym.. kontenerze, w którym się obecnie znajdował.
— Obudziłeś się. — powiedziała spokojnym tonem obca kobieta. — Lys chce Cię zabić. — zaczęła i zbliżyła się do bruneta — I choć mnie nie znasz, pomogę Ci. — odparła poprawiając swoje kruczoczarne włosy.
Wtem kobieta wypowiedziała słowa w obcym języku, a ciało ciemnowłosego sklonowało się co do kropki na pośladku, lecz klon był bardziej nieprzytomny niż sam Michael, który ze zdziwieniem obserwował dość ładną panią.
— A teraz skryj się w cieniu. Nadchodzi. — mruknęła cicho, po czym rozpłynęła się w powietrzu.
Choć mężczyzna nie posiadał za wiele sił, uczynił słowa kobiety i zniknął w ciemnym zakamarku kontenera, pozostawiając jedynie swojego klona. Po kilku minutach stało to, o czym wspominała czarnowłosa - do kontenera wkroczył Lys i zabrał sobowtóra. Gdy ten zniknął za stalowymi drzwiami, Mike opadł bezsilnie na ziemie w celu regeneracji swoich sił, przechodząc w medytację.
   Gdy w głównej części magazynów rozległ się huk z broni palnej, każdy wiedział co się stało — Michael Crowley nie żyje. Jego przyjaciółka w moment zalała się łzami, a zadowolony z siebie bandzior poszedł w swoją stronę. Jednak był ktoś, kto wiedział, że Mike żyje i ma się prawie dobrze, a był to nikt inny, jak Corson. Rogaty opuścił ciało przyjaciela i niezauważony podszedł do jasnowłosej kobiety.
— Nie płacz, Ana. — powiedział demon, opierając się przed sobą o drewnianą laskę.
— On nie żyje.. — szeptała — Zabili go. — dodała zaciskając dłonie na koszulce mężczyzny.
— Ależ Ana, on żyje. — rzekł demon, po czym ciepło się zaśmiał.
— Przecież on tutaj leży martwy. — spojrzała na rogatego.
— Wskażę Ci drogę do niego, ale musisz mi zaufać, Ana. — mówił patrząc blondynkę — Długo tak nie wytrzymam.. — dodał, tracąc powoli swoją materialność.
Jasnowłosa chyba zauważyła stan demona i nie stawiała oporu, gdy ten wniknął w jej ciało. W ciało drakonida z krwi i kości, tworząc tym niezłą mieszkankę demona ze smokiem.
— A teraz chodź i nie walcz ze mną, bo zabijesz swojego przyjaciela. — mówił w głowie kobiety.
— Czemu nie możesz mi po prostu powiedzieć, gdzie on jest? — spytała w trakcie drogi.
— Wśród tylu kontenerów? To jak szukanie igły w stogu siana. — odpowiedział spokojnie.
Po kilku minutach dotarli do miejsca, gdzie znajdował się nieprzytomny Michael, czekający na swojego demona. Gdy kobieta ujrzała przyjaciela, opadła przy nim na kolana, a gdy Corson wrócił do jego ciała, ten w moment się ocknął, łapiąc łapczywie powietrze w płuca.
— Boże, Mike.. — mruknęła i przyjrzała się ciemnowłosemu — Ale.. przecież on tam leżał.
— To był klon. — odpowiedział zaraz Mike — Ktoś mi pomógł, dla tego ja żyje, a sobowtór leży martwy. — dodał lekko wzdychając.
— Co oni Ci zrobili..
— To co zawsze, Ana. — uśmiechnęła się — A teraz chodź zajebać tego cwaniaka. — dodał, podnosząc się z ziemi.
Pomimo wielu ran na ciele Crowleya, ten miał jeszcze więcej energii i sił przez adrenalinę, która płynęła w jego żyłach. Był niczym wściekły pies na cienkim łańcuchu, który lada moment pęknie. Choć chciał przemienić się w demona, wolał w ludzkim ciele pokazać się człowiekowi, który pewnie opija jego śmierć.
— Ana, proszę tylko o jedno. — zaczął brunet, tworząc w swojej dłoni miecz — Nie powstrzymuj mnie. Jak już wrócić z martwych, to z pierdolnięciem. — dodał z szyderczym uśmiechem.
— Dobrze, ale zabicie tego marnego człowieka należy do mnie. — rzekła stanowczo.
Mężczyzna przytaknął na jej słowa i oby dwoje zatrzymali w głównej części magazynu, w której nadal znajdowało się ciało klona. Gdy jednak przypomniał sobie o kobiecie, która mu pomogła, ciało te zniknęło, rozpływając się w powietrzu.
— Lysandre! — zawołał donośnie ciemnowłosy.
Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się liska, któremu niemalże opadła szczęka na widok Michaela.
— Przecież Cię zabiłem! — warknął niezadowolony.
— Myślisz, że pukawką można zabić demona? — zaśmiał się, przyciągając mężczyznę do siebie — Jestem zły. Jestem bardzo zły za to, co zrobiłeś mojej przyjaciółce. — dodał półszeptem.
— I mam się Ciebie bać? — prychnął obudzony.
— Już się mnie boisz. — uśmiechnął się w odpowiedzi.
Crowley odrzucił lisa kilka metrów dalej i przybrał demoniczną postać, stojąc u boku Any, która była gotów zabić każdego, kto stał dookoła nich.
— Graj muzyko.. — wyszeptał rogaty, oddając się mocy z samych piekieł.
Magazyn stał się istnym polem walki, które przepełnione było mrokiem oraz krwią wrogów, ociekającą ze ścian kontenerów. Corson emanował taką energią, że z jego szczęki wydobywał się czarny dym, a oczodoły zabarwiły się na czerwono, co zdarza się nadzwyczaj rzadko.
Gdy wszystkie misie Lysa były już martwe, większość zwłok było rozczłonkowanych, a podłoga była ufajdana od krwi, nadszedł czas na samego Lysa, którego dopadł rogaty. Oczywiście pamiętał o słowach przyjaciółki i zaciągnął mężczyznę pod nogi kobiety, rzucając nim jak workiem śmieci.
— Czyń honory, Ana. — rzekł demonicznym głosem, kontrolując, aby Lys nie zrobił krzywdy blondynce.

Ana? 
Szablon
synestezja
panda graphics