Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ragnarök. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ragnarök. Pokaż wszystkie posty

16.08.2019

Od Any - Event

Po raz kolejny stanęłam przed budynkiem Akademii. Tym razem jednak z Archerem u boku i z o wiele niebezpieczniejszą, choć potencjalnie bardziej intrygującą perspektywą spędzenia najbliższych godzin, niż gdy się tu uczyłam.
Westchnęłam, patrząc jak kolejni ludzie i nadnaturalni, mijając mnie, znikają w budynku. Wilczak stał grzecznie u mojego boku, patrząc na mnie wzrokiem mówiącym "Dlaczego stoimy?". Nie odpowiedziałam mu. Bo nie znałam odpowiedzi na jego pytanie.
Już od jakiegoś czasu w mieście mają miejsce dziwne anomalnie pogodowe. Pierwszego dnia, gdy zobaczyłam na niebie zielone chmury, postanowiłam sprawdzić, co to takiego. Wychodziłam właśnie z domu, by nieco dalej od niego przybrać gadzią formę i wzbić się w powietrze, by to zbadać. Jednak ledwo otworzyłam drzwi, moim oczom ukazał się mężczyzna w bluzie ze znakiem niedźwiedzia. Miał do przekazania tylko jeden rozkaz od naczelnika Sopportare - "Nie ingeruj". Zirytowana zatrzasnęłam wysłannikowi drzwi przed nosem.
Kilka dni później przyszedł znowu, akurat gdy, siedząc na huśtawce przed domem, wpatrywałam się w niebo z rosnącym niepokojem. Właśnie skończyłam rozmawiać z bratem, teraz komórką nerwowo stukałam w kolano. Od pojawienia się anomalii nie mogłam spać. Ciągle do moich uszu dochodziły dziwne dźwięki, zapachy... Zbyt mnie rozpraszały, intrygowały... wzywały. Instynkt podpowiadał mi, że nie niosą ze sobą nic dobrego, że są zagrożeniem, które trzeba zniszczyć. A wyraźny zakaz robienia w tej sprawie czegokolwiek doprowadzał mnie do szału.
Ponowne pojawienie się agenta i rozkaz, jaki miał przekazać, rozładowały nieco buzujące we mnie napięcie. Miałam udać się do Akademii, by wraz z grupą innych agentów i ochotników z Seattle odebrać dalsze instrukcje, co do obmyślonej przez Sopportare akcji, która miała zakończyć te dziwne anomalie.
Co sprowadza nas do chwili obecnej...
Stałam przed weściem do Akademii do momentu, aż przestali pojawiać się kolejni członkowie eskapady. Dopero wtedy mruknęłam do Archera "chodź" i weszliśmy za wszystkimi do środka. Gdzieś w międzyczasie mignął mi Liam, ale uznałam, że nie będę go wołać. Nie miałam nastroju do konfrontacji z nim.
Większość miejsc w auli była zajęta. Ale było też sporo pustych krzeseł. Usiadłam w ostatnim, skrytym w cieniu rzędzie, wilczak posłusznie położył się przy moim krześle. Po chwili jakiś mężczyzna siedzący przede mną odwrócił się i wbił skonsternowany wzrok w psa. Ten warknął cicho, więc dla bezpieczeństwa złapałam za specjalny uchwyt w jego szelkach, a mężczyźnie posłałam ciepły uśmiech, by go uspokoić i, być może, zniechęcić do głośnego skomentowania obecności psa na sali. Nie byłam już uczennicą tej szkoły, nie obowiązywały mnie tutejsze przepisy. A przynajmniej lubiłam tak uważać. Mężczyzna odwrócił się z powrotem twarzą do sceny.
W pomieszczeniu unosił się drażniący nos zapach strachu i nerwowego oczekiwania. Gdy na scenę wyszedł dyrektor szkoły, wszyscy umilkli. W napięciu wysłuchali, co miał do powiedzenia. Przez całe przemówienie wybijałam palcami rytm na kolanie, rozglądając się po sali. Obecność nadnaturalnych i agentów Sopportare mnie nie dziwiła. Ale mogłabym przysiąc, że w towarzystwie znajduje się także kilkoro ludzi. Niezmiennie zastanawiało mnie, jaki idiota zgodził się na ich uczestnictwo w akcji... Ale tym razem postanowiłam nie komentować poczynań Sopportare. Może się przydadzą, wbrew powszechnej wśród nadnaturalnych opinii o ich kruchości.
Po zakończeniu przemówienia, dyrektor bez słowa zszedł ze sceny i zniknął za kulisami. Wyglądał, jakby potrzebował szklanki, może dwóch, czegoś mocniejszego. A w sumie i całej butelki.
W sali zawrzało. Część osób niemal natychmiast opuściło salę, inni zostali, by naradzić się w grupach, do których zostali przydzieleni. Rozejrzałam się szybko z czytej kurtuazji, starając się ustalić, czy moja grupa nie robi właśnie zebrania. Nieuprzejme byłoby zwyczajne zwianie z niego, tym bardziej, że mogli ustalać taktykę czy coś...
Nie dostrzegłam jednak nikogo, kto wyglądałby, jakby brakowało mu jakiegoś członka grupy. Nie przydzielono mnie do grupy z Liamem, co tylko trochę mnie zdziwiło, nie miałam więc żadnego konkretnego punktu orientacyjnego, gdzie się udać. Wstałam więc, przypięłam smycz do szelek Archera, żeby mieć nad nim kontrolę w tłumie, jaki mógł się zebrać na placu przed Akademią, po czym wyszłam na zewnątrz.
Niemal od razu dostrzegłam wysokiego Azjatę, trzymającego wysoko w górze zeszyt z nakreśloną na nim czwórką. Parsknęłam cicho, rozbawiona, po czym ruszyłam w tamtą stronę. W okół mężczyzny zebrali się już chyba wszyscy z mojej grupy.
Oczywiście nikogo nie znałam. Aczkolwiek oni siebie chyba też nie, nie robiło mi to więc znaczenia. Kątem oka zobaczyłam Michaela, któremu pomachałam. Odpowiedział tym samym, ale żadne z nas nie podeszło do siebie. Nasze grupy rozpoczęły już dyskusje.
Swego rodzaju "dowodzenie" w mojej przejął widać blondwłosy mężczyzna, który witał wszystkich wyjątkowo entuzjastycznie. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu na widok tryskającej z niego energii. Gdy jego towarzysz zademonstrował, jak będzie zapewniał nam wsparcie mentalne podczas akcji, nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam śmiechem. Co zwróciło na mnie uwagę reszty. Uniosłam lewą rękę, tę, w której nie trzymałam smyczy, i pomachałam im samymi palcami.
- Ana Balanchine. Drakonid. Wiecie, taki spory, latający jaszczur. I w przeciwieństwie do przed chwilą przedstawianego, moim żywiołem jest ogień - posłałam mężczyźnie ciepły uśmiech. - Mogę się nim posługiwać wedle uznania, ogranicza mnie tylko wyobraźnia. I utrata kontroli - uznałam, że będę z nimi szczera. Nigdy nie wiadomo, czy nie przesadzę w czasie starcia i nie rozpętam burzy ognia, jak zdarzało się wcześniej. - Wtedy lepiej się do mnie nie zbliżać, a najlepiej zwiewać gdzie pieprz rośnie, bo ogień przejmuje nade mną kontrolę. Ale nie martwcie się, postaram się do tego nie dopuścić.
Chyba nieco ich tym spłoszyłam, sądząc po minach, którymi mnie obdarzyli po tych słowach, ale postanowiłam udać, że tego nie widziałam. Posłałam im promienny uśmiech i spojrzałam znacząco na kolejną osobę, stojącą koło mnie, czekając, aż się przedstawi...

Od Vergila - Event

Akurat w chwili, gdy na głowie Vergila pojawiały się coraz to kolejne problemy, złośliwy los postanowił dorzucić na jego barki jeszcze jeden, tak by mężczyzna nie miał przypadkiem chwili spokoju. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy wieczorną sesję pisania przerwały wibracje telefonu. Svensson prewencyjnie zapisał dokument, by później ściągnąć z nosa okulary i podnieść urządzenie na wysokość oczu. Spotkanie w Akademii. Napisał szybko do Harriet, gdyż ta zapewne miała więcej informacji niż ktoś inny. W połowie wprowadzania wiadomości spojrzał przez jedyne odsłonięte okno w salonie, które z lenistwa pozostawił w takim stanie. Dziwne chmury zbierały się nad horyzontem, napawając Norwega niepokojem. Jeszcze dłuższą chwilę się w nie wpatrywał, układając myśli w głowie, po czym westchnął, zablokował telefon i wrócił do nieco mniej spokojnego pisania niż robił to wcześniej.

***

Przez całe przemówienie, a także część spotkania po nim postanowił milczeć. Takie wczesne wstawanie, połączone w dodatku ze słuchaniem, jak to grupa połączonych ze sobą bez większego sensu osób uratuje, czy może nawet zbawi Seattle, nie wpasowywało się w plan idealnie spędzonego poranka czy, ogólnie, dnia. Można było więc powiedzieć, iż towarzyszył grupie, w jakiej był, jak naburmuszone dziecko, twarz wtulając w postawiony kołnierz kurtki, a dłonie wsuwając do kieszeni spodni. Gdy pozostali się przedstawiali, poruszał się jedynie w miejscu, czym chciał wyraźnie pokazać, że wolałby być w zupełnie gdzie indziej. Pozostali pewnie podzielali zdanie Vergila, lecz, z powodu stresu czy innych czynników, woleli się do tej kwestii nie odnosić. Może to i dobrze. Morale są ważne w drużynie, a narzekanie na rzeczy, na jakie się wpływu nie ma, na pewno na nie cudownie nie wpływa.
Wtedy jednak uwagę przykuł smok czy inny gad, wygadany w pewnym sensie, co automatycznie spotkało się z antagonistyczną reakcją ze strony wojownika. Pomimo raczej ludzkiego wyglądu nadal Norweg posiadał w sobie coś ze zwierzęcia, jego krew czy też instynkty. W tym wypadku obudziła się iście pierwotna potrzeba sprowadzenia nieposłusznego szczeniaka do odpowiedniego poziomu. Samozwańczy alfa wyprostował się więc, napinając mięśnie i dodając sobie jeszcze kilka centymetrów. Opanował się przed zawarczeniem czy ukazaniem lśniących oczu. Nie chciał wzbudzać żadnych konfliktów, a jedynie naprostować młodzika. Takie lekkie, ojcowskie uderzenie w tył głowy.
— Preferowałbym, abyś trzymał się z dala od mojego umysłu. To się tyczy także pozostałych — mruknął, gromiąc wzrokiem gadzinę przed sobą, jakby zupełnie zignorował Kangsoo — Jestem berserkiem. Potrafię przemieniać się w zwierzę, a także posiadam nadludzką siłę, połączoną z regeneracją,... — Vergil przerwał monotonną wypowiedź westchnięciem — Najpewniej będę mięśniami tej grupy. Ostrzegam też z góry, że jutro raczej nie będę trzymał emocji na wodzy. Lepiej będzie, jeśli ktoś mnie nie wkurwi.
Czuł, że zepsuł atmosferę. Jakoś wybitnie go to nie zabolało. W końcu, w takie dni jak te, gdy śmierć czeka za rogiem, nie ma czasu na radość. A prawdą ogólną było, że jeśli Vergil był niezadowolony, nikt wokół nie mógł być szczęśliwy.


Od Liama - Event

- Widziałaś?
Po drugiej stronie linii zapadła cisza, przerywana od czasu do czasu szumem wiatru. Siostra musiała stać na zewnątrz. A więc widziała. I również była zaniepokojona.
- Te chmury nie wróżą nic dobrego - mruknęła w końcu Ana. Brzmiała na zamyśloną. Zdecydowanie, podobnie jak ja, martwiła się. Znając ją, już zdążyła przybrać gadzią postać i zbadać sprawę z powietrza. Chociaż jej następne słowa zaprzeczyły moim przypuszczeniom. A mnie jeszcze bardziej zaniepokoiły. - Sopp u mnie było. Zabroniło mi się wtrącać. Nie... nie mogłam tam polecieć.
To nie mogło znaczyć nic dobrego.
Następnego dnia dostałem wiadomość. Czekała na mnie w sklepie, w rękach zaniepokojonego Cole'a.
Koperta ze znakiem niedźwiedzia zawierała tylko poglądowe informacje o tym, co się działo. A także polecenie, by następnego dnia stawić się w Emerald Academy na spotkaniu nadzwyczajnym, na którym miano podać pozostałe informacje.
Zakląłem cicho. To zdecydowanie nie wróżyło nic dobrego.

~•~

Po przemówieniu dyrektora szkoły, w sali zapanowało zamieszanie. W kącie z tyłu sali dostrzegłem Anę z Archerem. Siostra patrzyła tępo przed siebie. Westchnąłem. Podobne sytuacje nigdy nie wpływały na nią dobrze. Trochę żałowałem, że nie przydzielono nas do jednej grupy, bo dawno nie mieliśmy okazji walczyć ramię w ramię. Poza tym, w obecnym położeniu, nie byłem w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa...
Jedyna nadzieja w tym, że nie przegnie. Bo beze mnie w pobliżu, jej ogień może stać się zgarożeniem dla wszystkich w promieniu kilkunastu kilometrów - w lesie ogień szybko się rozprzestrzenia.
Porzucając dalsze rozmyślania, doszedłszy do wniosku, że co ma być, to będzie, wyszukałem wzrokiem Kangsoo, którego kojarzyłem jako jedynego ze swojej grupy. Pomyślałem, że wypadałoby w sumie obmyślić strategię, poznać kompanów... Jak się okazało chwilę później, inicjatywę przejęła białowłosa kobieta, która zebrała w okół siebie resztę grupy. Każdy pokrótce wyjaśnił, na czym polega jego zdolność, a gdy nadeszła moja kolej, rzuciłem z ramionami założonymi na piersi.
- Skoro już wszyscy jesteśmy ze sobą szczerzy, to co mi tam - posłałem białowłosej zawadiacki uśmiech, za co zostałem obdarzony morderczym spojrzeniem przez mężczyznę, który stanął u jej boku. Westchnąłem w duchu. Zapowiada się ciekawie. - Jestem drakonidem. Jeśli nie wiecie, o co chodzi, mogę dodać tyle, że po przemianie przypominam smoka. Jestem tylko nieco mniejszych gabarytów - wytłumaczyłem. - Ponieważ żywioł, którym się posługuję, jest raczej średnio niszczycielski, preferuję walkę w gadziej postaci - przemienię się, gdy tylko rozpocznie się walka, albo jak trzeba będzie polecieć na zwiady czy coś.
- A jak się będziemy mogli z tobą wtedy porozumieć? - zapytała kobieta, która przedstawiła się wcześniej jako Taiga.
- Telepatia, słońce - mrugnąłem do niej porozumiewawczo. - Będę przemawiał do was w myślach.
- Jakoś nie podoba mi się wizja, że będzie siedział mi w głowie - mruknął do białowłosej mężczyzna, który wcześniej postanowił zamordować mnie wzrokiem. Pewnie nie miałem tego usłyszeć, ale cóż... nadludzko czułe zmysły i takie tam.
- Specjalnie dla ciebie postaram się tylko wrzucać ci moje myśli do głowy - sarknąłem. - Możesz mi odpowiadać normalnie, to ja nie będę miał strun głosowych przystosowanych do artykułowania słów.
Dalsze zgryźliwości przerwał Kangsoo, zauważając, słusznie z resztą, że wypadałoby chyba omówić strategię czy coś. A na pewno nie wszczynać niepotrzebnych kłótni.
Kilkanaście minut później byliśmy już teoretycznie psychicznie gotowi na to, co przyniesie następny dzień. Uścisnąwszy sobie dłonie, rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę na parkingu, szukając wzrokiem jaskrawoczerwonego samochodu mojej siostry. Nie dostrzegłszy go, wsiadłem do swojego Mercedesa. Przez chwilę patrzyłem tępo przed siebie, nie dostrzegając tak naprawdę niczego, co działo się za przednią szybą. Westchnąłem ciężko, pocierając palcami skronie.
Zapowiada się koszmarny dzień. Choć w pewnien sposób na pewno ekscytujący.
Gdy w końcu przekręciłem kluczyk w stacyjce, na moich ustach zawitał już lekko obłąkany uśmiech.
Może jednak nie będzie aż tak źle?


Średnie, wiem, ale nie chciałam dłużej wstrzymywać kolejki, a czasu brak ~

7.08.2019

Od Michaela — Event

   Gdy mężczyzna zauważył wiadomość od Sopportare, wiedział już, że coś się szykuje. Nigdy wcześniej owa jednostka nie wysyłała takowych treści, a jedynie dzwonili i umawiali się na spotkanie. Pomimo, że kapitan czeka na błąd demona, ten zdecydował się zacząć z nim współpracę, gdyż może się im do czegoś przydać. Objęty ochroną pani kapitan mógł działać, więc bez większego problemu odczytał wiadomość od policji i zgodził się wziąć w tym udział. Jeszcze tego samego dnia, dyrektor telefonicznie poinformował bruneta o owym spotkaniu oraz żeby zabrał ze sobą Asha, gdyż i ten znajduję się na tajnej liście.
Będąc już na miejscu, a dokładniej w dobrze znanej mu akademii, skierował się do opisanej w wiadomości sali, w której było kilku uczniów oraz nadludzi z zewnątrz. Dobrze czuł ich zapach, lecz nie mógł stwierdzić, który co potrafi lub czym jest. Obok bruneta usiadł jego młodszy brat, który po chwili oparł głowę o starszego ciemnowłosego i w takim też spokoju słuchali słów dyrektora.
Robin dokładnie wyczytał cztery grupy, gdzie Michael będąc w drugiej grupie, miał przy sobie Asha oraz Natalie, w tym Lucasa z Sopportare oraz Eliotta, ucznia akademii. W sumie każdego z nich znał, więc ten nie musiał się z nimi zapoznawać, lecz pomiędzy resztą grupy, oprócz Ashem, rozpoczęła się rozmowa zapoznawcza. Niby zwykła, luźna pogawędka, lecz demoniczna dusza Michaela aż drżała od energii, która rozpierała ciemnowłosego, jednak musiał pohamować wszelką przemianę i skupić się na rozmowie. Słuchał, co mówili współpracownicy, od czasu do czasu przytakiwał oraz dopowiadał kilka ważnych rzeczy, co w jego przypadku jest normalne. Nie wiedział jednak, co ich będzie czekać na miejscu, więc została mu tylko pozytywna myśl i pewność siebie, aby nie zostawić brata samego. Musiał się skupić i przebyć długą medytację, więc gdy rozmowa dobiegła końca, każdy poszedł w swoje strony. Gdy demon tylko minął próg mieszkania, przebrał się i zamknął w swoim pokoju, rozłożył miękką matę i przystąpił do wcześniej wspomnianej czynności. Czemu to robi? Dla większego skupienia oraz kontroli nad demonem, żeby podczas akcji nie wysadzić w powietrze swoich współpracowników.

Tak, tak, wiem, krótkie to opowiadanie.

Od Eliasa - Event

Gdyby ktoś miał wskazać najbardziej znudzoną osobę, przesiadującą aktualnie w jakże obszernej sali Akademii, nie ma wątpliwości, że wskazałby akurat na siedzącego w ostatnim rzędzie wysokiego blondyna. Tak naprawdę w ogóle nie interesowało go to, co właśnie się dzieje. Jeśli świat miałby się skończyć właśnie dzisiaj, nie miałby nic przeciwko. Od dawna dąży już do zagłady, czemu w żaden sposób nie sprzeciwiają się ludzie. Dopiero gdy ich spokojne życie zostaje jednoznacznie zagrożone, zaczynają działać. Wyłażą ze swoich przytulnych domów gotowi poświęcić wszystko byle tylko, te spokojne czasy wróciły. Tym różnił się od nich. I może to właśnie była ta jedyna rzecz, jaka sprawiła, że mężczyzna zdecydował się przyjść dzisiaj do akademii. Ci ludzie bali się o swoje życie, chcieli jedynie ochronić rodzinę, bliskich. Tak jak on kiedyś. Teraz nie miał już w życiu żadnego celu i nie przejmował się tym, co się z nim stanie. Dlatego, mimo że uważał, iż nie jest to do końca jego walka, postanowił, chociaż na chwilę znaleźć coś, co będzie mógł nazwać sensem swojego życia. Gdy tylko na podeście stanął dyrektor akademii, zaczął skupiać się na jego słowach. Twarz mężczyzny wyrażała prawdziwe przerażenie i zdenerwowanie, które było wręcz czuć w powietrzu. Pot spływający po jego bladym czole dodatkowo uwydatniał stan mężczyzny. Wyglądał, jakby zaraz miał paść przy mównicy. Słuchając jego przemowy i przyglądając się sylwetce dyrektora, zdał sobie sprawę, że to o czym mówił, naprawdę mogło być końcem ludzkości. Mógł udawać niewzruszonego, jednak w głębi serca los zebranych tutaj ochotników i niewinnych cywilów, nie był mu obojętny. Gdy tylko mężczyzna zakończył swój wywód, zszedł chwiejnym krokiem z podwyższenia i zniknął za drzwiami. W pomieszczeniu przez chwilę panowała cisza, a powietrze wokół jakby stało się cięższe. Szybko przesunął wzrokiem po siedzących razem z nim ludziom. Twarze wielu z nich wykrzywiał ten sam wyraz przerażenia co nieobecnemu już mężczyźnie. Niektórzy podobnie jak on, z obojętnością przyjęli wszystkie informacji. Oczywiście znaleźli się też tacy, którzy wyglądali jakby właśnie czekali na taką sytuację. Można było odczytać pewnego rodzaju podniecenie w ich oczach.
W końcu podniósł się z krzesła, uświadamiając sobie, że wszyscy zaczęli już wychodzić. Zabrał sprzęt, który przysługiwał ochotnikom, a także inkantację, która miała posłużyć do zamknięcia szczelin. Przez chwilę przyglądał się zapisanym na kartce słowom. Wygląda na potężne zaklęcie. Z pewnością pochłonie wiele energii. – Pomyślał, starannie składając arkusz i chowając go do plecaka. Jako jeden z ostatnich opuścił sale. Powolnym krokiem zmierzał w stronę wyjścia. Na końcu korytarza zauważył czwórkę mężczyzn i kobietę. Jeden z nich trzymał kartkę z zapisanym numerem ich grupy. Przez chwilę wahał się, ale ostatecznie podszedł do nich. Skoro miał brać w tym udział, musiał zapoznać się z tymi ludźmi. Postanowił nie odzywać się, dopóki nie będzie to konieczne. Jako pierwszy zabrał głos białowłosy chłopak. Jego zachowanie było co najmniej interesujące. Elias zastanawiał się, czy naprawdę jest zupełnie nieporuszony słowami dyrektora, czy może stara się jedynie ukryć prawdziwe uczucia, jakie nim targają. Jednak z jego twarzy nie mógł wyczytać nic więcej prócz zwykłej beztroski. Musiał przyznać, że coś w jego osobie sprawiało, że czuł pewnego rodzaju powściągliwość. Energia, jaka emanowała od niego, była wyczuwalna wokół. Z pewnością był silny, ale czy na tyle, by naprawdę nie przejmować się zagrożeniem? Jego towarzysz był jeszcze bardziej zagadkowy. Od razu wyczuł, że nie był człowiekiem. Dość usłużne i zdawkowe podejście mężczyzny, kazało myśleć, że prawdopodobnie jest jego sługą i do tego nie człowiekiem… Golem. W jego głowie pojawiło się właśnie to określenie. Dalsze rozmyślania przerwała mu cisza, która na chwilę zapanowała. Postanowił ją przerwać, jako iż miał nadzieję, nie zostawać tu dłużej niż to naprawdę było konieczne.
- Mam na imię Elias Mäkelä. – Zaczął, czym zwrócił na siebie uwagę pozostałych. - Jestem czarownikiem. Więc wygląda na to, że będę odpowiedzialny za zamknięcie portalu. Możecie także liczyć na moją pomoc, jeśli chodzi o leczenie ran. – Oznajmił spokojnym tonem. – Mam nadzieję, że wszyscy bez przeszkód pokonamy zagrożenie i wrócimy stamtąd bezpiecznie do domu. – Dodał, kończąc tym samym swoją wypowiedź. Spojrzał na pozostałych i czekał, aż temat podejmie kolejna osoba.

31.07.2019

Event - Zasady i kolejność

   Jak już wiadomo, jutro (09.07.2019) rozpocznie się pierwszy event na tym blogu. Bardzo nam miło, widząc takie zainteresowanie, bowiem łącznie w tym wydarzeniu uczestniczy dwadzieścia postaci. Wyjaśnienia fabularne pojawią się w jutrzejszym początkowym poście, a na dzisiaj przygotowaliśmy dla was zasady oraz listę, w jakiej kolejności poszczególne postacie będą pisać.


25.07.2019

Od Anthonego - Event

Nagrałem się szefowi na sekretarkę, że jadę na ważne spotkanie i biorę dłuższy urlop. Chociaż dobrze wiedziałem, co się święciło. Nie miałem co do tego zbyt dobrych przeczuć. Wszystko wyglądało rodem z filmów post apo albo coś w tym stylu. Byłem przygotowany na najgorsze. Jedyne co mnie pocieszało to to, że przynajmniej w Seattle nie miałem żadnej rodziny, wszyscy siedzieli w Japonii. Chociaż z tym też nigdy nie wiadomo. Na spotkanie wpadłem nieco spóźniony, ale na szczęście zbyt wiele i nic ważnego mnie nie ominęło. Uważnie słuchałem, o czym mówił dyrektor akademii. Swoją drogą jego mina mówiła za siebie. W trakcie jego nie za długiego przemówienia parę osób wyszło. Jednak ja stałem dalej z tworzącą się gulą w gardle. Czy oby na pewno zrobiłem, pisząc się na to wszystko? Zapewne jakaś iskra wojownika obudziła się we mnie i to ona popchnęła mnie do tego wszystkiego. Po informacji, w jakiejś jestem grupie, natychmiast poszedłem szukać resztę trójek. Uważnie słuchałem, co każdy ma do powiedzenia i starałem się zapamiętać jak najwięcej informacji o każdym. Jak się okazało byłem jedynie jednym z dwóch mężczyzn w grupie, także trzeba będzie się postarać. Spotkanie szybko dobiegło końca, to też ze zgarniętym wcześniej plecakiem wróciłem do siebie, starając się to wszystko sobie przyswoić. Wpadłem do domu może nieco bardziej zmęczony niż zwykle. Niemalże od razu usłyszałem dźwięk pazurów uderzających o panele. Carmen przyszła się przywitać, jak zwykle, a Omen wyjrzał tylko zza rogu. Nie, nie miałem w planach ich zostawiać. O tego drugiego bym się nie bał, ale kto by chciał tak nieokrzesanego i nadpobudliwego psa jak ten rudzielec. Żeby się pocieszyć, starałem się szukać jak najwięcej powodów, dla których powinienem wygrać tę walkę. Zasnąć nie mogłem do prawie pierwszej w nocy, co jest raczej rzadko spotykane w moim przypadku. Za każdym razem, gdy próbowałem, dopadały mnie jakieś czarne myśli i złe scenariusze, które po jakimś czasie odpychałem już od siebie z irytacją. Po jakimś czasie udało mi się ostatecznie zasnąć. Rano, przed wyjściem na zbiórkę, udało mi się wyjść jeszcze na dłuższy spacer z psami. Zaśmiałem się pod nosem, bo czułem się prawie tak, jakby to miał być mój ostatni dzień wśród żywych, a przecież nie szykowałem się na śmierć. Kiedy wróciłem, sprawdziłem dobre trzy razy, czy aby na pewno mam wszystko. Wolałem się upewnić niż przed samym wyjazdem jeszcze na szybkiego się po coś wracać. Klucze do mieszkania przekazałem zaufanej sąsiadce. Wiedziałem, że dobrze zaopiekuje się psami pod moją, miałem nadzieję, krótką nieobecnością.

12.07.2019

Od Phoebe - Event

Idąc w kierunku akademii, Phoebe postanowiła zdać w najbliższej przyszłości prawo jazdy. Od kiedy dzisiaj rano dowiedziała się o nadchodzącej misji, zaczęła się do niej przygotowywać, co wiązało się z dużą ilością chodzenia. Teraz przy każdym kroku czuła wszystkie pęcherze i otarcia na stopach. Po porannym telefonie w pierwszej kolejności udała się do domu rodziców, z którego wracała z dużą ilością fiolek z eliksirami. Skórzana torebka, która wnętrze miała specjalnie zaprojektowane do przenoszenia dużej ilości szklanych naczyń, była dosyć ciężka. W celu zregenerowania swojego magicznego źródła nie używała magii przez cały dzień, a nawet wypiła kubek melisy, która rzekomo wspomagała koncentracje. W ostatniej chwili Phoebe przypomniała sobie, że miała zajść także do zielarki. Ta dała jej duży zapas kadzidła, którego zapach także poprawiał koncentracje oraz wzmacniał zdolności magiczne. Otrzymała również nieco suszonej ruty, rzepiku, goździków, białej szałwii oraz arcydzięgiel. Inni uczestnicy prawdopodobnie potraktują ją jak jakąś szamankę lub kapłankę. Dziewczyna na moment przystanęła, poprawiła torbę na ramieniu, po czym ruszyła dalej.
Zaledwie po paru minutach znajdowała się już na sali, na której panował grobowy nastrój. Obserwując uważnie ludzi dookoła, Phoebe zajęła swoje miejsce. Na auli rozpoznała kilka osób, ale zdecydowana większość była jej obca. Niektórzy tak jak ona siedzieli w milczeniu, inni zagadywali swoich sąsiadów, ale czuć było napięcie panujące wokół. Po chwili dyrektor zaczął mówić. Kiedy skończył swoje przemówienie, na sali zaczęło się poruszenie. Wszyscy próbowali zlokalizować swoje grupy. Phoebe zamarła, czekając aż inni się trochę uspokoją, po czym ruszyła w kierunku zebranych ludzi. Już za pierwszym podejściem trafiła na trójki. Oprócz niej do tego zespołu należało dwóch chłopaków oraz dwie dziewczyny. Po krótkim przedstawieniu swoich mocy oraz omówieniu planów, grupa się rozeszła. Wracając chodnikiem w stronę akademików, zaczęła planować, co zabierze ze sobą na misje. Wyposażenie przygotowane przez szkołę było przyzwoite, jednak dosyć bezużyteczne dla użytkowników magii. Przynajmniej plecak wydawał się porządny, pomieści prawdopodobnie wszystkie potrzebne jej rzeczy. Wchodząc po schodach do swojego mieszkania, dziewczyna się potknęła. Zaklęła pod nosem i szybko rozmasowała kolano. Po wejściu do domu wzięła długą, regenerującą kąpiel, a następnie przebalowała wszystkie potrzebne rzeczy. Kilka razy upewniła się, iż zabrała ze sobą lekarstwo na astmę. Kolejnego dnia nie mogła sobie pozwolić na słabość w postaci ataku choroby. Po nastawieniu budzika, wcześnie położyła się do łóżka.
~~*~~
Kwadrans przed piątą nad ranem, czarownice zbudził alarm. Chociaż zwykle niechętnie opuszczała rano ciepłe łóżko, tym razem od razu wstała. Po zjedzeniu porządnego śniadania oraz przywdzianiu ciepłych ubrań w ciemnym kolorze, ruszyła na wyznaczone wcześniej miejsce spotkania.

11.07.2019

Od Eliotta - Event

    Przesiadywanie w pracy do późnej godziny nie było ani trochę w porządku, a przynajmniej zdaniem Eliotta, który to wolałby wrócić do swojego czworonogiego przyjaciela, albo zapodać jakieś nowe składanki w klubie na rogu. Zamiast tego musiał stać za kasą i z nudów układać kolorystycznie kostki do gitary. Właśnie kończył, gdy z zaplecza wyparowała Kelly z telefonem w ręku i zdezorientowaną miną. Blondyn tylko zjechał ją spojrzeniem, po czym przyjął słuchawkę, którą przekazała mu współpracownica. Ogłoszenie wydukane przez telefon sprawiło, że spoważniał chociaż dobrze wiedział, że w końcu zadzwonią. Przytaknął tylko szybko i rozłączył się, po czym wymijając ciemnowłosą w przejściu udał się po kurtkę. Dziewczyna nadal stała z bardzo dziwną miną, ale Eliott nie wiedział czy może jej coś powiedzieć, więc wolał trzymać gębę na kłódkę.
- Muszę wyjść i mogę nie wrócić już dzisiaj. Będę do ciebie dzwonił w razie czego, wybacz Kell - wzruszył ramionami i szybko opuścił budynek od razu okrążając go, żeby dostać się na parking.
Wsiadł do auta i jak najszybciej udał się w kierunku akademii, do której nigdy nie uczęszczał, ale dobrze znał jej położenie. Sklep muzyczny, w jakim pracował nie był tak daleko, więc minęło kilka minut, a parkował już pod szkołą. Na parkingu było całkiem sporo aut, przez co domyślił się, że ta sprawa będzie grubsza. Wysiadł i od razu skierował się do środka, gdzie szybko odnalazł salę, na której miała odbyć się ta cała niedorzeczność. Schował ręce w kieszenie kurtki i nieco się garbiąc dotarł do krzesła umieszczonego raczej na tyłach sali. Usadowił się wygodnie czekając na najgorsze.
Podczas przemówienia ciężko było mu się skupić, gdyż stres wywoływał głosy na wolność i drąc się w głowie Eliotta, nie pomagały mu wcale. A wiedział, że zrozumieć i zapamiętać musi możliwe każdą podaną informację. Starając się rozproszyć jakoś ujadające dusze rozejrzał się po sali, gdy usłyszał już nazwiska członków swojej grupy. Kojarzył z tej całej listy tylko jedno, które na dodatek wypowiedziane było podwójnie. W końcu spośród morza głów wyłapał czuprynę Ahstona, z którym na dodatek udało mu się załapać kontakt wzrokowy. Odruchowo uśmiechnął się wyobrażając sobie już jak ich dwójka współpracuje w jednej drużynie. To nie mogło skończyć się źle, a wręcz przeciwnie zapowiadało się na spektakularną akcję. Kolejnym obiektem obserwacji blondyna był starszy chłopak siedzący obok Asha, który jakby czymś urażony przykleił się do niego. Bez dwóch zdań byli to bracia do tego o całkiem dobrych relacjach. Nie można było tego powiedzieć niestety o bracie Eliotta, z którym nie wiadomo nawet co się obecnie działo. To nic, widok tamtego rodzeństwa i tak poprawił mu nieco humor, a głosy odpuściły i zajęły się własnymi sprawami. Siedział tak i wyczekiwał już tylko końca, bo szczerze trochę się nudził. Owszem, sprawa była poważna, ale on nawet w takiej sytuacji nie umie wczuć się w odpowiedni nastrój. Matka zapewne skarciłaby go za taką olewkę, ale już dawno jej nie było i nie miał kto ustawić chłopaka do pionu. Eliott z trudem wysiedział do końca, a gdy Pan Robin zszedł ze sceny, on poczynił to samo i od razu wyszedł na zewnątrz. W pomieszczeniu było już zdecydowanie za dużo zapachów i gorącego powietrza, żeby mógł wytrwać tam chociaż sekundę dłużej. Na korytarzu cieszył się przyjemnymi powiewami wiatru wpadającymi przez okno w spokoju czekając na resztę swojej grupy. W dość krótkim czasie cała ich piątka stała już w swoim gronie, a Eliott wymieniał nieco przejęty uśmiech z jedynym swoim znajomym, czyli Ashtonem. Blondyn tylko wysłuchiwał co mają do powiedzenia nowi znajomi, a sam rozmyślał o tym, jak będzie wyglądała cała ta misja. Nie wiedział z jakimi bestiami się zmierzą, ani na ile sprawdzą się umiejętności Eliotta, ale jednego był pewien. Jego życie jak dotychczas było strasznie monotonne i nic wielkiego się w nim nie działo, ale jeżeli miałoby być zagrożone i wisieć na włosku, to przynajmniej podczas odlotowej misji. Chłopakowi zawsze marzyła się śmierć będąc bohaterem i jakoś przyczynić się do lepszego jutra nawet, jeżeli sam nie będzie mógł z niego korzystać.

Phoebe, twoja kolej

Od Harriet - Event

   Gdy jasnowłosa przeglądała pierdoły na portalach społecznościowych, nagle na jej pocztę przyszła dobrze zakodowana wiadomość, którą otworzyć mogła tylko poprzez znane jej hasło. Był to mail od Sopportare, lecz nie przysłali jej kolejnego zlecenia, a poinformowali o zebraniu w pobliskiej akademii, gdyż chodzi ponoć o coś bardzo ważnego. Zapewnili nawet, że jest to wagi światowej, przez co wampirzyca nie mogła tego zignorować. W treści wiadomości zauważyła także wzmianki o jakiś portalach oraz sferach, co trochę zainteresowało, a jednocześnie zaniepokoiło białowłosą.
Kobieta przygotowała się na spotkanie, ubierając raczej ciemne ubranie, a gdy wybił odpowiednia godzina, opuściła swoje miejsce zamieszkania i dzięki swojemu audi, skierowała się do akademii. Na miejscu zastała sporą ilość Sopportare, która bacznie pilnowała wejścia oraz kilka grup miejskich mediów, którzy wyglądali, jakby liczyli na cuda. Wampirzyca widząca owy tłum przed sobą, cicho westchnęła i pod postacią mgły przeleciała ponad ludzi, aby dotrzeć do miejsc siedzących. Tam wróciła do ludzkiej formy i delikatnie poprawiła swoją kurtkę, po czym zerknęła na krzesła, gdzie na jednym z nich siedział znajomy jej berserk. Lekko się uśmiechnęła i zajęła miejsce obok niego, krótko się witając. Między nimi rozpoczęła się luźna rozmowa, która tylko przyspieszyła czas oczekiwania na dyrektora. Gdy mężczyzna się zjawił, na sali zapadła totalna cisza, po czym brunet przeszedł do rzeczy, tłumacząc całą zaistniałą sytuacje. 
   Gdy wszystko było już jasne, po ciele jasnowłosej przez dreszczyk niepewności, gdyż nigdy wcześniej nie brała udziału w takiej akcji, która ma wagę światową. Z drugiej strony brakowało jej trudnego zadania, gdzie mogłaby się wyładować i sprawdzić swoje możliwości. Teraz nadarzyła się takowa okazja, której nie może nawet opuścić. Następnie dyrektor wyczytał cztery grupy zbiorowe, a gdy przemowa dobiegła końca, każdy opuścił wielką salę. Jasnowłosa mając pewien plan, zebrała ludzi należących do tej samej grupy, co ona, a gdy chciała przejść do tematu, stanęła przed nią szatynka, która od razu się przedstawiła. Reszta zebranych uczyniła to samo, po czy przeszliśmy do tematu naszych zdolności. Taiga, która okazała się być czarownicą, uczyniła to jako pierwsza, co nawet mi się spodobało. Kobieta nie kryję się i jest odważna, aby powiedzieć coś na forum.
— Jestem wampirem wyższym, trochę silniejsza od zwykłego, lecz znacznie słabsza od elity. Do obrony używam czarnej mgły, która dobrze zadziała jako mur, z czasem mgła przyjmuję formę macek. Atakuję głównie paraliżem, lecz przy obecnych przeciwnikach nie będzie to możliwe, dla tego mogę też przemienić się w strzygę — wyjaśniła białowłosa i zerknęła na rudowłosą kobietę — Freya?

Od Etienne - Event

Niebezpieczeństwa. Wojna. Bitwa. Koniec świata. Zabawne, że aż tak niewiele wystarczy, aby grupa ludzi, która nigdy nawet się nie spotkała, a przynajmniej większa część z nich, zebrała się w sobie pod wspólnym sztandarem i zdecydowała, że trzeba coś zrobić. Że trzeba się postawić temu, co się dzieje, aby uchronić innych. Etienne podziwiał takie osoby. Dlatego teraz, kiedy temat zaczął dotyczyć po części jego samego, postanowił, iż podniesie broń i wyruszy w bój, nawet jeśli miałoby się to skończyć dla niego niezbyt dobrze. Ot, jakaś podstawa altruizmu się w nim obudziła wraz z pospolitym ruszeniem. W końcu, historię piszą zwycięzcy, a on sam chciał zapisać się złotymi zgłoskami w takowej. Musiał więc przerwać swój typowy dzień, który miał polegać na leniwym skończeniu artykułu, wypiciu latte przy odcinku serialu, przejrzeniu swej szafy, a na koniec długim wykąpaniu się w wannie pełnej piany. Przybył do Emerald Academy, rozsiadł się w przedostatnim rzędzie wraz z Goliatem, którego czoło teraz zdobiła czerwona, pasująca mu do krawatu przepaska, bowiem ostatnim razem ktoś niezwykle mądry obezwładnił golema poprzez "przypadkowe" przetarcie wyrytego imienia, po czym rozciągnął kciuki i przyszykował się do wojny. Walka była zacięta. Jedna strona, podrzędna instagramowa modelka zarzucała obserwowanej przez Belga internetowej królowej mody, że ta sprzedaje się za darmowe kosmetyki. Takiej obrazy nikt z szanujących się fanów Felicii nie mógł puścić płazem!
W ten sposób rozpętała się internetowa pożoga, gdzie mniej lub bardziej składne argumenty mieszały się z podrzędnymi wyzwiskami. Ktoś zagroził pozwem o zniesławienie. Ktoś inny postanowił wybić się na rozpętującej się dramie, reklamując swój profil. Z czasem powstał nawet nowy hasztag, a na Twitterze pojawiły się memy, dotyczące kłótni dwóch grup obserwujących. Co jakiś czas Etienne syczał przez zaciśnięte zęby przekleństwo, podnosił na chwilę głowę znad telefonu, aby udać, że słucha, co ten starzec zza mównicy opowiada, lecz szybko powracał do nieco dlań ciekawszego świata wirtualnego. Zrobił sobie jedynie dłuższą przerwę w chwili, gdy Hacklemore zaczął wyczytywać grupy. Uznał, że warto będzie znać nazwiska ludzi, z jakimi zajmie się ratowaniem Seattle czy coś takiego. Blackett, Kang, Balanchine, Harris. Te nazwiska nic mu nie mówiły. Nic a nic. 
— Cudownie — mruknął, wstając z krzesła i wsuwając telefon do kieszeni obcisłych spodni w drobne kwiaty. Rozejrzał się wokół i nie dostrzegł nikogo, kto by wyglądał na kogoś, kto by mógł nosić takie nazwiska. Musiał myśleć szybko, aby nie zostać na lodzie i nie iść w bój z zupełnie obcymi ludźmi. Dlatego wydobył ze swojej torby notes, nietypowym dla siebie, koślawym pismem napisał grube "4" na kartce, a następnie podał go Goliatowi. Po wspólnym wyjściu na zewnątrz, nakazał towarzyszowi unieść zeszyt nad głową, a sam stanął obok niego, obejmując się za ramiona i nerwowo poruszając się w miejscu. Czując na sobie wzrok innych ludzi, nasunął okulary przeciwsłoneczne na nos.
Po pewnym czasie dostrzegł kogoś, zainteresowanego wysokim Koreańczykiem ze swoistym ogłoszeniem, a w dodatku mógłby nosić jedno z tych wymienionych nazwisk.
— Czwórka? — spytał Belg, patrząc na różowowłosą dziewczynę, jaka skinęła lekko głową. Aż klasnął w dłonie z zachwytu.
— Cudownie! Magnifique! — Do nieznajomej dołączyło jeszcze kilka osób. La Fayette powitał ich równie entuzjastycznie.
— Proponuję się lepiej poznać. Jak oni. — W tym miejscu chłopak wskazał kciukiem na jakąś kobietę, przedstawiającą się swej grupie. Taiga Nahiko? Tania? Coś takiego — Ale my musimy to zrobić lepiej. Musimy być lepsi od wszystkich, tak, tak — Pierre odchrząknął — Nazywam się Etienne La Fayette, miło was poznać, mogliście o mnie nie słyszeć, nie winię was za to. Wracając do tematu, potrafię zamrażać różne rzeczy, tak w dużym skrócie i no, jestem po prostu cudowny. To Goliat — Belg wskazał nadwyraz ekspresyjnie golema — Mało mówi, ale jest silny. To jego główna cecha. Może być wsparciem duchowym. Pokaż, jak nam kibicujesz. No. Mon glaise.
Jak spodziewać się mogło, kibicowanie mężczyzny sprowadziło się do sztucznego uśmiechu i uniesienia wolnej ręki z wyprostowanym kciukiem. Liczyły się jednak chęci, prawda?

Od Connora - Event

Gdy Connor podjechał pod budynek akademii, w celu spotkania w sprawie akcji, zauważył kilka wozów Sopportare oraz znacznie więcej pojazdów cywilnych, niż zwykle. Brunet zsiadł ze swojego motocykla, przypiął kask do jego kierownicy i zabezpieczył jednoślad, po czym skierował się na salę. W jej środku było niewielkie zbiorowisko uczniów jak i ludzi z zewnątrz, co znaczy, że szykuje się naprawdę dziwna rozmowa, jak i cała ta "misja". Mężczyzna zajął miejsce siedzące obok, dobrze mu znanej, blodnwłosej przyjaciółki Manon, która przywitała go lekkim uśmiechem. Nie zdążyli nawet zamienić słowa, gdyż zaraz dyrektor zaczął swoją przemowę.
   Dyrektor z trudem wszystko im wyjaśnił, po czym puścił mównicę i zniknął z pola widzenia. Wtem każdy opuścił salę, a pod akademią zebrały się wszystkie grupy. Connor wraz z Manon dołączyli do swojej i każdy się przedstawił oraz powiedział swoją zdolność, choć sam brunet musiał wyjaśnić łacińską nazwę i krótko stwierdził, że jest typem jaszczurki.
   Po omówieniu planu ze swoją grupą, nie chciał dłużej stać pod akademią i jak najszybciej udał się do domu. Niby nic nie może ruszyć ciemnej duszy bruneta, lecz tym razem, informację dyrektora z lekka go przytłoczyły. Nie wiedział dokładnie, co się będzie dziać, czy to przeżyją i czy na pewno wszystko im się uda. Mężczyzna nadal nie panował nad swoją przemianą, a do tego ten ból, który zniechęca go do uczynienia tego. Musiał jednak szybko decydować i choć raz spróbować przemiany, lecz na decyzję nie trzeba było długo czekać. Wrócił do swojej maszyny i pędem ruszył do lasu, gdzie doszło po kilku próbach, doszło do przemiany w Lacertilia. Connor w duszy płakał z bólu, lecz nie mógł tego okazać w żaden sposób. Głośno westchnął i spojrzał na otaczający go świat. Ostry zapach lasu od razu wdarł się do jego wrażliwego nosa, wzrok zdołał zauważyć przemieszczającego się zająca, a słuch wychwycił przechodzącą kilkadziesiąt metrów dalej sarnę. Samo stawianie kroków było dla niego trudne, gdyż nie był do tego przyzwyczajony. Szybko jednak załapał, przez co zaraz mógł przebiec przez zalesiony teren i choć raz poczuć wolność. Do domu wróciłem kilka godzin później, lecz nim to uczynił, musiał wrócić do ludzkiej postaci. Ta czynność bolała tak bardzo, że łzy same cisnęły mu się do oczu, lecz nie mógł w takiej skórze wrócić do mieszkania. Ważne jednak jest to, że mężczyzna potrafi się przemienić oraz wrócić do postaci człowieka, a ból, którzy temu towarzyszy, można wytrzymać.

Od Lucasa - Event

Wszystko nadal wydawało się takie nierealne… Lucas jako jeden z pierwszych siedział na miejscu dla ochotników, którzy zgłosili się na wezwanie… Jak to nawet nazwać… By ratować świat? W głowie mężczyzny cały czas rozbrzmiewały echa rozmów dyrektora i kapitana. Po raz pierwszy widział, aby James był tak zdenerwowany. To nie była zwykła akcja, jaką odbywał nie jeden raz w ciągu swojej dwuletniej służby w Sopp. Możliwe, że nawet wojna nie była tak przerażająca, jak to, co czeka wszystkich ludzi i osób nadprzyrodzonych zdecydowanych do pomocy. Ochotnicy zaczęli już gromadzić się w dużej sali, która wydawała się przytłaczać swoją wielkością. Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca, głos zabrał dyrektor. Lucas miał wrażenie, jakby był jeszcze bardziej roztrzęsiony, niż godzinę temu, gdy rozmawiał z oddziałem. Fletcher już nawet nie zwracał uwagi na to, co mówi mężczyzna. Wszystko to usłyszał już wcześniej. Teraz jednak jego słowa brzmiały jeszcze mniej przekonująco. Na pierwszy rzut oka Robert sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz zemdleć. To z pewnością nie doda otuchy śmiałkom, siedzącym razem z nim na sali. Policjant westchnął cicho i począł się rozglądać. Na twarzach nieznajomych widać było mieszane uczucia. Od strachu, po niepewność, aż po determinację i pewnego rodzaju radość. Zazdrościł tym ostatnim. W jego sercu gościł niepokój i przerażenie… Nie o siebie, ale o bliskich. Zgłosił się na tę misję po to, by bronić swoich towarzyszy, znajomych, rodzinę, niewinnych ludzi. Doskonale wie, że może stamtąd nie wrócić. Jednak jeśli ma to zapewnić bezpieczeństwo innym, jest w stanie zapłacić taką cenę. Dyrektor skończył mówić i szybkim krokiem udał się do wyjścia. Osoby zgromadzone w budynku poszły za jego przykładem, nieco oszołomieni i przygnębieni zaczęli wychodzić z pomieszczenia. Mężczyzna zerknął na telefon, który ponownie zaczął wibrować. Na wyświetlaczu widniał numer jego siostry. Westchnął cicho i schował komórkę do kieszeni. Podniósł się z miejsca i powolnym krokiem wyszedł z sali. Na korytarzu zauważył, jak mu się zdawało, osoby, które były przydzielone do jego grupy. Żadnej z nich nie znał osobiście, jednak jak się domyślał, to ulegnie teraz zmianie. Pewnym krokiem skierował się w ich stronę.
- Hej, zostałem przydzielony do waszej grupy. - Zaczyna, siląc się na uśmiech. - Mam na imię Lucas. - Dodaje. Pozostali spoglądają na niego i potakuje delikatnie, po czym sami zdradzają swoje imiona.
- W niezłe bagno wpadliśmy. - Mruczy Ashton. Jego wyraz twarzy zdradza zdenerwowanie.
- Wiem, że może mowa dyrektora nie była… Jakoś specjalnie podnosząca na duchu, ale skoro zgłosiliśmy się już tutaj, to zróbmy wszystko, co w naszej mocy, żeby wykonać to, co do nas należy. – Mówi po chwili Lucas. – Pracując w drużynie, na pewno jakoś sobie poradzimy. – Dodaje.
- Nie mamy innego wyboru. – Odzywa się Natalie. - Musimy się do tego jakoś przygotować. - Oznajmia.
- Myślę, że jutro będziemy mieli dużo czasu, żeby lepiej poznać i obmyślić jakiś plan, a na razie… Chyba najlepiej będzie, jeśli odpoczniemy przed tym wszystkim. – Wzdycha cicho. Pozostali kiwają głową, na znak, iż się zgadzają. Żegnają się ze sobą i każdy rusza w swoją stronę. Fletcher powoli maszeruje w stronę parkingu i wsiada na swój motor. Jako, ze w końcu zagościła w mieście wiosna, mógł na nowo zacząć poruszać się swoją maszyną. Ta pora roku kojarzy się z nowym początkiem, nowymi szansami i zmianami na lepsze, zdecydowanie nikt nie myśli o końcu świata, gdy kwiaty zaczynają na nowo wypuszczać pąki, a śnieg topnieć, ukazując zielone trawniki. Ale czy to ma znaczenie? Założył kask i ruszył w stronę domu. Ulice były spokojne, a ludzie spacerowali po chodnikach, zupełnie nieświadomi wszystkiego. W pewnym sensie mężczyzna zazdrościł im tej błogiej niewiedzy. Ta nie była dana Lucasowi. Po kilku minutach był już na miejscu. Z ociąganiem wdrapał się do mieszkania i wszedł do środka. Luna od razu się na niego rzuciła, machając wesoło ogonkiem.
- Hej bestyjko. – Mruczy, uśmiechając się lekko. Widok pupila chwilowo poprawił mu humor. Brunet pogładził ją po łbie i gdy tylko dostał się do kuchni, nasypał jej karmy do miski. Po chwili zawahania sięgnął po telefon i wybrał numer siostry. Wyszedł na balkon i czekał, aż dziewczyna się odbierze. W końcu w słuchawce dało się słyszeć ciepły głos należący do jego matki.
- Wybacz synku, ale Alice wyszła do sklepu. Zaraz przyjdzie, więc możesz poczekać. – Mówi łagodnie.
- To nic. Moja wina, że nie odbierałem wcześniej. – Odpowiada nieco przygaszonym tonem.
- Coś się stało? – Pyta po chwili. Jak zawsze matki nie da się oszukać. Mężczyzna uśmiecha się delikatnie na tę myśl i opiera o balustradę.
- Wszystko w porządku. To tylko zmęczenie. Cieszę się, że możemy porozmawiać. – Przyznaje. – Ostatnio nie miałem czasu, żeby zadzwonić.
- Ja też się cieszę. I to bardzo. Tak rzadko się z nami kontaktujesz. - Zauważa. - Rozumiem, że masz dużo pracy, ale pamiętaj też czasami o rodzinie. Tęsknimy za tobą. – Mówi łagodnie.
- Wiem mamo. – Odpowiada cicho. – Obiecuję, że się poprawię. – Śmieje się.
- Mam nadzieję. – Oznajmia. W słuchawce nagle rozlega się ciche miauczenie. – Mark… Co ty znowu przyprowadziłeś do domu. – Wzdycha kobieta. – Przepraszam cię Lu, ale ten człowiek jest niemożliwy. Znowu jakieś zwierzę do domu przyniósł. - Burczy. Fletcher śmieje się cicho, na myśl o kolejnym biednym stworzeniu, obok którego jego ojciec nie mógł przejść obojętnie.
- Przynajmniej się nie nudzicie. – Zauważa.
- Nic nie mów. – Mruczy jego mama. – Przepraszam cię skarbie, ale muszę kończyć. Odezwij się niedługo. – Prosi.
- Da się zrobić. – Zapewnia, uśmiechając się lekko. – Na razie mamo, kocham was. – Dodaje po chwili.
- My Ciebie też. – Odpowiada kobieta i po chwili rozłącza się. Lucas wzdycha głośno, przeczesując dłonią włosy. Chłodny wiatr delikatnie muska jego skórę. Przez ciało mężczyzny przechodzi dreszcz. Okrywa się mocniej kurtką i wpatruje tępo w oświetlone latarniami podwórko. Gdy zimno staje się nieznośne, wraca do ciepłego pomieszczenia i kładzie się na kanapie. Luna jakby wyczytując jego nastrój, wskakuje od razu obok niego i wtula się w niego, zwijając w kulkę. Mężczyzna delikatnie gładzi jej grzbiet.
- Dbaj o siebie, jak mnie nie będzie, okay? - Mruczy cicho. - I bądź grzeczna bestyjko. - Dodaje, przymykając powieki. Zasypia po chwili, w jego głowie pojawiają się obrazy z pola bitwy. Z bitwy, którą mają stoczyć jutro.

Connor, oddaję Tobie głos.

10.07.2019

Od Manon - Event

   Siedząc w niezbyt wygodnym krześle Manon biła się z myślami i czuła dziwny niepokój, który panował w wielkim pomieszczeniu. Nikt się nie odzywał, no może poza niektórymi pojedynczymi osobami, które nie do końca wiedziały co tutaj robią. Blondynka też nie do końca była o tym poinformowana, ale gdy całkiem poważnym tonem zwołali ich na salę, musiało to raczej oznaczać coś poważniejszego. Podest, a zarazem mównica naprzeciwko niej nadal były puste i nie wiadomo było ile jeszcze taka pozostanie, a mogła przyznać, że stres zżerał ją coraz bardziej z minuty na minutę. Obok niej nadal było jedne wolne krzesło, które może umyślnie, może nie, trzymała je dla Connora, który lada moment miał pojawić się na sali. W duchu miała nadzieję, że jego obecność jakoś pomoże jej nabrać pewności siebie i przestać się tak strasznie przejmować. Kiedy myślała, że wyjdzie z sali zanim wszystko się rozpocznie, na scenę wszedł dyrektor szkoły i przystąpił do mównicy, a w tym samym momencie obok niej zjawił się brunet. Przywitała go lekkim uśmiechem, nie chcąc przerywać mówiącemu już panu Hackelmore, który ku jej zdziwieniu wydawał się nieźle zestresowany i czymś przejęty. Odwróciła więc na niego wzrok i poświęciła jego słowom zupełną uwagę. Dokładnie wsłuchiwała się w słowa mężczyzny, które z trudem wydobywały się spod jego języka i coraz bardziej nie mogła uwierzyć. Ostatnie informacje postarała się zapamiętać jak najlepiej. Znajdowała się w grupie trzeciej, a co najważniejsze, była z Connorem. No, co prawda innych członków jej grupy, albo nie znała, albo kojarzyła z widzenia ze szkoły, ale nie pomyślałaby nigdy, że będzie walczyć u ich boku. No właśnie... Walczyć. Marna dziewczyna, która nie mierzy ponad 175cm na dodatek kiedyś zmagała się z anoreksją, teraz ma dostać broń do rąk i walczyć z istotami, o których zawsze przestrzegała ją babcia. Jak ona wyjaśni to siostrze czy kochanej babci. Nie, teraz nie było czasu się tym przejmować. Wiedziała, że pisze się na jakąś grubszą sprawę i będzie musiała wykazać się odwagą. Uspokoił ją nieco fakt, iż przejdzie przez odpowiednie szkolenia i już wiedziała, że zaangażuje się w nie na sto procent. Gdy w końcu dyrektor akademii zszedł z podestu i całkiem przytłoczony zniknął wszystkim z pola widzenia, Manon odetchnęła ni to z ulgą, ni ze strachem. Zerknęła na chłopaka siedzącego obok niej i zauważyła malującą się na jego twarzy powagę, ale i niepokój. Widać, że był zdeterminowany i gotów do walki, czego nie można było powiedzieć o przerażonej dziewczynie. Gdy ludzie zaczęli zbierać się z sali, wszyscy po drodze do drzwi wyjściowych wymieniali się niepewnymi spojrzeniami. Atmosfera była napięta i każdy dobrze to czuł. Manon rozbolał nawet brzuch i obawiała się, że przy jej grupie wypadnie na najgorszą i nijak im się przyda. Objęła się ramionami i ruszyła za Connorem, który zmierzał już w stronę wyjścia. Pod szkołą zebrały się już grupy, a Mann w ślad za jej towarzyszem dotarła do tej ich, która była już w pełni zebrana. Dziewczyna wyszła zza pleców starszego kolegi i przyjrzała się wszystkim dokładnie nie za bardzo wiedząc co powiedzieć, ale na szczęście ktoś inny przejął inicjatywę.
- Phoebe Millton. Jestem waszą czarownicą i za zadanie mam zamknąć portal, więc mam nadzieję, że będziecie mnie dobrze kryć - wystąpiła niższa blondynka, która wyglądała na jeszcze drobniejszą od Manon, ale miała przewagę będąc jak to przed chwilą wyjaśniła - czarownicą.
- Po to tu jesteśmy - odparł Connor cichym głosem, ale w widocznie dobrych intencjach i schował ręce w kieszenie.
- Dokładnie, paniusiu. My się wszystkim zajmiemy -  tym razem zapewnił ją nieco starszy chłopak o blond grzywce, którą nonszalancko zarzucił.
Wydawał się całkiem wyluzowany, albo może po prostu udawał nie chcąc dać poznać po sobie jak przerażony jest naprawdę.
- Jestem Manon. Mam nadzieję, że te szkolenia coś dadzą, bo inaczej obawiam się, że będę dla was niepotrzebnym ciężarem - w końcu zabrała niepewny głos, który nieco jej się załamywał możliwe, że z napływu mieszanych emocji.
- Nie martw się... W grupie siła - dodała ciemnowłosa, która widocznie również odezwała się z lekkim trudem.
Manon dodała jej otuchy ciepłym uśmiechem, który ta postanowiła szybko odwzajemnić i zaraz odwrócić wzrok. Blondynka czuła się w tej grupie nie najgorzej, ale też pewniej, że wokół siebie ma nadnaturalnych, którzy w razie potrzeby podadzą jej pomocną dłoń. Otuliła się płaszczem, który już co prawda nie był jej potrzebny, ale z rana założyła go z przyzwyczajenia. Miała zamiar zostać w gronie jej nowych towarzyszy nieco dłużej, ale telefon od siostry zmusił ją na powrót do domu. Pożegnała się z wszystkimi przy tym dowiadując się o kolejnym spotkaniu, a wsiadając do taksówki zaczęła już zastanawiać się, co ma powiedzieć Suzzie.
    Weszła do domu, gdzie przy drzwiach od razu złapała ją zaniepokojona trzynastolatka. Dopytywała się co zajęło Manon tak wiele czasu, bo w te dni nie pracowała, a szkołę kończyła znacznie wcześniej. Blondynka póki co chciała tylko pozbyć się ubrań wierzchnich i przejść do salonu, żeby walnąć się na kanapie przy tym wypuszczając z ust powietrze ze świstem. Dziewczynka nie dawała jej spokoju i usiadła obok niej od razu biorąc w ręce długie blond włosy jej starszej siostry zaplatając je na przeróżne sposoby. Jeszcze niczego się nie domyślała.
- Powiesz mi o co chodzi? Wyglądasz jakbyś właśnie zobaczyła własną śmierć! - oburzyła się siostra przez przypadek pociągając za jedno pasmo jej włosów.
Manon aż wymsknęło się ciche parsknięcie. Cóż, jej siostrzyczka strzeliła w dziesiątkę.
- Suzzie, będziesz musiała na jakiś czas zamieszkać u babci - odezwała się w końcu spoglądając na mniejszą blondynkę - Muszę na trochę wyjechać i zająć się pewnymi sprawami - dodała wymuszając uśmiech.
- Ale gdzie? Po co? Co będziesz robić? - widać było, że mała nieco się zestresowała, a przede wszystkim przestraszyła, bo jej kochana Sally nie codziennie wychodziła z takimi wiadomościami.
- Wiesz, ja... - spojrzała przed siebie skupiając swój wzrok na przypadkowym punkcie, patrzyła w nicość - Muszę uratować świat.

Przekazuje pałeczkę Lucasowi c:

Od Taigi - Event

Przysłuchiwałam się słowom starszego mężczyzny, który był dyrektorem całej Akademii, wydawał się zdenerwowany, jak nie wystraszony, dodatkowo, gdy usłyszałam, że jako jedyna w swojej grupie jestem czarownicą, to aż westchnęłam ciężko. Spodziewałam się już, na kogo spadnie zadanie zamykania tych całych portali i wcale mi się to nie uśmiechało. Ceniłam sobie swoją moc, chętnie ją rozwijałam, ale nie chciałam tracić jej na takie coś. Jest tylu świetnych czarowników, czarodziejów, magów i wiedźm, a wysyłają grupę dzieciaków, żeby walczyły z całym złem tego świata, czy to jakiś mało śmieszny żart? Z minuty na minuty coraz bardziej żałowałam zgłoszenia się do tego całego gówna, przez myśl, przeszło mi, nawet żeby się z tego wypisać. Ostatecznie zrezygnowałam z tej ostatniej myśli. Rozejrzałam się po całej sali, aby zobaczyć czy kogokolwiek tutaj kojarzę. Większość osób, które zdążyłam poznać w mieście, należała do rasy ludzkiej i raczej nie były to osoby, które pałałyby się do bitwy z potworami z innego wymiaru. Każdy miał wymalowane inne emocje na twarzy. Jedynie wyraźnie byli wystraszeni i szukali drogi ucieczki, drudzy wręcz palili się do walki, robiąc z siebie głównych dowodzących, byli również i tacy, którzy zdawali się patrzeć na innych ze zmartwieniem, a może nawet i smutkiem, pośród tych wszystkich uczuć i emocji pojawiałam się również i ja, która nie czuła nic oprócz niechęci do dalekiej wyprawy. Gdy tylko cała przemowa się skończyła, wzięłam jeden z plecaków, w którym miał być potrzebny sprzęt i wyszłam jako jedna z pierwszych. Chciałam już wracać do siebie, kiedy usłyszałam damski głos, który najwyraźniej zbierał "naszą" grupę. Odwróciłam się, podnosząc jedną brew. Chociaż nogi same mi mówiły, że powinnam iść dalej i nie przejmować się jej poszukiwaniami to instynkt przetrwania podpowiadał mi, że warto znać jednak ludzi, z którymi mam walczyć. W końcu nie wiem, czy nie od tego będzie zależeć to, czy wyjdę z tego cało.
- Taiga Nagiko - Podeszłam do niej - Podobno należę do grupy pierwszej - Stanęłam przed nią, dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, dopiero teraz zauważyła, że zdążyła skompletować resztę naszej grupy. Dobra jest, nawet nie wiem, kiedy udało jej się to zrobić.
- Harriet Shepherd, jesteśmy w jednej grupie - podała mi rękę, którą uścisnęłam. Reszta zrobiła to samo i chociaż poznałam ich imienia przed sekundą, to już połowy nie znałam. Rozmowy zeszły na takie tematy, jak to, gdzie i o której dokładnie się spotkać, czego możemy się spodziewać... Jednym słowem nic co byłoby jakkolwiek interesujące.
- Warto chyba znać swoje rasy i moce - Przerwałam rozmowę rudowłosej dziewczyny z wysokim umięśnionym facetem, który przyciągał uwagę swoją urodą. Wszyscy spojrzeli na mnie, jedynie z uśmiechem, inni tak jakby nie koniecznie chcieli o tym mówić. Jednak powiedzmy sobie szczerze, jeśli nie będziemy znać swoich umiejętności, nie będziemy w stanie sobie nawzajem pomóc. Skąd mam wiedzieć, czy jeśli użyje swojej magii mroku, to czy ktoś zaraz jej nie rozproszy, bo światło będzie podstawą jego umiejętności? Poza tym szliśmy tak naprawdę na rzeź niewiniątek. Nie mogłam rozumieć, dlaczego to my mamy walczyć, podczas gdy dyrektorek czy inni nauczyciele z tej podrzędnej Akademii będą pić kawkę, przygryzając przy tym ciasteczka, może ktoś czasami rzuci jakimś żartem, a ktoś zapyta, jak na idzie, żeby zaraz po tym zmienić temat na bardziej przyjemny, gdzie nie ma krwi, śmierci, strachu i przerażenia. Z racji, że nikt nie był zbyt chętny, żeby wyjść przed szereg... No tak, w końcu się nie znamy, postanowiłam dokończyć temat - Jestem czarownicą, nie rzucam zaklęć z księgi, specjalizuje się w trzech żywiołach, główny to przestrzeń, a tymi pobocznymi, chociaż też ważnymi są dźwięk i mrok, z tego ostatniego korzystam najczęściej - Powiedziałam główne informacje o sobie i spojrzałam na resztę, a nawet wysiliłam się na mały uśmiech. Następnie głos zabrała blondynka, która odnalazła całą naszą grupę.
- Jestem...

Odklepuje ^^ 

9.07.2019

Od Ashtona - Event

Kiedy usiadł na znanym mu już z nudnych, długich i jego zdaniem nikomu niepotrzebnych apeli, od razu zaczął mieć wrażenie, że nie powinno go tu być. Nie powinien zgłaszać się na tę całą listę, nie powinien przyjmować propozycji zamykania jakiegoś tam portalu jako czarownik. To nie było w jego stylu, w stylu psotnika, od czasu do czasu przywołującego impy czy kie inne demony. Po prostu nie. Nie był bohaterem, o którym wspominał profesor Hackelmore, a przynajmniej się za takiego nie uważał. Przybył jednak wraz z Michaelem, obok którego rzecz jasna usiadł, gdyż nie miał ochoty na wdawanie się dyskusje z obcymi osobami. Bowiem tych zauważył całkiem sporo, co się mu od razu nie spodobało. Witanie się z wszystkimi, pewnie przedstawianie, bo co to za grupa śmiałków, co nie zna swoich imion?
Ku jego szczęściu, okazało się, iż są podzieleni na grupy. Mike, jako członek Sopportare, już wcześniej wiedział o zagrożeniu i tych całych sprawach organizacyjnych, dlatego akurat tego dnia postanowił podążać za nim jak za przewodnikiem, co robił raczej rzadko. Preferował tę drugą pozycję, no ale jeśli się wpadło między wrony...
Cartier. Kojarzył skądś to nazwisko. Rozejrzał się ukradkiem wokół siebie, szukając pośród członków drużyny twarzy, która wywoła u niego jakieś wspomnienia. Oczywiście, kiedy tylko zerknął na blondyna, jego usta ułożyły się w delikatny uśmiech. Eliott także tutaj był? Cudownie. Może ta akcja nie okaże się tak nudna, jak myślał o tym na początku. Bowiem czy może być coś lepszego od demona, czarownika i piekielnego ogara, razem walczącym ze złem tego świata? Nie dość, że brzmi to poetycko, to w dodatku stawiałoby to stwierdzenie ich trójkę w świetle antagonistów, którzy postanowili porzucić swe uprzednie życie dla lepszego życia. To prawda, fantazjował i przesadzał, lecz jak to kiedyś usłyszał, lepiej trochę pożartować niż dać się pożreć stresowi. A ten, mimo, że Ashton starał się wszystko ukrywać w środku, nadal gdzieś się tam wiercił i pojawiał.
Wtedy czarownik dostrzegł kolejną twarz. Żeńską. Znaną mu prawie doskonale.
Jego ciemne brwi ściągnęły się, a nastolatek zbliżył się z cichym szurnięciem do brata. Akurat zgrało się to z chrząknięciem Robina, więc raczej niezbyt wielu ludzi to usłyszało. Ash i tak pewnie nie zwróciłby na to uwagi, gdyż został właśnie opętany przez uczucie silniejsze niż wstyd, a mianowicie zazdrość.
Nigdy nie był raczej zaborczy, gdyż nie miał o kogo, jednak teraz, gdy ostatnia ważna osoba w jego życiu mogła zostać mu odebrana, był gotowy uczynić wszystko, aby utrzymać swoją niewielką rodzinę w całości. Dlatego więc, zerkając spod byka na Natalie, położył głowę na ramieniu brata, dodatkowo po namyśle łapiąc się palcami jednej z dłoni materiału bluzy demona. Nie chciał, aby ten go zostawiał. Nie wytrzymałby tego. Nie chciał też, aby ten zginął na tej całej akcji, bo nawet jeśli tego nie okazywał, kochał brata całym sercem. Czując, że daje się ponieść emocjom, przymknął na chwilę oczy i zaczął się po prostu wsłuchiwać w rytmiczne uderzenia życiodajnego mięśnia w jego klatce piersiowej, przez co cały powstały po zakończeniu przemowy gwar przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie.

Od Kangsoo - Event

Historie w książkach i filmach działają w większości tak samo. Są sobie główni bohaterowie, wiodą sielankowe życie, gdy nagle baem, dzieje się coś, czego się nikt nie spodziewa. Jakaś tragedia, dziwne wydarzenie, katastrofa, problem. Najbardziej po tym jadą dzieła fantastyczne, sci-fi itp. - to baem jest na tyle duże, że to nie baem, a BAEMBAEM, po którym można się wszystkiego spodziewać. Coś jest niemożliwe? Nie tutaj.
Nie w Seattle.
Kangsoo siedział na niezbyt wygodnym krzesełku, raz po raz odrobinę zmieniając pozycję. Starał się wyglądać na spokojnego, ale w ogóle mu to nie wychodziło, każdy, nawet człowiek znajdujący się najdalej od niego, mógł stwierdzić, że nerwy go zżerały równo. Nieprzyjemne emocje męczyły go na tyle, że nie zwilżał co chwilę językiem ust, a przygryzał mocno dolną wargę, do tego stopnia, że w pewnym momencie poczuł pieczenie oraz metaliczny posmak krwi. Wziął głęboki wdech, kropla potu spłynęła po boku jego twarzy, wytworzona z powodu stresu i panującego na sali zaduchu. Jak bardzo by się ucieszył, gdyby ktoś uchylił okna albo ochłodził otoczenie jakąś mocą czy zaklęciem.
Starał się słuchać dokładnie to, co mówił przy mównicy mężczyzna, ale jednocześnie po jego umyśle dalej krążyło to samo pytanie: Co ja tu robię?. Tak, co on tu robił? Przecież postanowił, że nie będzie zgrywał silnego bohatera ratującego świat. Co nim pokierowało, że się zgodził na coś takiego? Ani z niego silny, ani bohater, najlepiej ze wszystkiego wychodziło mu jedzenie i spanie. Naprawdę, co się z nim ostatnio działo?
A, przypomniał sobie. Kolega z pracy mówił, że się przyłączy do ratowania świata i strasznie go zachęcał, by też tak zrobił (to znaczy go ochraniał i takie tam, bo on w ofensywę, a Lee wsparcie). Kangsoo nie mógł wytrzymać, dlatego uległ jego namowom. Kolega był nadnaturalnym, do tego całkiem silnym, więc miał nadzieję, że przy nim nic mu się nie stanie... Ale oczywiście coś musiało pójść nie tak i z niewiadomych przyczyn kolega się nie zjawił, zostawiając go samego jak palec, a nawet gorzej, ponieważ w jednej dłoni (czy stopie) palców jest zwykle pięć.
Odwrócił lekko głowę, spojrzał na wyjście, przy którym stali niczym posągi ludzie w pełnym umundurowaniu. Wyglądali na gotowych do walki w każdej chwili, na tyle, że nic by ich nie zaskoczyło, od razu zareagowaliby. Pilnowali drzwi jak smok swego skarbu, jakby nie pozwalali nikomu wejść ani wyjść. Kangsoo przełknął głośno ślinę, przyglądając im się. Z ogromną wręcz chęcią by stąd wyszedł, zaszyłby się w swoim domu, zasłoniłby wszystkie rolety, by nie musieć patrzeć na te straszne chmurzyska i czekałby, aż bohaterowie Seattle uratują świat. Ale nie mógł, sam widok mundurowych go przerażał, a co dopiero, gdyby miał podjąć próbę wydostania się stąd. Już widział, jak siłą zostaje sadzany z powrotem na krzesełko. Może by go jeszcze do niego przywiązali, żeby nie próbował znowu żadnych sztuczek.
Przesadzał? Nie wiedział. W tym momencie nic już nie wiedział.
- Potrzebujemy więc was, śmiałkowie - mówił cały czas dyrektor Hackelmore - abyście zamknęli te wrota na podstawie opracowanych przed laty zaklęć, a także pokonali wszystko, co mogło do tego momentu opuścić te szczeliny.
Walka, super, yay... Kangsoo będzie walczyć z potworami, które, Bóg wie, co potrafiły. Możliwe, że niektóre zabijały wzrokiem albo oddechem albo sprowadzały na człowieka takie agonie, że ten zaczynał wręcz błagać o śmierć. A Kangsoo miał ich pokonać. Świetnie. Takiej zabawy to on nigdy dotąd nie miał. I nie chciał mieć.
Kątem oka dostrzegł tajemniczy uśmiech na twarzy siedzącego po jego lewej młodego mężczyzny. Widząc to, znów przygryzł dolną wargę. Jak bardzo w tym momencie przydałoby mu się coś takiego; uderzenie adrenaliny albo czegoś, co podniosłoby jego odwagę, sprawiłoby, że on sam pomyślałby: Walka z potworami? Zapowiada się ciekawie, hehe. Spuścił głowę, zaczął patrzeć na swoje dłonie, nieprzyjemnie suche i szorstkie, ponieważ przez te wszystkie nerwy zapomniał o posmarowaniu ich kremem. Już nie pytał siebie, co on tu robił - to pytanie zniknęło, ustępując miejsca myśli: Walka z potworami. Zataczała się ona po jego umyśle, raz po raz na chwilę przyłączając określenia takie jak strasznymiprzerażającymi czy też okrutnie silnymi. Nie potrafił myśleć pozytywnie, nie widział siebie powalającego jednego stwora za drugim.
Popatrzył na swój pierścień spoczywający na lewym palcu wskazującym... w sumie nie spoczywającym, a przyklejonym przeźroczystą taśmą klejącą, która owijała go kilkukrotnie. Ogarniała ona ponad połowę palca, przez co utrudniała poruszanie nim. Po co taśma? Jak to, po co? Miała pilnować, by pierścień się nie zgubił, ktoś z tego tłumu nadnaturalnych, cisnących się w jednym pomieszczeniu (swoją drogą chyba nigdy nie widział ich tylu naraz) sobie go czasem nie przywłaszczył. Nawet, jeśli leżał na palcu idealnie, nigdy nie wiadomo. Tak samo go zaklei na misję. W końcu to był Kangsoo - jak zapodział pierścień w swoim domu, to zgubienie go gdzieś w lesie pełnym potworów było angielskim przysłowiowym kawałkiem ciasta.
Wziął bardzo głęboki wdech. Gdy tak myślał i myślał, doszedł do wniosku, że jak już tu tkwił, to powinien się poniekąd przyłożyć do misji. Jeśli coś spieprzy, to możliwe, że cała grupa na tym ucierpi albo i miasto, albo nawet świat. Wolałby nie zostać okrzyknięty istotą, która przyczyniła się do końca świata - co jak co, ale ten tytuł do niego nie pasował, nie tylko dlatego, że był Niebiańskim Sługą. Dlatego próbował myśleć pozytywnie.
Podniósł wzrok na mównicę, gdy tylko usłyszał swoje nazwisko. Słuchał uważnie, skrzywił się, gdy dowiedział się, co go czekało. Dlaczego musiał trafić do grupy pierwszej? Dlaczego musiał wstać wcześniej o innych. Słuchał dalej. Co? Mam być gotowy o piątej? Kiedy ja dzisiaj w ogóle nie zasnę z tych nerwów! Charles, dlaczego mnie zostawiłeś?!
Po jakimś czasie Hackelmore skończył mówić. Odwrócił się na pięcie i czym prędzej wyszedł z sali, jakby się gdzieś spieszył. Zachowanie to nieco zdziwiło Kangsoo. Martwił się, źle się czuł? Nie wiedział, ale chciał zrobić tak samo. Przebywanie tu wyjątkowo mu się nie podobało.
Na sali zrobił się gwar. Większość zaczęła już wstawać i powoli kierować się w stronę wyjścia. On należał do niewielu, którzy jeszcze siedzieli. Trwał w bezruchu, jedynie oczami błądząc po wszystkich.
I co teraz?

Od Robina - Event - Wprowadzenie

Wkroczył na scenę, ze wzrokiem utkwionym w drewnianej ambonie. Próbował się nie rozglądać po wszystkich twarzach zwróconych ku jego osobie. Był dyrektorem Emerald Academy, to prawda, ale rozmowa z uczniami na tematy szkolne czy zwykłe połajanki to coś innego niż omawianie spraw wagi państwowej, jeśli można było to w taki sposób określić. Dodatkowo stał w dusznej od wielu oddechów sali, której drzwi były pilnowane przez uzbrojonych mundurowych. Robin zebrał się w sobie i złapał za górną część mównicy, a następnie zbliżył się do mikrofonu.
Szablon
synestezja
panda graphics