Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minho&Silas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minho&Silas. Pokaż wszystkie posty

19.07.2020

Od Minho CD Silasa

 Cała sytuacja musiała zostać wyjaśniona na kartce. Było to dość trudne, dlatego też Koreańczyk streścił wszystko w kilku zdaniach, na sam koniec wyjaśniając sytuację z głosem. Na tym najbardziej się skupił. Do końca nie pamiętał, co musiało się wydarzyć, że stracił głos, lecz zapamiętał jedno - tylko jedna ampułka była w stanie przywrócić możliwość mówienia. Podając kartkę Silasowi, spoglądał na niego przez dłuższą chwile, co później spowodowało kolejną serie pytań. Najbardziej skupiony był na tym, kto to powiedział, że wiedział w jaki sposób mogą zwrócić mu głos. Jednak chłopak nie pamiętał wyglądu ów mężczyzny. Nie znał go. Nie potrafił opisać wyglądu. Nie wiedział jak się nazywał. Tylko był osobą, która zajmuje się handlem. Tyle był pewny. Jednak to wszystko... było tyle warte, co nic. Dlatego na każde pytanie wyższego kręcił głową. Domyślał się, iż jemu to nie przeszkadzało. Nie można ukryć tej niechęci pomiędzy dwójką. Chcąc nie chcąc - nie zaczęli za dobrze znajomosci i pewnie taki stan wzajemnej niechęci będzie się długo utrzymywać. Pomimo całej tej sytuacji, Lee zdecydował się wykorzystać chwilowe zniknięcie mężczyzny, żeby udać się do wyjścia z mieszkania. Chciał wrócić do swojego mieszkania. Jego współlokator mógł mieć wiele domysłów na temat tak nagłego zniknięcia... a nie chciał, by ten tyle się przejmował, więc wolał go upewnić w tym, że żyje. No ale, byłoby za pięknie, gdyby zdołał wyjść przed powrotem gospodarza. Nie udało się. No cóż. Odszedł od drzwi wejściowych, przy których zdjął buty i skierował się na powrót na kanapę. Silas zaczął tłumaczyć kwestie tego, co mogło zostać użyte na Minho, lecz Azjata nie był w pełni skupiony na jego wypowiedziach. Wciąż skupiał się na współlokatorze, jak i ukochanych kotach. Ah... i praca. Właśnie. Praca. Powinien jak najszybciej to wyjaśnić i wrócić do swojej rutyny. To, że nie mówi... trzeba dać radę. Nie powinien się poddawać. Zdecydowanie nie. Nikt nie każe ciagle mu rozmawiać z klientami, wystarczy, że ich obsłuży, prawda? Prawda. Z migowego za wiele nie potrafi, najwiecej nauczył się podstaw w komunikowaniu się... i ewentualnym wyzywaniu kogoś. To nieistotne... lecz coś takiego nie jest wystarczające do pełnej komunikacji z innymi osobami. Musi nauczyć się więcej, bo na dłuższą metę nie da rady wszystkiego pisać, czy pokazywać cięższych rzeczy, których jeszcze się nie nauczył. Odczuwając w pewnej chwili ból na prawym ranieniu, zmarszczył niezadowolony brwi, łapiąc się za bolące miejsce. Jego spojrzenie od razu wyładowało na Silasie, na którego wyzywał w swoich myślach. Co prawda w oczach Minho łatwo było dostrzec złość i niezadowolenie, iż została naruszona jego strefa prywatna... no ale cóż, inaczej tego nie wyrazi, a nie chce pokazywać na migi, gdyż domyślał się, iż starszy mężczyzna je znał. Skąd? Kiedy na migi pokazał Blackowi, że chciałby kartkę i długopis, zauważył jak ten sam mu odpowiadał, lecz szybko się powstrzymał. W końcu rudowłosy aż tak dobrze nie potrafił się porozumiewać, więc trudno mu byłoby określić, co chciałby odpowiedzieć mu drugi. Tak też - nie wyzywał go w owym języku, całkowicie odsuwając od siebie tę myśl. Zamiast tego, wciąż wyzywał na towarzysza w myślach. 
- Słuchasz mnie? - pytanie ze strony Silasa przywróciło Minho do życia, na co wzruszył cierpko ramionami. Na ten ruch starszy westchnął głośno, zabierając się do powtórzenia. - Nie wiem, kto jest tym, który sprawił, że przestałeś mówić. Pewnie to ktoś z zewnątrz, niekoniecznie siedzących w ich szeregach... a raczej osoba, która zarządza wszystkimi aukcjami, a sam w nich nie uczestniczy, rozkazy wydaje z zewnątrz. A przynajmniej tak mi się wydaje, to tylko domniemanie. Za wiele przy Tobie pewnie nie mówili ze względu na swoje bezpieczeństwo. Szczególnie w takiej sytuacji, że ktoś może im ukraść towar. Nieważne. Jest taka opcja, iż zaczną Cię szukać. Musisz być dla nich wartościowy skoro w klubie już zaczęli działać, a na aukcji chcieli sprzedać jako ostatniego. Coś jest na rzeczy, pytanie brzmi co. Można się tego tylko dowiedzieć przez twoje pojawianie się w pracy, jak i w tym klubie, co ostatnio byliśmy. Pewnie nie znasz migowego dość dobrze, więc nauczę Cię najważniejszych, ale i podstawowych migów, żebyś, w razie czego, mógł się porozumieć z innymi. Odnalezienie osoby, która ma ampułkę, czy cokolwiek podobnego przywracającego głos, zajmie pewnie trochę czasu, więc migowy będzie Tobie potrzebny. A raczej wątpię, żebyś chciał ciągle pisać na kartkach. Poszukam informacji w kwestii odebrania głosu, bo zawsze można szukać pomocy gdzieś indziej niż z samego źródła, które Ci je odebrało. - na tym skończył swoje tłumaczenie, na co Lee pokiwał jedynie głową, słabo się uśmiechając. 
  Chłopak był zmęczony, dlatego jak tylko wygodniej się ułożył na kanapie, spoglądając na gospodarza, ziewnięcie opuściło jego usta, a niedługo po tym udało mu się zasnąć. 

*** 

  Mężczyzna średniego wzrostu stał na środku pomieszczenia,, na krześle. Wpatrując się w ścianę przed sobą. Nie było widać jego twarzy, ponieważ Lee stał za nim. Jednak w momencie, kiedy odwrócił się w jego kierunku, chłopakiem coś wstrząsnęło. Poczuł ścisk żołądka, gdy ich spojrzenia się spotkały na ułamek sekundy. Niepokój, strach, to odczuwał najbardziej. Kim był ów nieznajomy? Nie miał pewności, czy go znał... a może go spotkał? Może to ten, który odebrał mu głos? A może to ktoś całkiem inny? Nie wiedział, gdyż w momencie, kiedy się nad tym wszystkim zastanawiał, w jego kierunku została wyciągnięta broń, a na sam dźwięk przeładowania jego ciało nie chciało się ruszyć. Stał jak wryty w ziemie. Najmniejszy ruch, a raczej próba ruchu, nawet palcem u dłoni, sprawiał mu niemiłosierny i dziwny ból, którego nie potrafił wyjaśnić. Strzał i ciemność. 

 Wybudzony ze snu ostatnią, zapamiętaną sceną, poderwał się do siadu. Był zlany potem. Serce biło tak szybko, jakby zaraz miało się zatrzymać bądź wyskoczyć z klatki piersiowej. Jedno z dwóch. Dość niepewnie rozejrzał się po pomieszczeniu, dopiero wtedy spostrzegając, iż nie znajdował się już w salonie. Zaczesując włosy do tylu, które były spocone ze strachu przez sen, pokręcił w niedowierzaniu głową. Zszedł z łóżka i podążył do wyjścia z pokoju. Nigdzie nie było Silasa. W żadnym z pomieszczeń, do których zajrzał. Nawet w łazience, którą udało mu się znaleźć, więc też z tego skorzystał i załatwił potrzebę fizjologiczną. To po tym wrócił do punktu wyjścia, jakim była sypialnia, w której się obudził. Rozglądając się w ciemnościach, obawiał się, że zaraz się o coś potknie, co jednak nie miało miejsca na całe szczęście. Chciał sobie pośpiewać, ale nie miał możliwości. Telefonu także nie posiadał, został mu odebrany. Dlatego też usiadł na łóżku, przed tym pozbywając się ubrań, pozostając w samej bieliźnie. Chowając się pod pościelą, zasłonił się nią od góry do dołu, kuląc się na środku materacu, jakby miało mu to pomóc. Oczywiście, nie pomogło. Czuł się zmęczony i przerażony tym, co się działo w ostatnich dniach. A sam sen był gwoździem do trumny. Co miał o tym wszystkim myśleć? Dlaczego mu się to wszystko przydarzyło, czemu to mu się śniło? Dlaczego? 
  Rozmyślając o tym wszystkim, niespodziewanie poczuł dłoń na swoich plecach, przez pościel. Gdyby nie stracił głosu, zapewne by krzyknął z przerażenia... ale jedynie zasłonił twarz dłońmi, zamykając oczy, kiedy tylko pościel została z niego zdjęta. Dość niepewnie rozsunął palce, otwierając jedno oko, zerkając w kierunku, jak się okazało, Silasa, na co odczuł ulgę. Słabo się uśmiechnął, dopiero wtedy się rozluźniając. W końcu nie wiedział, kto i kiedy może go szukać, żeby zabrać do miejsca, z którego dopiero co został zabrany. Czuł się jak małe dziecko, które potrzebuje cudzej opieki, przez co jedynie sprowadzał problemy. I pewnie był obciążeniem. 

Silas?   

30.05.2020

Od Silasa CD Minho

Zabrałem tą niemotę do siebie, bo innego pomysłu w zaistniałej sytuacji nie miałem. Przez całą drogę nie odezwał się słowem, co mnie zdziwiło, jednak nie miałem ani czasu, ani zbytniej ochoty rozważać nad powodami takiego stanu rzeczy. Musiałem skupić się na uciekaniu przed wściekłymi i z pewnością rządnymi krwi wampirami, którym przerwałem tę jakże... Ciekawą aukcję. Niezły biznes sobie rozkręcili pod nosem Sopportare. Nie wiem, co musieli zrobić, że do tej pory ich nie wyczaili. Jednak mimo wszystko nie miałem zamiaru tak tego zostawiać, więc prawdopodobnie już za niedługo rozpocznie się nagonka na nich. Niestety, w drugą stronę to też mogło zadziałać, jeśli dowiedzą się, że to ja na nich doniosłem. Musiałem mieć się na baczności.
I mimo wszystko nadal uważać na Minho. Czyli, dla świętego spokoju i czystości mojego sumienia, prawdopodobnie będzie musiał u mnie zostać na jakiś czas. Aż się cała ta akcja nie skończy, w taki czy inny sposób.
Bo tak, zawsze brałem pod uwagę moją śmierć. To było zwykłe kalkulowanie, podchodzenie realnie do sprawy. Mogłem zginąć. W tym momencie bardziej mnie ta wizja cieszyła, niż martwiła. Jednak nadal czułem się w obowiązku zrobić wszystko, żeby jednak nie zginąć.
Gdy znajdowaliśmy się już bezpieczni w moim domu, posadziłem chłopaka na kanapie. Nie zapaliłem światła, odruch, w pokoju panował więc półmrok. Minho chyba był jednak zbyt przejęty tym wszystkim, żeby zwrócić uwagę na taki szczegół... Albo wampiry wpompowały w niego trochę swojej krwi, żeby go wzmocnić i teraz, nieprzyzwyczajony do lepszego wzroku, nawet nie zauważył, że w pokoju jest dziwnie ciemno, a ja nawet nie spojrzałem w kierunku włącznika światła. Ale to bez znaczenia.
Zacząłem zadawać pytania. No bo co innego miałbym robić? To wszystko, jego nagłe zaginięcie w klubie, następnie te dni, które musiałem poświęcić na szukanie go, a potem w końcu odbicie z łap krwiopijców... Chyba miałem prawo wiedzieć, dlaczego, do cholery? Co zrobił, czego mu zabroniłem, że znalazł się w tym, dość badziewnym, położeniu?
Ale nie odpowiadał mi. Chyba kilkakrotnie próbował, otwierał usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Coś było nie tak... Tylko co?
W końcu zrozumiałem, gdy na migi zaczął mi pokazywać, żebym podał mu coś do pisania. Nie używał oczywiście języka migowego, pewnie go z resztą nie znał, mimo to chciałem mu odruchowo odmigać. Powstrzymałem się w połowie pierwszego ruchu. Przeczesałem włosy palcami, westchnąłem ciężko i poszedłem po jakąś kartkę i długopis, żeby mężczyzna mógł prowadzić ze mną jako taki dialog.
Jak szybko się nie dowiem, co spowodowało u niego ten nagły zanik mowy (bo język miał na swoim miejscu), będę go chyba musiał nauczyć jakiś podstaw migowego. Bo takie pisanie na kartce było wyjątkowo niepraktyczne na dłuższą metę, natomiast do mieszkania z migającą osobą byłem przyzwyczajony... To znaczy, właśnie, byłem. Kilkaset lat temu przez parę lat mieszkałem z głuchą kobietą, czarownicą, która mimo, że pewnie była w stanie, nie chciała przywracać sobie słuchu. Uważała to za zbyteczne. Opiekowałem się nią w ostatnich latach jej życia, gdy wszyscy inni, rodzina, przyjaciele, ją porzucili, bo była stara i schorowana. A ja miałem wobec niej dług, który chciałem spłacić, chociaż częściowo w taki sposób.
- Proszę - mruknąłem, wracając do salonu z kartką i długopisem, których znalezienie zajęło mi chwilę. Większość papierów, jakie posiadałem, była ważnymi dokumentami, po których nie wypadało pisać, nawet po odwrocie. W końcu jednak znalazłem jakiś stary, nieco sypiący się już zeszyt. Zszywany nicią, nie metalowymi zszywkami. Nie wiem, skąd go miałem, ani ile miał lat, ale kartki dawno już pożółkły i zaczynały się powoli rozpadać. Łatwo się rwały przy gwałtownych ruchach, na przykład niezbyt ostrożnym przerzucaniu kartek... Ale był pusty, musiałem kiedyś go kupić, tudzież zrobić, a potem nie wykorzystać do niczego. Mógł więc teraz posłużyć Minho.
Mężczyzna natychmiast zabrał się do pisania, a ja patrzyłem z zainteresowaniem, jak długopis, wiedziony dłonią Rudego, kreśli na papierze litery. Miałem nadzieję, że, poza wytłumaczeniem wszystkiego, podrzuci mi jakiś pomysł na to, co się stało z jego głosem. Dlaczego nie może mówić i co trzeba zrobić, żeby ten stan odwrócić.
Bo może i mi to odpowiadało, ale bez głosu nie będzie w stanie sam funkcjonować w taki sposób, jak wcześniej. Niemy barman... Raczej sobie tego nie wyobrażałem. Musiał odzyskać głos, żebym nareszcie miał z nim spokój. Bo na razie jedyne, co mnie z nim spotkało, to utrapienie.

Minho?

21.03.2020

Od Minho CD Silasa

  Lee kolejne dni przesiedział w tym samym miejscu. Nic się nie zmieniało. Był najedzony, wyspany, czysty... wszystko wydawałoby się naprawdę, niczym z bajki. Traktowany był, jak książę. No ale, nie wszystko było takie kolorowe. Nie mógł mówić, nic, kompletne zero. Męczyło go to, nie mógł z siebie nic wydobyć, niczym niemowa. W dodatku, tracił powoli nadzieję na to, iż Silas go odnajdzie. Szanse z dnia na dzień się kurczyły, aż zostało tej nadziei tyle, co prawie nic. Można by rzec, iż pogodził się z tym, co go czeka, ale tak nie było. On nie chciał być cudzą zabawką, nie wiedział, na kogo trafi, kto jakim świrem jest. To go przerażało, bo, jeżeli zostanie sprzedany, jak zwykła, szmaciana lalka z wystawy sklepowej, ta osoba będzie mogła go nawet zabić. A czy ktoś się tym zainteresuje? Oczywiście, że nie. Został sprzedany, towar poszedł do właściciela, więc sprzedającego, to już nie interesuje. Dlatego też Lee nawet nie próbował stamtąd uciec w momencie, jak był prowadzony do największej sali, jaka znajdowała się w budynku, o czym usłyszał, gdy przebywał w swojej "celi". Rude włosy wpadały do oczu chłopaka, który rozglądał się po korytarzu, jakby szukał szansy na ucieczkę, albo na fakt, że zobaczy Blacka. I co? I nic. Pokręcił słabo głową, wchodząc za kurtynę sceny. Nie był jedynym, którego mieli zamiar sprzedać. Łącznie z nim przebywało tutaj dziesięć innych osób, lecz oni mogli mówić, mieli jedynie chustę przewiązaną w taki sposób, żeby mieli uniemożliwione krzyki. Chociaż... nikt nie wyglądał na takiego, jakby chciał się stąd wyrwać. Czyżby ich nikt nie szukał? Albo stracili nadzieję, jak Minho? Poprawiając swoje kosmyki, spoglądał na swoich oprawców, którzy złapali za jego dłonie, aby je związać, na co przewrócił oczami. Jego orientacja w terenie była naprawdę słaba, więc nie wiedział dlaczego to zrobili. Każdy korytarz, którym się poruszali, wyglądał identycznie. A gdzie było wyjście? Dobre pytanie.
Nawet nie dyskutował, bo nie miał jak, pozwolił działać, obserwując wszystko dookoła. Może jednak zobaczy Silasa? Nie, to nie był on. Przewidziało mu się. Tak uważał. Raczej Black nie siedział na widowni, na jednym z balkonów. Chyba, że... Koreańczyk ponownie spojrzał w miejsce, gdzie myślał, że jest mężczyzna. Niestety, przewidziało mu się. Może to z pewnego rodzaju tęsknoty? A może i faktu, iż ten obiecał, że będzie go pilnować, że krzywda mu się nie stanie. Lee nie do końca miał do niego o to żal. Był zły na siebie. Nie miał niczego przyjmować w klubie, nawet głupiej wody nie powinien był kupować, a mimo wszystko - zrobił to. I teraz jest tu, gdzie jest. Czuł się z tym wszystkim źle, wręcz przybijała go myśl, że teraz może stać się cudzą zabawką. Słyszał niejednokrotnie, do jakich rąk trafiały ofiary, takie jak on, ale wampiry się z tego śmiały. Nie przeszkadzało im to, bo zarabiali. Minho został zmuszony do ruszenia na scenę, która oświetlana była przez reflektory. Jasne światło poraziło oczy chłopaka, dotychczas siedział w pomieszczeniach, gdzie nie było tak ostrego światła. Dlatego niemalże od razu dopadł go ból głowy. Stanął na środku, między innymi osobami. Nie do końca skupiony na tym, co było mówione, od której strony zaczęto sprzedaż... zaczął znowu rozglądać się po ogromnej sali. Dlaczego los musiał się od niego odwrócić? I nim zdołał się zorientować, na scenie pozostał sam, bez pozostałych towarzyszy. Oni zostali już odprowadzeni do swoich nowych właścicieli. Wszystkie dźwięki nie dochodziły do Koreańczyka, gdyż nazbyt był pochłonięty swoimi myślami.
Szybsze bicie serca, uderzenia gorąca... Lee się obawiał, że z tego wszystkiego zemdleje. Nerwowo rozglądał się po sali, po której rozbrzmiewały krzyki, kłótnie... aż doszło do bójek. Cena rosła i rosła, przebijali się nawzajem, a główny prowadzący się śmiał, obserwując całą scenkę, nie reagując na to. Był zadowolony, bo o to mu właśnie chodziło. Podczas ostatecznej kwoty, która przekroczyła 3 miliony dolarów... nawet nie zorientował się, kiedy został ściągnięty ze sceny przez... podniósł głowę, a ku jego zaskoczeniu, dostrzegł Silasa. Mężczyzna ciągnął go za sobą, ostatecznie, przerzucając przez ramię, aby jeszcze szybciej przemieszczać się korytarzami, żeby dotrzeć do wyjścia.
To właśnie wtedy Koreańczyk poczuł pewnego rodzaju ulgę, lecz nie do końca. Coś jeszcze go męczyło, ale... jak miał o tym powiedzieć? Black go "porwał", a chłopak nie miał tego, o czym rozmawiali oprawcy, czyli rzeczy, która sprawi, że na nowo zacznie mówić. Obserwował jedynie korytarz i osoby biegnące za nimi, aż znaleźli się na zewnątrz. Chciał podziękować, chciał coś powiedzieć, ale nic nie opuściło jego ust. Dlatego czekał aż zostanie odstawiony na ziemię, a to nastało dopiero... w mieszkaniu mężczyzny. Kiedy przeminęła ta droga? Nie wiedział, przestał zwracać na wszystko uwagę. Choć miał naprawdę niesamowicie dobre warunki w ostatnim czasie, to stał się przez to dość... wyciszony. Przestał zwracać na wiele rzeczy uwagę. Siadając na kanapie w mieszkaniu starszego, spoglądał na swoje kolana. Usłyszał wiele pytań, aczkolwiek na żadne nie odpowiedział. Cicho wzdychając, gestem dłoni pokazał, żeby dał mu coś do pisania. Nie potrzebował za długo czekać, aby to otrzymać. I to była jedyna forma, gdzie mógł wytłumaczyć, co się zdarzyło i czemu nie może mówić. Wywołał tym jednoczesny uśmiech u Silasa, ale i zirytowanie. No cóż, to już nie była jego wina, iż nie mógł mu o tym powiedzieć, a telefonu nie miał, więc nie było innego sposobu niż pisanie na kartce.

Silas? 

14.03.2020

Od Silasa CD Minho

- Nie wiem, gdzie on jest - wysyczała wampirzyca,  rozchlapując dookoła, wraz ze śliną, kropelki krwi. Możliwe, że wybiłem jej jeden kieł. Ale jakoś nie było mi z tego powodu przykro, odrośnie. - Mówię ci to raz za razem, kiedy to do ciebie dotrze?!
W ułamku sekundy zacisnąłem dłoń na jej włosach, brutalnie odciągając głowę do tyłu. Wrzasnęła, pewnie bardziej z wściekłości niż bólu. Tym również średnio się przejąłem. Głośna muzyka w klubie wystarczająco dobrze zagłuszała dźwięki, by nikt nie zwrócił na to uwagi.
- A ja ci nie wierzę, co naprawdę nietrudno wywnioskować - powiedziałem, nienaturalnie spokojnym tonem. - Gdzie jest człowiek, z którym tu przyszedłem?
Wypuściłem z siebie słabą iskrę energii elektrycznej, która boleśnie, ale bez wyrządzania większej krzywdy, poraziła wampirzycę. Ponownie wrzasnęła.
Jednak prawda była taka, że niewiele mogłem zrobić, nie wiedząc nic i nie mając zdolności telepatycznych, by wyciągnąć potrzebne mi informacje z głowy kobiety. Wampiry są twarde. Jeśli ma ku temu istotny powód, nic mi nie powie, choćbym ją zakatował, doprowadzając na skraj śmierci.
To była robota głupiego.
Wydałem z siebie sfrustrowane warknięcie. Napiąłem mięśnie, by wykonać szybki ruch, w wyniku którego głowa wampirzycy uderzyłaby o umywalkę, co prawdopodobnie na pewien czas pozbawiłoby ją przytomności... i nagle nastąpił przełom.
- Cholera! - wrzasnęła, a ja zatrzymałem się w połowie ruchu. - Dobra! Kurwa! Miałam go otumanić, żeby mogli go zabrać i wystawić na aukcję, ale nie wiem, gdzie go zabrali. Czy teraz mnie łaskawie puścisz?
Ni chuja.
- Trzeba było tak od razu, oszczędziłabyś nam obydwojgu irytacji - syknąłem. I zamiast uraczyć czaszką kobiety o umywalkę, strzeliłem ją mocniejszą dawką energii elektrycznej. Oczy uciekły jej w głąb czaszki i osunęła się nieprzytomna w moje ramiona. Posadziłem ją na toalecie i wyszedłem.
Musiałem znaleźć Minho.

~•~

Tydzień. Tyle zajęło mi znalezienie jakichkolwiek poszlak, oddzielenie ziaren od plew i poskładanie tego, co miałem, we w miarę logiczną całość. Można wręcz powiedzieć, że poruszyłem niebo i ziemię, żeby go znaleźć. I w końcu trafiłem... na coś.
Na coś. Tydzień cholernych poszukiwań. Podsłuchiwania rozmów w klubach wampirów. Narażania się na każdym kroku jak nie na zdemaskowanie, to rozszarpanie na strzępy. Jeśli myślało się pozytywnie. Bo wampiry działały podobnie do chmary szarańczy - obsiadały ofiarę z każdej strony, aż ta zwyczajnie nie była w stanie im uciec, istniała więc możliwość, że i mnie postanowiliby sprzedać... Choć to byłaby z ich strony głupota. Jestem dość pamiętliwy.
W każdym razie, po tym niemożliwie długim czasie... to znaczy, nie dla mnie, jednak dla zamkniętego nie wiadomo gdzie Minho i owszem... mogłem w końcu wysnuć jakieś przypuszczenia odnośne tego, gdzie teraz przebywa. Nie obyło się co prawda bez pomocy Blacka, ale liczyły się efekty, nie droga, jaką do nich przebyłem. I tak też dowiedziałem się, że chłopak najprawdopodobniej przebywał niemal w samym centrum miasta (co było, z strony wampirów, wystąpieniem cokolwiek ryzykownym), w tak oczywistym miejscu, że bardziej się nie dało. Może dlatego nie mogłem go znaleźć - w końcu najlepiej chowa się rzeczy na widoku. A tym miejscem był... Jeden z popularniejszych w mieście klubów wampirów.
Stałem teraz na skraju dachu wieżowca, mieszczącego się dokładnie naprzeciwko wspomnianej miejscówki. Przyglądałem się wchodzącym i wychodzącym z niej nadnaturalnym, obserwowałem wejście, zastanawiając się, czy zdołałbym się wśliznąć do środka niepostrzeżenie. Gdybym miał do czynienia z ludźmi, zrobiłbym to bez problemu, ale wampiry miały lepiej wyczulone zmysły. W tym węch. Jak dla wzroku i słuchu potrafiłem pozostać niewidzialny, tak po zapachu niestety bardzo łatwo było mnie wytropić. Musiałem więc szukać jakiś alternatyw dla wślizgiwania się pod osłoną cieni przez główne wejście, za plecami ochroniarzy.
Po godzinie sterczenia bez żadnych efektów w miejscu stwierdziłem, że jeśli do teraz nic nie wymyśliłem, to już na nic nie wpadnę. Ze zrezygnowanym westchnieniem zszedłem na poziom ulicy i - dalej - prosto do drzwi wejściowych.
Czułem się wręcz zawiedziony, że ochroniarze wpuścili mnie bez problemu, nie zadając żadnych pytań. I gdy myślałem już, że będę mógł spokojnie zbadać wnętrze budynku, określić, gdzie trzymają Minho... W ciemnym korytarzu, w który mnie skierowano, oberwałem czymś ciężkim w potylicę z siłą na tyle dużą, że straciłem przytomność.

~•~

Obudziłem się nagi od pasa w górę, z rękami przykutymi na łańcuchach do ściany. Szarpnąłem się, niezbyt przykładając się do tego, tylko w ramach małego eksperymentu, czy wampiry się postarały. Pęta nie odpadły od ściany od razu, co kazało mi przypuszczać, że się przyłożyli do zadania. Nic tylko pogratulować.
Powisiałem sobie tak jeszcze chwilę, bujając się lekko w przód i w tył, zastanawiając się, czy to nie okaże się dla łańcuchów za dużo i jednocześnie ciesząc się, że nie przyszedłem tu dzisiaj w moim płaszczu z cieni. Bo musiałbym go teraz szukać, a zwykłego płaszcza i koszuli, które miałem na sobie, gdy wchodziłem do przybytku wampirów, a których ani nie miałem na sobie, ani nie widziałem nigdzie w pobliżu, nie było mi szkoda. Kupię sobie nowe, a teraz oszczędzę sobie trudu, zamiast tego pójdę po prostu szukać Minho.
W sumie, wampiry zrobiły mi przysługę, zamykając mnie tu, nie musiałem już szukać miejsca, gdzie dokładnie przetrzymują Rudego, bo prawdopodobnie był gdzieś niedaleko.
Upewniwszy się, że nikt mnie nie pilnuje, szarpnąłem za łańcuchy nieco mocniej. Poczułem , jak na głowę i ramiona posypał mi się tynk z pękającej ściany. Szarpnąłem więc nieco mocniej...
Puściły. Jaka niespodzianka...
Przejechałem kilkakrotnie dłonią po włosach, by wytrzepać z nich chociaż część tynku i by jego resztki nie sypały mi się do oczu, utrudniając widzenie w czasie ewentualnej walki. Szybko zlokalizowałem wejście, do którego natychmiast się udałem, zgarniając po drodze jakiś podejrzanie wyglądający nóż, który ktoś, opatrznie lub nie, zostawił na stoliku, również znajdującym się w pomieszczeniu. Wniosek z tego taki, że albo wampiry nie wiedziały, z kim mają do czynienia, albo zbagatelizowały sprawę. Za co przypłacą może nie życiem, bo nie chciało mi się bawić w odcinanie głów i palenie, ale na pewno poobijaniem tych swoich wampirzych tyłków.
Wypadłem na korytarz, otwierając drzwi jednym szarpnięciem, przy okazji powalają już jednego ze strażników, których jednak postawili, tyle że na zewnątrz swego rodzaju celi, w której mnie zamknęli. Drugi oberwał nożem pod żebra. Dodatkowo przekręciłem ostrze, zanim je wyszarpnąłem, by wyrządzić jeszcze większe spustoszenie i utrudnić regenerację. Gdy przeciwnik zgiął się w pół, ponownie dźgnąłem go ostrzem, tym razem celując w tętnicę szyjną. Przy okazji przebiłem gardło i tchawicę. Nie powinien mi już dzisiaj sprawiać problemów.
W tym czasie z ziemi podniósł się ten powalony wcześniej przeze mnie. Wyszczerzył zęby w wyrazie wściekłości, jednak nim zdążył na nie skoczyć, rzuciłem nożem.
Który wbił się dokładnie w sam środek jego czoła.
Mocno wkurwiony tym, że w ogóle się tu znalazłem i musiałem stawiać czoła wampirom, ruszyłem dalej korytarzem, zostawiając dwóch chwilowo zlikwidowanych nadnaturalnych za sobą. Straciłem nóż, po którego nie chciało mi się schylać, ale wątpiłem, by miało mi to w jakikolwiek sposób przeszkodzić. Tę zgraję stanowili, z tego, co zdołałem się dowiedzieć, sami samozwańcy, o niewielkich zdolnościach i wątpliwych zdolnościach logicznego przewidywania... co miałem okazję zaobserwować przed chwilą.
Jedyny problem polegał na tym, że betonowy korytarz, którym szedłem, miał sporo odnóg i drzwi, za którymi potencjalnie mógł być Minho. Albo wampiry. Bądź inni przeznaczeni na aukcje. W każdym razie, musiałem zajrzeć do każdego pomieszczenia. Potencjalnie skonfrontować się z wampirami, ale przede wszystkim musiałem uwolnić Rudego.
Pierwsze drzwi, pierwsza skucha. I pierwsze wampiry do zneutralizowania.
Nie zrozumcie mnie źle, jakby się na mnie nie rzuciły pierwsze, zostawiłbym je w spokoju. Ale musiałem się bronić.
Kilkanaście sekund później wszyscy leżeli już z przetrąconymi karkami. I tak, jakby ktoś się zastanawiał, nie znaczyło to wcale, że są martwi. Martwy wampir to proch, a oni nim jeszcze nie byli, nic nie było przesądzone.
Pewnym krokiem ruszyłem dalej korytarzem, na dalsze poszukiwania. Wierzchem dłoni otarłem z kącika ust krew, która pojawiła się tam w wyniku uderzenia przez jednego z napastników. Rana już się zasklepiła, ale ciemnego koloru ciecz pozostała, dając nieprzyjemne uczucie, którego potrzebowałem się pozbyć.
Jeszcze tylko nie wiem ile drzwi i ile przeciwników przede mną. A Minho czekał.
Wypadałoby, żebym się pospieszył.

Minho?

8.03.2020

Od Minho CD Silasa

   Ciemność, przygłuszone głosy, zimno. Tylko to widział, słyszał i czuł. Nie pamiętał nic poza Silasem idącym się na ring, to po tym wszystko… zniknęło. Lee obudził się, a może i ocknął, po pewnym czasie. Podnosząc się gwałtownie do siadu, niemalże od razu zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, w którym się właśnie znajdował. Był tam sam, cisza i chłód. Na sobie miał to, co przyniósł mu starszy… jednak telefonu już nie miał w spodniach. Chciał wiedzieć, co tutaj się stało, dlaczego jest w takim miejscu… ale przede wszystkim jedno, istotne pytanie: gdzie jest Silas. Niemalże od razu otworzył usta –pragnął zacząć wołać mężczyznę, z którym przyszedł do miejsca, gdzie nie miał wstępu, bo był człowiekiem. Nadal nie wierzył w ten absurd, jaki się stał, tyle postaci nadnaturalnych… a on nie wierzył.
Pierwsze podejście do krzyku – nic nie wydobyło się z jego gardła, nawet najcichszy dźwięk. Przy drugiej, trzeciej próbie tak samo. Za każdym razem panowała cisza. Tylko kiedy klaskał, uderzał pięściami w drewniany stół, na którym obecnie leżał, czy zaczynał tupać i skakać – jedyna forma, która wydawała dźwięki. Telefonu nie miał, więc nie mógł nawet zadzwonić po pomoc.
Nie wiedział ile czasu minęło. Pięć minut? Godzina? Dwie? Dzień? Jednak do pomieszczenia przyszły trzy osoby, których Lee nie znał. Przyglądając im się z dozą niepewności, pokręcił jedynie głową, nie będąc zadowolonym z faktu, że nawet jego westchnięcie było praktycznie niesłyszalne.
- Czyli zaklęcie działa. To dobrze. – słowa mężczyzny zdziwiły Azjatę, gdyż nie przypominał sobie niczego, co by pił. Wodę miał ciągle przy sobie… to w niej coś było? A może kiedy urwał mu się film, wtedy coś mu podano? Zirytowanie i niewiedza, to w połączeniu nie zanosiło się niczym ciekawym. Zaciskając dłonie na drewnianym stole, z wyraźnym niezadowoleniem spoglądał na trójkę osób, które nie wydawały się przejmować jego oburzeniem. – Dzieciak idealnie nadaje się na aukcję. Tylko bez ludzi. Sami nadnaturalni. I dopilnujcie tego. – mruknął, poprawiając swoje ciemne kosmyki, następnie podszedł bliżej rudowłosego, jedną dłonią łapiąc za jego szczękę, aby dokładnie go obejrzeć. – Dobry towar złapaliście. Teraz nawet gadać nie będzie… ale będzie trzeba dać specjalną ampułkę, żeby znowu mógł mówić. Wiecie, klient nasz pan. Udogodnienia musi mieć. – dopowiedział, odsuwając się, tym samym zostawiając Koreańczyka w spokoju.

*** 

Chłopak nie wiedział tak naprawdę nic, poza tym, iż zostanie wystawiony na aukcję, będzie można go kupić, jak zwykłą, szmacianą lalkę w sklepie. Był niczym towar, który każdy mógł kupić, a przynajmniej tak się czuł… i tak było. Nieważne było w kogo ręce trafi, grunt, aby zapłacono za niego jak najwięcej. Nie miał możliwości skontaktowania się z Blackiem. Lee przepadł jak kamień w wodę, i odnalezienie go było… niemożliwe. Chyba, że się wiedziało, gdzie jest obecnie Koreańczyk. On sam tak naprawdę nie wiedział, a co się stało z jego telefonem? Dobre pytanie. Istniało wiele opcji, lecz żadna nie wydawała się słuszna.
Każdego dnia dostawał posiłki, kiedy chciał picie, to je dostawał, oczywiście, wszystko pokazywał za pomocą gestów. Migowego nauczył go jeden z wampirów, a mianowicie tych podstawowych, aby wiadomo było, czego potrzebuje – skorzystanie z łazienki, picie, jedzenie czy pójście spać, no i przywitanie czy pożegnanie. Chociaż tyle dobrego z tego wyniósł… i fakt, że nie był ani razu głodny. Dbali o niego, bo przecież klient musiał być zadowolony z „towaru”. Minho miał przyciągać uwagę i sprawiać, że ludzie będą go chcieli, że będą się wręcz rzucać, aby go zdobyć. Nie był zadowolony, lecz każda próba ucieczki kończyła się niepowodzeniem. Niestety, nie miał żadnej mocy, ani umiejętności, która by go poratowała, a sam Silas tutaj nie dotarł… w końcu inaczej by Lee znajdował się już poza tym miejscem, prawda? Przynajmniej tego się trzymał, że mężczyzna jednak go szuka i dotrzyma słowa. W końcu obiecał.

Silas?
Patrz jak o niego dbają. XD

14.02.2020

Od Silasa CD Minho

Miałem nie brać już udziału w tych walkach. To znaczy... sądziłem, że się bez tego obędzie.
Niestety, pieniędzy od Nullaha jak nie miałem, tak nie mam, a jak nie chciał po dobroci, to trzeba było sięgnąć po inną strategię. Wzięcie udziału w generalnie mało lubianych przeze mnie walkach na ringu było w tym przypadku chyba jedynym rozwiązaniem.
Zostawiłem Minho z poleceniem, by niczego nie próbował jeść ani pić. A najlepiej w ogóle na nikogo nie patrzył dłużej, niż trwało przypadkowe spojrzenie. Po czym sam udałem się w okolice ringu, by znaleźć bukmachera, u którego wcześniej się zapisywałem.
Kilka walk później, które przypłaciłem zaledwie kilkoma siniakami, które i tak niemal od razu zniknęły, byłem bogatszy o całą postawioną dzisiaj sumę. I pewną wysnutą konkluzję: ludzie są jednak głupi. Bo na moją wygraną w ostatniej rundzie nie postawiła ani jedna osoba, mimo że zawodnik za zawodnikiem padali pod moimi ciosami. Jednemu musiałem połamać żebra, bo nie dało się go ogłuszyć, reszta wyszła z pojedynku ze mną zaledwie ze wstrząśnieniem mózgu po tym, jak uderzyłem ich czaszkami o betonową podłogę. Będą ich bolały głowy przez następne kilka tygodni, ale nie było to nic trwałego. Mieli szczęście.
Czego nie mogłem powiedzieć o moim towarzyszu. Ten to miał cholernego pecha.
Gdy zszedłem już z ringu, nadal ubrany w same spodnie, z gołym torsem, bo takie były zasady walk, poza tym łatwiej się tak walczyło, nie znalazłem Minho tam, gdzie go zostawiłem. Natychmiast przystanąłem, napinając wszystkie mięśnie, w każdym momemcie gotowy do działania. Ale chłopaka nigdzie nie było widać.
- Szlag by to - murknąłem, zaczynając przeciskać się między ludźmi. Walki na dziś się skończyły. Było już naprawdę późno... a w zasadzie to wcześnie rano. Niedługo ten przybytek zostanie zamknięty.
A Minho nigdzie nie było.
Przez chwilę podejrzewałem Nullaha. Ale gdy znalazłem go przy barze, po czym przycisnąłem jego twarz do blatu, tłukąc przy tym kilka kieliszków, strasząc jakąś wampirzycę, no i oczywiście irytując barmana-centaura, ze łzami w oczach i osikanymi spodniami przysiągł, że nie ma pojęcia, gdzie chłopak jest. Nie miałem powodu mu nie wierzyć. A na odchodne rzuciłem tylko, że chyba dzisiaj zbytnio się nie wzbogaci. I że dług pieniężny, jaki u mnie zaciągnął, mogę uznać za spłacony. Tylko dlatego, że nie mam teraz na niego czasu.
I gdy miałem już odchodzić... coś mnie tknęło.
Przeniosłem wzrok błękitnych oczu na wampirzycę, którą tak przestraszyłem, gdy zaatakowałem Nullaha. Wycierała chusteczkami alkohol z krótkiej spódniczki. Tak myślałem, że nie chodziło o sam fakt rozruby w barze. Im zawsze chodziło o wygląd.
Ale to nie to mnie zmusiło do odwrócenia się i ponownego spojrzenia na nią. Nie jej wcześniejszy pisk, tylko... jakby znajomy zapach.
Chwilę przyglądałem się jej staraniom usunięcia alkoholu z ciuchu. Nim zrozumiałem, skąd kojarzę ten zapach.
Tak pachniał Minho, gdy do niego dołączyłem po wstępnym rozprawieniu się z Nullahem.
Zgrzytnąłem zębami, starając się rozładować zalążek furii, która już się we mnie gotowała. Zaatakowała człowieka. Nie mogłem jej winić, to jednak instynkty, a Minho był bardzo łatwym celem. Nieświadomy, w tłumie nadludzi. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Jednak Rudy był tu pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. Obiecałem, że nic mu się nie stanie. A ta wampirzyca właśnie podwarzyła wagę mojego słowa.
Tylko że... chłopaka tu nie było. To znaczy, że ona mogła rzucić czar. Ale niekoniecznie ona go zabrała.
Cholera.

Minho?
Takie meh, przepraszam ;-;

31.01.2020

Od Minho CD Silasa

  Obserwował wszystko z dozą niepewności, nawet kwestionował, aby się odsunąć, ale nie miał gdzie. Z każdej strony ktoś go otaczał. Dlatego zdecydował się nigdzie nie ruszać, dokładnie przyglądając się Silasowi, jednocześnie przysłuchując się temu, co opowiadał. Wypowiedziane przez niego słowa… oh, jak bardzo go zdziwiły i wprowadziły w osłupienie, z czego zaczął odczuwać pewnego rodzaju strach. Nie wiedział z kim miał do czynienia. Odwrócił głowę w drugą stronę, poprawiając swój kaptur na głowie, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc. Oczywiście, to nic nie dało, bo strach i tak mu towarzyszył. Przestał zwracać uwagi na wszystko, co go otaczało. Skupił się na myślach, a dokładniej nad tym, kim był tak dokładnie mężczyzna. Pojawił się znikąd, przychodząc do baru, jak wiele ludzi. Z początku Minho myślał, że to zwykły przechodzień, chcący się odprężyć po całym dniu. No ale, ile by nie był, wciąż pozostawał trzeźwy. Nic na niego nie działało, pomimo mieszania alkoholi, co zazwyczaj kończyło się kacem dla wielu osób. Jak można było to sobie wytłumaczyć? Lee uważał, że najwyraźniej, wtedy jeszcze, obcy dużo musiał pić takich „mieszanek”. Teraz wydawało się być logicznym, iż to nie z tego powodu Black był wytrzymały na duże ilości alkoholu, wszelakiego rodzaju mieszanki… być może. Nie wiedział. Nie znał się na istotach nadnaturalnych. On raczej uważał, iż coś takiego nie istniało. Żył w błędzie.
Mając dłonie ukryte w kieszeniach bluzy, nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Dlatego też w końcu wycofał się w tłum, przez który dość trudno było mu przejść. Jednak udało mu się stamtąd wydostać i przejść do baru, gdzie zajął miejsce tak, żeby dalej obserwować całe zajście. Pozostali, którzy przebywali w lokalu – niezbyt interesowali się zaistniałą sytuacją, jakby byli do tego wszystkiego przyzwyczajeni. On nawet nie wnikał, nie chciał. Poprosił jedynie barmana o wodę, którą otrzymał bez większych pytań. Płacąc za nią, ciężko westchnął, odkręcając butelkę, jednak nie napił się od razu. Spoglądał w stronę Nullaha i Silasa. Jeden wyglądał na przerażonego, drugi na zirytowanego. Ah. Nigdy nie zrozumie sporów takich ludzi. Co nimi kierowało? Dobre pytanie. Dlatego też Lee upił trochę wody, następnie zakręcił butelkę, wciąż trzymając ją, nigdzie nie odkładając. Wiedział, jak działały bary. Nie chciał ryzykować i mieć jakiegoś środka odurzającego w swoim napoju.
W pewnym momencie poczuł dłoń na swoim ramieniu, przez co się wzdrygnął, ponieważ zapatrzony był w konkretne dwie osoby, dookoła których były przeróżne postacie. Zdołał się zamyślić, skąd takie osoby się wzięły… a raczej starał się nad tym myśleć. Za dzieciaka wierzył w potwory pod łóżkiem, wróżki, wilkołaki, wampiry, zaś z czasem przestał. Stwierdził, iż to niemożliwe, takie rzeczy są w bajkach, filmach, a nie w życiu rzeczywistym. Teraz znowu się to zmieniło, i Lee się pogubił. Może to tylko sen? Może to nie jest naprawdę? Cóż, trudno to określić… a raczej trudno dowierzyć w to, co się właśnie działo, co widział… ah, niestety. Zbyt wiele rzeczy na raz. Pokręcił słabo głową, poprawiając się na siedzeniu. Czemu to musi być takie skomplikowane? Nie wiedział. Nie rozumiał i nie zrozumie, przynajmniej nie chciał. Parę głębszych oddechów, musiał się uspokoić, a raczej swoje myśli.
Dopiero wtedy przeniósł spojrzenie na osobę, która znajdowała się za nim. Była to kobieta. Nieznajoma. Nigdy wcześniej jej nie widział, lecz opanował go pewnego rodzaju strach przed nią. Dlaczego do niego podeszła? Nie czytał w myślach, więc nie wiedział. Nawet nie miał zamiaru się odzywać i nawiązywać kontaktu. Może to niekulturalne, aczkolwiek chłopak potrzebował zdecydowanie odpoczynku niż kolejnych zmartwień. Tak też gwałtownie wstał z miejsca, przez co nieco zakręciło mu się w głowie, lecz nie przejmując się nimi, ruszył w kierunku tłumu, tym samym uciekając od kobiety, która wcześniej trzymała dłoń na jego ramieniu.
Kiedy dotarł do Silasa… a raczej próbował, odczuwał silniejsze zawroty głowy, jednoczesne uczucie gorąca. Być może to przez ilość otaczających go istot, i tego, jaka sytuacja wynikła z samym Blackiem. Jednak nie miał okazji nawet wcześniej się zapytać *czym* on jest. Czego miał się spodziewać po nim… nic takiego. Nawet nie wiedział ile miał lat. Tak, zdecydowanie będzie mu ciężko to wszystko uporządkować, potrzeba czasu, żeby to zrozumieć (lub chcieć zrozumieć). Przedostając się w końcu do dwójki, która nie odpuściła (być może Lee przebywał przy barze dobre pięć minut), złapał za rękę ciemnowłosego. Właśnie za tą, gdzie trzymał woreczek z nieznaną zawartością. Najłatwiej byłoby to rozsypać, jednocześnie się pozbywając. No ale, nie było mu to dane, ponieważ mężczyzna zwrócił na niego spojrzenie. Najwyraźniej domyślał się, co ten chciał zrobić. Burknięcie Azjaty, przewrócenie oczami i odpuścił, niechętnie kiwając głową.
- Chodź. Pójdziemy stąd. – powiadomił, wyprowadzając ich z tłumu, kierując się w stronę ringu. Rudowłosy dał się prowadzić bez żadnego problemu, cicho tylko mrucząc pod nosem. Odczuwał zmęczenie przez zawroty głowy. Zaczynało to męczyć, więc na nowo napił się wody. Miała mu pomóc, a zamiast tego, tylko wszystko pogorszyła i uczucie się nasiliło. Dlaczego? Nie wiedział. Jednak nie miał zamiaru się ruszać z miejsca, postanowił zostać i nie ruszać się, dokładnie obserwując, jak Black podchodzi do osoby zajmującej się bitwami. O czymś dyskutowali… a potem Silas wrócił na chwilę do Azjaty. – Chciałem to zrobić wcześniej, ale rozpocząłeś całą zabawę z Nullahem, więc teraz skorzystam, a później odwiozę Cię do domu. Tylko niczego nie przyjmuj, ani się nie wybieraj do baru, czy łazienki. – po tych słowach oddalił się do ringu, pozostawiając chłopaka samego sobie.
Minho stał i słuchał, jednocześnie opierając się o ścianę za sobą. Zapowiedź walki. Nie wiedział dokładnie z kim zmierzy się jego towarzysz, ale nawet nie było mu dane się dowiedzieć, jak nazywa się tamta istota, gdyż po kilku minutach przed jego oczami zrobiło się czarno. Słyszał tylko głosy w tle, dopingujące walczącym… i to było wszystko.

Silas?

28.01.2020

Od Silasa CD Minho

Przez pewien czas zastanawiałem się, czy przed udaniem się do klubu Nullaha nie wpaść w odwiedziny do Callanthii. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, uznając, że jeśli jej podejście do interesów zmieniło się do tego stopnia, o jakim mówili faceci z baru, to zamiast oczyścić sobie drogę do zemsty, mogę sobie tylko robotę utrudnić. W końcu C mogła ostrzec swojego dilera, że na niego poluję. A wtedy by mi zniknął. Znowu.
Dlatego, gdy dwa dni po burdzie w barze, udaliśmy się w końcu z Minho do klubu, musiałem brać pod uwagę dodatkowe przeszkody w postaci silnorękich na usługach Call. Nie mogłem zabrać ze sobą zbyt wiele broni. Zakładanie cienistej zbroi także nie miało sensu, bo poza ochronieniem mnie przed atakami tylko mi wadziła, gdy przebywałem w ludzkiej postaci.
Podsumowując - jakoś szczególnie dobrze przygotowany nie byłem. Jednak grunt, żeby Minho nic się nie stało, bo miałbym go na sumieniu. Plan był taki, że w razie czego zasłonię go własnym ciałem. Chwilę poboli, ale generalnie nic mi nie będzie. On mógłby zginąć.
- Silas... - usłyszałem szept Minho, gdy zbliżaliśmy się już do wejścia. - A kim tak w zasadzie jest osoba, która wysłała mi tą wiadomość?
- W tym akurat przypadku im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - odpowiedziałem, również ściszonym głosem. Nie łudziłem się: jeden z dwóch mężczyzn przy wejściu był wilkołakiem, gdyby chciał, na pewno usłyszałby naszą wymianę zdań. Ale przyciszony ton w tłumie zwykle mniej zwracał uwagę.
Nim z ust Rudego zdążyła paść jakaś riposta na moją uwagę, nadeszła nasza kolej na wejście do klubu. Machnąłem bramkarzom przed oczami zaproszeniem, które dostałem. Bez zbędnych pytań nas puścili.
Chwilę zajęło nam przeciśnięcie się przez wypełniający klub tłum. Widać cieszył się wyjątkowym powodzeniem. Ciekawe, jak długo.
- Teraz zniknę z widoku, ale cały czas będę w pobliżu - mruknąłem przy uchu Minho, gdy w tłumie, daleko przed nami, mignął mi Nullah. Nie mogłem ryzykować, że mnie zobaczy. Odłączyłem się od Rudego, znikając w gęstym tłumie wypełniający lokal. Mogliśmy mieć problem z szybką ewakuacją, już po fakcie. Nie widziałem żadnych nieobstawionych drzwi, ale jeśli uda nam się nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużej liczby osób, nie powinniśmy mieć problemu z wyjściem. W końcu co chwilę ktoś tu wchodził lub stąd wychodził.
Ruszyłem przez tłum nadnaturalnych w kierunku ringu, starając się unikać bezpośredniego kontaktu z mijanymi osobami i jednocześnie nie stracić Minho z oczu. Nie chciałem ryzykować wystąpienia wyładowań elektrycznych, które niemal zawsze przeskakiwały między mną a skórą dotkniętej przeze mnie istoty. Co, nawet jeśli nie było charakterystyczne, na pewno zwracało niepotrzebną uwagę.
Gdy w końcu dotarłem pod ring, dość szybko wypatrzyłem osobę, która wyglądała jak bukmacher, spisujący zakłady do walk. Podszedłem do niego i poklepałem w ramię, by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Przyjmujesz zakłady? - zapytałem, a gdy mężczyzna skinął głową, kontynuowałem. - Czy mogę postawić na siebie, a potem wziąć udział w pojedynku?
Facet zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na zeszyt, który trzymał i coś w nim zapisał.
- Można - mruknął, schrypniętym od krzyku głosem. - Pańska godność?
- Aaron Black - osób o nazwisku "Black" jest dużo, nie powinno więc zwrócić uwagi. A mojego drugiego imienia Nullah nie znał, wątpliwe było, żeby skojarzył.
Bukmacher naskrobał coś w swoim zeszyciku.
- Ile pan stawia?
- A jaka jest teraz pula?
Zamarł, z długopisem nad kartką. Powoli przeniósł na mnie wzrok, na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Po czym nabazgrolił jakąś sumę. Z dużą liczbą zer na końcu.
- Żadnej magii - burknął bukmacher, wskazując mi skinięciem ring.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko.
Jednak nie zdążyłem wcielić planu z walką w życie, bo w okolicy, gdzie wcześniej kręcił się Nullah, wynikło jakieś zamieszanie. Ze względu na swój wzrost nie musiałem zbytnio się wychylać, żeby ponad tłumem zobaczyć, co się stało.
Widać Minho dopchał się do naszego kolegi szybciej, niż przypuszczałem.
 - Ym... jednak przepraszam na chwilę - rzuciłem do bukmachera, rozpoczynając już przeciskanie się przez tłum. - Zaraz wracam!
Usłyszałem za sobą, jak mężczyzna wzdycha ciężko z niejaką irytacją, po czym długopisem kilkakrotnie energicznie przesuwa po papierze. Oho. Chyba stracił nadzieję, że będę walczył. Nie mogłem go winić. Z dużym prawdopodobieństwem nie będzie mi to już dane, skoro Minho już teraz zaczął rozróbę.
Dotarłem na miejsce akurat w momencie, gdy gromadka nadnaturalnych zgromadzonych w okół Nullaha, wraz z samym zainteresowanym, rzucili się na Minho. Niemal w ostatniej chwili dopadłem chłopaka, zasłaniając go własnym ciałem i przy okazji sprawnie przejmując od niego woreczek z narkotykiem. Nieszczególnie obchodziło mnie, jakim, ale widać dość cennym, gdyż tłum wokół nas momentalnie zamarł. Albo to w reakcji na moje nagłe pojawienie się. Względnie obydwa powody były trafne.
- Silas - pisnął Nullah. Wszedł przy tym w tak wysokie tony, że nie jedna śpiewaczka operowa mogłaby mu pozazdrościć. - Co... Jak...
- Doskonale wiesz, że mam znajomości - uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, ja też mam - mruknął, rozglądając się dookoła z pewną dozą strachu. Jednak tym razem otaczający nas tłum działał na naszą korzyść, bo nie bardzo miał gdzie uciec.
- Ach, wiem. Jesteś nowym pupilkiem Call - westchnąłem lekko, zataczając ręką z woreczkiem krąg w powietrzu. - Pogorszył jej się ostatnio gust, muszę przyznać.
Nullah zbladł. Pewnie nic nie wiedział o moich znajomościach z Callanthią. Cóż, jego problem, nie mój.
- Silas, ja naprawdę... Ja oddam ci te pieniądze - mruknął, mając chyba jakąś złudną nadzieję, że otaczający nas nadnaturalni tego nie usłyszą. Był w błędzie. Jeszcze nim echo tych słów wybrzmiało, już rozległy się wokół nas szepty. "Co? Nie zapłacił mu?"
Dla ciekawskich, skąd takie oburzenie - waluta jest tym, co w półświatku liczy się najbardziej. Tak samo jak wszelkiego rodzaju umowy. A złamanie ich... cóż. Jeśli nie pozbyłeś się osoby, którą okantowałeś, z tego ziemskiego padołu, to musiałeś liczyć się z tym, że może wrócić, by żądać zapłaty. I, o dziwo, nikt w razie konfrontacji nie stanie po stronie kantującego...
- W zasadzie t już ich nie chcę - machnąłem lekceważąco ręką. Po czym nachyliłem się, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. - Ale nie zmienia to faktu, że mnie wkurwiłeś. A jeśli myślisz, że kilku wieczna istota zapomni o sytuacji zaledwie po kilku latach... Cóż ci mogę powiedzieć, Nullah. Jesteś w błędzie - ostatnie słowa wręcz wywarczałem.
I wtedy poczułem, jak chłopak za mną zamarł. Przełknął głośno ślinę,a mi przez myśl przeszło pytanie - o co mu chodzi? Ale rzut oka za plecy wystarczył, by się domyślić.
Określenie "kilku wieczna istota" w odniesieniu do mnie chyba go trochę... bardzo zbiło z tropu.
Ups?

Minho?

23.01.2020

Od Minho CD Silasa

  Nie wiedział już, co powinien był o tym wszystkim myśleć. Przejmować się? A może przestać w ogóle na ten temat rozmyślać? Tylko dodatkowo naje się stresu i tyle dobrego z tego będzie, co nic. Kręcąc w niedowierzaniu głową, skupił się na kliencie po drugiej stronie baru, tym samym pozostawił Silasa samego. Mimowolnie, rudowłosy rozejrzał się po lokalu, wzrokiem szukając swoich współpracowników, którzy mieli z nim zmianę. Jednego znalazł, obsługiwał klientów, a druga osoba… zaginęła gdzieś. No cóż, nie ma co za wiele się zastanawiać.
Wzdychając cicho, nie zwracał uwagi na dźwięki, jakie rozchodziły się za nim. Skupił się na kliencie, który zaczął go zagadywać. Choć Minho nie miał za bardzo ochoty na rozmowę, z grzeczności, ale i przymusu, starał się odpowiadać, nie szukając żadnej wymówki. Do pewnego momentu. Usłyszał za swoimi plecami tłuczone szkło, a przez to niemalże od razu się odwrócił, dostrzegając, jak ochroniarze zmierzają w stronę Silasa i osób ze stolika osiemnastego, w czym Lee upewnił się przez fakt, iż nikogo tam już nie było, ale… cóż, ochrona za wiele nie pomogła, gdyż Black sam sobie poradził. Barman wyszedł zza baru, aby spojrzeć na to, co tam się wydarzyło, a jednocześnie mogąc sobie pozwolić na posprzątanie szkła.
- Minnie, on jest z tobą? – pytanie Finna spowodowało, że Koreańczyk jedynie przytaknął głową, przykucając w celu posprzątania. Więcej pytań nie padło, ponieważ dwójka mężczyzn zabrała się za wyniesienie, obecnie leżących, poszkodowanych poza lokal, bez możliwości ponownego wstępu tutaj przez najbliższy miesiąc. O tyle dobrze, iż Minho, jako barman, mógł, wraz z innym barmanami, decydować o tym, kto może tutaj przebywać, a kto nie, po takich sytuacjach, jak ta dzisiejsza.
Azjata, po posprzątaniu, przeniósł spojrzenie na swojego towarzysza, każąc mu pójść za sobą, czyli za bar. Miał zamiar upewnić się, że nic, poza tymi ranami, jakie dostrzegł, nie będzie. Oczywiście, także chciał, by ten wytarł krew, jaką miał na twarzy i ubraniu. Choć pozbycie się tego z materiału mokrą ścierką może być ciężkie i nie pozostanie nic innego, jak wypranie. No ale, to najmniejszy problem na tę chwilę. Raczej zastanawiało go to, dlaczego doszło do bójki. Co było tego powodem? Lee zniknął na zaledwie kilka minut, a za jego plecami zaczęła się cała zabawa. Czy chciał w to wnikać? Nie. No ale, to była jego praca tutaj, musiał się dowiedzieć, aby, gdyby szef miał jakikolwiek problem do Blacka, Lee mógłby wytłumaczyć sytuację, jaka miała miejsce. Wysilił się na słaby uśmiech, po czym pchnął wyższego w stronę zaplecza. To tam wskazał jedno z wielu krzeseł, a następnie poszedł wyrzucić pozbierane szkło, po czym udał się po potrzebne rzeczy do wyciągnięcia szkła (bądź jego resztek), no i czegoś do starcia czerwonej cieczy.
Żaden z nich nie mówił za wiele. Minho zastanawiał się nad tym, dlaczego do tego wszystkiego doszło i dlaczego akurat w czasie jego pracy. Naprawdę, zdarzało się to dość często tutaj, więc stawało się to pewnego rodzaju rutyną. A jak wiadomo – rutyna z czasem staje się nużąca i przytłaczająca. Niestety, nie miał na to zbyt wielkiego wpływu. Taka praca. No ale, poza tym, wciąż rozmyślał o niejakim, bądź niejakiej „C”. Po co, dlaczego i na co było jemu, czy tam jej, wysyłanie takiej wiadomości do chłopaka? Co on takiego zrobił? Nic. Tak mu się wydawało. Jedynie co mógł zrobić, to zacząć nawiązywać pewien kontakt z Silasem, który i tak był dość rozgadany, gdy mowa o akcji, jaką zaplanował, lecz także stanowczy, gdy Lee z przerażeniem spoglądał w stronę stolika numer osiemnaście, aby tego nie robił.
Łapiąc za podbródek mężczyzny, poczuł jego dłoń na swojej. Nie przejął się tym szczególnie. Zaczął oczyszczać pozostałości krwi, żeby wzrokiem odnaleźć pozostałości szkła w jego skórze. Cicho wzdychając, pokręcił z niedowierzaniem głową. Tyle pytań, a odpowiedzi brak. No ale, na wszystko przyjdzie czas, nieprawdaż? I tego właśnie trzymał się chłopak, skupiając się na pozbywaniu się pozostałości po kieliszku. Ah. Kolejne straty. Zapomniał o tym, że będzie musiał to spisać.
- Możesz się tak na mnie nie gapić? – westchnął, nie spoglądając na ciemnowłosego ani razu, a jedynie skupiając się na wykonywanej czynności. – I proszę, puść moją dłoń. Nie chce by mi zdrętwiała. Raczej nic Ci nie zrobię. Potrzebuję przytrzymać, abyś nie odwracał głowy. – dopowiedział, a czując, jak ten wykonuje jego prośbę, uśmiechnął się lekko, lecz szczerze. Jednak nie nawiązał z nim kontaktu wzrokowego, nie spoglądał na mimikę twarzy, ponieważ chciał skończyć jedną, dość ważną czynność.
Kiedy w końcu chciał na nowo przemyć ranę, z której dopiero co wyciągał przezroczyste naczynie… zaskoczony był tym, że nic, oprócz pozostałości po krwi, nie zostało. Koreańczyk zamrugał kilkukrotnie oczami, jakby w niedowierzaniu tego, co się właśnie stało. Przyglądając się temu bliżej… poczuł pewnego rodzaju niepokój. Było to niemożliwe… a przynajmniej tak mu się zdawało. Był człowiekiem, więc takie sytuacje nie miewały u niego miejsca. Tak też nie do końca pewien tego, kim tak do końca był Silas, cofnął się o kilka kroków do tyłu, przyglądając mu się z dokładnością. Być może szukał jakiegoś elementu, jaki mógł przeoczyć. Ogon, skrzydła, cokolwiek… ale tego nie było. Nie różnił się niczym, poza tym, iż był lepiej zbudowany, choć to można było wytłumaczyć sobie przez liczne ćwiczenia. Wzrost? Kwestia genów. No ale, może jednak nie wszystko dało się tak logicznie wytłumaczyć, nawet jeśli bardzo się chciało. Zaczesując rudawe kosmyki do tyłu, potrzebował chwili na ułożenie sobie tego wszystkiego w głowie. Właściwie… wszystko łączyłoby się w całość. Istnieje mały problem z wprowadzeniem człowieka do takiego baru typowo dla odmiennych. Teraz już rozumiał dlaczego Silas nie przejmował się sobą samym. Należał do nich.
Ale. Chwila.
Bar, gdzie będzie Nullah, to typowo dla nadnaturalnych, czyli gdzie… oh. Lee zasłonił usta, jak tylko je uchylił w zaskoczeniu tego, co właśnie do niego dotarło. Cóż, za bardzo spostrzegawczy to on nie był, skoro uświadomił to sobie teraz. No ale, lepsze to niż nic, prawda? Dłonie chłopaka lekko drżały, jak całego jego ciało. Nie do końca wiedział na co się pisze, zgadzając się na ten mały akt zemsty na „przyjacielu”. Teraz nie było już odwrotu.
- Czekaj. Powiedz mi tylko, jak niby… ja, taki człowiek, ma wejść do baru, gdzie, kurwa, każdy jest czymś innym. Nie wiem, nie wierzyłem w takie bajki, ale raczej jeden, prosty człowiek nie dałby sobie rady z tyloma napakowanymi osobami. Nawet jeżeli dużo by ćwiczył. I raczej mu się nie wiem… skóra nie zrasta, regeneruje, cokolwiek, po usunięciu szkła. – powiedział, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej, wciąż przyglądając się drugiemu. – To jest… chore, dziwne.
Tak, chłopak zdecydowanie był w szoku, gdy uświadomił sobie tyle rzeczy w ciągu kilkunastu minut, choć miał na to więcej czasu. No ale, zdarza się. Właściwie, co mu się dziwić? Był tylko człowiekiem, który nie wierzył w żadne wampiry, wilkołaki, czy inne nadnaturalne istoty. Miał prawo się zdenerwować, to naturalne, tak samo, jak strach, jaki właśnie go obleciał przed tym wszystkim.

*** 

   Potrzeba było tych dwóch dni, czyli 48 godzin, aby Minho oswoił się z myślą, że będzie wśród tylu obcych stworzeń. Silas przestrzegł go, żeby nie zrobił sobie żadnej rany, ani czegoś podobnego, ponieważ znajdą się tacy, którzy ludzką krwią się pożywiają, jak przykładowo wampiry, choć też zależało od ich diety (przynajmniej tak mówił Black), no ale – Lee musiał uważać. Rzecz jasna, starszy w większym stopniu chciał przystosować swojego pomocnika do tego, iż spotka się dużą ilością odmiennych stworzeń niż ludzie, z którymi miał styczność praktycznie codziennie. Było to dość trudne, zważywszy na to, że chłopak w takie rzeczy wcześniej nie wierzył.
Tak samo proces wprowadzenia go do klubu. Choć wszystko było ustalone już wcześniej, Azjata miał tyle obaw, że coś pójdzie nie tak. To były tak naprawdę minuty przejścia przez bramki. Ochroniarz tylko rzucił okiem na chłopaka, przepuszczając go dalej, wraz ze swoim towarzyszem. Poczuł ulgę, aczkolwiek chwilową, ponieważ po wejściu do środka i zauważeniu tyle… dziwnych istot, doznał kolejnego szoku. Ah. Jak miałby się nie przejmować, czy nie bać? Miał jakieś ubrania od „znajomego Silasa”. Podobno przez to miał odpychać od siebie, jak oni to określali, krwiopijców. Nie wiedział czemu, ale nie wnikał – nie chciał. Trzymając się dość blisko ciemnowłosego, rudowłosy wręcz przylegał do jego boku… aż nie został tak naprawdę sam, gdyż niedaleko znajdował się Nullah. Lee nie miał trudnego zadania do wykonania, aczkolwiek, było to o wiele trudniejsze niż się spodziewał. Narzucając kaptur na głowę, przeszedł między różnymi stworzeniami w ich „naturalnej odsłonie” (co swoją drogą go ciekawiło, ale i obrzydzało jednocześnie). A kiedy dotarł do swojego celu, uśmiechnął się delikatnie, nadal nie pozbywając się swego nakrycia. Choć znajdował się blisko ringu, tak jak miał to zrobić, przeszedł najpierw na bok, wyczekując w kolejce do mężczyzny. Nie chciał wiedzieć, czym dokładnie teraz handlował, teraz musiał skupić się na tym jednym, prostym geście, oczywiście – najpierw chciał odebrać swoje ubranie, jak to nie poskutkuje, przechodzi do kolejnej czynności, tak jak ustalali.
- M-Minho?! Co ty tutaj robisz?! Jak tutaj wszedłeś?! – pytania bawiły, a strach w oczach Nullaha tym bardziej. – Boże, cholero, co Cię podkusiło wejść w takie progi?! Wiesz co się stanie, jak będą wiedzieli… - nawet nie dokończył, ponieważ rudy przyłożył palec do jego ust, uciszając go w ten sposób.
- Przyszedłem odebrać swoją rzecz. Może pamiętasz, jak wystawiłeś mnie z przebraniem się? – mruknął, popychając delikatnie „przyjaciela” do tyłu, na co za plecami usłyszał niezadowolone warknięcia. Choć się przestraszył, nie reagował. Nie miał tego robić. Najpierw doprowadzić to do końca. – Chciałbym chociaż to odzyskać. Wiesz czy nie, co za różnica, kupiłem to na wyjeździe, więc logiczne, że będzie mi zależało na odbiorze. – dodał, lekko się uśmiechając.
- Ah… bluza, jasne! Oddam Ci! Ale… ale jutro! W porządku? Na pewno Ci pasuje! Ale teraz już idź, naprawdę! – odpychając mocniej Azjatę, który wpadł prosto w ręce jednego ze stworzeń nadnaturalnych.
Oh. Panika… nie, nie można… ale bez tego nie wyciągnąłby woreczka, w którym było coś, co na pewno interesowało wszystkich, a raczej większość obecnych tu osób. Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Zwrócił na siebie uwagę każdego, a to skutkowało rzuceniem się w stronę Koreańczyka. No ale, tak jak Silas go zapewniał, nic mu się nie stanie. I nie stało. Nim zdołano się rzucić na niego w tak szybkim tempie, w szczególności przez Nullaha, Azjata znajdował się przy boku Blacka, który teraz sam trzymał woreczek z istotną zawartością dla dilerów. Tak, dzień wcześniej sprawdzili to, dla upewnienia się, raz jeszcze, że nie jest to jakaś podpucha.

Silas?

21.01.2020

Od Silasa CD Minho

Przebiegłem wzrokiem po tekście wiadomości, którą otrzymał Minho. Z każdym przeczytanym słowem coraz bardziej marszczyłem brwi, niezadowolony. Cholera jasna.
Byłem pewny, że Nullah nie kojarzył orła, którym niekiedy zdażało mi się wysługiwać. Ale z drugiej strony to nie on wysłał tę wiadomość... była podpisana inicjałem C. Co mogło oznaczać wszystko i nic. Imię, nazwisko, pseudonim, imię chomika... A przede wszystkim niewiele mi mówiło.
Westchnąłem więc tylko, opierając czoło o powierzchnię baru, udając załamanie czy tam totalną rezygnację, wedle inwencji obserwujących, na to, co w mniemaniu otaczających nas osób pokazał mi Minho. A przy okazji kątem oka spojrzałem na stolik numer 18.
Nikogo znajomego. Ale każdy jeden z siedzących tam osobników to był kawał chłopa, góra mięśni i te sprawy. Ponownie westchnąłem ciężko, teraz już zupełnie szczerze. Nie wyglądali na skorych, czy w ogóle zdolnych, do negocjacji. Z takimi trzeba krótko i konkretnie. Czyli bez rozpierdolu się nie obędzie...
- Dobra, słuchaj - mruknąłem, prostując się na stołku i podstawiając pustą już szklankę, żeby chłopak dolał do niej whiskey. Co zaraz zrobił, cały czas uciekając jednak wzrokiem przed moim spojrzeniem. - Masz rację, to niepokojące. A tamci goście zachowują się podejrzanie. Sęk w tym, że ich nie znam. Nie wiem, kim są, dla kogo pracują... To "C." też nic mi nie mówi, jedna literka to za mało, żebym mógł ustalić tożsamość osoby, która wysłała tą wiadomość. W każdym razie wychodzi na to, że nasz plan w każdej chwili może spalić na panewce - westchnąłem ciężko, wypijając całą zawartość mojej szklanki na raz.
- Potrzebujemy planu awaryjnego? - zapytał Minho, zerkając ukradkiem na niepokojących mężczyzn.
- Nie patrz w ich stronę - syknąłem ostrzegawczo. - Zwracasz na siebie niepotrzebną uwagę - gdy Rudy posłusznie uciekł spojrzeniem na drugą stronę baru, dodałem już łagodniejszym tonem: - A odpowiadając na twoje pytanie... Nie. Nie sądzę, żeby można było w tej sytuacji wymyślić cokolwiek innego. Nasz plan zakłada, że uciepi tylko Nullah i ci, z którymi będę walczył na ringu. Jeśli nasz "przyjaciel" dowie się, że jesteśmy w jego spelunie, zacznie uciekać albo naśle na nas swoich goryli... choć mam nadzieję, że ma na tyle instynktu samozachowawczego, że tego nie zrobi... wtedy będziesz musiał zniknąć. Jak najsprawniej i najlepiej niedostrzeżony przez nikogo. Tak też planuję cię tam wprowadzić, więc myślę, że nie powinienieś mieć z tym problemu.
- A co z tobą?
Tyle pytań... no ale cóż, przecież miał orawo znać wszystkie szczegóły planu.
- Jeśli Nullah zaatakuje nas pierwszy, nie będę miał oporów - wzruszyłem ramionami. - Teraz chcę go raczej tylko upodlić. Ale, doprowadzony do ostateczności, nie zawaham się go zabić.
Widziałem, jak chłopak przełyka ciężko ślinę w reakcji na moje słowa. Ale nim zdążył zareagować, został zawołany na drugą stronę baru, by obsłużyć innego klienta.
W tym czasie ja obróciłem się swobodnie na stołku barowym tak, bym siedział przodem do facetów ze stolika numer 18. Gdy złapałem kontakt wzrokowy z jednym z nich, uniosłem szklankę w górę, w geście toastu. Natychmiast zerwał się za swojego krzesła, z oburzeniem doskonale widocznym na twarzy, a zaraz po nim podnieśli się jego koledzy, szukając wzrokiem osoby, w którą tak się wpatrywał.
I natrafili na mnie.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl pytanie, czy gdybym rozpętał burdę w lokalu, Minho mógłby mieć w związku z tym jakieś problemy. Pilnowanie porządku leżało raczej w zakresie obowiązków ochroniarza, choć przypuszczałem, że barman powinien też jakoś na taką sytuację zareagować. Nie było mi jednak dane dokładnie tego zagadnienia przeanalizować, bo... goryle ze stolika numer 18 zwyczajnie nie dali mi na to czasu.
Ten, który pierwszy zerwał się z krzesła, pierwszy też do mnie dopadł. Złapał za przód czarnej koszuli, którą miałem na sobie, szarpnął i, jakby po namyśle, popchnął mnie tak, że moja twarz zaliczyła bliskie spotkanie z marmurową powierzchnią baru. I szklankę z alkoholem.
Czułem, jak się rozbija pod wpływem uderzenia, a szkło wchodzi w skórę, rozcinając ją i, gdzieniegdzie, zostając w ranach, uniemożliwiając ich zagojenie. Cała reszta, łącznie z rozbitą kością jażmową, zasklepiła się i zregenerowała jeszcze zanim facet powtórzył procedurę uderzania moją głową o blat. Tym razem poczułem, jak kość w nosie pęka. Poczułem, że krew ścieka mi do ust i dalej po brodzie.
- Szefowej nie podoba się to, że węszysz - syknął drugi z gromadki, nachylając się nad mną. Sięgnąłem ręką do nosa, by rękawem płaszcza otrzeć krew i przy okazji nastawić przemieszczoną chrząstkę, żeby i ona mogła się zaleczyć. Już po chwili zupełnie przestała boleć.
- Kimkolwiek ona jest, nie powinno się jej również podobać, że przechodzicie od razu do rękoczynu - rzuciłem, całkiem pogodnie, jak na zaistniałą sytuację. - Szczególnie w miejscu publicznym. Z takimi rzeczami czeka się na chwilę sam na sam... to prawie jak seks.
W nagrodę za tak bogaty merytorycznie wywód i niezwykle trafne porównanie, zostałem poderwany z blatu i odchylony za włosy w tył. A potem kolejny gościu zaserwował mi całkiem potężny cios z pięści w splot słoneczny.
Zachłysnąłem się powietrzem i straciłem oddech na dobrą chwilę, w czasie której zostałem, kolejnym ciosem, zepchnięty z krzesła na podłogę. Spadając, przywaliłem głową w sąsiedni stołek, rozcinając skórę. Jednak i ta rana szybko zniknęła, pozostawiając po sobie jedyny ślad w postaci smugi krwi.
- Szefowa właśnie to bezpośrednie przechodzenie do czynów w nas ceni - syknął ten pierwszy, pewnie jakiś ich przywódca czy ktoś, głosem podszytym pewną dozą samozadowolenia i triumfu. - Powiedziała, że nikt inny nie potrafi dać ci rady - zaśmiał się szorstkim, nieprzyjemnym dla ucha śmiechem. - Spodziewałem się czegoś więcej po pupilku Calanthii.
Zamarłem na dobrą sekundę. Oho. Tego się nie spodziewałam.
Zaraz jednak z zamyślenia wyrwało mnie kopnięcie pod rzebra. Ciężki but ponownie wydusił całe powietrze z moich płuc. Powoli miałem już dość. Ale cóż... informacje to informacje.
- Zaraz tam pupilku... - żachnąłem się, gdy tylko odzyskałem oddech. - Dobrym starym znajomym. Tym bardziej jestem zdziwiony, że tak traktuje przyjacół. Sądziłem że... ich ceni - musiałem się powstrzymać, żeby się nie zaśmiać przy ostatnim słowie.
Otóż Calanthia była głową części lokalnego półświadka. Nie dziwiło mnie, że ma kontakty z dilerami. Jakby to normalne. Niech już nawet będzie, że z takimi pokroju Nullaha.
Ale żeby stawać za nimi murem? Ona nawet o swoich przyjaciół nie dbała, niech posłużę za przykład potwierdzający tezę. Dillerzy przychodzili i odchodzili. Byli ruchomi jak ich towar, a wyżej postawionym osobom z żadka na nich zależało jakoś szczególnie, chyba że którymś zaczynała się interesować policja. Ale ja miałem do Nullaha prywatną urazę, nie widziałem więc powodu, dla którego C miała się tym interesować...
Może więc Nullah miał większe znaczenie, niż sądziłem...
- Interesy to interesy - wzruszył ramionami i nachylił się nade mną. - Kazała ci przekazać, żebyś nie miał jej tego za złe.
Nic więcej się od nich nie dowiem. Będę musiał zamienić słówko z C. Głównie o straszeniu ludzi. Ale to potem.
Teraz trzeba było soacyfikować tę gromadkę.
Kolejny cios, wyprowadzony w mój żołądek, nie trafił celu. Złapałem stopę atakującego i wykręciłem ją szybko tak, że coś chrupnęło w kostce, a mężczyzna wrzasnął z bólu. Kolejnego podciąłem, okręcając się na ziemi. Nic by mu się pewnie nie stało, ale upadając przywalił potylicą w krzesło, przez co stracił przytomność. Fartem miałem go więc wcześniej z głowy.
Kolejnych unieszkodliwiłem równie szybko i bez większych problemów. Dali się zaskoczyć. Zbytnia pewność siebie nigdy nie popłaca.
Zaledwie chwilę później stałem więc już nad grupką jęczących z bólu i trzymających się za różne części ciała facetów. A przede mną stali ochroniarze z rozdziawionymi gębami.
Taaaaa... szybko zareagowali, nie ma co.

Minho?

19.01.2020

Od Minho CD Silasa

   Godziny mijały, a rudowłosy wciąż myślał o otrzymanej wiadomości. Czy powinien był się obawiać? Nie wiedział. Mógłby zapytać się o to wszystko Silasa, na jakiej podstawie ktoś mu grozi. Jednak, cóż, jaką miał możliwość, skoro nie miał z nim żadnego kontaktu? Brak numeru telefonu, czy jakichkolwiek social media… wszystko komplikowało się bardziej, niż było to potrzebne. Bawiąc się swoim telefonem, leżał rozwalony na kanapie, wpatrując się w sufit, jednym uchem słuchając swojego współlokatora, a drugim wszystko puszczał dalej. Nie skupiał się na niczym dookoła siebie. Nawet wtedy, kiedy Dori zabrała jeden z długopisów Noena, który ganiał za kotką. No ale, jak można było się domyślić, schowała się w takich miejscach, że ciężko było ją dosięgnąć. Nic szczególnego, można by rzec, że dzień jak co dzień. Nic nadzwyczajnego. A przynajmniej tak odczuwał to Lee.
Wstając z kanapy, udał się do swojej sypialni, chcąc pobyć sam na sam ze sobą samym. Chociaż i tak nie rozmawiał ze swoim współlokatorem, to jednak dźwięki spoza jego „świata” i tak dochodziły. Nie mogąc się do końca skupić na tym, co przeczytał dzisiejszego wieczoru, podczas czekania na autobus. Będąc szczerym – Koreańczyk nie pamiętał, jak dokładnie wrócił do domu. W jakiej kolejności to nastąpiło? A raczej – jak do tego doszło? Był bezradny i zamyślony. Pragnął wyjaśnień, jednocześnie od nich stroniąc. No cóż, przy najbliższej okazji zapyta się Silasa, może on mu wyjaśni kim jest pan „C”. A może to pani? Kto wie. Wzdychając, opadł na łóżko, przytulając się do swojej poduszki, telefon odrzucając gdzieś na bok, całkowicie o nim nie myśląc, czy jest naładowany, czy nie. To wszystko wydawało się być niekończącym się koszmarem.

*****

   Obudzony kolejnego dnia, przez Noena, mruknął niezadowolony, przewracając się na drugi bok, mamrocząc pod nosem, aby go zostawiono. Oczywiście, nie stało się tak, gdyż młodszy chłopak zaczął marudzić o tym, że jest głodny. Tym samym zmusił starszego do wstania z łóżka, przejście do kuchni zajęło mu dobre kilka sekund, a tam od razu podszedł do lodówki, którą otworzył i wzrokiem szukał czegoś, co można byłoby zjeść na śniadanie.
- Chcesz na lekko, czy syto? – mruknął, spoglądając na chłopaka, który mu się przyglądał. – Uznam brak odpowiedzi, za lekkie śniadanie. Więc będzie zwykła jajecznica. Nic ciekawszego nie przyrządzę na pierwszy posiłek. – westchnął, przygotowując wszystko do zrobienia jedzenia. Jednak mimo tego, wciąż rozmyślał o wiadomości, jaką otrzymał wczorajszego wieczoru. Nie dawało mu to spokoju, zaczynało dręczyć myśli Lee, a jednocześnie przyprawiało go to o ból głowy i brak apetytu. Teraz miał pewność, że na pewno będzie musiał o tym porozmawiać z Blackiem. Nie było innego wyjścia, jeżeli chce przestać zaprzątać sobie tym głowę.

*****

   W pracy dzień wydawał się być taki sam, jak każdy inny. Lee starał się rozmawiać z klientami, ukrywając swoje myśli pod maską lekkiego uśmiechu. Jednak było to na tyle przekonujące, że nikt nie pytał się o to, czemu Koreańczyk rozglądał się po barze, praktycznie co kilka minut. Wypatrywał kogoś? Owszem. Kogo konkretnie? Sam nie wiedział.
Wzdychając cicho, zajął się wycieraniem kufli, które odkładał na odpowiednie miejsce. To zajęcie pochłonęło go na długo, jednocześnie pozwalając na kolejne myśli, wracające do wiadomości. Po co ktoś mu groził? Może ta osoba, miała jakiś problem do Silasa? Może to miało być jako zemsta? A może… i tutaj Lee nie zdołał niczego wymyślić, gdyż został sprowadzony na ziemię przez pstryknięcie palcami przed swoją twarzą. Kręcąc głową, zmrużył powieki i cofnął się o kilka kroków do tyłu. To po kolejnych sekundach uniósł spojrzenie na, jak się okazało, swojego przełożonego, który kazał mu pójść do stolika z numerem 18. Ktoś czekał na Koreańczyka. A kto? On nie wiedział. Nie znał tutaj za wielu osób, poza stałymi klientami, których kojarzył raczej z przezwiska niż prawdziwych imion. Mając do przygotowania 7 shotów, i jeszcze tyle samo drinków i piw, Lee dość niechętnie się za to zabrał, następnie udając się z tym wszystkim do stolika. Chociaż nie. Najpierw zabrał same piwa i shoty, wszystko układając na stole, po czym wrócił się po drinki, odkładając na miejsce. W takich chwilach, cieszył się, że mieli w pracy takie duże tace. Przytrzymując ją przy swojej klatce piersiowej, przyglądał się klientom. Jeden wskazał, aby Koreańczyk usiadł, na co ten odmówił, stwierdzając, że wygodniej mu się stoi.
- Wypij chociaż z nami. – mężczyzna o czarnych lokach, przyglądał się rudowłosemu z wyraźnym zainteresowaniem, najwyraźniej nie mając zamiaru odpuszczać.
- Nie mogę pić w pracy. – odparł z wyraźnym znużeniem. Minho był do tego przyzwyczajony, więc z łatwością odpowiadał na takowe propozycję. – Coś jeszcze? Chciałbym wrócić do swoich obowiązków. – powiadomił, widocznie będąc gotowym do powrotu do swojego stanowiska. Nie otrzymując żadnej odpowiedzi, odszedł od słowa, ciężko wzdychając. Nawet nie rozumiał, czego niby miały chcieć tamte osoby. Nikogo z nich nie znał. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Wracając do swoich obowiązków, zastanawiał się, ile czasu zajmie Silasowi poznanie wszystkich szczegółów potrzebnych do zrealizowania swojego planu, którego Koreańczyk tak do końca nie znał. Oczywiście, jak można było się domyślać – tego wieczoru ciemnowłosy zjawił się jeszcze w pracy Lee, informując o miejscu, do którego się udadzą. Azjata nigdy wcześniej nie słyszał o tym, być może dlatego, że nie należał do takiego świata. Nawet w niego nie wierząc, aczkolwiek to był najmniejszy szczegół.
- Za dwa dni tam pójdziemy, bo mam już stuprocentową pewność tego, że będzie tam jedno wydarzenie, gdzie będzie nasz przyjaciel. – na to słowo niemalże nacisnął. – Więc wtedy będziemy mieli idealną wymówkę, a raczej ty, że przyszedłeś odebrać swoją własność w zamian za jego. Jakby nie chciał zwrotu, to wymyślisz coś na poczekaniu. Liczę na twoją kreatywność, rudzielcu. No ale, to nie koniec. Jakby nadal nie chciał ustąpić, to pamiętaj o tym, co znalazłeś w kieszeni. Wystarczy, że to wyciągniesz i zaczniesz dość głośno mówić. Na pewno wzbudzisz ciekawość wszystkich dookoła, a sam Nullah… cóż. Nie będzie raczej zadowolony z obrotu spraw, bo na razie żadnej dostawy tego nie ma. A jemu samemu nie chce się tego sprowadzać, czy robić. No a, to jedno z najbardziej czystych towarów, więc nie na co dzień można to dostać. Podam konkretną nazwę, żebyś wiedział, o czym mówisz. To oczywiście nie koniec. To ustalimy jeszcze przed samym wejściem. Pojutrze będę na Ciebie czekać tutaj, dokładnie o siedemnastej. Nie spóźnij się, ani nic, bo wszystko szlag trafi. Twoje wejście tam… może być trudne, ale coś na to zaradzę. Mam jeszcze jeden dzień na obmyślenie. – oznajmił, będąc całkowicie nakręconym na ten plan. Lee wszystko dostrzegał w jego oczach, jakby było to jakieś… jakby to określić? Sam nie wiedział. Napędzał sam siebie jeszcze bardziej, mając nadzieję, że to się uda.
Koreańczyk ciężko westchnął, przytakując głową na cały ten plan, który sobie powtórzył pod nosem. Wyciągnął telefon, upewniając się wcześniej, iż nie ma przy barze żadnego klienta. Oczywiście – Silas otrzymał alkohol, podczas którego wszystko opowiadał. Żaden z nich nie chciał aż tak przyciągać uwagi. Co raczej było trudne, szczególnie, gdy osoby ze stolika osiemnastego przyglądały się dwójce z wyraźnym zainteresowaniem. Jeszcze nic nie mówiąc, zapisał sobie kilka, najważniejszych informacji w notatniku, następnie pokazując to wyższemu, który czytając wszystko, przytaknął głową, uśmiechając się pod nosem. Najwyraźniej był zadowolony z tego, co wymyślił.
- Właśnie. Mam pytanie. – mruknął, jednak czując się nazbyt obserwowanym, machnął ręką. Na nowo sięgnął po urządzenie, wchodząc w wiadomość, którą otrzymał, po czym ponownie podsunął telefon pod nos mężczyzny. – Wyjaśnij mi to. Albo powiedz, czy wiesz, kto to może być, bo to niepokojące. Tak samo, jak osoby ze stolika osiemnastego. Nie wiem kto tam jest, nie przyglądałem się im tak, ale to zastanawiające, że chcieli właśnie, abym to ja ich obsłużył, szczególnie, kiedy są jeszcze inne osoby poza mną.

Silas?

16.01.2020

Od Silasa CD Minho

Zdobycie jakichkolwiek informacji o Nullahu okazało się trudniejsze, niż początkowo przypuszczałem.
Było już późno, większość informatorów, do których mógłbym się zwrócić, zajmowała się teraz swoimi sprawami (albo w ogóle spała), nie było więc opcji, żeby dowiedzieli się czegoś za mnie. A zlecenie tego komuś innemu było zdecydowanie bezpieczniejsze dla planu, niż gdybym zajmował się tym sam. W końcu nie tylko ja miałem "przyjaciół", którzy mogli mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem... jak teraz sam zacznę węszyć i ktoś przypadkiem mnie zobaczy, Nullah znowu się ulotni. I znalezienie go ponownie stanie się niemal niemożliwe.
Gdy tylko rozstałem się z moim nowym wspólnikiem, pochłonąłem cień z najbliższej bocznej uliczki i sprawnie wdrapałem się na budynek po drabinie pożarowej. Stanąłszy na dachu, rozejrzałem się pobieżnie po okolicy, szukając towarzyszącego mi zawsze orła. Nie było to szczególnie trudne - siedział na kominie sąsiedniego budynku - a gdy złapałem z nim kontakt wzrokowy i wyciągnąłem rękę przed siebie, natychmiast poderwał się do lotu, by zaraz wylądować na moim przedramieniu. Poczułem, jak ostre szpony wbijają mi się w skórę, ale nawet się nie skrzywiłem. Zamiast tego pogładziłem lekko czarne pióra ptaka, na co ten przymknął zadowolony powieki. Chyba nigdy nie orzestanie mnie zadziwiać jego upór w przywiązaniu do mnie. Jakby mnie ktoś traktował tak, jak ja jego, dawno bym go zostawił samemu sobie.
Ale, z drugiej strony, był w podobnej do mojej sytuacji - wszystko... wszyscy dookoła niego przemijali. Jednyną stałą byłem dla niego ja.
A on był w pewien sposób tym samym dla mnie. Jedyną pewną istotą w tym niepewnym świecie.
Westchnąłem lekko, zabierając rękę z piór Blacka. Po czym szepnąłem mu kilka krótkich słów, po których otrzepał się z wody i wzbił się w powietrze, by po chwili zniknąć za najbliższym wysokim budynkiem.
Znajdzie dla mnie Nullaha, pod warunkiem, że ten jeszcze przebywał w mieście. A ja w tym czasie mogę chwilę odsapnąć.
Pod warunkiem, że uda mi się dzisiaj zmrużyć oko.

~•~

Black wrócił nad ranem.
Z płytkiego snu, w który udało mi się zapaść, wyrwało mnie jego stukanie dziobem w szybę. Z mojego gardła wydobyło się ciche, sfrustrowane warknięcie, ale wygrzebałem się z łóżka, żeby wpuścić ptaka do środka. Natychmiast wyminął mnie i wylądował na szczycie szafy, rozglądając się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Chyba jeszcze go tu nie było. Zwykle to ja wychodziłem do niego, bardzo rzadko pozwalałem mu wlatywać do środka.
Ptak, mimo że był zdecydowanie inteligentniejszy od innych przedstawicieli jego gatunku, nie pitrafił mówić. Po prostu nie miał do tego odpowiednich predyspozycji. Dlatego z czasem musieliśmy wypracować inny sposób przekazywania sobie informacji.
Ze sterty papierów zalegających na stole roboczym, wygrzebałem mapę miasta. Miała już kilka lat, ale nadal powinna się nadać. Wielokrotnie zginana i rozprostowywana, w miejscach zgięć szlaki ulic były już zatarte. Ale dla Blacka nie był to duży problem.
Rozłożyłem mapę na moim łóżku i spojrzałem z wyczekiwaniem na ptaka. Który chwilę popatrzył na kawałek papieru, nim zleciał z szafy, wylądował obok niego, podreptał w jedną i drugą stronę po łóżku, a potem trącił jedno miejsce gdzieś w okolicach plaży Alki.
- Jeszcze raz - mruknąłem, skupiając wzrok na tym jednym fragmencie mapy, żeby wyłapać konkretne miejsce, które wskazał orzeł. Ptak spojrzał na mnie z pewną jakby irytacją, że nie załapałem za pierwszym razem. Ale posłusznie jeszcze raz stuknął dziobem w mapę. - Apartamenty... - westchnąłem. Ciężko będzie go stamtąd wywabić. Pod pretekstem czy bez niego. - A coś innego? - zapytałem, spoglądając na orła. Przez chwilę z przekrzywioną głową wpatrywał się w mapę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, nim stuknął dziobem w papier, tym razem przebijając go przypadkowo, więc bez problemu zobaczyłem, jakie dokładnie miejsce wskazał. - Klub nocny...? - no tak, logiczne. Dilerów zwykle można było spotkać w tego typu przybytkach. Gdzie jest popyt, tam jest i podaż.
Black, wyjątkowo z siebie zadowolony, rozpoczął proces czyszczenia i układania piór, podczas gdy ja rozpocząłem wędrówkę po pokoju. Z gonitwy myśli już wyłaniał się konkretny plan, który z drobną pomocą Rudego barmana mógł się zakończyć sukcesem. I to bez większej liczby ofiar.
Nagle przypomniałem sobie o ulotce, którą kilka dni temu ktoś wrzucił do mojej skrzynki, a która wydała mi się na tyle interesująca, by ją zachować. Natychmiast przypadłem do biurka, z którego wcześniej wziąłem mapę i zacząłem wertować pozostałe leżące tam papiery. Przydałoby się je kiedyś w końcu posegregować, ale na razie nie miałem do tego głowy.
Tymczasem jednak wyłowiłem wspomnianą ulotkę, czy też pewnego rodzaju zaproszenie, z morza papieru pokrywającego biurko i podłogę w okół niego. Niewielki zwitek papieru wyglądał niepozornie, a zawierał dość istotną dla mnie w tym momencie informację. Choć początkowo zarzekałem się, że moja noga w reklamowanym w niej miejscu nigdy nie postanie. No ale cóż - siła wyższa.
Odczytałem adres nowopowstałego klubu dla nadnaturalnych, prawdopodobnie inwestycji naszego kochanego Nullaha. Choć "melina" była prawdopodobnie lepszym określeniem. Przez lata, które spędziłem już na tym ziemskim padole, napotkałem zaledwie kilka klubów dla nadnaturalnych z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy "inni" mogli miło spędzić czas bez ryzyka narażenia się na ujawnienie. Cała reszta była tylko przykrywką dla nielegalnych interesów.
I tym razem nie było inaczej, bo na ulotce dostarczonej do mojej skrzynki była dopisana czerwonym mazakiem notka informująca o możliwości wzięcia udziału w walkach i jednorazowym zarobieniu sporej ilości gotówki.
Przestałem brać udział w podobnych akcjach już kilkadziesiąt lat po śmierci Marie. Tłuczenie się z kimś na gołe pięści nie dawało mi takiej satysfakcji jak pogoń za ofiarą. I zwykle nie pozwalało zapomnieć, a przecież właśnie o to mi chodziło. A dochody z mojej pracy były wystarczająco wysokie, by nie szukać dodatkowego źródła zarobku.
Westchnąłem, mnąc kartkę w pięści. Trzeba było się tam wybrać i zorientować w sytuacji, póki jeszcze było ciemno i mogłem schować się w cieniach. A potem przyhaczyć Minho w barze, w którym pracował i zaznajomić go z planem.
Potem jeszcze tylko wkręcić się w, pewnie ustawiane, walki, żeby jakoś wytłumaczyć swoją obecność w melinie i przy okazji okpić Nullaha na dość znaczne kwoty, przemycić człowieka do baru dla nadnaturalnych, a potem... cóż, jak wszystko dobrze pójdzie, pod koniec wieczoru Nullah będzie skończony w interesach. Albo w ogóle martwy.
Już nie mogłem się doczekać.

Minho?

15.01.2020

Od Minho CD Silasa

  Lee był w dużym stopniu zaskoczony reakcją ze strony mężczyzny. Oczywiście, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Do niedawna byli w relacji barman-klient. Wyższy nawet nie był chętny do rozmów, wyciągnięcie od niego konkretnego zamówienia też bywało dość trudne. Dlatego Minho nie spodziewał się czegoś takiego, jak usłyszenie jego śmiechu, a co dopiero tego, jak się przedstawił. Kwestionował nawet fakt, iż była to ukryta kamera i za chwilę wszyscy klienci okażą się sztucznym tłumem by wprowadzić chłopaka w błąd. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Było to naprawdę szokujące dla Azjaty, aczkolwiek nie wypadało nie odwzajemnić gestu. Co prawda, przyzwyczajony do kultury koreańskiej, chciał przedstawić się jako „Lee Minho”. Na całe szczęście, uniknął tego, przedstawiając się tak, jak Silas.
Rozmowa z towarzystwem była w pewnym stopniu… stresująca? Szczególnie przez to, co usłyszał. Kolejna rzecz, jaka go zaskoczyła i wprawiła w pewnego rodzaju zakłopotanie. Czy aby na pewno to wszystko dzieje się na poważnie? Może jednak była tutaj ukryta kamera, ale Black był zbyt wiarygodny (bądź był zbyt dobrym aktorem). Koreańczyk nie wiedział, na co tak do końca się pisał. Jaki był plan? Gdzie to wszystko miało się odbyć? A co, jeżeli są to czarne interesy, od których barman trzymał się z daleka? Nie miał pewności. To tak, jakby brał kota w worku. Nie wiedział, co dokładnie jest w środku, i tak samo było z propozycją mężczyzny. Wszystkiego dowie się w swoim czasie. Cóż, kto by się spodziewał, że wspólny „znajomy”, obecnie raczej był on wrogiem, będzie w stanie zjednoczyć dwie osoby… przez co obaj poznali się chociaż z imienia i nazwiska. No bo, będąc szczerym, nic poza tym rudowłosy nie wiedział o swym towarzyszu. Mógł jedynie opisać jego wygląd, teraz już mógł podać jego imię i nazwisko, no i fakt, iż nie był aż tak rozmowny w przeciwieństwie do niższego, któremu czasami jadaczka się nie zamykała.
Jednak Lee jadł pizzę, w taki sposób unikając dłuższej dyskusji z Silasem. Nie było to raczej nic dziwnego. W końcu nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy więcej niż „to, co zawsze”. I ewentualnie „dobry wieczór”. To była konwersacja między nim a jego klientem, z którym obecnie był na pizzy. Przeżuwając posiłek, niezbyt komfortowo czuł się, gdy starszy spoglądał w jego oczy. Mruknął niezadowolony, odwracając głowę w bok, unikając przez to kontaktu wzrokowego. Chciał spokojnie zjeść, po tym może mówić. A cóż, nie do końca mu się śpieszyło w tym wszystkim. Chociaż, to dzięki temu mógł się zastanawiać nad całym tym „planem”, w jaki właśnie się wpakował. Byłby, po raz kolejny, pewnego rodzaju przynętą. Niby miałby zagwarantowaną „ochronę”, aczkolwiek nie do końca był pewny, jak ma to wyglądać. Na jaką ścieżkę obecnie wkraczał? Sam nie wiedział. Może to w jakimś stopniu pozwoli mu odnaleźć samego siebie? Pewności nie będzie miał, dopóki się do tego nie zabierze. Cicho westchnął, jak tylko przełknął ostatni kęs pizzy. Popił to wcześniej zamówioną wodą, a następnie odwrócił głowę w kierunku ciemnowłosego, który z wyczekiwaniem się w niego wpatrywał, jakby czekając na jakąkolwiek odpowiedź na to, co powiedział. Z ust niższego padło ciche „mhm”, po czym przewrócił oczami.
- I tak nie wiem, na co się do końca piszę, ale okay. Niech będzie. Może w jakimś stopniu będzie to satysfakcjonujące. – przyznał po dłuższej chwili, wysilając na lekki uśmiech.
- Dobra. To jak będę już wszystko wiedział, to się do ciebie odezwę. – oznajmił Silas, wracając do poprzedniej pozycji, następnie sięgając po swój napój.
- Nie wiesz nawet gdzie mieszkam, ani mojego numeru telefonu… - spostrzegł niższy.
- Ale wiem gdzie pracujesz. – szybka odpowiedź rozbawiła Lee, który pokręcił głową w niedowierzaniu. Niby była to racja, aczkolwiek nie było pewności, że akurat tego dnia będzie w pracy. – Zaufam swojej intuicji, i przyjdę jak już będę miał potwierdzone informacje o Nullahu. – dopowiedział, na co Koreańczyk się zgodził, potakując jedynie głową.
Po zjedzeniu pizzy, i opłaceniu całego zamówienia, obaj zdecydowali się na rozdzielenie i pójście w kierunku swoich mieszkań. Rzecz jasna, rudowłosy musiał czekać na autobus, w międzyczasie wyciągając telefon i odczytując wszystkie wiadomości, jakie do niego przyszły. To po tym uruchomił transfer danych, żeby zajrzeć na social media. Wszystko wydawałoby się w porządku, jakby nic nie miało się zdarzyć. Jednak po zobaczeniu jednej wiadomości w skrzynce „inne”, Lee natychmiastowo to odczytał. W końcu mało kiedy coś tam przychodziło. No i cóż, lekki uśmiech, jaki wciąż gościł na jego ustach od wyjścia z knajpy, zniknął niemalże od razu, zaś pojawił się niepokój, a Azjata pobladł z tego wszystkiego. Usiadł na ławkę, a raczej na nią upadł, nie wiedząc, co miał myśleć. Wiadomość, jaką otrzymał, była od… kogoś nieznajomego dla Lee, ale znającego Silasa. 

„Wchodząc w znajomości z Silasem popełniasz błąd. Na każdym kroku może stać się krzywda Tobie, Twojemu współlokatorowi, Twoim kotom, albo komuś z Twojej rodziny. Nie próbuj realizować z nim planu, jaki wymyślił. To pierwsze ostrzeżenie, bez ofiar. Kolejne może się źle skończyć dla Twoich bliskich. 

~C.” 

I cóż, Minho nie wiedział, kim była takowa osoba, czego chciała i skąd wiedziała o tym wszystkim? Tak wiele pytań mu się nasuwało na myśl, a odpowiedzi brak.

Silas? ;>

Od Silasa CD Minho

Gdy moja twarz, pod wpływem "ataku" od tyłu, oparła się o pizzę, która leżała przede mną na stole, zamknąłem oczy i westchnąłem ciężko. "Daj spokój. Nie zrobił tego specjalnie, nie ma potrzeby się irytować..."
Gdy byłem już pewny, że nie zareaguję impulsywnie, wyprostowałem się powoli. Niemal natychmiast po tym usłyszałem śmiech dochodzący z naprzeciwka. Szczery, niepowstrzymany śmiech. Zamarłem na chwilę, nie spodziewając się zupełnie takiej reakcji chłopaka.
Pomiędzy kolejnymi napadami rozbawienia próbował mnie przepraszać, choć niewiele byłem w stanie z jego bełkotu zrozumieć. Niemniej w tym jego śmiechu było... coś wyzwalającego.
Dlatego już chwilę później i ja się uśmiechałem. Tak po prostu, odruchowo, nawet nie wiedziałem kiedy.
Sięgnąłem po serwetki i otarłem sos pomidorowy z brody.
- Nic się nie stało - mruknąłem, jednak przez mój zwykle zimny, pozbawiony emocji ton, przebijało szczere rozbawienie. - Powiedzmy, że jesteśmy kwita. Za to podnoszenie za kaptur.
Chłopaka momentalnie opuściło rozbawienie. Wstrzymał na moment oddech, by po chwili wypuścić powietrze w długim wydechu. Po czym wbił wzrok w swój talerz z pizzą.
- No tak, cóż, możemy - rzucił, sięgając po pierwszy kawałek znanej już na całym świecie potrawy i wkładając go do ust. I z pełną buzią wybełkotał: - Ale Nullah oberwie.
Uśmiechnąłem się lekko, mieszając moją słodką herbatę mrożoną przy pomocy tkwiącej w szklance słomki. Tak, ten gościu chyba obydwu nam zalazł za skórę.
Co, tak na dobrą sprawę, mogliśmy wykorzystać na naszą korzyść...
Gwałtownie podniosłem spojrzenie na siedzącego przede mną chłopaka. Uśmiechnąłem się, pewnie lekko upiornie, bo Azjata zamarł z pizzą w połowie drogi do ust. Zamrugał powoli, nim wymamrotał:
- Chyba zaczynam się ciebie bać...
Zastukałem palcami lewej dłoni w blat, a w głowie już zaczął formować się zalążek planu, dzięki któremu miałem w końcu realną szansę, by dopaść Nullaha. Przy niewielkiej pomocy siedzącego przede mną chłopaka, który również ewidentnie nie pałał już ciepłymi uczuciami do tego kanciarza i dilera.
- Chyba nie mieliśmy okazji się sobie przedstawić - zauważyłem, porzucając moją zwyczajową małomówność. Miałem cel. Musiałem go zrealizować, nawet za cenę złamania moich zasad odnośnie niedopuszczania do siebie ludzi. Poza tym, zdążyłem się już nakręcić. Bo ten plan mógł... nawet musiał się powieść. - Nazywam się Silas Black - wyciągnąłem rękę nad stolikiem. Chłopak niepewnie ją uścisnął, nadal z kawałkiem pizzy w drugiej dłoni. Wyglądał komicznie, z tą swoją zaskoczoną miną i pizzą, z ktorej zaczynał już kapać sos na jego talerz. Ale uśmiechałem się nie z tego powodu.
Perspektywa nadchodzącej zemsty działa jak narkotyk.
- Minho Lee - mruknął chłopak trochę niepewnie. Pewnie zaskoczyła go moja nagła zmiana podejścia do życia. No tak, ale nigdy nie mówiłem, że jestem w pełni obliczalny. - Czy wszystko z tobą w porządku...?
- Jak najlepszym - odchyliłem się na oparcie krzesła i założyłem ręce za głowę. - Mam dla ciebie propozycję.
- Oho - mruknął Azjata, po czym wepchnął do ust prawie połowę kawałka pizzy na raz. Pewnie, żeby nie musiał odpowiadać. Patrzył na mnie z niejakim niepokojem.
- Skoro nam obu Nullah zalazł za skórę, może razem... odbierzemy sobie od niego to, co się nam należy - zaproponowałem z przebiegłym uśmiechem na twarzy. - Ja dostanę pieniądze, które powinienem dostać już wieki temu, a ty zemścisz się za wystawienie do wiatru. I narażenie na poważny uszczerbek na zdrowiu, bo, bądźmy szczerzy, Nullah doskonale wiedział, komu cię rzuca na pożarcie.
Minho tylko patrzył na mnie nieprzekonany, ciągle przeżuwając. Ale nie zniechęcił mnie tym. Mawet jakby się nie zgodził, zawsze można było użyć bardziej... przekonującej metody, prawda?
Na szczęście nie musiałem po nią sięgać.
- A na czym by miała polegać ta współpraca? - zapytał ostrożnie chłopak.
- Och, nie musiałbyś wiele robić - wzruszyłem ramionami. - Postatam się jeszcze dzisiaj ustalić, gdzie nasz "przyjaciel" bywa, a gdzie moglibyśmy złożyć mu wizytę.
- I jak miałbym ci w tym pomóc...? - zapytał mój rozmówca niepewnie, lustrując wzrokiem moją sylwetkę. No tak, zdecydowanie nie wyglądałem na kogoś, kto potrzebowałby pomocy ze skopaniem komuś tyłka.
- Nullah mnie zna. Gdy tylko mnie zobaczy, zacznie uciekać - wytłumaczyłem. - Nie mam ochoty za nim ganiać, jeśli mam kogoś, kto mógłby go dla mnie wyciągnąć w jakieś ustronne miejsce - widząc coraz bardziej nietęgą minę Rudego, uśmiechnąłem się, możliwie jak najprzyjaźniej. - Nic by ci nie groziło oczywiście, cały czas byłbym przy tobie i w razie czego ingerował. Chodzi tylko o to, żeby Nullah nie zobaczył mnie od razu - oparłem łokcie na stole i spojrzałem chłopakowi w oczy. - To jak? Wchodzisz w to?

Minho?

12.01.2020

Od Minho CD Silasa

  Nie wiedział, czy był bardziej wściekły na mężczyznę, czy swego przyjaciela. Co go podkusiło zamienić się ubraniami? Powinien był się domyśleć, że coś jest nie tak. No ale, mądry po szkodzie. Teraz wiedział, w jakich interesach siedział jego „przyjaciel”. Choć raczej takim mianem już go określać nie może. Ciężkie westchnięcie opuściło wargi młodego Azjaty, który został wyprowadzony z kawiarni. W dłoni wciąż trzymał woreczek. I ten woreczek, to jedyne, co krążyło w jego głowie. Jak bardzo chciałby to wszystko zrozumieć, lecz nic nie jest takie proste, jakby się wydawało. Uważając kogoś za przyjaciela tyle czasu, wychodzi na jaw, iż tak naprawdę w żadnym stopniu nie znało się tej osoby. Minho posłużył za przynętę na stałego klienta baru, który również nie spodziewał się takiego obrotu spraw. No ale, to nie oznaczało, że Lee od razu zacznie pałać do niego sympatią. W obecnej chwili było odwrotnie. Niestety, chłopak był na tyle zszokowany, że nie wiedział, czy chciał mu uderzyć, sobie, czy popłakać się z nerwów, przez które dostał drgawek. Potrzebował kilku minut na ochłonięcie, tym samym nie zwracając uwagi na wypowiedziane słowa jego towarzysza.
  Odchodząc kilkanaście kroków w bok, Lee przykucnął, obejmując swoje kolana ramionami, w ten sposób starając się opanować. Zazwyczaj to działało w nerwowych sytuacjach, i liczył, że w tej dzisiejszej też mu to pomoże. Starając się już o tym nie myśleć, wziął kilka głębszych oddechów, pozostając w tej pozycji przez dobre kilka minut, przynajmniej tak było w jego odczuciu. Nie wiedział, że siedział tak dwadzieścia minut, a jego towarzysz jedynie mu się przyglądał. Nie przejął się tym, w końcu podniósł się z ziemi, dość niepewnie korzystając z pomocnej dłoni. Dzięki temu mógł się otrzepać i przeprosił wyższego, spuszczając głowę na dół.
- To mogę Ci jakoś wynagrodzić tą całą sytuację? – ponowił pytanie, na co Lee odrobinę się zmieszał, chwilowo się zastanawiając nad tym, aż zdecydował się na odpowiedź.
- Yeah. Możemy pójść na pizzę. Nie jadłem niczego bardziej pożywnego. – przyznał, słabo się uśmiechając.

*** 

  Udali się do jednej z wielu pizzerii w okolicy, gdzie mieli zamiar zjeść, a przynajmniej Minho, pizzę. Nie rozmawiali szczególnie dużo w czasie tej drogi, jedynie co jakiś czas coś mówili, lecz rozmowa najzwyczajniej w świecie się nie kleiła. Zajęli jeden z kilku wolnych stolików. Przeglądając menu, Azjata wybrał swoją ulubioną pizzę, jeszcze pytając, czy mężczyźnie to odpowiadało. Często zwracał uwagę na swoje towarzystwo, nie chciał być takim egoistą. Wciąż za wiele nie rozmawiali. Lee nie miał nawet na to ochoty, nie po całej tej sytuacji, jaka miała miejsce. W czasie, kiedy wyczekiwali na pizzę, rudowłosy udał się do łazienki w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Nie wracał przez kilka minut, a jak już wracał, zauważył, że na stoliku, gdzie siedział, zapewne, towarzysz, słabo się uśmiechnął. W międzyczasie odezwał się jego żołądek, więc przyśpieszył swój chód, chcąc znaleźć się jak najszybciej na swoim miejscu. Jednak nie spodziewał się, że będąc już tak blisko, ktoś go popchnie, przez co upadnie na ciemnowłosego, popychając do przodu tak, iż jego twarz zetknęła się z pizzą. Niemalże od razu odskoczył do tyłu, zasłaniając usta dłońmi, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie oddychał przez kilkanaście sekund. Powoli, ale i niepewnie, przeszedł na swoje miejsce. W tamtej minucie byli obserwowani przez personel i klientów knajpy.
Dopiero kiedy wyższy podniósł głowę do góry, Azjata nie potrafił powstrzymać się od wybuchu śmiechu, w międzyczasie próbując przeprosić i wytłumaczyć, iż nie było to celowe działanie. No ale, jak można było się domyślić, przy takim napadzie śmiechu, barman ledwo mógł złapać oddech, a co dopiero, jakby miał mówić.

Silas? c: 

13.12.2019

Od Silasa CD Minho

Gdy wchodziłem do kawiarni, byłem już nieźle nabuzowany. Nie tylko z powodu emocji towarzyszących sposobności zemszczenia się na Nullahu. Całkowicie zignorowałem tego dnia pilnowanie, by trzymać burzę na dystans. Tak więc - oto była, w całej swej rozszalałej okazałości. I nie dość, że przez to przemokłem, to jeszcze po drodze mnie trafiło, co dodatkowo wystawiło moją cierpliwość na próbę.
Jak widać, nie przeszła jej, bo gdy tylko zobaczyłem sylwetkę postaci siedzącej przy jednym ze stolików, z kapturem kurtki, którą opisywał Nullah, na głowie, poniosło mnie.
I tak, wiem, zadziałałem impulsywnie. Tak, nie powinieniwm był.
Ale Nullah naprawdę zalazł mi za skórę.
Dlatego też, nie fatygując się nawet, by zwyczajowo powitać stojącą za kasą dziewczynę (pracownicę lub właścicielkę) kiwnięciwm głowy, dopadłem postaci w kilku krokach. Od razu chwyciłem za kaptur kurtki, przypadkiem łapiąc też w garść włosy, i postawiłem chłopaka na nogi. Początkowo nawet nie przejąłem się tym, że mógł go ten manewr zaboleć. W końcu zasłużył sobie.
Dopiero potem miałem okazję uświadomić sobie kilka rzeczy. W dość małych odstępach czasu.
Pierwsze pojawiło się uczucie gorąca. Znak, że przy kasie musiała stać właścicielka. Nieciekawie. Znała mnie z widzenia, zamieniliśmy kilka słów. Potem dowiedziałem się, że należała do mafii, która niekiedy mnie wynajmuje. Do tego najchętniej przyjęliby ją z powrotem. Co, w połączeniu z wiedzą, jakiej rasy jest przedstawicielką, dawało mi niejakie spojrzenie na powagę sytuacji, w jakiej bym się znalazł, zachodząc jej za skórę. A to ciepło właśnie o tym świadczyło.
Kolejna przyszła świadomość, że chyba złapałem nie tego gościa, co trzeba. Bo gdy odwróciłem go twarzą do siebie, dostrzegłem dziwnie znajome, rude włosy...
Potem moją uwagę przyciągnął ruch. Chłopak sięgnął do kieszeni i w mgnieniu oka wyjął z niej... woreczek z białym proszkiem.
Cóż, tyle dobrze, że nie był to nóż albo inna broń. Gdybym zabrudził podłogę nie miałbym już żadnych szans na przeżycie u właścicielki.
Tak, dokładnie, czułem pewien respekt przed ogniem. Rany po nim goiły się na mnie wyjątkowo trudno, a to mogło być znakiem, że właśnie on jest potrzebny, by mnie na dobre zabić.
Ale to byłaby bardzo nieprzyjemna śmierć...
W każdym razie, wracając do woreczka, który rudy wyłowił z kieszeni. Zamarliśmy w bezruchu, obydwoje wpatrzeni w pakunek. Ja ze zmarszczonymi brwiami, chłopak ze szczerym szokiem wymalowanym na twarzy.
Westchnąłem ciężko. Puściłem ściskany w dłoni kaptur, wraz z włosami, już chyba znajomego. Natychmiast zrobiłem też krok w tył, żeby na pewno nie oberwać. Ale rudy musiał być zbyt zszokowany znaleziskiem, żeby się mną przejmować.
Dało mi to chwilę potrzebną, by uspokoić dziewczynę od ognia. Spojrzałem w jej stronę i, patrząc jej w oczy, skinąłem powoli głową. Gdyby chciała, bez problemu mogłaby teraz dostać się do moich myśli i przeczytać z nich, co się tu właśnie wydarzyło. I że nie ma powodu tak agresywnie reagować, a sytuacja w zasadzie już się rozwiązała...
- Przysięgam, że nie wiem, co to tu robi - wypalił nagle Azjata, zawracając naszą uwagę na sobie. Gdy oczy dziewczyny spoczęły na woreczku, zaklęła szpetnie, czym zaskoczyła mnie do tego stopnia, że znowu przeniosłem na nią wzrok. Przejechała dłonią po twarzy, wydając z siebie jęk rezygnacji.
- Nie chcę tego widzieć w mojej kawiarni - syknęła w końcu, piorunując chłopaka wzrokiem. Zaraz spojrzała też na mnie. - W ogóle obydwoje się stąd wynoście.
Z wściekłą kobietą, szczególnie będącą w stanie spalić cię na popiół jedną myślą, nie warto dyskutować. Miałem wystarczająco czasu w życiu, by się tego nauczyć.
- Chodź - mruknąłem, łapiąc rudego pod ramię i ciągnąc w stronę wyjścia. Gdy tylko znaleźliśmy się na dworze, w deszczu, też nasunąłem kaptur na głowę i westchnąłem. - Przepraszam. Nastąpiła niesamowita pomyłka... - Gdy oczy chłopaka nie przestawały ciskać we mnie gromów, dodałem, wpychając ręce w kieszenie. - Może mogę ci to jakoś wynagrodzić?

Minho?
Pisałam półprzytomna, więc przepraszam za mierną jakość :c
Szablon
synestezja
panda graphics