Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip. Pokaż wszystkie posty

21.12.2019

Odejście


W dniu dzisiejszym żegnamy Viktor Dmitrij Uvarov, Killian Campbell, Valery Harris oraz Filip Jakub Lamber.
Jest to decyzja właścicieli.


                

Pamiętajcie, że zawsze możecie do nas wrócić. ♥

2.08.2019

Od Filipa cd Katfrin

Obudził go ból głowy, swąd spalonych grzanek i ciężar przyłożony w okolicy jego nóg. Kanapa pod nim poruszyła się wraz z momentem, gdy zaklejone śpiochami oczy, miały nareszcie okazję się otworzyć, by równie prędko zamknąć, licząc tylko na to, by zapomnieć o widoku światła. Bywało gorzej, jednak nikt nie lubił migren po dobrze spędzonej nocy, a Filip niestety, nie posiadł nigdy zdolności wymigiwania się od chęci dobrego napitku. Dla rozwiania również wszelkich wątpliwości, bycie istotą nadprzyrodzoną, nie upoważniało go do zalewania się w trupa, ile wlezie, nie obdarowano go bowiem umiejętnością regeneracji. Był Jaroszkiem, nie cholernym bohaterem z komiksowego uniwersum, co najwyżej potrafił zmienić się w zająca i jego kompetencje do wkurwiania ludzi samym swoim istnieniem, zdecydowanie przerastały te przeciętnego, szarego Kowalskiego z klatki obok. Taka była natura chłopaczyny i bez względu na to, jak piekielnie nie chciałby się jej wyzbyć, miała pozostać taką na wieki wieków, no, może trochę krócej. Co sprowadzało się do tego samego punktu, jak aktualna sytuacja Filipa, który żegnać się ze zdolnością wcale nie chciał, ba, cenił ją nader wszystko, szczególnie gdy miał ponownie do czynienia z Bożydarem, czy resztą paczki.
Gdy ponownie rozchylił powieki, zobaczył górującego nad nim Jamesa, który uśmiechał się delikatnie, trzymając swoje masywne ramię na oparciu kanapy. Lamber jęknął pod nosem, przecierając z roztargnieniem twarz i usłyszał jedynie chropowaty śmiech chłopaczka. Od zawsze przypominał mu drzwi potrzebujące naoliwienia, a mimo to, nawet w tych starych drzwiach czaił się urok. Czaił się duch czasu, czaiły się wspomnienia i chęć poznania kryjącej się za nią tajemnicy. Filip uwielbiał śmiech Jamesa, a James kochał się śmiać. To jedynie jeszcze bardziej rozanielało blondyna, który chwilę po tym, jak dźwięk dotarł do jego uszu i przyjemnie połechtał koniuszek jego nerwu, zagryzł wargę, powstrzymując grymas szczęścia. Malował się tam prawie za każdym razem i był świadomy tego, jak wielką satysfakcję dawał mężczyźnie. Nie chciał, żeby i w tym wypadku poznał słodki smak zwycięstwa, nie teraz.
— Nie sądziłem, że taki z ciebie sadysta, śmiać się z cudzej krzywdy — bąknął niewyraźnie, próbując unieść się na własnych rękach, co skończyło się jedynie oparciem na łokciach. Marszczył krzaczaste brwi, pozwalał na słabości i starał się jak najwolniej przyzwyczaić do jasnego poranka, bo chyba wyjątkowo pogoda zdecydowała się na łaskę wobec zmęczonych pluchą mieszkańców miasta. James zastukał palcami o materiał powlekający sofę, po czym zsunął się na skraj siedzenia, by tam podeprzeć ręce na kolanach i rzucić Filipowi tak ponure spojrzenie, by natychmiast się wzdrygnął.
— Nie sądziłem, że taki z ciebie masochista — zwrócił mu uwagę i w tym momencie Lamber się przełamał. Pozwolił sobie na szelmowski uśmiech, co prawda leniwy, lecz wciąż poruszający odpowiednią strunę. Spojrzenie zelżało, a Jaroszek mógł odetchnąć z ulgą. Filipowi jednak wciąż coś tu nie grało.
— Przecież pojechałem do domu — skwitował w pewnym momencie, siląc umysł i starając się rozwiać mgłę, która spowijała większość wspomnień od chwili odstawienia ostatniej butelki, zamknięcia małej paczuszki i opuszczenia mieszkania z deską pod pachą. Wystarczyła chwila, by zrozumiał, jakim błędem było poruszanie tego tematu. Oczy rozmówcy znowu przyjęły ten wyraz, którego nie mógł ścierpieć za żadne skarby świata i od którego kotłowało mu się w głowie. Cholerny demon zawsze musiał maczać w tym swoje długie, brudne paluszki. Chociaż w sumie cholera wiedziała, czym James był, bo wystarczało jedno łypnięcie przenikliwych oczu, by człowiek po prostu stulił jadaczkę, posłusznie usiadł, albo poczuł rozrywający ból rozchodzący się po każdym milimetrze kwadratowym mózgu.
— Bożydar i Sam wracając, usłyszeli strzał — mruknął nisko, basowo, a stare drzwi zmieniły się w żelazną, obłą bramę, która niemiłosiernie głośno hałasowała. Filip powstrzymywał się przed skrzywieniem, musiał utrzymywać pokerową twarz. Być niewzruszonym i przetrwać tę pouczającą gadkę, jak każdą inną, którą kiedykolwiek usłyszał. — Uznała, że czuje, że to coś twojego, więc zaczęli cię szukać i nie zgadniesz. Znaleźli, nieprzytomnego pod jakąś latarnią w miejscu, o którym woleli nie opowiadać — syknął, zgrzytając zębami, a jego czoło coraz bardziej przypominało taflę wody, którą ktoś zakłócił puszczeniem kaczki. Lamber odważył się jedynie przełknąć ślinę, co było błędem. James przyblokował mu krtań, ciecz nie przepłynęła, a Filip zaczął się dławić.
— James, kurwa — sapnął, chwytając się za szyję i kaszląc, kaszląc tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz wypluje wszystko, z płucami włącznie.
— Nieprzytomnego, Filip. Brałeś coś? — Brzmiało to raczej jak stwierdzenie faktu, niźli pytanie.
Oczy Filipa powędrowały w zupełnie przeciwnym kierunku niż twarz mężczyzny. Bał się spojrzeć w wyczekujące odpowiedzi oczy, jakby miał dostrzec w nich coś gorszego, niż wszystkie krzywdy, jakie James kiedykolwiek komukolwiek zdołał zaoferować.
— Po co się mnie pytasz, skoro i tak znasz odpowiedź? — odparł szorstko. Mężczyzna westchnął i wstał z sofy.
— Śniadanie masz na stole.
I zniknął za drzwiami łazienki, a Filip odetchnął głośno, z wyraźną bolączką w głosie.

Wciąż odbijało mu się jajkami i wciąż bolała go głowa, a jednak wciągnął spodnie na swój chudy tyłek, bo jak się okazało, James zdążył rozebrać go z dolnej części ubrań, przed tym, jak ułożył go na kanapie. Nie do końca wiedział, jak ma się z tym czuć i nie obchodziło go to. Nie, póki miał okazję wyparować z mieszkania, gdy mężczyzna zaszył się w swoim pokoju, starając się dokończyć sprzątanie. Mógł wyjść niezauważony, nie narażając się na kolejne nieszczęśliwe spojrzenia i zbędne komentarze. Nie miał zamiaru nie skorzystać z okazji i chwilę później jechał w dół ulicy, klnąc pod nosem i wyszydzając każdy aspekt osoby, jaką był James. Dureń. Ćwok i dureń, skończony egoista i idiota z aroganckim podejściem do świata. Myślał, że mógł wszystko i los nie będzie się temu przyglądał, a ludzie zaczną pochwalać jego wybory. Nie zaczną, a w szczególności nie Filip.
— Filip!
Filip, tak, Filip.
— Filip, czekaj! — krzyk jednak nie należał do głosu w jego głowie, sprowadzając go do odniesienia wrażenia, iż nie oszalał do końca. Zatrzymał się, przystopował i spojrzał na drugą stronę ulicy, gdzie zauważył mknącą do niego na rowerze Cat. Blondynka ze skrzącymi się oczami przypominającymi świeżo skraplającą się żywicę z dopiero co naderwanej gałązkę. Lubił ten kolor, przypominał mu o lesie i jego zapachu. Mógł jedynie posłać jej słaby uśmiech, a resztę drogi spędzili wspólnie, powoli kierując się do kawiarni, do której koniecznie chciała wstąpić. Nie zamierzał odmawiać, miał ochotę napić się porządnej cappuccino. James zawsze robił straszną lurę, a ta dzisiejsza nie stanowiła odstępstwa od normy.
— I co, odpłynąłeś?
— Jak chuj — burknął, pozwalając, by delikatne podmuchy wiatru rozganiały włosy sprzed jego oczu. — A co najlepsze, miałem taki sen — dodał, wypuszczając z siebie oddech przypominający raczej urywany świst. — Jakaś dziołcha sklepała typa na moich oczach, potem do mnie podeszła strzeliła mi między oczy prędzej, niż zdążyłem pęknąć gumę balonową.
— Czy tobie zawsze musi śnić się śmierć? — odparła, nieco pretensjonalnie. Na to pytanie Filip jednak nie odpowiedział, przyspieszając jedynie tempa i wkrótce odstępując od nastolatki na kilka metrów. Pedałowała coraz szybciej, starając się dotrzymać mu kroku, jednak i tak dojechała dopiero kilkanaście sekund po nim, zastając go nieco zaskoczonego. Ze zmarszczonymi brwiami, niepewnością wymalowaną na buźce i nogą, która, jak to ona określała, huśtała diabła. Nie chodziło o kawiarnię, stała tak, jak zawsze. Pojazd przed nią? Nowa roślina? Były?
— To ta dziewucha — mówił cicho, cichuteńko, tak, by tylko ona usłyszała. Zaczęła przy okazji się zastanawiać, czy Jaroszek przypadkiem nie posiadał również umiejętności czytania w myślach, prędko jednak zaniechała okrutnego oszczerstwa i jedynie podrapała się po nosie, zerkając na niego ukradkiem. — Czyli to nie sen, czyli ją widziałem.
— Nie chcę cię martwić, Filip, ale raczej żyjesz — odparła nieśmiało, jakby obecność Lambera rzeczywiście zaczynała robić się problematyczna i niepewna. Może naprawdę nie żył, jednak istotą Jaroszka było męczenie wszystkich nawet po tym, jak rzekomo opuścił ten świat? A może jednak był nieśmiertelnym demonem? — Przestań się tak gapić, wyglądasz strasznie, gdy wybałuszasz oczy.
Trochę irytował go fakt, że nie powiedziano mu, czy rzeczywiście na ulicy leżał sam, czy gdzieś w okolicy nie zapodział się drugi człowiek. James nie lubił dzielić się szczegółami, chociaż równie pewne było to, że oniemieli poszukiwacze zagubionego chłopaka, zwyczajnie pominęli ciało. Byli ślepi, to akurat wiedział od dawna.
— Filip, mówię coś. Chodź, bo croissanty wystygną, słyszysz?
— Idź sama.
— Ty, no nie mów mi teraz, że masz zamiar za nią jechać.
— Może zmienię się w zająca — odparł takim tonem, jakby była to co najmniej oczywista oczywistość i szokiem było dla niego, że kobieta nie wpadła na ten pomysł przed nim. Zdawała się raczej bardziej bystra niż Jaroszek.
— Widziałeś kiedyś zająca w środku miasta? Już mniej podejrzane będzie, jak po prostu za nią pojedziesz na deskorolce, co i tak jest dla mnie absurdalnym pomysłem, na litość boską. Po co ja w ogóle z tobą dyskutuję, to w chuj głupi pomysł! — rzuciła oburzona, zaciskając palce na kierownicy roweru. Uciszył ją ruchem ręki, bardzo zbywającym ruchem ręki, którego nienawidziła. — A zresztą, pierdol się, tylko nie przychodź z płaczem, jak ci który wilczur to chude dupsko obskubie z ogonka.
— Smacznej kawy, Cat.
— Bezbolesnej śmierci, Filip.
Mógł jedynie czekać, aż odjedzie, przy okazji uśmiechając się do pleców oddalającej się blondynki.

[Katfrin?]

9.07.2019

Od Filipa cd Katfrin


Piekielne oczęta błysnęły, lekko rozmazany tusz, wkurwienie odbijające światła słabych, mrygających latarenek, które naprawdę dawały z siebie wszystko. Renowacji raczej dawno nie spotkały, a swoje lata świetności miały za sobą. Dziewuszka, która przed chwilą skopała tyłek jakiemuś chłystkowi, kierowała się prosto w moją stronę i mimo że powinienem czuć się jak ten dramatyczny bohater w filmach akcji, który znajduje się w niewłaściwym miejscu o złej porze, to mimo wszystko coś mówiło mi w środeczku, że nie ma co trzęsać gatkami, byndzie dobrze panie Fylyp. Ósmy zmysł Jaroszka, wrodzone szczęście, czy inne zabobony, kto co woli.
I kiedy już była tuż tuż, balon z mojej gumy pękł, porządnie rozciągając się po moim nosie i policzkach. Uderzyłem w Deskorolka butem, gładko podskoczył, prosto między moje rozczapirzone palce.
Ale zaraz, zaraz, od początku, bo jak właściwie mogłem zawitać o tak późnej porze, w tak szemranym miejscu z gumą do żucia, która obrzydliwie mlaskała z każdym moim przemleniem jęzora. Historia nie jest szczególnie długa, wnieść dużo do waszego życia nie wniesie, ale jak tu jesteście, to możecie ją doświadczyć, może przynajmniej przewrócicie oczami nad głupotą dzisiejszych nastolatków, może się uśmiechniecie, a może jednak uznacie to za anegdotkę życia. Każdy ma swoje gusta, nie mnie oceniać, jednak jeśli obstawicie ostatnią propozycję, to muszę złożyć wam wyrazy współczucia i kondolencje. Pożegnanie humoru musiało być dla was doświadczeniem nieszczególnie przyjemnym.
Tym razem nie było ani ciasnych koszul, ani pierdzielonej brylantyny we włosach i nawe obyło się bez brykietowych gatków Bożydara. Nie sądziłem, że divę zdoła się odgonić od tego pomysłu, a że i z własnej, nieprzymuszonej woli, ograniczy się jedynie do przebrania w koszulkę z odwracającymi się cekinami. Dla mniej ciekawskich — nie pamiętam, co przedstawiały, dla bardziej ciekawskich — z jednej strony srebrno-czarny buldog francuski, z drugiej taki sam pyszczek, ale utrzymany w błękicie i różu. Wracając. Wieczór towarzyski, kultura, czipsy, Monopoly i Somersby. Wiem, nie ceni się nam tego, wszyscy wiedzą, że lepszy jest Eurobusiness, ale jakimś cudem, Amerykanie jakoś nie mają pojęcia o tej przewspaniałej grze PRL-u. W ostateczności mieliśmy podejść do Netflixu and chillu, utrzymanych w tonie bez podtekstów seksualnych, jednak okazało się, że nikomu nie chciało się podłączać własnego konta, mając świadomość, do jakich wybryków posuwał się gospodarz całej imprezy, James. W każdej grupce znajomych jest przynajmniej jeden James, przyrzekam. Sam znałem chyba pięciu, może sześciu. Tak trochę jak z Kubusiami. Sam jestem idealnym przykładem lenistwa rodziców, którzy chcieli dać drugie imię, ale prędzej by się zesrali niż dobrali coś konkretnego i oryginalnego. Filip było chyba szczytem ich kreatywności, o ile sami je wymyślili, nie zostało im narzucone przez pijanego kolegę na imprezie, który koniecznie chciał być ojcem chrzestnym jakiegoś Filipa.
Nie żeby ta sytuacja była przeze mnie zmyślona. Moi rodzice to konkretne tumany jak idzie o abstrakcyjne myślenie, a do tego bardzo proste do przekonania tumany. Asertywność to pojęcie pochodzące ze słownika wyrazów obcych, do którego nie zaglądali.
Skończyliśmy w czterech obozowiskach, mój i Bożydara kampus wychodził dość na plus, jednak nie utrzymywał się w czołówce. Najgorszymi jednak nie byliśmy, a sztamę trzymaliśmy, bo chcieliśmy jedynie obalić mistrza jeśli chodzi o interesy. Samcia zawsze jechała wszystkich jak debili i nikt nigdy nie wiedział, jakim cudem kończyła z trzema hotelami i dwoma monopolami. Mogliśmy jedynie pizgać banknotami, gdy przy czwartym z kolei rzucie kostką natrafialiśmy na pole należące do pieprzonej brunetki.
Monopoly psuło rodziny i przyjaźnie i wiedzieliśmy o tym doskonale, może dlatego usilnie się spotykaliśmy i było to nasze, może siódme posiedzenie przy paprykowych czipsach i smakowym piwku.
Suma summarum James zbankrutował i jojczył z Arthurem nad przeklętą grą, Sam z Thereską wachlowała się banknotami, a Bożydar starał się dokładnie przebadać notatnik z wypisanymi tranzakcjami, które miały miejsce podczas rozgrywki, bo już kurwa nikt nikomu nie ufał.
Pierdolisz, kurwa miałeś przynosić nam szczęście, ty popierdoleńcu! — syczał, sunąc palcem po notesie.
— Jestem jebanym Jaroszkiem, nie króliczą łapką na breloku, debilu — warknąłem, przytykając szyjkę jagodowego Somersby do ust i przewracając oczami.
— Ci się zaraz z orbit wykręcą te gały.
— Spierdalaj.
Wyjątkowo nie było dogrywki. Może i lepiej, ostatnim razem skończyło się wywróceniem planszy, pokazaniem wała i prawie yeetnięciem się przez okno. Starczyło nam atrakcji na ten dzień, więc jedynie rozsiedliśmy się po kątach, wąchając alkohol i smród gęstej, paskudnie gęstej atmosfery, którą dało się przekroić jakimś tam nawet nożykiem dołączonym do zestawu małego odkrywcy paleontologa razem z miotełką i dłutkiem. Takim małym. Plastikowym i uroczym.
I tak musiałem użyć młotka byle dobrać się do swojego stegozaura. Ułamałem mu płytkę, ale było warto. Nazwałem go George.
Bożydar łypał nieprzychylnie na Jamesa, James na Sam, Sam robiła maślane oczka do Arthura, a ten zagadywał się z Thereską na temat najnowszego sezonu Gry o Tron.
Zdążyliśmy się pogodzić przy karaoke z kawałkami Britney Spears i Backstreet Boys, złapać naganę od zmęczonych sąsiadów, bo już dawno po ciszy nocnej i rozbić dwa talerze, za które James chciał nas ukamieniować, bo przecież zastawa jego rodziny to rzecz święta.
Ewakuacja nastąpiła dość szybko, rozeszliśmy się, znaczy się Bożydar odprowadził Samanthę, a Arthur, Theresę, gdy ja pojechałem sam na Deskorolku, bo zwyczajnie było mi nie po drodze z całą resztą.
Zakończyło się jak zwykle, jedna uliczka za daleko i bum. Zgubiłem się, nie wiedząc za bardzo, gdzie jestem i co się dzieje, po czym, oczywiście stałem się świadkiem nieszczególnie ciekawego wydarzenia.
Błota nigdzie nie było, żebym ich wciągnął, a moje umiejętności drastycznie dotknięte zostały przez  regres. Potężny regres, z którego zadowolony byłem, bądźmy szczerzy, nieszczególnie. Kiedyś dostałem butelką w łeb, nie chciałem wiedzieć, jak bolała rączka pistoletu.
Tak oto jestem, gdzie jestem. Przypatrując się jakieś rozjuszonej wiedźmie, jej pijanemu koleżce, trzymając Deskorolka i starając się zebrać gumę z twarzy przy pomocy języka. Kurwa mam trochę we włosach przysięgam. Nie chciałem znowu obcinać połowy grzywki z powodu lepkiego gówna, no nie, no po prostu, no kurwano nie.
— Mam taki na plastikowe kulki — wystrzeliłem od razu, wspomagając się palcami, bo język nie starczał, na litość boską, jak to brzmi. — Dostałaś kiedyś taką w udo, kurwa, zajebiście boli, a jaki po tym siniak zostaje — rypałem, nie licząc się z faktem występowania w wypowiedzi polskich przekleństw, z których byłem dumny, jak na rodaka Polaka przystawało. Szeroki uśmiech. Wrodzony urok Jaroszka. Słodkie oczka.
Jestem śliczniejszy niż Janek z Wiedźmina i nawet skóry sobie oszczędziłem. Kto nie kocha uroczych bożątek, no kto?
W każdej chwili przygotowany na zmianę w długouchego z prędkim porzuceniem Deskorolka, przepraszam kochanie, sytuacja tego wymagała.
— Dalej mnie dziwi, że w Ameryce mają takie ogólnodostępne, w sensie, nie no, przydaje się jak sąsiad cię wkurwia, możesz sobie pójść na kaczki i w ogóle, ale jak niektórzy to pod poduszką trzymają, to mi się słabo robi. Tej, on żyje? Wiem co robić w takich sytuacjach, mogę sprawdzić czy żyje, uczyłem się RKO, zrobię za bohatera, o losie już widzę te nagłówki gazet, dzielny, a do tego zabójczo przystojny chłopak ratuje nieprzytomnego kolesia w środku nocy, zobacz zdjęcia. Ah i rozmazałaś się, skarbie. — Katarynka wystartowała, nie pozwalając kobiecie na to, by chociaż otworzyła usta, gdy sam ciekawsko wyglądałem znad jej ramienia, rozdziawiając wargi.
Pop.
Kolejny balon z gumy rozlazł się po moich policzkach.
Pamiętaj, Filip, w każdej chwili możesz się zmienić, zniknąć, wskoczyć na budynek, śmiało, kochany, jesteś Bożątkiem, a nie jakimś lichym wilkokłakiem z romansideł dla nastolatek.

7.07.2019

Od Filipa cd Killiana

Było ciasno. Piekielnie ciasno i piekielnie niewygodnie. Koszula bezlitośnie przylegała do mojego biednego cielska, przyprawiając mnie o nieposkromioną chęć rozerwania jej w każdym miejscu, w którym trzymały ją jasne, cienkie jak sik pająka, szwy. Nie mogłem sobie w tej kwestii pofolgować i odpuścić, wcisnąć się w ulubione, luźne łachmany. Co to, to nie. Nie, kiedy Wera była na straży i pilnowała drzwi, jak oczka w głowie. Całkowicie świadoma, co robiłem tego dnia i aż zbyt rozeznana w moich gustach modowych i życiowych wyborach odnośnie ubioru. Dlatego wyjęła ten zabytek, który ostatni raz światło dzienne widział jakieś dwa lata temu na ślubie jakiegoś tam mało istotnego kuzyna i sprezentowała mi go, szczerząc się od ucha do ucha, bo uwielbiała widzieć mnie w wyprasowanych koszulach i spodniach w kancik, które kolorem miały przypominać nocne niebo, tymczasem bliżej było im do mundurów tych, którzy swoje miejsce zajmują w sukach, wpieprzając swoje pączki z dziurką.
Siedziała, obsetwowała i nie miała najmniejszego zamiaru mi odpuścić. Wychodziłem na dość specyficzną imprezę, która wymagała elegancji i Francji, a ja nie miałem ani gustu, ani pasji co do wpieprzania żabich udek i zagryzania ich ślimakami. Musiałem więc zdać się na instynkt i poczucie estetyki prezentowane przez moją rodzicielkę, unieść ręce i z autentyczną tęsknotą wbić puste spojrzenie w ciemną bluzę. Świeżo wypraną, jeszcze pachnącą płynem do płukania tkanin.
Zachciało się wspierać psychicznie znajomego, zachciało się wyjść na tego dobrego i wspaniałomyślnego. Dbającego o coś więcej, niż czubek własnego, krzywego jak cholera, kinola.
Jego historia też nie była dokładnie sprecyzowana. Chyba zdążyłem zbyt często wylądować na twarzy, by być w stanie określić, kiedy tak właściwie zagościł w takiej formie. Co gorsza, chyba już nawet nie wiedziałem ile trwa ten stan rzeczy. Równie dobrze mogłem się taki urodzić, jednak wtedy nie znajdowałem żadnego sensownego wytłumaczenia dla tej dość małej blizny na jego grzbiecie.
Ostatni raz poprawiłem nieszczęsny kołnierzyk, jeszcze raz przeciągnąłem dłońmi po piersi, licząc na to, że koszula nagle zmieni swoją fakturę, zrobi się przyjemna, a do tego pozostanie w nienagannym stylu, jakby dopiero co przeprasowana. Żadne z powyższych nie miało jednak miejsca, a ja musiałem zmierzyć się z brutalną rzeczywistością i faktem, że wybierałem się na jakieś przedstawienie taneczne. Westchnięcie, parsknięcie, zrezygnowanie. Wszystko w jednym momencie. Emocja, której aurą emanowałem, była nie do określenia i nie byłem w stanie wybrać, w którą stronę bardziej się przechylałem. Czystego wkurwienia, czy może jednak żalu.
Uszczęśliwienie Bożydara chyba jednak nie było warte tej ceny.
Zdecydowanie nie było warte, szczególnie gdy dotarło do mnie, że idę na balet. Pieprzony, kurwa, balet.
Oczywiście Wera była zachwycona, bo syn zaczynał z własnej woli chłonąć sztukę i kulturę sfer wyższych. Nawet nie wiedziała ile rzeczy wolałbym wchłonąć zamiast widoku tiulowych falbanów i rajstop Bożynka wrzynających się... Może lepiej nie powiem, gdzie konkretnie.


Żeby nie było, nie przez cały czas rozmyślałem o niebieskich migdałach. Jedynie w momentach, które zwyczajnie były nudne i w których nie było Bożydara. Potencjalnie mógł przecież zapytać, jak podobała mi się ta scena, gdzie on to i tamto, a ja musiałbym zmyślać, bo w rzeczywistości zdecydowałem się na policzenie z ilu odcinków składał się szew na moim mankiecie.
Naprawdę chciałem to zrobić, jednak gdzieś po czterdziestu trzech zwyczajnie mi się znudziło i zdecydowałem się zwrócić swoją uwagę na połyskującą sukienkę pani, która siedziała dwa rzędy przede mną, trzy krzesełka na prawo. Zdążyłem jeszcze wyczaić pana od światła i przyjrzeć się chłopakowi, który zagrywał się w piano tiles, najwidoczniej mając takie samo pojęcie o tym, co właściwie dzieje się na scenie, co ja. Wyczucie rytmu miał słabe, to trzeba przyznać, jednak wciąż lepsze ode mnie.
W skrócie, lampiłem się wtedy, kiedy muzyka stawała się podniosła, albo kiedy zdołałem dostrzec brokatowe rajstopy. Na litość boską, już ja potrafiłem lepiej się ubrać na przedstawienie w przedszkolu, gdzie grałem kota w butach. Świszczący, niewymawiający "r" Filipek chyba już na zawsze miał być wspominany na rodzinnych imprezach przez dziadków, którzy nie mogli powstrzymać łez, gdy przypominali sobie o legendarnym "Angałt, zbizie, angałt! Twoje dni są policzone! Wiej póki cię ostziegam!" czy piosence, w trakcie której rzeczywistości, przypominałem kota. Jojczącego, obdzieranego ze skóry kota w trakcie godów.

— Filipendo! — Nie byłby normalny, gdyby zwrócił się do mnie jak człowiek i podszedł bez większej afery. No nie byłby. Parsknąłem mimowolnie śmiechem i nawet dałem się przytulić, byle poklepać tego frajera po plecach i może coś mu syknąć na to kalafiorowate uszko.
— Bardziej ekstrawaganckich gatków tam nie mieli, co? — prychnąłem, kręcąc delikatnie głową i rzuciłem dość znaczące spojrzenie na rajstopy faceta. — Dobrze cię widzieć, Bożena — dodałem na zapas, posyłając mu szeroki uśmiech, który dość zwinnie odwzajemnił. Nie chciałem przecież, by wyszło na to, że emituję jedynie negatywne emocje. Nie to było moją działką.
— Słuchajcie, to mój ziom, Filip! — żachnął się, przypominając mi, że rzeczywiście, nie był przecież sam. Szedł z dziewczyną i...
— Filippe? — I o mój, kurwa, borze wszechszumiący.  Francuski. Do tego chłopiec mówiący po francusku. Atrakcyjny chłopiec mówiący po francusku. Atrakcyjny chłopiec z występu mówiący po francusku. Francusku. Nie rosyjsku. Nie hiszpańsku. Francusku.
Mimowolnie połechtało mnie to przyjemnie po uszku, przyprawiło o uśmieszek i roztopiło mi serduszko. Ładnie brzmiał ten język, cholera, ale nigdy nie chciałem się go nauczyć.
Inaczej, byłem zbyt leniwy, żeby chcieć się go nauczyć.
— Ta, Fipcia! Dobry kumpelo z Polski.
— Ci kurwa zaraz dam Fipcia, ty zakało — burknąłem, przewracając oczami. — Miło mi. Filip, tak właściwie, Bożenka lubi przekręcać moje imię — westchnąłem, przecierając przy okazji kark. Pozwoliłem sobie wcześniej rozpiąć dwa górne guziczki i podciągnąć rękawy koszuli, bo przysięgam, jeszcze chwila i byłbym tam szczezł z tego wszystkiego. — Ale występik ładnie ci wyszedł, kochanieńki. Gdyby nie te getry, to może i bym ci jakieś piwko postawił — rzuciłem, wzruszając przy okazji ramionami, na co mina mu zrzedła.
— Ej, Filippo, we, no — jęknął.
— W sumie to głodny jestem, wiesz? Idziemy coś zjeść? — Półpewne skinienie główką. — Jak mi odstrzelisz piruecik i szybko się uwiniesz, to się zastanowię z tym piwkiem. Nie wiem, chcecie iść z nami? Znam dobry bar mleczny, niedaleko.
Zerknąłem z uśmiechem na ładną, ciemnowłosą dziewuszkę, a zaraz po tym na chłopaka, gdzie oboje chyba za bardzo nie wiedzieli, co się dzieje i w co mają ręce włożyć.

Za błędy przepraszamy, nie mamy jak tego sprawdzić, poprawimy jak wrócimy na stałe.

5.07.2019

Filip Jakub Lamber

AUTOR|| Hampi 2.0 on instagram
DANE || Filip Jakub Lamber
WIEK || Stuknęła mi ostatnio dziewiętnastka.
Szablon
synestezja
panda graphics