Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viktor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viktor. Pokaż wszystkie posty

21.12.2019

Odejście


W dniu dzisiejszym żegnamy Viktor Dmitrij Uvarov, Killian Campbell, Valery Harris oraz Filip Jakub Lamber.
Jest to decyzja właścicieli.


                

Pamiętajcie, że zawsze możecie do nas wrócić. ♥

6.07.2019

Od Viktora CD Eliotta

  – To – wyjął z kieszeni niepozorny, czarny przedmiot, który okazał się być zacnym głośnikiem firmy JBL. – Oprowadzę cię po niesamowitym, transetnendtym... transcednetn... transcendentnym – wykrztusił w końcu. – Świecie twórczości, jaką jest rosyjski trap – dokończył, machając głośnikiem jak uciekinier z oddziału psychiatrycznego, w srkrócie – jak pojeb.
  Twarz Eliotta wyrażała jednocześnie zaciekawienie i niepokój.
  – W jaki sposób? – zapytał powoli, patrząc, jak Viktor włącza głośnik. Miał wbudowaną pamięć, więc nie było problemu z muzyką. – Chyba nie zamierzasz...
  Nie dokończył, gdy nagle z głośnika dosłownie pierdolnęła dudniąca muza z rosyjskimi bluzgami. Akurat na dropa trafili. Powietrze aż wibrowało od basu, a Viktor nie wydawał się być tym przejęty. Wręcz przeciwnie – zacisnął usta wczuwszy (jest takie słowo? XD bo mi na czerwono nie podkresla lmao) się w bit, zaczynając znów machać rękoma jako nieudolny taniec. Kocie ruchy. A wszystkie były podejrzanie podobne do tych z fortnite'a. Zło.
  Eliott początkowo siedział jak wryty, po czym zamrugał, spojrzał na Viktora i parsknął, szczerząc mordę jak głupi. Zaczął samemu podrygiwać w takt muzyki na tyle, na ile pozwalały mu jego obrażenia.
  Razem densili w najlepsze dopóty, dopóki nie wbiła na salę czerwona na ryju pielęgniarka.
  – WYŁĄCZCIE TĄ MUZYKĘ – zaryczała jak tur, to chyba była ta co poprzednio wywaliła Viktora za drzwi po jego włamaniu do szpitala.
  Rosjanin tylko spojrzał na nią wzrokiem mogącym konkurować z tym okiem Saurona zWładcy Pierścieni. Czy tam Hobbita. Mimo tego posłusznie wyłączył głośnik, a raczej ściszył do minimalnego poziomu.
  – Zaraz naprawdę otrzymasz zakaz wstępu – wydyszała pięlęgniarka, trzymająca się na uszy.
  – Poniosło nas, to się nie powtórzy – zapewnił ją Eliott z miną cwaniaczka. Kobieta popatrzyła po nich, pogroziła tłustym paluchem i wyszła.
  Chwilę trwała cisza, podczas której gapili się w tępo w drzwi. Viktor powoli podgłaśniał muzykę, a gdy osiągnęła poziom głośności przypominającej tą, z którą nastolatkowie na ulicy puszczali muzę, spojrzeli się na siebie i zaczęli opętańczo śmiać.
– Osz w mordę jeża – wykrztusił Eliott, łapiąc się za płuco. W sensie za klatkę piersiową, bo płuco go bolało.
  – Osz w dupę jeża! – zawtórował mu Viktor, nie wiedząc w pierwszej chwili, co zrobić. W końcu podszedł do chłopaka i walnął go w plecy.
  – Osza... lałeś? – Eliott zakrztusił się bardziej, walcząc o życie.
  – No co, tak się robi, jak ktoś się dusi  – stwierdził beztrosko Rosjanin. – Na edb było.
  – Ale nie jak ktoś ma złamane żebra, ty debilu! – poszkodowany zaczerpnął gwałtownie powietrza i się powoli uspokoił. W sumie pomogło, tylko spowodowało większy ból.
  – A. Faktycznie, to się wydaje logiczne – mruknął Vitya, poważnie zamyślony.
  Został tylko obrzucony niedowierzającym spojrzeniem ze strony Eliotta, który po chwili padł zmęczony na łóżko.
  – Ale muza zajebista – powiedział po kilku minutach, podczas których owa muzyka nadal leciała.
  – Co nie? – twarz Viktora się rozjaśniła, w utwierdzeniu że znalazł bratnią duszę. No bo ten kto chociaż trochę lubi i ceni ruski trap, jest bogiem! –  Mam tego mnóstwo, to mnie wychowało.
  – Widać – mruknął Eliott z wyraźnym rozbawieniem, czego Vitya znów oczywiście nie zauważył, pochłonięty pseudo tańcem, w który był bardzo zaangażowany. Może nawet ciut za bardzo.
  – Aż zacząłem tęsknić za krajem – jęknął melancholijnie Viktor, z zamkniętymi oczami kiwając się w rytm muzyki, wsłuchany w swój ojczysty język. Może i brzmi to słodko, ale szczerze – wyglądał jak ktoś na wielkim haju.

To opowiadanie nie jest sponsorowane przez firmę JBL.

Eliott? Sry ze tak krotko ale mam jeszcze inne opo do odpisania xDD

27.06.2019

Od Viktora CD Eliotta

  – Da, wspierać... – tamte słowa wyrzucił oczywiście będąc w gorącej wodzie kąpanym. Plan był taki, żeby powiedzieć coś miłego i wyjść z zupełnie czystym sumieniem i dalej ciągnąć swoją marną egzystencję, jednak nie przemyślał zupełnie, że jego własne słowa mogłyby go obciążyć i odwrócić się przeciwko niemu. – Okej, mam pomysł! – zatarł ręce jakby wpadł na pomysł godny Nobla. – Najpierw mi powiedz, co lubisz – przyjął pozę poważnego analityka psychologa. Taa, psycholog z niego prędzej taki który wrzuca ludziom tabletkę gwałtu do napoju mówiąc, że wyleczy ich z depresji.
  Eliott tylko uniósł brew, chyba niezbyt przekonany co do entuzjazmu Viktora. W sumie słusznie. Rosjanin wpatrywał się w niego wyczekująco, a jego ochoczość nie była raczej wywołana szczerą chęcią pomocy, tylko po prostu potrzebą wybrnięcia z sytuacji.
  – Muzyka – mruknął lakonicznie poszkodowany, a Viktor klasnął w kolano.
  – I bajlando! Nie umiem na niczym grać poza ekspresem do kawy, ale moglibyśmy się rozwodzić nad istotą dźwięków – zarzucił grzywką. O, taki sprytny jest. Co z tego, że jedyne tematy muzyczne w jego zakresie to były ksywy sławnych, ruskich raperów czy trapowych wykonawców. – Albo! Orkiestrę zamówię. Będzie ci umilać czas.
  – Chyba podziękuję – Eliott uśmiechnął się lekko wymuszenie, ale oczywiście Viktor tego nie odczytał. W tej chwili był na to za głupi.
  – Jak sobie chcesz. W sumie lepiej dla mnie, nie byłoby mnie stać – wydął głupkowato wargi, a leżący chłopak spojrzał na niego jakby chciał zapytać po co to proponował.
  Rosjanin totalnie nie zauważał, że właśnie robił z siebie kompletnego idiotę. Dla niego liczył się fakt, iż pierwszy punkt planu został zaliczony, to jest – udobruchać potrąconego tak,by nie pozywał go do sądu. Wtedy nawet Vladan by go nie wypłacił.
  – W każdym razie – zaczął na nowo. – Coś wymyślę, nie bój się – wystawił uspokajająco rękę, mimo że Eliott w ogóle tego nie potrzebował. No ale Viktor wiedział swoje!
  W tym momencie do sali weszła jakaś pielęgniarka.
  – Co pan tu robi? – oburzyła się. – Jest zakaz odwiedzin o tej porze, jak pan tu wszedł?
  – Ale trajkocze, nie? – Rosjanin zwrócił się do Eliotta, kompletnie ignorując babę, na co ta zareagowała głośniejszym krzykiem. – Ja chyba muszę lecieć, jak widzisz mam problem.
  – Chwila, Jadźka mi opowiadała o kimś, kto chciał wejść do tego pacjenta, to pan?! – pielęgniarka już przyjmowała postawę wściekłego tura. – Zaraz wezwę policję, jeśli w tej chwili pan nie wyjdzie!
  – A to tak można? – zdziwił się na poważnie Viktor, wywołując u kobiety jeszcze większą złość i niedowierzanie. – Dobra, widzimy się jutro! – machnął do Eliotta, ale to też spotkało się z protestem pielęgniarki.
  – Nigdzie się pan nie widzi, wszedł pan nielegalnie! – wykurzała go kobieta. Viktor pomyślał, że to kobieta dawnych obyczajów. O co ten bulwers? W ogóle można dać zakaz wstępu do szpitala? Jeśli tak, to miał nowe osiągnięcie w życiu.
  Rzucił jeszcze lekko wybuziaczkowane 'pa pa' do chłopaka, po czym, krótko mówiąc, spierdolił ze szpitala. Następnym razem wejdzie przez okno. Jak włamywacz, he he.
  Jego ukochany benel stał tam, gdzie stał, więc bardzo zadowolony i dumny z siebie wsiadł na niego i, oczywiście znowu bez kasku, pojechał do domu. Po drodze złapał kolejny mandat za owe przewinienie, a później jeszcze za rozmowę przez telefon podczas jazdy, gdyż postanowił zadzwonić do brata, by okazać mu swój triumf, że nie został a ż tak opierdzielony przez potrąconego kolesia. Podzielił się jeszcze z Vladem uwagą, że to spoko koleś, ładny i fajny, na co Vlad stwierdził, że to Viktorowi przydałoby się leczenie w tym szpitalu. Potem Viktor opowiedział dumny do końca całą historię, przez co został obrzucony przez brata najróżniejszymi synonimami słowa 'debil' czy 'niedorozwój'.
  Kiedy był w domu, rzucił mandaty na stertę innych mandatów, oczywiście nieopłaconych, niektórych już nawet tak starych, że sąd o nich dawno zapomniał, po czym padł na łóżko, które podejrzanie zaskrzypiało. Rupieć. Zrobił wycieczkę krajoznawczą do kuchni po kawę, bo po co innego, ewentualnie chińską zupkę, ostateczne kminiąc nad jutrzejszym 'wsparciem' dla Eliotta.
  Poddał się, zasnąwszy po wypiciu kawy i niedojedzeniu zupki.

Eliott?

19.05.2019

Od Viktora cd Eliotta

W pierwszej chwili kompletnie nie wiedział, co zrobić. Siedział tylko na swoim piekielnym motorze i gapił się na leżące kilka metrów dalej ciało. Ocknął się dopiero wtedy, kiedy zauważył kogoś na horyzoncie. Zlazł niezdarnie przez oszołomienie z benela, biegnąc w stronę tej jednej, jedynej całkowicie losowej osoby, jaką zesłał mu ktoś z góry.
Normalnie by się tak nie cieszył, ale spójrzmy prawdzie w oczy – telefon miał zepsuty, więc nie miał jak zadzwonić na pogotowie, a na motorze przecież go nie weźmie, bo wywrócą się przy najbliższym zakręcie. Dlatego też podleciał migiem do jakiejś babeczki, wyglądającej na taką typową pannę po menopauzie.
– Soreczka, mam problem, mogłaby pani pożyczyć telefon? Co ja gadam, niech pani dzwoni, ja się idę nim zająć! – spanikował, a zaskoczona kobieta krytycznie się mu przyjrzała. Spojrzała za niego i ostatecznie wyjęła komórkę. Pewnie wzięłaby go za jakiegoś żula, który postradał zmysły, gdyby nie faktycznie leżące za nim ciało i nadal odpalony motor. Po tym wypadku pewnie ma wstrząśnienie silnika.
Mimo, że odległości było niewielkie w ich tymczasowym świecie wypadku, to i tak biegał jak szaleniec. Z rozpędu nie wyhamował i prawie by się przewrócił o leżącego poszkodowanego, gdyby nie jego refleks, który w zwykłych chwilach zawodzi. Klęknął obok ciała. Dobra, na edb kiedyś to miał, no nie? Tylko za cholerę nie pamiętał, co konkretnie. Świtała mu w głowie pozycja boczna i nic więcej. Siedział jak kołek, zupełnie ignorując fakt, że liczy się każda sekunda.
– Już wiem! – olśniło go i zaczął pstrykać palcami nad głową leżącego. – Halo, słyszy mnie pan? Przepraszam i w ogóle, słyszysz? – prawie się darł, ale widząc brak odzewu, westchnął. Potem było co? Pozycja boczna! Nie, nie pozycja boczna, chyba coś z oddechem. Jakieś KRO, ORK, RKO... Nie pamiętał. Wziął go najostrożniej jak umiał za ramiona i delikatnie przewrócił na plecy. Nie było to może najrozsądniejsze i najbezpieczniejsze, ale inną wiedzą Viktor nie dysponował.
Zamiast przyjrzeć się jego klatce piersiowej w poszukiwaniu oddechu, skierował swoją uwagę na jego twarz i ogólną postać. Miał bardzo delikatne rysy, a wyglądał na wysokiego. Tak oceniając w skali, Viktor dałby mu siedem, a może nawet osiem na dziesięć. Pokręcił głową i odrzucił fantazjowanie, nachylając się nad nim uchem nad jego ustami. Gapił się gdzieś na jego pierś i już miał lamentować, że nie zna tego ORKa czy jak to tam było, kiedy poczuł delikatny, ledwie odczuwalny powiew oraz zarejestrował płytki ruch klatki piersiowej. Bingo.
Teraz dopiero pozycja boczna, stwierdził, zastanawiając się, czemu akurat to utkwiło mu w pamięci z tych wszystkich lat nauki pierwszej pomocy. Słysząc pisk opon, odwrócił się i ujrzał karetkę z dziwnymi rysami na karoserii, z której wybiegali ratownicy. Jeden z nich podszedł do Viktora na spytki.
Nie przedłużając, została zawiadomiona policja, która wzięła go prosto na komisariat, później do aresztu za spowodowanie wypadku i rozmowę przez telefon podczas jazdy. Jęczał, że chce zobaczyć tego, kogo potrącił oraz że chce swój motor. Powiadomiono go, że pojazd jest bezpieczny, ale poszkodowanego już nie zobaczy.
Spędził tam równo dwa dni i nie wyszedłby, gdyby nie jego kochany brat.
– Ty tępa, zakuta pało! – zamiast przywitać Viktora, Vladan zaczął go wyzywać, wymachując rękoma. Właśnie wyciągnął go z aresztu i prowadził do swojej bemy. – Już nigdy nie dam ci żadnego motoru czy samochodu, będziesz zapylał pieszo. Najchętniej bym cię tam zostawił jako nauczkę.
– Ciebie też miło widzieć! To jak, fundniesz mi jeszcze mandacik? – Viktor wyszczerzył zęby, opierając się nonszalancko o samochód. Vladan spojrzał tylko na niego ponuro i rąbnął go drzwiami w ponaglającym geście.
– Słuchaaaaj, mam jeszcze jedną sprawę – zaczął, gapiąc się przez okno. – Chcę znaleźć tego gościa, którego potrąciłem – mruknął, a Vladan zatrzymał się gwałtownie na pasach.
– Wiesz, że to niemożliwe? – burknął, nie będąc zachwyconym zachowaniem brata. – I po co? Żeby pójść i powiedzieć 'przepraszam'? Stary, jestem pewien, że on chce cię znaleźć i dać w pysk – Vlad pokręcił głową.
– To niech da, zasłużyłem. I nie byłoby całego zajścia, gdybyś chciał mi spłacić ten mandat! – zarzucił bratu.
– Oh, to teraz moja wina? – oburzył się blondyn. – Więc idąc za tokiem rozumowania mojego kochanego brata Viktora, nic by się nie stało gdyby założył ten cholerny kask! – trzasnął w kierownicę, trafiając w klakson. Zaraz zaczął przepraszać gestami kierowców wokół nich.
– No dobra, bo ci nerka wyskoczy – wymamrotał speszony Viktor. Nikt go nie potrafił tak dobrze zbesztać jak jego brat. Właściwie tylko przy nim czuł jakąkolwiek skruchę.
W głowie już układał sobie plan – odwiedzi wszystkie szpitale w Seattle, choćby miało to trwać tygodniami. Musi zobaczyć tego kolesia, sprawdzić, czy wszystko w porządku i dalej jak cywilizowany człowiek pojechać do domu z odhaczoną akcją dobroci.
Niestety, szczęście nie było tak przychylne, lenistwo również i po sprawdzeniu zaledwie trzech szpitali jednego dnia, odpuścił sobie w towarzystwie triumfu brata 'a nie mówiłem?'. Wracał zrezygnowany, kiedy przejeżdżając obok jakiegoś innego szpitala, ujrzał rząd karetek. I go olśniło. Jedna z nich miała rysy na masce, takie jak ta, która przyjechała kilka dni temu. Nie wiedział dokładnie, czy jak się dzwoni na pogotowie, to przyjeżdża random karetka z random szpitala, ale zakładał, że to tu znajdował się jego cel. Zaparkował benelem, który ledwie żył, po czym wszedł do środka budynku. Pierwsza przeszkoda to była pani za ladą.
– Taki wyrośnięty blondas, potrącony kilka dni temu – tłumaczył pani, która patrzyła się na niego podejrzliwie. – Em, jestem jego bratem, rozumie pani – łgał jak z nut.
Ostatecznie dowiedział się, w którym jest pokoju, ale nie mógł go zobaczyć, gdyż było już późno. Udał, że smutny wychodzi, ale kiedy kobieta odwróciła się, żeby odebrać telefon, szybko przemknął pod jej nosem i zaczął szukać upragnionego pokoju. Po wielokrotnych wędrówkach po schodach, bo winda się zepsuła, nacisnął klamkę pomieszczenia oznakowanego numerem 378.
Rozejrzał się najpierw, nikogo nie było na horyzoncie, kto mógłby mu ewentualnie zaszkodzić. Szybko dostrzegł jedyne łóżko w sali, do którego zamknąwszy drzwi podszedł.
Blondyn miał półotwarte oczy i wyglądał na mało kontaktującego ze światem.
– No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem – odezwał się, ale potem stwierdził, że zabrzmiało to naprawdę głupio. – Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie? – rozłożył ręce. Co on palnął. Wsparcie, chyba w postaci błagania go na kolanach o łaskę.
– Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? – warknął pacjent dość mocno jak na swój stan. – Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym – burczał zdenerwowany, a Viktor chyba przyzna rację Vladanowi, że ten chce go ukatrupić.
– Przepraszam – bąknął Viktor, unosząc ręce do góry. Totalnie nie wiedział, co zrobić.
– Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec – poszkodowany machnął ręką, wywracając oczami.
– Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia – przytaknął ochoczo, spotykając się z oskarżycielskim spojrzeniem ze strony drugiego. – Także ten, Viktor jestem – powiedział szybko w celu załagodzenia sytuacji.
Blondyn łypnął na niego nieufnie.
– Eliott – rzucił ostatecznie, a Viktor ucieszył się jak dziecko. Kryzys zażegnany.
– Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot – mówił Viktor, wielce zadowolony ze swojego wyjątkowego szczęścia. – Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać – zarzucił szpanersko włosami. Niech zna jego łaskę i zobowiązanie się do takiej rzeczy.

Eliott?

18.05.2019

Od Viktora do Eliotta

Wielka, monstrualna fala czarnego płynu obiła się o wszechobecną biel, pieniąc się brązową pierzyną, wzniecając zapach parzonych ziaren kawy. Nastąpiła kawowa powódź, która zwiastowała zamachy terrorystyczne na kubkach smakowych poprzez wybuchy aromatu.
  A to było zwykłe parzenie kawy, codzienna rutyna Viktora po wstaniu, a raczej zwleczeniu się z łóżka. Stał w kuchni w samych gaciach, drapiąc się po dupsku i ziewając, w drugiej dłoni natomiast trzymając kawiarkę, bo nie było stać go na ekspres. Przewracałby się i słaniał na nogach, gdyby nie jego ulubiony zapach ziaren kawy. W zasadzie dawał mu chęci do życia, gdy tak stał w kuchni, bosymi stopami na zimnych kafelkach, na których z kolei walały się puste opakowania. Jedno z nich trącił stopą, bo by się o nie potknął, po czym upił łyk napoju, kierując się do lekko zniszczonego już stołu z tylko jednym krzesłem. Samotność bywa zabawna.
  Klapnął ociężale, siorbiąc wielce elegancko, z jednym paluszkiem w górze. Robienie z siebie osoby niekoniecznie sprawnej umysłowo chyba zaliczało się do jego hobby. W ciszy dokończył kawę i odstawiwszy brudną filiżankę do zlewu na kupę pozostałych brudnych naczyń, udał się z powrotem do sypialni, by wygrzebać jakieś czarne, gangsterskie i w sumie pedalskie spodnie oraz jakąś koszulkę z debilnym napisem. Potem czerwona chusta, jakaś materiałowa opaska na rękę i był gotowy na podbój miasta. A kiedy podczas zakładania znoszonych lekko trampek skapnął się, że dzisiaj nadal dzień szkolny, zaczął rzucać rosyjskimi bluzgami, które nadal wydobywały się z jego ust podczas odpalania motoru. Silnik zaryczał, ale zachwyt minął, kiedy ledwie zaczął wyciskać pięćdziesiątkę. Kompletnie nie wiedział, co jego brat robił z tym benelem, bo na pewno nie jeździł sobie nim na zakupy po mieście.
  W połowie drogi przypomniał sobie, że nie miał na sobie kasku, a stało się to wtedy, gdy zatrzymała go policja. Ostatecznie po drodze pełnej mąk i cierpień, dojechał do szkoły z mandatem i spóźnieniem. Dryndnie do braciszka, na pewno mu da kasę na ten fant. W budynku szkoły spotkały go komentarze, że w jesieni nie powinien nosić się tak lekko, na co tylko wzruszył ramionami.
  Matmę jak zwykle prawie przespał, cudem zdążył przepisać zadanie domowe, którego pewnie i tak nie odrobi, fizyka już była ciekawsza, bo wynalazł eksperyment w postaci rzucania gąbkami w innych, by udowodnić, że z tak małą prędkością nie staną się czyjąś satelitą. Zarobił przez to uwagę, ale jak zwykle to zlał. Chemia w sumie też była ciekawa, ale dupy nie urywała.
  W końcu opuścił budynek szkoły, myśląc, jak dogadać się z Vladem, by zapłacił za ten piekielny mandat. Wyjął zmaltretowany telefon z kieszeni, wybierając jego numer. Wsiadł tymczasem na motor, walcząc z protestującym silnikiem. Kiedy ten w końcu wydał z siebie chorobliwy charkot, ruszył powoli, wsłuchując się w wyjątkowo irytujący sygnał.
 – No siemson, słuchaj, jest taki dyngs, uśmiejesz się, bo widzisz, psy mnie złapały bo nie miałem tej głupiej czapki, wyobrażasz sobie? – śmiał się i nie bardzo zwracał uwagi na drogę, zaczynając przypominać dyrygenta od samochodowych klaksonów. Przyhamował, głośniejszy klakson, ruszył, cichszy. – Taak, tak jakby mnie capnęli i dlatego, mój drogi bracie, dzwonię do ciebie, bo widzisz braciszku, nie mam kaski, wypłatę mam za dwa tygodnie i... Ale jak to nie? No ej, bro, nie bądź taki! Dziubas, mordo, kolego, ziomuś!  Pomóż w potrzebie, jesteś teraz jak... Kurwa! – Ryknął, kiedy spojrzał przed siebie, a jedyne co zobaczył to jakaś sylwetka na tle biało-czarnych pasów. Zahamował gwałtownie, telefon wypadł mu z ręki i rozbił się o ziemię, bezpowrotnie tracąc życie, zostawiając obrażonego brata. W tym samym czasie nastąpiło ciche puk i krzyki. Ups.

Eliott?

Viktor Dmitrij Uvarov

 Welcome back to the bonus round!

AUTOR||  Dane DeHaan
DANE || Viktor Dmitrij Uvarov
WIEK || 22 lata
Szablon
synestezja
panda graphics