Widocznie rozbawiony obserwował powolne ruchy towarzysza, który chyba całkiem wczuł się w piosenkę, a jego myśli powędrowały gdzieś hen daleko. Jego skupiona mina dosyć śmieszyło przez co z ust Eliotta wydobyło się ciche parsknięcie, którym jednak Viktor zdawał się nie przejąć. Tak wkręcił się w dany utwór, a jego kroki może i były całkiem chaotyczne, ale blondyn stwierdził, że są też na swój sposób urocze. A może to po prostu jego zaangażowanie było... Jakieś głupio urocze. Pod koniec piosenki Viktor zdawał się wracać do żywych i świadomych, więc Eliott odwrócił wzrok poprawiając się na łóżku, na którym mimo bólu wszystkiego, przed chwilą nieźle skakał. Młodszy chłopak poprawił włosy, które od tych kocich ruchów kompletnie zasłoniły jego niebieskie oczy i spojrzał na tego drugiego.
- Prześlesz mi trochę tego twojego cuda? - zaśmiał się Eliott upewniwszy się, że chłopak już na dobre skończył swój dziwny występ - Skleję z tego coś kozackiego! - dodał szczerze żałując, że nie ma tutaj dostępu do swoich sprzętów, bo taka wena nie trafia mu się zbyt często.
- Mówisz masz, kaleko - podał chłopakowi swój telefon, żeby ten mógł poprzesyłać je sobie - Co masz zamiar z tego zrobić? - dopytał może zaciekawiony, a może po prostu z byle powodu.
- Zobaczysz jak w końcu stąd wyjdę - opadł na poduszkę obserwując swój wielki gips na nodze, pod którym skóra cholernie go swędziała, ale nie miał jak się tam podrapać.
Co prawda próbował wpychać tam już łyżkę czy nóż, ale pielęgniarka przyłapując go na tym tylko krzyczała, że nie powinien tak robić. Tak czy siak nie przynosiło to żadnych efektów, więc jej kazania były bezcelowe. Ta kupa gipsu była dla niego jednym wielkim utrudnieniem, ale gdy przypomniał sobie jedyną ich zaletę, zerwał się żeby wygrzebać z szuflady czarny marker. Bez ostrzeżenia rzucił nim w stronę Viktora, który w ostatniej chwili złapał go w ręce po czym spiorunował Eliotta zdezorientowanym wzrokiem.
- No i na co się gapisz? Nie wiesz co z tym zrobić? - chłopak uniósł jedną brew i wskazał na swój gips ciągnący się po kolano, przez co nie mógł nawet zgiąć nogi.
- Przecież wiem - parsknął jakby od razu zaczaił o co mi chodzi i podszedł bliżej.
Przysiadł na krawędzi łóżka i spojrzał na bialutki gips stukając się mazakiem w policzek zastanawiając się, co może na nim zostawić. Przez chwilę wydawał się nieźle skupiony, lecz po chwili chamsko parsknął śmiechem i nachylił się przystawiając pisak do twardej powierzchni. Eliott leżał i nie widział, co dzieje się niżej, a słyszał tylko zgrzyt mazaka przesuwającego się po chropowatym gipsie i cierpliwie czekał. Trwało to całkiem długo, więc zaczął powoli żałować swojej decyzji dochodząc do wniosku, że z Viktorem nigdy nie wiadomo. Co prawda potrafił umilić chłopakowi popołudnie urządzając w jego pokoju małą dyskotekę, więc czemu teraz mogło pójść źle, prawda? Po kilku długich minutach młodszy w końcu podniósł się zamykając pisadło i odłożył je na szafkę obok łóżka szpitalnego. Potem wrócił spojrzeniem na swoje dzieło i przez dalszą minutę obserwował je z rękami na biodrach cicho podśmiewując się pod nosem.
- Co to jest? Coś ty zrobił? - zmarszczył brwi wypytując go z niepokojem, po czym podniósł się do siadu i spojrzał na dzieło niczym spod ręki Leonardo da Vinci.
No, gdyby tak tylko zmrużyć nieco lewe oko, a prawe może trochę bardziej. Eliott podniósł wzrok i napotkał rozbawione spojrzenie Viktora, który był widocznie zadowolony ze swojej roboty. Starszy za to ewidentnie miał ochotę po raz drugi go udusić i chyba nawet zaczął zastanawiać się ponownie nad pozwaniem go do sądu.
- To żart jest? - uniósł wysoko brwi patrząc to na gips, to na Viktora.
- A wygląda? Czego chcesz, przecież to prawdziwe dzieło sztuki, człowieku - wzruszył ramionami nie mogąc pozbyć się z twarzy tego głupiego uśmieszku.
Poszkodowany tym razem to już podwójnie, sięgnął po poduszkę znajdującą się za jego plecami i z wielkim rozmachem rzucił nią w przeklętego dowcipnisia. Ten oczywiście i ku oczekiwaniem Eliotta, dostał prosto w twarz i cofnął się o krok jakby miał zaraz stracić równowagę. Tym razem to starszemu było do śmiechu, ale wolał się opanować, żeby nie dostać czegoś w zamian.
Vikciu? co tam nabazgrales? XD
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eliott&Viktor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eliott&Viktor. Pokaż wszystkie posty
9.07.2019
6.07.2019
Od Viktora CD Eliotta
– To – wyjął z kieszeni niepozorny, czarny przedmiot, który okazał się być zacnym głośnikiem firmy JBL. – Oprowadzę cię po niesamowitym, transetnendtym... transcednetn... transcendentnym – wykrztusił w końcu. – Świecie twórczości, jaką jest rosyjski trap – dokończył, machając głośnikiem jak uciekinier z oddziału psychiatrycznego, w srkrócie – jak pojeb.
Twarz Eliotta wyrażała jednocześnie zaciekawienie i niepokój.
– W jaki sposób? – zapytał powoli, patrząc, jak Viktor włącza głośnik. Miał wbudowaną pamięć, więc nie było problemu z muzyką. – Chyba nie zamierzasz...
Nie dokończył, gdy nagle z głośnika dosłownie pierdolnęła dudniąca muza z rosyjskimi bluzgami. Akurat na dropa trafili. Powietrze aż wibrowało od basu, a Viktor nie wydawał się być tym przejęty. Wręcz przeciwnie – zacisnął usta wczuwszy (jest takie słowo? XD bo mi na czerwono nie podkresla lmao) się w bit, zaczynając znów machać rękoma jako nieudolny taniec. Kocie ruchy. A wszystkie były podejrzanie podobne do tych z fortnite'a. Zło.
Eliott początkowo siedział jak wryty, po czym zamrugał, spojrzał na Viktora i parsknął, szczerząc mordę jak głupi. Zaczął samemu podrygiwać w takt muzyki na tyle, na ile pozwalały mu jego obrażenia.
Razem densili w najlepsze dopóty, dopóki nie wbiła na salę czerwona na ryju pielęgniarka.
– WYŁĄCZCIE TĄ MUZYKĘ – zaryczała jak tur, to chyba była ta co poprzednio wywaliła Viktora za drzwi po jego włamaniu do szpitala.
Rosjanin tylko spojrzał na nią wzrokiem mogącym konkurować z tym okiem Saurona zWładcy Pierścieni. Czy tam Hobbita. Mimo tego posłusznie wyłączył głośnik, a raczej ściszył do minimalnego poziomu.
– Zaraz naprawdę otrzymasz zakaz wstępu – wydyszała pięlęgniarka, trzymająca się na uszy.
– Poniosło nas, to się nie powtórzy – zapewnił ją Eliott z miną cwaniaczka. Kobieta popatrzyła po nich, pogroziła tłustym paluchem i wyszła.
Chwilę trwała cisza, podczas której gapili się w tępo w drzwi. Viktor powoli podgłaśniał muzykę, a gdy osiągnęła poziom głośności przypominającej tą, z którą nastolatkowie na ulicy puszczali muzę, spojrzeli się na siebie i zaczęli opętańczo śmiać.
– Osz w mordę jeża – wykrztusił Eliott, łapiąc się za płuco. W sensie za klatkę piersiową, bo płuco go bolało.
– Osz w dupę jeża! – zawtórował mu Viktor, nie wiedząc w pierwszej chwili, co zrobić. W końcu podszedł do chłopaka i walnął go w plecy.
– Osza... lałeś? – Eliott zakrztusił się bardziej, walcząc o życie.
– No co, tak się robi, jak ktoś się dusi – stwierdził beztrosko Rosjanin. – Na edb było.
– Ale nie jak ktoś ma złamane żebra, ty debilu! – poszkodowany zaczerpnął gwałtownie powietrza i się powoli uspokoił. W sumie pomogło, tylko spowodowało większy ból.
– A. Faktycznie, to się wydaje logiczne – mruknął Vitya, poważnie zamyślony.
Został tylko obrzucony niedowierzającym spojrzeniem ze strony Eliotta, który po chwili padł zmęczony na łóżko.
– Ale muza zajebista – powiedział po kilku minutach, podczas których owa muzyka nadal leciała.
– Co nie? – twarz Viktora się rozjaśniła, w utwierdzeniu że znalazł bratnią duszę. No bo ten kto chociaż trochę lubi i ceni ruski trap, jest bogiem! – Mam tego mnóstwo, to mnie wychowało.
– Widać – mruknął Eliott z wyraźnym rozbawieniem, czego Vitya znów oczywiście nie zauważył, pochłonięty pseudo tańcem, w który był bardzo zaangażowany. Może nawet ciut za bardzo.
– Aż zacząłem tęsknić za krajem – jęknął melancholijnie Viktor, z zamkniętymi oczami kiwając się w rytm muzyki, wsłuchany w swój ojczysty język. Może i brzmi to słodko, ale szczerze – wyglądał jak ktoś na wielkim haju.
To opowiadanie nie jest sponsorowane przez firmę JBL.
Eliott? Sry ze tak krotko ale mam jeszcze inne opo do odpisania xDD
Twarz Eliotta wyrażała jednocześnie zaciekawienie i niepokój.
– W jaki sposób? – zapytał powoli, patrząc, jak Viktor włącza głośnik. Miał wbudowaną pamięć, więc nie było problemu z muzyką. – Chyba nie zamierzasz...
Nie dokończył, gdy nagle z głośnika dosłownie pierdolnęła dudniąca muza z rosyjskimi bluzgami. Akurat na dropa trafili. Powietrze aż wibrowało od basu, a Viktor nie wydawał się być tym przejęty. Wręcz przeciwnie – zacisnął usta wczuwszy (jest takie słowo? XD bo mi na czerwono nie podkresla lmao) się w bit, zaczynając znów machać rękoma jako nieudolny taniec. Kocie ruchy. A wszystkie były podejrzanie podobne do tych z fortnite'a. Zło.
Eliott początkowo siedział jak wryty, po czym zamrugał, spojrzał na Viktora i parsknął, szczerząc mordę jak głupi. Zaczął samemu podrygiwać w takt muzyki na tyle, na ile pozwalały mu jego obrażenia.
Razem densili w najlepsze dopóty, dopóki nie wbiła na salę czerwona na ryju pielęgniarka.
– WYŁĄCZCIE TĄ MUZYKĘ – zaryczała jak tur, to chyba była ta co poprzednio wywaliła Viktora za drzwi po jego włamaniu do szpitala.
Rosjanin tylko spojrzał na nią wzrokiem mogącym konkurować z tym okiem Saurona zWładcy Pierścieni. Czy tam Hobbita. Mimo tego posłusznie wyłączył głośnik, a raczej ściszył do minimalnego poziomu.
– Zaraz naprawdę otrzymasz zakaz wstępu – wydyszała pięlęgniarka, trzymająca się na uszy.
– Poniosło nas, to się nie powtórzy – zapewnił ją Eliott z miną cwaniaczka. Kobieta popatrzyła po nich, pogroziła tłustym paluchem i wyszła.
Chwilę trwała cisza, podczas której gapili się w tępo w drzwi. Viktor powoli podgłaśniał muzykę, a gdy osiągnęła poziom głośności przypominającej tą, z którą nastolatkowie na ulicy puszczali muzę, spojrzeli się na siebie i zaczęli opętańczo śmiać.
– Osz w mordę jeża – wykrztusił Eliott, łapiąc się za płuco. W sensie za klatkę piersiową, bo płuco go bolało.
– Osz w dupę jeża! – zawtórował mu Viktor, nie wiedząc w pierwszej chwili, co zrobić. W końcu podszedł do chłopaka i walnął go w plecy.
– Osza... lałeś? – Eliott zakrztusił się bardziej, walcząc o życie.
– No co, tak się robi, jak ktoś się dusi – stwierdził beztrosko Rosjanin. – Na edb było.
– Ale nie jak ktoś ma złamane żebra, ty debilu! – poszkodowany zaczerpnął gwałtownie powietrza i się powoli uspokoił. W sumie pomogło, tylko spowodowało większy ból.
– A. Faktycznie, to się wydaje logiczne – mruknął Vitya, poważnie zamyślony.
Został tylko obrzucony niedowierzającym spojrzeniem ze strony Eliotta, który po chwili padł zmęczony na łóżko.
– Ale muza zajebista – powiedział po kilku minutach, podczas których owa muzyka nadal leciała.
– Co nie? – twarz Viktora się rozjaśniła, w utwierdzeniu że znalazł bratnią duszę. No bo ten kto chociaż trochę lubi i ceni ruski trap, jest bogiem! – Mam tego mnóstwo, to mnie wychowało.
– Widać – mruknął Eliott z wyraźnym rozbawieniem, czego Vitya znów oczywiście nie zauważył, pochłonięty pseudo tańcem, w który był bardzo zaangażowany. Może nawet ciut za bardzo.
– Aż zacząłem tęsknić za krajem – jęknął melancholijnie Viktor, z zamkniętymi oczami kiwając się w rytm muzyki, wsłuchany w swój ojczysty język. Może i brzmi to słodko, ale szczerze – wyglądał jak ktoś na wielkim haju.
To opowiadanie nie jest sponsorowane przez firmę JBL.
Eliott? Sry ze tak krotko ale mam jeszcze inne opo do odpisania xDD
28.06.2019
Od Eliotta CD Viktora
Z lekkim uśmiechem rozbawienia obserwowałem, jak chłopak szybko znika za drzwiami, a pielęgniarce, która prawie za nim pobiegła buchała para z uszu ze wściekłości. Gdy jej stan już się nieco polepszył, zwróciła się do Eliotta z niemal inaczej wyglądającą twarzą i innym, cieplejszym tonem głosu.
- Kochany, nic ci nie zrobił tamten dzieciak? I tak już jesteś wystarczająco poobijany - spojrzała na blondyna z przejętą miną niczym zmartwiona babcia swojego ukochanego wnuczka.
- Nie, proszę się nie martwić - powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, cała ta sytuacja nieźle go rozbawiła - To kolega. Będzie do mnie zaglądał, więc może go pani wpisać na listę odwiedzających.
Kobieta stała przez chwilę jak wryta pewnie uświadamiając sobie, że zrobiła to całe przedstawienie na darmo i niepotrzebnie zdarła sobie gardło. Po chwili jednak przybrała wcześniejszą postawę i poprosiła Eliotta o nazwisko kolegi, żeby mogła go wpisać na listę. Ten oczywiście znał tylko jego imię, ale to pielęgniarce wystarczyło. Zapytała jeszcze pacjenta o jego samopoczucie i ustaliła mu badania na jutro, po czym wyszła zostawiając go samego. Chłopak cicho westchnął stwierdzając, że całe to zajście było najciekawszym wydarzeniem od kiedy pojawił się w tym pokoju. Dopiero teraz uświadomił sobie jak bardzo brakowało mu jakiejś pozytywnej lub trochę mniej, osoby w otoczeniu, a jeżeli teraz Viktor będzie go odwiedzał, to rozrywkę ma już zapewnioną. Do momentu, aż nie poznał sprawcy wypadku miał w cichych planach sam go odnaleźć i pozwać do sądu, żeby spotkała go jakaś należyta kara. Aczkolwiek po zapoznaniu się z nim odpuścił stwierdzając, że pewnie i tak ma na głowie już sporo problemów z ingerencją policji. Nie żeby coś, ale czego się można spodziewać po buntownikach gadających przez telefon jadąc motorem prawie w środku nocy. Eliott w końcu zgasił lampkę stojącą na szafce obok i położył się sztywno na łóżku. Dopiero teraz prawdziwie zatęsknił za swoją brzydką kanapą, na której przynajmniej mógł ułożyć się w jakiejkolwiek pozycji chciał. Tutaj nie miał wielu możliwości mniej więcej dlatego, że każdy ruch sprawiał mu irytujący ból. Nie minęło jednak długo, a chłopak zasnął z otwartą buzią co groziło pobudzeniem wszystkich w szpitalu jego późniejszym, dosyć donośnym chrapaniem.
Z rana zbudził go lekarz, który wstąpił do pokoju chcąc zabrać go na badania. Eliott ledwo przytomny z początku zupełnie nie sczaił o co chodzi, bo zawsze z rana budziła go przemiła, młoda pielęgniarka ze śniadaniem. Mężczyzna widząc jego zakłopotanie wyjaśnił, że na te badania musi być na czczo i krótko po przebudzeniu. Blondynowi nie sprawiało to żadnych problemów, gdyż do innej sali wieziony był na specjalnym wózku i nie musiał się ruszać samodzielnie. Pozwolił lekarzowi i pielęgniarce przesadzić się na niski wózek podczas czego nie obyło się bez wielu przekleństw z jego strony. Złamane żebra i poobijane kości dawały we znaki i po tych wszystkich lekach wcale nie czuł się tak lepiej, jak powinien. A to dziwne, bo przez jego przeklęty dar powinien chyba lepiej lizać rany. Niespodzianka, frajerze. Całą drogę do gabinetu doktora skarżył się pielęgniarce, która go wiozła na ból i śniadania, które mogłyby zawierać nieco więcej jajecznicy i boczku. Za sobą słyszał tylko ciche westchnienia rezygnacji, na co miał odpowiadać już kolejnymi skargami, ale w porę dotarli do gabinetu. Na miejscu lekarz wypytał go o wszystko co możliwe, sprawdził jego stan ogólny, zrobił prześwietlenie, przypisał leki. Musiał oczywiście wszystko spisywać Eliottowi na kartce, bo mimo, iż chłopak miał swoje lata to z pamięcią miał problemy możliwe większe, niż babcie ze sklerozą. Po całej wizycie został odwieziony do swojej sali, a po drodze powiadomiono go, że jeszcze dzisiaj rozpocznie rehabilitację i dostanie kule do poruszania się o własnych siłach. Był nieco zniesmaczony, że teraz będzie musiał radzić sobie sam i nikt nie odwali za niego całej roboty. Eliotta już wprowadzano do jego pokoju, gdy zauważył przy recepcji kłócącego się sprawcę wypadku. Najwidoczniej nadal miał problemy z przedostaniem się do jego sali, więc postanowił pomóc.
- Pani przepuści tego chłopaka, on do mnie - skinął głową na pielęgniarkę, która prowadziła jego wózek.
Kobieta na te słowa pokiwała głową i podeszła do niższego blondyna przy tym samym dając znać koleżance zza lady, że chłopak ma pozwolenie do przejścia. Viktor tylko zaśmiał się i posłał babie lekceważące spojrzenie dając jej do zrozumienia, że wygrał tą bitwę. Gdy wrócił z pielęgniarką i zauważył Eliotta na wózku, przechylił nieco głowę na bok i wszedł za nim do sali.
- Totalnym inwalidą nie zostałeś po tym wypadku, co nie? - zapytał ni to z przekąsem, ni z zaniepokojeniem.
- Kto wie, może już nigdy nie stanę na nogi o własnych siłach - udał zmartwienie wywołując u towarzysza zdziwione spojrzenie - Zluzuj, od dzisiaj zaczynam rehabilitację - dodał przewracając oczami, gdy pielęgniarka pomagała mu ułożyć się na łóżku.
Przemiła pani podpięła go jeszcze pod kroplówkę, odstawiła wózek w róg sali i wyszła zostawiając chłopaków samych.
- A więc? Co mi ciekawego na dzisiaj zorganizowałeś? - uśmiechnął się głupio podkładając ręce pod głowę, żeby ułożyć się wygodnie na poduszce.
Viktor? (najlepszego bubo!)
- Kochany, nic ci nie zrobił tamten dzieciak? I tak już jesteś wystarczająco poobijany - spojrzała na blondyna z przejętą miną niczym zmartwiona babcia swojego ukochanego wnuczka.
- Nie, proszę się nie martwić - powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, cała ta sytuacja nieźle go rozbawiła - To kolega. Będzie do mnie zaglądał, więc może go pani wpisać na listę odwiedzających.
Kobieta stała przez chwilę jak wryta pewnie uświadamiając sobie, że zrobiła to całe przedstawienie na darmo i niepotrzebnie zdarła sobie gardło. Po chwili jednak przybrała wcześniejszą postawę i poprosiła Eliotta o nazwisko kolegi, żeby mogła go wpisać na listę. Ten oczywiście znał tylko jego imię, ale to pielęgniarce wystarczyło. Zapytała jeszcze pacjenta o jego samopoczucie i ustaliła mu badania na jutro, po czym wyszła zostawiając go samego. Chłopak cicho westchnął stwierdzając, że całe to zajście było najciekawszym wydarzeniem od kiedy pojawił się w tym pokoju. Dopiero teraz uświadomił sobie jak bardzo brakowało mu jakiejś pozytywnej lub trochę mniej, osoby w otoczeniu, a jeżeli teraz Viktor będzie go odwiedzał, to rozrywkę ma już zapewnioną. Do momentu, aż nie poznał sprawcy wypadku miał w cichych planach sam go odnaleźć i pozwać do sądu, żeby spotkała go jakaś należyta kara. Aczkolwiek po zapoznaniu się z nim odpuścił stwierdzając, że pewnie i tak ma na głowie już sporo problemów z ingerencją policji. Nie żeby coś, ale czego się można spodziewać po buntownikach gadających przez telefon jadąc motorem prawie w środku nocy. Eliott w końcu zgasił lampkę stojącą na szafce obok i położył się sztywno na łóżku. Dopiero teraz prawdziwie zatęsknił za swoją brzydką kanapą, na której przynajmniej mógł ułożyć się w jakiejkolwiek pozycji chciał. Tutaj nie miał wielu możliwości mniej więcej dlatego, że każdy ruch sprawiał mu irytujący ból. Nie minęło jednak długo, a chłopak zasnął z otwartą buzią co groziło pobudzeniem wszystkich w szpitalu jego późniejszym, dosyć donośnym chrapaniem.
Z rana zbudził go lekarz, który wstąpił do pokoju chcąc zabrać go na badania. Eliott ledwo przytomny z początku zupełnie nie sczaił o co chodzi, bo zawsze z rana budziła go przemiła, młoda pielęgniarka ze śniadaniem. Mężczyzna widząc jego zakłopotanie wyjaśnił, że na te badania musi być na czczo i krótko po przebudzeniu. Blondynowi nie sprawiało to żadnych problemów, gdyż do innej sali wieziony był na specjalnym wózku i nie musiał się ruszać samodzielnie. Pozwolił lekarzowi i pielęgniarce przesadzić się na niski wózek podczas czego nie obyło się bez wielu przekleństw z jego strony. Złamane żebra i poobijane kości dawały we znaki i po tych wszystkich lekach wcale nie czuł się tak lepiej, jak powinien. A to dziwne, bo przez jego przeklęty dar powinien chyba lepiej lizać rany. Niespodzianka, frajerze. Całą drogę do gabinetu doktora skarżył się pielęgniarce, która go wiozła na ból i śniadania, które mogłyby zawierać nieco więcej jajecznicy i boczku. Za sobą słyszał tylko ciche westchnienia rezygnacji, na co miał odpowiadać już kolejnymi skargami, ale w porę dotarli do gabinetu. Na miejscu lekarz wypytał go o wszystko co możliwe, sprawdził jego stan ogólny, zrobił prześwietlenie, przypisał leki. Musiał oczywiście wszystko spisywać Eliottowi na kartce, bo mimo, iż chłopak miał swoje lata to z pamięcią miał problemy możliwe większe, niż babcie ze sklerozą. Po całej wizycie został odwieziony do swojej sali, a po drodze powiadomiono go, że jeszcze dzisiaj rozpocznie rehabilitację i dostanie kule do poruszania się o własnych siłach. Był nieco zniesmaczony, że teraz będzie musiał radzić sobie sam i nikt nie odwali za niego całej roboty. Eliotta już wprowadzano do jego pokoju, gdy zauważył przy recepcji kłócącego się sprawcę wypadku. Najwidoczniej nadal miał problemy z przedostaniem się do jego sali, więc postanowił pomóc.
- Pani przepuści tego chłopaka, on do mnie - skinął głową na pielęgniarkę, która prowadziła jego wózek.
Kobieta na te słowa pokiwała głową i podeszła do niższego blondyna przy tym samym dając znać koleżance zza lady, że chłopak ma pozwolenie do przejścia. Viktor tylko zaśmiał się i posłał babie lekceważące spojrzenie dając jej do zrozumienia, że wygrał tą bitwę. Gdy wrócił z pielęgniarką i zauważył Eliotta na wózku, przechylił nieco głowę na bok i wszedł za nim do sali.
- Totalnym inwalidą nie zostałeś po tym wypadku, co nie? - zapytał ni to z przekąsem, ni z zaniepokojeniem.
- Kto wie, może już nigdy nie stanę na nogi o własnych siłach - udał zmartwienie wywołując u towarzysza zdziwione spojrzenie - Zluzuj, od dzisiaj zaczynam rehabilitację - dodał przewracając oczami, gdy pielęgniarka pomagała mu ułożyć się na łóżku.
Przemiła pani podpięła go jeszcze pod kroplówkę, odstawiła wózek w róg sali i wyszła zostawiając chłopaków samych.
- A więc? Co mi ciekawego na dzisiaj zorganizowałeś? - uśmiechnął się głupio podkładając ręce pod głowę, żeby ułożyć się wygodnie na poduszce.
Viktor? (najlepszego bubo!)
27.06.2019
Od Viktora CD Eliotta
– Da, wspierać... – tamte słowa wyrzucił oczywiście będąc w gorącej wodzie kąpanym. Plan był taki, żeby powiedzieć coś miłego i wyjść z zupełnie czystym sumieniem i dalej ciągnąć swoją marną egzystencję, jednak nie przemyślał zupełnie, że jego własne słowa mogłyby go obciążyć i odwrócić się przeciwko niemu. – Okej, mam pomysł! – zatarł ręce jakby wpadł na pomysł godny Nobla. – Najpierw mi powiedz, co lubisz – przyjął pozę poważnego analityka psychologa. Taa, psycholog z niego prędzej taki który wrzuca ludziom tabletkę gwałtu do napoju mówiąc, że wyleczy ich z depresji.
Eliott tylko uniósł brew, chyba niezbyt przekonany co do entuzjazmu Viktora. W sumie słusznie. Rosjanin wpatrywał się w niego wyczekująco, a jego ochoczość nie była raczej wywołana szczerą chęcią pomocy, tylko po prostu potrzebą wybrnięcia z sytuacji.
– Muzyka – mruknął lakonicznie poszkodowany, a Viktor klasnął w kolano.
– I bajlando! Nie umiem na niczym grać poza ekspresem do kawy, ale moglibyśmy się rozwodzić nad istotą dźwięków – zarzucił grzywką. O, taki sprytny jest. Co z tego, że jedyne tematy muzyczne w jego zakresie to były ksywy sławnych, ruskich raperów czy trapowych wykonawców. – Albo! Orkiestrę zamówię. Będzie ci umilać czas.
– Chyba podziękuję – Eliott uśmiechnął się lekko wymuszenie, ale oczywiście Viktor tego nie odczytał. W tej chwili był na to za głupi.
– Jak sobie chcesz. W sumie lepiej dla mnie, nie byłoby mnie stać – wydął głupkowato wargi, a leżący chłopak spojrzał na niego jakby chciał zapytać po co to proponował.
Rosjanin totalnie nie zauważał, że właśnie robił z siebie kompletnego idiotę. Dla niego liczył się fakt, iż pierwszy punkt planu został zaliczony, to jest – udobruchać potrąconego tak,by nie pozywał go do sądu. Wtedy nawet Vladan by go nie wypłacił.
– W każdym razie – zaczął na nowo. – Coś wymyślę, nie bój się – wystawił uspokajająco rękę, mimo że Eliott w ogóle tego nie potrzebował. No ale Viktor wiedział swoje!
W tym momencie do sali weszła jakaś pielęgniarka.
– Co pan tu robi? – oburzyła się. – Jest zakaz odwiedzin o tej porze, jak pan tu wszedł?
– Ale trajkocze, nie? – Rosjanin zwrócił się do Eliotta, kompletnie ignorując babę, na co ta zareagowała głośniejszym krzykiem. – Ja chyba muszę lecieć, jak widzisz mam problem.
– Chwila, Jadźka mi opowiadała o kimś, kto chciał wejść do tego pacjenta, to pan?! – pielęgniarka już przyjmowała postawę wściekłego tura. – Zaraz wezwę policję, jeśli w tej chwili pan nie wyjdzie!
– A to tak można? – zdziwił się na poważnie Viktor, wywołując u kobiety jeszcze większą złość i niedowierzanie. – Dobra, widzimy się jutro! – machnął do Eliotta, ale to też spotkało się z protestem pielęgniarki.
– Nigdzie się pan nie widzi, wszedł pan nielegalnie! – wykurzała go kobieta. Viktor pomyślał, że to kobieta dawnych obyczajów. O co ten bulwers? W ogóle można dać zakaz wstępu do szpitala? Jeśli tak, to miał nowe osiągnięcie w życiu.
Rzucił jeszcze lekko wybuziaczkowane 'pa pa' do chłopaka, po czym, krótko mówiąc, spierdolił ze szpitala. Następnym razem wejdzie przez okno. Jak włamywacz, he he.
Jego ukochany benel stał tam, gdzie stał, więc bardzo zadowolony i dumny z siebie wsiadł na niego i, oczywiście znowu bez kasku, pojechał do domu. Po drodze złapał kolejny mandat za owe przewinienie, a później jeszcze za rozmowę przez telefon podczas jazdy, gdyż postanowił zadzwonić do brata, by okazać mu swój triumf, że nie został a ż tak opierdzielony przez potrąconego kolesia. Podzielił się jeszcze z Vladem uwagą, że to spoko koleś, ładny i fajny, na co Vlad stwierdził, że to Viktorowi przydałoby się leczenie w tym szpitalu. Potem Viktor opowiedział dumny do końca całą historię, przez co został obrzucony przez brata najróżniejszymi synonimami słowa 'debil' czy 'niedorozwój'.
Kiedy był w domu, rzucił mandaty na stertę innych mandatów, oczywiście nieopłaconych, niektórych już nawet tak starych, że sąd o nich dawno zapomniał, po czym padł na łóżko, które podejrzanie zaskrzypiało. Rupieć. Zrobił wycieczkę krajoznawczą do kuchni po kawę, bo po co innego, ewentualnie chińską zupkę, ostateczne kminiąc nad jutrzejszym 'wsparciem' dla Eliotta.
Poddał się, zasnąwszy po wypiciu kawy i niedojedzeniu zupki.
Eliott tylko uniósł brew, chyba niezbyt przekonany co do entuzjazmu Viktora. W sumie słusznie. Rosjanin wpatrywał się w niego wyczekująco, a jego ochoczość nie była raczej wywołana szczerą chęcią pomocy, tylko po prostu potrzebą wybrnięcia z sytuacji.
– Muzyka – mruknął lakonicznie poszkodowany, a Viktor klasnął w kolano.
– I bajlando! Nie umiem na niczym grać poza ekspresem do kawy, ale moglibyśmy się rozwodzić nad istotą dźwięków – zarzucił grzywką. O, taki sprytny jest. Co z tego, że jedyne tematy muzyczne w jego zakresie to były ksywy sławnych, ruskich raperów czy trapowych wykonawców. – Albo! Orkiestrę zamówię. Będzie ci umilać czas.
– Chyba podziękuję – Eliott uśmiechnął się lekko wymuszenie, ale oczywiście Viktor tego nie odczytał. W tej chwili był na to za głupi.
– Jak sobie chcesz. W sumie lepiej dla mnie, nie byłoby mnie stać – wydął głupkowato wargi, a leżący chłopak spojrzał na niego jakby chciał zapytać po co to proponował.
Rosjanin totalnie nie zauważał, że właśnie robił z siebie kompletnego idiotę. Dla niego liczył się fakt, iż pierwszy punkt planu został zaliczony, to jest – udobruchać potrąconego tak,by nie pozywał go do sądu. Wtedy nawet Vladan by go nie wypłacił.
– W każdym razie – zaczął na nowo. – Coś wymyślę, nie bój się – wystawił uspokajająco rękę, mimo że Eliott w ogóle tego nie potrzebował. No ale Viktor wiedział swoje!
W tym momencie do sali weszła jakaś pielęgniarka.
– Co pan tu robi? – oburzyła się. – Jest zakaz odwiedzin o tej porze, jak pan tu wszedł?
– Ale trajkocze, nie? – Rosjanin zwrócił się do Eliotta, kompletnie ignorując babę, na co ta zareagowała głośniejszym krzykiem. – Ja chyba muszę lecieć, jak widzisz mam problem.
– Chwila, Jadźka mi opowiadała o kimś, kto chciał wejść do tego pacjenta, to pan?! – pielęgniarka już przyjmowała postawę wściekłego tura. – Zaraz wezwę policję, jeśli w tej chwili pan nie wyjdzie!
– A to tak można? – zdziwił się na poważnie Viktor, wywołując u kobiety jeszcze większą złość i niedowierzanie. – Dobra, widzimy się jutro! – machnął do Eliotta, ale to też spotkało się z protestem pielęgniarki.
– Nigdzie się pan nie widzi, wszedł pan nielegalnie! – wykurzała go kobieta. Viktor pomyślał, że to kobieta dawnych obyczajów. O co ten bulwers? W ogóle można dać zakaz wstępu do szpitala? Jeśli tak, to miał nowe osiągnięcie w życiu.
Rzucił jeszcze lekko wybuziaczkowane 'pa pa' do chłopaka, po czym, krótko mówiąc, spierdolił ze szpitala. Następnym razem wejdzie przez okno. Jak włamywacz, he he.
Jego ukochany benel stał tam, gdzie stał, więc bardzo zadowolony i dumny z siebie wsiadł na niego i, oczywiście znowu bez kasku, pojechał do domu. Po drodze złapał kolejny mandat za owe przewinienie, a później jeszcze za rozmowę przez telefon podczas jazdy, gdyż postanowił zadzwonić do brata, by okazać mu swój triumf, że nie został a ż tak opierdzielony przez potrąconego kolesia. Podzielił się jeszcze z Vladem uwagą, że to spoko koleś, ładny i fajny, na co Vlad stwierdził, że to Viktorowi przydałoby się leczenie w tym szpitalu. Potem Viktor opowiedział dumny do końca całą historię, przez co został obrzucony przez brata najróżniejszymi synonimami słowa 'debil' czy 'niedorozwój'.
Kiedy był w domu, rzucił mandaty na stertę innych mandatów, oczywiście nieopłaconych, niektórych już nawet tak starych, że sąd o nich dawno zapomniał, po czym padł na łóżko, które podejrzanie zaskrzypiało. Rupieć. Zrobił wycieczkę krajoznawczą do kuchni po kawę, bo po co innego, ewentualnie chińską zupkę, ostateczne kminiąc nad jutrzejszym 'wsparciem' dla Eliotta.
Poddał się, zasnąwszy po wypiciu kawy i niedojedzeniu zupki.
Eliott?
19.05.2019
Od Eliotta CD Viktora
Przed oczami ciemność i pustka. Momentami wydawało się, że gdzieś w oddali migają niewyraźne światełka, niby przed chwilą rozpalone zapałki czy świeczki. Po chwili było widać nieco więcej, jak na przykład rozmazane twarze nieznajomych ludzi, którzy podawali coś między sobą i uciskali różne części ciała Eliotta będące w okropnym stanie. Sam chłopak nie odczuwał obecnie bólu, a był tak zmęczony i ospały, że postanowił odpuścić i z powrotem zasunąć powieki niczym czerwone kurtyny na koniec całego przedstawienia.
Kolejne podejście do wybudzenia się z tego dziwnego uciążliwego stanu poszło lepiej i zakończyło się powodzeniem. Blondyn nie czuł nóg ani rąk, mógł zaledwie poruszyć głową, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu i powoli wszystko sobie poukładać. Leżał na szpitalnym łóżku, w szpitalnej sali, z przyczepionymi jakimiś szpitalnymi sprzętami, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny szpitalny zapach. Eliott szybko zebrał w sobie nieco więcej sił, aby wesprzeć się na łokciach i unieść głowę nieco wyżej, a wtedy ujrzał kogoś, kogo nie spodziewał się ujrzeć już nigdy. Na krześle obok łóżka siedział Ricardo i ze znudzeniem robił coś na swoim telefonie. W ręce trzymał papierosa, a z jego ust wydobywał się dym, który niezbyt dobrze działał na zdrowie brata w obecnych okolicznościach. Sam starszy oczywiście się tym nie przejął, raczej nie obchodził go stan młodszego braciszka, który dosyć często wpadał w tarapaty.
- Rick? Co ty tutaj robisz? Co się stało? - zapytał Eliott chrapliwym głosem, który ledwo co wydostał się z jego gardła.
- Wezwali mnie, gdy zostałeś przywieziony tutaj po jakimś wypadku. Mówili coś, ale nie słuchałem. Wiem tyle, że wpadłeś pod koła jakiemuś kolesiowi, który siedzi teraz w areszcie - wzruszył ramionami nie odrywając wzroku od świecącego się ekranu. Było dosyć ciemno, a na jego twarz padały kolorowe światła, które co chwila się zmieniały, więc zapewne coś oglądał i był bardzo zniesmaczony, że nie może tego zrobić u siebie.
Po jego wytłumaczeniu Eliottowi zaczęło świtać, co stało się zeszłego wieczoru. Cóż, chyba zeszłego, nie wiedział ile dni był w śpiączce, a domyślał się, że od brata się tego nie dowie.
- Dobra, żyjesz, więc ja będę spadał - westchnął poirytowany Ricardo i podniósł się z krzesła zgniatając peta o parapet pod oknem, który i tak nie był zbytnio czysty.
- Ojciec wie? - dopytał cicho brata, gdy ten zdążył dojść do drzwi.
Rick przytrzymał się z ręką na klamce i tylko zerknął przez ramię na poszkodowanego.
- Wie, ale nie licz na to, że się tym przejął - parsknął chamsko - Zresztą nie tylko on. Nikt się tym nie przejął - dodał i bez pożegnania wyszedł z sali, zostawiając brata samego z tą okrutną prawdą.
Eliott przez chwilę jeszcze wpatrywał się w drzwi, które zamknęły się z trzaskiem, a słowa brata rozbrzmiewały w jego głowie. Nikt się tym nie przejął. Co prawda nic nowego. Nawet gdyby umarł braciszek wraz z kochanym ojcem żałowaliby chociażby urządzić mu pogrzeb. Blondyn zacisnął pięści na szorstkiej szpitalnej pościeli starając się powstrzymać te dziecinne łzy, które napłynęły mu do oczu, ale prawda jest taka, że nie umie z nimi walczyć. Powinien być dorosłym facetem jakim prawie jest, a nie rozklejać się, bo w jego życiu dosłownie nie ma miłości ani wsparcia. Szybko otarł żałosne łzy ręką akurat w chwili, gdy do pokoju weszła pielęgniarka z tacą z jedzeniem.
- Pański brat powiadomił, że pan się wybudził. Niestety musiał iść - ta, to nic dziwnego, pomyślał Eliott - Nie wiem, czy brat wyjaśnił panu co się stało. Potrącił pana motorzysta wczoraj wieczorem i trafił pan od razu na stół operacyjny. Ma pan złamaną nogę, kilka żeber, mnóstwo otarć skóry i lekkie wstrząśnienie mózgu - wyjaśniła stawiając tacę na stoliku obok i poczęła sprawdzać zawartość kroplówek i stan pacjenta - Szczerze panu powiem, że była taka możliwość, iż nie uda się pana odratować. Lekarze stwierdzili, że cudem pan w ogóle jeszcze oddychał po takim wypadku. Teraz proszę odpoczywać i zjeść jak poczuje się pan lepiej. Będzie pan musiał zostać tydzień pod naszą opieką, a potem pana zwolnimy.
- Dziękuję - wydukał nadal nie będąc w humorze na jakieś podziękowania czy inne pytania, które mógł jeszcze zadać.
Po chwili i pielęgniarka opuściła ponure pomieszczenie i Eliott został sam tym razem zapewne na dłużej. Dopiero teraz wysunął swoją nogę spod prześcieradeł i zobaczył na niej gruby, ciężki gips. Nie chciał widzieć nawet swojej twarzy, ale czuł na brwi i wardze kilka szwów, wokół których skóra niesamowicie go swędziała. Zirytowany walnął się na poduszki i cicho syknął, gdy wszystko w środku go przez to zabolało. Zaczął rozmyślać o tym, że mógł nie przeżyć. Może udało mu się, dzięki jego zdolnościom? W końcu wiedział, że jest silniejszy i bardziej wytrzymały niż zwykły śmiertelnik, więc może to przyczyniło się do jego szczęścia. Chyba pierwszy raz w życiu podziękował sobie za bycie przeklętym. Potem przypomniał sobie jeszcze o sprawcy wypadku, chociaż on sam też w pewnej mierze był tym co to spowodował. Szczerze nie wiedział, kto był kierowcą motoru, ale wiedział tyle, że jak go kiedyś spotka to urządzi mu podobne piekło. Eliott wiedział, że długo się z łóżka nie ruszy, a jego praca w sklepie, a tym bardziej w klubie pójdą w odstawkę na jakiś czas. Gotowało się w nim i chociaż układał sobie w głowie plany zemsty, był strasznie wyczerpany i po chwili postanowił odpuścić i jeszcze nieco odsapnąć. W końcu będzie musiał mieć siły do walki, prawda?
Minęły jakieś dwa, trzy dni, a Eliott stwierdził, że ciekawiej już było jego ostatniego dnia w pracy. Żarcie w szpitalu było okropne, łóżka i ubrania niewygodne, a w pokoju leżał sam i nawet nie miał do kogo się odezwać. Raz na jakiś czas odwiedziła go Kelly, żeby przynieść mu coś z jego mieszkania i poinformować, że przygarnęła Rhino do końca jego pobytu w szpitalu. Teraz Eliott docenił to, że chociaż jedna osoba go wspiera, chociaż tych pączków mu nie odpuściła. Tego dnia nudził się najbardziej, a jego jedynym zajęciem było wpatrywanie się w obrzydliwą zieloną ścianę oraz rozpalanie i gaszenie świeczki na parapecie za pomocą puszczenia iskry przez pstryknięcie palców. Nadal był ospały i słaby, ale było mu lepiej z każdą godziną. W końcu przygasił świeczkę na dobre i zwrócił wzrok w stronę szarych chmur za oknem, które jeszcze bardziej wprawiały go w zły nastrój. Jego nic nie robienie przerwało poruszenie się klamki, przez co od razu spojrzał na drzwi. Spodziewał się ujrzeć w nich Kelly, ale gdy do pokoju wszedł niski w porównaniu do niego blondyn, zmrużył podejrzanie oczy. Chłopak obejrzał się za siebie jakby w obawie, że ktoś go złapie i podszedł bliżej łóżka, a Eliott tylko pytająco się w niego wpatrywał.
- No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem - odparł szybko, a Eliott myślał, że wyskoczy z łóżka i rzuci mu się od gardła - Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie?
- Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? - warknął zniesmaczony obecnością nowego gościa - Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym.
- Przepraszam - blondyn był widocznie zmieszany i tylko uniósł ręce w geście obronnym.
- Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec - dodał wywracając oczami i dopiero gdy nieco zluzował przyjrzał się dokładniej owej postaci.
- Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia - odparł od razu przybierając pewniejszą postawę - Także ten, Viktor jestem.
- Eliott - odparł poszkodowany po dłuższej chwili namysłu, czy niejaki Viktor zasługuje na poznanie jego imienia.
- Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot. Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać - blondyn przyjął luźniejszą postawię i zarzucił włosami wydając się być już zupełnie oswojony z ową sytuacją. Nie można było tego powiedzieć, gdy wszedł i spięty tłumaczył się przed Eliottem.
Jak się czujesz samotny. Eliott aż parsknął na te słowa kręcąc głową z rezygnacją. Jak bardzo będzie to głupie, gdy teraz zacznie bratać się z chłopakiem, który prawie co go nie zabił? Z drugiej strony to tylko kilka dni, a mu wydawało się, że prędzej skoczy ze szpitalnego okna niż wytrzyma tutaj w totalnej nudzie. Chwilę się namyślił i spojrzał na Viktora chytrze przymrużając oczy.
- Gniewam się, bo widzisz, ciężko mi jakoś teraz tobie wybaczyć - westchnął niby niechętnie - Mógłbym ponownie to przemyśleć, gdybyś następnym razem przyniósł mi nowy telefon - dodał uśmiechając się szeroko.
- Nowy telefon? Koleś, skąd ja ci wezmę pieniądze na nową komórkę?! Mój telefon sam poleciał gdzieś w pizdu, a ja mam załatwiać nowy tobie? - rozłożył ręce widocznie zniesmaczony propozycją blondyna, co go nieźle w duchu bawiło.
Na szczęście Eliott był znany z przybierania odpowiedniej postawy do odpowiedniej gry. Dlatego teraz też doszukał się kontaktu wzrokowego z jego pseudo nowym znajomym i uśmiechnął się poczciwie. W pewnej chwili poczuł się dość dziwnie widząc w oczach Viktora małe iskierki, które mówiły mu, że nie może on być zwykłym chłopakiem.
~ To nie piekielny ogar… Nie jest taki jak ty… Ale też ma więź z ogniem… Ogień…
Eliott szybko zacisnął powieki dopiero zdając sobie sprawę, że dawno nie towarzyszyły mu głosy i dopiero teraz uświadomił sobie, że tak bardzo było mu wtedy dobrze. Postarał się zignorować te słowa i powrócić do gry.
- To jak będzie? Chciałeś mnie wspierać, prawda? - przechylił głowę podpierając się na łokciach krzywiąc się lekko czując ból w żebrach.
Viktor?
Kolejne podejście do wybudzenia się z tego dziwnego uciążliwego stanu poszło lepiej i zakończyło się powodzeniem. Blondyn nie czuł nóg ani rąk, mógł zaledwie poruszyć głową, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu i powoli wszystko sobie poukładać. Leżał na szpitalnym łóżku, w szpitalnej sali, z przyczepionymi jakimiś szpitalnymi sprzętami, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny szpitalny zapach. Eliott szybko zebrał w sobie nieco więcej sił, aby wesprzeć się na łokciach i unieść głowę nieco wyżej, a wtedy ujrzał kogoś, kogo nie spodziewał się ujrzeć już nigdy. Na krześle obok łóżka siedział Ricardo i ze znudzeniem robił coś na swoim telefonie. W ręce trzymał papierosa, a z jego ust wydobywał się dym, który niezbyt dobrze działał na zdrowie brata w obecnych okolicznościach. Sam starszy oczywiście się tym nie przejął, raczej nie obchodził go stan młodszego braciszka, który dosyć często wpadał w tarapaty.
- Rick? Co ty tutaj robisz? Co się stało? - zapytał Eliott chrapliwym głosem, który ledwo co wydostał się z jego gardła.
- Wezwali mnie, gdy zostałeś przywieziony tutaj po jakimś wypadku. Mówili coś, ale nie słuchałem. Wiem tyle, że wpadłeś pod koła jakiemuś kolesiowi, który siedzi teraz w areszcie - wzruszył ramionami nie odrywając wzroku od świecącego się ekranu. Było dosyć ciemno, a na jego twarz padały kolorowe światła, które co chwila się zmieniały, więc zapewne coś oglądał i był bardzo zniesmaczony, że nie może tego zrobić u siebie.
Po jego wytłumaczeniu Eliottowi zaczęło świtać, co stało się zeszłego wieczoru. Cóż, chyba zeszłego, nie wiedział ile dni był w śpiączce, a domyślał się, że od brata się tego nie dowie.
- Dobra, żyjesz, więc ja będę spadał - westchnął poirytowany Ricardo i podniósł się z krzesła zgniatając peta o parapet pod oknem, który i tak nie był zbytnio czysty.
- Ojciec wie? - dopytał cicho brata, gdy ten zdążył dojść do drzwi.
Rick przytrzymał się z ręką na klamce i tylko zerknął przez ramię na poszkodowanego.
- Wie, ale nie licz na to, że się tym przejął - parsknął chamsko - Zresztą nie tylko on. Nikt się tym nie przejął - dodał i bez pożegnania wyszedł z sali, zostawiając brata samego z tą okrutną prawdą.
Eliott przez chwilę jeszcze wpatrywał się w drzwi, które zamknęły się z trzaskiem, a słowa brata rozbrzmiewały w jego głowie. Nikt się tym nie przejął. Co prawda nic nowego. Nawet gdyby umarł braciszek wraz z kochanym ojcem żałowaliby chociażby urządzić mu pogrzeb. Blondyn zacisnął pięści na szorstkiej szpitalnej pościeli starając się powstrzymać te dziecinne łzy, które napłynęły mu do oczu, ale prawda jest taka, że nie umie z nimi walczyć. Powinien być dorosłym facetem jakim prawie jest, a nie rozklejać się, bo w jego życiu dosłownie nie ma miłości ani wsparcia. Szybko otarł żałosne łzy ręką akurat w chwili, gdy do pokoju weszła pielęgniarka z tacą z jedzeniem.
- Pański brat powiadomił, że pan się wybudził. Niestety musiał iść - ta, to nic dziwnego, pomyślał Eliott - Nie wiem, czy brat wyjaśnił panu co się stało. Potrącił pana motorzysta wczoraj wieczorem i trafił pan od razu na stół operacyjny. Ma pan złamaną nogę, kilka żeber, mnóstwo otarć skóry i lekkie wstrząśnienie mózgu - wyjaśniła stawiając tacę na stoliku obok i poczęła sprawdzać zawartość kroplówek i stan pacjenta - Szczerze panu powiem, że była taka możliwość, iż nie uda się pana odratować. Lekarze stwierdzili, że cudem pan w ogóle jeszcze oddychał po takim wypadku. Teraz proszę odpoczywać i zjeść jak poczuje się pan lepiej. Będzie pan musiał zostać tydzień pod naszą opieką, a potem pana zwolnimy.
- Dziękuję - wydukał nadal nie będąc w humorze na jakieś podziękowania czy inne pytania, które mógł jeszcze zadać.
Po chwili i pielęgniarka opuściła ponure pomieszczenie i Eliott został sam tym razem zapewne na dłużej. Dopiero teraz wysunął swoją nogę spod prześcieradeł i zobaczył na niej gruby, ciężki gips. Nie chciał widzieć nawet swojej twarzy, ale czuł na brwi i wardze kilka szwów, wokół których skóra niesamowicie go swędziała. Zirytowany walnął się na poduszki i cicho syknął, gdy wszystko w środku go przez to zabolało. Zaczął rozmyślać o tym, że mógł nie przeżyć. Może udało mu się, dzięki jego zdolnościom? W końcu wiedział, że jest silniejszy i bardziej wytrzymały niż zwykły śmiertelnik, więc może to przyczyniło się do jego szczęścia. Chyba pierwszy raz w życiu podziękował sobie za bycie przeklętym. Potem przypomniał sobie jeszcze o sprawcy wypadku, chociaż on sam też w pewnej mierze był tym co to spowodował. Szczerze nie wiedział, kto był kierowcą motoru, ale wiedział tyle, że jak go kiedyś spotka to urządzi mu podobne piekło. Eliott wiedział, że długo się z łóżka nie ruszy, a jego praca w sklepie, a tym bardziej w klubie pójdą w odstawkę na jakiś czas. Gotowało się w nim i chociaż układał sobie w głowie plany zemsty, był strasznie wyczerpany i po chwili postanowił odpuścić i jeszcze nieco odsapnąć. W końcu będzie musiał mieć siły do walki, prawda?
Minęły jakieś dwa, trzy dni, a Eliott stwierdził, że ciekawiej już było jego ostatniego dnia w pracy. Żarcie w szpitalu było okropne, łóżka i ubrania niewygodne, a w pokoju leżał sam i nawet nie miał do kogo się odezwać. Raz na jakiś czas odwiedziła go Kelly, żeby przynieść mu coś z jego mieszkania i poinformować, że przygarnęła Rhino do końca jego pobytu w szpitalu. Teraz Eliott docenił to, że chociaż jedna osoba go wspiera, chociaż tych pączków mu nie odpuściła. Tego dnia nudził się najbardziej, a jego jedynym zajęciem było wpatrywanie się w obrzydliwą zieloną ścianę oraz rozpalanie i gaszenie świeczki na parapecie za pomocą puszczenia iskry przez pstryknięcie palców. Nadal był ospały i słaby, ale było mu lepiej z każdą godziną. W końcu przygasił świeczkę na dobre i zwrócił wzrok w stronę szarych chmur za oknem, które jeszcze bardziej wprawiały go w zły nastrój. Jego nic nie robienie przerwało poruszenie się klamki, przez co od razu spojrzał na drzwi. Spodziewał się ujrzeć w nich Kelly, ale gdy do pokoju wszedł niski w porównaniu do niego blondyn, zmrużył podejrzanie oczy. Chłopak obejrzał się za siebie jakby w obawie, że ktoś go złapie i podszedł bliżej łóżka, a Eliott tylko pytająco się w niego wpatrywał.
- No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem - odparł szybko, a Eliott myślał, że wyskoczy z łóżka i rzuci mu się od gardła - Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie?
- Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? - warknął zniesmaczony obecnością nowego gościa - Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym.
- Przepraszam - blondyn był widocznie zmieszany i tylko uniósł ręce w geście obronnym.
- Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec - dodał wywracając oczami i dopiero gdy nieco zluzował przyjrzał się dokładniej owej postaci.
- Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia - odparł od razu przybierając pewniejszą postawę - Także ten, Viktor jestem.
- Eliott - odparł poszkodowany po dłuższej chwili namysłu, czy niejaki Viktor zasługuje na poznanie jego imienia.
- Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot. Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać - blondyn przyjął luźniejszą postawię i zarzucił włosami wydając się być już zupełnie oswojony z ową sytuacją. Nie można było tego powiedzieć, gdy wszedł i spięty tłumaczył się przed Eliottem.
Jak się czujesz samotny. Eliott aż parsknął na te słowa kręcąc głową z rezygnacją. Jak bardzo będzie to głupie, gdy teraz zacznie bratać się z chłopakiem, który prawie co go nie zabił? Z drugiej strony to tylko kilka dni, a mu wydawało się, że prędzej skoczy ze szpitalnego okna niż wytrzyma tutaj w totalnej nudzie. Chwilę się namyślił i spojrzał na Viktora chytrze przymrużając oczy.
- Gniewam się, bo widzisz, ciężko mi jakoś teraz tobie wybaczyć - westchnął niby niechętnie - Mógłbym ponownie to przemyśleć, gdybyś następnym razem przyniósł mi nowy telefon - dodał uśmiechając się szeroko.
- Nowy telefon? Koleś, skąd ja ci wezmę pieniądze na nową komórkę?! Mój telefon sam poleciał gdzieś w pizdu, a ja mam załatwiać nowy tobie? - rozłożył ręce widocznie zniesmaczony propozycją blondyna, co go nieźle w duchu bawiło.
Na szczęście Eliott był znany z przybierania odpowiedniej postawy do odpowiedniej gry. Dlatego teraz też doszukał się kontaktu wzrokowego z jego pseudo nowym znajomym i uśmiechnął się poczciwie. W pewnej chwili poczuł się dość dziwnie widząc w oczach Viktora małe iskierki, które mówiły mu, że nie może on być zwykłym chłopakiem.
~ To nie piekielny ogar… Nie jest taki jak ty… Ale też ma więź z ogniem… Ogień…
Eliott szybko zacisnął powieki dopiero zdając sobie sprawę, że dawno nie towarzyszyły mu głosy i dopiero teraz uświadomił sobie, że tak bardzo było mu wtedy dobrze. Postarał się zignorować te słowa i powrócić do gry.
- To jak będzie? Chciałeś mnie wspierać, prawda? - przechylił głowę podpierając się na łokciach krzywiąc się lekko czując ból w żebrach.
Viktor?
Od Viktora cd Eliotta
W pierwszej chwili kompletnie nie wiedział, co zrobić. Siedział tylko na swoim piekielnym motorze i gapił się na leżące kilka metrów dalej ciało. Ocknął się dopiero wtedy, kiedy zauważył kogoś na horyzoncie. Zlazł niezdarnie przez oszołomienie z benela, biegnąc w stronę tej jednej, jedynej całkowicie losowej osoby, jaką zesłał mu ktoś z góry.
Normalnie by się tak nie cieszył, ale spójrzmy prawdzie w oczy – telefon miał zepsuty, więc nie miał jak zadzwonić na pogotowie, a na motorze przecież go nie weźmie, bo wywrócą się przy najbliższym zakręcie. Dlatego też podleciał migiem do jakiejś babeczki, wyglądającej na taką typową pannę po menopauzie.
– Soreczka, mam problem, mogłaby pani pożyczyć telefon? Co ja gadam, niech pani dzwoni, ja się idę nim zająć! – spanikował, a zaskoczona kobieta krytycznie się mu przyjrzała. Spojrzała za niego i ostatecznie wyjęła komórkę. Pewnie wzięłaby go za jakiegoś żula, który postradał zmysły, gdyby nie faktycznie leżące za nim ciało i nadal odpalony motor. Po tym wypadku pewnie ma wstrząśnienie silnika.
Mimo, że odległości było niewielkie w ich tymczasowym świecie wypadku, to i tak biegał jak szaleniec. Z rozpędu nie wyhamował i prawie by się przewrócił o leżącego poszkodowanego, gdyby nie jego refleks, który w zwykłych chwilach zawodzi. Klęknął obok ciała. Dobra, na edb kiedyś to miał, no nie? Tylko za cholerę nie pamiętał, co konkretnie. Świtała mu w głowie pozycja boczna i nic więcej. Siedział jak kołek, zupełnie ignorując fakt, że liczy się każda sekunda.
– Już wiem! – olśniło go i zaczął pstrykać palcami nad głową leżącego. – Halo, słyszy mnie pan? Przepraszam i w ogóle, słyszysz? – prawie się darł, ale widząc brak odzewu, westchnął. Potem było co? Pozycja boczna! Nie, nie pozycja boczna, chyba coś z oddechem. Jakieś KRO, ORK, RKO... Nie pamiętał. Wziął go najostrożniej jak umiał za ramiona i delikatnie przewrócił na plecy. Nie było to może najrozsądniejsze i najbezpieczniejsze, ale inną wiedzą Viktor nie dysponował.
Zamiast przyjrzeć się jego klatce piersiowej w poszukiwaniu oddechu, skierował swoją uwagę na jego twarz i ogólną postać. Miał bardzo delikatne rysy, a wyglądał na wysokiego. Tak oceniając w skali, Viktor dałby mu siedem, a może nawet osiem na dziesięć. Pokręcił głową i odrzucił fantazjowanie, nachylając się nad nim uchem nad jego ustami. Gapił się gdzieś na jego pierś i już miał lamentować, że nie zna tego ORKa czy jak to tam było, kiedy poczuł delikatny, ledwie odczuwalny powiew oraz zarejestrował płytki ruch klatki piersiowej. Bingo.
Teraz dopiero pozycja boczna, stwierdził, zastanawiając się, czemu akurat to utkwiło mu w pamięci z tych wszystkich lat nauki pierwszej pomocy. Słysząc pisk opon, odwrócił się i ujrzał karetkę z dziwnymi rysami na karoserii, z której wybiegali ratownicy. Jeden z nich podszedł do Viktora na spytki.
Nie przedłużając, została zawiadomiona policja, która wzięła go prosto na komisariat, później do aresztu za spowodowanie wypadku i rozmowę przez telefon podczas jazdy. Jęczał, że chce zobaczyć tego, kogo potrącił oraz że chce swój motor. Powiadomiono go, że pojazd jest bezpieczny, ale poszkodowanego już nie zobaczy.
Spędził tam równo dwa dni i nie wyszedłby, gdyby nie jego kochany brat.
– Ty tępa, zakuta pało! – zamiast przywitać Viktora, Vladan zaczął go wyzywać, wymachując rękoma. Właśnie wyciągnął go z aresztu i prowadził do swojej bemy. – Już nigdy nie dam ci żadnego motoru czy samochodu, będziesz zapylał pieszo. Najchętniej bym cię tam zostawił jako nauczkę.
– Ciebie też miło widzieć! To jak, fundniesz mi jeszcze mandacik? – Viktor wyszczerzył zęby, opierając się nonszalancko o samochód. Vladan spojrzał tylko na niego ponuro i rąbnął go drzwiami w ponaglającym geście.
– Słuchaaaaj, mam jeszcze jedną sprawę – zaczął, gapiąc się przez okno. – Chcę znaleźć tego gościa, którego potrąciłem – mruknął, a Vladan zatrzymał się gwałtownie na pasach.
– Wiesz, że to niemożliwe? – burknął, nie będąc zachwyconym zachowaniem brata. – I po co? Żeby pójść i powiedzieć 'przepraszam'? Stary, jestem pewien, że on chce cię znaleźć i dać w pysk – Vlad pokręcił głową.
– To niech da, zasłużyłem. I nie byłoby całego zajścia, gdybyś chciał mi spłacić ten mandat! – zarzucił bratu.
– Oh, to teraz moja wina? – oburzył się blondyn. – Więc idąc za tokiem rozumowania mojego kochanego brata Viktora, nic by się nie stało gdyby założył ten cholerny kask! – trzasnął w kierownicę, trafiając w klakson. Zaraz zaczął przepraszać gestami kierowców wokół nich.
– No dobra, bo ci nerka wyskoczy – wymamrotał speszony Viktor. Nikt go nie potrafił tak dobrze zbesztać jak jego brat. Właściwie tylko przy nim czuł jakąkolwiek skruchę.
W głowie już układał sobie plan – odwiedzi wszystkie szpitale w Seattle, choćby miało to trwać tygodniami. Musi zobaczyć tego kolesia, sprawdzić, czy wszystko w porządku i dalej jak cywilizowany człowiek pojechać do domu z odhaczoną akcją dobroci.
Niestety, szczęście nie było tak przychylne, lenistwo również i po sprawdzeniu zaledwie trzech szpitali jednego dnia, odpuścił sobie w towarzystwie triumfu brata 'a nie mówiłem?'. Wracał zrezygnowany, kiedy przejeżdżając obok jakiegoś innego szpitala, ujrzał rząd karetek. I go olśniło. Jedna z nich miała rysy na masce, takie jak ta, która przyjechała kilka dni temu. Nie wiedział dokładnie, czy jak się dzwoni na pogotowie, to przyjeżdża random karetka z random szpitala, ale zakładał, że to tu znajdował się jego cel. Zaparkował benelem, który ledwie żył, po czym wszedł do środka budynku. Pierwsza przeszkoda to była pani za ladą.
– Taki wyrośnięty blondas, potrącony kilka dni temu – tłumaczył pani, która patrzyła się na niego podejrzliwie. – Em, jestem jego bratem, rozumie pani – łgał jak z nut.
Ostatecznie dowiedział się, w którym jest pokoju, ale nie mógł go zobaczyć, gdyż było już późno. Udał, że smutny wychodzi, ale kiedy kobieta odwróciła się, żeby odebrać telefon, szybko przemknął pod jej nosem i zaczął szukać upragnionego pokoju. Po wielokrotnych wędrówkach po schodach, bo winda się zepsuła, nacisnął klamkę pomieszczenia oznakowanego numerem 378.
Rozejrzał się najpierw, nikogo nie było na horyzoncie, kto mógłby mu ewentualnie zaszkodzić. Szybko dostrzegł jedyne łóżko w sali, do którego zamknąwszy drzwi podszedł.
Blondyn miał półotwarte oczy i wyglądał na mało kontaktującego ze światem.
– No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem – odezwał się, ale potem stwierdził, że zabrzmiało to naprawdę głupio. – Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie? – rozłożył ręce. Co on palnął. Wsparcie, chyba w postaci błagania go na kolanach o łaskę.
– Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? – warknął pacjent dość mocno jak na swój stan. – Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym – burczał zdenerwowany, a Viktor chyba przyzna rację Vladanowi, że ten chce go ukatrupić.
– Przepraszam – bąknął Viktor, unosząc ręce do góry. Totalnie nie wiedział, co zrobić.
– Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec – poszkodowany machnął ręką, wywracając oczami.
– Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia – przytaknął ochoczo, spotykając się z oskarżycielskim spojrzeniem ze strony drugiego. – Także ten, Viktor jestem – powiedział szybko w celu załagodzenia sytuacji.
Blondyn łypnął na niego nieufnie.
– Eliott – rzucił ostatecznie, a Viktor ucieszył się jak dziecko. Kryzys zażegnany.
– Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot – mówił Viktor, wielce zadowolony ze swojego wyjątkowego szczęścia. – Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać – zarzucił szpanersko włosami. Niech zna jego łaskę i zobowiązanie się do takiej rzeczy.
Eliott?
Normalnie by się tak nie cieszył, ale spójrzmy prawdzie w oczy – telefon miał zepsuty, więc nie miał jak zadzwonić na pogotowie, a na motorze przecież go nie weźmie, bo wywrócą się przy najbliższym zakręcie. Dlatego też podleciał migiem do jakiejś babeczki, wyglądającej na taką typową pannę po menopauzie.
– Soreczka, mam problem, mogłaby pani pożyczyć telefon? Co ja gadam, niech pani dzwoni, ja się idę nim zająć! – spanikował, a zaskoczona kobieta krytycznie się mu przyjrzała. Spojrzała za niego i ostatecznie wyjęła komórkę. Pewnie wzięłaby go za jakiegoś żula, który postradał zmysły, gdyby nie faktycznie leżące za nim ciało i nadal odpalony motor. Po tym wypadku pewnie ma wstrząśnienie silnika.
Mimo, że odległości było niewielkie w ich tymczasowym świecie wypadku, to i tak biegał jak szaleniec. Z rozpędu nie wyhamował i prawie by się przewrócił o leżącego poszkodowanego, gdyby nie jego refleks, który w zwykłych chwilach zawodzi. Klęknął obok ciała. Dobra, na edb kiedyś to miał, no nie? Tylko za cholerę nie pamiętał, co konkretnie. Świtała mu w głowie pozycja boczna i nic więcej. Siedział jak kołek, zupełnie ignorując fakt, że liczy się każda sekunda.
– Już wiem! – olśniło go i zaczął pstrykać palcami nad głową leżącego. – Halo, słyszy mnie pan? Przepraszam i w ogóle, słyszysz? – prawie się darł, ale widząc brak odzewu, westchnął. Potem było co? Pozycja boczna! Nie, nie pozycja boczna, chyba coś z oddechem. Jakieś KRO, ORK, RKO... Nie pamiętał. Wziął go najostrożniej jak umiał za ramiona i delikatnie przewrócił na plecy. Nie było to może najrozsądniejsze i najbezpieczniejsze, ale inną wiedzą Viktor nie dysponował.
Zamiast przyjrzeć się jego klatce piersiowej w poszukiwaniu oddechu, skierował swoją uwagę na jego twarz i ogólną postać. Miał bardzo delikatne rysy, a wyglądał na wysokiego. Tak oceniając w skali, Viktor dałby mu siedem, a może nawet osiem na dziesięć. Pokręcił głową i odrzucił fantazjowanie, nachylając się nad nim uchem nad jego ustami. Gapił się gdzieś na jego pierś i już miał lamentować, że nie zna tego ORKa czy jak to tam było, kiedy poczuł delikatny, ledwie odczuwalny powiew oraz zarejestrował płytki ruch klatki piersiowej. Bingo.
Teraz dopiero pozycja boczna, stwierdził, zastanawiając się, czemu akurat to utkwiło mu w pamięci z tych wszystkich lat nauki pierwszej pomocy. Słysząc pisk opon, odwrócił się i ujrzał karetkę z dziwnymi rysami na karoserii, z której wybiegali ratownicy. Jeden z nich podszedł do Viktora na spytki.
Nie przedłużając, została zawiadomiona policja, która wzięła go prosto na komisariat, później do aresztu za spowodowanie wypadku i rozmowę przez telefon podczas jazdy. Jęczał, że chce zobaczyć tego, kogo potrącił oraz że chce swój motor. Powiadomiono go, że pojazd jest bezpieczny, ale poszkodowanego już nie zobaczy.
Spędził tam równo dwa dni i nie wyszedłby, gdyby nie jego kochany brat.
– Ty tępa, zakuta pało! – zamiast przywitać Viktora, Vladan zaczął go wyzywać, wymachując rękoma. Właśnie wyciągnął go z aresztu i prowadził do swojej bemy. – Już nigdy nie dam ci żadnego motoru czy samochodu, będziesz zapylał pieszo. Najchętniej bym cię tam zostawił jako nauczkę.
– Ciebie też miło widzieć! To jak, fundniesz mi jeszcze mandacik? – Viktor wyszczerzył zęby, opierając się nonszalancko o samochód. Vladan spojrzał tylko na niego ponuro i rąbnął go drzwiami w ponaglającym geście.
– Słuchaaaaj, mam jeszcze jedną sprawę – zaczął, gapiąc się przez okno. – Chcę znaleźć tego gościa, którego potrąciłem – mruknął, a Vladan zatrzymał się gwałtownie na pasach.
– Wiesz, że to niemożliwe? – burknął, nie będąc zachwyconym zachowaniem brata. – I po co? Żeby pójść i powiedzieć 'przepraszam'? Stary, jestem pewien, że on chce cię znaleźć i dać w pysk – Vlad pokręcił głową.
– To niech da, zasłużyłem. I nie byłoby całego zajścia, gdybyś chciał mi spłacić ten mandat! – zarzucił bratu.
– Oh, to teraz moja wina? – oburzył się blondyn. – Więc idąc za tokiem rozumowania mojego kochanego brata Viktora, nic by się nie stało gdyby założył ten cholerny kask! – trzasnął w kierownicę, trafiając w klakson. Zaraz zaczął przepraszać gestami kierowców wokół nich.
– No dobra, bo ci nerka wyskoczy – wymamrotał speszony Viktor. Nikt go nie potrafił tak dobrze zbesztać jak jego brat. Właściwie tylko przy nim czuł jakąkolwiek skruchę.
W głowie już układał sobie plan – odwiedzi wszystkie szpitale w Seattle, choćby miało to trwać tygodniami. Musi zobaczyć tego kolesia, sprawdzić, czy wszystko w porządku i dalej jak cywilizowany człowiek pojechać do domu z odhaczoną akcją dobroci.
Niestety, szczęście nie było tak przychylne, lenistwo również i po sprawdzeniu zaledwie trzech szpitali jednego dnia, odpuścił sobie w towarzystwie triumfu brata 'a nie mówiłem?'. Wracał zrezygnowany, kiedy przejeżdżając obok jakiegoś innego szpitala, ujrzał rząd karetek. I go olśniło. Jedna z nich miała rysy na masce, takie jak ta, która przyjechała kilka dni temu. Nie wiedział dokładnie, czy jak się dzwoni na pogotowie, to przyjeżdża random karetka z random szpitala, ale zakładał, że to tu znajdował się jego cel. Zaparkował benelem, który ledwie żył, po czym wszedł do środka budynku. Pierwsza przeszkoda to była pani za ladą.
– Taki wyrośnięty blondas, potrącony kilka dni temu – tłumaczył pani, która patrzyła się na niego podejrzliwie. – Em, jestem jego bratem, rozumie pani – łgał jak z nut.
Ostatecznie dowiedział się, w którym jest pokoju, ale nie mógł go zobaczyć, gdyż było już późno. Udał, że smutny wychodzi, ale kiedy kobieta odwróciła się, żeby odebrać telefon, szybko przemknął pod jej nosem i zaczął szukać upragnionego pokoju. Po wielokrotnych wędrówkach po schodach, bo winda się zepsuła, nacisnął klamkę pomieszczenia oznakowanego numerem 378.
Rozejrzał się najpierw, nikogo nie było na horyzoncie, kto mógłby mu ewentualnie zaszkodzić. Szybko dostrzegł jedyne łóżko w sali, do którego zamknąwszy drzwi podszedł.
Blondyn miał półotwarte oczy i wyglądał na mało kontaktującego ze światem.
– No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem – odezwał się, ale potem stwierdził, że zabrzmiało to naprawdę głupio. – Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie? – rozłożył ręce. Co on palnął. Wsparcie, chyba w postaci błagania go na kolanach o łaskę.
– Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? – warknął pacjent dość mocno jak na swój stan. – Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym – burczał zdenerwowany, a Viktor chyba przyzna rację Vladanowi, że ten chce go ukatrupić.
– Przepraszam – bąknął Viktor, unosząc ręce do góry. Totalnie nie wiedział, co zrobić.
– Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec – poszkodowany machnął ręką, wywracając oczami.
– Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia – przytaknął ochoczo, spotykając się z oskarżycielskim spojrzeniem ze strony drugiego. – Także ten, Viktor jestem – powiedział szybko w celu załagodzenia sytuacji.
Blondyn łypnął na niego nieufnie.
– Eliott – rzucił ostatecznie, a Viktor ucieszył się jak dziecko. Kryzys zażegnany.
– Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot – mówił Viktor, wielce zadowolony ze swojego wyjątkowego szczęścia. – Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać – zarzucił szpanersko włosami. Niech zna jego łaskę i zobowiązanie się do takiej rzeczy.
Eliott?
Od Eliotta CD Viktora
Cicha melodia rozbrzmiewała dookoła i była o dziwo całkiem ładna. Dało się w niej usłyszeć ciche pomruki skrzypiec i gitary basowej co nieźle się w siebie wpasowało. W tle było słychać nawet poranny świergot ptaków. Nieoczekiwanie jednak z każdą sekundą robiła się głośniejsza i bardziej wkurzająca, aż wybudziła Eliotta ze słodkiego snu i zmusiła go do ciśnięcia telefonem o ścianę naprzeciwko. Spotkanie komórki z podłogą poskutkowało uciszeniem, a chłopakowi o niesfornie potarganych włosach nawet to nie przeszkadzało. Akurat model telefonu jaki sobie zakupił nie był najdroższy, najlepszy i miał służyć zaledwie do dzwonienia i pisania SMSów, dlatego też nie było mu szkoda, gdy pies przyniósł mu w zębach obśliniony sprzęt z rozbitym wyświetlaczem. Blondyn poklepał psa po głowie w geście podziękowania mu, ale także samemu sobie, że wyuczył go aportowania. Teraz może wykorzystywać swojego czworonogiego przyjaciela i kiedy bardzo mu się nie chce ruszać tyłka z kanapy, poprosić żeby to Rhino coś mu przyniósł. Eliott włączył wciąż działający telefon, a widząc godzinę na ekranie tylko cicho parsknął sam do siebie. Kolejny dzień kiedy to będzie musiał odrobić godzinę pracy za spóźnienie. W końcu zebrał się z łóżka zabierając ze sobą koc, żeby okryć swoje prawie nagie ciało i obronić się przed zimnem. Leniwym krokiem pomaszerował do garderoby omijając łazienkę szerokim łukiem, gdyż prysznic zająłby mu kolejną godzinę, a dwie godziny dłużej w pracy to już przesada. Z szafy wyjął pogniecioną czarną bluzę z kapturem i poszarpane ciemne jeansy, które śmiechem żartem porwał przez przypadek i jego zdolność do niezdarności. W drodze do kuchni zgubił gdzieś koc, na którym chwilę później ułożył się Rhino przy okazji podgryzając jego fragment. Chłopak tylko raz przeczesał ręką włosy, żeby nie opadały mu na oczy, a potem miał ich stan głęboko w dupie i zajął się zaparzaniem szybkiej kawy przed pracą, żeby jakoś w niej przeżyć. Przy okazji spakował najpotrzebniejsze rzeczy do torby, którą rzucił pod drzwi wyjściowe. Gdy oczekiwanie poczuł przyjemny zapach świeżej kawy od razu zalał sobie nią kubek i począł się nią delektować. Co jak co, ale na kawę zawsze jest czas i miejsce, takiej zasady łamać nie wypada. Eliott w spokoju dokończył swój napój nieświadomie grając z psem w ,,kto pierwszy mrugnie’’. Oczywiście przegrał młody muzyk już całkiem nieźle spóźniony do sklepu. Mamrocząc coś pod nosem założył skórzaną kurtkę, buty, przewiesił torbę przez ramię i wyszedł z mieszkania żegnając się ze swoim przyjacielem, który jak co dzień zaczął swoją arię operową opowiadającą o tym, jak bardzo boli go nieobecność właściciela.
Drzwi sklepu muzycznego zaczęły bardzo powoli się otwierać, a w nich ukazywać się uśmiechnięta od ucha do ucha postać Eliotta. Chłopak chciał otworzyć drzwi ostrożnie i powoli, gdyż nad nimi zawieszony był dzwoneczek, który dzwonił za każdym razem gdy ktoś wchodził lub wychodził, a ten starał się w ogóle nie wprawić go w ruch. Problem w tym, że jego koleżanka z pracy stała po drugiej stronie lady i z zażenowaną miną obserwowała jego poczynania.
- Wejdź tu kurwa w końcu - warknęła powoli tracąc cierpliwość, chociaż możliwe, że straciła ją już na początku, gdy Eliotta przyjęli do tej pracy - Siedzisz dwie godziny dłużej i na jutro przynosisz mi pudło pączków z cukierni obok - dodała nieco starsza, niska brunetka pakując swoje rzeczy.
- Kelly kochana, wydawało mi się, że chciałaś ograniczyć niezdrowe jedzenie - chłopak na niby zrobił zmartwioną minę i wszedł do środka.
- W takim razie jak przytyję będę winić tylko i wyłącznie ciebie. Gdybyś się nie spóźniał, nie prosiłabym o rekompensatę - wyjaśniła i wzruszyła ramionami jak gdyby taka argumentacja miała zamknąć koledze usta.
Chcąc nie chcąc Eliott zrezygnował z dalszego droczenia się i po prostu z grzeczności zgodził się na taki układ. Bardzo lubił swoją uroczą koleżankę z pracy i chociaż znał tylko jej imię i niektóre ciekawostki o jej licznych miłościach, rozmawiało mu się z nią bardzo dobrze. Teraz niestety musiał ją pożegnać, gdyż zapewne wybierała się na podbój kolejnych męskich serc, a on w duchu życzył jej powodzenia. On sam zaś stanął za ladą, przeliczył pieniądze w kasie i oparł się o ladę prawie że rozkładając się na niej.
Kilka godzin w sklepie minęło mu dzisiaj wyjątkowo nudno i monotonnie. Zazwyczaj miał jakieś ciekawe zajęcia i zadania, a nawet zabawne wypadki przy pracy. Tym razem było mało klientów, mało zamówień i mało wrażeń. Pomimo kawy wypitej z rana, mało brakowało, a żeby nie zasnął z głową na blacie. Cieszył się jak małe dziecko gdy ujrzał właściciela sklepu, który pod koniec dnia przyszedł żeby zebrać raport z dnia, przeliczyć zarobki i zamknąć sklep. Eliott przeprowadził z nim szybką rozmowę i starał się wypaść jak najlepiej, chociaż nie przepadał za jego poważnym podejściem do wszystkiego. Wyszedł z obskurnego budynku prawie w podskokach i udał się w drogę powrotną do domu. Eliott nigdy nie jeździł do pracy autem, gdyż było to całkiem niedaleko, a droga do mieszkania przechodziła przez ścieżkę obok lasu. Dreptał właśnie po lewej stronie jezdni i słuchał czegoś przez słuchawki przy okazji grzebiąc bezcelowo w telefonie. Zdążył przyzwyczaić się już do rozbitego ekranu i w ogóle mu to nie przeszkadzało w SMSowaniu z kochanym braciszkiem, który raz na dwa miesiące zapytał się co u niego. Eliott przypomniał sobie, że musi przejść na drugą stronę żeby skręcić w jego słabo oświetloną uliczkę. Szybko stwierdził, że nie ma potrzeby rozglądania się na prawo i lewo, gdyż tutejszą drogą rzadko ktokolwiek jeździ i wskoczył na jezdnię. Postanowił jednak spojrzeć na lewo, a to co ujrzał zmroziło mu krew w żyłach. Sparaliżowany chciał postawić jeszcze kilka szybkich kroków przed siebie, ale zabrakło mu sił i czasu. Poczuł jak wielki ciężar popycha go z niesamowitym impetem, słuchawki wypadają mu z uszu i lecą gdzieś wraz z telefonem. Poturlał się po szorstkim asfalcie wyrządzając sobie sporo zadrapań na skórze, głównie twarzy i rąk. Świat przed jego oczami przerażająco wirował, a w głowie masa głosów wybuchła krzykiem. Blondyn ostatecznie uderzył głową o beton tym samym uciszając wszystkie zmarłe dusze i przy okazji też samego siebie tracąc jakikolwiek kontakt z rzeczywistością.
Viktor?
Drzwi sklepu muzycznego zaczęły bardzo powoli się otwierać, a w nich ukazywać się uśmiechnięta od ucha do ucha postać Eliotta. Chłopak chciał otworzyć drzwi ostrożnie i powoli, gdyż nad nimi zawieszony był dzwoneczek, który dzwonił za każdym razem gdy ktoś wchodził lub wychodził, a ten starał się w ogóle nie wprawić go w ruch. Problem w tym, że jego koleżanka z pracy stała po drugiej stronie lady i z zażenowaną miną obserwowała jego poczynania.
- Wejdź tu kurwa w końcu - warknęła powoli tracąc cierpliwość, chociaż możliwe, że straciła ją już na początku, gdy Eliotta przyjęli do tej pracy - Siedzisz dwie godziny dłużej i na jutro przynosisz mi pudło pączków z cukierni obok - dodała nieco starsza, niska brunetka pakując swoje rzeczy.
- Kelly kochana, wydawało mi się, że chciałaś ograniczyć niezdrowe jedzenie - chłopak na niby zrobił zmartwioną minę i wszedł do środka.
- W takim razie jak przytyję będę winić tylko i wyłącznie ciebie. Gdybyś się nie spóźniał, nie prosiłabym o rekompensatę - wyjaśniła i wzruszyła ramionami jak gdyby taka argumentacja miała zamknąć koledze usta.
Chcąc nie chcąc Eliott zrezygnował z dalszego droczenia się i po prostu z grzeczności zgodził się na taki układ. Bardzo lubił swoją uroczą koleżankę z pracy i chociaż znał tylko jej imię i niektóre ciekawostki o jej licznych miłościach, rozmawiało mu się z nią bardzo dobrze. Teraz niestety musiał ją pożegnać, gdyż zapewne wybierała się na podbój kolejnych męskich serc, a on w duchu życzył jej powodzenia. On sam zaś stanął za ladą, przeliczył pieniądze w kasie i oparł się o ladę prawie że rozkładając się na niej.
Kilka godzin w sklepie minęło mu dzisiaj wyjątkowo nudno i monotonnie. Zazwyczaj miał jakieś ciekawe zajęcia i zadania, a nawet zabawne wypadki przy pracy. Tym razem było mało klientów, mało zamówień i mało wrażeń. Pomimo kawy wypitej z rana, mało brakowało, a żeby nie zasnął z głową na blacie. Cieszył się jak małe dziecko gdy ujrzał właściciela sklepu, który pod koniec dnia przyszedł żeby zebrać raport z dnia, przeliczyć zarobki i zamknąć sklep. Eliott przeprowadził z nim szybką rozmowę i starał się wypaść jak najlepiej, chociaż nie przepadał za jego poważnym podejściem do wszystkiego. Wyszedł z obskurnego budynku prawie w podskokach i udał się w drogę powrotną do domu. Eliott nigdy nie jeździł do pracy autem, gdyż było to całkiem niedaleko, a droga do mieszkania przechodziła przez ścieżkę obok lasu. Dreptał właśnie po lewej stronie jezdni i słuchał czegoś przez słuchawki przy okazji grzebiąc bezcelowo w telefonie. Zdążył przyzwyczaić się już do rozbitego ekranu i w ogóle mu to nie przeszkadzało w SMSowaniu z kochanym braciszkiem, który raz na dwa miesiące zapytał się co u niego. Eliott przypomniał sobie, że musi przejść na drugą stronę żeby skręcić w jego słabo oświetloną uliczkę. Szybko stwierdził, że nie ma potrzeby rozglądania się na prawo i lewo, gdyż tutejszą drogą rzadko ktokolwiek jeździ i wskoczył na jezdnię. Postanowił jednak spojrzeć na lewo, a to co ujrzał zmroziło mu krew w żyłach. Sparaliżowany chciał postawić jeszcze kilka szybkich kroków przed siebie, ale zabrakło mu sił i czasu. Poczuł jak wielki ciężar popycha go z niesamowitym impetem, słuchawki wypadają mu z uszu i lecą gdzieś wraz z telefonem. Poturlał się po szorstkim asfalcie wyrządzając sobie sporo zadrapań na skórze, głównie twarzy i rąk. Świat przed jego oczami przerażająco wirował, a w głowie masa głosów wybuchła krzykiem. Blondyn ostatecznie uderzył głową o beton tym samym uciszając wszystkie zmarłe dusze i przy okazji też samego siebie tracąc jakikolwiek kontakt z rzeczywistością.
Viktor?
18.05.2019
Od Viktora do Eliotta
Wielka, monstrualna fala czarnego płynu obiła się o wszechobecną biel, pieniąc się brązową pierzyną, wzniecając zapach parzonych ziaren kawy. Nastąpiła kawowa powódź, która zwiastowała zamachy terrorystyczne na kubkach smakowych poprzez wybuchy aromatu.
A to było zwykłe parzenie kawy, codzienna rutyna Viktora po wstaniu, a raczej zwleczeniu się z łóżka. Stał w kuchni w samych gaciach, drapiąc się po dupsku i ziewając, w drugiej dłoni natomiast trzymając kawiarkę, bo nie było stać go na ekspres. Przewracałby się i słaniał na nogach, gdyby nie jego ulubiony zapach ziaren kawy. W zasadzie dawał mu chęci do życia, gdy tak stał w kuchni, bosymi stopami na zimnych kafelkach, na których z kolei walały się puste opakowania. Jedno z nich trącił stopą, bo by się o nie potknął, po czym upił łyk napoju, kierując się do lekko zniszczonego już stołu z tylko jednym krzesłem. Samotność bywa zabawna.
Klapnął ociężale, siorbiąc wielce elegancko, z jednym paluszkiem w górze. Robienie z siebie osoby niekoniecznie sprawnej umysłowo chyba zaliczało się do jego hobby. W ciszy dokończył kawę i odstawiwszy brudną filiżankę do zlewu na kupę pozostałych brudnych naczyń, udał się z powrotem do sypialni, by wygrzebać jakieś czarne, gangsterskie i w sumie pedalskie spodnie oraz jakąś koszulkę z debilnym napisem. Potem czerwona chusta, jakaś materiałowa opaska na rękę i był gotowy na podbój miasta. A kiedy podczas zakładania znoszonych lekko trampek skapnął się, że dzisiaj nadal dzień szkolny, zaczął rzucać rosyjskimi bluzgami, które nadal wydobywały się z jego ust podczas odpalania motoru. Silnik zaryczał, ale zachwyt minął, kiedy ledwie zaczął wyciskać pięćdziesiątkę. Kompletnie nie wiedział, co jego brat robił z tym benelem, bo na pewno nie jeździł sobie nim na zakupy po mieście.
W połowie drogi przypomniał sobie, że nie miał na sobie kasku, a stało się to wtedy, gdy zatrzymała go policja. Ostatecznie po drodze pełnej mąk i cierpień, dojechał do szkoły z mandatem i spóźnieniem. Dryndnie do braciszka, na pewno mu da kasę na ten fant. W budynku szkoły spotkały go komentarze, że w jesieni nie powinien nosić się tak lekko, na co tylko wzruszył ramionami.
Matmę jak zwykle prawie przespał, cudem zdążył przepisać zadanie domowe, którego pewnie i tak nie odrobi, fizyka już była ciekawsza, bo wynalazł eksperyment w postaci rzucania gąbkami w innych, by udowodnić, że z tak małą prędkością nie staną się czyjąś satelitą. Zarobił przez to uwagę, ale jak zwykle to zlał. Chemia w sumie też była ciekawa, ale dupy nie urywała.
W końcu opuścił budynek szkoły, myśląc, jak dogadać się z Vladem, by zapłacił za ten piekielny mandat. Wyjął zmaltretowany telefon z kieszeni, wybierając jego numer. Wsiadł tymczasem na motor, walcząc z protestującym silnikiem. Kiedy ten w końcu wydał z siebie chorobliwy charkot, ruszył powoli, wsłuchując się w wyjątkowo irytujący sygnał.
– No siemson, słuchaj, jest taki dyngs, uśmiejesz się, bo widzisz, psy mnie złapały bo nie miałem tej głupiej czapki, wyobrażasz sobie? – śmiał się i nie bardzo zwracał uwagi na drogę, zaczynając przypominać dyrygenta od samochodowych klaksonów. Przyhamował, głośniejszy klakson, ruszył, cichszy. – Taak, tak jakby mnie capnęli i dlatego, mój drogi bracie, dzwonię do ciebie, bo widzisz braciszku, nie mam kaski, wypłatę mam za dwa tygodnie i... Ale jak to nie? No ej, bro, nie bądź taki! Dziubas, mordo, kolego, ziomuś! Pomóż w potrzebie, jesteś teraz jak... Kurwa! – Ryknął, kiedy spojrzał przed siebie, a jedyne co zobaczył to jakaś sylwetka na tle biało-czarnych pasów. Zahamował gwałtownie, telefon wypadł mu z ręki i rozbił się o ziemię, bezpowrotnie tracąc życie, zostawiając obrażonego brata. W tym samym czasie nastąpiło ciche puk i krzyki. Ups.
Eliott?
A to było zwykłe parzenie kawy, codzienna rutyna Viktora po wstaniu, a raczej zwleczeniu się z łóżka. Stał w kuchni w samych gaciach, drapiąc się po dupsku i ziewając, w drugiej dłoni natomiast trzymając kawiarkę, bo nie było stać go na ekspres. Przewracałby się i słaniał na nogach, gdyby nie jego ulubiony zapach ziaren kawy. W zasadzie dawał mu chęci do życia, gdy tak stał w kuchni, bosymi stopami na zimnych kafelkach, na których z kolei walały się puste opakowania. Jedno z nich trącił stopą, bo by się o nie potknął, po czym upił łyk napoju, kierując się do lekko zniszczonego już stołu z tylko jednym krzesłem. Samotność bywa zabawna.
Klapnął ociężale, siorbiąc wielce elegancko, z jednym paluszkiem w górze. Robienie z siebie osoby niekoniecznie sprawnej umysłowo chyba zaliczało się do jego hobby. W ciszy dokończył kawę i odstawiwszy brudną filiżankę do zlewu na kupę pozostałych brudnych naczyń, udał się z powrotem do sypialni, by wygrzebać jakieś czarne, gangsterskie i w sumie pedalskie spodnie oraz jakąś koszulkę z debilnym napisem. Potem czerwona chusta, jakaś materiałowa opaska na rękę i był gotowy na podbój miasta. A kiedy podczas zakładania znoszonych lekko trampek skapnął się, że dzisiaj nadal dzień szkolny, zaczął rzucać rosyjskimi bluzgami, które nadal wydobywały się z jego ust podczas odpalania motoru. Silnik zaryczał, ale zachwyt minął, kiedy ledwie zaczął wyciskać pięćdziesiątkę. Kompletnie nie wiedział, co jego brat robił z tym benelem, bo na pewno nie jeździł sobie nim na zakupy po mieście.
W połowie drogi przypomniał sobie, że nie miał na sobie kasku, a stało się to wtedy, gdy zatrzymała go policja. Ostatecznie po drodze pełnej mąk i cierpień, dojechał do szkoły z mandatem i spóźnieniem. Dryndnie do braciszka, na pewno mu da kasę na ten fant. W budynku szkoły spotkały go komentarze, że w jesieni nie powinien nosić się tak lekko, na co tylko wzruszył ramionami.
Matmę jak zwykle prawie przespał, cudem zdążył przepisać zadanie domowe, którego pewnie i tak nie odrobi, fizyka już była ciekawsza, bo wynalazł eksperyment w postaci rzucania gąbkami w innych, by udowodnić, że z tak małą prędkością nie staną się czyjąś satelitą. Zarobił przez to uwagę, ale jak zwykle to zlał. Chemia w sumie też była ciekawa, ale dupy nie urywała.
W końcu opuścił budynek szkoły, myśląc, jak dogadać się z Vladem, by zapłacił za ten piekielny mandat. Wyjął zmaltretowany telefon z kieszeni, wybierając jego numer. Wsiadł tymczasem na motor, walcząc z protestującym silnikiem. Kiedy ten w końcu wydał z siebie chorobliwy charkot, ruszył powoli, wsłuchując się w wyjątkowo irytujący sygnał.
– No siemson, słuchaj, jest taki dyngs, uśmiejesz się, bo widzisz, psy mnie złapały bo nie miałem tej głupiej czapki, wyobrażasz sobie? – śmiał się i nie bardzo zwracał uwagi na drogę, zaczynając przypominać dyrygenta od samochodowych klaksonów. Przyhamował, głośniejszy klakson, ruszył, cichszy. – Taak, tak jakby mnie capnęli i dlatego, mój drogi bracie, dzwonię do ciebie, bo widzisz braciszku, nie mam kaski, wypłatę mam za dwa tygodnie i... Ale jak to nie? No ej, bro, nie bądź taki! Dziubas, mordo, kolego, ziomuś! Pomóż w potrzebie, jesteś teraz jak... Kurwa! – Ryknął, kiedy spojrzał przed siebie, a jedyne co zobaczył to jakaś sylwetka na tle biało-czarnych pasów. Zahamował gwałtownie, telefon wypadł mu z ręki i rozbił się o ziemię, bezpowrotnie tracąc życie, zostawiając obrażonego brata. W tym samym czasie nastąpiło ciche puk i krzyki. Ups.
Eliott?
Subskrybuj:
Posty (Atom)