Kiedy ruszyłam samochodem chłopak dalej tam stał i patrzył w moją stronę. Spojrzałam w lusterko upewniając się czy nawet gdy wyjeżdżam dalej jego wzrok będzie wpatrzony w mój samochód. Tak. A nawet ruszył. Za mną. Hmm... ciekawe. Spróbowałam jednak się tym bardzo nie przejmować. Włączyłam się w ruch, a że był poranek chłopak mógł spokojnie jechać tuż za mną z powodu korku. Stukałam nerwowo w kierownice i co i raz patrzyłam w lewe lusterko. Chciałam już dojechać do pracy i najzwyczajniej w świecie wyprowadzić Xsawiera. Nie wiedziałam kto za mną jedzie. Mógł to być człowiek, a może i demon. Wątpię. Więc kim on jest Elonoro? Nie mogę mieć pewności, że jest niegroźny. Jego aura wskazuje na ciekawość, nie na złość. Westchnęłam i spojrzałam jeszcze raz w lewe lusterko skręcając tym razem w prawo kierując się do budynku pracy. Byłam niedaleko. Wręcz brakowało dwóch skrętów. Jeden. Chłopaka zauważyłam w ostatniej chwili kiedy wyjeżdżał za wcześniejszego zakrętu. Jego wzrok szybko odnalazł mój samochód. Zmarszczyłam czoło i skupiłam się na drodze. Kiedy wykonałam kolejny zakręt nie zwróciłam uwagi na to czy chłopak jest dalej za mną. Wjechałam na parking i zaparkowałam tuż obok samochodu Heleny, która wyprowadzała swoją klacz z przyczepy. Wysiadłam z samochodu i od razu machnęłam jej dłonią
- Jak tam poranek? - zapytała i skinęła mi głową na powitanie.
- W porządku, a u ciebie? - odpowiedziałam i skierowałam się w jej stronę z wyciągniętą paczką papierosów. Wyjęła jednego, a ja zrobiłam to samo. Podpaliłam swojego i podałam jej zapalniczkę, którą wyjęłam zaraz po schowaniu paczki. Dziewczyna zaciągnęła się papierosem.
- Nie było źle. Choć moja Bella jest dziś strasznie zestresowana. Nie wiem co się z nią dzieje - powiedziała i poklepała klacz po szyi. Koń nerwowo próbował przebić się kopytem przez beton.
- No cóż. Dawno nie była w przyczepie - powiedziałam i wzruszyłam ramionami, a ona skinęła głową zgadzając się z moimi słowami. Ja podeszłam do przyczepy i otworzyłam ją. Następnie wyprowadziłam Xsawiera. Założyłam mu od razu siodło, a na nie uzdę by nie musieć tego nosić czy iść drugi raz do samochodu. Jest tutaj. Rozejrzałam się i po chwili spostrzegłam chłopaka, który stał za samochodem poza terenem, w którym się znajdowałam. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Mam nadzieje, że nie będziemy tutaj długo, mam ochotę na kakao i dobry film - rzekłam i westchnęłam, a Helem skinęła głową.
- Oj ja także - odpowiedziała jedynie z lekkim uśmiechem.
- Zapraszam wiec do siebie. Bella na pewno pozna inne konie - powiedziałam i poklepałam klacz po szyi. Xsawier spojrzał na mnie i prychnął mi tuż w twarz.
- Zazdrośnik - rzekłam w jego kierunku, a on tylko szturchnął mnie swoim pyskiem.
- Zobaczymy, o której to się skończy - powiedziała, a ja skinęłam głową. Ruszyłyśmy w stronę wyznaczoną przez naszego dowódce. Mieliśmy dziś pokaz, który zaczynał się z tego miejsca. Odwróciłam się by niby poprawić siodło jednak mój wzrok skupił się na miejscu gdzie widziałam chłopaka. Szedł w naszą stronę. Jego deskorolka była pod bokiem. Kiedy odprowadziłam Xsawiera w miejsce przeznaczone do osiodłania koni poprosiłam Helen by spojrzała na niego. Zawróciłam się i czekając oparta o budynek za zakrętem odpaliłam papierosa. Kiedy chłopak wyszedł ja złapałam go za ubranie i przygwoździłam do budynku. Uśmiechnęłam się lekko.
- Czego chcesz? - zapytałam patrząc mu w oczy i trzymając papierosa w kacie ust.
Filip?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katfrin&Filip. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katfrin&Filip. Pokaż wszystkie posty
2.08.2019
Od Filipa cd Katfrin
Obudził go ból głowy, swąd spalonych grzanek i ciężar przyłożony w okolicy jego nóg. Kanapa pod nim poruszyła się wraz z momentem, gdy zaklejone śpiochami oczy, miały nareszcie okazję się otworzyć, by równie prędko zamknąć, licząc tylko na to, by zapomnieć o widoku światła. Bywało gorzej, jednak nikt nie lubił migren po dobrze spędzonej nocy, a Filip niestety, nie posiadł nigdy zdolności wymigiwania się od chęci dobrego napitku. Dla rozwiania również wszelkich wątpliwości, bycie istotą nadprzyrodzoną, nie upoważniało go do zalewania się w trupa, ile wlezie, nie obdarowano go bowiem umiejętnością regeneracji. Był Jaroszkiem, nie cholernym bohaterem z komiksowego uniwersum, co najwyżej potrafił zmienić się w zająca i jego kompetencje do wkurwiania ludzi samym swoim istnieniem, zdecydowanie przerastały te przeciętnego, szarego Kowalskiego z klatki obok. Taka była natura chłopaczyny i bez względu na to, jak piekielnie nie chciałby się jej wyzbyć, miała pozostać taką na wieki wieków, no, może trochę krócej. Co sprowadzało się do tego samego punktu, jak aktualna sytuacja Filipa, który żegnać się ze zdolnością wcale nie chciał, ba, cenił ją nader wszystko, szczególnie gdy miał ponownie do czynienia z Bożydarem, czy resztą paczki.
Gdy ponownie rozchylił powieki, zobaczył górującego nad nim Jamesa, który uśmiechał się delikatnie, trzymając swoje masywne ramię na oparciu kanapy. Lamber jęknął pod nosem, przecierając z roztargnieniem twarz i usłyszał jedynie chropowaty śmiech chłopaczka. Od zawsze przypominał mu drzwi potrzebujące naoliwienia, a mimo to, nawet w tych starych drzwiach czaił się urok. Czaił się duch czasu, czaiły się wspomnienia i chęć poznania kryjącej się za nią tajemnicy. Filip uwielbiał śmiech Jamesa, a James kochał się śmiać. To jedynie jeszcze bardziej rozanielało blondyna, który chwilę po tym, jak dźwięk dotarł do jego uszu i przyjemnie połechtał koniuszek jego nerwu, zagryzł wargę, powstrzymując grymas szczęścia. Malował się tam prawie za każdym razem i był świadomy tego, jak wielką satysfakcję dawał mężczyźnie. Nie chciał, żeby i w tym wypadku poznał słodki smak zwycięstwa, nie teraz.
— Nie sądziłem, że taki z ciebie sadysta, śmiać się z cudzej krzywdy — bąknął niewyraźnie, próbując unieść się na własnych rękach, co skończyło się jedynie oparciem na łokciach. Marszczył krzaczaste brwi, pozwalał na słabości i starał się jak najwolniej przyzwyczaić do jasnego poranka, bo chyba wyjątkowo pogoda zdecydowała się na łaskę wobec zmęczonych pluchą mieszkańców miasta. James zastukał palcami o materiał powlekający sofę, po czym zsunął się na skraj siedzenia, by tam podeprzeć ręce na kolanach i rzucić Filipowi tak ponure spojrzenie, by natychmiast się wzdrygnął.
— Nie sądziłem, że taki z ciebie masochista — zwrócił mu uwagę i w tym momencie Lamber się przełamał. Pozwolił sobie na szelmowski uśmiech, co prawda leniwy, lecz wciąż poruszający odpowiednią strunę. Spojrzenie zelżało, a Jaroszek mógł odetchnąć z ulgą. Filipowi jednak wciąż coś tu nie grało.
— Przecież pojechałem do domu — skwitował w pewnym momencie, siląc umysł i starając się rozwiać mgłę, która spowijała większość wspomnień od chwili odstawienia ostatniej butelki, zamknięcia małej paczuszki i opuszczenia mieszkania z deską pod pachą. Wystarczyła chwila, by zrozumiał, jakim błędem było poruszanie tego tematu. Oczy rozmówcy znowu przyjęły ten wyraz, którego nie mógł ścierpieć za żadne skarby świata i od którego kotłowało mu się w głowie. Cholerny demon zawsze musiał maczać w tym swoje długie, brudne paluszki. Chociaż w sumie cholera wiedziała, czym James był, bo wystarczało jedno łypnięcie przenikliwych oczu, by człowiek po prostu stulił jadaczkę, posłusznie usiadł, albo poczuł rozrywający ból rozchodzący się po każdym milimetrze kwadratowym mózgu.
— Bożydar i Sam wracając, usłyszeli strzał — mruknął nisko, basowo, a stare drzwi zmieniły się w żelazną, obłą bramę, która niemiłosiernie głośno hałasowała. Filip powstrzymywał się przed skrzywieniem, musiał utrzymywać pokerową twarz. Być niewzruszonym i przetrwać tę pouczającą gadkę, jak każdą inną, którą kiedykolwiek usłyszał. — Uznała, że czuje, że to coś twojego, więc zaczęli cię szukać i nie zgadniesz. Znaleźli, nieprzytomnego pod jakąś latarnią w miejscu, o którym woleli nie opowiadać — syknął, zgrzytając zębami, a jego czoło coraz bardziej przypominało taflę wody, którą ktoś zakłócił puszczeniem kaczki. Lamber odważył się jedynie przełknąć ślinę, co było błędem. James przyblokował mu krtań, ciecz nie przepłynęła, a Filip zaczął się dławić.
— James, kurwa — sapnął, chwytając się za szyję i kaszląc, kaszląc tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz wypluje wszystko, z płucami włącznie.
— Nieprzytomnego, Filip. Brałeś coś? — Brzmiało to raczej jak stwierdzenie faktu, niźli pytanie.
Oczy Filipa powędrowały w zupełnie przeciwnym kierunku niż twarz mężczyzny. Bał się spojrzeć w wyczekujące odpowiedzi oczy, jakby miał dostrzec w nich coś gorszego, niż wszystkie krzywdy, jakie James kiedykolwiek komukolwiek zdołał zaoferować.
— Po co się mnie pytasz, skoro i tak znasz odpowiedź? — odparł szorstko. Mężczyzna westchnął i wstał z sofy.
— Śniadanie masz na stole.
I zniknął za drzwiami łazienki, a Filip odetchnął głośno, z wyraźną bolączką w głosie.
Wciąż odbijało mu się jajkami i wciąż bolała go głowa, a jednak wciągnął spodnie na swój chudy tyłek, bo jak się okazało, James zdążył rozebrać go z dolnej części ubrań, przed tym, jak ułożył go na kanapie. Nie do końca wiedział, jak ma się z tym czuć i nie obchodziło go to. Nie, póki miał okazję wyparować z mieszkania, gdy mężczyzna zaszył się w swoim pokoju, starając się dokończyć sprzątanie. Mógł wyjść niezauważony, nie narażając się na kolejne nieszczęśliwe spojrzenia i zbędne komentarze. Nie miał zamiaru nie skorzystać z okazji i chwilę później jechał w dół ulicy, klnąc pod nosem i wyszydzając każdy aspekt osoby, jaką był James. Dureń. Ćwok i dureń, skończony egoista i idiota z aroganckim podejściem do świata. Myślał, że mógł wszystko i los nie będzie się temu przyglądał, a ludzie zaczną pochwalać jego wybory. Nie zaczną, a w szczególności nie Filip.
— Filip!
Filip, tak, Filip.
— Filip, czekaj! — krzyk jednak nie należał do głosu w jego głowie, sprowadzając go do odniesienia wrażenia, iż nie oszalał do końca. Zatrzymał się, przystopował i spojrzał na drugą stronę ulicy, gdzie zauważył mknącą do niego na rowerze Cat. Blondynka ze skrzącymi się oczami przypominającymi świeżo skraplającą się żywicę z dopiero co naderwanej gałązkę. Lubił ten kolor, przypominał mu o lesie i jego zapachu. Mógł jedynie posłać jej słaby uśmiech, a resztę drogi spędzili wspólnie, powoli kierując się do kawiarni, do której koniecznie chciała wstąpić. Nie zamierzał odmawiać, miał ochotę napić się porządnej cappuccino. James zawsze robił straszną lurę, a ta dzisiejsza nie stanowiła odstępstwa od normy.
— I co, odpłynąłeś?
— Jak chuj — burknął, pozwalając, by delikatne podmuchy wiatru rozganiały włosy sprzed jego oczu. — A co najlepsze, miałem taki sen — dodał, wypuszczając z siebie oddech przypominający raczej urywany świst. — Jakaś dziołcha sklepała typa na moich oczach, potem do mnie podeszła strzeliła mi między oczy prędzej, niż zdążyłem pęknąć gumę balonową.
— Czy tobie zawsze musi śnić się śmierć? — odparła, nieco pretensjonalnie. Na to pytanie Filip jednak nie odpowiedział, przyspieszając jedynie tempa i wkrótce odstępując od nastolatki na kilka metrów. Pedałowała coraz szybciej, starając się dotrzymać mu kroku, jednak i tak dojechała dopiero kilkanaście sekund po nim, zastając go nieco zaskoczonego. Ze zmarszczonymi brwiami, niepewnością wymalowaną na buźce i nogą, która, jak to ona określała, huśtała diabła. Nie chodziło o kawiarnię, stała tak, jak zawsze. Pojazd przed nią? Nowa roślina? Były?
— To ta dziewucha — mówił cicho, cichuteńko, tak, by tylko ona usłyszała. Zaczęła przy okazji się zastanawiać, czy Jaroszek przypadkiem nie posiadał również umiejętności czytania w myślach, prędko jednak zaniechała okrutnego oszczerstwa i jedynie podrapała się po nosie, zerkając na niego ukradkiem. — Czyli to nie sen, czyli ją widziałem.
— Nie chcę cię martwić, Filip, ale raczej żyjesz — odparła nieśmiało, jakby obecność Lambera rzeczywiście zaczynała robić się problematyczna i niepewna. Może naprawdę nie żył, jednak istotą Jaroszka było męczenie wszystkich nawet po tym, jak rzekomo opuścił ten świat? A może jednak był nieśmiertelnym demonem? — Przestań się tak gapić, wyglądasz strasznie, gdy wybałuszasz oczy.
Trochę irytował go fakt, że nie powiedziano mu, czy rzeczywiście na ulicy leżał sam, czy gdzieś w okolicy nie zapodział się drugi człowiek. James nie lubił dzielić się szczegółami, chociaż równie pewne było to, że oniemieli poszukiwacze zagubionego chłopaka, zwyczajnie pominęli ciało. Byli ślepi, to akurat wiedział od dawna.
— Filip, mówię coś. Chodź, bo croissanty wystygną, słyszysz?
— Idź sama.
— Ty, no nie mów mi teraz, że masz zamiar za nią jechać.
— Może zmienię się w zająca — odparł takim tonem, jakby była to co najmniej oczywista oczywistość i szokiem było dla niego, że kobieta nie wpadła na ten pomysł przed nim. Zdawała się raczej bardziej bystra niż Jaroszek.
— Widziałeś kiedyś zająca w środku miasta? Już mniej podejrzane będzie, jak po prostu za nią pojedziesz na deskorolce, co i tak jest dla mnie absurdalnym pomysłem, na litość boską. Po co ja w ogóle z tobą dyskutuję, to w chuj głupi pomysł! — rzuciła oburzona, zaciskając palce na kierownicy roweru. Uciszył ją ruchem ręki, bardzo zbywającym ruchem ręki, którego nienawidziła. — A zresztą, pierdol się, tylko nie przychodź z płaczem, jak ci który wilczur to chude dupsko obskubie z ogonka.
— Smacznej kawy, Cat.
— Bezbolesnej śmierci, Filip.
Mógł jedynie czekać, aż odjedzie, przy okazji uśmiechając się do pleców oddalającej się blondynki.
[Katfrin?]
17.07.2019
Od Katfrin CD Filipa
Kiedy skończyłam palić fajka wsiadłam do samochodu. Mimo iż zapach dostał się do środka pojazdu zawsze gdy stałam na parkingu wolałam wyjść i zapalić na zewnątrz. Mimo tego, że jak jechałam także mogłam palić. Mój brat został odstawiony do łóżeczka na palulu. Mimo iż bardzo tego nie chciał. Jednak po drugiej kresce położył się do łóżka jak dzieciaczek, który niedawno wrócił z placu zabaw. Westchnęłam i odpaliłam samochód kładąc ręce na kierownicy pochyliłam głowę. Wzięłam głęboki oddech próbując się uspokoić. Czy on kiedykolwiek dorośnie? Jebany zgred ma już na karku pięćdziesiąt lat! A dalej trzeba go niańczyć. Nawet gdyby tylko się upijał byłoby w miarę okey. Ale narkotyki, fajki i hazard to nie jest dodatek z uśmiechem. Zamknęłam powieki, a po policzku spłynęła mi łza. Wiedziałam, że nikt nie patrzy. Mogłam sobie na to pozwolić. Otrząsnęłam się i spojrzałam na godzinę. 4.21. Zajebiście. Mam na 8.30 do pracy. Żarty. Wjechałam na ulicę, która świeciła pustkami. Słońce zaraz zacznie swoją wędrówkę, a ja nadal nie będę w domu. Puściłam radio i wsłuchałam się w muzykę, która akurat leciała. Dobrze, że nie reklamy.
~~~~**~~~~
Weszłam do domu i od razu skierowałam się do swojej sypialni. Nawet nie chciałam się rozbierać. Rzuciłam się na łóżko i niemal od razu zasnęłam. Wiedziałam jednak, że zaraz będę musiała wstać. Dlatego mój sen był lekki. A każdy dźwięk wydawany przez Hadesa rozbudzał mnie. Kiedy wreszcie wybiła 7.10 zadzwonił mój budzik. Jęknęłam i przeciągnęłam się po łóżku. Westchnęłam i uniosłam się do pozycji siedzącej. Wiedziałam, że zaraz muszę wstać inaczej nie wyrobię się do pracy. Zwykle wstawałam o 6.45. Wiedziałam jednak, że dziś nawet głupie 25 minut będzie zbawieniem. Wstałam w łóżka i ruszyłam do łazienki gdzie już miałam przygotowany mundur do założenia. Weszłam pierw pod prysznic wcześniej się rozbierając i umyłam się płynem o zapachu lawendy, który tak bardzo uwielbiałam. Kiedy cała łazienka już wypełniła się zapachem mogłam wyjść i zacząć się wycierać puchatym ręcznikiem. Po porannych czynnościach zeszłam na dół już gotowa do wyjścia. Hades oczywiście przywitał mnie wesołym szczekaniem. Uśmiechnęłam się lekko i pogładziłam go między uszami.
- Jesteś głodny? - zapytałam, a on przekręcił głowę na bok i pomachał ogonem. Wsypałam mu jedzenia do miski i odwróciłam się na pięcie. Potrzebuje kawy i dobrych kanapek. Zrobiłam więc szybkie śniadanie oraz ulubiony napój. Usiadłam do stołu i razem z Hadesem jadłam w ciszy śniadanie.
~~~~**~~~~~
Kiedy wprowadziłam Xsawiera do przyczey i dojechałam prawie do umówionego miejsca na występ stwierdziłam, że potrzebuje jeszcze kubka kawy. Zjechałam więc na najbliższą kawiarnię i wysiadłam z samochodu. Zamówiłam kawę i wyszłam na zewnątrz żeby zobaczyć jak się ma Xsawier. Jak zawsze stał grzecznie i skubał siano zadowolony z większej porcji niż ma w boksie. Kiedy dostałam swoją kawę moje spojrzenie padło na chłopaka, który jechał na deskorolce. Nie dlatego, że jechał cudownie, czy przyciągał uwagę. Jego spojrzenie było skierowane na mnie. Od czasu gdy wyjechał zza zakrętu. Zmarszczyłam czoło i ruszyłam w stronę samochodu.
Filip?
~~~~**~~~~
Weszłam do domu i od razu skierowałam się do swojej sypialni. Nawet nie chciałam się rozbierać. Rzuciłam się na łóżko i niemal od razu zasnęłam. Wiedziałam jednak, że zaraz będę musiała wstać. Dlatego mój sen był lekki. A każdy dźwięk wydawany przez Hadesa rozbudzał mnie. Kiedy wreszcie wybiła 7.10 zadzwonił mój budzik. Jęknęłam i przeciągnęłam się po łóżku. Westchnęłam i uniosłam się do pozycji siedzącej. Wiedziałam, że zaraz muszę wstać inaczej nie wyrobię się do pracy. Zwykle wstawałam o 6.45. Wiedziałam jednak, że dziś nawet głupie 25 minut będzie zbawieniem. Wstałam w łóżka i ruszyłam do łazienki gdzie już miałam przygotowany mundur do założenia. Weszłam pierw pod prysznic wcześniej się rozbierając i umyłam się płynem o zapachu lawendy, który tak bardzo uwielbiałam. Kiedy cała łazienka już wypełniła się zapachem mogłam wyjść i zacząć się wycierać puchatym ręcznikiem. Po porannych czynnościach zeszłam na dół już gotowa do wyjścia. Hades oczywiście przywitał mnie wesołym szczekaniem. Uśmiechnęłam się lekko i pogładziłam go między uszami.
- Jesteś głodny? - zapytałam, a on przekręcił głowę na bok i pomachał ogonem. Wsypałam mu jedzenia do miski i odwróciłam się na pięcie. Potrzebuje kawy i dobrych kanapek. Zrobiłam więc szybkie śniadanie oraz ulubiony napój. Usiadłam do stołu i razem z Hadesem jadłam w ciszy śniadanie.
~~~~**~~~~~
Kiedy wprowadziłam Xsawiera do przyczey i dojechałam prawie do umówionego miejsca na występ stwierdziłam, że potrzebuje jeszcze kubka kawy. Zjechałam więc na najbliższą kawiarnię i wysiadłam z samochodu. Zamówiłam kawę i wyszłam na zewnątrz żeby zobaczyć jak się ma Xsawier. Jak zawsze stał grzecznie i skubał siano zadowolony z większej porcji niż ma w boksie. Kiedy dostałam swoją kawę moje spojrzenie padło na chłopaka, który jechał na deskorolce. Nie dlatego, że jechał cudownie, czy przyciągał uwagę. Jego spojrzenie było skierowane na mnie. Od czasu gdy wyjechał zza zakrętu. Zmarszczyłam czoło i ruszyłam w stronę samochodu.
Filip?
9.07.2019
Od Filipa cd Katfrin
Piekielne oczęta błysnęły, lekko rozmazany tusz, wkurwienie odbijające światła słabych, mrygających latarenek, które naprawdę dawały z siebie wszystko. Renowacji raczej dawno nie spotkały, a swoje lata świetności miały za sobą. Dziewuszka, która przed chwilą skopała tyłek jakiemuś chłystkowi, kierowała się prosto w moją stronę i mimo że powinienem czuć się jak ten dramatyczny bohater w filmach akcji, który znajduje się w niewłaściwym miejscu o złej porze, to mimo wszystko coś mówiło mi w środeczku, że nie ma co trzęsać gatkami, byndzie dobrze panie Fylyp. Ósmy zmysł Jaroszka, wrodzone szczęście, czy inne zabobony, kto co woli.
I kiedy już była tuż tuż, balon z mojej gumy pękł, porządnie rozciągając się po moim nosie i policzkach. Uderzyłem w Deskorolka butem, gładko podskoczył, prosto między moje rozczapirzone palce.
Ale zaraz, zaraz, od początku, bo jak właściwie mogłem zawitać o tak późnej porze, w tak szemranym miejscu z gumą do żucia, która obrzydliwie mlaskała z każdym moim przemleniem jęzora. Historia nie jest szczególnie długa, wnieść dużo do waszego życia nie wniesie, ale jak tu jesteście, to możecie ją doświadczyć, może przynajmniej przewrócicie oczami nad głupotą dzisiejszych nastolatków, może się uśmiechniecie, a może jednak uznacie to za anegdotkę życia. Każdy ma swoje gusta, nie mnie oceniać, jednak jeśli obstawicie ostatnią propozycję, to muszę złożyć wam wyrazy współczucia i kondolencje. Pożegnanie humoru musiało być dla was doświadczeniem nieszczególnie przyjemnym.
I kiedy już była tuż tuż, balon z mojej gumy pękł, porządnie rozciągając się po moim nosie i policzkach. Uderzyłem w Deskorolka butem, gładko podskoczył, prosto między moje rozczapirzone palce.
Ale zaraz, zaraz, od początku, bo jak właściwie mogłem zawitać o tak późnej porze, w tak szemranym miejscu z gumą do żucia, która obrzydliwie mlaskała z każdym moim przemleniem jęzora. Historia nie jest szczególnie długa, wnieść dużo do waszego życia nie wniesie, ale jak tu jesteście, to możecie ją doświadczyć, może przynajmniej przewrócicie oczami nad głupotą dzisiejszych nastolatków, może się uśmiechniecie, a może jednak uznacie to za anegdotkę życia. Każdy ma swoje gusta, nie mnie oceniać, jednak jeśli obstawicie ostatnią propozycję, to muszę złożyć wam wyrazy współczucia i kondolencje. Pożegnanie humoru musiało być dla was doświadczeniem nieszczególnie przyjemnym.
Tym razem nie było ani ciasnych koszul, ani pierdzielonej brylantyny we włosach i nawe obyło się bez brykietowych gatków Bożydara. Nie sądziłem, że divę zdoła się odgonić od tego pomysłu, a że i z własnej, nieprzymuszonej woli, ograniczy się jedynie do przebrania w koszulkę z odwracającymi się cekinami. Dla mniej ciekawskich — nie pamiętam, co przedstawiały, dla bardziej ciekawskich — z jednej strony srebrno-czarny buldog francuski, z drugiej taki sam pyszczek, ale utrzymany w błękicie i różu. Wracając. Wieczór towarzyski, kultura, czipsy, Monopoly i Somersby. Wiem, nie ceni się nam tego, wszyscy wiedzą, że lepszy jest Eurobusiness, ale jakimś cudem, Amerykanie jakoś nie mają pojęcia o tej przewspaniałej grze PRL-u. W ostateczności mieliśmy podejść do Netflixu and chillu, utrzymanych w tonie bez podtekstów seksualnych, jednak okazało się, że nikomu nie chciało się podłączać własnego konta, mając świadomość, do jakich wybryków posuwał się gospodarz całej imprezy, James. W każdej grupce znajomych jest przynajmniej jeden James, przyrzekam. Sam znałem chyba pięciu, może sześciu. Tak trochę jak z Kubusiami. Sam jestem idealnym przykładem lenistwa rodziców, którzy chcieli dać drugie imię, ale prędzej by się zesrali niż dobrali coś konkretnego i oryginalnego. Filip było chyba szczytem ich kreatywności, o ile sami je wymyślili, nie zostało im narzucone przez pijanego kolegę na imprezie, który koniecznie chciał być ojcem chrzestnym jakiegoś Filipa.
Nie żeby ta sytuacja była przeze mnie zmyślona. Moi rodzice to konkretne tumany jak idzie o abstrakcyjne myślenie, a do tego bardzo proste do przekonania tumany. Asertywność to pojęcie pochodzące ze słownika wyrazów obcych, do którego nie zaglądali.
Skończyliśmy w czterech obozowiskach, mój i Bożydara kampus wychodził dość na plus, jednak nie utrzymywał się w czołówce. Najgorszymi jednak nie byliśmy, a sztamę trzymaliśmy, bo chcieliśmy jedynie obalić mistrza jeśli chodzi o interesy. Samcia zawsze jechała wszystkich jak debili i nikt nigdy nie wiedział, jakim cudem kończyła z trzema hotelami i dwoma monopolami. Mogliśmy jedynie pizgać banknotami, gdy przy czwartym z kolei rzucie kostką natrafialiśmy na pole należące do pieprzonej brunetki.
Monopoly psuło rodziny i przyjaźnie i wiedzieliśmy o tym doskonale, może dlatego usilnie się spotykaliśmy i było to nasze, może siódme posiedzenie przy paprykowych czipsach i smakowym piwku.
Suma summarum James zbankrutował i jojczył z Arthurem nad przeklętą grą, Sam z Thereską wachlowała się banknotami, a Bożydar starał się dokładnie przebadać notatnik z wypisanymi tranzakcjami, które miały miejsce podczas rozgrywki, bo już kurwa nikt nikomu nie ufał.
— Pierdolisz, kurwa miałeś przynosić nam szczęście, ty popierdoleńcu! — syczał, sunąc palcem po notesie.
— Jestem jebanym Jaroszkiem, nie króliczą łapką na breloku, debilu — warknąłem, przytykając szyjkę jagodowego Somersby do ust i przewracając oczami.
— Ci się zaraz z orbit wykręcą te gały.
— Spierdalaj.
Wyjątkowo nie było dogrywki. Może i lepiej, ostatnim razem skończyło się wywróceniem planszy, pokazaniem wała i prawie yeetnięciem się przez okno. Starczyło nam atrakcji na ten dzień, więc jedynie rozsiedliśmy się po kątach, wąchając alkohol i smród gęstej, paskudnie gęstej atmosfery, którą dało się przekroić jakimś tam nawet nożykiem dołączonym do zestawu małego odkrywcy paleontologa razem z miotełką i dłutkiem. Takim małym. Plastikowym i uroczym.
I tak musiałem użyć młotka byle dobrać się do swojego stegozaura. Ułamałem mu płytkę, ale było warto. Nazwałem go George.
Bożydar łypał nieprzychylnie na Jamesa, James na Sam, Sam robiła maślane oczka do Arthura, a ten zagadywał się z Thereską na temat najnowszego sezonu Gry o Tron.
Zdążyliśmy się pogodzić przy karaoke z kawałkami Britney Spears i Backstreet Boys, złapać naganę od zmęczonych sąsiadów, bo już dawno po ciszy nocnej i rozbić dwa talerze, za które James chciał nas ukamieniować, bo przecież zastawa jego rodziny to rzecz święta.
Ewakuacja nastąpiła dość szybko, rozeszliśmy się, znaczy się Bożydar odprowadził Samanthę, a Arthur, Theresę, gdy ja pojechałem sam na Deskorolku, bo zwyczajnie było mi nie po drodze z całą resztą.
Zakończyło się jak zwykle, jedna uliczka za daleko i bum. Zgubiłem się, nie wiedząc za bardzo, gdzie jestem i co się dzieje, po czym, oczywiście stałem się świadkiem nieszczególnie ciekawego wydarzenia.
Błota nigdzie nie było, żebym ich wciągnął, a moje umiejętności drastycznie dotknięte zostały przez regres. Potężny regres, z którego zadowolony byłem, bądźmy szczerzy, nieszczególnie. Kiedyś dostałem butelką w łeb, nie chciałem wiedzieć, jak bolała rączka pistoletu.
Tak oto jestem, gdzie jestem. Przypatrując się jakieś rozjuszonej wiedźmie, jej pijanemu koleżce, trzymając Deskorolka i starając się zebrać gumę z twarzy przy pomocy języka. Kurwa mam trochę we włosach przysięgam. Nie chciałem znowu obcinać połowy grzywki z powodu lepkiego gówna, no nie, no po prostu, no kurwa, no nie.
— Mam taki na plastikowe kulki — wystrzeliłem od razu, wspomagając się palcami, bo język nie starczał, na litość boską, jak to brzmi. — Dostałaś kiedyś taką w udo, kurwa, zajebiście boli, a jaki po tym siniak zostaje — rypałem, nie licząc się z faktem występowania w wypowiedzi polskich przekleństw, z których byłem dumny, jak na rodaka Polaka przystawało. Szeroki uśmiech. Wrodzony urok Jaroszka. Słodkie oczka.
Jestem śliczniejszy niż Janek z Wiedźmina i nawet skóry sobie oszczędziłem. Kto nie kocha uroczych bożątek, no kto?
W każdej chwili przygotowany na zmianę w długouchego z prędkim porzuceniem Deskorolka, przepraszam kochanie, sytuacja tego wymagała.
— Dalej mnie dziwi, że w Ameryce mają takie ogólnodostępne, w sensie, nie no, przydaje się jak sąsiad cię wkurwia, możesz sobie pójść na kaczki i w ogóle, ale jak niektórzy to pod poduszką trzymają, to mi się słabo robi. Tej, on żyje? Wiem co robić w takich sytuacjach, mogę sprawdzić czy żyje, uczyłem się RKO, zrobię za bohatera, o losie już widzę te nagłówki gazet, dzielny, a do tego zabójczo przystojny chłopak ratuje nieprzytomnego kolesia w środku nocy, zobacz zdjęcia. Ah i rozmazałaś się, skarbie. — Katarynka wystartowała, nie pozwalając kobiecie na to, by chociaż otworzyła usta, gdy sam ciekawsko wyglądałem znad jej ramienia, rozdziawiając wargi.
Pop.
Kolejny balon z gumy rozlazł się po moich policzkach.
Pamiętaj, Filip, w każdej chwili możesz się zmienić, zniknąć, wskoczyć na budynek, śmiało, kochany, jesteś Bożątkiem, a nie jakimś lichym wilkokłakiem z romansideł dla nastolatek.
Nie żeby ta sytuacja była przeze mnie zmyślona. Moi rodzice to konkretne tumany jak idzie o abstrakcyjne myślenie, a do tego bardzo proste do przekonania tumany. Asertywność to pojęcie pochodzące ze słownika wyrazów obcych, do którego nie zaglądali.
Skończyliśmy w czterech obozowiskach, mój i Bożydara kampus wychodził dość na plus, jednak nie utrzymywał się w czołówce. Najgorszymi jednak nie byliśmy, a sztamę trzymaliśmy, bo chcieliśmy jedynie obalić mistrza jeśli chodzi o interesy. Samcia zawsze jechała wszystkich jak debili i nikt nigdy nie wiedział, jakim cudem kończyła z trzema hotelami i dwoma monopolami. Mogliśmy jedynie pizgać banknotami, gdy przy czwartym z kolei rzucie kostką natrafialiśmy na pole należące do pieprzonej brunetki.
Monopoly psuło rodziny i przyjaźnie i wiedzieliśmy o tym doskonale, może dlatego usilnie się spotykaliśmy i było to nasze, może siódme posiedzenie przy paprykowych czipsach i smakowym piwku.
Suma summarum James zbankrutował i jojczył z Arthurem nad przeklętą grą, Sam z Thereską wachlowała się banknotami, a Bożydar starał się dokładnie przebadać notatnik z wypisanymi tranzakcjami, które miały miejsce podczas rozgrywki, bo już kurwa nikt nikomu nie ufał.
— Pierdolisz, kurwa miałeś przynosić nam szczęście, ty popierdoleńcu! — syczał, sunąc palcem po notesie.
— Jestem jebanym Jaroszkiem, nie króliczą łapką na breloku, debilu — warknąłem, przytykając szyjkę jagodowego Somersby do ust i przewracając oczami.
— Ci się zaraz z orbit wykręcą te gały.
— Spierdalaj.
Wyjątkowo nie było dogrywki. Może i lepiej, ostatnim razem skończyło się wywróceniem planszy, pokazaniem wała i prawie yeetnięciem się przez okno. Starczyło nam atrakcji na ten dzień, więc jedynie rozsiedliśmy się po kątach, wąchając alkohol i smród gęstej, paskudnie gęstej atmosfery, którą dało się przekroić jakimś tam nawet nożykiem dołączonym do zestawu małego odkrywcy paleontologa razem z miotełką i dłutkiem. Takim małym. Plastikowym i uroczym.
I tak musiałem użyć młotka byle dobrać się do swojego stegozaura. Ułamałem mu płytkę, ale było warto. Nazwałem go George.
Bożydar łypał nieprzychylnie na Jamesa, James na Sam, Sam robiła maślane oczka do Arthura, a ten zagadywał się z Thereską na temat najnowszego sezonu Gry o Tron.
Zdążyliśmy się pogodzić przy karaoke z kawałkami Britney Spears i Backstreet Boys, złapać naganę od zmęczonych sąsiadów, bo już dawno po ciszy nocnej i rozbić dwa talerze, za które James chciał nas ukamieniować, bo przecież zastawa jego rodziny to rzecz święta.
Ewakuacja nastąpiła dość szybko, rozeszliśmy się, znaczy się Bożydar odprowadził Samanthę, a Arthur, Theresę, gdy ja pojechałem sam na Deskorolku, bo zwyczajnie było mi nie po drodze z całą resztą.
Zakończyło się jak zwykle, jedna uliczka za daleko i bum. Zgubiłem się, nie wiedząc za bardzo, gdzie jestem i co się dzieje, po czym, oczywiście stałem się świadkiem nieszczególnie ciekawego wydarzenia.
Błota nigdzie nie było, żebym ich wciągnął, a moje umiejętności drastycznie dotknięte zostały przez regres. Potężny regres, z którego zadowolony byłem, bądźmy szczerzy, nieszczególnie. Kiedyś dostałem butelką w łeb, nie chciałem wiedzieć, jak bolała rączka pistoletu.
Tak oto jestem, gdzie jestem. Przypatrując się jakieś rozjuszonej wiedźmie, jej pijanemu koleżce, trzymając Deskorolka i starając się zebrać gumę z twarzy przy pomocy języka. Kurwa mam trochę we włosach przysięgam. Nie chciałem znowu obcinać połowy grzywki z powodu lepkiego gówna, no nie, no po prostu, no kurwa, no nie.
— Mam taki na plastikowe kulki — wystrzeliłem od razu, wspomagając się palcami, bo język nie starczał, na litość boską, jak to brzmi. — Dostałaś kiedyś taką w udo, kurwa, zajebiście boli, a jaki po tym siniak zostaje — rypałem, nie licząc się z faktem występowania w wypowiedzi polskich przekleństw, z których byłem dumny, jak na rodaka Polaka przystawało. Szeroki uśmiech. Wrodzony urok Jaroszka. Słodkie oczka.
Jestem śliczniejszy niż Janek z Wiedźmina i nawet skóry sobie oszczędziłem. Kto nie kocha uroczych bożątek, no kto?
W każdej chwili przygotowany na zmianę w długouchego z prędkim porzuceniem Deskorolka, przepraszam kochanie, sytuacja tego wymagała.
— Dalej mnie dziwi, że w Ameryce mają takie ogólnodostępne, w sensie, nie no, przydaje się jak sąsiad cię wkurwia, możesz sobie pójść na kaczki i w ogóle, ale jak niektórzy to pod poduszką trzymają, to mi się słabo robi. Tej, on żyje? Wiem co robić w takich sytuacjach, mogę sprawdzić czy żyje, uczyłem się RKO, zrobię za bohatera, o losie już widzę te nagłówki gazet, dzielny, a do tego zabójczo przystojny chłopak ratuje nieprzytomnego kolesia w środku nocy, zobacz zdjęcia. Ah i rozmazałaś się, skarbie. — Katarynka wystartowała, nie pozwalając kobiecie na to, by chociaż otworzyła usta, gdy sam ciekawsko wyglądałem znad jej ramienia, rozdziawiając wargi.
Pop.
Kolejny balon z gumy rozlazł się po moich policzkach.
Pamiętaj, Filip, w każdej chwili możesz się zmienić, zniknąć, wskoczyć na budynek, śmiało, kochany, jesteś Bożątkiem, a nie jakimś lichym wilkokłakiem z romansideł dla nastolatek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)