Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam&Pheobe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam&Pheobe. Pokaż wszystkie posty

16.02.2020

Od Liama CD Pheobe

Po dziwnej akcji z "Pheobe, dobrą wróżką" w roli głównej, wróciłem z Luną do domu, zastanawiając się usilnie, co się tam odjebało. O co mogło chodzić napastnikowi i dlaczego w ogóle zainteresował się dziewczyną... Kim była, że uznał ją za wartą ryzyka złapania przez policję podczas pościgu z bronią palną w ręce. Skąd ta desperacja.
Jednak zapomniałem o całym zdarzeniu, gdy tylko wróciłem do domu. Bo okazało się, że, wychodząc, nie zamknąłem terrarium Puszka. A cwana jaszczurka przyczaiła się przy drzwiach i, gdy tylko je otworzyłem, puszczając Lunę do mieszkania, zaraz wyleciał sprintem na klatkę schodową. I musiałem go łapać.
Następnego dnia w zasadzie całkiem zapomniałem o dziewczynie, która wpisała mi swój numer do komórki i obiecała spełnić moje trzy życzenia w ramach podziękowania za pomoc. A nawet gdybym o tym pamiętał, raczej bym z jej oferty nie skorzystał. Nie znałem jej. I jakoś nie wyobrażałem sobie, żeby mogła mi w czymkolwiek pomóc. Byłem raczej samowystarczalny.
Ale, jak wiadomo, życie lubi płatać nam figle.
Generalnie jedyną sytuacją, w której nie mogłem poradzić sobie sam, była konieczność pojawienia się gdzieś z kobietą. Albo po prostu wymagająca bycia kobietą. Zwykle radziłem sobie wtedy w dość prosty i nieniosący konsekwencji sposób - prosiłem o pomoc siostrę. Nie była jedną z rozpłakanych idiotek, które nie potrafiły poradzić sobie same. Była twarda, niezłomna i samowystarczalna. Dlatego mogłem bez obaw poprosić ją o towarzyszenie mi na jakichś bankietach czy innych imprezach, na które byłem czasami zapraszany jako członek mafii, a na które nietaktownie było przychodzić bez partnerki. Albo trzeba było podstawiać ją jako udawaną kokietkę czy nawet dziwkę, by odciągnęła kogoś w odosobnione miejsce... Tak, wiem, bywałem kochanym bratem.
W każdym razie, gdy tym razem dostałem zaproszenie na bankiet z informacją, że będzie tam ważny dla nas partner w interesach, którego mam mieć na oku i przekonać do pracowania dla nas, pojawił się problem, którego nie przewidziałem. Mianowicie Ana przeżywała aktualnie małe załamanie nerwowe, więc gdy poprosiłem ją o pomoc i wytłumaczyłem, że miałaby tam ze mną pójść i obserwować otoczenie, a tylko w razie problemów zadziałać swoim urokiem osobistym... Przywaliła mi z pięści w twarz (dobrze, że nie złamała mi przy tym nosa) i wydarła się, że chyba mnie pogięło. A że akurat był u niej ten jej przyjaciel-demon, to oberwałem jeszcze od niego. Taki bonus od losu.
I skończyłem bez wizji na wybrnięcie z tej niewygodnej sytuacji. Bo musiałem znaleźć kogoś, z kim będę mógł tam pójść. A udawanie geja nie wchodziło tym razem w rachubę, gdyż potencjalny klient był hetero i w razie czego potrzebowałem dziewczyny, która pomoże mi go odciągnąć...
Same problemy.
I mniej więcej pod wieczór, gdy wracałem samochodem z pracy, pomyślałem o tajemniczej Pheobe. Spojrzałem na zegarek na desce rozdzielczej. Nie było jakoś szczególnie późno, nie powinienem jej obudzić, jakbym teraz do niej zadzwonił. Tylko czy to na pewno był dobry pomysł...?
Westchnąłem ciężko, sięgając po telefon i wybierając numer. W zasadzie nie miałem innego wyjścia.
- Pheobe Burton, słucham? - rozległo się po drugiej stronie słuchawki. Zmarszczyłem brwi, gdy usłyszałem nazwisko. Wydawało mi się dziwnie znajome... ale zignorowałem przeczucie.
- Liam Balanshine - odpowiedziałem rozbawionym tonem.
- Kto...?
- Facet od wielkiego, niebezpiecznego psa, który najpierw próbował cię zjeść, a potem pomógł uratować cię przed porwaniem. Albo i śmiercią.
Po drugiej stronie linii zapadła dłuższa chwila ciszy.
- Aha - mruknęła.
- Skoro chciałaś zostać moją dobrą wróżką i spełnić moje trzy życzenia, to tak się składa, że mam dla ciebie pierwsze - powiedziałem, nim zdążyła dodać coś więcej. - Chciałbym, żebyś gdzieś ze mną poszła.
Kolejna chwila ciszy.
- Gdzieś? - zapytała w końcu. Słyszałem, że włączyła kierunkowskaz. Jechała samochodem.
- Na bankiet - uściśliłem. - Imprezę organizowaną przez... - szukałem odpowiedniego słowa, żeby nie powiedzieć "mafię" - Przez moją rodzinę - czasami dla żartów tak ich określałem. Choć część członków w itocie uważała naszą organizację za swoją rodzinę. Nawet Ana do dziś do naszego szefa mówi per "papa Joey". - Będzie tam wielu ważnych ludzi, z którymi prowadzimy lub chcemy zacząć prowadzić interesy... a ja potrzebuję partnerki - uśmiechnąłem się lekko, wjeżdżając na parking pod moim blokiem.
- Czyli mam udawać twoją dziewczynę - nie brzmiało to jak pytanie, ale mimo to odpowiedziałem.
- Jeśli chcesz... - rzuciłem swobodnym tonem. - Nie zależy mi na tym. Chodzi po prostu o to, żebym z kimś tam poszedł. Z kimś, kto w razie potrzeby użyje swojego uroku osobistego, żeby odciągnąć takiego jednego gościa "na stronę", żebym mógł z nim porozmawiać. Na osobności.
Przedłużająca się cisza po drugiej stronie słuchawki i nakładający się na siebie cichy szum silnika samochodu mojego i tego słyszanego w słuchawce, rozbawiły mnie. Zaśmiałem się cicho.
- To co, spełnisz swoją obietnicę pomocy? - zapytałem, gasząc silnik po zaparkowaniu i opierając głowę o zagłówek fotela. - To tylko jeden sobotni wieczór w moim towarzystwie. Jestem pewien, że to przeżyjesz.

Pheobe?
Się porobiło ;P

24.01.2020

Od Pheobe CD Liama

   Siedząc na zimnym chodniku, ukryta wśród śmietników zastanawiała się co dokładnie zaszło. Klienci Roberta nigdy nie byli w stosunku do niej agresywni. Dokładali wszelkich starań żeby zaimponować dziewczynie licząc na to, że będą mieli u niej szanse. Gdyby którykolwiek z nich zobaczył ją w tej chwili najprawdopodobniej rzuciłaby jej jakieś drobniaki pod nogi i oddalił się żeby przypadkiem za nim nie pobiegła.
– Możesz już wyjść, ma damo w opałach - wyczuła sarkazm, którym była przepełniona wypowiedz nieznajomego. Nie miała zamiaru zaczynać z nim sprzeczki. W końcu zawdzięczała mu życie. Zdjęła szpilki, w których nie miła siły już ustać i wyszła z ciemności. Wyglądała okropnie. Pies podarł nie tylko rajstopy ale i sukienkę. Teraz oczko na rajstopach prezentowało się w pełnej okazałości. Żeby tego było mało cała się wybrudziła, a włosy z pięknego upięcia zmieniły się w istną szopę.
– Dziękuję za - zaczęła jednak warczenie i szczekanie psa przerwało jej wypowiedź. - Za wszystko - mruknęła kiedy na chwile przestał. - Mogę pożyczyć telefon na sekundę? - licząc na to, że dzięki temu pozbędzie się problemu podał jej komórkę. Dziewczyna wybrała telefon do jednego z ochroniarzy ojca i poprosiła żeby po nią przyjechał. Zanim oddała smartfon wybawcy wpisała swój numer „Pheobe, dobra wróżka”.
– Dobra wróżka? - uniósł do góry jedną brew widocznie zdziwiony.
– Spełnię twoje trzy życzenia. Co tylko będziesz chciał. W końcu mogłeś mnie po prostu olać i zostawić na pastwę tych podludzi - wzruszyła ramionami poprawiając rozciętą sukienkę. - Dzwoń kiedy chcesz - i wtedy zauważyła czarny samochód, który zatrzymał się na chodniku. Wyszło z niego dwóch wysokich, umięśnionych i wytatuowanych mężczyzn. Adam i Harry. Podeszli do nich. Widząc w jakim stanie jest dziewczyna od razu zmierzyli wzrokiem nieznajomego. - Spokojnie. Uratował mi życie, tak. Gdyby nie on to jechalibyście do trupa.
– Dasz radę sama iść? - Adam widząc delikatnie zakrwawioną nogę chciał wziąć ją na ręce.
– Tak spokojnie. Podrzucić cię gdzieś? - spojrzała na wybawcę.
– Dokończę przerwany spacer. Nie wpadaj więcej w kłopoty, damo w opałach - sarkazm bijący od jego wypowiedzi dało się wyczuć na kilometr. Dziewczyna tylko westchnęła głośno i ruszyła do samochodu ze swoimi osiłkami.
Kiedy wróciła do posiadłości ojca jeszcze nie było. Rzuciła szpilki w korytarzu co obudziło śpiącego na sofie Connora i Arię. Obydwoje zerwali się na równe nogi. Piesek pobiegł przywitać swoją panią.
– Cześć kochanie. Stęskniłaś się za mamusią? - wzięła ją na ręce. - Mamusia za tobą bardzo - pocałowała ją w nosek i odłożyła na podłogę.
– To smutne, że psa witasz w ten sposób, a mnie totalnie olewasz - przyjaciel westchnął zmarnowany podchodząc do niej - poklepała go po ramieniu.
– Ojciec dzwonił?
– Zero kontaktu. Co się w ogóle stało? Wyglądasz jak bezdomna - rzuciła mu spojrzenie mówiące „jeszcze jedno słowo a przysięgam, że zaboli”.
– Nalej mi wody do wanny. Dużo piany proszę. Idę po wino - musiała się zrelaksować a to była najlepsza opcja. Connor licząc na to, że będzie mógł z nią posiedzieć i bezkarnie popatrzeć na jej cudowne ciało bez protestu poszedł do łazienki. Pheobe wyciągnęła z szafki w kuchni kieliszek i pierwsze lepsze wino, które w niej stało. Silna i niezależna sama je otworzyła, wypełniła nim kieliszek do połowy i na raz wypiła zawartość.
Na górze czekała na nią wanna pełna wody i piany wokół której stały zapalone świeczki.
– Jednak wiesz czego trzeba kobiecie. A teraz się odwróć. Grzecznie wykonał polecenie. Mogła się spokojnie rozebrać i wejść do wanny. Mężczyzna usiadł na ziemi opierając się o nią. Opowiedziała mu dokładnie co się stało. Fakt, że została uratowana przez innego mężczyznę bardzo mu się nie podobał.
– Następnym razem jadę z tobą.
– Nie będzie następnego razu. Nie wiem skąd ojciec wziął tych ludzi ale to był ostatni raz kiedy poszłam z nim na spotkanie. Teraz sama będę dobierać klientów - Connor dobrze wiedział, że to nie byli zwykli biznesmeni.
– Myślę nad założeniem własnej działalności. Jakaś agencja reklamowa na przykład.
– To nie taki zły pomysł. Ojciec ci na to pozwoli?
– To jest właśnie problem - westchnęła chowając twarz do połowy w wodzie. Posiedzieli tak jeszcze chwilę rozmawiając o wszystkim i o niczym dopóki woda w wannie nie zrobiła się zimna. Connor wyszedł z łazienki żeby dziewczyna mogła spokojnie się przebrać. Gotowa do spania rzuciła się na łóżko i zasnęła jak dziecko.
Następnego dnia o świcie obudził ją budzik. Nie miała ochoty na trening ale nigdy go nie odpuszczała. Wyłączyła go i poszła przebrać się w strój do biegania. Kiedy zeszła na dół do kuchni zauważyła torebkę ze swoimi rzeczami. Ochroniarze namierzyli jej telefon i odnaleźli zgubę. Odetchnęła z ulgą.
Po godzinnym biegu wróciła do domu. Zauważyła, że ojeciec wrócił na noc, ponieważ w przejściu leżały jego rzeczy. Pheobe poszła zrobić sobie śniadanie i przyszykować się na zajęcia.
Dzień szybko jej zleciał. Wieczorem wracając z uczelni chciała pojechać coś zjeść. Przerwał jej jednak telefon od nieznanego numeru.
– Pheobe Burton, słucham? - odebrała zatrzymując się na światłach.

<Liam?>

7.01.2020

Od Liama CD Pheobe

Chyba powinienem ograniczyć długość spacerów, na które zabierałem Lunę wieczorami, do niezbędnego minimum. Bo mam wrażenie, że za każdym razem, jak wybieram dłuższą trasę, coś się odjebie.
I tym razem nie było inaczej.
Najpierw wpadła na mnie jakaś dziewczyna. Dosłownie wpadła. Odruchowo położyłem jej wolną rękę na plecy, żeby nie upadła. Jej ładne oczy spotkały moje i wyszlochała tylko "Błagam, pomóż mi". Bo zaraz potem usłyszałem charakterystyczny dźwięk odbezpieczanej broni i zaledwie sekundę potem wystrzał.
Zareagowałem odruchowo. W zasadzie zdziwiłem się, że zdążyłem. Wspomagając się oszczędnym ruchem złożonych ze sobą palca wskazującego i środkowego dłoni, w której trzymałem smycz Luny, stworzyłem między nami a strzelcem nieprzepuszczalną barierę powietrza.
Pocisk odbił się od niej, rykoszetując w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie usłyszałem przy tym niczyjego krzyku, założyłem więc, że nie trafił żadnego przypadkowego przechodnia. Na szczęście.
Nie miałem jednak możliwości lepszego zorientowania się w sytuacji, czyli chociażby zobaczenia twarzy strzelca, bo Lunie nie spodobało się tak gwałtowne naruszenie jej przestrzeni osobistej przez nieznajomą. Zanim zdążyłem zareagować, pies skoczył na dziewczynę z wyszczerzonymi zębami, najpierw warcząc gardłowo, potem szczekając i zamierzając się do ugryzienia. Metalowy kaganiec zapobiegł zrobieniu większej krzywdy nieznajomej, ale budujące go druty okazały się mordercze dla cienkich rajstop, które miała na sobie. Zahaczyły się o nie, a gdy odciągnąłem Lunę na bezpieczną odległiać, wydarły w materiale, któremu do destrukcji wystarczyło zaledwie zahaczenie paznokciem podczas zakładania, dość sporą dziurę, od której natychmiast odeszły też oczka na całej długości prawej nogi dziewczyny.
Cóż, dobrze, że ucierpiały tylko rajstopy. Gdyby coś więcej, mógłbym mieć problemy.
- Uważaj - syknąłem, cofając się o krok i odpychając dziewczynę, która widać nie miała instynktu samozachowawczego, bo zamiast odruchowo cofnąć się przed agresywnym psem, nadal opierała się o mnie, patrząc z niejakim przerażeniem na owczarka i potrzebowała fizycznego impulsu, żeby się odsunąć.
Wtedy rozległ się kolejny strzał. Kolejny pocisk odbił się od stworzonej w ostatniej chwili, niewidzialnej ściany.
Niedobrze.
- Proszę - jęknęła dziewczyna, rzucając wystraszone spojrzenia to na Lunę, to na mężczyznę, który niechybnie się do nas zbliżał. Westchnąłem ciężko.
- No, księżniczko, możesz się pobawić - mruknąłem do suczki, wprawnym ruchem odpinając zapięcie przy jej kagańcu i zsuwając go z jej pyska. Po czym puściłem smycz.
Ruszyliśmy z psem jednocześnie - ona w kilku susach dopadając gościa z bronią, ja doskakując do dziewczyny, w ostatniej chwili odpychając ją z drogi kolejnego lecącego w naszą stronę pocisku. Potem naszych uszu dobiegł ryk bólu mężczyzny, gdy na jego ręce zacisnęły się zęby mojego psa.
Złapałem dziewczynę za ramię, popychając ją za załom budynku, żeby odsunąć ją sobie z drogi. Nie wyglądała mi na typ wojowniczki, która sama skopałaby tyłek napastnikowi czy chociażby dołączyła do swojego wybawcy, by w jakiś sposób mu pomóc. Byłaby tylko kulą u nogi.
- Nie wychylaj się - mruknąłem, patrząc dziewczynie w oczy, żeby pokazać, że nie żartuję. Gdy lekko skinęła głową, odwróciłem się, by stawić czoła napastnikowi.
Jakimś cudem zdołał już odczepić od siebie Lunę, z którą mierzyli się teraz wzrokiem. Próbował ją zdominować. Głupota. Takich manewrów można próbować przez płot z wiejskim burkiem, a nie z wielkim, widocznie agresywnym psem na wolności.
Tym bardziej, jeśli się wcześniej widziało, że jego właściciel do chuderlaków nie należy.
Wykorzystałem, że gościu był zbyt skupiony na moim psie, żeby zobaczyć, że się zbliżam. Po drodze podniosłem z ośnieżonego chodnika broń, którą mężczyzna musiał upuścić, gdy został zaatakowany. Poczułszy zimny metal na skórze, wzdrygnąłem się odruchowo. Już dawno nie zostałem zmuszony do używania broni palnej. I jakoś za tym nie tęskniłem.
W kilku krokach dotarłem do mężczyzny. Zatrzymałem się za jego plecami i przyłożywszy mu lufę do potylicy, odbezpieczyłem pistolet. Reakcja faceta była natychmiastowa.
Zamarł. Oddech mu przyspieszył, co nie umknęło moim wyczulonym zmysłom. I odwrócił wzrok.
To ostatnie poznałem po tym, że Luna warknęła i ponownie chciała skoczyć na niego, ale powstrzymałem ją krótkim "nie". O dziwo posłuchała niemal od razu.
Mężczyzna powili podniósł ręce do góry w geście poddania. Pewnie prawie każdy inny uznałby, że po prostu chce odejść i straciłby w tym momencie czujność. Ja widziałem zbyt wiele podobnych sytuacji, zakończonych gwałtownym odwróceniem przewagi z powrotem na stronę, zdawać by się mogło, że pokonanego. Dlatego zamiast odetchnąć z ulgą, tylko mocniej przycisnąłem lufę do głowy gościa.
- A teraz, skoro już się sobie w bardzo kulturalny sposób przedstawiliśmy - zacząłem lekkim tonem, rozglądając się ukradkiem dookoła, żeby sprawdzić, czy napastnik był sam. Zobaczyłem czarny samochód zaparkowany nieopodal, jednak gdy tylko moje oczy na nim spoczęły, ktoś za kierownicą odpalił silnik i ruszył z miejsca, mijając nas i odjeżdżając, jak gdyby nigdy nic. - Nie chcę wchodzić w osobiste porachunki między tobą a tamtą dziewczyną, bo średnio mnie one obchodzą. Ale ganianie za nią po ulicach z bronią w ręku nie wygląda zbyt dobrze, nie sądzisz? - zerknąłem kątem oka w miejsce, gdzie zostawiłem dziewczynę. Nie widziałem jej, ale nie musiało to wcale znaczyć, że jej tam nie ma. W końcu nie bez powodu wybrałem tamto miejsce - chodziło, żeby była schowana i nie oberwała przypadkową kulą. - Następny raz, jak będziecie chcieli kogoś z kolegami porwać, postarajcie się bardziej. Cała ta akcja była bardzo nieprofesjonalna - dodałem szeptem, nachylając się do ucha mężczyzny. Jego tętno jeszcze bardziej przyspieszyło. Poczekałem chwilę, czerpiąc przyjemność z jego narastającego przerażenia, nim w końcu wylrowadziłem kopnięcie w tył jego kolan, co spowodowało jego gwałtowny upadek na ziemię. - Spieprzaj stąd - rzuciłem, odsuwając pistolet od jego głowy. Wyciągnąłem magazynek i schowałem go do kieszeni, a nienabity już pistolet oddałem właścicielowi. A niech ma. Byleby mi w plecy nie strzelił. - Zanim się rozmyślę.
Moje słowa podkreśliło groźne szczeknięcie Luny. Nie minęło pięć sekund, nim napastnik zniknął. Odbiegł gdzieś ulicą, potykając się i co chwilę oglądając za siebie, czy na pewno za nim nie ruszyłem.
Pizda.
- Możesz już wyjść, ma damo w opałach - rzuciłem przepełnionym sarkazmem tonem na tyle głośno, by dziewczyna, schowana nadal za budynkiem, na pewno mnie usłyszała. Gwizdnąłem cicho, by przywołać do siebie Lunę. Złapałem smycz i szybko z powrotem nałożyłem jej kaganiec, żeby przypadkiem, nadal zaaferowana akcją sprzed chwili, nie zaatakowała nieznajomej.
Nie miałem co prawda za bardzo czasu na niańczenie kogoś, ale miałem pełne prawo podejrzewać, że ktoś może po nią wrócić. A wtedy miałbym ją na sumieniu.

Pheobe?

5.01.2020

Od Pheobe do Liama

- Ile razy mam panu powtarzać, że potrzebuje tej rezerwacji na dzisiaj? Zapłacę podwójnie. Jeśli będzie trzeba to nawet potrójnie. Panie Stain to dla mnie bardzo ważne. Przysięgam, że w ten wieczór zarobi pan więcej niż przez cały tydzień - chodziła po pokoju zdenerwowana. Aria od dźwięku jej szpilek stukających o kafelki nie mogła spokojnie spać. Robert jak zwykle zaprosił klientów na kolację bez rezerwacji w jakiejkolwiek rezerwacji, a martwienie się tym oczywiście zostawił córce.
- Pani Burton oczywiście. Stolik będzie gotowy na szóstą. Jakieś życzenia co do muzyki? - tak jak myślała pieniądze załatwiły sprawę. Dobrze znała właściciela i wiedziała, że ten przystanie na jej propozycję nawet gdyby miał wyrzucić wszystkich ludzi z lokalu.
- To ma być klasyczna, biznesowa kolacja. Fortepian wystarczy.
- Oczywiście. Do zobaczenia wieczorem - rozłączyła się. Głośno wzdychając opadła na sofę obok psa. - Powiedz mi kochanie jak to jest, że ojciec godzinę przed spotkaniem przypomina sobie, że o czymś zapomniał? - głaskała ją delikatnie po głowie. - Jeszcze będę musiała tam iść i się uśmiechać przed jakimiś staruchami. Powinien znaleźć sobie kobietę do dekoracji, a nie mnie.
- Twój ojciec jest świadomy faktu, że zmiękczasz męskie serca. Nie narzekaj tylko idź się lepiej przygotuj - Connor wyszedł z kuchni trzymając w dłoni kanapkę z szynką. Mężczyzna czuł się w posiadłości jak u siebie. Był jak członek rodziny. Usiadł obok niej, a majonez z przekąski kapnął na jej kombinezon.
- Kurwa mać to Channel! - krzyknęła podnosząc się do pionu. - Zabije cię własnymi rękoma jeśli to nie nie spierze - warknęła i mocnym krokiem ruszyła w stronę swojej sypialni. Ten się tylko zaśmiał i włączył sobie telewizję. Minęły dwie godziny. Zbliżała się osiemnasta, a ona dalej siedziała w swoim pokoju. Connor i Robert czekali na nią gotowi do wyjścia.
- Ile można? - starszy poprawił krawat. - Idź sprawdzić czy wszystko z nią dobrze - zlecił wilkołakowi na co ten skinął i poszedł wykonać rozkaz. Bez pukania wszedł do pokoju Pheobe. Dziewczyna gotowa do wyjścia zapinała kolczyki. Ubrana w białą, obcisłą sukienkę z długimi rękawami i odkrytymi ramionami. Włosy zaczesane w prostego koka dodawały jej kreacji elegancji.
- Musimy już jechać - mruknął patrząc na nią. Od dawna był w niej zakochany. Pociągała go pod każdym ciałem. Bał się wyznać swoje uczucia. Wiedział, że jeśli coś poszłoby źle straciłby możliwość patrzenia na nią codziennie.
- Dobrze już dobrze - spakowała do torebki wszystko czego potrzebowała i wymijając go wyszła przodem. - Zajmij się Arią. Byłoby dobrze gdybyś wypuścił ją na chwilę na dwór. Nakarm ją o ósmej - podała mu wytyczne tak jakby mówiła o dziecku.
- Tak jest szefowo - przewrócił oczami idąc za nią.
- Jest i moja księżniczka! Piękna jak zwykle - ojciec przytulił dziewczynę. - Moja duma - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tato chodźmy już. Spóźnimy się za chwilkę tak - nie chciała żeby zniszczył jej fryzurę, z którą męczyła się dobre trzydzieści minut.
- Oh tak jasne. Connor zaopiekuj się domem! - krzyknął biorąc kluczyki od czarnego Mercedesa Klasy S.
Zatrzymali się przed wejściem. Robert oddał klucze do wozu obsłudze żeby ten go zaparkował.
- Tym razem siedź i uśmiechaj się grzecznie. Ja zajmę się interesami - przez chwilę zastanawiała się skąd ta decyzja jednak nie sprzeciwiała mu się. Jak zawsze była mu posłuszna. Przy stolików czekało na nich dwóch mężczyzn. Widząc ojca z córką podnieśli się z krzeseł. Tak jak dziewczyna przypuszczała. Jeden z nich był w wieku jej rodzica, a drugi coś około czterdziestki. Ucałowali dłoń dziewczyny i uścisnęli rękę Robertowi po czym ponownie zajęli swoje miejsca.
- Jesteś piękniejsza niż sądziłem - starszy uśmiechnął się do niej na co odpowiedziała tym samym. Poczuła obrzydzenie jednak nie dała tego po sobie poznać. - Proponuję żebyśmy najpierw zjedli kolację i napili się wina zanim przejdziemy do interesów.
Przez następna godzinę rozmawiali o sprawach prywatnych. Wypytywali głównie o Pheobe. Dziewczyna nie mówiła o sobie zbyt chętnie. Nie spodobali jej się. Czuła, że w powietrzu wisi coś złego.
- Czas przejść do sedna sprawy - mruknął Robert.
- Chciałbym jednak porozmawiać w cztery oczy. Danny zajmie się twoją córką. Nic jej z nim nie grozi. Zapewniam - nie był pewien jednak ostatecznie się zgodził. Kontrakt z nim był dla niego cholernie ważny. Potrzebował nowego dostawcy towaru, a od niego nie było lepszych. Przyciągnął ją do siebie.
- Załatwię to szybko. Jeśli coś będzie nie tak daj znać chłopakom. Kręcą się po okolicy - wyszeptał jej do ucha. Przełknęła głośno ślinę.
- Chodźmy - wstała i ruszyła przodem w stronę wyjścia. Położył dłoń na jej plecach i poprowadził ją. Wyszli na ulicę. Mało ludzi kręciło się w tej części miasta. Szatynka czuła ogromny dyskomfort. - Piękny wieczór – mruknęła chcąc jakoś rozładować napiętą atmosferę.
- Nie tak piękny jak ty dziecino - jego dłoń zsunęła się zdecydowanie zbyt nisko. Przełknęła głośno ślinę i ugryzła się w język żeby nic nie powiedzieć.
- Bardzo mi miło - uśmiechnęła się delikatnie.
- Będę musiał niestety przerwać tę cudowną chwilę - nie do końca zrozumiała o co mu chodzi ale po chwili wszystko się wyjaśniło. Wciągnął ją w boczną alejkę zasłaniając usta żeby nikt nie usłyszał jej krzyków. Nie miała pojęcia co się dzieje. - Cichutko - patrzyła mu prosto w oczy. - Miałem cię tylko zgarnąć ale kurwa nie dam rady - sekundy później czarne Audi podjechało po nich. Kiedy prowadził ją w stronę wozu dziewczyna ugryzła go w palec tak, że poczuła krew na swoich ustach i ruszyła biegiem przed siebie. - Ty mała szmato! - warknął i ruszył za nią. Wypadła jej torebka. Nie miała jak zadzwonić po pomoc. Po prostu uciekała. Spojrzała za siebie przez ramię. Biegł za nią z bronią w ręku. Przyspieszyła i skręciła na następnym skrzyżowaniu wpadając przy tym na jakiegoś mężczyznę.
- Błagam pomóż mi - wyszlochała wpatrując się w jego brązowe tęczówki.


<Liam?>
Szablon
synestezja
panda graphics