Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanne. Pokaż wszystkie posty

12.05.2020

Od Hanne CD Anzaia

Nieprawdopodobne jak mało czasu potrzeba, żeby całe nasze ciało i umysł opanowała nieposkromiona wściekłość. W tamtym momencie właśnie tego doświadczyłam. Wkładając w to jak najwięcej siły potrafiłam, odepchnęłam od siebie mężczyznę. W jednej dłoni przygotowaną miałam już igłę z lekiem, drugą najchętniej wyjęłabym zza skórzanego paska sztylet i wbiła mu w twarz. Gdyby nie fakt, że na dzień obecny obiecałam już więcej nie wstrzykiwać mu tego czegoś i obserwować jak bezwładnie ląduje na ziemi, prawdopodobnie już by leżał. 
-Nigdy. Radzę ci dobrze NIGDY więcej nie wpadać na takie GŁUPIE pomysły! - syknęłam, zapinając szybko zamek skórzanej kurtki. Korzystając z faktu, że oddalił się ode mnie o kilka kroków, wystawiłam rękę przed siebie, aby dobrze mógł przypatrzeć się igle z antidotum na jego demoniczne wybryki. Mówił coś, próbował się wytłumaczyć, ale ja już niczego nie słuchałam. Omijając go ostrożnie, szybkim krokiem ruszyłam w stronę mieszkania. Słysząc za sobą nieustanne Hanne, poczekaj! Ja sam nie potrafię nad tym panować! odwróciłam się tylko na pięcie, ręce wcisnęłam w kieszenie kurtki. 
-Wiesz, w takim razie nastał odpowiedni czas, żeby w końcu się nauczyć! Życie to ciągła walka ze swoimi demonami, Anzai! Im mniej z tym walczysz, tym bardziej zaczynasz je przypominać! - krzyczałam - Nie możesz go spędzić na ciągłym poddawaniu się tej żądzy. - ściszyłam znacznie głos. Miałam takie dziwne przeczucie, że usłyszy mnie nawet pomimo oddzielających nas kilku metrów. Tak właściwie, to sama nie wiedziałam co mówię. To znaczy wiedziałam, ale nie miałam pojęcia jak skuteczny był mój krótki wywód w stosunku do jego postaci. Nic o nim nie wiedziałam. -Nie będę w stanie ci pomóc, jeżeli tak to będzie wyglądać! - dokończyłam, odwróciłam się plecami do niego i weszłam do wnętrza bloku, w którym wynajmowałam mieszkanie. Dziękowałam teraz w myślach twórcom drzwi, które otwierają się tylko po wpisaniu konkretnego kodu. Wchodząc do środka nie odwzajemniłam ciepłego uśmiechu woźnego zajmującego się klatką schodową, jak to byłam w zwyczaju robić, nie zatrzymałam się ani na sekundę słysząc prośby dzieci moich sąsiadów, aby opowiedzieć im co dzisiaj robiłam w pracy. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. 
Już zaledwie po jednym dniu wykonywania nowej misji miałam do niej bardziej sceptyczny nastrój, niż przez całe życie w stosunku do czegokolwiek. 
Nie podobał mi się rozkaz Hal'a, nie podobały mi się stosy strzykawek, które schowałam na jednej z półek w schowku na miotły, nic mi się nie podobało. W głowie nadal dźwięczał mi przerażony głos dziewczyny, kiedy prosiła mnie o to, żebym ją zabiła, zamiast oddawać swojemu szefowi. Mruczałam zrzędliwie pod nosem, plącząc się do późnych godzin po mieszkaniu. Nie pomógł mi nawet gorący prysznic, chyba dawno już nie byłam w tak złym nastroju. 
-Skoro on nie może odejść, to ja to zrobię. - stwierdziłam w końcu zakrywając się cała pod kocem, dopijając kolejny kubek kawy. Już nie miałam ochoty na sen.
W końcu wstałam, ubrałam się odpowiednio, chwyciłam za czarny kask zwisający z wieszaka i wyszłam z mieszkania. Jeździłam długo, bez celu, tak po prostu, żeby móc nacieszyć się szybkością mojej czarnej bestii, kiedy ulice tego pięknego miasta były już prawie puste. W końcu zatrzymałam się na chwilę gdzieś, przy obrzeżach miasta, zdjęłam kask i spojrzałam w ciemne, gwieździste niebo.
-Och Loki, uchroń mnie od takich niespodzianek... - mówiłam cicho, wpatrując się w gwiazdy. Nie na długo mogłam zachwycać się pięknem tutejszego nieba, ponieważ kilka ulic dalej usłyszałam przerywający ciszę krzyk jakiejś kobiety. Wytężyłam zmysły, kierując się w tamtym kierunku. Prawa dłoń na pistolecie przyczepionym do paska. Ktoś przed kimś uciekał. I ten drugi ktoś właśnie tego pierwszego dopadł. Cóż za dziwne zrządzenie losu, że po raz trzeci w ciągu jednej doby przyszło mi spotkać się z tą dziwną rasą, o której wcześniej nie miałam żadnego pojęcia. Zanim napastnik zdążył ostatecznie zaatakować swoją ofiarę, użyłam swojej umiejętności rozpraszania istot w otoczeniu i zbliżyłam się do niego. Pistolet przystawał do jego głowy, zanim nawet zdążył się zorientować. Nie odsuwając broni ani o milimetr, obserwowałam, jak powoli zwalnia z uścisku swoją ofiarę, a ta w mgnieniu oka ucieka.
Obserwowałam, jak unosząc dłonie w celach okazania bezbronności odwraca się twarzą do mnie. Obydwoje wpatrywaliśmy się sobie głęboko w oczy.
-Jesteś od niego....  No dalej. Nie wahaj się. - powiedział wolno, na jego twarzy pojawił się szalony uśmiech - Stań się kolejną zabawką w dłoniach tego psychopaty, który poddaje eksperymentom moich braci i sióstr. Tylko najpierw nie zapomnij wcisnąć spustu i okazać mi łaski, żebym i ja nie musiał tego przeżywać.- zwrócił wzrok w stronę pistoletu.
Wzięłam głęboki oddech. Nigdy nie zabiłam żadnej istoty, której nie musiałam zabić w akcie obrony własnej lub po prostu zwyczajnie sobie na to zasłużyła. A on? Czym on właściwie sobie zasłużył? Milczałam, przez dobre pół minuty wpatrując się w jego nieludzkie tęczówki.
-Masz dziesięć sekund na ucieczkę, inaczej cię namierzą. - powiedziałam, opamiętując się w samą porę.


Anzai? Będziesz na miejscu, czy spotkamy się dopiero podczas jutrzejszej, prawdopodobnie nieudanej rezygnacji Hanne i jej nocna przygoda nie wyjdzie prędko na jaw?

10.05.2020

Od Hanne CD Anzaia

Z przerażeniem obserwowałam jak bezwładne ciało Anzai'a upada na betonową podłogę  i z impetem o nią uderza. Jego zdesperowane, wołające o pomoc oczy powoli wypełniały się  łzami i przypuszczam, że powodem tego wcale nie była igła z narkotykiem, którą tak bezmyślnie wbiłam mu w udo. Ścisnęłam jeszcze mocniej chude ramię rudowłosej wampirki, której ciało całe trzęsło się już ze strachu. Niemalże zaraz po tym niezbyt ciekawym incydencie, obydwie dostrzegłyśmy zbliżające się z oddali światła samochodu dostawczego. 
-Nie wiesz, co oni nam tam robią! Już lepiej, żebyś zabiła i mnie.... - usłyszałam jej błagalny głos, który sprowadził mnie na ziemię i spowodował ciarki na całym moim ciele. Spojrzałam w jej spanikowane oczy. Wcześniej na to nie zwróciłam uwagi, ale miała niezwykłe, pomarańczowe tęczówki. Ogarnął ją taki paraliż, że przez ułamek sama przeraziłam się tego, co czeka na tę biedną dziewczynę. Więcej czasu nie miałam, gdyż dwie furgonetki z piskiem opon zatrzymała się tuż obok i tyle było z naszej wspólnej przygody. Dwoje zamaskowanych mężczyzn zabrało wampirzycę do tej bardziej oddalonej, dwoje kolejnych zajęło się transportem ciała czarnowłosego demona do bliższego samochodu. Z wnętrza wyłoniła się dobrze znana mi sylwetka Hal'a, który i mnie zaprosił do wnętrza. Będąc w środku usiadłam na siedzeniu, a już po chwili w moim kierunku podeszła nieśmiało kobieta z wodą utlenioną w jednej ręce i wacikami gazowymi w drugiej. Zdjęłam z dłoni skórzane, bezpalcowe rękawiczki i  bez pytania wyciągnęłam pustą dłoń w jej kierunku. Co jak co, ale z gorszych ran się wychodziło. 
-Lepiej będzie, jak zajmiesz się nim. - oznajmiłam, zwracając wzrok w stronę rannego, który faktycznie potrzebował pomocy i który powoli zaczynał wracać już do siebie. 
-Dobrze, pani Hanne. - odpowiedziała cichutko, po czym dołączyła do dwójki ludzi, którzy byli już w trakcie opatrywania mojego nowego współpracownika. Przykładając gazę opatrunkową do skroni, w ciszy obserwowałam, jak rozwija się kłótnia pomiędzy nim, a Hal'em. Odynie, o czym oni w ogóle rozmawiali? 
-Anzai, o czym on mówi? - odezwałam się w końcu, kiedy zostaliśmy tylko my, nieśmiała dziewczyna obserwująca jego poszarpane ramię i kierowca tej bardzo modernistycznej furgonetki. -Jego wyjaśnienia wgniotły mnie w podłogę. - Anzai... Czy ty w ogóle chcesz, tego co teraz robisz...? - powiedziałam cicho, obserwując jego reakcję - To nie jest wolność... - nie wiedziałam, czy powinnam to mówić, chociaż w tamtej chwili uważałam to za najbardziej słuszną opcję. Istota, która nie może podejmować najważniejszych decyzji dotyczących swojego życia, nigdy nie była, nie jest i nie będzie istotą wolną. Co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. A on wydawał się całkiem młody, niedawno zresztą wspominał coś o tym, że dopiero w wieku dwudziestu jeden lat odkrył tę swoją uprzykrzającą życie moc, o ile można tak to nazwać. W takim wieku to i nie dziwię się, że nie chce albo nie ma odwagi sprzeciwiać się komuś, kto tak go ogranicza.
-Idziemy na drinka. - zignorował moje pytanie, zmieniając całkowicie temat -Trzeba uczcić sukces w postaci 4 na 5 żywych wampirów.
-Co? Że niby teraz? - odpowiedziałam. Byłam trochę zawiedziona brakiem odpowiedzi, ale w porównaniu do poprzednich naszych rozmów, tego nie miałam mu za złe. Jego życie, jego sprawa. - Muszę wrócić do mieszkania. Popatrz na mnie! Popatrz na siebie!
-Teraz. Twoje przydupasy zajmą się tobą na komendzie, tak jak wczoraj. Weźmiesz prysznic, jeżeli tak bardzo ci na tym zależy i idziemy na do baru, gdzie spokojnie będziemy sobie mogli  spokojnie porozmawiać. - wpatrywał się we mnie intensywnie, naciskając nacisk na ostatnie słowa. Okej, przekaz chyba do mnie dotarł.
-Nie mogę wpadać tam codziennie i im tak rozkazywać.... - mruknęłam pod nosem, krzyżując ramiona na piersi. Obydwoje jednak doskonale wiedzieliśmy, że mogę. No cóż, czasem muszę udać, że jestem chociaż trochę skromna. 
Furgonetka odstawiła nas dopiero w garażu budynku. 
-Ktoś tu chyba nie chciał, żeby nas tak zobaczonooo... - powiedziałam rozbawionym głosem, obracając głowę we wszystkich kierunkach, aby móc rozejrzeć się po pomieszczeniu. Nigdy tutaj nie byłam. Nie zwlekając, bez żadnego już słowa skierowałam się w kierunku damskiej części pomieszczenia dla pracowników i tam doprowadziłam się do porządku. Jak dobrze, że mają tutaj zapas ubrań roboczych i że nie należą do nich tylko te okropne, granatowe uniformy. 
Wychodząc z szatni zaobserwowałam, że i Anzai nieco ogarnął się wizualnie. Ciekawe za czyim rozkazem... Miałam wrażenie, że obserwuje nas ponad połowa pracowników, kiedy wspólnie kierowaliśmy się w kierunku wyjścia. 
-Nie ładnie tak się gapić! - krzyknęłam na wychodne, z uśmiechem na ustach obserwując w odbiciu szklanych drzwi, jak niektórzy podskakują z przestraszenia. Ach, ci ludzie!
Droga do baru przeszła szybko i bez zbędnej wymiany zdań. Jak to się mówi... Mowa jest srebrem, a milczenie złotem? Jestem w stanie udzielić rozgrzeszenia każdemu, kto nie gada bezsensownie, kiedy to nie jest specjalnie potrzebne.
-Witamy w naszych skromnych progach naszego stałego bywalca i jego nową towarzyszkę! - powiedział pogodnym głosem mężczyzna z wczoraj, kiedy tylko usiedliśmy na wysokich krzesłach brzy barze. Udając, że równie cieszę się na jego widok (nie cieszyłam), również uśmiechnęłam się w jego kierunku. Anzai zamówił coś mocniejszego dla siebie, ja w ramach wyjątku postawiłam na razie na wodę. Teraz, kiedy wiedziałam, że te wampiry mogły czyhać dosłownie wszędzie, jakoś nie w smak było mi drinkowanie. Nie, żeby jakoś specjalnie działał na mnie tutejszy alkohol. Smak jego natomiast przysparzał mnie o ból głowy...
-Jak to możliwe, że chce ci się pić tak po prostu, ze świadomością, że w każdej chwili coś może skoczyć ci na głowę i zaatakować? Nawet mnie powiedziałam zdumiona. Postanowiłam, że na razie nie będę odwoływać się do pogadanki z furgonetki, bo zdaje się, że barowi podsłuchiwacze nie powinni dowiadywać się niektórych rzeczy. Chociaż bardzo chciałam. I ze zniecierpliwieniem czekałam, aż nadejdzie taki moment. Na co ja głupia czekałam..? Gdyby to on zapytał mnie o takie sprawy, nigdy bym mu nie odpowiedziała. A przynajmniej nie prędko. 


Anzai? =)

8.05.2020

Od Hanne CD Anzaia

Parasol. Najwspanialszy wynalazek ludzkości. Muszę załatwić sobie parasol... - gdyby ktoś zastanawiał się o czym myśli kobieta, której właśnie powierzono misję ratowania ludzkości przed wampirami i w dodatku współpracę z kolejnym wampirem, to właśnie macie odpowiedź. Że też ja nigdy nie wpadłam na parasol... Niestety tylko przez krótki odstęp pomiędzy budynkiem komisariatu, a barem, miałam okazję nacieszyć się swobodą, jaką dawała mi ta mała, wspaniała rzecz. I znów musiałam skupić się na tym czarnowłosym, przemoczonym demonie. Swoją drogą, miałam wrażenie, jakby nigdzie mu się nie śpieszyło. Rozmowa z barmanem, popijanie drinków - zupełnie jakbyśmy zaraz mieli urządzić sobie randkę w ciągu dnia, a nie omawiać tę straszliwie ważną misję, o której wspominał Hal. Spoglądając to raz na swojego towarzysza, to raz na szklankę Whishey, którą raczył mi postawić, ze skupieniem i uwagą zadawałam pytania. Lekko nie będzie.... - myślałam z satysfakcją. Dawno już nie podchodziłam do takiego wyzwania, w którym w gruncie rzeczy nie wiedziałam, z kim mam do czynienia.
No i lekko nie było - ale jak zwykle sobie poradziłam. No i Anzai też sobie poradził, chociaż leki (które dziwnym zrządzeniem losu w wielkich ilościach znalazły się wczoraj w mojej skrzynce pocztowej - dzięki Hal!) poszły w ruch. Nie mogę ukryć, że kiedy już te dziwne i istoty zakułam w kajdanki i furgonetka je zabrała, z rozbawieniem obserwowałam znieruchomiałego mężczyznę. Z takim wewnętrznym rozbawieniem, bo na twarzy gościł mi spokój. Miał bardzo ładne skrzydła. W sumie to nawet przez chwilę poczułam względem jego współczucie. To musi być okropne uczucie, nie być w stanie kontrolować samego siebie. 
- Jesteś naprawdę dobra, poradziłaś sobie z tym wampem sama, ogarnęłaś mnie i do tego zakułaś wszystkich, dostarczając ich żywych. - taką pochwałę usłyszałam, kiedy w końcu był w stanie się ruszać. 
- Lata praktyki. I ty się spisałeś. W walce jesteś prawdziwą bestią. - odezwałam po kilku sekundach, a w ramach odpowiedzi na jego twarzy zaobserwowałam pewny siebie uśmieszek.
-Mówiłem, jestem najlepszy. 
-Szkoda tylko, że Hal nie posłał mi wczoraj niczego, co mogłoby mi pomóc w opatrzeniu twoich ran. -mruknęłam pod nosem, obserwując jego zakrwawione ramię. 
-Nie musisz się tym przejmować, za moment przyjedzie kolejna furgonetka, zabiorą nas stąd i wszystkim się zajmą. - oznajmił, jakby to było coś najbardziej oczywistego na świecie. Wow, o mnie tak nigdy nie dbali. 
-Czyli tak po prostu siedzimy tutaj i na nich czekamy?- zapytałam ze zdziwieniem. Nie wiedzieć czemu, inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Nie tak zgrabnie, płynnie i bez możliwości wyboru, co będzie dalej. Tutaj wszystko było z góry ustalone. Od nie zabijania tych dziwnych istot, do samochodów, które nas odbierają. Coś zaczynało mi się tutaj nie podobać. Obserwując rannego, który skinieniem głowy potwierdził, że właśnie tylko będziemy siedzieć i czekać, oparłam się o mur opuszczonego budynku, obok którego właśnie zakończyliśmy walkę. -Hej, tak właściwie to nie wydaje ci się to dziwne, że nasz przełożony potrzebuje ich żywych? - odezwałam się po chwili.
-Dlaczego ty jesteś taka niedoinformowana w każdej kwestii? Skąd się urwałaś? - westchnął głośno, wlepiając we mnie swoje ciemne oczy. Ze zdziwieniem zaobserwowałam, że jego źrenice w jednej sekundzie zrobiły się szersze, a ciało całe się spięło. Tak jakby poczuło coś, co jeszcze nie dotarło do mózgu.
-Refleks! - krzyknęłam, po czym z paska przyczepionego do spodni wyjęłam pistolet i rzuciłam w jego kierunku. Chyba sam zorientował się co jest na rzeczy, bo złapał natychmiastowo. Jednocześnie chwyciłam za swój sztylet, przygotowując się na atak. Okazało się, że było ich jeszcze dwóch. Siłą jednak przewyższali tych troje, z którymi dane było zmierzyć się nam wcześniej. Obydwoje rzucili się na rannego Anzai'a, rozpoznając w nim swojego największego wroga. Wściekłość panowała w ich oczach, żądza zemsty po utracie kompanów bez reszty zapanowała ciałem. Tylko jednego udało się nam utrzymać przy życiu.
-Jeszcze wszyscy zostaniemy pomszczeni, bracie! - krzyczała zajadle przerażająco blada kobieta, kiedy pakowałam ją w kajdanki. Ze łzami w oczach wpatrywała się w martwe ciało swojego kompana. Nie zwracałam wcale uwagi na jej krzyki i jęki. Serce biło mi jak szalone.
-Nie było innej opcji, kurwa, nie było. - mruknęłam pod nosem, po czym również spojrzałam na martwego wampira, a później z powrotem na Anzai'a. Widać było, że walczy ze samym sobą. Jego oczy powoli zaczęły wypełniać się krwią.
-Już po wszystkim. Anzai! - powiedziałam, mocno trzymając rudowłosą kobietę za ramię, żeby przypadkiem nie wpadła na pomysł ucieczki. Na nic były moje słowa. Okolica cała przesiąknięta była zapachem krwi. I ja poczułam, jak z mojej skroni toczy się cienka, ciemnoczerwona stróżka cieczy. Pierwszy raz miałam z nim do czynienia podczas misji, a on coraz bardziej zbliżał się do mnie i żadne moje krzyki nie pomagały. Nie mogłam przecież z nim walczyć, nie mogłam pozwolić naszej zdobyczy uciec. No to co miałam zrobić? Zapodałam mu kolejną dawkę uspokajacza.
Znieruchomiał, a jego gałki oczne z powrotem zaczęły nabierać ''ludzkich'' kolorów. Usłyszałam tylko jeszcze ciche, krótkie przekleństwo z jego ust, zanim upadł na ziemię.


Anzai? =)

5.05.2020

Od Hanne CD Anzaia

Nie zajęło mi dużo czasu, żeby wywnioskować, że istota z którą miałam do czynienia, nie była człowiekiem. Coś mrocznego było w jego oczach, tajemniczo przerażającego, nawet kiedy spokojnym głosem wypowiadał to wdzięczne słowo przepraszam. Robiąc lekki krok do tyłu, zaczęłam przyglądać się mu z góry na dół. Duże było moje zdziwienie, kiedy z jego ust padło moje imię. Spojrzałam podejrzliwie na to czarne, plastikowe urządzenie, które miał w uchu. Ach, te ludzkie ustrojstwa. Nigdy nie uważałam, żeby im to służyło. Co najwyżej doprowadzało do uzależnień i godzinnych posiedzeń za tymi kwadratowymi puszkami zwanymi telewizorami i komputerami. Jeszcze większa była moja frustracja, kiedy powiedział coś o jakimś szefie i nie wiadomo gdzie pociągnął mnie za sobą przy użyciu nadgarstka. Na nic były moje próby uwolnienia się. Silny był, skurczybyk. No więc szłam tak za nim, no bo co innego miałam zrobić? Cała zdążyłam przemoknąć aż do suchej nitki, ale jego zdaje się to w tym momencie nie obchodziło.
Uwaga - szoku ciąg dalszy, kiedy okazało się, że znam miejsce, do którego mnie prowadzi, znam jego pracowników i właśnie poznałam moją najnowszą misję. Nie znałam tylko tego czarnowłosego, w ogóle nawet nie miałam pojęcia, że tutaj pracuje. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć?
Ze zniecierpliwieniem i nie małą irytacją wysłuchiwałam poleceń Hal'a i odpowiadałam, jeżeli była taka potrzeba. 
-To jak, mogę na was liczyć, czy nie? - z szoku po usłyszeniu odpowiedzi w postaci '' Ponad ośmiu litrów'' wyrwał mnie głos Hal'a. Kto normalny spożywa osiem litrów krwi? Kanibal mi się trafił! Kanibal zabójca!
-Biorąc pod uwagę, że - z tego co rozumiem - mam pilnować żeby nie zabijał tych... jak to mówicie,  wampirów, kiedy on jest dwa razy większy ode mnie, raz od czasu wstrzykiwać mu w nogę jakieś leki, żeby czasem nie poniosła go fantazja, bronić przed żądnymi zemsty wampirami i jeszcze chodzić, jak piesek za swoim panem? - uniosłam prowokująco brew - Hal, czyżbyś bez mojej wiedzy zdegradował mnie do roli jakiejś niani na tym posterunku? Mowy nie ma. Dzwoń, jeśli przyjdzie nowe zgłoszenie. Z chęcią na kogoś zapoluję. - odwróciłam się na pięcie i skierowałam wyjścia z gabinetu - SAMA! - dokończyłam, chwytając za metalową klamkę szklanych drzwi. Pociągnęłam. Raz, drugi, trzeci - bez skutku. Odwróciłam głowę w stronę mojego pracodawcy, po czym bezradnie spojrzałam na mężczyznę - jak mu było? Anzai'a. Ten z kolei swój gniewny wzrok ciągle zwracał w kierunku szefa. 
-Bez dyskusji! - powiedziałam równocześnie z policjantem za biurkiem. Ja oczywiście głosem przedrzeźniającym, a on tym groźnym, w jego mniemaniu oczywiście. Uśmiechnęłam się ironicznie. Był taki przewidywalny. Chociaż przewidując co zaraz od niego usłyszę, wcale nie powinno mi być tak do śmiechu. - Jesteś jedyną osobą na tym posterunku, Hanne, która zawsze odnajduje swoje ofiary i nigdy nikogo nie zabijasz. Chcesz czy nie, od dziś mu pomagasz! 
-No bo nigdy mi nie pozwoliłeś... - mruknęłam. Kto powiedział, że nie zabijam, bo nie chcę?
-No i jemu też nie pozwalam, ale on rządzi się swoimi prawami!
-No to go po prostu wywal! Znajdziesz sobie takiego łowcę wampirów, który będzie słuchał twoich poleceń, Hal! Nawet ja mogę się tym zająć, tylko nie dokładaj mi dodatkowego balastu! - nie wytrzymałam. Co w tym trudnego? W Asgardzie za niepoprawne wykonanie polecenia już dawno poleciałby na łeb. 
-Za kogo ty mnie masz? -  i wampiro-demon włączył się ponownie do dyskusji. 
-Jaki jest twój problem?! Chyba obydwoje nie chcemy ze sobą współpracować, prawda? - spojrzałam na niego. Gdybym miała taką możliwość, to wypaliłabym mu oczami dziury wielkości pięcio-dolarowej monety. 
-A taki, że mnie nikt nie jest w stanie zastąpić! 
-Nie przeceniaj się Hanne, bo nie wiesz z czym masz do czynienia. Sama nie podołałabyś temu zadaniu. I on sam nie poradzi sobie bez ciebie, bo potrzebujemy ich wszystkich żywych! Koniec rozmowy, zapraszam do wyjścia. Mam na głowie więcej spraw niż dwoje dorosłych, którzy nie chcą stawić czoła powierzonemu im zadaniu, bo nie potrafią współpracować! - wykrzyczał. Drzwi gabinetu otworzyły się na oścież. Te słowa  naprawdę we mnie uderzyły. Ja? Nie potrafię zmierzyć się z powierzonym mi zadaniem? Nie podołam tym całym wampirom? Chyba coś mu się w głowie poprzewracało. Gratulacje. Zmotywowałeś mnie, Hal, jak nigdy. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia z komisariatu. 
-Idziesz czy nie?!- wydarłam się, spoglądając za przezroczyste drzwi. Nadal padało. Nawet nie patrzyłam za siebie, czy faktycznie idzie. -Musisz mi w końcu wytłumaczyć co to właściwie są te wampiry i dlaczego są aż tak groźne, że Hal posunął się o tak absurdalne stwierdzenie. - oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ramiona na piersiach. -Niech ktoś mi przyniesie coś suchego do ubrania! - wydarłam się na całą komendę. Nie powiem, czasem zdarzało mi się korzystać z faktu, że niektórzy ludzie tutaj naprawdę się mnie boją. 


Anzai? 

29.04.2020

Od Hanne

-Cóż to za nudny dzień czeka na mnie dzisiaj... - wymruczałam pod nosem, wyglądając zza zasłony w oknie mojej sypialni. Przetarłam dłonią zaspane oczy. Nienawidzę tego uczucia, kiedy budzę się rano i od samego początku wiem, że nic ciekawego w przeciągu co najmniej kilku najbliższych godzin na mnie nie czeka. Nie, żeby zdarzało mi się to jakoś specjalnie często, ale czasem i na takie dni przychodzi czas. Brak żadnych zleceń nie byłby jeszcze tak dużym problemem, gdyby nie ta okropna, jesienna pogoda. To właśnie ona jest głównym powodem mojego utrapienia. Ani wsiąść na motor i pojechać gdzieś daleko w nieznane, bo co to za zabawa podziwiać widoki, kiedy jesteś mokra do szpiku kości, ani pójść poćwiczyć na świeżym powietrzu. Nie lubię zimna, nie lubię deszczu. Ten jeden, jedyny aspekt mieszkania na Ziemi ani trochę mi się nie podoba. Westchnęłam cicho i wolnym krokiem udałam się w stronę łazienki. 
Dopiero podczas porannego prysznica przypomniałam sobie, że mamy dzisiaj środę, a w środy zawsze co godzinę odbywają się treningi Karate w budynku znajdującym się kilkadziesiąt metrów dalej od tego, w którym mieszkam. Czasem, przy moim zróżnicowanym grafiku zdarza mi się zapomnieć o tych wszystkich treningach na które niegdyś się pozapisywałam. Ale jeżeli pamiętam i tylko mam czas, zawsze z chęcią się na nie wybieram. Nieważne. Morał jest taki, że mój dzień nie zostanie całkowicie stracony. 
Szybko wysuszyłam włosy, ubrałam się, spakowałam co trzeba i wyszłam z mieszkania. Zanim ostatecznie wyszłam z budynku, z żalem spojrzałam na ponure niebo, całe pokryte chmurami. Założyłam kaptur na głowę i jak najszybciej mogłam, ruszyłam w kierunku swojego celu. Miałam zamiar zabawić tam z przynajmniej trzy godziny. Może dłużej, jeżeli nadeszłaby mnie taka ochota. Czasem z rozbawieniem obserwuję wszystkie te osoby, którzy już po kilkudziesięciu minutach mają dosyć. Wtedy zazwyczaj upewniam się w przekonaniu, że ludzie to bardzo kruche istoty. Mimo wszystko starają się i to w nich cenię.
Najchętniej spędziłabym tutaj tyle czasu, dopóki ten okropny deszcz nie ustanie i na świat ponownie wyjdzie słońce. Po dłuższym czasie i po dziesiątkach pokonanych przeciwników ostatecznie doszłam do wniosku, że tego dnia nie mam na co liczyć. W końcu po satysfakcjonującym wysiłku postanowiłam wrócić do domu.
I znów, zarzuciłam kaptur na głowę, po czym pędem ruszyłam w stronę mieszkania, zastanawiając się w trakcie czym zajmę się w następnej kolejności. ,,Nie lubię bezczynnie siedzieć w domu, ale co mogę zrobić innego? Może w końcu poświęcę chwilę na zapoznanie się z tutejszą twórczością? Tak długo się do tego zbieram...'' myślałam. Szybki krok, głowa gdzieś w chmurach, widoczność słaba przez mgłę, że ledwo można dostrzec lokale po drugiej stronie wyjątkowo dziś pustej ulicy. Cóż innego mogło mi się przytrafić, niż zderzenie ramionami z drugą, prawdopodobnie równie zamyśloną jak ja istotą? Impakt był tak mocny, że aż sama się zdziwiłam. Nic nie mówiąc odwróciłam się na pięcie, aby móc przyjrzeć się mojemu towarzyszowi. Nasze spojrzenia spotkały się. Nie ukrywam, że wzrok miałam nieco gniewny, ponieważ im dłużej czasu spędzałam w tym nieprzyjemnym deszczu, tym gorsze stawało się moje samopoczucie. 

Witam!
Ktoś, coś? Początki, jak to początki - nudne i niezbyt ciekawe, ale cóż, każdy musi od czegoś zacząć. Zazwyczaj przykładam większą wagę do wydarzeń, które opisuje, ale tym razem nie w tym sęk, a w tym, żeby w ogóle znaleźć kogoś do wspólnego dzielenia historii. Mam nadzieję, że ktoś zdecyduje się ze mną tego wyzwania podjąć!

28.04.2020

Hanne Phelan

,,I want it, i got it''
AUTOR ||  Ailean
DANE ||  Hanne Phelan
WIEK || Według dowodu osobistego, który pomógł załatwić jej dobry znajomy, kobieta ma obecnie 25 lat. I może przy tym na razie zostańmy.
Szablon
synestezja
panda graphics