Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucas&Simon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucas&Simon. Pokaż wszystkie posty

1.07.2019

OD Lucasa CD Simona

Lucas z zamiarem jak najszybszego dostania się do swojego mieszkania, z piskiem opon rusza spod kamienicy nowo poznanego chłopaka. Chłodny wiatr owiewa jego skórę na ramionach, nieco go otrzeźwiając. Zwalnia gdy tylko zbliża się do bramy osiedla. Po pokonaniu jednej z przeszkód czyhających na niego przed dostaniem się do ciepłego domu, parkuje na swoim tradycyjnym miejscu i powolnym krokiem męczennika wchodzi na klatkę schodową. Po cichu wdrapuje się na swoje piętro. Jednak, gdy jest już w połowie z jego telefonu dobiega dźwięk dzwonka, który roznosi się echem po całym piętrze. Mężczyzna przeklina cicho pod nosem i sięga szybko do kieszeni. Odbiera od razu, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Tak, słucham? – Mruczy cicho, stąpając ostrożnie po schodach.
- Jesteś mi jutro potrzebny na komisariacie. Punkt dziewiąta chcę cię tam widzieć. – Oznajmia bez zbędnego wstępu dowódca Sopp. – Liczę na twoje wyjaśnienia. – W jego głosie słychać irytację i zdenerwowanie, co z pewnością nie oznaczało niczego dobrego, szczególnie biorąc pod uwagę, co wydarzyło się nie tak dawno temu. Lucas wzdycha cicho, pocierając skronie.
- Oczywiście szefie. – Odpowiada z ulgą zatrzymując się przed drzwiami swojego mieszkania.
- Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie tej całej szopki. – Dodaje mężczyzna i rozłącza się, nie czekając na jego odpowiedź. Fletcher chowa komórkę do kieszeni spodni, nie mając nawet siły, żeby przejmować się słowami przełożonego. Za pewne ta sprawa wróci do niego ze zdwojoną siłą z samego rana, gdy będzie już w budynku policji. Mężczyzna wsuwa klucz do zamka i przy akompaniamencie wybawicielskiego kliknięcia, wchodzi do środka. Zdejmuje buty, odrzucając je gdzieś na bok. Sięga do ramion, by zdjąć kurtkę, jednak dopiero, gdy za drugim razem nie udaje mu się wymacać skórzanego materiału, marszczy brwi w konsternacji.
- Co jest… - Mruczy i po chwili wzdycha cicho, przypominając sobie, że pożyczył ją swojemu dzisiejszemu towarzyszowi w barze. – Przynajmniej komuś się przydała. – Mamrocze pod nosem, człapiąc w stronę salonu. Luna słysząc kroki w korytarzu już czeka na niego z wywalonym językiem, ciesząc się na widok swojego opiekuna.
- Cześć bestyjko, tęskniłaś? – Pyta, miziając ją po łbie. Pies szczeka krótko, machając szybko ogonem. – No już, bo odfruniesz. – Śmieje się. – Co powiesz na film? – Mruczy, podchodząc do zlewu. Myje szybko ręce i wyciąga z szafki otwartą paczkę serowych chrupek. Przesypuje resztkę żółtych kuleczek do miski. Luna siada przed nim, patrząc na mężczyznę dużymi oczami. – Znam ten wzrok, łakomczuchu… Nie możesz. – Oznajmia, udając niewzruszonego, jednak w głębi serca, nie jest w stanie oprzeć się tym ślepkom. – Nie patrz tak na mnie… Nic nie dostaniesz. – Szczeniak skomle cicho, wbijając w niego jeszcze bardziej błagalne spojrzenie. Lucas zerka na nią i wzdycha cicho, ulegając w końcu. – Ale tylko jedną. – Oznajmia twardo, rzucając jej jedną chrupkę i powoli idzie do salonu. Zerka na swoją kolekcję filmów i po długim namyśle, wybiera „Frozen”. Włącza bajkę i siada na kanapie. Luna dołącza do niego, kładąc się wygodnie obok niego. Mężczyzna ogląda w skupieniu przebieg akcji, przegryzając co jakiś czas ukochaną przekąskę. Jego głowa powoli staje się coraz cięższa, podobnie jak oczy. W końcu zasypia z miską w jednej ręce i pilotem w drugiej.
Sny nie zawsze są miłe… A tej nocy, jakby dzień nie był wystarczająco męczący, Lucasa nawiedził koszmar. Zawsze taki sam i zawsze tak samo psuje mężczyźnie humor, wraz z nadejściem poranka. Tym razem nie mogło być inaczej. Z wyjątkowo okropnego snu, wybudza go budzik. Mężczyzna prostuje się gwałtownie, oddychając z trudem. Przymyka powieki, powoli się uspokajając. Luna unosi głowę i skomle cicho, wyczuwając nastrój swojego właściciela.
- Wszystko w porządku mordko. – Mruczy, przeczesując włosy dłonią. – Daj mi minutę… Zaraz pójdziemy… - Obiecuje cicho, biorąc głęboki wdech. Wstaje w końcu z kanapy i kieruje się w stronę sypialni, gdzie szybko przebiera się w rzeczy do biegania. Jak co rano zakłada psu szelki i smycz, po czym kierują się do wyjścia. Po godzinnej sesji biegania wracają do mieszkania. Mężczyzna bierze długi zimny prysznic i przebiera się w czyste rzeczy. Nakłada Lunie karmę i zaczyna przygotowywać sobie śniadanie. W zamyśleniu smaży na patelni omlet z warzywami. Nakłada ciepły posiłek na talerz i bez większego apetytu, zjada większość, a resztki dorzuca do miski psa.
- Bądź grzeczna. Będę jak najszybciej. – Obiecuje. Suczka żegna się z nim, liżąc jego rękę i gdy tylko ten opuszcza mieszkanie, kładzie się na swoje stałe miejsce leżakowania i zasypia. Lucas powolnym krokiem kieruje się w stronę motocykla i odpala maszynę z zadowoleniem słuchając mruczenia pojazdu. Mężczyzna wyjeżdża z osiedla. Dzięki temu, iż na drodze nie ma korków, a ulice są wyjątkowo puste, dociera na miejsce w mgnienia oku. Zostawia pojazd na parkingu i wchodzi do budynku komisariatu. Recepcjonistka unosi na niego wzrok, znad papierków.
- Ciężka noc? – Pyta, widząc jego wyraz twarzy.
- Wyjątkowo. – Mruczy jedynie. – Przepraszam Marie, ale mam nadzieję załatwić to szybko i wrócić do domu. – Przyznaje, uśmiechając się do niej przepraszająco.
- Oczywiście… Leć. – Odpowiada, patrząc jak ten odchodzi. Mężczyzna przechodzi przez bramki i windą kieruje się na odpowiednie piętro. Przeciąga się nieco, starając jakoś pobudzić, gdy zmęczenie daje o sobie znak. Tak jak przeczuwał, powoli zaczyna denerwować się rozmową z przełożonym. Nie będzie ona należała do łatwych, a on naprawdę nie miał siły wysłuchiwać kazań dowódcy. Z rozmyślań wybija go dźwięk otwieranych drzwi. Powolnym krokiem kieruje się w stronę gabinetu mężczyzny. Puka delikatnie do drzwi i słysząc stanowcze „Proszę”, wchodzi do środka.
- Jestem kapitanie. – Mówi, stając naprzeciwko biurka. Mężczyzna podnosi na niego pozornie spokojny wzrok, jednak w rzeczywistości, atmosfera w pomieszczeniu z pewnością nie napawa spokojem.
- Możesz mi wyjaśnić Fletcher… Jak do kurwy nędzy doszło do tego, że zginął nasz informator? – Pyta, patrząc na niego uważnie.
- Sądzę, że już jest Pan zaznajomiony z sytuacją. – Odpowiada powoli, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Wiem co jest w tych cholernych papierach. – Warczy. – Pytam się, jak mogłeś do tego dopuścić.
- Pomyliłem się. – Przyznaje. James już ma zamiar coś powiedzieć, jednak decyduje się jedynie na głośne westchnięcie i czeka aż ten dokończy. – Zostałem poinformowany , że „Na pewno go nie przeoczę”. – Zauważa. – I dodatkowo nikt nie uprzedził mnie jakiego rodzaju jest to klub, więc tym bardziej pomyłka… Nie była niczym niezwykłym. – Oznajmia.
- Nie była niczym niezwykłym. – Prycha kapitan. – Zdajesz sobie sprawę, jakie problemy będziemy przez to mieli? Straciliśmy informatora, który miał dla nas coś co zapewne było cholernie ważne. – Wzdycha ciężko, pocierając skronie. Milczy przez dłuższy czas. – Kim był ten chłopak, z którym nawiązałeś kontakt? – Pyta w końcu.
- Zwykły klubowicz, ale… - Milknie na chwilę, przypominając sobie wszystko co działo się poprzedniego wieczoru. – Myślę, że może mieć jakieś powiązania z wampirami. – Przyznaje, patrząc na kapitana. – Wiem, że zawaliłem i dlatego proszę byś dał mi szansę James. – Mówi, patrząc na niego. – Znajdę tego chłopaka i postaram się dowiedzieć czegoś więcej. – Obiecuje. Mężczyzna przygląda mu się uważnie, rozmyślając nad jego słowami.
- Niech będzie… Skontaktuj się z nim i módl się, żeby nie była to strata czasu. – Mruczy. – A teraz skoro już tu jesteś musisz wypełnić papiery. Uzupełnij zeznania i przygotuj raport z wczorajszej nocy. – Nakazuje, wracając do swoich obowiązków. Lucas potakuje delikatnie i wychodzi z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zanim w ogóle zasiądzie do tych piekielnych dokumentów, postanawia kupić kawę z automatu. Z gorącym kubkiem w dłoni kieruje się w stronę swojego biurka i z cichym westchnięciem, zabiera się do pracy, mając przeczucie, że to będzie koszmarnie długie popołudnie. Kończy dopiero, gdy wskazówki zegara wskazują czternastą godzinę. Zabiera wszystkie raporty i zanosi je do gabinetu kapitana, po czym szybkim krokiem idzie do windy, która jak na złość wydaje się jechać wieczność. Wsiada do środka i opiera plecy o chłodny metal kabiny. Z przymkniętymi oczami czeka, aż drzwi się otworzą, a on będzie w końcu mógł wrócić do domu i położyć się w miękkim łóżku, przesypiając resztę dnia. Powoli wychodzi z windy, gdy ta zatrzymuje się na odpowiednim piętrze i pogrążony w myślach kieruje się w stronę bramek. Nagle słyszy znajomy głos. Unosi wzrok i zauważa chłopaka o charakterystycznych włosach, stojącego przy recepcji. Ten z szerokim uśmiechem podchodzi do niego, wypowiadając kolejne słowa, których Lucas nie jest w stanie zrozumieć w pierwszej chwili, zbyt zmęczony. Unosi delikatnie brew, gdy ten proponuje mu kawę.
- Chwilkę. Błagam. Najpierw dziękuję za zwrot kurtki i cieszę się, że mogłem ci pomóc. – Zaczyna, patrząc na niego. – Nie spodziewałem się, że spotkam cię akurat tutaj. – Przyznaje.
- Mam swoje sposoby. – Oznajmia Simon, puszczając mu oczko. – Żartuję oczywiście. – Śmieje się. – Znalazłem wizytówkę w twojej kurtce i pomyślałem, że może będę miał szczęście i uda mi się na ciebie tutaj natrafić, Darling. – Tłumaczy. – Ale wracając do mojego pytania… Skusisz się na kawę mój bohaterze? – Pyta ponownie, patrząc na niego wyczekująco. Lucas milczy przez chwilę, rozważając wszelkie za i przeciw i pomimo zmęczenia w końcu zgadza się.
- Właściwie… Kawa naprawdę mi się przyda. – Przyznaje w końcu, patrząc na niego. - Ale ty prowadzisz. Zaufam twojemu gustowi. – Oznajmia Lucas, uśmiechając się do niego delikatnie.

Simon? <3

17.05.2019

Od Simona CD Lucasa

Simon przez chwilę spogląda za odjeżdżającym motorem. Po zastrzyku adrenaliny, jaki zafundowała mu jazda, czuje jak zmęczenie ogarnia całe jego ciało. Owija się mocniej kurtką i wlecze ociężałe ciało po drewnianych schodach, aż na czwarte piętro. Stąpa ostrożnie, zręcznie omijając deski, które swoim skrzypieniem potrafią wybudzić pobliskich lokatorów. W końcu dociera do mieszkania. Cicho otwiera drzwi. Od razu ściąga buty, z ulgą stąpając bosymi stopami po miękkim dywanie. Po chwili namysłu wzrusza ramionami, po prostu się na nim kładąc. Okrywa się kurtka, dalej pachnącą męskimi perfumami. Simon wtula twarz w chłodny materiał, wciągając głęboko zapach. Dzięki cudownemu działaniu alkoholu tej nocy nie śni.

Dźwięk budzika w telefonie wbija się w skacowaną głowę Simona niczym robotnik młotem pneumatycznym w chodnik przed domem o 6 rano. Chłopak z głośnym, niezadowolonym jękiem unosi obolałe ciało z podłogi. Z ulgą dopada brzęczącego, elektronicznego pogromcę snu, wyrzucając go do kosza.

- Przyjdzie dzień, gdy elektronika nas zabije.– Mruczy do siebie, dręczony kacem. Pada na nadzwyczaj miękkie łóżko, ponownie zapadając w sen. Mimo to jego cudowny spokój nie trwa długo. Pokój wypełnia nadzwyczaj irytujący na kacu głos „Beyoncé - Single Ladies”. - To chyba jakiś żaaaart! - jęczy głośno. Sięga do kosza na śmierci, wyciągając spośród opakować po chińszczyźnie i obiadów-dla-jednego-ty-samotny-przegrywie, grający telefon.

- Simon? Słonko ty moje. Przyjdziesz dzisiaj na poranną zmianę? - pyta szefowa, nieco zniekształcona przez urywające się połączenie. - Marysie dzwoniła do mnie, że od rana fatalnie się czuje. A rozumiesz... Jest w ciąży.

- Mam totalnego kaca Darling – wzdycha męczeńsko Simon, unosząc głowę znad anielsko miękkiej poduszki. - Będę... Ale! Otworzę godzinę później i chcę mieć za to płacone jak za nadgodziny – Z trudem zwleka się z materaca. Przeciera powieki. Wzdryga się, gdy przed oczami pojawia mu się obraz martwego mężczyzny z wczoraj. Sztywnieje na wspomnienia wieczoru uderzają go niczym obuch. Siada na łóżku z impetem.

-... Pamiętaj o tym, dobrze? - z transu wyrywa go głos w słuchawce. - Simon? Słuchasz ty mnie?

- Tak, słoneczko. Mówiłem ci, ze to tylko kac – wstaje. Unosi ramię, delikatnie wąchając się pod pachą. Czując nieprzyjemny smrodek, krzywi się, słuchając poleceń szefowej. - Darling – przerywa jej. - Rozumiem wszystko. Prześlij mi maila, okej? Jak mam zdążyć, muszę się ogarnąć – jego wzrok natrafia na kurtkę Lucasa. Policzki chłopaka rozkwitają buraczkową czerwienią, gdy ten wspomina wspólną jazdę z mężczyzną. - Wyślij mi to – mówi po dłuższej przerwie i rozłącza się. - Oj Darling... Ale wpadłeś – wzdycha do siebie. Włącza muzykę, otwierając okna, aby pozbyć się nieprzyjemnego odoru alkoholu. Prawie wybiega spod prysznica, gdy ten postanawia zaatakować jego plecy wrzątkiem. Ubiera się oraz maluje, myjąc w międzyczasie zęby. Wybiega z mieszkania, zerkając na zegarek. Drogę do pobliskiego Starbucksa pokonuje przy rytmie „Dead Or Alive - You Spin Me Round”. Wchodzi do dość zatłoczonej, jak na dziewiątą rano, kawiarni.

- Mocna kawa, Darling – mówi z uśmiechem do kobiety za ladą. - Iii... Kanapkę. Jakąkolwiek – przerywa jej ruchem ręki. Płaci kartą i czeka na swoje zamówienie. Szybkim krokiem przemierza ulice Seattle, popijając wrzącej ambrozji bogów, palonej z ziaren z samego Edenu. Otwiera butik. Przygotowuje towar, nucąc cicho pod nosem.

- Sweet dreams are made of this... - szepcze i wgryza się w kanapkę, nic nie jedząc od czasu wczorajszego obiadu. Mimo soboty, dzień mija spokojnie. Pojawiło się kilka klientek, jednak większość tylko przeglądała ubrania, ulatniając się po zobaczeniu ceny na metce. Były też takie, które narzekały, starając wykłócić się o rabat.

- Chcę rozmawiać z kierowniczką! - woła jedna z nich, oburzona postawą Simona. Chłopak patrzy na nią zmęczony. Poprawia krótkie spodenki, które zaczęły wpijać mu się miedzy pośladki.

- Darling... Tej suki to i ja się boję – mówi obojętnie, oglądając paznokcie. Podnosi znudzony wzrok. - Zresztą jej nie ma. Będzie w poniedziałek. Zapraszam do złożenia skargi – znanym już ruchem wyciąga formularz, kładąc go z trzaskiem na ladzie. Z rozbawieniem obserwuje jak kobieta zabiera papier. Wściekle rozpisuje się, siedząc w kącie sklepu. - Tylko nie zapluj tego jadem – mruczy Simon do siebie, zerkając na nią co jakiś czas. Jednak oprócz tych kilku wypadków i nic nie znaczących incydentów, dzień minął spokojnie. Koszmar zaczął się na ulicy. Mimo jesieni, słońce wbijało swe mordercze promienie w każdy kąt miasta. Chłopak zsuwa ozdobione sztucznymi diamentami okulary na nos. Zarzuca skórzaną kurtkę na ramię, kierując się do pokaźnego budynku policji. Odczuwa ulgę, gdy owiewa go chłodne powietrze z działającej non-stop klimatyzacji. Rozgląda się po eleganckim wnętrzu, po czym spogląda na swoje podarte rajstopy, zielone, krótkie spodenki, z których luźno zwisają szelki oraz czarną koszule, zapiętą pod szyję. Poprawia tęczowo-czarne włosy, idąc do lady. Uśmiecha się szeroko do uroczej kobiety, która tam siedzi.

- Witaj, Darling. Szukam eeee... - zerka na znalezioną w kieszeni kurtki wizytówkę. - Lucas Fletcher – podnosi wzrok na kobietę. - O. Mój. Boże! - woła, akcentując każde słowo. Zwraca na siebie uwagę kilku osób, stojących w holu, w tym pary policjantów. - Darling... Nie wiem, co się dzieje, ale jak jeszcze raz zobaczę takie okropne, obgryzione paznokcie, to chyba zemdleję – wzdycha męczeńsko. - Nie dość, że kac to jeszcze zawał. Znam cudowne olejki, które ci pomogą na te wysuszone skórki. I droga... Trochę korektora i różu też ci się przyda. Będziesz wyglądała... Promieniała – poprawia się z uśmiechem. Kobieta pochmurnieje, jednak zanim wstaje z zamiarem wrzucenia go z budynku, Simon zauważa Lucasa, wychodzącego zza bramek. - Darling! - Woła i podbiega do niego. - Nie miałem okazji ci podziękować za wczoraj – zaczyna. - I do tego ukradłem ci kurtkę – uśmiecha się kącikiem ust, podając mu jego własność. - Niech ci bogowie dziękują za zapalniczkę. Uratowała mnie dzisiaj od kaca. Kawa? - Proponuje nagle, patrząc na niego z iskierkami w oczach. - Ja stawiam.


Lucas?

9.05.2019

Od Lucasa CD Simona

Lucas wygląda na zewnątrz, uchylając lekko drzwi. Na korytarzu nadal słychać krzyki spanikowanych ludzi, biegnących w stronę wyjścia. Szum wody rozbrzmiewa w pomieszczeniu, gdy Simon obmywa twarz przy umywalce. Odwraca się gwałtownie w stronę chłopaka, gdy ten zaczyna krzyczeć. Podchodzi do niego szybko i w tym samym momencie, zauważa w lustrze mężczyznę leżącego w kabinie. Zwraca się powoli w stronę ciała zmarłego i podchodzi ostrożnie. Krew powoli ścieka po szyi mężczyzny, plamiąc jego jaskrawo żółtą koszulę i białe spodnie. Z każdym jego krokiem metaliczny zapach czerwonej substancji nasila się, drażniąc lekko jego zmysł węchu. Nagle jego uwagę przykuwa przypinka znajdująca się na piersi denata.
– Cholera. – mruczy pod nosem, zauważając wizerunek jelenia na metalowej powierzchni ozdoby. Odwraca się w stronę Simona i podchodzi do niego. – Muszę cię poprosić o to byś teraz mi zaufał. – zaczyna. - Wiem, że to nie jest sytuacja, w której chciałbyś się znaleźć, ale nie martw się. Wezwę teraz służby specjalne. – oznajmia. – Póki co wyjdziemy na zewnątrz. – kontynuuje powoli, patrząc uważnie na bladego chłopaka, który z trudem trzyma się na nogach. – Pomogę ci, dobrze? Tylko nie odwracaj się w tamtą stronę – prosi. Simon jedynie potakuje powoli. Widać po nim, że jest zbyt przerażony i zdezorientowany, by dyskutować z mężczyzną. Lucas obejmuje go delikatnie, trzymając blisko siebie. Otwiera ręką drzwi i powoli kieruje się z chłopakiem do wyjścia. Cały lokal opustoszał, a wewnątrz panuje całkowita cisza. Gdy tylko znajdują się na dworze, Lucas podchodzi do ochroniarzy i pokazuje im odznakę. – Pod żadnym pozorem nikogo tam nie wpuszczajcie. Zaraz przybędą tutaj służby specjalne. Zostało tutaj dokonane przestępstwo i nikt nie upoważniony nie może tutaj się dostać. – oznajmia poważnie, patrząc na nich. Ci nieco zaskoczeni przyglądają się jego oznace, rozpoznając legitymację funkcjonariusza służb specjalnych.
– Przecież nikt nie ucierpiał – zauważa jeden z nich.
– Zostało dokonane przestępstwo. – akcentuje każde słowo mężczyzna. – W tym momencie utrudniacie pracę funkcjonariuszowi, za co może was spotkać kara pieniężna, a nawet od 6 miesięcy do 2 lat pozbawienia wolności. – oznajmia poważnie.
– Już wystarczy… rozumiemy. – zapewnia ochroniarz.
– Dobra odpowiedź. – mówi Lucas, chowając odznakę, odchodzi kawałek dalej z Simonem.
– Muszę zadzwonić. Dasz radę samemu ustać na nogach? – pyta, spoglądając na chłopaka.
– Ja… chyba tak. – oznajmia, nieco skołowany. Otwiera usta by jeszcze coś powiedzieć, ale jego towarzysz już wybiera numer na linie jednostki specjalnej. Mężczyzna odsuwa się od niego i czeka aż ktoś odbierze połączenie. W końcu w słuchawce słychać zmęczony już nieco głos recepcjonistki.
- Laurie, koniecznie zawiadom patrole by przyjechały do klubu przy 15th Ave. Został tutaj zamordowany człowiek. Mam podstawy twierdzić iż dokonał tego ktoś z nadludzi. – oznajmia. – Niech się pośpieszą. – prosi i rozłącza się, gdy kobieta potwierdza, że przyjęła zgłoszenie. Lucas wraca do Simona, chowając do kieszeni kurtki telefon. Zatrzymuje się obok niego i spogląda na jego nadal bladą twarz. Po chwili wahania wyciąga paczkę papierosów i podsuwa mu jednego. Chłopak drżącą dłonią sięga po ćmika i odpala od płomienia zapalniczk Lucasa. Zaciąga się z ulgą dymem, wbijając wzrok w jakiś odległy punkt. Przed klubem zostało już niewiele osób. Większość uciekła w popłochu, zbyt przerażona. Tylko kilka osób kręci się przy budynku z zaciekawieniem zerkając w stronę wejścia, wyraźnie zaintrygowane tym co się wydarzyło.
- Więc… jesteś z policji? – pyta w końcu Simon, nie wiedząc do końca co powiedzieć.
- Tak, pracuję w jednostce specjalnej do spraw przestępstw popełnianych przez nadludzi. - tłumaczy mężczyzna.
- Więc… Nie byłeś tu przypadkiem... – zauważa, spoglądając na niego. Jego ramiona lekko drżą od zimna, panującego na zewnątrz. Mężczyzna po chwili zawahania ściąga skórzaną kurtkę i zarzuca ją na ramiona chłopaka.
- Miałem się z kimś skontaktować i… początkowo wziąłem cię za tą osobą. – wzdycha cicho, pocierając skronie. – Przepraszam za to. W każdym razie nie znalazłem się tu przypadkowo. – przyznaje. - Niestety nikt mnie wcześniej nie uprzedził, że wszyscy ludzie w tym klubie ubierają się podobnie do ciebie. – dodaje, uśmiechając się słabo. – Szczerze powiedziawszy byłem całkiem zaskoczony, szczególnie gdy wszedłem do klubu. Przykro mi, że nie był to dla ciebie zbyt wesoły wieczór. – mówi, patrząc na niego przepraszająco. Simon potakuje jedynie, odwracając wzrok. Rzuca niedopałek na ziemię i przydeptuje go butem.
- To nie twoja wina. – zauważa po chwili chłopak, otulając się szczelniej kurtką.
- W każdym razie dziękuję za wprowadzenie mnie do środka. Nie licząc tych niezbyt miłych incydentów, dobrze się z tobą bawiłem. – przyznaje, obdarzając go szczerym uśmiechem. W tle słychać zbliżające się dźwięki syreny policyjne, a chwilę później ulicę przed klubem rozświetlają charakterystyczne barwy lamp na dachu radiowozów.
- Poczekaj tutaj, dobrze. – zwraca się do Simona i podchodzi do mężczyzn wysiadających z pojazdów.
- Cześć młody – mruczy, zdecydowanie starszy od Lucasa i nieco wyższy od niego mężczyzna o bardzo ciemnych niemal czarnych włosach. W niektórych miejscach widać pojedyncze pasemka siwych włosów. Mimo to jego budowa ciała jest wyjątkowo wysportowana. – Co tu się stało? – pyta, poprawiając klamrę od paska, przy za dużych już spodniach.
- Dobry wieczór komisarzu. – odpowiada, patrząc na niego z szacunkiem. – Miałem spotkać się tutaj z informatorem. Niestety nie udało mi się go znaleźć. Dzięki pomocy jednego z klubowiczów wszedłem do środka. Początkowo byłem przekonany, że to on jest osobą, która miała przekazać mi informację. Jednak pomyliłem się. – przyznaje ze skruchą. – Później rozległy się trzy strzały wewnątrz budynku. Wszyscy zaczęli panikować i udali się do wyjścia. Pomogłem wydostać się z tłumu chłopakowi, z którym tutaj byłem. Zaprowadziłem go do łazienki i tam znaleźliśmy ciało, jak sądzę naszego informatora. Nie przyjrzałem mu się zbyt dokładnie, nie chcąc niszczyć dowodów, ale myślę, że stoi za tym ktoś z nadludzi. – oznajmia z pewnością. Funkcjonariusz przygląda mu się uważnie, krzyżując dłonie na piersi. Milczy przez chwilę, wydymając lekko usta.
- Zajmiemy się tym. – odpowiada w końcu. – Resztę zostaw nam. Ty możesz już jechać do domu młody. – mruczy. Lucas potakuje lekko i wraca powoli do Simona.
- Myślę, że nie powinieneś wracać sam do domu. Odwiozę cię. – proponuje.
- Nie, naprawdę nie trzeba, poradzę sobie sam – zapewnia chłopak, robiąc krok w jego stronę, chcąc oddać mu kurtkę. W tym samym momencie traci równowagę, prawie upadając na ziemię. W ostatniej chwili Lucas łapie go przyciągając lekko do siebie.
- Ja jednak nalegam. – mówi, uśmiechając się do niego łagodnie. Chłopak otwiera usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale ostatecznie rezygnuje z dalszych sprzeciwów i potakuje powoli głową.
- Chyba muszę zawierzyć w twoje ręce moje cenne życie Darling. – odpowiada, patrząc na niego.
- Zapewniam cię, że w moich rękach na pewno będziesz bezpieczny. – zapewnia łagodnie. – Zatrzymaj póki co kurtkę, tobie bardziej się przyda. – dodaje, odsuwając się od Simona. Powoli prowadzi go w stronę swojego motoru.
- Wiesz co… ja może jednak pójdę na piechotę. – mruczy chłopak, tracąc nieco przekonanie co do podjętej decyzji. Lucas śmieje się cicho, patrząc na niego.
- Przyrzekam, że dowiozę cię w całości do domu. – mówi, podając mu kask. Po chwili wahania jego nowo poznany towarzysz bierze okrycie głowy i zakłada. – Najpierw jednak potrzebny mi jest twój adres. – zauważa.
- Mieszkam całkiem niedaleko. Przy Denny Park od strony 7th Ave. Stara ceglana kamienica. Nie przegapisz. – zapewnia i po chwili zajmuje miejsce za mężczyzną. Obejmuje jego umięśniony brzuch, wtulając się w plecy mężczyzny.
- Trzymaj się mocno. – mruczy Lucas i z przyjemnym dla ucha dźwiękiem odpalanego silnika rusza w stronę domu chłopaka. Przemierza szybko ulice, sprawnie przeciskając się miedzy samochodami. Czuje jak ręce Simona coraz mocniej zaciskają się na jego torsie. Po kilku minutach jazdy, zatrzymuje się przed dość staromodnym budynkiem.
- Simon… Jesteśmy już na miejscu. – mówi z lekkim uśmiechem, gdy ten nadal siedzi przyklejony do jego pleców.
- Och… no tak. – mamrocze chłopak, schodząc niepewnie z pojazdu. – Nie żeby coś, ale jako policjant chyba nie powinieneś łamać przepisów, Darling. – zauważa, oddając mu kask.
- Mam usprawiedliwienie. Musiałem szybko dowieźć cię do domu. W końcu ledwo trzymałeś się na nogach. – odpowiada, uśmiechając się lekko.
- Mmm… Załóżmy, że można uznać to za usprawiedliwienie. – śmieje się chłopak. – Dziękuję za pomoc Luca. – dodaje, uśmiechając się do niego z wdzięcznością.
- Nie ma za co Simon. – zapewnia mężczyzną, zakładając kask na głowę. – Uważaj na siebie. – prosi. – I mam nadzieję, że do zobaczenia niedługo. – dodaje po chwili, odpalając silnik. Odjeżdża spod kamienicy, kierując się w stronę swojego mieszkania.


Simon?

Od Simona CD Lucas

-Powiedzmy, Darling – uśmiecha się nieco. – Bywam tu i tam. Jednak tutaj mam cóż… Najbliżej. I dobrze, że dzisiaj byłem leniuszkiem – śmieje się, powoli mierząc go wzrokiem. – Zostajesz na dłużej, słoneczko? Czy jesteś tylko przelotnie? – Przygląda mu się uważnie. Patrzy na łagodną, zamyśloną twarz mężczyzny.
- Zostanę na trochę. W końcu jest piątek – zauważa.
- Zdradź mi zatem swoje imię, Darling – gasi papierosa o kosz na śmieci, wrzucając kiep do środka. – Chyba, że wolisz zostać moim słoneczkiem – puszcza mu oczko. Zauważa, że ten uśmiecha się nieznacznie.
- Lucas.
- Simon – odpowiada i delikatnie ściska wyciągniętą dłoń. – Wejdźmy do środka. Znam ochroniarza – zapewnia. Kieruje się powoli do drzwi, czując za sobą obecność poznanego przed chwilą mężczyzny.
– Witaj Marcus. Jak żona? – zagaduje muskularnego goryla przy drzwiach. – Włosy po tej odżywce lepsze? Koniecznie powinna do mnie wpaść do sklepu – nawija, lekko wymachując rękami. – Jest przecu-do-wną kobietą. A ty szczęściarzem.
- Wspominała coś, że jej pomogło – mruczy jedynie, patrząc na niego uważnie. – Będziesz wychodził?
- Na papieroska. Poczęstuję cię – zapewnia. – Do tego to jest mój dzisiejszy ogniowy – odwraca się do Lucasa. – Więc w razie tłumów też go wpuść. Zresztą potem i tak się zmywam gdzieś dalej. Wiesz jak to jest, Darling – przewraca lekko oczami, wchodząc do środka. Już w korytarzu słychać głośną muzykę. Ich ciała niezauważanie drżą, gdy przechodzą przez nie kolejne fale muzycznych wibracji. W głównej sali panuje tłok i ścisk. Simon wzdycha, stanowczo łapiąc dłoń Lucasa. - Idziemy gdzieś, gdzie jest ciszej, Luca – zwraca się do niego zdrobniale. Zręcznie lawiruje między tańczącymi mężczyznami, ubranymi w podobnym stylu, co on. Na każdym kroku spotyka ciężkie buty na wysokich platformach, brokatowe makijaże czy wielokolorowe koszulki. W powietrzu unosi się ciężki, nieco gryzący zapach potu oraz alkoholu. W końcu wyprowadza ich do osobnej, mniejszej sali. We wnętrzu jest dość ciemno a jedynie źródło światła stanowią ciemnoniebieskie neony przy barze oraz czerwono-pomarańczowe lampy lawowe na okrągłych stolikach.
- Darling! – woła Simon do kobiety przy barze. Ochroniarze patrzą na niego wrogo, jednak kobieta daje im znak, by ich wpuścić. Simon całuje oba jej policzki. – Tam! To jakaś dżungla! – woła chłopak, wchodząc na stołek barowy. Mimo sporej odległości między salkami, dalej słychać przytłumioną muzykę. – Dobrze usiąść w spokojniejszym miejscu. Miałem okropny tydzień – opowiada, gdy ta nalewa im kolorowe drinki do niewielkich szklanek. – Ale! To nieważne. Kochanaaaa. Co u ciebie? – kładzie rękę na jej wolnej dłoni, na której błyszczy się srebrny pierścionek.
- Oświadczył mi się – zgrabna szatynka o nieco pucowanej, ale łagodnej twarzy unosi dłoń. Drugą przysuwa im szklaneczki. – To zresztą wiesz. Było cudooownie – zapewnia i wzdycha rozmarzona. – Nie sądziłam, że się odważy. Szczególnie, że wiesz jaki bywa zestresowany. Biedaczysko. Ale aleeee – patrzy na Lucasa jak na słodkie ciastko z lukrem po niedzielnym obiedzie u babci. – Kogo złapałeś?
- Na pewno woli się przedstawić sam – zauważa, popijając alkohol przez różową, papierową słomkę. – Powiem tylko, że znalazłem go przed wejściem. Błąkał się samotny i poratował mnie cudownym, rakotwórczym ogniem. – Dziewczyna przenosi na niego ciepłe spojrzenie łagodnych oczu.
- Więc? Cudowny chłopcze… - nie kończy, gdyż na plecy Simona z krzykiem wpada mężczyzna, ubrany podobnie jak on. Zielone włosy opadają na jego czoło w wyniku uderzenia.
- Simon! – Woła. – Dawno cię tu nie widziałem – siada obok. Przy blacie zapada cisza. Simon uśmiecha się wymuszenie. Jego palce zaciskają się mocniej na szklance.
- A tak… Byłem zajęty, Daniel – mamrocze. Łapie ramię Lucasa. – Nie wiem czy poznałeś moje nowe Darling – odwraca się plecami do zielonowłosego i patrzy błagalnie na chłopaka.
- Eeee… tak – mówi jedynie nowo poznany mężczyzna. Daniel patrzy na niego podejrzliwie, jednak wyciąga wątłą dłoń w jego stronę. Lucas ściska ją, niemal zgniatając. Simon wypija wszystko na raz, odkładając z trzaskiem szklankę na lustrzany blat.
- Darling? Przejdziemy się? – prosi. Nim ten odpowiada, wychodzi szybko, lekko poruszając biodrami. Nie odwracając się za siebie, idzie prosto przez salę do drzwi. Krzywi się, gdy kilka osób uderza go łokciami. Mimo to dociera do wyjścia. Drżącą ręką wyciąga paczkę papierów i w zapomnieniu uderza lekko dłońmi po torsie, szukając zapalniczki.
- Nosz kurwa mać – klnie, podciągając nosem. Patrzy z ulgą na Lucasa, który podstawia mu ogień, zapalając ćmika. - Dziękuję Darling. Nie sądziłem, że ten wieczór tak szybko się spierdoli – przyznaje, zaciągając się głęboko. Mimo zachodzącego słońca i skradającej się ciemności nocy, można zauważyć, że jego oczy błyszczą się nienaturalnie od wstrzymywanych łez. - Nawet nie pytaj – przerywa mu, gdy tylko ten otwiera usta. - Liczyłem, że dzisiaj nie przyjdzie.
- Rozumiem. Nie będę pytać – zapewnia. Stoją w ciszy koło siebie. Simon patrzy tępo przed siebie, drżąc nieco z zimna. Popala papierosa, aż ten dopala się do filtra. Wyrzuca go i wyciąga kolejnego.
- Trzeba dokarmić raczka – zauważa nieco ponuro. Wzdycha. - Wybacz mi, Darling. Normalnie jestem hm... Weselszy – uśmiecha się nieco. - Ale nie mogę znieść tego de... no kurw... - mamrocze, zauważając postać w czarnym płaszczu, wychodzącą z uliczki.
- Simon – mówi miękko nieznajomy, podchodząc bliżej. Jego oczy lśnią czerwienią w świetle wschodzącego w pełni księżyca. - Dawno u mnie nie bywałeś...
- Ustatkowałem się nie potrzebuję twoich pieniędzy – mruczy. - Dalej kłujesz ludzi, Darling? - Zagaduje go, opierając ciężar ciała swobodnie na jednym biodrze. Po chwili częstuje go papierosami.
- Nie nie – mruczy wampir, stając przed nim. Porusza się niemal bezszelestnie. - Dość wpadasz w oko, jakby nie patrzeć. Nawet tutaj – patrzy na klub, z którego wychodzą kolejni, nieco zataczający się mężczyźni. - Nie mogę walić papierosami przy pobraniach.
- No tak – wzdycha jedynie. Stoją w trójkę w chwilowej ciszy, przerywanej zaciąganiem się Simona.
- Gdybyś mnie potrzebował, wiesz gdzie jestem – mówi w końcu wampir i wraca do zaułka. Gdy tylko znika, Simon krzywi się, wywracając oczami.
- Wybacz, Darling. Zły czas, by się przejść. Opowiedz mi coś o siebie – prosi, uśmiechając się do niego. Staje naprzeciwko, nie podnosząc wzroku znad szerokiej, wyrzeźbionej klatki piersiowej. Pierwsze kilka sekund nawet go nie słucha, wodząc wzrokiem po łagodnych pagórkach mięśni. Niemal widzi jak wodzi po nich palcami, badając dokładnie każdy z nich. Zaciąga się głęboko na tę myśl wracając do słuchania Lucasa.
-... Raczej wolę siedzieć przed telewizorem razem z moim psem niż chodzić po takich miejscach. – odpowiada. – Nie żebym widział coś złego w klubach. – poprawia się od razu. – Po prostu… Nie mam zbyt wiele czasu by móc odwiedzać takie lokale – Simon potakuje lekko.
- Masz psa! - Rozpromienia się. - Pokaż! Jaki duży? Kochany? Kundelek czy rasowy? Lubi mizianko? - pyta, mimo wszystko zauroczony psiakiem. - Chciałbym mieć, ale jestem cholernie nieodpowiedzialny i nawet kaktusy zabijam – nawija dalej. - O mój boże! - woła, akcentując każde słowo. - To jest najsłodszy słodziak jakiego widziałem! - Zabiera mu telefon z reki, miziając pikselowe zdjęcie psa. - No cześć maluszku! - mówi przesłodzonym głosem, zarezerwowanym dla szczeniaków i małych, jeszcze nie krzyczących dzieci. - Chciałbym go kiedyś zobaczyć – niechętnie oddaje Lucasowi telefon. - Przepraszam – mówi po chwili. - Za faceta w barze. I tego gościa w płaszczu -macha ręką w tamtą stronę.
- Właściwie, to kto to był? - Pyta mężczyzna,popalając papierosa.
- Mój.. Dawny znajomy – odpowiada, ostrożnie dobierając słowa. Przybliża się nieco. - Gdy miałem cięższy okres w życiu, pomógł mi z pieniędzmi. Handluje krwią – mruczy cicho. - Tylko wiesz. Ani słowa. Zazwyczaj przychodzą do niego względnie trzeźwe ćpuny oraz akurat-trzeźwi alkoholicy – tłumaczy. - Ewentualnie tacy jak ja. Aleeee o to się nie pytaj – zabiera mu kolejnego papierosa. - Darling. Raczek się przeje jak będziesz go tyle karmić. Rozumiem używki, ale trochę przystopuj – powoli wraca do środka, nucąc po drodze. - Chodź. Trzeba się nawalić – odwraca się przez ramię i puszcza mu oczko. Po chwili znika za ciężkimi kotarami w zatłoczonym wnętrzu głośnej sali. Staje przy barze. Lekko macha do barmana i uśmiecha się do niego zaczepnie. Po chwili czuje ciepłą dłoń na plecach. Odwraca się do Lucasa. - Darling. Mam nadzieję, że ten jeden raz za mnie zapłacisz – puszcza mu oczko. Ujmuje chłodną szklankę w dłonie i popija z papierowej słomki. Kątem oka zauważa liżącą się przy barze parę mężczyzn. Przewraca oczami, odwracając się do nich plecami. - Ludzie i nieludzie – mamrocze pod nosem. - Trochę szacunku do siebie – odstawia szklankę. Rozmawiają jeszcze chwilę o psie Lucasa, gdy nagle gdzieś zna drugim końcu sali wybucha panika. Dosłownie kilka sekund później padają trzy strzały.
- O kurwa – woła Simon i zaczyna uciekać. Nim pokonuje parę kroków, ktoś go popycha. Upada z jękiem na podłogę. Kilka par butów uderza go w brzuch i bok, nim silna ręka podnosi go z podłogi
- Chodź – mówi poważnie Lucas, rozglądając się ponad tłumem. Światło gaśnie, co wywołuje jeszcze większą panikę oraz głośniejsze krzyki. Silna ręka mężczyzny ciągnie Simona w poprzek fali ludzi, ani na moment go nie puszczając. Przerażony chłopak z trudem oddycha, trzymając się go kurczowo. Kilka osób potrąca go. Sam czuje, że ktoś pod nim się przewrócił, jednak nie zatrzymuje się ani na chwile, brnąc dalej. W końcu wpadają do słabo oświetlonej łazienki, która o dziwo jest pusta. Simon odsuwa się na podłogę, łapiąc za bok. Zaciska powieki, czując pulsujący, nieprzyjemny ból. Dopiero po chwili otwiera oczy, gdy czuje szorstką dłoń na czole. Syczy cicho.
- To tylko rozcięcie – mówi głos Lucasa z ciemności. - Może nawet nie zostanie blizna. Wszystko w porządku...?
T-tak – podnosi się z jego pomocą. Oślepiające światło migocze chwilę, aż w końcu zalewa niewielkie pomieszczeni laskiem. Simon drżąc, podchodzi do umywalki. Odkręca wodę. Powoli nabiera zimnej wody w dłonie i przemywa twarz. Gdy podnosi wzrok na lustro, jest w stanie jedynie krzyknąć. Za jego plecami, w jednej z kabin, leży zakrwawiony, martwy mężczyzna z nienaturalnie wygiętą głową. Dosłownie chwilę potem cała zawartość jego żołądka ląduje w zlewie. Opiera się na drżących dłoniach, Zaciskając powieki. - Trzeba... Było... Zostać w domu – mówi z trudem i po chwili wymiotuje znowu.

Lucas? My hero?

Od Lucasa CD Simon

Pojedyncze promienie słońca, powoli zaczynają przedostawać się do niewielkiej sypialny, na czwartym piętrze apartamentowca. Lucas powoli przewraca się na drugi bok, gdy snop światła zaczyna drażnić jego oczy. Zakrywa się szczelniej kołdrą z ulgą zagłębiając się ponownie w krainę snów.
-Luna… - mamrocze, gdy suczka, leżąca obok niego zaczyna lizać go po twarzy – Błagam… daj mi tylko pięć minut – prosi. Jednak pies niewzruszony jego prośbami zaczyna piszczeć cicho tuż nad jego uchem. Mężczyzna otwiera oczy i spogląda na nią z miną zbitego pieska – I gdzie się podziała nasza przyjaźń? – wzdycha cicho i zwleka się powoli z łóżka. Przeciąga się z cichym jękiem i idzie w stronę łazienki. Załatwia szybko swoje potrzeby i przebiera się w swój strój sportowy
– Gotowa marudo?  - pyta, patrząc na suczkę. Luna szczeka cicho, machając wesoło ogonkiem
– Świetnie – mruczy, uśmiechając się lekko. Zakłada jej czerwone szelki oraz smycz i kieruje się w stronę wyjścia z mieszkania. Wychodzi z pomieszczenia i szybkim krokiem schodzi po schodach.
- Jak zawsze wcześnie! – woła do niego sąsiadka, mieszkająca piętro niżej.
- Dzień dobry Rebecco – odpowiada, uśmiechając się ciepło – Maruda nie pozwala mi spać dłużej – śmieje się serdecznie. – Mam nadzieję, że i dzisiaj mogę liczyć na twoją pomoc? – pyta, obdarzając ją swoim czarującym uśmiechem.
- Oczywiście. Zajrzę do niej jak zawsze – zapewnia – Nie zatrzymuję cię już więcej, miłego biegania – dodaje i wraca do swojego mieszkania, skąd dobiegają piski dzieci. Lucas wybiega z klatki schodowej i truchta powoli w stronę bramy. Razem z Luną jak każdego ranka, przemierzają stałą trasę przez park. O tak wczesnej porze nie ma tam zbyt wielu spacerowiczów. Mężczyzna przy akompaniamencie ulubionej muzyki z soundtracku The Umbrella Academy pokonuje kolejne kilometry, zataczając spore kółko, wokół stawu, położonego w centrum malowniczego skweru. Suczka z łatwością dotrzymuje mu kroku, zatrzymując się jedynie co jakiś, by załatwić swoje potrzeby i odpocząć. Oboje wracają powoli w stronę domu. Rozbudzony porannym bieganiem powoli wspina się po schodach. Gdy dociera do pierwszego piętra dobiegają do niego krzyki dwóch sąsiadek, mieszkających podobnie jak on, na czwartym piętrze. – Błagam cię Luna, tylko bądź cicho – szepcze do psa, starając się bezszelestnie przemknąć do swojego mieszkania. Już wyciąga klucze, gdy jedna z sąsiadek zauważa go.
- Panie Fletcher! – woła jak zawsze modnie ubrana starsza kobieta. Lucas wzdycha cicho, odwracając się do nich powoli z lekkim uśmiechem – W czym mogę Pani pomóc? – pyta uprzejmie.
– Wreszcie ktoś kompetentny. – prycha kobieta. – Ten pchlarz nasikał mi tuż przed moimi drzwiami – oznajmia, wskazując na kota, trzymanego przez jej sąsiadkę. – Tylko nie pchlarz! – woła oburzona kobieta. – Mój Puszek nic nie zrobił, to pewnie ten twój pożal się boże rodowity pers sam narobił na twój chodniczek. – oznajmia – Mam ci pokazać jego rodowód!? – krzyczy jej rozmówczyni.
- Panie… Proszę się uspokoić… Myślę, że na pewno możemy to rozwiązać – zaczyna łagodnie Lucas, podchodząc do nich. – Nie możemy mieć pewności, że to akurat kot Pani Adams dopuścił się… tego czynu – mówi.
- To samo cały czas mówię tej kobiecie. – Wzdycha jego sąsiadka, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny. – Cieszę się, że Pan to rozumie. – dodaje, uśmiechając się zalotnie. 
- Mimo wszystko Pani kot czasami naprawdę potrafi nieźle zaleźć za skórę. Powinna go Pani bardziej pilnować. – zauważa Lucas. Ściągając delikatnie jej dłoń. – Wiele osób ma tutaj zwierzęta i po prostu niebezpiecznie jest jeśli  Puszek będzie sam chodził po budynku. – dodaje. – Mam nadzieję, że taki incydent więcej się nie powtórzy. – Zwraca się do drugiej kobiety. – Proszę mi wybaczyć, ale śpieszę się do pracy. Miłego dnia Paniom życzę. – mówi, uśmiechając się lekko i odwraca się w stronę mieszkania. Z ulgą wchodzi do środka, zdejmując Lunie szelki.
- Dlatego nie lubię kotów. – mruczy. Luna spogląda na niego, przekrzywiając łepek. – No chodź żarłoku, pora dać ci jedzenie. – oznajmia mężczyzna. Pies biegnie za nim, szczekając wesoło. Grzecznie czeka przed swoją miską, aż ten nałoży jej karmę. – Poczekaj… - mówi do niej, gdy  jedzenie jest już przed nią. Luna patrzy wyczekująco na miskę, merdając ogonkiem. – Już. – oznajmia i w tym samym momencie pies prawie rzuca się na jedzenie, zajadając się ulubioną karmą. – Dobra psinka. – śmieje się i powoli zaczyna przygotowywać sobie śniadanie. Zjada szybko zawartość talerza i zmywa naczynia po posiłku. Po szybkim prysznicu przebiera się w czarną koszulkę i spodnie tego samego koloru. Narzuca na ramiona skórzaną kurtkę i idzie powoli do wyjścia. 
- Bądź grzeczna marudo. Nie daj się za bardzo we znaki Rebecce – prosi, miziając psa po głowie - Będę wieczorem. Też będę za tobą tęsknić – zapewnia z lekkim uśmiechem, gdy pies skacze na jego nogi, patrząc na niego dużymi oczami – No już… Wrócę niedługo – mruczy, głaszcząc psiaka po grzbiecie. Wychodzi z mieszkania i już po chwili kieruje się w stronę centrum Seattle, przemierzając ulice swoim motorem. Zatrzymuje się przed jednym z wieżowców. Zsiada z pojazdu, zostawiając go na jednym z parkingów strzeżonych, znajdujących się tuż przed budynkiem. Pewnym krokiem wchodzi do środka. W przestronnym holu znajduje się jedynie recepcja. Mężczyzna podchodzi do czarnowłosej, starszej kobiety, siedzącej za ladą.
- Witaj piękna. Jak zawsze twoja uroda powala. – oznajmia, uśmiechając się czarująco.
- Tak właśnie myślałam, że to ty chłopcze – śmieje się recepcjonistka. – Nie gadaj takich głupot, bo się zarumienię – dodaje, patrząc na niego z rozbawieniem.
- Z chęcią będę tego świadkiem – zapewnia. Kobieta patrzy na niego łagodnie. – Zmykaj do pracy czarusiu – odpowiada, wracając do wypełniania dokumentów. Lucas powoli kieruje się w stronę windy i wciska jeden z guzików. Drzwi zamykają się przed nim i zjeżdża na jedno z dolnych pięter, na którym znajduje się centrum dowodzenia jednostki specjalnej. Gdy tylko drzwi się otwierają, ukazuje się przed nim długi korytarz, prowadzący do części, w której znajdują się biura. Mężczyzna zmierza powoli w tamtą stronę, słysząc stłumione rozmowy. Pchnięciem dłoni otwiera drzwi. Kilka par oczu zwraca się w jego stronę, a zanim udaje mu się cokolwiek powiedzieć, drobne dłonie zakrywają jego oczy.
- Zgadnij kto to… - słychać cichy kobiecy głos.
- Mary,  jak rozumiem od rana już zaczynasz się nudzić? – pyta, chwytając jej dłonie i odwracając się do niej. 
- Jak ty dobrze mnie znasz Lu. – mówi, uśmiechając się do niego szeroko. – Już nie mogę wytrzymać – burczy. – Nie ma nic ciekawego do roboty. Wszyscy tylko zajmują się robotą i nie mam z kim pogadać. – wzdycha, zabierając ręce z jego uścisku. – Mówię ci koszmar. Jeszcze ta jazda komunikacją miejską. Kocham tramwaje, ale jeśli raz zobaczę liżącą się parę obok mnie, to chyba wyjdę z siebie i stanę obok. – zapewnia, idąc z nim powoli do biurka. Kobieta zdradza mu w tym czasie wszystkie pikantne szczegóły dotyczące całującej się dwójki. - A właśnie! Skoro już tu jesteś to szef chciałby cię widzieć. Prawie bym o tym zapomniała. – śmieje się. - Ma jakieś zadanie dla ciebie. – dodaje.
- W takim razie z przykrością będę musiał opuścić cię na chwilę – mówi, uśmiechając się przepraszająco i lawirując sprawnie pomiędzy biurkami dociera do gabinetu przełożonego. Puka delikatnie do drzwi i po chwili otwiera je, zaglądając do środka.
- Dzień dobry kapitanie – zaczyna, wchodząc do środka – Podobno ma Pan dla mnie jakieś zadanie. – mówi, patrząc na niego wyczekująco. Mężczyzna unosi na niego wzrok i przez chwilę milczy, obracając w palcach długopis.
- Owszem… Dostaliśmy informację na temat pewnego osobnika, który na naszym terenie dokonuje nielegalnego handlu krwią. – oznajmia – Nasz informator zdobył jakieś znaczące informacje. Dzisiaj masz się z nim spotkać w barze przy 15th Ave – mówi. – Na pewno go nie przeoczysz. – zapewnia – Gdy nawiążecie kontakt użyje kodu. Użyje słowa „jeleń”, nie pytaj dlaczego. To on wymyślał ten kod.
– oznajmia. Lucas unosi lekko brew zaskoczony i potakuje powoli.
- Rozumiem, zajmę się tym. – zapewnia.– Gdy czegoś się dowiem, niezwłocznie o tym powiadomię. – mówi – Czy to wszystko? – pyta po chwili.
- Na tą chwilę tak. – odpowiada jedynie, wracając do swoich obowiązków. Lucas wychodzi z jego gabinetu, zamykając za sobą drzwi i kieruje się w stronę swojego biurka. Zajmuje się dokończeniem raportów z poprzedniej akcji. Gdy czas pracy dobiega końca, podobnie jak reszta zbiera się powoli do domu. Razem z Mary wychodzi z budynku i po podwiezieniu jej do domu, wraca do siebie, rozmyślając na temat przydzielonej sprawy. Parkuje przed swoim mieszkaniem. Gdy tylko przekręca kluczyk w drzwiach, słychać ciche szczekanie i piszczenie. Mężczyzna wchodzi do środka. Luna od razu wita się z  nim skacząc na niego. Ten uśmiecha się do niej łagodnie, głaszcząc po grzebiecie. – No cześć piękna. Już dobrze jestem już z powrotem. – mruczy. Bierze gumową kość i rzuca jej ulubioną zabawkę. Pies rzuca się za nią w pościg, potykając się po drodze. Zadowolona chwyta w zęby kość, szarpiąc ją ostrymi zębami. Mężczyzna Idzie do kuchni i po zrobieniu sobie szybkiego obiadu, przebiera się w bardziej wyjściowe ubrania. Zakłada czarną koszulę i spodnie w tym samym kolorze. Wsuwa między szlufki pasek ze srebrną klamrą, która wystaje nieco pod koszulą. Wyciąga z szafy ulubione buty, podobnie jak pozostała część garderoby również i okrycie stóp jest w kolorze czarnym. Narzuca na ramiona skórzaną kurtkę i wychodzi z mieszkania, zostawiając śpiącą Lunę samą. Przemieszcza się szybko motorem w stronę centrum i zatrzymuje pojazd niedaleko baru. Przez chwilę obserwuje wejście do budynku. Co jakiś czas nowe osoby wchodzą do środka, wymieniając się akurat z opuszczającymi już bar imprezowiczami. Mężczyzna idzie powoli w stronę wejścia, gdy nagle zauważa, dość odważnie ubranego chłopaka, stojącego przy samych drzwiach. Nie myśląc dłużej staje niedaleko niego, czekając aż ten użyje kodu.
- Darling – wyrywa go z zamyślenia łagodny ton głosu chłopaka – Masz może ogień, słoneczko? Zapomniałem zabrać. Swoją drogą częstuj się – mówi, podsuwając mężczyźnie pudełko z papierosami. Lucas najpierw nieco zaskoczony, zbliża się do niego. Częstuje się papierosem.
- Myślę, że jakąś znajdę. – zapewnia, wyciągając z kieszeni kurtki zapalniczkę. Odpala najpierw jego papierosa, a potem swojego. Zaciąga się głęboko, wypuszczając po chwili dym z płuc. Spogląda na stojącego obok chłopaka.
- Chyba niezbyt często tu bywasz Darling – mówi chłopak, zaciągając się dymem.
- Co mnie zdradziło? – pyta Lucas, spoglądając na niego.
- Twoje ciuchy – śmieje się jego towarzysz. Lucas patrzy na niego i mimowolnie uśmiecha się lekko.
- Jak rozumiem ty jesteś tu stałym bywalcem?
Simon?

Od Simona do Lucasa

Dzień zapowiadał się niewiarygodnie nudno. Simon powoli popijał swoja ukochaną herbatę, opierając się o ladę w butiku. Ciszę nudy przerywał jedynie szum wiatraka, ustawionego w kącie. Chłopak przewraca lekko oczami, po raz kolejny molestując przycisk wygaszenia ekranu swojego smartfona.
- Dżizas – mruczy, mieszając kończącą się zawartość papierowego kubka z znanym logo zielonej syrenki. - Prędzej umrę tu z nudów – mówi do siebie, przechadzając się do niewielkim butiku. Unosi głowę, gdy cichy dzwonek przy drzwiach obwieszcza czyjeś przybycie. - Ach! Darling! - Woła, widząc znajomą kobietę. Podchodzi do niej, całując ją w oba policzki. Delikatnie ujmuje dłonie starszej, bogato ubranej kobiety. - Milo cię w końcu widzieć – czeka aż ta ściągnie okulary, po czym bierze od niej torby z zakupami. - Usiądź, proszę. Przyniosę ci herbaty. To, co zawsze?
- Oczywiście Simon – odpowiada łagodnym tonem. Siada z ulgą w różowym fotelu, ściągając czarny kapelusz z szerokim rondlem. Chłopak od razu go od niej odbiera, wieszając na wieszaku.
- Darling. Zdradź mi jakieś słodkie ploteczki – uśmiecha się nieco, poprawiając włosy. Słuchając opowieści kobiety w krwistoczerwonej sukni, przygotowuje herbatę.
- Moja sąsiadka. Wiesz która – zaczyna kobieta, chłodząc się wachlarzem z piór. - Ta spod siódemki.
- Ta, co ma sztuczne biodro? - upewnia się.
- Dokładnie ta. Ma też kota – prycha z pogardą. - Sama mam kota. Czysty rasowo pers! Mogę ci pokazać rodowód aż do czasów Egipskich! - unosi się, jednak po chwili uspokaja. - Więc. Pewnego dnia wychodzę... A ten jej dachowiec załatwia się tuż przed drzwiami! Przed drzwiami! A potem bezczelna udaje, że ona nic nie wie. A pewnie zabawiała się z tym phi! Młodzieniaszkiem. Ja ci mówię, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. - Simon podaje jej porcelanową filiżankę potakując delikatnie. - Ta sąsiadka to dziwka. Wybacz mi za słówko – dodaje szybko, gdy ta patrzy na niego karcąco. - Wymsknie mi się czasem – siada obok niej. - Ach! Masz boskie paznokcie, kochana. Gdzie robiłaś?
- W salonie niedaleko – mówi i znowu się rozgaduje. Simon słucha wszystkiego uważnie, w końcu zadowolony z towarzystwa starszej kobiety, będącej stałą klientka ekskluzywnego butiku.
- Przepraszam, że ci przerwę, kochana. Jednak musimy ci wybrać jakiś ciuch. Ten starszy kawaler musi paść na zawał.. I na twój widok i potem – rzuca z uśmieszkiem, lekko potrząsając ramionami. Kobieta śmieje się cicho, patrząc na niego z rozbawieniem. Przynosi jej kilka sukienek, pomagając dobrać rozmiar, buty oraz dodatki. - Oj nie nie. To zdecydowanie nie twój kolor – patrzy na nią krytycznie. - masz wyglądać seksi a nie jak balon – prycha. - Swoją drogą. Cudowny kapelusz. Prosty, ale stylowy – wzdycha, niosąc jej jedną z koszul. - Co o tym uważasz? Piękny materiał – komentuje. Donosi jej też kapelusz oraz żakiet. - Teraz to nawet ja bym ciebie schrupał – chichocze. Kobieta śmieje się cicho, przeciągając dłońmi po koszuli.
- Muszę przyznać, że to dość.. odważne.
- Kochana. Jesteś młoda. Musisz się wyszaleć. Szalona koszula, ale elegancki żakiet. Oraz ten kapelusz. Chociaż może twój będzie lepszy – zamyśla się. Patrzy na kobietę w lustrze. Dolewa jej herbaty. - Pomyśl jeszcze trochę – siada w fotelu. - Arnold padnie! Zobaczysz. Jeszcze odpowiednia bielizna, wiadomo. Dam ci zniżkę na te boskie rajstopki. Wiesz, które – idzie szybko za ladę. - Bosko rzeźbią tyłek – macha ręką, po czym przeciąga dłonią po swoich pośladkach, odzianych w neonowożółte szorty, pod którymi ma owe rajstopy, miejscami podarte. - I jeszcze zwężają biodra. Wynalazł je jakiś geniusz – Woła podekscytowany i pomaga się przebrać kobiecie. Kasuje jej koszulę oraz żakiet. Pakuje wszystko w specjalny papier, dodając ususzone płatki róż. Następnie całość ląduje w papierowej torbie. Zgodnie z obietnicą dokłada zniżkę. Podaje całość klientce, przyjmując od niej gotówkę. - Darling. Koniecznie musisz wrócić i wszystko mi opowiedzieć – mówi, odprowadzając ją do drzwi. - Liczę na wszystkie szczegóły – śmieje się i patrzy jak ta odchodzi zadowolona. Simon sprząta wszystko, nucąc pod nosem. Delikatnie poprawia biała koszulę. Brokatowymi paznokciami stuka w blat.
Słońce powoli chowa się za wysokimi wieżowcami, gdy Simon przelicza kasę, zamykając butik. Klucze jak zawsze chowa na dnie plecaka. Wskakuje na rower, ruszając szybko do domu. Pedałuje zażarcie, myślami będąc już w ulubionym klubie. Kto by nie skorzystał z zbliżającego się weekendu? W piątki zawsze jest tam dużo przystojnych, gotowych do schrupania dupecz... Przystojnych mężczyzn. Wbiegając po dwa schodki, dociera do kawalerki, będącej na trzecim piętrze starej kamienicy. Mimo późnej pory, nie ma nikogo na korytarzu. Z jednego z pokoi obok dobiega go płacz dziecka. Wchodzi do mieszkania, od razu zrzucając wygodne buty. Sięga do lodówki po wczorajszą chińszczyznę. Nuci cicho, podjadając ją co jakiś czas. Wyciąga z ogromnej szafy ukochane, różowo-brokatowe szorty. Do tego neonowożółty podkoszulek. Ubiera się szybko. Wyciąga czarne buty na wysokiej platformie. Nuci pod nosem, długo nie mogąc wybrać odpowiedniego boa. W końcu porzuca ten pomysł, kończąc kolację. Wyrzuca pudełko do kosza.
- Punkt dla Simona – mruczy z uśmieszkiem. Poprawia makijaż tak, by był doskonale widoczny, nawet w kolorowym świetle klubowych lamp. Na koniec pakuje najpotrzebniejsze rzeczy do wewnętrznej kieszeni w spodniach.
- Dobry wieczór Esmeraldo! - Woła do znajomej hiszpanki, gdy tylko wychodzi z mieszkania.
-Dobry wieczór. Znowu się gdzieś wybierasz? Uważaj na siebie – prosi, jak zawsze z troską.
- Spokojnie, Darling. Zawsze jestem ostrożny. W razie czego masz mój numer. Jak się czuje mama? - Przystaje na chwilę. Rozmawia z nią o wszystkim przez następne piętnaście minut. Śmieje się, życząc jej spokojnej nocy. Wychodzi, kierując się przez wieczorne miasto do ulubionego klubu w najbliższej okolicy. Staje przed wejściem, wyciągając z kieszeni różowego papierosa. Zza zamkniętych drzwi dobiega głośna, dudniąca muzyka. Pomimo wczesnej godziny, w okolicy jest sporo ludzi, a jeszcze więcej w środku.
- Darling – zagaduje do ubranego na czarno mężczyzny, stojącego niedaleko, niby nieco niepewnie Simon mierzy go szybkim spojrzeniem, z zadowoleniem patrząc na wyraźne mięśnie pod obcisłą koszulką. Niemal wyobraża sobie jak przejeżdża po nich dłońmi i Ach! - Masz może ogień, słoneczko? - pyta, opierając dłoń na biodrze. - Zapomniałem zabrać. Swoją drogą częstuj się – podsuwa mu opakowanie.

Lucas?
Szablon
synestezja
panda graphics