Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Etienne&Tobias. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Etienne&Tobias. Pokaż wszystkie posty

2.11.2019

Od Etienne CD Tobiasa

Dopiero kiedy poczuł swąd materiału przeniósł spojrzenie z oblicza opijusa na dłoń. A dokładniej na płomienie, jakie przesuwały się po skórze jak języki, liżąc ją i materiał płaszcza. Zadbane brwi antychrysta powędrowały ku górze. Niby miał już doświadczenie z ogniem i innymi rzeczami tego typu, lecz na widok, jaki przed sobą ujrzał, poczuł gdzieś z tyłu głowy wewnętrzne przeświadczenie, że powinien unikać spotkania z tym ogniem jak najdłużej. Może nie obawiał się aż tak, że się roztopi czy coś, w końcu posiadał jedynie lodowy aspekt, sam nie był stworzeniem iście wykreowanym z tego żywiołu, jednak zaczął mieć wrażenie, że ten Tobi coś ukrywa. Że nie jest zwykłym człowiekiem, ha, jakby przeciętny śmiertelnik mógł rozpalić swoją rękę na życzenie! 
W tym przypadku Etienne chodziło o coś innego. O myśl, że ten niby niegroźny teraz mężczyzna może być jednym z tych, którzy co jakiś czas uprzykrzają życie młodzieńca. Musiał się więc przygotować mentalnie do walki bądź ucieczki i być w gotowości. Cały czas.
— Jaki dywan? — spytał La Fayette, siląc się na jak najbardziej rozluźniony śmiech, jaki był w stanie z siebie wykrzesać — Wyglądam ci na Cygana? Jakiegoś Ukraińca? Jedyne, co ci mogę zaproponować to wątpliwej jakości radę życiową, nieumiejętną terapię czy szybką akcję w samochodzie — Belg wzruszył ramionami, po czym zamilkł na chwilę, gdy jego rozmówca układa się w pozycji człowieka, który przegrywa z wszystkim, co na niego spada. Cóż, pewnie miał własne problemy, inaczej przecież nie piłby tyle. Wyczytał z poprzednich wypowiedzi Tobiasa, że zapewne był obeznany w alkoholowych sprawach, może to był jego nałóg? Bowiem każdy jakiś posiadał. Czy to trunki wysokoprocentowe, papierosy, jedzenie, afekcja,.. Od wyboru do koloru. 
— Właśnie wyglądasz na takiego ojca, który wychodzi z domu po papierosy i wraca nawalony do domu po dwóch tygodniach, a potem bijesz żonę po twarzy, bo nie przyniosła ci dostatecznie szybko pieprzu do stołu. W sumie, to nie wiem czemu sobie zawracam tobą głowę... Zajebiście — Białowłosy wzniósł oczy ku górze, gdy usłyszał dźwięk jednoznacznie utożsamiany z zaśnięciem. Nie musiał wiele zastanawiać się nad decyzją, co ma uczynić potem. Odbił się po prostu od sceny i był gotowy już wyjść z pokoju, gdy zobaczył opadające na kolana mężczyzny białe pióro. 
Zazwyczaj ten widok cieszył wewnętrznie Pierre. Oznaczało to, że natrafił na kogoś, kto by mógł mu pomóc. Ktoś, kto w i e. Jednak czy naprawdę musiało paść na niego? Na tego pijusa, który nie był w stanie nawet dobrze się wypowiedzieć?
Etienne pomyślał ponownie o zbliżającym się wyjeździe. Czy znalazłoby się tam miejsce dla kogoś takiego jak Tobias? Cholera, nadinterpretował to wszystko. Przesadzał. Nie, to nie może być to. Wydaje się mu. Brać zupełnie obcego człowieka w międzykontynentalną podróż?
— Śpiąca królewno — Po długiej chwili antychryst wziął pióro z kolan mężczyzny w dwa palce i zaczął nim głaskać nos oraz usta towarzysza — Nie masz do kogo wrócić, nie? Co byś powiedział na prostą pracę? Z dużymi zarobkami? — Kłamanie zawsze przychodziło mu z łatwością. Zwłaszcza, gdy było oparte po części na prawdzie. Bowiem zyski z tej podróży na pewno będą wielkie, za duże dla jednej osoby... Ale czy praca będzie taka prosta, to zupełnie inna historia.

Tobias?

20.10.2019

Od Tobiasa CD Etienne

Tobias jedynie popatrzył z dołu na Etienne, przy lustrowaniu twarzy mężczyzny całkowicie zapomniał o jednej ważnej kwestii. Jego dłoń. Się paliła.
— Noż w dupę węża kuhwaa. — brunet popisał się tym jakże lirycznym bogactwem, gdy tylko zauważył lekko zwęglony materiał kanapy, na której teraz przesiadywał. Mężczyzna posmutniał, wymachując dłonią, pod nosem skubiąc inkantację... Która była taka jak Tobias. Jakby to sam zainteresowany określił: "Trochę niedojebana".
— Etienne? A ty to jesteś pewien że to się tak wmhawia? — powiedział łapiąc desperacki dech powietrza. No zapowietrzył się chłopak. — Mi to tam brzmi jak Etię, a nie Etienne. No chyyba. — uniósł do góry palec, apodyktycznie kończąc swoją myśl. — Chyba że cie tak starzy nasfali, tooo nie móóój problem. Słyszałem od kolhesia z Arizony, że ma kumpla o imieniu Pepe... — pokręcił głową, gasząc przy tym... dłoń.
— Nie wyglądam jak swój? — zapytał smutno Tobi, patrząc w oczy antychrystowi, jakby w nich czegoś szukał. Jego "zbawca" kategorycznie zlewał jego słowa, tym bardziej, że nawet po pijaku kuglarz był w stanie to wyczuć. Ale Nie zareagować. Nie miał jak. Nie z takim bólem głowy, nie z taką zwiechą powodującą nawet plątania języka...
— Też nie jestheś swój. Kuhwa. Pewnie mi zaraz zaproponujesz dywan, albo jakhąś promocję na mięso z pierwszej półki. Mhasz jedną z takich twarzy. — powiedział, nadal machając dłonią w powietrzu. 
W końcu wziął dłuższy oddech, zdejmując okulary przeciwsłoneczne z twarzy, przetarł niezdarnie oczy, po tym oparł łokcie o kolana, chowając swe lico w dłoniach niepokalaną ciężką pracą fizyczną.
— Jhak znasz się na ludziachh to chyba powinieneś wywnioskować że nie mam nikoohoo. — powiedział wręcz z wyrzutem, jakby chciał wbić swoje słowa w głowę Belga, jakby chciał by apatia skierowana w jego stronę nie kuła go tak po oczach. — Nikogo rozhumiesz to kuhrrwaaaaa?! Dwaśieścia siedem lat kuhrwa i nic. Nic kuhrwa. — rzekł wręcz z żalem pod koniec, żalem, który drzemał w nim cały ten pierdolony czas... Stabilizacja? Związek? Jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa? Nic z tych rzeczy, Tobiasowi ciężko było na ten temat myśleć, co dopiero rozmawiać. A co do rozmowy, Tobias chowając się swoich dłoniach... Uznał pozycję tą za niesamowicie komfortową, co spowodowało że...
—Chrrrrrrrrr...


Etienne?

10.10.2019

Od Etienne CD Tobiasa

Stał tak, oparty o scenę, splatając dłonie na okrytej cienkim materiałem piersi. W milczeniu słuchał pijackiego wywodu. Ha, słuchał..  Słowo na wyrost. To, co osobnik przed nim mówił, wchodziło jednym uchem młodzieńca, a wychodziło drugim, nie zostawiając po sobie niczego znaczącego. Tak, Etienne nie był zbyt dobrym partnerem do podobnych dyskusji pod tym względem. Wątpił jednak, że w stanie, w jakim był (jak się okazało) Tobi takie szczegóły miały znaczenie. Z grzeczności pozwolił się mężczyźnie wygadać, nie widział sensu we wchodzeniu mu w słowo, gdyż to zapewne skończyłoby się kolejnymi wywodami i dygresjami. Prawdę mówiąc, z chęcią posłuchałby ich, gdyż po alkoholu podejście do niektórych spraw zmienia się diametralnie, czasami w zabawny sposób.
— Ah tak, nienajebywalny.. Oczywiście, oczywiście. Rozumiem — La Fayette zaśmiał się cicho pod nosem. Zamilkł na krótką chwilę, podczas to której wodził spojrzeniem po sylwetce człowieka przed sobą. Człowieka? Jaką miał pewność, że to istota ludzka? Mógł być przecież jakimś szarlatanem czy innym wilkołakiem, który to zaraz przemieni się i rzuci do gardła młodzieńca. Na pierwszy rzut oka jednak niczego szczególnego nie dostrzegł. A na dokładniejsze oględziny nie miał czasu.
— Etienne — przedstawił się, starannie wypowiadając także nieme litery. Przeżyje taką obrazę swego imienia, może ten cały Tobi w swej pijackiej wspaniałomyślności przypomni sobie podstawy francuskiej fonetyki. — Dotyk, nie dotyk. Nic ci przecież nie zrobiłem. Więcej, pomogłem. Tam by cię zaraz kto okradł. Albo by cię wyrzucili na zbity pysk na zewnątrz. Co tutaj robisz? Ha, głupie pytanie, patrząc na twoją twarz. Nie wyglądasz jak ktoś stąd — Podkreślił dokładnie to słowo. Miejsce, w którym się znajdowali, sprawiało, iż większość gości klubu albo była przykładnymi ojcami z okolicznych, idealnych bungalowów ze skoszoną od linijki trawą, albo należała do raczej marginesu społecznego, jaki przybywał się zabawić podczas Happy Hour. Towarzysz Belga jego zdaniem nie pasował do żadnej z tych kategorii. Jakby miał go gdzieś umiejscowić swym okiem fachowca, Tobi podpadał by pod grupę raczej szemranych osobników z dużą ilością pieniędzy, zdobytych w nielegalny sposób. Może się mylił, może nie. Postanowił zapamiętać, iż powinien uważać na tego osobnika i jego zagrywki.
— A znam się na ludziach. Nie masz żony? Dziewczyny? Ktoś, kto by mógł cię odebrać stąd? 

Tobias?

7.10.2019

Od Tobiasa CD Etienne

Mężczyzna popatrzył na antychrysta z miną mówiącą "Czego ode mnie chcesz", z dozą "O chuj ci chodzi" w oczach, a uśmiech nie uciekał mu ani na chwilę. Wiedział w jakim stanie się znajdował, wiedział dużo, jak na osobę kompletnie zapitą i naćpaną. Lekkość w percepcji nie wynikała z jakiejś nadprzyrodzonej tolerancji na używki (mimo że po takim czasie jego wątroba prędzej przyjęłaby z chęcią głowicę atomową, niż kolejne porcje etanolu), zwyczajnie chłop się jako tako wyspał, o ile sen w klubie z muzyką w pozycji siedzącej można nazwać jakkolwiek wygodnym odpoczynkiem.
— Złyy? O czym ty do mnie... Rozmawiasz czhlowiekku... Chociaż... czymkolwiek ty tam jezsteźź... — Powiedział próbując walczyć jakkolwiek ze światłowstrętem.
Zmuszony do wstania, wstał. Musiał założyć okulary przeciwsłoneczne, co by nie widzieli że z jego oczyma jest coś nie tak. Był lekko wstydliwy, szczególnie po alkoholu, także nie chciał się afiszować ze swoim błogostanem, przynajmniej na tyle, na ile szlajający się człowiek oparty o nieznajomego może się nie afiszować. Szedł krokiem powolnym, lekko skośnym. Na pewno nie od linijki. Ale starał się. Widział, iż nieznajomy stara się pomóc, co było niespotykane w tych stronach. Zwykle ktoś kto zastaje Tobiasa w takim stanie próbuje go uwieść, okraść, zbałamucić... Jednak on trzymał się dzielnie. Starał się. Mówił sam do siebie: Nie jestem najebany! Idąc krok w krok z nieznajomym, czasami robił pauzy, co by odpocząć, nie próbował siadać, ani się schylać, wiedział że to tylko sprowokuje odruch wymiotny... A przecież dżentelmenowi nie wypada...
— Nie wiem czhemu mi pomagaszhz ale kuhwrwa dziękuję! — powiedzieł klepiąc po plecach jasnowłosego. 
Gdy już dotarli pod prywatny pokój, a jego wybawca ugadywał ochroniarza, Tobias nie omieszkał chichotu, słysząc co młodzieniec wygaduje, resztką świadomości gratulując mu daru perswazji, wychwytując co piąte słowo. 
Zasiadł na kanapie, chichocząc do siebie jak głupi do sera, słuchając uważnie reprymendy. 
— Pho pierwsze. To mów po angielsku jak do mnie rozmawiaszhshz... — powiedział stanowczym tonem, gestykulując dłońmi, w akompaniamencie mimiki zesztywniałej mordy.
— Po dhrugie. Jakie komórki... jakhiego mózgu... — Tobias wpadł w dziesięcio-sekundowy rechot, patrząc ze zdziwieniem na nieznajomego. — Czhy myślisz że  kthoś taki jak ja.... Takhiii.... Nienajebywalny. — mówił z powagą.—...dałby sobie nashraść na beret? — Zapytał, robiąc zdziwioną minę.
— I po trzhecie... Mimo że jhestem dozgonnie wdzięcznyuy... — dłoń z sygnetem szybko sięgnęła do kieszeni.— Tho mnie bez pozwolenia po twarzy nie dotykać... — powiedział końcówkę już całkiem poważnie, a dłoń, która wcześniej schowała się pod płaszczem, teraz stanęła w płomieniu, jarząc się niczym drewno, wrzucone w rozżarzony węgiel, odganiając tym samym mężczyznę od strefy komfortu Tobiasa. — No.... Tobi jestem, a ciebie jak zwą... żabojadzie?

Etienne?

6.10.2019

Od Etienne CD Tobiasa

Nie spodziewał się, szczerze mówiąc, takiej reakcji. Zazwyczaj ludzie w takim stanie upojenia widzą siwowłosego młodzieńca jako objawionego nagle anioła czy inne bóstwo, co w sumie Etienne niezwykle się podoba. Ale cóż, są też tacy ludzie jak osobnik przed nim, którzy zdają się opierać w zupełności urokowi antychrysta. Może to dobrze dla nich.
Jednak nie dla La Fayette.
Chciał mu przecież pomóc. Zebrał się przecież w sobie, aby oświecić go swą obecnością. A ten jeszcze każe mu spierdalać. Podłość niektórych ludzi...
— Już, już, mon chou, rozumiem. Zły jesteś. Ojej, jaki zły — Młodzieniec musiał przyznać, że czerpał jakąś dziwną radość z całej tej sytuacji. Zupełnie jakby miał właśnie styczność z naburmuszonym szczeniakiem, który nie chce wracać ze spaceru do domu. Bawiła go ta część ludzkiej natury. Delikatna, żywa. Prawdziwa. Ukazująca się tylko wtedy, gdy alkohol wyłącza wszelkie inne bariery. Najlepsza do obserwacji dla osób, które jeszcze są w stanie określić, co się z nimi dzieje.
Zignorował mruknięcia czy inne protesty. Wiedział, że to miejsce nie jest odpowiednie dla pijusa, bowiem jak tylko ochrona zobaczy, w jakim jest stanie, wyrzuci go na zewnątrz na zbity pysk. A że zbliżała się wielkimi krokami zima, temperatura o tej porze była bliska zeru. Pozostawiony samemu sobie człowiek zapewne szybko wychłodziłby się w takich warunkach, a jakby jeszcze nie daj Samaelu umarł, to by wszyscy, co przebywali tego wieczoru w klubie, zostali przesłuchani. Taka wizja niezbyt się mu podobała.
— Chodź, musisz wytrzeźwieć — Etienne podniósł jakoś nieznajomego, który, jak się okazało, był jeszcze w stanie chodzić. La Fayette skrzywił się, czując woń alkoholu tuż przy swym nosie, jednak powoli ruszył w stronę drzwi prowadzących do niewielkiego, prywatnego pokoju. Stojący przy drzwiach mężczyzna spojrzał krytycznie na ich dwójkę.
— Nie rób problemów. Zapłacił mi, chcę już mieć to wszystko za sobą. Uwierz mi, ta sytuacja także mi się nie podoba — skłamał zręcznie młodzieniec, zniżając głos do sykliwego szeptu. Ochroniarz poruszył się w miejscu, przenosząc ciężar z jednej nogi na drugą, po czym machnął ręką, pomagając nawet tancerzowi otworzyć drzwi. Belg podziękował mu delikatnym uśmiechem, a następnie zrzucił ze swego ramienia balast wprost na fotel. Sam z westchnięciem oparł się o niską scenę, oddychając ciężko.
Mon chou, nie wolno tak pić.. Wiesz? Alkohol niszczy komórki mózgowe. Dodatkowo w takich miejscach są różni ludzie. Ktoś cię jeszcze wykorzysta — Pierre złapał ostrożnie zarośnięty podbródek mężczyzny w dwa palce i uniósł go, aby móc obejrzeć oblicze nieznajomego — Będziesz miał cholernego kaca. Ale chyba to ostatnie z twoich zmartwień..

Tobias?

Od Tobiasa CD Etienne

Po dwudziestej drugiej był inny świat. Szara rzeczywistość, tak bardzo zlewająca się w jeden, szary ciąg wydarzeń, pozornie nie wyróżniające się akty w życiu Amerykanina, powoli wchodziła w inny stan. Stan ciekawości, doznań innego pokroju, tych najbardziej przyjemnych po inhalacji dymu z zakazanego zioła, wymieszanego z kilkoma szotami substancji o potencjale wyskokowym.
Tobias był w innym świecie, pierwsze ostatki fazy narkotykowej zeszły już dawno, teraz pozostało jedynie to przyjemne otępienie, drętwota kończyn i błogość umysłu.

Klub wydawał mu się całkiem przyzwoity, co innego mógł rzec? Po doświadczeniach na południu stanów tak naprawdę klub w którym butelki nie latały w powietrzu, a toalety nie były zajęte długimi orgiami w akompaniamencie ekskrementów... Można powiedzieć że Tobi widział już prawie wszystko, dlatego standard tej placówki wydawał się... dość wysoki.
Nie minęło długo czasu, aż brunetowi zaproponowano wątpliwe zioło do inhalacji, asertywność nie była jego mocną stroną, dlatego opuścił klub dosłownie na moment...
Wracając, tylko kiwnął głową do ochroniarza, na szczęście dryblas go zapamiętał...
Rozsiadł się wygodnie, kątem oka zerkając na tancerki i tancerzy... Możliwe iż rzucił parę dolarów pod nogi... Nie do końca pamiętał... Kolejka za kolejką, kieliszek za kieliszkiem. Charakterystyczne ciepło w organizmie rozlewało się, dając przyjemne uczucie upicia alkoholowego. Nie pamiętał czy sprawdzał telefon, wiedział jedynie że po którymś szotem wódki schował portfel i telefon w karcie... Bez swojej talii nie zrobiłby wiele, szczególnie gdy miał zamiar zalać się do pełna. A co z dniem jutrzejszym? Nie dbał o to. Jedyne co się teraz liczyło to zaspokojenie potrzeby. Zapomnienie.
Która to już kolejka? Siódma? Ósma? Tobi nie wiedział. Po drodze do łazienki widział jakiegoś denata leżącego głową w pisuarze... A to ciekawe... Standardy standardami, lecz wszędzie można było zobaczyć kulturę i wychowanie... Z resztą sam święty nie jest by komukolwiek cokolwiek wypominać. Wracając na swoje nagrzane miejsce, jankes zamówił jeszcze kilka kolejek, faza powoli zjeżdżała na niewłaściwe tory, dlatego musiał jakoś się przeciwstawić...
Po dwudziestej drugiej był już inny świat, nie ten, szary, brudny; Ten kolorowy i ciekawy... Potęga doznań była nieopisana, a mężczyzna położył ramiona na blacie, tylko po to by schować w nich głowę... Chociaż na chwilę.

Która była? Pierwsza? Druga?

Nie robiło mu to znaczenia, przechodził przez jeden z lepszych narkotykowych snów... A ona była taka piękna... Nagle poczuł jak jego włosy się unoszą... A dziwny głos... "Wstawaj, nie śpimy..."
— Czej co... Kim ty... Co ja tu kurwa.... O co chodzi? — Zapytał zdezorientowany niczym świadek Jehovy w sklepie z drzwiami. — Kurw... — sprawdził tylko po omacku czy talia była na swoim miejscu. Może i karty wyglądały niepozornie, ale w niepowołanych rękach... — A spierdalaj pan....

Etienne?

Od Etienne do Tobiasa

Za sceną był już inny świat. Niedostępny dla byle człowieka zza kurtyny, chociaż namiastki tamtego miejsca docierały do dusznego pomieszczenia w postaci przytłumionej muzyki i odgłosów rozochoconej gawiedzi. Etienne skrzywił się znacznie na wspomnienie ciekawskich dłoni, które muskały jego ciało, okryte jedynie w takim stopniu, aby utrzymać poziom tego klubu nieco powyżej tego, jaki reprezentują byle domy publiczne. Jak najszybciej chciał przebrać się w swoje ubrania, bowiem może i uchodził w opinii ogólnej za degenerata, nawet on nie mógł znieść tej lepkości ludzkiego potu i żałosnych, upokarzających momentami komentarzy. Dlatego nie lubił takich wydarzeń. Wolał pokazywać swe talenty dla mniejszej grupy ludzi, jednak pieniądz to pieniądz. Chciał też się trochę zabawić, rozluźnić przed tym, co go czekało. 
W końcu uzyskał jakiś trop. Ślad, który naprowadził go na ledwie widoczną pośród dziesiątek innych dróg ścieżkę, jaka może doprowadzi go do czegoś, co rzuci światło na przeszłość młodzieńca. Tylko tego chciał. Czekał na taki przełom od lat, nie mógł więc sobie odpuścić tego wylotu do Brukseli, nawet jeśli kosztować by on miał tyle, że La Fayette zmuszony był przyjąć propozycję pracy akurat tutaj. Jak to się jednak mówi, cel uświęca środki.
W małym społeczeństwie osób związanych z tą branżą lubił najbardziej to, iż nikt, przynajmniej w miejscu pracy, nie zwracał uwagi na nagość. Toteż gdy podczas schodzenia ze schodków Belg odrzucił na bok skrawki materiału, zostając jedynie z rozłożonym wachlarzem w dłoniach, nikt prawie nie spojrzał w jego kierunku. Nie licząc może ochroniarza, jaki wodził akurat za tymczasowym pracownikiem wzrokiem, lecz taka akurat była jego praca. Mimo to Etienne mrugnął do niego porozumiewawczo, tym samym wyraźnie pesząc osobnika. Zadowolony z siebie przebrał się w swoje własne ubrania, które przywitał radosnym mruknięciem.
Nim postanowił skierować się do wyjścia, jeszcze chwilę stał oparty o kolumnę, przeglądając na telefonie wiadomości i powiadomienia, jakie otrzymał podczas swej nieobecności. Był tak bardzo zajęty pisaniem komentarza pod nowym zdjęciem internetowej przyjaciółki, że prawie nie zauważył zamieszania przy drzwiach na główną salę. Niechętnie uniósł wzrok na dwie młode kobiety. Jedną kojarzył tylko z plotek, a dokładniej ostrzeżeń, że ma niezwykle lepkie dłonie i powinno się pilnować, aby nie kręciła się zbyt blisko torby La Fayette. Między innymi z tego powodu zainteresowało młodzieńca to, co aż tak bardzo zaaferowało młodocianą złodziejkę. Schował telefon do tylnej kieszeni spodni, po czym, splatając dłonie na piersi, także podszedł do okienka, przez które one wyglądały.
— Co tam ciekawego widzicie? — spytał, udając, że wcale nie jest zaciekawiony ich odpowiedzią. Nieznana mu dziewczyna uniosła na krótką chwilę wzrok na siwowłosego.
— Co cię to obchodzi?
— Pytam tylko. Nie musisz być agresywna — Pierre zmuszony był pochylić się, aby w ogóle zajrzeć przez szybę. Chwilę obserwował wnętrze pomieszczenia, co bez wyraźnego celu poszukiwań okazało się nieco trudne. Jedyne, co rzuciło mu się w oczy, to poruszająca się na krześle w pijackim otępieniu sylwetka przy jednym ze stolików, nie tak daleko od baru. Po spojrzeniu na dziewczyny, upewnił się, że to o nią chodzi. W przypływie dobroduszności, z westchnięciem przepchnął się między kobiety.
— Koniec zabawy. Idźcie szukać naiwnych kutasiarzy gdzie indziej. Ja się nim zajmę.
Złapał za klamkę. Usłyszał odgłosy niezadowolenia i szuranie, poprzedzone wcześniej słowami "Abyś się od niego jakimś syfem zaraził", jakie wywołały u Etienne lekki uśmiech.
Parę osób spojrzał na młodzieńca, gdy wyszedł drzwiami na zaplecze, zapewne poznając go z pokazu. Belg wyćwiczonym gestem posłał im ukradkowy pocałunek, a następnie zbliżył się do stolika, przyciągając pod siebie krzesło z sąsiedniego blatu. Po krótkim zastanowieniu odgarnął palcem ciemne włosy z czoła nieznajomego.
— Hej, hej. Nie śpimy. 

Tobias?
Szablon
synestezja
panda graphics