Isaiah słuchał wypowiedzi mężczyzny w ciszy, zajadając się tiramisu, jakie jeszcze tkwiło przed nim na talerzyku. Oszczędził sobie komentarza dotyczącego tego, jak szybko Anthony zjadł (a raczej pochłonął!) swe zamówienie, skupiając się na spokojnym dziobaniu widelczykiem ciasta. Kiedyś przeczytał w Internecie, że jak je się spokojnie słodycze, te nie idą w brzuch czy w uda. Jako, że był stworzeniem raczej niezbyt chętnym do wykonywania długich, monotonnych procesów, do jakich oczywiście ćwiczenie się zaliczało, wychodził z założenia, że lepiej zapobiegać niż leczyć, dlatego, przezornie, stosował się do co mądrzej brzmiących porad, na jakie natrafiał w komputerowych czeluściach.
— Oglądałem kiedyś program w telewizji — powiedział po chwili, odkładając sztuciec na talerzyk i obejmując kubek z kawą dłońmi. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy przyjemne ciepło zalało jego członki po upiciu drobnego łyku — na temat rozpraw sądowych. "Sąd rodzinny" czy coś takiego. Jak tak patrzyłem na sędziów, oskarżonych, adwokatów i tą całą resztę, to pomyślałem "Jakim cudem w takich chwilach ci wszyscy adwokaci oraz prokuratorzy nie wybuchają nagle i nie zaczynają się przekrzykiwać?". Nigdy nie miałem okazji o to spytać nikogo takiego... Więc ty jesteś pierwszy — Szatyn odłożył kubek, zaparł się łokciami o stół i oparł podbródek o wyprostowane palce splecionych dłoni — A więc? Jak to jest?
Na twarzy mężczyzny pojawił się delikatny uśmiech. W zamyśleniu zaczął także poruszać lekko kciukiem łyżeczkę w naczynku po herbacie, przywołując z pamięci wszelkie wydarzenia oraz rozprawy, w jakich brał udział.
— Uwierz mi, czasami naprawdę trudno się powstrzymać przed tym — zaczął, po czym zamilkł i wyjrzał przez okno. Jaffe zrobił to samo, przez co mógł dostrzec błyszczące nieopodal, czerwono - niebieskie światła. Policja? Coś się stało? Wypadek? Kradzież?
W ich ślady poszło także kilku innych gości, ktoś spojrzał na telefon w poszukiwaniu wyjaśnień na lokalnych stronach informacyjnych. Było lecz za wcześnie na takie rzeczy, dlatego jeśli ktoś chciał się przekonać, co się działo, musiałby zbadać to na własną rękę.
A Isaiah chciał to zrobić.
— Pójdziemy to sprawdzić? Może ofiara będzie potrzebować adwokata?
Może nie był to odpowiedni moment na żarty, zwłaszcza, że zaczęły pojawiać się pierwsze plotki o odnalezieniu ciała, jakie przyniósł nowo przybyły gość kawiarni. Jak to się jednak mówiło, bez poczucia humoru wszyscy by poszaleli, a chłopak nie chciał, aby ktokolwiek popadał obłęd w tym i tak wariackim mieście.
Anthony?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isaiah&Anthony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isaiah&Anthony. Pokaż wszystkie posty
22.07.2019
Od Anthonego CD Isaiaha
Po złożeniu zamówienia, Isaiah zaczął temat o moich psach. Gdy powiedział, że są bardzo grzeczne, zaśmiałem się gromko w duchu. Ile to razy nie zdemolowały mi salonu, nie starczyłoby mi palców u dłoni aby to zliczyć. Na prośbę chłopaka pokiwałem z entuzjazmem głową. Cofnąłem się na chwilę żeby sprawdzić psy. Nadal spokojnie leżeli, a Carmen chyba nawet zasnęła. Nie musieliśmy długo czekać na nasze zamówienie, kelnerka szybko się uwinęła. Niemal natychmiast zaatakowałem kawałek ciasta widelczykiem. Trzeba było w końcu sprawdzić, czy było warte swojej ceny. I nie zawiodłem się, było naprawdę dobre, to też nie mogłem powstrzymać się od cichego pomruku z rozkoszy, na co Iz zaśmiał się tylko, ale po jego minie wnioskowałem, że jego ciasto również spełniło wymagania. Uśmiechnąłem się pod nosem z udanego zamówienia. Oczywiście deser w moim przypadku zniknął z niebywałą prędkością, jak zwykle. Zostałem więc z samą herbatą w filiżance, którą powoli popijałem. Była jeszcze dosyć gorąca, nie chciałem skończyć z poparzonym językiem. Jednak nie wszystkiemu da się uniknąć. Chwila rozkojarzenia wystarczyła aby doszło do tragedii. Tak, ucierpiał na tym mój język i podniebienie również. Jęknąłem cicho, machając dłonią przed twarzą jak kretyn próbując nieco ochłodzić usta. Chłopaczyna przede mną parsknął pod nosem, ale zaraz szybko zakrył usta dłonią, próbując ukryć śmiech.
- Ten się śmieje, co się śmieje ostatni - dodałem tylko, unosząc delikatnie kącik ust, gdy pożar został już opanowany.
Skończyłem ciasto jak i herbatę przed Isaiahem, to też obserwowałem ulicę przez okno obok. Nie byłem z rodzaju tych, którzy delektują się powoli. W moim przypadku wszystko szybko znikało czy to z talerza czy kubka. Postanowiłem więc podjąć temat, skoro mieliśmy spędzić w kawiarnii jeszcze trochę czasu.
- Uczysz się, pracujesz gdzieś? - zagadnąłem, zerkając na chłopaka.
- Studiuję w Collegu Sztuk Cornisha, ale w weekendy trochę dorabiam jako grafik albo pomoc w tworzeniu dekoracji na różne okoliczności - odpowiedział, chwilę po tym popijając cappuccino. - A ty?
- Hmm, ambitnie. Ja pracuję w kancelarii adwokackiej. Z pozoru nie za ciekawa i nudna praca, ale ileż to ludzi można spotkać - westchnąłem, zerkając na mój, pusty już, talerzyk po szarlotce. Dodałem do moich planów wzięcie w przyszłości paru na wynos.
Nie mogłem narzekać na pracę adwokata. W końcu sam w to wszystko brnąłem. Nie wszystkie przypadki były za ciekawe, ale dążyłem do jakiejś namiastki sprawiedliwości w tym świecie, o którą swoją drogą ciężko bywało. Od dawna przestałem wierzyć w karmę i to, że wraca. Chociaż może? Nigdy nie wiadomo.
- Ten się śmieje, co się śmieje ostatni - dodałem tylko, unosząc delikatnie kącik ust, gdy pożar został już opanowany.
Skończyłem ciasto jak i herbatę przed Isaiahem, to też obserwowałem ulicę przez okno obok. Nie byłem z rodzaju tych, którzy delektują się powoli. W moim przypadku wszystko szybko znikało czy to z talerza czy kubka. Postanowiłem więc podjąć temat, skoro mieliśmy spędzić w kawiarnii jeszcze trochę czasu.
- Uczysz się, pracujesz gdzieś? - zagadnąłem, zerkając na chłopaka.
- Studiuję w Collegu Sztuk Cornisha, ale w weekendy trochę dorabiam jako grafik albo pomoc w tworzeniu dekoracji na różne okoliczności - odpowiedział, chwilę po tym popijając cappuccino. - A ty?
- Hmm, ambitnie. Ja pracuję w kancelarii adwokackiej. Z pozoru nie za ciekawa i nudna praca, ale ileż to ludzi można spotkać - westchnąłem, zerkając na mój, pusty już, talerzyk po szarlotce. Dodałem do moich planów wzięcie w przyszłości paru na wynos.
Nie mogłem narzekać na pracę adwokata. W końcu sam w to wszystko brnąłem. Nie wszystkie przypadki były za ciekawe, ale dążyłem do jakiejś namiastki sprawiedliwości w tym świecie, o którą swoją drogą ciężko bywało. Od dawna przestałem wierzyć w karmę i to, że wraca. Chociaż może? Nigdy nie wiadomo.
Isaiah?
15.07.2019
Od Isaiaha CD Anthony'ego
Długo studiował menu kawiarni, gdyż co kategoria, to kolejna pozycja przykuwała jego uwagę. To ciasto czekoladowe, to kokosowa Alaska, tort wiśniowy, rogaliki z masłem orzechowym, tarta truskawkowa, crème brûlée, tak wiele możliwości, tak mało czasu. Isaiah musiał naprawdę mocno się skupić, aby przemyśleć swój wybór, upewnić się, że zjedzenie go nie zajmie tak długo, a i nie wybrudzi się zbyt bardzo podczas posiłku, gdyż należał akurat do tej grupy ludzi, której niezwykle łatwo przychodziło gubienie kremów czy polew. Z tego powodu trzymał w kieszeni kurtki, jaką ściągnął po opadnięciu na miejsce, chusteczki. Kiedy ostatecznie zdecydował się na tiramisu oraz cappuccino, wyciągnął prewencyjnie plastikowe opakowanie na stolik, bo nigdy nie wiadomo, kto dotykał tych w podajniku na stole. Wolał uważać na takie rzeczy, nie był przecież odporny na choroby i dolegliwości, a jedynie potrafił manipulować kolorami. Daleko było mu do zmutowanego X - Mena z komiksów, jakie swego czasu namiętnie czytał.
— Poproszę tiramisu i cappuccino czekoladowe, z cukrem trzcinowym, dziękuję — Chłopak z ciepłym uśmiechem oddał swoje menu kelnerce, która odwzajemniła wyraz, obiecała, że zaraz przyniesie zamówienie i oddaliła się do kuchni, po drodze unikając śliniącego się basseta, który podniósł gwałtownie łeb. Isaiah obserwował chwilę psa, nie wiedząc, od czego powinien zacząć rozmowę z teoretycznie nieznajomym. W głowie miał tyle możliwości, z czego każda brzmiała tak samo ciekawie, dlatego trudno było mu zdecydować się na jedną. Dopiero po chwili przerwał obserwację leniwie sapiącego psa i zwrócił się do Anthony'ego. Jedną ręką zaczął cicho wypukiwać tylko sobie znaną melodię, pewnie z jakiegoś serialu, jaki ostatnio skończył oglądać.
— Twoje psy są bardzo grzeczne. Nie reagują na mijających ich ludzi — Izz pochylił się lekko, aby spojrzeć na "uśmiechnięte" pyski pupili. Lance uniósł kącik ust, po czym zerknął na swoje czworonogi. Następnie wskazał podbródkiem na jednego z nich, dokładniej na tę w większej ilości barw. Młodzian zauważył, że właśnie takiego koloru jak brązowe plamy suczki potrzebuje do skończenia obrazu. Spojrzał na opuszki palców, nie będąc pewnym, czy powinien to zrobić. Czułby się pewnie źle, ale z drugiej strony nie musiałby już iść do sklepu malarskiego. Tylko czy specyficzny wygląd "nadnaturalnej" farby nie zaburzy całokształtu?
Szatyn odepchnął od siebie myśli o pożyczeniu koloru psa i skupił się na swoim towarzyszu, który powrócił do poprzedniej pozycji, kręcąc lekko głową.
— Carmen, ta obok mnie, tylko udaje spokojną. Uwierz mi, jeśli tylko dostanie szansę pokazać swój charakterek, na pewno zmienisz zdanie.
— Już go pokazała, w parku — Jaffe zaśmiał się dźwięcznie — Ale teraz jest zupełnie jak inny pies. Może coś chce? Miałem kiedyś psa, Bruno się nazywał. Zawsze robił duże oczy przy lodówce. Był nieco grubszy, więc nie mogłem dawać mu przysmaków, niestety. Taka była z niego mądra bestia, że podpatrzył, jak otwieramy drzwi, przez co sam nauczył się to robić. I wtedy nic nie było już bezpieczne.
Anthony parsknął cicho pod nosem i podparł podbródek na dłoni, łokciem zapierając się o stół. Isaiah przyjął podobną pozycję, kładąc jednak na blacie obie swoje ręce, jakby był znudzonym uczniem w szkole. Jego wyraz twarzy mówił coś zupełnie innego - chłopak niezwykle chętnie słuchał tego, co Lance miał do powiedzenia.
— Ten drugi pies, biały, to Omen. On byłby w stanie się tego nauczyć. Mądra z niego psina, zna też parę sztuczek.
Student aż jęknął z zachwytu.
— Musisz mi parę pokazać na zewnątrz, proszę. Na pewno musi to być niezwykle urocze.
Anthony?
— Poproszę tiramisu i cappuccino czekoladowe, z cukrem trzcinowym, dziękuję — Chłopak z ciepłym uśmiechem oddał swoje menu kelnerce, która odwzajemniła wyraz, obiecała, że zaraz przyniesie zamówienie i oddaliła się do kuchni, po drodze unikając śliniącego się basseta, który podniósł gwałtownie łeb. Isaiah obserwował chwilę psa, nie wiedząc, od czego powinien zacząć rozmowę z teoretycznie nieznajomym. W głowie miał tyle możliwości, z czego każda brzmiała tak samo ciekawie, dlatego trudno było mu zdecydować się na jedną. Dopiero po chwili przerwał obserwację leniwie sapiącego psa i zwrócił się do Anthony'ego. Jedną ręką zaczął cicho wypukiwać tylko sobie znaną melodię, pewnie z jakiegoś serialu, jaki ostatnio skończył oglądać.
— Twoje psy są bardzo grzeczne. Nie reagują na mijających ich ludzi — Izz pochylił się lekko, aby spojrzeć na "uśmiechnięte" pyski pupili. Lance uniósł kącik ust, po czym zerknął na swoje czworonogi. Następnie wskazał podbródkiem na jednego z nich, dokładniej na tę w większej ilości barw. Młodzian zauważył, że właśnie takiego koloru jak brązowe plamy suczki potrzebuje do skończenia obrazu. Spojrzał na opuszki palców, nie będąc pewnym, czy powinien to zrobić. Czułby się pewnie źle, ale z drugiej strony nie musiałby już iść do sklepu malarskiego. Tylko czy specyficzny wygląd "nadnaturalnej" farby nie zaburzy całokształtu?
Szatyn odepchnął od siebie myśli o pożyczeniu koloru psa i skupił się na swoim towarzyszu, który powrócił do poprzedniej pozycji, kręcąc lekko głową.
— Carmen, ta obok mnie, tylko udaje spokojną. Uwierz mi, jeśli tylko dostanie szansę pokazać swój charakterek, na pewno zmienisz zdanie.
— Już go pokazała, w parku — Jaffe zaśmiał się dźwięcznie — Ale teraz jest zupełnie jak inny pies. Może coś chce? Miałem kiedyś psa, Bruno się nazywał. Zawsze robił duże oczy przy lodówce. Był nieco grubszy, więc nie mogłem dawać mu przysmaków, niestety. Taka była z niego mądra bestia, że podpatrzył, jak otwieramy drzwi, przez co sam nauczył się to robić. I wtedy nic nie było już bezpieczne.
Anthony parsknął cicho pod nosem i podparł podbródek na dłoni, łokciem zapierając się o stół. Isaiah przyjął podobną pozycję, kładąc jednak na blacie obie swoje ręce, jakby był znudzonym uczniem w szkole. Jego wyraz twarzy mówił coś zupełnie innego - chłopak niezwykle chętnie słuchał tego, co Lance miał do powiedzenia.
— Ten drugi pies, biały, to Omen. On byłby w stanie się tego nauczyć. Mądra z niego psina, zna też parę sztuczek.
Student aż jęknął z zachwytu.
— Musisz mi parę pokazać na zewnątrz, proszę. Na pewno musi to być niezwykle urocze.
Anthony?
9.07.2019
Od Anthonego cd Isaiaha
,,Przyjazną zwierzętom” - tyle wystarczyło, by przystać na propozycję spędzenia odrobiny czasu akurat w tej kawiarni. Wolałem raczej nie zostawiać Omena i Carmen na zewnątrz, przy takiej pogodzie. Poza tym, suczka pewnie cały czas by kogoś zaczepiała, a tak przynajmniej mogłem mieć ją na oku.
— Świetnie, w takim razie ruszajmy — uśmiechnąłem się, sprawdzając raz jeszcze, czy oba psy są dobrze podpięte do smyczy. Miałem dość kolejnych rajdów i pogoni jak na jeden dzień. — Swoją drogą, nazywam się Anthony Lance Nishimura, ale wystarczy zwykłe Tony lub Lance, jak stryjenka uważa — wyciągnąłem ochoczo dłoń w stronę, jeszcze nieznanego mi z imienia, chłopaka.
— Isaiah Ambroise Jaffe — bez ani chwili zawahania, nowy znajomy uścisnął moją dłoń.
— A więc, Iz, prowadź — po szybkiej wymianie uściśnięć, schowałem swoje dłonie do kieszeni płaszcza.
Brunet, niższy nieco ode mnie, przytaknął głową i zaczął prowadzić nas w stronę miejsca, gdzie będziemy mogli na spokojnie porozmawiać oraz nieco się rozgrzać. Gorąca herbata i ciasto dobrze mi zrobią z rana, zwłaszcza tak chłodnego. Śnieg nie przestawał prószyć, więc gdy szedłem nieco za chłopakiem, drobne płatki wyglądały jak malutkie kryształki na jego głowie. Jak się okazało, owe miejsce nie było jakoś bardzo daleko. Przed wejściem do środka otrzepałem buty z grubszej warstwy białego puchu, który lepił się niemiłosiernie, oraz strząchnąłem wszystko, co zdążyło osadzić mi się na moich blond kosmykach. Wystrój mieli naprawdę ładny i przytulny. W sam raz na takie zimowe dni. Potwierdziło się także to, co mówił Iz. Nie mieli nic przeciwko zwierzętom. Kelnerka przechodząca niedaleko, po zobaczeniu psów uśmiechnęła się przelotnie, by za dosłownie chwilę ponownie zająć się zbieraniem zamówień. Rozejrzeliśmy się w poszukiwaniu wolnego stolika. Szybko dostrzegłem puste miejsce pod oknem. Niemalże od razu ruszyłem w jego stronę, co by przypadkiem nikt nas nie podsiadł. Powszechnie wiadomo, że miejsca przy oknie są najlepsze. No, przynajmniej w moim przekonaniu. Isaiah szybko do mnie dołączył, zajmując miejsce naprzeciwko. Zdjąłem płaszcz wraz z szalem i położyłem obok. Oba psy zaś ułożyły się wygodnie pod stolikiem przy moich stopach, obserwując stamtąd resztę klientów. Nie musieliśmy długo czekać, aż pojawi się przy nas nie wysoka, młoda szatynka z kartą menu. Pierwsze co, to zacząłem szukać deserów. Na pewno musieli mieć szarlotkę. To standard jakich mało. Albo chociaż brownie. Oczywiście jak zwykle znajdowały się na końcu. Ciasto truskawkowe, sernik, marchewkowe… Bingo! Była szarlotka na ciepło, z bitą śmietaną i owocami. Po znalezieniu idealnego ciasta zacząłem szukać jakiejś dobrej herbaty. Ostatecznie postawiłem na sprawdzoną earl grey z nutą cytrynową. Przejrzałem jeszcze raz kartę dla upewnienia się, że na pewno nie przegapiłem niczego dobrego. Gorąca czekolada wyglądała kusząco, ale postanowiłem zostawić ją na inną okazję. Kątem oka zauważyłem kelnerkę, która przymierzała się aby odwiedzić nasz stolik w celu odebrania zamówienia.
— I jak? Co bierzesz? Jest tutaj tyle dobrze wyglądających rzeczy, że muszę część zostawić sobie na inne wizyty tutaj — zaśmiałem się, zamykając kartę i kładąc ją przed sobą.
Gdy skończyłem mówić, akurat podeszła do nas ta sama miła dziewczyna, co wcześniej. Tym razem trzymała w dłoni mały notesik oraz długopis.
— Co podać?
<Isaiah?>
— Świetnie, w takim razie ruszajmy — uśmiechnąłem się, sprawdzając raz jeszcze, czy oba psy są dobrze podpięte do smyczy. Miałem dość kolejnych rajdów i pogoni jak na jeden dzień. — Swoją drogą, nazywam się Anthony Lance Nishimura, ale wystarczy zwykłe Tony lub Lance, jak stryjenka uważa — wyciągnąłem ochoczo dłoń w stronę, jeszcze nieznanego mi z imienia, chłopaka.
— Isaiah Ambroise Jaffe — bez ani chwili zawahania, nowy znajomy uścisnął moją dłoń.
— A więc, Iz, prowadź — po szybkiej wymianie uściśnięć, schowałem swoje dłonie do kieszeni płaszcza.
Brunet, niższy nieco ode mnie, przytaknął głową i zaczął prowadzić nas w stronę miejsca, gdzie będziemy mogli na spokojnie porozmawiać oraz nieco się rozgrzać. Gorąca herbata i ciasto dobrze mi zrobią z rana, zwłaszcza tak chłodnego. Śnieg nie przestawał prószyć, więc gdy szedłem nieco za chłopakiem, drobne płatki wyglądały jak malutkie kryształki na jego głowie. Jak się okazało, owe miejsce nie było jakoś bardzo daleko. Przed wejściem do środka otrzepałem buty z grubszej warstwy białego puchu, który lepił się niemiłosiernie, oraz strząchnąłem wszystko, co zdążyło osadzić mi się na moich blond kosmykach. Wystrój mieli naprawdę ładny i przytulny. W sam raz na takie zimowe dni. Potwierdziło się także to, co mówił Iz. Nie mieli nic przeciwko zwierzętom. Kelnerka przechodząca niedaleko, po zobaczeniu psów uśmiechnęła się przelotnie, by za dosłownie chwilę ponownie zająć się zbieraniem zamówień. Rozejrzeliśmy się w poszukiwaniu wolnego stolika. Szybko dostrzegłem puste miejsce pod oknem. Niemalże od razu ruszyłem w jego stronę, co by przypadkiem nikt nas nie podsiadł. Powszechnie wiadomo, że miejsca przy oknie są najlepsze. No, przynajmniej w moim przekonaniu. Isaiah szybko do mnie dołączył, zajmując miejsce naprzeciwko. Zdjąłem płaszcz wraz z szalem i położyłem obok. Oba psy zaś ułożyły się wygodnie pod stolikiem przy moich stopach, obserwując stamtąd resztę klientów. Nie musieliśmy długo czekać, aż pojawi się przy nas nie wysoka, młoda szatynka z kartą menu. Pierwsze co, to zacząłem szukać deserów. Na pewno musieli mieć szarlotkę. To standard jakich mało. Albo chociaż brownie. Oczywiście jak zwykle znajdowały się na końcu. Ciasto truskawkowe, sernik, marchewkowe… Bingo! Była szarlotka na ciepło, z bitą śmietaną i owocami. Po znalezieniu idealnego ciasta zacząłem szukać jakiejś dobrej herbaty. Ostatecznie postawiłem na sprawdzoną earl grey z nutą cytrynową. Przejrzałem jeszcze raz kartę dla upewnienia się, że na pewno nie przegapiłem niczego dobrego. Gorąca czekolada wyglądała kusząco, ale postanowiłem zostawić ją na inną okazję. Kątem oka zauważyłem kelnerkę, która przymierzała się aby odwiedzić nasz stolik w celu odebrania zamówienia.
— I jak? Co bierzesz? Jest tutaj tyle dobrze wyglądających rzeczy, że muszę część zostawić sobie na inne wizyty tutaj — zaśmiałem się, zamykając kartę i kładąc ją przed sobą.
Gdy skończyłem mówić, akurat podeszła do nas ta sama miła dziewczyna, co wcześniej. Tym razem trzymała w dłoni mały notesik oraz długopis.
— Co podać?
<Isaiah?>
1.07.2019
Od Isaiaha CD Anthony'ego
Kiedy usłyszał trzeszczenie śniegu pod czyimiś butami, podniósł się z kucek i, trzymając psa za obrożę, zwrócił się w kierunku idącego w jego stronę mężczyznę. Nim ten do niego dotarł, mógł się mu nieco dokładniej przyjrzeć. Posiadał jasne włosy, które po prześwietleniu przez promienie wychylającego się zza chmur słońca miały prawie białą barwę. Do tego oczy, te skupiające na sobie wszystkie spojrzenia niebieskie oczy, przez co przybysz, najpewniej właściciel czworonoga, wyglądał jak lodowy żywiołak czy inne śnieżne stworzenie, jakie postanowiło zjawić się między ludźmi. Izz uśmiechnął się na początku delikatnie, tylko do swoich myśli rodem z powieści fantasy, gdyż ostatnio to w jednej książce z tego rodzaju się zaczytywał wieczorami, później szerzej, gdy uznał, że nieznajomy może już go dostrzec. Milczał grzecznie do chwili, aż właściciel psa opanuje oddech, gdyż wyraźnie był zmęczony biegnięciem za nieposłusznym husky. Ten natomiast aż wyrywał się do opiekuna, więc Jaffe musiał wzmocnić uścisk na obroży, aby czworonóg się nie wymsknął i nie pobiegł dalej, bo miał wrażenie, że ten biedny blondyn dalej nie będzie w stanie już gonić za czymkolwiek.
— Dziękuję za złapanie jej. Pewnie pobiegłaby jeszcze gdzieś o wiele dalej. Chyba daje mi do zrozumienia, że powinienem zacząć rano biegać — Mężczyzna zaśmiał się krótko, jakby sprawiało mu to problem. Szatyn pomógł mu zapiąć psa na smycz, a następnie w pełni się wyprostował, przez co mógł zauważyć, że pomiędzy nimi jest całkiem spora różnica we wzroście. Zdawało się mu to nie przeszkadzać. Jak zwykle. Nie bez powodu jego rodzina nazywała go małym promykiem szczęścia.
— Nie wiem, jak mógłbym się odwdzięczyć. Może jakaś kawa, herbata? — Brew studenta, gdy dotarła do niego taka propozycja, aż powędrowała w górę — Mam teraz jeszcze półtorej godziny, zanim będę zbierać się do pracy, a jeśli nie, to o osiemnastej kończę.
— Próbowałem tylko pomóc. To ja powinienem podziękować za możliwość spotkania z taką uśmiechniętą mordką jak ten pies — Aby podkreślić swe słowa, Isaiah poczochrał ponownie psa za uchem, dopiero wtedy wracając spojrzeniem do blondyna — To bardzo miłe z twojej strony, zapraszać kogoś obcego z parku na kawę. Chętnie przyjmę jednak to zaproszenie, mam i tak luźny dzień.
W młodzianie zaiskrzyła myśl, że być może w ten sposób znajdzie lokalnego znajomego, który pokaże mu tajemnice miasta, skróty czy boczne uliczki, jakie ułatwią mu życie w Seattle. A może i oswoi go z tymi wysokimi budynkami, aby nie obawiał się podróżowania samemu. Oczywiście, przeoczył negatywne aspekty jak możliwość porwania lub wdanie się w toksyczną znajomość. Jak zwykle, tęczowe klapki na oczach odgradzały go od rzeczy, które by mogły zaburzyć jego malutki światek.
— Widziałem kafejkę, przyjazną zwierzętom — Jaffe wskazał kciukiem za siebie, w kierunku, z którego przybył — Jak tamtędy przechodziłem, była otwarta. To oczywiście tylko moja propozycja.
Anthony?
— Dziękuję za złapanie jej. Pewnie pobiegłaby jeszcze gdzieś o wiele dalej. Chyba daje mi do zrozumienia, że powinienem zacząć rano biegać — Mężczyzna zaśmiał się krótko, jakby sprawiało mu to problem. Szatyn pomógł mu zapiąć psa na smycz, a następnie w pełni się wyprostował, przez co mógł zauważyć, że pomiędzy nimi jest całkiem spora różnica we wzroście. Zdawało się mu to nie przeszkadzać. Jak zwykle. Nie bez powodu jego rodzina nazywała go małym promykiem szczęścia.
— Nie wiem, jak mógłbym się odwdzięczyć. Może jakaś kawa, herbata? — Brew studenta, gdy dotarła do niego taka propozycja, aż powędrowała w górę — Mam teraz jeszcze półtorej godziny, zanim będę zbierać się do pracy, a jeśli nie, to o osiemnastej kończę.
— Próbowałem tylko pomóc. To ja powinienem podziękować za możliwość spotkania z taką uśmiechniętą mordką jak ten pies — Aby podkreślić swe słowa, Isaiah poczochrał ponownie psa za uchem, dopiero wtedy wracając spojrzeniem do blondyna — To bardzo miłe z twojej strony, zapraszać kogoś obcego z parku na kawę. Chętnie przyjmę jednak to zaproszenie, mam i tak luźny dzień.
W młodzianie zaiskrzyła myśl, że być może w ten sposób znajdzie lokalnego znajomego, który pokaże mu tajemnice miasta, skróty czy boczne uliczki, jakie ułatwią mu życie w Seattle. A może i oswoi go z tymi wysokimi budynkami, aby nie obawiał się podróżowania samemu. Oczywiście, przeoczył negatywne aspekty jak możliwość porwania lub wdanie się w toksyczną znajomość. Jak zwykle, tęczowe klapki na oczach odgradzały go od rzeczy, które by mogły zaburzyć jego malutki światek.
— Widziałem kafejkę, przyjazną zwierzętom — Jaffe wskazał kciukiem za siebie, w kierunku, z którego przybył — Jak tamtędy przechodziłem, była otwarta. To oczywiście tylko moja propozycja.
Anthony?
25.06.2019
Od Anthonego cd Isaiaha
Dzień zapowiadał się jak każdy inny, zimowy. Za oknem biało, a delikatny puch leniwie opadał z nieba. W kancelarii stawić miałem się dopiero na dziesiątą, ale na nogach byłem już o siódmej. Carmen i Omen ubiegali się o jedzenie i spacer. Powoli podniosłem się z łóżka, gdy dwa wielkie psiska wskoczyły na łóżko. Przeciągnąłem się, a pierwsze kroki skierowałem do łazienki. Po obmyciu twarzy chłodną wodą stanąłem przed szafą w pokoju. Dopóki nie musiałem szykować się do pracy, wybrałem coś adekwatnego do pogody na zewnątrz. Zdecydowałem się na zwykłe, materiałowe spodnie oraz sweter w kremowym kolorze. Potem zostałem niemalże zaciągnięty do kuchni przez rudawą husky. Suczka była wyjątkowo głodna. Chociaż, odkąd ją miałem, każdego dnia można by było nazwać ją wyjątkowo głodną. W czasie, gdy ona siedziała już obok mnie i z niecierpliwością oczekiwała śniadania, Omen leniwie schodził po schodach. W tym czasie zdążyłem także jemu nasypać karmy do miski. Ledwo postawiłem je na ziemi, a Carmen zaczęła pochłaniać swoją porcję jak odkurzać, w czasie gdy śnieżnobiały owczarek nigdzie nie spieszył się z jedzeniem. Oczywiście skończyła pierwsza i próbowała podebrać coś jemu, on zbył ją tylko cichym warczeniem, ale po dłuższej natarczywości kłapnął zębami.
— No, chodź. Daj mu zjeść — złapałem lekko za obrożę po czym odciągnąłem suczkę do salonu.
Po upewnieniu się, że zostawi go już na dobre, zająłem się robieniem swojego śniadania. W tym przypadku były to tosty z sokiem pomarańczowym. Śniadanie dosyć na szybko i skromnie. Może kiedyś nauczę się porządnie gotować. Gdy psiaki odpoczęły trochę po jedzeniu, zacząłem zbierać się na spacer jak co rano. Założyłem szary, długi płaszcz, ulubione botki, a szyję przewiązałem ciemnogranatowym szalem. Z racji zaginięcia jakiegokolwiek nakrycia głowy, postanowiłem oszczędzić sobie szukania go. Podpiąłem smycze do obroży i mogliśmy ruszać na codzienny podbój pobliskiego parku. Suczka jak zwykle się wyrywała, ale udało mi się ją utrzymać. Przynajmniej wtedy. Dosyć szybko znaleźliśmy się w miejscu docelowym. O tej godzinie niewiele osób przechadzało się po alejkach zakrytych nawarstwiającym się śniegiem, a jeśli już to zmierzali akurat do pracy lub szkoły. Było spokojnie, z dala dało się usłyszeć auta. Piękna, zimowa sceneria. Pomyślałem o udaniu się na nocny spacer. I to był moment, kiedy zacząłem się rozkojarzać. Jeden, chłodniejszy powiew wiatru zmusił mnie do założenia rękawiczek. Przy okazji zakładania ich zacząłem zastanawiać się, co mam do zrobienia w kancelarii. Dużo papierkowej roboty, pewnie jak zwykle. Jeszcze prawdopodobnie jakieś spotkanie i wepchną mi jakąś sprawę. Westchnąłem cicho. To był dosłownie ułamek sekundy, kiedy Carmen ruszyła przed siebie pędem niczym torpeda. Stałem przez chwilę zdziwiony, z szeroko otwartymi oczami i na wpół założoną rękawiczką w akompaniamencie szczekania Omena.
— Carmen, wracaj tu natychmiast! — kłębek pary ulotnił się z moich ust, ale na nic zdał się ten krzyk, na nic też zdało się gwizdanie. — Co ja się z nią mam… — mruknąłem z niezadowoleniem sam do siebie.
Nie, żeby taka sytuacja zdarzyła się pierwszy raz, wręcz przeciwnie. Można posiłkować się o wyrażenie, że suczka robiła to notorycznie i prawdopodobnie sprawiało jej to niezwykłą radość. Ostatecznie ruszyłem w pogoń za nią, bo co innego, jak w każdym innym przypadku, mi zostało? Skubana była strasznie szybka, za szybka. Może powinienem zacząć wystawiać ją w jakichś wyścigach. Po kilku minutach, kawałek przede mną, zauważyłem jakąś sylwetkę kucającą przy znajomo wyglądającym psie. Raczej nie wiele rudawych husky kręciło się w tej okolicy. Podbiegłem i zatrzymałem się obok, opierając dłonie na kolanach i starając się złapać oddech. Bieganie w taką pogodę nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, jeśli miało się na sobie ubranie totalnie nie nadające się do takich rzeczy.
— Dziękuję za złapanie jej. Pewnie pobiegłaby jeszcze gdzieś o wiele dalej. Chyba daje mi do zrozumienia, że powinienem zacząć rano biegać — zaśmiałem się z lekkim trudem, bo zdecydowanie za dużo nawdychałem się chłodnego powietrza. — Nie wiem, jak mógłbym się odwdzięczyć. Może jakaś kawa, herbata? Mam teraz jeszcze półtorej godziny, zanim będę zbierać się do pracy, a jeśli nie, to o osiemnastej kończę — wyprostowałem się i poprawiłem ubranie, patrząc przyjaźnie na mojego wybawcę.
Carmen machnęła nieco nerwowo ogonem i delikatnie położyła uszy, gdy spojrzałem na nią przez chwilę kątem oka.
Isaiah?
— No, chodź. Daj mu zjeść — złapałem lekko za obrożę po czym odciągnąłem suczkę do salonu.
Po upewnieniu się, że zostawi go już na dobre, zająłem się robieniem swojego śniadania. W tym przypadku były to tosty z sokiem pomarańczowym. Śniadanie dosyć na szybko i skromnie. Może kiedyś nauczę się porządnie gotować. Gdy psiaki odpoczęły trochę po jedzeniu, zacząłem zbierać się na spacer jak co rano. Założyłem szary, długi płaszcz, ulubione botki, a szyję przewiązałem ciemnogranatowym szalem. Z racji zaginięcia jakiegokolwiek nakrycia głowy, postanowiłem oszczędzić sobie szukania go. Podpiąłem smycze do obroży i mogliśmy ruszać na codzienny podbój pobliskiego parku. Suczka jak zwykle się wyrywała, ale udało mi się ją utrzymać. Przynajmniej wtedy. Dosyć szybko znaleźliśmy się w miejscu docelowym. O tej godzinie niewiele osób przechadzało się po alejkach zakrytych nawarstwiającym się śniegiem, a jeśli już to zmierzali akurat do pracy lub szkoły. Było spokojnie, z dala dało się usłyszeć auta. Piękna, zimowa sceneria. Pomyślałem o udaniu się na nocny spacer. I to był moment, kiedy zacząłem się rozkojarzać. Jeden, chłodniejszy powiew wiatru zmusił mnie do założenia rękawiczek. Przy okazji zakładania ich zacząłem zastanawiać się, co mam do zrobienia w kancelarii. Dużo papierkowej roboty, pewnie jak zwykle. Jeszcze prawdopodobnie jakieś spotkanie i wepchną mi jakąś sprawę. Westchnąłem cicho. To był dosłownie ułamek sekundy, kiedy Carmen ruszyła przed siebie pędem niczym torpeda. Stałem przez chwilę zdziwiony, z szeroko otwartymi oczami i na wpół założoną rękawiczką w akompaniamencie szczekania Omena.
— Carmen, wracaj tu natychmiast! — kłębek pary ulotnił się z moich ust, ale na nic zdał się ten krzyk, na nic też zdało się gwizdanie. — Co ja się z nią mam… — mruknąłem z niezadowoleniem sam do siebie.
Nie, żeby taka sytuacja zdarzyła się pierwszy raz, wręcz przeciwnie. Można posiłkować się o wyrażenie, że suczka robiła to notorycznie i prawdopodobnie sprawiało jej to niezwykłą radość. Ostatecznie ruszyłem w pogoń za nią, bo co innego, jak w każdym innym przypadku, mi zostało? Skubana była strasznie szybka, za szybka. Może powinienem zacząć wystawiać ją w jakichś wyścigach. Po kilku minutach, kawałek przede mną, zauważyłem jakąś sylwetkę kucającą przy znajomo wyglądającym psie. Raczej nie wiele rudawych husky kręciło się w tej okolicy. Podbiegłem i zatrzymałem się obok, opierając dłonie na kolanach i starając się złapać oddech. Bieganie w taką pogodę nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, jeśli miało się na sobie ubranie totalnie nie nadające się do takich rzeczy.
— Dziękuję za złapanie jej. Pewnie pobiegłaby jeszcze gdzieś o wiele dalej. Chyba daje mi do zrozumienia, że powinienem zacząć rano biegać — zaśmiałem się z lekkim trudem, bo zdecydowanie za dużo nawdychałem się chłodnego powietrza. — Nie wiem, jak mógłbym się odwdzięczyć. Może jakaś kawa, herbata? Mam teraz jeszcze półtorej godziny, zanim będę zbierać się do pracy, a jeśli nie, to o osiemnastej kończę — wyprostowałem się i poprawiłem ubranie, patrząc przyjaźnie na mojego wybawcę.
Carmen machnęła nieco nerwowo ogonem i delikatnie położyła uszy, gdy spojrzałem na nią przez chwilę kątem oka.
Isaiah?
Od Isaiaha do Anthony'ego
Mieszkając w tym mieście dopiero od dwóch miesięcy, Isaiah nadal nie był zbytnio zorientowany w rozmieszczeniu ulic czy instytucji, nie licząc bezpiecznego otoczenia bloku, w jakim przebywał. Dlatego nim wyszedł gdziekolwiek poza bezpieczne wnętrze mieszkania, zmuszony był udać się po poradę internetowego, robotycznego guru, który wskazywał mu trasę to do sklepu, to do restauracji, to na uczelnię, jeśli gdzieś po drodze akurat postanowiono rozpocząć roboty. Ten dzień pod tym względem nie różnił się od innych. Wszystko zaczęło się w chwili, gdy Isaiah pochylił się na stołku, aby sięgnąć do stojącego na skrzyni pudła, gdzie trzymał swoje akrylowe farby, jakich aktualnie używał do malowania obrazu na małym płótnie. Akurat skończył się mu burgund na ubrudzonej palecie, więc sięgnął po tubkę. Po wyczuciu jej palcami, zorientował się, że jest tylko ściśniętą skorupą samej siebie. Aż ściągnął brązowe brwi, zastanawiając się, kiedy to ostatnio uzupełniał swoje zapasy. No tak. Przed przyjazdem do Seattle. Izz odłożył z westchnięciem pędzel oraz podkładkę na stół, po czym obrócił się na krześle w kierunku pudełka. Jak się przekonał, z każdą chwilą zagłębiania się w kolorowe odmęty, coraz więcej pustych lub prawie pustych opakowań znajdował. Chcąc nie chcąc, położył je na blacie stołu, po czym spisał nazwy kolorów na kartce. Gdy spojrzał ostatecznie na niezbyt długą (ale nadal) listę, spomiędzy jego ust wydobyło się westchnięcie. W ten zimowy dzień nie miał zbytnio ochoty na opuszczanie ciepłego domu, lecz musiał skończyć obraz, nad jakim pracował, do końca tego weekendu. Mimo wszystko nadal był studentem, a w dodatku jego osobowość nie pozwalała mu żyć tylko i wyłącznie z pieniędzy rodziców, więc jakiś czas temu zamieścił ogłoszenie w internecie, że chętnie namaluje czy narysuje portrety bądź inne rzeczy za opłatą. Teraz, kiedy w końcu ktoś się zgłosił z prośbą uwiecznienia swego kota oraz psa na płótnie, nie mógł zawieść czy się spóźnić. Dlatego powoli posnuł się do wieszaka, po drodze biorąc Bon-Bon na ręce. Królik wrócił ponownie do klatki, co spotkało się z niezadowolonym piskiem zwierzaka. Jaffe sięgnął więc pospiesznie po kawałek marchewki, jaki wsunął przez metalowe pręty, w międzyczasie starając się założyć buty bez przewrócenia się na podłogę.
— Wrócę za chwilę — obiecał zwierzęciu, uśmiechając się, jakby ten był prawdziwym, potrzebującym pocieszenia człowiekiem. Chyba rzeczywiście powinien wychodzić częściej do ludzi.
Okryty puchową kurtką, owinięty szalikiem i ze zmiętoloną kartką w dłoni, w końcu był gotowy wyjść na zewnątrz. Zimno od razu go uderzyło, niosąc na wietrze białe płatki śniegu. Isaiah wyciągnął na krótką chwilę z kieszeni telefon, wpisując w wyszukiwarkę frazę o najbliższych sklepach artystycznych. Kiedy w końcu trasa została wytyczona, z nosem w ekranie zaczął kierować się według niej, obawiając się, że jakiekolwiek przejście między budynkami sprawi, że zgubi się raz na zawsze, a jego zamarznięte ciało zostanie odkryte dopiero na wiosnę.
Ku jego szczęściu, mapy poprowadziły go przez park, w którym czuł się bezpieczniej niż na ulicy, bowiem tam była znacznie mniejsza szansa na to, że ktoś go potrąci. To znaczy, jakaś oczywiście istniała, a jak ktoś jest wybitnie utalentowany, to i w domu skończyłby pod kołami..
Jaffe potrząsnął ośnieżoną głową i pozwolił sobie na podniesienie wzroku znad telefonu. Rozejrzał się wokół, wodząc wzrokiem za jakimiś samotnymi dziećmi, bawiącymi się w białych zaspach, a także ich rodzicach, wyraźnie chcących wrócić do domu jak najszybciej. W kierunku tych ostatnich Isaiah posłał spojrzenie pełne współczucia i empatii. Wtedy jednak jego uwagę przykuło coś innego. Pędzący po drodze kształt, który okazał się brązowo - białym psem, sprawił, że student zatrzymał się w obawie, że zwierzę go zaatakuje. Jak się okazało, czworonóg przystanął na chwilę, aby obwąchać nogę chłopaka i już szykował się do odbiegnięcia, gdy młodzian dostrzegł ciągnącą się po ziemi smycz. Pupil więc musiał się komuś zerwać, co znaczyło, że właściciel zwierzaka powinien lada chwila przyjść. Dlatego złapał za husky'ego za obrożę i kucnął obok niego, szukając kogoś, kto by wyglądał na dostatecznie zaniepokojonego, aby uznać go za właściciela puchatego psa.
— Spokojnie, mały. Zaraz cię zaprowadzę do pana.. Lub pani. — Izz podrapał zwierzaka za uchem, uśmiechając się szeroko — Chyba nie pójdziesz dzisiaj na samotną wycieczkę, co?
Anthony?
— Wrócę za chwilę — obiecał zwierzęciu, uśmiechając się, jakby ten był prawdziwym, potrzebującym pocieszenia człowiekiem. Chyba rzeczywiście powinien wychodzić częściej do ludzi.
Okryty puchową kurtką, owinięty szalikiem i ze zmiętoloną kartką w dłoni, w końcu był gotowy wyjść na zewnątrz. Zimno od razu go uderzyło, niosąc na wietrze białe płatki śniegu. Isaiah wyciągnął na krótką chwilę z kieszeni telefon, wpisując w wyszukiwarkę frazę o najbliższych sklepach artystycznych. Kiedy w końcu trasa została wytyczona, z nosem w ekranie zaczął kierować się według niej, obawiając się, że jakiekolwiek przejście między budynkami sprawi, że zgubi się raz na zawsze, a jego zamarznięte ciało zostanie odkryte dopiero na wiosnę.
Ku jego szczęściu, mapy poprowadziły go przez park, w którym czuł się bezpieczniej niż na ulicy, bowiem tam była znacznie mniejsza szansa na to, że ktoś go potrąci. To znaczy, jakaś oczywiście istniała, a jak ktoś jest wybitnie utalentowany, to i w domu skończyłby pod kołami..
Jaffe potrząsnął ośnieżoną głową i pozwolił sobie na podniesienie wzroku znad telefonu. Rozejrzał się wokół, wodząc wzrokiem za jakimiś samotnymi dziećmi, bawiącymi się w białych zaspach, a także ich rodzicach, wyraźnie chcących wrócić do domu jak najszybciej. W kierunku tych ostatnich Isaiah posłał spojrzenie pełne współczucia i empatii. Wtedy jednak jego uwagę przykuło coś innego. Pędzący po drodze kształt, który okazał się brązowo - białym psem, sprawił, że student zatrzymał się w obawie, że zwierzę go zaatakuje. Jak się okazało, czworonóg przystanął na chwilę, aby obwąchać nogę chłopaka i już szykował się do odbiegnięcia, gdy młodzian dostrzegł ciągnącą się po ziemi smycz. Pupil więc musiał się komuś zerwać, co znaczyło, że właściciel zwierzaka powinien lada chwila przyjść. Dlatego złapał za husky'ego za obrożę i kucnął obok niego, szukając kogoś, kto by wyglądał na dostatecznie zaniepokojonego, aby uznać go za właściciela puchatego psa.
— Spokojnie, mały. Zaraz cię zaprowadzę do pana.. Lub pani. — Izz podrapał zwierzaka za uchem, uśmiechając się szeroko — Chyba nie pójdziesz dzisiaj na samotną wycieczkę, co?
Anthony?
Subskrybuj:
Posty (Atom)