,,Przyjazną zwierzętom” - tyle wystarczyło, by przystać na propozycję spędzenia odrobiny czasu akurat w tej kawiarni. Wolałem raczej nie zostawiać Omena i Carmen na zewnątrz, przy takiej pogodzie. Poza tym, suczka pewnie cały czas by kogoś zaczepiała, a tak przynajmniej mogłem mieć ją na oku.
— Świetnie, w takim razie ruszajmy — uśmiechnąłem się, sprawdzając raz jeszcze, czy oba psy są dobrze podpięte do smyczy. Miałem dość kolejnych rajdów i pogoni jak na jeden dzień. — Swoją drogą, nazywam się Anthony Lance Nishimura, ale wystarczy zwykłe Tony lub Lance, jak stryjenka uważa — wyciągnąłem ochoczo dłoń w stronę, jeszcze nieznanego mi z imienia, chłopaka.
— Isaiah Ambroise Jaffe — bez ani chwili zawahania, nowy znajomy uścisnął moją dłoń.
— A więc, Iz, prowadź — po szybkiej wymianie uściśnięć, schowałem swoje dłonie do kieszeni płaszcza.
Brunet, niższy nieco ode mnie, przytaknął głową i zaczął prowadzić nas w stronę miejsca, gdzie będziemy mogli na spokojnie porozmawiać oraz nieco się rozgrzać. Gorąca herbata i ciasto dobrze mi zrobią z rana, zwłaszcza tak chłodnego. Śnieg nie przestawał prószyć, więc gdy szedłem nieco za chłopakiem, drobne płatki wyglądały jak malutkie kryształki na jego głowie. Jak się okazało, owe miejsce nie było jakoś bardzo daleko. Przed wejściem do środka otrzepałem buty z grubszej warstwy białego puchu, który lepił się niemiłosiernie, oraz strząchnąłem wszystko, co zdążyło osadzić mi się na moich blond kosmykach. Wystrój mieli naprawdę ładny i przytulny. W sam raz na takie zimowe dni. Potwierdziło się także to, co mówił Iz. Nie mieli nic przeciwko zwierzętom. Kelnerka przechodząca niedaleko, po zobaczeniu psów uśmiechnęła się przelotnie, by za dosłownie chwilę ponownie zająć się zbieraniem zamówień. Rozejrzeliśmy się w poszukiwaniu wolnego stolika. Szybko dostrzegłem puste miejsce pod oknem. Niemalże od razu ruszyłem w jego stronę, co by przypadkiem nikt nas nie podsiadł. Powszechnie wiadomo, że miejsca przy oknie są najlepsze. No, przynajmniej w moim przekonaniu. Isaiah szybko do mnie dołączył, zajmując miejsce naprzeciwko. Zdjąłem płaszcz wraz z szalem i położyłem obok. Oba psy zaś ułożyły się wygodnie pod stolikiem przy moich stopach, obserwując stamtąd resztę klientów. Nie musieliśmy długo czekać, aż pojawi się przy nas nie wysoka, młoda szatynka z kartą menu. Pierwsze co, to zacząłem szukać deserów. Na pewno musieli mieć szarlotkę. To standard jakich mało. Albo chociaż brownie. Oczywiście jak zwykle znajdowały się na końcu. Ciasto truskawkowe, sernik, marchewkowe… Bingo! Była szarlotka na ciepło, z bitą śmietaną i owocami. Po znalezieniu idealnego ciasta zacząłem szukać jakiejś dobrej herbaty. Ostatecznie postawiłem na sprawdzoną earl grey z nutą cytrynową. Przejrzałem jeszcze raz kartę dla upewnienia się, że na pewno nie przegapiłem niczego dobrego. Gorąca czekolada wyglądała kusząco, ale postanowiłem zostawić ją na inną okazję. Kątem oka zauważyłem kelnerkę, która przymierzała się aby odwiedzić nasz stolik w celu odebrania zamówienia.
— I jak? Co bierzesz? Jest tutaj tyle dobrze wyglądających rzeczy, że muszę część zostawić sobie na inne wizyty tutaj — zaśmiałem się, zamykając kartę i kładąc ją przed sobą.
Gdy skończyłem mówić, akurat podeszła do nas ta sama miła dziewczyna, co wcześniej. Tym razem trzymała w dłoni mały notesik oraz długopis.
— Co podać?
<Isaiah?>
Brak komentarzy
Prześlij komentarz