27.08.2020

Bianca Uris

AUTOR|| Na zdjęciu widnieje Arunya Guillot
DANE || Bianca Uris.
WIEK || 19 wiosen

25.08.2020

Od Kiery do Any

- Matko, która to już godzina? - cicho zapytałam samą siebie, siadając na krańcu łóżka. Na dzisiejszy dzień nie miałam większych planów, w zasadzie zaliczał się do typowych leniwych weekendów. Po ciężkim, wymagającym tygodniu pełnym szkoły i pracy do późnych godzin, doszłam do wniosku, iż czasem dobrze tak odespać. Nie przejmować się trudną teraźniejszością, która momentami chce ściągnąć cie na dno.
Po tych zagwozdkach przetarłam nieznacznie oczy, a później przeciągnęłam się. Niechętnie ruszyłam z pokoju w stronę salonu, gdzie miałam nadzieję znajdę rozweseloną Maddison. Pierwsze co zauważyłam, to małą karteczkę przyklejoną do lodówki. Bez zastanowienia z ciekawością podbiegłam, żeby poznać jej treść.
- Musiałam wyjątkowo koniecznie wyjść do pracy, wrócę wieczorem - jak coś to dzwoń. Buziaki, Madd - nieznacznie wymawiałam pod nosem czytane wyrazy. Nie byłam z tego zadowolona szczerze mówiąc, liczyłam że porobimy we dwie coś ciekawego. Rozejrzałam się jeszcze po mieszkaniu i jego zakątkach czy nie robi sobie ze mnie żartów. Po upewnieniu, leniwym krokiem rozsiadłam się na kanapie. Wzięłam pilot do TV, po czym zaczęłam po nim błądzić palcem. W między czasie szukałam czegoś wartego uwagi do obejrzenia, ale o godzinie trzynastej nie ma już raczej fantastycznych wiadomości z samego rana. Po wyłączeniu, rzuciłam pilota w randomowe miejsce i powróciłam do swoich czterech ścian.
Po zarzuceniu sobie, że warto byłoby się przebrać i mniej więcej wyglądać jak przystało, sięgnęłam po komplet ubrań. Tym razem udałam się do łazienki.

Byłam gotowa, żeby wyjść do ludzi. Związałam włosy w wysoką kitkę, po prostu dla wygody. Musiałam jeszcze przeszukać szafę, w celu znalezienia najlepiej jasnego, beżowego płaszcza. Po wielu poddaniach się, w końcu znalazłam i mogłam to odhaczyć z listy utworzonej jedynie w mojej głowie. Szybko włożyłam buty i nim się obejrzałam byłam na dworze. Jesień może nie jest najlepszą porą roku, ale nie uznaje jej jako najgorszą.
Pogoda niezbyt dopisywała, tak samo jak mój pochmurny nastrój. Szykowało się na porządną ulewę. Tego dnia było też wietrznie, dość zimno. Moim celem było zjedzenie jakiegoś śniadania na mieście. Nie zdarza się to często, ponieważ zazwyczaj czekały na mnie już świeżo przygotowane dania przez Maddison. Tym razem, musiałam zdać się na siebie.
Po dotarciu do centrum Seattle, po drugiej stronie ulicy dostrzegłam schronisko dla zwierząt. Kto jak nie ja, musiałam wejść i poobserwować te urocze mordki, które ostatnio odwiedzam dość często. Przyspieszyłam tempa i przeszłam na pasach, gdy pojawiło się dla mnie zielone.
W środku jak zwykle, były te same biedne kotki i pieski, które tylko czekały na nowy, dobry dom. Przeszłam się po wszystkich alejkach. Chciałam zostać na dłużej, ale głód niestety wzywał.
- Jeszcze kiedyś, któryś z was będzie mój - mruknęłam, pożegnałam się z tutejszymi pracownikami/wolontariuszami i wyszłam.
Postanowiłam wejść do cukierni albo kawiarni, czy może obu na raz. Nazwę Balanchine's kojarzyłam, ale wątpię żeby moja noga kiedykolwiek stanęła w jej środku. Za ladą kasową zastałam bardzo zadowoloną najpewniej kasjerkę, która od razu przywitała mnie wesołym "Dzień dobry". Zapach słodkich wypieków zawitał jednak pierwszy, co spowodowało zwiększenie uczucia głodu. Rozejrzałam się po smakołykach oraz ich cenach, po czym doszłam do wniosku że zakupie kawałek jednego z ciast, które błagalnie prosiło zza szkła o skosztowanie. Nie mogłam mu się oprzeć, a raz na jakiś czas przecież nie zaszkodzi.

Tak jakoś wyszło, że poprosiłam jeszcze o ciastko i babeczkę. Oczywiście, nie z mojej winy.
- Ma pani gorszy dzień dzisiaj? - mój nastrój momentalnie znowu stał się naburmuszony, ale starałam się tego po sobie nie pokazać.
- Owszem, może pogoda tak na mnie oddziałowywuje... - odrzekłam zniechęcona, wyczekując smaku słodkości.
- Tak poza tym jestem Ana, możemy być na "ty". Nie wydaje mi się, że dzieli nas duża różnica wiekowa - powiedziała wysoka blondynka, o dziwo całkiem poważnie. Raczej nigdy nie poznawałam nikogo w takich okolicznościach.
- Skoro tak, nazywam się Kiera, miło mi ciebie poznać, czy coś - odparłam. Starałam się chociaż trochę uśmiechnąć w jej stronę, ale nie wyszło to najlepiej. Pewnie wyglądałam przezabawnie, mimo że zamierzałam wyjść na miłą osobę.

Ana?
Trochę mało pomysłowe, ale coś jest. Mam nadzieję, że jakoś pociągniesz to dalej xd

24.08.2020

Od Kangsoo CD Liama

– Ja... – zamilkł nagle.
Już nie widział sensu w próbowaniu odsunięcia Liama od tego całego problemu. Przyjaciel wyraźnie zakomunikował, że pomoże nieważne, jak skomplikowane to będzie. I choć z początku Kangsoo był niepewny, teraz w głębi duszy dziękował mu za wszystko. Liam był pierwszą osobą, która dowiedziała się o jego prawdziwej tożsamości i zwyczajnie to zaakceptowała, mało tego, postanowił mu pomóc w trudnej chwili. Gdyby Sungkoon taki był... Może nigdy nie poznałbym Liama...
– Dziękuję... za twoje wsparcie – wymruczał cicho pod nosem.
Przez moment myślał, że przyjaciel tego nie usłyszy, ale zapomniał o jego wyostrzonych zmysłach. Mężczyzna uniósł nieco brwi, po czym jego usta wykrzywiły się w ciepłym uśmiechu.
– Od tego są przyjaciele! – zawołał wesoło.
Klepnął go w plecy, próbując poprawić atmosferę. I całkiem nieźle mu wyszło, ponieważ na twarzy Kangsoo również pojawił się uśmiech, choć nie był on tak szeroki. Na większy nie było go w tym momencie stać, aczkolwiek przynajmniej był szczery.
Chwilę przesiedzieli w ciszy, każdy pogrążony we własnych myślach. Kangsoo nadal skupiony był na problemie z pierścieniem, rozważając najważniejszą kwestię: opracowanie planu. Jak już połączyli siły to teraz musieli wymyślić jakąś dobrą taktykę, a przede wszystkim sprawić, by Liam dowiedział się czegokolwiek o nowym właścicielu. Koreańczyk miał wręcz ogromną chęć podania chociażby nazwiska, to już byłby jakiś trop, ale nie mógł. Co więc miał zrobić? Może wypaliłoby gdyby Liam go śledził? Nie, jak pan go wezwie to się teleportuje i nici ze szpiegowania. Ach, czemu to jest takie trudne?!
Z zamyślenia wyrwał go nagły ruch, który dostrzegł kątem oka. Odwrócił głowę, spojrzał na Liama, który w tym momencie się przeciągał, głośno ziewając. Oparłszy się z powrotem o oparcie kanapy, mężczyzna popatrzył na Koreańczyka.
– Już późno, obydwoje jesteśmy zmęczeni, więc może zostawimy obmyślanie planu na jutro? – zaproponował. – Akurat mamy pracę w schronisku, a świeże powietrze może jakoś nam pomóc w burzy mózgów. – Posłał mu uśmiech.
Kangsoo chwilę zastanawiał się nad jego słowami, aż w końcu uznał, że to najlepsze, co mogą na najbliższy czas zrobić. Tego wieczoru trochę się wydarzyło, więc myślenie nie szło im za dobrze, a jak się z tym prześpią i jutro trochę popracują z psami to może coś im przyjdzie do głowy. Tak, to był plan.
– Okej – odparł po chwili. – Jakby mnie nie było to znaczy, że mnie wezwał – dodał z pewnym skwaszeniem na twarzy.
Liam przytaknął.



Miał tyle szczęścia, ponieważ rano nie musiał iść do swego pana. I dobrze, bo po powiedzeniu o wszystkim Liamowi uspokoił się na tyle, że mógł się całkiem nieźle wyspać i miał lepszy humor niż dnia poprzedniego.
Szybkim, ale nie za bardzo, krokiem ruszył w kierunku schroniska. Liam wczoraj proponował mu – jak zazwyczaj zresztą – że po niego przyjedzie, ale odmówił; dzisiaj koniecznie musiał się przejść, zaczerpnąć świeżego powietrza, też trochę pobiegać, by zadbać nieco o formę. Tak więc ponad pół godziny zajęło mu dotarcie na miejsce, aczkolwiek nie żałował tego w ogóle. W końcu ruch to zdrowie.
Wyszedł znacznie wcześniej, na tyle, że w schronisku był przed przyjacielem. Nie czekając na niego wziął potrzebne rzeczy i zabrał się za sprzątanie klatek. Długo jednak nie pobył sam, ponieważ kilka minut później dołączył do niego Liam.
– O, już jesteś! – zawołał mężczyzna, dostrzegając Kangsoo.
Na te słowa Koreańczyk odwrócił się i popatrzył na niego.
– Nom – odparł spokojnie, prostując się.
Obydwoje zabrali się do pracy. Z racji, że przez pewien czas kręciła się przy nich właścicielka schroniska, zagadując wolontariuszy, za bardzo nie mogli rozmawiać o planie odzyskania pierścienia. Później jakoś zbyt mocno skupili się na sprzątaniu, więc dopiero wyprowadzając pierwsze dwa psy postanowili wreszcie poruszyć ten temat.
– Wpadłeś na jakiś pomysł co do odzyskania pierścienia? – spytał Liam, przekładając smycz z jednej ręki do drugiej.
Kangsoo pokręcił delikatnie głową.
– Jak szedłem do schroniska to przez pewien czas o tym myślałem, ale nie przyszło mi do głowy nic konkretnego – odpowiedział.
– Hm... – Liam popadł na moment w zamyślenie. – A wcześniej jak sobie radziłeś?
– Cóż, po prostu byłem posłuszny i czekałem, aż nadarzy się okazja do zabrania pierścienia. Po pewnym czasie zaczyna uwierać w palec, więc trzeba go na trochę zdjąć. Też większość poprzednich właścicieli z przyzwyczajenia zdejmowała go, gdy szła się myć. – Zwilżył językiem usta. – Jednemu pies odgryzł palec, akurat ten z pierścieniem.
Słysząc ostatnie zdanie, Liam otworzył szeroko oczy. Trudno było określić, co go zdziwiło bardziej: sytuacja czy spokój, z jakim to Kangsoo o niej opowiedział (pewnie oba). Nastała cisza, Koreańczyk od razu ją zauważył. Podniósł nieco głowę, spojrzał na przyjaciela. Widząc jego minę speszył się, spuszczając wzrok, po chwili jednak powrócił nim na mężczyznę.
– Żeby nie było, ja też to przeżywałem – rzekł pospiesznie. – W pewnym momencie się popłakałem, ponieważ działałem pod presją i nie miałem czasu, więc złapałem palec i z nim zaciśniętym w ręce uciekłem.
Podniósł na wysokość brzucha dłoń, popatrzył na nią, gdy wtem przeszedł go nieprzyjemny dreszcz.
– To była tragedia – westchnął.

Liam?

Kiera Camilla Marsh

Experience is the mother of wisdom 

AUTOR||  Na zdjęciu widnieje Fionna Leigh
DANE || Kiera Camilla Marsh

WIEK || Skończone już jakiś czas temu 18 lat.

17.08.2020

Od Niny do Nathaniela

     Drzwi wejściowe do kawiarni jak zwykle otworzyły się ze skrzypnięciem. Brzęk kluczy w dłoni kobiety był jedynym dźwiękiem w pustej przestrzeni, która za kilka godzin miała się stać jednym z najbardziej obleganych miejsc w mieście. Nina mimowolnie westchnęła. Nadchodzący dzień mógł wydawać się męczący, jednak pogoda na to nie wskazywała. Chmury pokrywały większą część nieba, temperatura wynosiła niewiele ponad dziesięć stopni, a popołudniem miał spaść przelotny deszcz. Nawet jeśli kilkanaście osób przewinie się co godzinę przez kawiarnię, z czego połowa wstąpi, żeby ukryć się przed deszczem, nie będzie można tego nazwać „ruchem”.
     Rutynowe włączanie wszystkich urządzeń było jedną z jej ulubionych czynności, jednak skończyło się tak samo szybko, jak się zaczęło. Nie zaczęła nawet wyrabiać ciasta na croissanty, gdy rozbrzmiał dźwięk dzwonka przy drzwiach i do środka weszła przemoczona, ale nadal uśmiechnięta dziewczyna. Ami, bo tak kazała się do siebie zwracać, nie pracowała tam od dawna – ledwie kilka miesięcy – jednak już na tyle zdobyła zaufanie kierowniczki, żeby zajmować się otwarciem. W końcu było to jedno z najbardziej męczących i wymagających skupienia zajęć, jakie można było tam wykonywać.
     A jednak, Nina z jakiegoś powodu to uwielbiała. Nie była pewna czy to czasochłonne robienie ciasta francuskiego od zera, czy robienie firmowych przecierów z sezonowych owoców dawało jej prawie nieosiągalne w innych warunkach poczucie spokoju; wiedziała, że nie zamieniłaby tego na żadną inną pracę. Ciągłe szczebiotanie Ami po pewnym czasie też przestało jej przeszkadzać. Stało się to swojego rodzaju podkładem muzycznym jej sobotnich i niedzielnych poranków. Oczywiście, zazwyczaj w tle i tak puszczona była cicho muzyka, bo jak każdy wie przy muzyce pracuje się lepiej, ale to połączenie skutkowało czymś, do czego co tydzień chciała wrócić.
     No i było jeszcze robienie kawy. W tym miejscu kawa była głównym produktem, o który pytali klienci przy swoich pierwszych, ale też kolejnych wizytach. Nic dziwnego, gdy tak dużą uwagę przywiązywano do przeróżnych metod jej parzenia i do poprawnego stosunku między pienieniem i podgrzewaniem mleka, które miało się w niej znaleźć. Podejście Niny do kawy było jednocześnie stałe i zmienne. Uwielbiała się o niej uczyć, poznawać nowe techniki parzenia i mieszania różnych jej rodzajów, jednak, żeby wypić nawet małe espresso ristretto musiała mieć pewność, że jest dobrze zrobione, nie parzone za długo i że ma akurat na nie ochotę. 
     Chęć napicia się kawy przychodziła najczęściej zaraz po otwarciu, czyli kilka minut po dziewiątej. Nie ma nic przyjemnego w robieniu własnej kawy, więc Nina zawsze zwracała się z prośbą o jej zrobienie do Ami.
     – Jaka dzisiaj? – pytała za każdym razem. – Wiem, że w zeszłym tygodniu nie mogłaś zaspokoić twojego wewnętrznego głodu na affogato, ale jeśli kolejny weekend mam wkładać lody do twojej kawy, to zobaczysz moje wypowiedzenie jutro z samego ranka. – Po tych słowach odwróciła się w stronę ekspresu i zaczęła czyścić jedną z kolb.
     – Dzisiaj mam ochotę na zwykłe cappuccino – odpowiedziała, po czym szybko poprawiła swój wybór dodając do niego odrobinę syropu karmelowego.
     – Ty i karmel? To może być naprawdę niezłe połączenie, zwłaszcza w taką pogodę. Planujesz zaszyć się na zapleczu pod kocem i uciąć sobie drzemkę w trakcie pracy? Oj, nieładnie – założyła za ucho kosmyk włosów, który wypadł z jej ciasno spiętego koka – nieładnie.
     Ostatecznie Nina i tak napiła się kawy z syropem, który sama wlała sobie do filiżanki, po czym stanęła przy kasie, żeby obsłużyć starsze małżeństwo. Jak zwykle, zamówili dwie małe białe kawy i dwa maślane croissanty. Kilka minut później ich zamówienie było gotowe, więc zaniosła je szybko do stolika, przy którym usiedli. Wracając pozbierała brudne naczynia i przemyła kilka pustych stolików.
     W pierwszych dwóch godzinach po otwarciu przyszło sporo stałych klientów, z których większość była po sześćdziesiątce. Nina bardzo lubiła z nimi rozmawiać przy składaniu zamówień, co zawsze skutkowało sporym uśmiechem na ich twarzach. Przed dwunastą prawie wszystkie wypieki się wyprzedały, jednak wypieczenie kolejnych mogło się okazać słabym pomysłem. Dlatego też kobieta zajęła się sprzątaniem i segregowaniem rzeczy za ladą. Zaczęła od przetarcia blatów i umycia naczyń w zlewie, po czym zajęła się segregowaniem umytych naczyń. Gdy była w połowie, między wykładaniem talerzy na półki a oddzielaniem łyżeczek od widelców, rozległ się dźwięk dzwonka przy drzwiach.
     Do środka wszedł wysoki mężczyzna z parasolem w dłoni. Miał lekko mokre włosy, pewnie deszcz zaskoczył go w drodze. Ściągnął z siebie kurtkę i przeczesał dłonią włosy, po czym podszedł do lady z wypiekami.
     Nina szybko wytarła ręce i ustawiła się przy kasie.
     – Co dla ciebie? – zapytała mając na uwadze, że widzi mężczyznę już któryś raz i dziwne byłoby zwrócenie się do niego per pan.
     Brunet podniósł wzrok i spojrzał na listę kaw wywieszoną za plecami kobiety, jakby chciał faktycznie zastanowić się nad swoim wyborem.
     – To co zwykle – odpowiedział szybko i wyjął z kieszeni portfel, z którego wyciągnął odpowiedni banknot.
     – Z tego co widzę, skończyły nam się maślane croissanty – Zerknęła przelotnie na gablotę z wypiekami. – Mogę zaproponować jakiegoś innego? Może czekoladowy?

Nathaniel? c:

8.08.2020

Od Liama CD Kangsoo

Mimo zapewnień przyjaciela jakoś tego nie widziałem. "Tego" znaczy prostego rozwiązania dla tej sytuacji. Dla tak skomplikowanej sytuacji nie mogło być prostego rozwiązania. Mimo, że Kangsoo próbował mi to wmówić. Niby zachowywał spokój, mówił bez większych emocji i raczej nie okazywał sobą większego zdenerwowania, jeśli chodzi o mowę werbalną... Odkąd przyszedł do mnie, siedział jak na szpilkach. Denerwował się. Ta sytuacja nie była dla niego w żaden sposób komfortowa... z resztą, jakże by mogła być, tak prawdę mówiąc. Kto by się czuł komfortowo wiedząc, że w każdej chwili może zostać wezwany i zmuszony do zrobienia czegoś, czego zdecydowanie nie zrobiłby w innych okolicznościach.
To było chore.
A radzić sobie z tym problemem samemu? Nie ma nawet, kurwa, mowy. Może wcześniej, kiedyś, był sam. Musiał sobie sam z tym radzić. Ale teraz nie. Już nie.
- Może i dałbyś sobie radę sam - zacząłem powoli, pochylając się w stronę mężczyzny, żeby złapać z nim kontakt wzrokowy i nadać mojej wypowiedzi siłę. Pokazać, że w tej chwili nie żartuję. - Ale po co? Po co masz się męczyć, zajmować sobie czas, kiedy masz kogoś, kto może ci pomóc, skrócić czas, w jakim będziesz sobie radził z tym problemem? Bo to jest problem, nie ma co ukrywać. I to cholernie duży.
Kangsoo nie odpowiedział, jedynie patrzył na mnie, nerwowym ruchem obracając na palcu pierścień, który w najmniejszym stopniu nie przypominał tego, który sprawiał, że osoba nosząca go zyskiwała władzę nad siedzącym przede mną mężczyzną. Nie rozumiałem, jak mogłem początkowo dać się oszukać. Dlaczego od razu nie zauważyłem, że coś jest nie tak. Bo powinienem był. Zainteresować się. Od jak dawna nie miał pierścienia? Jak długo nie zauważałem tego faktu? Jak długo Kangsoo musiał sobie radzić z tym wszystkim sam?
Prawdę mówiąc, bałem się poznać odpowiedzi.
- Nie musisz radzić sobie z tym sam, bo masz mnie - powiedziałem cicho, spokojnym tonem. Nie chodziło mi o to, żeby wzbudzić w przyjacielu wyrzuty sumienia, że mi nie powiedział wcześniej. Chciałem tylko, by wiedział, że już nie jest w tym sam. Że jestem tu, gotowy w każdej chwili rzucić wszystko, by wyciągnąć go z bagna, w które jakimś cudem wpadł. Bo, cóż, nie miałem wątpliwości, że nawet jeśli teraz jeszcze się na to nie zapowiada, w końcu ostatecznie okaże się ta cała sytuacja jednym, wielkim bagnem, kupą gówna, w którą już zdecydowałem się wejść za przyjacielem, a z której potem obydwoje będziemy musieli się wydostać. Miałem tylko nadzieję, że po tym odór tej sprawy nie będzie się za nami za długo ciągnął.

Kangsoo?
Znowu meh, plasiam, mordko, ale coś mi nie idzie pisanie ostatnio ;-;

Od Liama CD Niny

Zdawałem sobie sprawę z tego, że ta sytuacja z podwożeniem może być dla dziewczyny kłopotliwa. Wzbudzająca pewne obawy, w końcu w zasadzie mnie nie znała, a już miała wsiadać ze mną do samochodu. Z drugiej strony, czym to się różniło od podwożenia przez taksówkę? Chyba tylko tym, że nie każdy taksówkarz był przy okazji przystojnym ratownikiem ta skromność. Mimo to, dziewczyna wspominała, że ma coś do załatwienia na mieście. Jeśli nie była to tylko wymówka, żeby mnie nie fatygować, będzie musiała radzić sobie bez samochodu, plus jutro, tudzież w innym dogodnym dla niej terminie, będzie musiała się tu jakoś dostać, żeby odebrać samochód. Co również, z oczywistych powodów, było średnio wygodne i mogło okazać się dość kłopotliwe.
Mimo to nie miałem zamiaru odpuszczać, wyrażać zgody na to, by dziewczyna miała sama prowadzić samochód w stanie, w jakim była. Szczególnie zważając na reakcję Any, to, jak się wkurzyła na dziewczynę, której w zasadzie nie znała, a z którą łączyło ją tylko tyle, że omal się nie utopiła na warcie mojej siostry. A to, w brew pozorom, zdarzyć się mogło każdemu, nawet najlepiej pływającej osobie. Jeśli nie ma się skrzeli, zawsze istnieje ryzyko utopienia. Smutna prawda.
- Jeśli masz do załatwienia coś bardzo ważnego na mieście, mogę porobić za twój transport, nie ma problemu - zaoferowałem, gdy już zbliżaliśmy się do mojego samochodu. Wyciągnąłem z kieszeni kluczyki do trucka i otworzyłem go zdalnie.
- Nie, nie trzeba, nie chcę robić kłopotu - odpowiedziała szybko. Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok od dziewczyny i zaczynając kręcić kluczykami na palcu.
- Nie robisz. Sam to zaoferowałem, co znaczy, że mogę sobie pozwolić na pokręcenie się bez celu po mieście, bo aktualnie i tak nie mam co robić - poza nakarmieniem zwierzyńca i wyprowadzeniem Luny. Ale to jakby sprawa drugorzędna, poradzą sobie beze mnie jeszcze przez jakiś czas. I tak zostało mi jeszcze sporo czasu do godziny, o której zwykle wracałem ze sklepu zoologicznego, w którym pracowałem na co dzień. Nie umrą z głodu, jak dostaną jeść godzinę później, a z Luną byłem na długim spacerze rano.
- Naprawdę nie trzeba - Nina uśmiechnęła się lekko, jakby starając się mnie przekonać do tego, co mówi. Nie wiem, czy jej się udało. Wyglądała na zmęczoną, do tego jakby lekko przygaszoną.
Było w niej coś innego, coś dziwnego, coś, nad czym jakaś moja wewnętrzna intuicja kazała mi się zastanowić. Teraz to zniknęło, ale zdaje mi się, że poczułem to, jak dziewczyna wchodziła na basen, choć wtedy nie do końca jeszcze to zarejestrowałem. Co poczuła prawdopodobnie również Ana, a co potem zniknęło, niemal jak ręką odjął. Stłumione... przez wodę?
Wsiadając do nagrzanego samochodu odruchowo przywołałem wiatr, żeby szybciej wydmuchać wręcz gotujące się powietrze ze środka i wspomóc klimatyzację. Dla ciekawskich - tak, mogłem za nią robić, ale było to męczące i raczej nie było zbyt mądrym rozwiązaniem, gdy siedziałem za kierownicą. To już i tak wymagało ode mnie skupienia na kilku rzeczach jednocześnie.
- Dobra, to gdzie cię zawieźć? - rzuciłem, odwracając głowę w stronę siedzącej już na siedzeniu pasażera dziewczyny, jednocześnie odpalając samochód, żeby móc zastąpić stworzoną przeze mnie, wstępną klimatyzację tą normalną, która faktycznie chłodziła, a nie tylko dawała jako taką wymianę powietrza. - Naprawdę mam sporo czasu, więc jeśli serio musisz gdzieś jechać, to nie krępuj się, mogę się pokręcić trochę po mieście.

Nina?
Trochę śpię i nie myślę, ale opowiadania same się nie napiszą... więc jest trochę meh, plasiam ;-;

7.08.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Do wilka we mnie nie przemawiały słowa. Nie znał ludzkiej mowy, nie rozróżniał poszczególnych słów. Jedynie ton. Który może i był spokojny, ale nie wystarczył, by przekonać go do tego, że nie warto traktować stojącego przed nim mężczyznę jako zagrożenie. Jedynie powstrzymał chwilowo przed atakiem. Jednak na jak długo? Mój wilk nie należał do szczególnie... tolerancyjnych. A gdy jeszcze znajdował się w trudnej sytuacji, na obcym terytorium, bez drogi ucieczki, bo za plecami miał tylko ścianę, a wyjście przed nim zablokował jakiś osobnik, do którego osobiście nie żywił żadnych cieplejszych uczuć, w zasadzie go nie znał i w sumie jedyne, co o nim wiedział, to to, że cuchnie wampirem czy czymś łudząco do niego podobnym.
Żaden z tych faktów nie przemawiał za tym, by odpuścić i zdać się na jego łaskę. Poza tym, nie okazał uległości. To też się wilkowi nie spodobało, a że moje ludzkie "ja" było w tej chwili mocno przez niego stłumione, nie mogłam w zasadzie nic zrobić, żeby przekonać go do odpuszczenia. Innemu wilkołakowi nie odpuściłby i tak, ale istocie, która nie znała wilczych zasad, naszej mowy ciała... Czasami się udawało. Namówić go do okazania pobłażliwości głupszemu.
Nie tym razem.
Stał wyprostowany, z postawionymi uszami i uniesionym wysoko ogonem. Nastroszoną sierścią. Próbował łapać kontakt wzrokowy z przeciwnikiem, chcąc zmusić go do okazania uległości przez odwrócenie wzroku. Wtedy by zaatakował.
Nie wiem, czy świadomie, czy tylko dzięki jakiemuś cholernemu szczęściu Anzai nie dał się sprowokować. Patrzył na wilka, ale nie mu w oczy, bardziej skupiał spojrzenie w okolicy jego łopatki. Nie będę z tobą walczył. Jednak choć spojrzeniem dawał taki sygnał, uniesione w górę ręce mogły być odebrane różnorako. I mój wilk nie wziął ich za pokojowy gest.
W gardle wilka zaczął narastać głuchy warkot, błysnęły bielą kły spod uniesionych warg. Uszy opadły, położone płasko po sobie. Anzai przełknął ciężko ślinę. A ja tylko obserwowałam.
Chciałam walczyć. Spróbować coś zrobić, żeby nie dopuścić do tragedii. Wilki alfa są bardzo trudne do opanowania, szczególnie tak dominujące, jak mój. Nie, żebym nie wierzyła w możliwości Anzaia. Po prostu wiedziałam, że faceci miewają generalnie problemy z oddaniem kontroli. Władzy. Dominacji. A Anzai był do tego istotą nadnaturalną, którą bardziej od człowieka kierują instynkty, które nie są najłatwiejsze do przezwyciężenia.
I niby żaden problem, jednak, jeśli skonfrontujemy ze sobą dwie dominujące istoty, które w naturze są wrogami, walczą między sobą o przetrwanie, z czego jedna ewidentnie straciła kontrolę nad swoją ludzką częścią, która zwykle trzyma ją w ryzach... Mój wilk nie odpuszczał. Wolał zginąć, niż okazać komuś uległość. Nie byłam pewna, czy Anzai to zrozumie, czy będzie w stanie odpuścić, gdy wilk postanowi w bardzo dobitny sposób pokazać, kto jest górą. Kto nad kim ma przewagę i kto kogo powinien słuchać.
Posrana sytuacja. Tym bardziej, że mój wilk ewidentnie nie zamierzał dłużej pozostawać w pułapce.
Skoczył na mężczyznę, który blokował mu przejście. Kłapnął zębami na wysokości jego uda, jednak nie zamierzał łapać za nie. To był bardziej atak odstraszający, który miał na celu przekonanie przeciwnika do odsunięcia się, wycofania, dania wilkowi przestrzeni. O dziwo - udało się. Anzai postąpił krok do tyłu, nie wykonując przy tym żadnych dodatkowych ruchów, które wilk mógł potencjalnie uznać za atak na swoją osobę. Dał mu tym samym przestrzeń potrzebną do komfortowego opuszczenia łazienki, a potem udaniu się truchtem w kierunku, z którego dochodziło go ciche skamlenie członka jego stada. Drugi był nieprzytomny, nie okazywał żadnego znaku życia poza tym, że oddychał. Wilk ponownie położył uszy po sobie, zaryzykował spojrzenie za siebie. Czuł na pysku samicy zapach krwi tamtego. To on musiał jej to zrobić.
Zostaw, wiedziałam, że Link żyje. Domyślałam się, co Anzai musiał jej zrobić, a także że nie zrobił tego bez powodu. Link była w pewnych względach niereformowalna. Gdy czuła się zagrożona - atakowała. Nie należała do tych, które czekają, zastanawiają się, czy się im to opłaca czy nie. Po prostu działała. Zanim będzie za późno.
W pewien sposób dobre podejście do życia, nie będę tego ukrywać.
Wilk podszedł najpierw do Ghosta, a upewniwszy się, że wszystko u niego w porządku poza tym, że jest lekko spanikowany, ruszył truchtem do Link, która w jego opinii bardziej potrzebowała pomocy. Położył się przy niej, opierając głowę o jej bok. Pozbawiona przytomności była bezbronna, a przecież gdzieś tu wciąż kręcił się ten podejrzany osobnik. Wilk wiedział, że ma nie atakować, bo o to poprosiłam. Może nie do końca to rozumiał, ale wiedziałam, że nie zaatakuje, co do czego upewniłam się, gdy Anzai wszedł do salonu, gdzie znajdowało się moje małe stado. Mój wilk uniósł tylko lekko głowę, pokazując zęby i warcząc cicho, ostrzegawczo, ale gdy Anzai nie podszedł do niego bliżej, nie wykazał większego zainteresowania nim, odpuścił. Ponownie oparł głowę o Link i tylko śledził uważnym spojrzeniem mężczyznę, gotowy zareagować na każdy nieautoryzowany ruch z jego strony.
Nie wiedziałam, kiedy emocje opadną ze mnie na tyle, bym zdołała jakoś przejąć kontrolę nad wilkiem. Żebym wróciła do ludzkiej postaci. Podejrzewałam, że jak Link odzyska przytomność, choć może być tak, że i wtedy wilk nie będzie chciał oddać mi kontroli nad naszym ciałem. Że będzie wolał pozostać na posterunku, czujny, dopóki uważał, że może nam w jakikolwiek sposób grozić niebezpieczeństwo.
Miałam szczerą nadzieję, że Anzai to przeżyje.

Anzai?

4.08.2020

Od Jugheada C.D Angeline

Spojrzałem na Angeline i uśmiechnąłem się po czym przytaknąłem. Otworzyłem drzwi od jej pokoju aby spokojnie mogła się przebrać. Udałem się do kuchni i tam usiadłem przy stole. Gdy dziewczyna była gotowa podeszła do mnie i zaprezentowała swój strój. 
- Jak wyglądam. 
- Jak zawsze, ładnie - uśmiechnąłem się. 
Dziewczyna złapała za smycz Judy, a ja wstałem od stołu otworzyłem drzwi i puściłem ją przodem wraz ze szczęśliwym słodkim psiakiem. Szliśmy obok siebie gadając o pierdołach, Angeline nagrywała swoim telefonem i dodawała zdjęcia. Zrobiliśmy nawet kilka wspólnych fotek. 
- To jest super - odparłem. Na tym zdjęciu oboje mieliśmy głupie miny. 
- Przesłać Ci ? 
- Pewnie będę miał pamiątkę. 
Dziewczyna wzięła telefon i od razu przesłała. Spojrzałem na zdjęcie jeszcze raz gdy pojawiło się na moim urządzeniu i zdałem sobie sprawę jak bardzo dobrze się przy niej czuje. W pewnej chwili nagle lunął deszcz tak mocny, że chwyciłem ją za rękę i ruszyłem biegiem przed siebie a Judy z nami. Śmieliśmy się oboje, gdyż nic nie zapowiadało takiej nagłej zmiany pogody. Przemoczeni niemal do suchej nitki wparowaliśmy do pierwszej lepszej kawiarni. Normalnie nie można wchodzić do środa z psami, ale Judy była słodkim przemoczonym szczurkiem i zrobiono dla nas wyjątek. zdjęliśmy mokre kurki i powiesiliśmy na wieszaku, 
- Gorąca czekolada ? - puściłem dziewczynie oczko. 
- Taak, czytasz mi w myślach dosłownie. - zaśmiała się. 
Jej śmiech był inny, albo to ja po prostu zacząłem patrzeć na nią inaczej.
Gdy kelnerka przyniosła nam czekoladę obje niemal się na nią rzuciliśmy.
- Piszesz opowiadania tak ? 
Tak, lubię kryminały, detektywistyczne ?
- Mogłabym kiedyś przeczytać, jakieś twoje dzieło ? 
- Pewnie, ale wiesz ja piszę jak to się mówi do szuflady, raczej się tym nie dzielę, robię to dla siebie. 
- Nikomu nie pokaże, jestem ciekawa po prostu twoich opowiadań. 
- No dobrze, zrobię wyjątek. 
Gdy skończyliśmy pić gorącą czekoladę, deszcz lekko ustał, Judy nadal się trzęsła. 
- Odprowadzę Cię, potem zmykam Hot Dog pewnie też potrzebuje spaceru. 

Angeline ?


Szablon
synestezja
panda graphics