Po szkole szybko wróciłam do domu, co nie zdarza mi się często. Jednak dzisiaj nie miałam ochoty spotykać się z kimkolwiek. Pogoda była bardzo przyjemna, więc miło było wracać spacerkiem do domu. Po 20 minutach byłam na miejscu. Ledwo zdążyłam otworzyć drzwi, Kira już była obok, radośnie merdając ogonem i liżąc mi ręce. Torba szkolna z łoskotem zsunęła się z mojego ramienia na podłogę. Odepchnęłam ją nogą, wzięłam portfel i smycz Kiry. Brata nie było jeszcze w domu, więc miałam zajść do sklepu po najpotrzebniejsze rzeczy i wrócić. Zapięłam smycz na obroży Kiry i wyszłyśmy na spacer do parku. Przeszłyśmy kilka uliczek i dotarłyśmy do celu. Ludzi o tej porze było całkiem sporo, ponieważ wszyscy podobnie jak ja dopiero co wyszli z pracy lub szkoły. Kira poznała w oddali kilku swoich psich przyjaciół i natychmiast zaczęła szarpać smycz. Spuściłam ją wiedząc, że ona nigdy nie narobi mi problemów. Była już w połowie drogi, kiedy stanęła jak wryta, po czym zawróciła. Coś za mną przykuło jej uwagę. Obróciłam głowę i zobaczyłam dwójkę ogromnych dobermanów, biegnących w moim kierunku. Nim zdążyłem zareagować coś z całej siły trzasnęło mnie w głowę, aż przykucnęłam, a psy zatrzymały się raptownie. Po chwili Kira była już przy mnie i powarkiwała w kierunku tamtych.
- Przepraszam, to nie specjalnie było - usłyszałam za sobą głos jakiejś dziewczyny. Obruciłam się i zobaczyłam niewielką blondynkę w czapce - naprawdę, ostatnio zbyt często mi się to zdarza - powiedziała jakby do siebie. Wyciągnęła rękę, by pomóc mi wstać.
Skorzystałam z pomocy.
- W porządku, chyba nic mi nie jest. Fajne psy - dodałam.
- A tak, Milo i Bullet, to dla nich był ten patyk.
Nastała chwila niezręcznej ciszy.
- Jestem Isla, tak ogólnie - wyciągnęła znów rękę - często tu bywasz? Z psem?
- To Kira. A ja mam na imię Malia. Chodzę tu często. Jednak nie często zawieram znajomości w parku.
- No cóż, zawsze musi być jakiś pierwszy raz - powiedziała, była całkiem energiczną osóbką. Miała silną aurę.
Tymczasem Kira już biegała wesoło przez park z nowymi przyjaciółmi.
<Isla?>
13.04.2020
Od Estery CD Floriana
Estera wyszła z kawiarni z palmami po czekoladzie na ubraniach, a miała taką ochotę na skosztowanie zawartości papierowego kubeczka, skończył w koszu bez pocałunku. Dziewczyna przeszła przez ulicę, oczywiście czuła się okropnie, ponieważ plama na czerwonym płaszczyku bardzo się wyróżniała, a ona nienawidziła być brudna. Szybko dotarła do swojego samochodu, otworzyła drzwi, szukając czystych spodni i bluzy, którą kupiła. Skrzywiła się, patrząc na ubrania z metką, świadczącą o fakcie, iż ubrania są nowe. Niestety, nie gwarantowała, że nikt nie nakładał tych ubrań wcześniej. Wzdrygnęła się na myśl, że mógł nałożyć je ktoś inny, ktoś, kto jeszcze gorzej, miał choroby skórne... U zwierząt jej to całkowicie nie przeszkadzało, jakby cały ten pedantyzm był wyłączony przyciskiem OFF. Nie potrafiła tego zrobić w przypadku ubrań, które ponownie schowała do torby. Wsiadła do samochodu, włączyła radio i zdjęła płaszczyk, kładąc go na siedzeniu pasażera. Lis zaczął coraz intensywniej pachnieć, co nie zadowalało dziewczyny w żaden sposób.
Minęło może pół godziny, gdy dojechała pod wieżowiec znajomej. Estera miała nadzieję, że Petra będzie znała trupa, którego woziła w bagażniku. Wzięła nowe ubrania i poszła do wysokiego budynku, gdzie wskoczyła do zamykającej się windy. Wjechała na 13 piętro, pukając delikatnie w ciemne, mocne drzwi. Od razu pomyślała, że mogła wcześniej zadzwonić, jednak okazało się, że mieszkanie nie było puste. Petra najwyraźniej nie czuła się najlepiej, włosy miała potargane, a na twarzy miała odciśnięty zapewne materiał poduszki lub koca. Białka oczu były, błyszczące i delikatnie zaczerwienione, a palce u rąk spuchnięte. Poza objawami organizmu zmagającego się z odwodnieniem, które było spowodowane chorobą z podwyższoną temperaturą, ciało wydzielało inny zapach niż zwykle.
- Hej Petra. Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam spory problem. - Powiedziała, wchodząc do mieszkania, chorej dziewczyny.
- Nic nie szkodzi, muszę akurat przyjąć lekarstwa. - Mruknęła, biorąc z półki tabletki. - Co się takiego stało?
- Mam trupa w bagażniku to dosyć długa historia. W sensie to zmiennokształtny, który się nie przemienił w człowieka przed śmiercią ani po niej i jest to bardzo dziwne. - Szybko powiedziała, patrząc na jedną ze zmiennokształtnych. - Pomyślałam, że może go rozpoznasz. - Opowiedziała jak dokładnie wygląda lis z jej bagażnika. - Mogę się przebrać u ciebie? - Zapytała, idąc już w stronę łazienki, Petra nawet nie zwróciła na nią uwagi pochłonięta myślami. Gdy wyszła, zmiennokształtna siedziała na krześle i pisała coś w telefonie. Estera usiadła obok, trzymając złożone ubrania, pomyślała, że może jednak spróbuje pozbyć się plam. Zaczęła opowiadać, jak wygląda lis i gdzie został znaleziony.
- Przykro mi, znam kilku zmiennokształtnych którzy przyjmują tę postać, ale żaden z nich nie jest czarny. - Powiedziała, obserwując szklankę, po chwili spojrzała na Esterę i się uśmiechnęła pocieszająco. - Popytam się znajomych, może kogoś takiego skojarzą.
- Oby jak najszybciej mój samochód ma coraz gorszy zapach...
Dziewczyny siedziały jeszcze, rozmawiając o tym, co się wydarzyło ostatnio w ich życiu. Estera spojrzała na zegarek, było kilka minut po osiemnastej.
- Zasiedziałam się u ciebie, może wpadnę któregoś dnia, jak będę miała więcej czasu. Dzięki za herbatę. - Powiedziała, zapinając bluzę i skierowała się do drzwi. - Napisz, jak się czegoś dowiesz. Pa. - Estera uśmiechnęła się i wyszła z mieszkania.
- Do usłyszenia. - Petra podeszła do drzwi i je zakluczyła.
Dziewczyna poszła do windy, nie musiała długo na nią czekać. Gdy już opuściła budynek, skierowała się w stronę samochodu, niestety nie było go tam, gdzie jej się wydawało, że go zostawiła. Zaczęła rozglądać się po parkingu.
- To chyba jakiś żart. - Powiedziała, patrząc na miejsce gdzie była pewna, że zaparkowała samochód. Stał tu jednak jakiś inny pojazd, jednak samochody po bokach były takie same. Przed grafitowym BMW wisiała tabliczka... Okazało się, że Estera zaparkowała na czyimś miejscu, nie miała pojęcia, jak mogła nie zobaczyć tej tabliczki. Poprawiła ubrania pod ręką i poszła do parku, za nim był postój taksówek. Postanowiła wrócić jedną z nich, nie chciała fatygować brata, który z pewnością szykował sobie o tej godzinie kolację. Nie była nawet w połowie parku, gdy poczuła jak na jej twarz spadały krople deszczu. Założyła więc kaptur i zaczęła powoli biec przez park. Deszcz szybko stał się ulewą, a w oddali można było usłyszeć grzmoty, nagle światła w parku zgasły. Dziewczyna wybrała telefon z kieszeni i włączyła latarkę. Zaczęła dalej biec, gdy pod jej nogi wyskoczył pies, zatrzymała się i przyjrzała się stworzeniu. Zadbany pies na pewno nie był bezdomny, kucnęła z nadzieją, czworonożny przyjaciel podejdzie do niej. Gdy był blisko, dotknęła zawieszki na obroży, było tam imię suczki i numer telefonu.
- Żeby wszyscy ludzie dawali takie zawieszki swoim przyjaciołom. Masz szczęście kochana. - Powiedziała, głaszcząc mokrą głowę Kiry. - Poczułaś mój zapach czy się wystraszyłaś grzmotów? - Spytała, obserwując suczkę, która w pewnym momencie zaczęła patrzeć za Estetę. Dziewczyna usłyszała kroki i skierowała latarkę w stronę nadchodzącego człowieka. Ktoś również jak ona raził ją jasnym światłem telefonu. Kira podbiegała natychmiast do swojego właściciela, skacząc z radości.
- Tu jesteś. - Powiedział pieszczotliwym głosem i zaczął głaskać swoją czworonożną przyjaciółkę. - Estera? - Zapytał niepewnie i widząc zaskoczenie na twarzy dziewczyny, wskazał ubrania, które trzymała pod ręką. - Rozpoznałem po czerwonym płaszczyku.
- Racja. - Uśmiechnęła się, poprawiając kaptur, który był mokry jakby wyszła z jeziora. - Często wam tu gasną światła? - Spytała, sprawdzając swoją baterię na telefonie, zostało kilka procent, a powerbank został w samochodzie.
- Przy burzach czasem się zdarza, temu zazwyczaj mam ze sobą latarkę. - Zaśmiał się skromnie. - Mieszkasz w pobliżu?
- Nie, mieszkam pod miastem, ale zabrali mi samochód, bo zaparkowałam na czyimś miejscu... To chyba nie jest mój dzień. - Powiedziała, zakładając ręce, czuła, że wszystkie jej ubrania były przemoczone. Nie wiadomo skąd zerwał się zimny wiatr, dając do zrozumienia dziewczynie, że nie może tak stać w miejscu. - Chyba nie ma co stać w tej ulewie, nie będę cię zatrzymywać.
Florian?
Minęło może pół godziny, gdy dojechała pod wieżowiec znajomej. Estera miała nadzieję, że Petra będzie znała trupa, którego woziła w bagażniku. Wzięła nowe ubrania i poszła do wysokiego budynku, gdzie wskoczyła do zamykającej się windy. Wjechała na 13 piętro, pukając delikatnie w ciemne, mocne drzwi. Od razu pomyślała, że mogła wcześniej zadzwonić, jednak okazało się, że mieszkanie nie było puste. Petra najwyraźniej nie czuła się najlepiej, włosy miała potargane, a na twarzy miała odciśnięty zapewne materiał poduszki lub koca. Białka oczu były, błyszczące i delikatnie zaczerwienione, a palce u rąk spuchnięte. Poza objawami organizmu zmagającego się z odwodnieniem, które było spowodowane chorobą z podwyższoną temperaturą, ciało wydzielało inny zapach niż zwykle.
- Hej Petra. Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam spory problem. - Powiedziała, wchodząc do mieszkania, chorej dziewczyny.
- Nic nie szkodzi, muszę akurat przyjąć lekarstwa. - Mruknęła, biorąc z półki tabletki. - Co się takiego stało?
- Mam trupa w bagażniku to dosyć długa historia. W sensie to zmiennokształtny, który się nie przemienił w człowieka przed śmiercią ani po niej i jest to bardzo dziwne. - Szybko powiedziała, patrząc na jedną ze zmiennokształtnych. - Pomyślałam, że może go rozpoznasz. - Opowiedziała jak dokładnie wygląda lis z jej bagażnika. - Mogę się przebrać u ciebie? - Zapytała, idąc już w stronę łazienki, Petra nawet nie zwróciła na nią uwagi pochłonięta myślami. Gdy wyszła, zmiennokształtna siedziała na krześle i pisała coś w telefonie. Estera usiadła obok, trzymając złożone ubrania, pomyślała, że może jednak spróbuje pozbyć się plam. Zaczęła opowiadać, jak wygląda lis i gdzie został znaleziony.
- Przykro mi, znam kilku zmiennokształtnych którzy przyjmują tę postać, ale żaden z nich nie jest czarny. - Powiedziała, obserwując szklankę, po chwili spojrzała na Esterę i się uśmiechnęła pocieszająco. - Popytam się znajomych, może kogoś takiego skojarzą.
- Oby jak najszybciej mój samochód ma coraz gorszy zapach...
Dziewczyny siedziały jeszcze, rozmawiając o tym, co się wydarzyło ostatnio w ich życiu. Estera spojrzała na zegarek, było kilka minut po osiemnastej.
- Zasiedziałam się u ciebie, może wpadnę któregoś dnia, jak będę miała więcej czasu. Dzięki za herbatę. - Powiedziała, zapinając bluzę i skierowała się do drzwi. - Napisz, jak się czegoś dowiesz. Pa. - Estera uśmiechnęła się i wyszła z mieszkania.
- Do usłyszenia. - Petra podeszła do drzwi i je zakluczyła.
Dziewczyna poszła do windy, nie musiała długo na nią czekać. Gdy już opuściła budynek, skierowała się w stronę samochodu, niestety nie było go tam, gdzie jej się wydawało, że go zostawiła. Zaczęła rozglądać się po parkingu.
- To chyba jakiś żart. - Powiedziała, patrząc na miejsce gdzie była pewna, że zaparkowała samochód. Stał tu jednak jakiś inny pojazd, jednak samochody po bokach były takie same. Przed grafitowym BMW wisiała tabliczka... Okazało się, że Estera zaparkowała na czyimś miejscu, nie miała pojęcia, jak mogła nie zobaczyć tej tabliczki. Poprawiła ubrania pod ręką i poszła do parku, za nim był postój taksówek. Postanowiła wrócić jedną z nich, nie chciała fatygować brata, który z pewnością szykował sobie o tej godzinie kolację. Nie była nawet w połowie parku, gdy poczuła jak na jej twarz spadały krople deszczu. Założyła więc kaptur i zaczęła powoli biec przez park. Deszcz szybko stał się ulewą, a w oddali można było usłyszeć grzmoty, nagle światła w parku zgasły. Dziewczyna wybrała telefon z kieszeni i włączyła latarkę. Zaczęła dalej biec, gdy pod jej nogi wyskoczył pies, zatrzymała się i przyjrzała się stworzeniu. Zadbany pies na pewno nie był bezdomny, kucnęła z nadzieją, czworonożny przyjaciel podejdzie do niej. Gdy był blisko, dotknęła zawieszki na obroży, było tam imię suczki i numer telefonu.
- Żeby wszyscy ludzie dawali takie zawieszki swoim przyjaciołom. Masz szczęście kochana. - Powiedziała, głaszcząc mokrą głowę Kiry. - Poczułaś mój zapach czy się wystraszyłaś grzmotów? - Spytała, obserwując suczkę, która w pewnym momencie zaczęła patrzeć za Estetę. Dziewczyna usłyszała kroki i skierowała latarkę w stronę nadchodzącego człowieka. Ktoś również jak ona raził ją jasnym światłem telefonu. Kira podbiegała natychmiast do swojego właściciela, skacząc z radości.
- Tu jesteś. - Powiedział pieszczotliwym głosem i zaczął głaskać swoją czworonożną przyjaciółkę. - Estera? - Zapytał niepewnie i widząc zaskoczenie na twarzy dziewczyny, wskazał ubrania, które trzymała pod ręką. - Rozpoznałem po czerwonym płaszczyku.
- Racja. - Uśmiechnęła się, poprawiając kaptur, który był mokry jakby wyszła z jeziora. - Często wam tu gasną światła? - Spytała, sprawdzając swoją baterię na telefonie, zostało kilka procent, a powerbank został w samochodzie.
- Przy burzach czasem się zdarza, temu zazwyczaj mam ze sobą latarkę. - Zaśmiał się skromnie. - Mieszkasz w pobliżu?
- Nie, mieszkam pod miastem, ale zabrali mi samochód, bo zaparkowałam na czyimś miejscu... To chyba nie jest mój dzień. - Powiedziała, zakładając ręce, czuła, że wszystkie jej ubrania były przemoczone. Nie wiadomo skąd zerwał się zimny wiatr, dając do zrozumienia dziewczynie, że nie może tak stać w miejscu. - Chyba nie ma co stać w tej ulewie, nie będę cię zatrzymywać.
Florian?
12.04.2020
Od Floriana do Estery
Popołudnie było nadzwyczaj spokojne. Tak jak co dzień do kawiarni zchodziła się masa ludzi, tego dnia była ich naprawdę garstka. Miałem więc sporo czasu na uporządkowanie miejsca pracy za barem. Potem - chyba z nudów - zacząłem wyłapywać wzrokiem różne elementy wymagające poprawy czy po prostu sprzątnięcia. Poza tym w lokalu z personelu zostałem już tylko ja. Nick miał jakąś ważną sprawę rodzinną. Dziewczyny zmyły się wcześniej, obiecując, że wrócą przed zamknięciem by posprzątać.
- Jestem dla niech za dobry - pomyślałem.
Około 16 wróciła Gina tłumacząc, że Helen nie będzie, ale ona zrobi wszystko za nią. Westchnąłem tylko i zbyłem ją machnięciem ręki. Dziewczyna zajęła miejsce za barem i zaczęła obsługiwać z wolna powiększającą się grupkę ludzi. Ja wyszedłem na zaplecze, by się przebrać i zawijać do domu. Zmierzając do wyjścia skinąłem Ginie głową, a gdy znów się odwróciłem, przede mną jak spod ziemi wyrósł postawny, lekko posiwiały facet w koszuli. Uśmiechnąłem się.
- Cześć tato.
- Hej Florie - odpowiedział, witając się ze mną - wychodzisz już? A ja wpadłem do ciebie na kawę!
- Taki miałem zamiar, ale chętnie się z tobą napiję - powoli zmierzałem w stronę baru - zwykła czarna bez cukru jak zawsze? Zaraz zrobię.
- Poczekaj synu - tata zawołał za mną - niech Gina zrobi, chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.
Po minie widziałem, że raczej nikt nie umarł. Gina dała znak, że zamówienie przyjęte (chyba dobrze odebrałem kciuk w górę).
Usiedliśmy z tatą na kremowych kanapach. Ojciec wyciągnął z teczki plik papierów. Gina w tym czasie przyniosła kawy, dla taty czarną dla mnie latte i szybko wróciła do pracy.
- Słuchaj Florian. Od jakiegoś czasu prowadzimy tą kawiarnię, a ty spisujesz się naprawdę dobrze. Więc w ramach spóźnionego prezentu urodzinowego - uśmiechnął się szeroko, nigdy nie potrafił długo ukrywać emocji - chciałbym przepisać ci resztę udziałów i pozwolić ci zarządzać samemu, od początku do końca.
Muszę przyznać, że zmiótł mnie tym całkowicie. Wiedziałem, że to się kiedyś stanie i tata mi to zaproponuje. Ale jednak, musiałem to sobie poukładać w głowie.
- Widzę, że nie podejmiesz decyzji od razu. Przemyśl to - szybko wypił kawę i spojrzał na zegarek - muszę już lecieć. A ty weź te papiery. Na razie!
- Cześć - wstałem, a ojciec już znikał za drzwiami. Rzadko kiedy wpadał, a jak już to na krótką chwilę, tak jak teraz. Lekko oszołomiony włożyłem koszulkę z papierami pod ramię, i zabrałem filiżanki ze stolika, kierując się do lady.
Nie zdążyłem zrobić kroku, ktoś na mnie wpadł. Coś gorącego wylało się mi na rękę, a jedna z filiżanek roztrzaskała się na płytkach.
- Przepraszam, zamyśliłam się.. - dziewczyna zasyczała, próbując odkleić materiał od skóry. Od razu staliśmy się najbardziej interesującym obiektem w pomieszczeniu. Gina wychyliła się zza lady, widząc mnie, wróciła dalej do pracy.
Dziewczyna spojrzała na mnie oceniając chyba, czy nie poniosłem żadnych obrażeń. Nawet nie zwróciłem na siebie uwagi, bo nieznajoma ewidentnie większość napoju wylała na siebie. Podałem jej serwetki ze stolika.
- Dziękuję. Przepraszam za to - wskazała ręką na skorupy na podłodze i na mnie - twoje dokumenty...
Właśnie. Sprawdziłem czy się uratowały.
- Nic im nie jest, były w koszulkach - uniosłem je do góry na dowód, że mówię prawdę. Dziewczyna szybkimi ruchami ścierała plamy z płaszcza i spodni.
- Chyba już nic z nich nie będzie - westchnęła zrezygnowana - tak czy inaczej, przepraszam jeszcze raz. Odpłacę - zaczęła grzebać w torebce szukając portfela.
- Nie, nie trzeba naprawdę - złapałem ją za ramię, lekko powstrzymując - miałem też w tym swój udział.
- W takim razie...mogę się jakoś odwdzięczyć? - spytała niepewnie.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko - może zostanie pani stałą klientką?
Dziewczyna również się uśmiechnęła.
- Chętnie. Więc do zobaczenia. Mam nadzieję, że inne filiżanki nie staną się moimi ofiarami.
- Bądźmy dobrej myśli - zabrałem się do zbierania kawałków z podłogi. Dziewczyna odwróciła się i złapała klamkę.
Miała za chwilę wyjść, ale odwróciła się jeszcze.
- Tak w ogóle to jestem Estera.
- Florian. Miło mi.
Uśmiechnęła się i wyszła.
Estera?
- Jestem dla niech za dobry - pomyślałem.
Około 16 wróciła Gina tłumacząc, że Helen nie będzie, ale ona zrobi wszystko za nią. Westchnąłem tylko i zbyłem ją machnięciem ręki. Dziewczyna zajęła miejsce za barem i zaczęła obsługiwać z wolna powiększającą się grupkę ludzi. Ja wyszedłem na zaplecze, by się przebrać i zawijać do domu. Zmierzając do wyjścia skinąłem Ginie głową, a gdy znów się odwróciłem, przede mną jak spod ziemi wyrósł postawny, lekko posiwiały facet w koszuli. Uśmiechnąłem się.
- Cześć tato.
- Hej Florie - odpowiedział, witając się ze mną - wychodzisz już? A ja wpadłem do ciebie na kawę!
- Taki miałem zamiar, ale chętnie się z tobą napiję - powoli zmierzałem w stronę baru - zwykła czarna bez cukru jak zawsze? Zaraz zrobię.
- Poczekaj synu - tata zawołał za mną - niech Gina zrobi, chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.
Po minie widziałem, że raczej nikt nie umarł. Gina dała znak, że zamówienie przyjęte (chyba dobrze odebrałem kciuk w górę).
Usiedliśmy z tatą na kremowych kanapach. Ojciec wyciągnął z teczki plik papierów. Gina w tym czasie przyniosła kawy, dla taty czarną dla mnie latte i szybko wróciła do pracy.
- Słuchaj Florian. Od jakiegoś czasu prowadzimy tą kawiarnię, a ty spisujesz się naprawdę dobrze. Więc w ramach spóźnionego prezentu urodzinowego - uśmiechnął się szeroko, nigdy nie potrafił długo ukrywać emocji - chciałbym przepisać ci resztę udziałów i pozwolić ci zarządzać samemu, od początku do końca.
Muszę przyznać, że zmiótł mnie tym całkowicie. Wiedziałem, że to się kiedyś stanie i tata mi to zaproponuje. Ale jednak, musiałem to sobie poukładać w głowie.
- Widzę, że nie podejmiesz decyzji od razu. Przemyśl to - szybko wypił kawę i spojrzał na zegarek - muszę już lecieć. A ty weź te papiery. Na razie!
- Cześć - wstałem, a ojciec już znikał za drzwiami. Rzadko kiedy wpadał, a jak już to na krótką chwilę, tak jak teraz. Lekko oszołomiony włożyłem koszulkę z papierami pod ramię, i zabrałem filiżanki ze stolika, kierując się do lady.
Nie zdążyłem zrobić kroku, ktoś na mnie wpadł. Coś gorącego wylało się mi na rękę, a jedna z filiżanek roztrzaskała się na płytkach.
- Przepraszam, zamyśliłam się.. - dziewczyna zasyczała, próbując odkleić materiał od skóry. Od razu staliśmy się najbardziej interesującym obiektem w pomieszczeniu. Gina wychyliła się zza lady, widząc mnie, wróciła dalej do pracy.
Dziewczyna spojrzała na mnie oceniając chyba, czy nie poniosłem żadnych obrażeń. Nawet nie zwróciłem na siebie uwagi, bo nieznajoma ewidentnie większość napoju wylała na siebie. Podałem jej serwetki ze stolika.
- Dziękuję. Przepraszam za to - wskazała ręką na skorupy na podłodze i na mnie - twoje dokumenty...
Właśnie. Sprawdziłem czy się uratowały.
- Nic im nie jest, były w koszulkach - uniosłem je do góry na dowód, że mówię prawdę. Dziewczyna szybkimi ruchami ścierała plamy z płaszcza i spodni.
- Chyba już nic z nich nie będzie - westchnęła zrezygnowana - tak czy inaczej, przepraszam jeszcze raz. Odpłacę - zaczęła grzebać w torebce szukając portfela.
- Nie, nie trzeba naprawdę - złapałem ją za ramię, lekko powstrzymując - miałem też w tym swój udział.
- W takim razie...mogę się jakoś odwdzięczyć? - spytała niepewnie.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko - może zostanie pani stałą klientką?
Dziewczyna również się uśmiechnęła.
- Chętnie. Więc do zobaczenia. Mam nadzieję, że inne filiżanki nie staną się moimi ofiarami.
- Bądźmy dobrej myśli - zabrałem się do zbierania kawałków z podłogi. Dziewczyna odwróciła się i złapała klamkę.
Miała za chwilę wyjść, ale odwróciła się jeszcze.
- Tak w ogóle to jestem Estera.
- Florian. Miło mi.
Uśmiechnęła się i wyszła.
Estera?
Od Kangsoo CD Liama
Stał bez ruchu, nieustannie wbijając wzrok w Liama, który wsiadł z powrotem do radiowozu, przygryzając dolną wargę. Dzisiejszy dzień z pewnością był jednym z tych najdziwniejszych. Praktycznie niczego nie rozumiał; ani dlaczego policja ich usiłowała aresztować, ani skąd się wzięły tamte dziwaczne myśli. Nic nie miało sensu. I jeszcze ta obecna sytuacja.
Dawno się tak nie wahał. Nie wiedział co zrobić. Liam w sumie miał rację – najlepiej dla niego chyba by było po prostu uciec. Jeśli policja go przeszuka i każde dać wszystkie rzeczy, to pierścień zrobi swoje i wymusi na kimś, by go założył, a wtedy sytuacja przybierze jeszcze gorszy obrót. Ale z drugiej strony... nie chciał uciekać od przyjaciela. Już raz to zrobił i do dzisiaj żałował. Nie chciał tego powtórzyć.
W tym momencie wyjątkowo chciał, by ktoś założył pierścień i za niego dokonał tej decyzji.
Poczuł metaliczny posmak krwi, a zaraz po chwili dołączyło delikatne acz nieprzyjemne pieczenie. Świetnie, rozgryzł sobie dolną wargę. Zwilżył językiem usta, przełknął ślinę, krzywiąc się. Krew naprawdę była niedobra. Jak w ogóle wampiry mogły ją pić? Chyba że tylko on miał tak niedobry w smaku płyn ustrojowy. Kolejny fakt, przez który się wyróżniał. Za dużo tego, zdecydowanie za dużo.
Ale nie czas na myślenie o bzdetach. Wziął głęboki wdech. Po dosyć długim namyśle w końcu zebrał się w sobie na tyle, by z bólem podjąć decyzję.
– Trzy godziny – rzekł głosem przepełnionym powagą, spoglądając na Liama. – Jeśli za trzy godziny nie zjawisz się w Balanchine's, wkroczę do akcji.
Wiedział, że tak naprawdę bez posiadania pana niewiele zrobi, jednak mimo to próbował samemu sobie wmówić, że nie jest tak bezużyteczny.
– Mogę być nawet szybciej. – Liam posłał mu uśmiech. – Obiecuję, że do tego czasu wrócę.
Kangsoo zmierzył go wzrokiem. Nic więcej nie mówiąc, odwrócił się na pięcie i wyminął szybkim krokiem radiowóz. Już miał biec, lecz w ostatniej chwili się przed tym powstrzymał. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Postanowił możliwie jak najspokojniej odejść.
Szedł w stronę kawiarni Any, jednak po drodze zatrzymał się w pobliskim parku. Usiadł na ławce niedaleko altany, wzdychając ciężko. Spuścił wzrok na spoczywający na palcu pierścień, którego kamień ładnie odbijał przebijające się przez drzewa promienie słońca. Misterne wzory wyryte w metalu również lśniły. W tym momencie pierścień prezentował się naprawdę okazale. Ale nadal się nie podobał Kangsoo. Bywały dni, kiedy nie lubił go, i to bardzo. Pomyśleć, że jego życie tak naprawdę zależało od takiej małej błyskotki, a w zasadzie tego, kto ją nosił. Żeby chociaż nie ściągał na siebie uwagi, to tyle by było dobrze, ale nie, on musiał magicznie przyciągać innych, by go założyli i przejęli kontrolę nad Niebiańskim Sługą. I jakby tego było mało, to jeszcze ograniczał jego zdolności. Jakby miał wszystkie moce odblokowane, to mógłby zostać z Liamem i wcale nie byłby kulą u nogi.
Zacisnął ręce w pięści, gdy nagle poderwał się niemal niczym poparzony. Jednym ruchem zdjął z palca pierścień, po czym wykonał zamach ręką, zamierzając go wyrzucić jak najdalej. W ostatniej jednak chwili zastygł w bezruchu, nie wypuszczając przedmiotu. Wziął głęboki wdech, wolno opuścił rękę. Otworzył ją, spojrzał na pierścień. Że też nawet nie mogę go wyrzucić ani zakopać, ani nawet nawet rzucić do oceanu.
Aish, co ja zrobiłem w poprzednim życiu, że spotkał mnie taki los?!
Zaklął pod nosem, gdy nagle w jego głowie pojawiła się pewna myśl, która przebijała się między wszystkie inne:
Musisz iść, wciąż jesteś niedaleko drogi, na której stanął radiowóz.
Przygryzł dolną wargę. Znowu to samo. Znów coś mu podpowiadało, co miał robić, jakby już wcześniej miał do czynienia z podobną sytuacją i zdobył jakieś doświadczenie. Ale to nie było możliwe, przecież omijał wszelakie problemy z policją, żył jak prawy człowiek. Skąd więc miałaby się u niego wziąć wiedza dotycząca radzenia sobie w tego typu sytuacjach? Może gdzieś raz coś takiego przeczytał? Nie był pewien, choć czuł, że to nie to. W takim razie co?
– Ach, nie mam siły na takie myślenie! – jęknął do siebie, odchylając głowę do tyłu.
Na razie nie chciał się na tym skupiać. Aczkolwiek to coś miało rację – powinien iść. Dlatego niechętnie założył z powrotem pierścień, a następnie wstał i udał się dalej. Musiał się oddalić od policji. I wolałby znaleźć się w kawiarni pierwszy, przed Liamem.
Oby on tylko jakoś to rozwiązał.
Liam?
Takie sobie, wybacz :T
Wyrzucenie
W dniu dzisiejszym żegnamy:
Natasha Smith
Tobias Benedict Rowe
Lena McCulloch
Powodem jest brak opowiadań i/lub ignorowanie wiadomości administracji.

Wesołych świąt wielkiej nocy!
¸,ø¤º°`°º¤ø,¸¸,ø¤º° °º¤ø,¸¸,ø¤º°`°º¤ø,¸
Beczy w trawie baraneczek
nawołując wniebogłosy
Życzę zdrowia i radości
Wam z okazji Wielkiej Nocy
I dyngusa mokrutkiego
By Wam szczęście dopisało
By rodzinne były święta
By wam nic nie brakowało
Beczy w trawie baraneczek
nawołując wniebogłosy
Życzę zdrowia i radości
Wam z okazji Wielkiej Nocy
I dyngusa mokrutkiego
By Wam szczęście dopisało
By rodzinne były święta
By wam nic nie brakowało
¸,ø¤º°`°º¤ø,¸¸,ø¤º° °º¤ø,¸¸,ø¤º°`°º¤ø,¸
Wesołych Świąt Wielkanocnych, smacznego jajka, szalonego i wyjątkowo mokrego Śmigusa Dyngusa oraz samych słonecznych i cudownych dni życzy Administracja Viden.
11.04.2020
Od Anzaia CD Elizabeth
Zastanawiałem się co mam dalej począć z tym fantem. Dobrze,
że dziewczyna rozwiązała ten kłopot za mnie.
- Em... Tak w zasadzie to, gdzie jest moja komórka ?
Chciałabym zadzwonić do przyjaciela, żeby po mnie przyjechał.
- Nie wiem, jeśli nie masz jej w pokoju, ani przy sobie to
znaczy, że ją zgubiłaś.
- Nawet tak nie mów-spojrzała na mnie zaniepokojona.
Wzruszyłem tylko ramionami i sięgnąłem po kolejnego tosta,
dziewczyna wstała i poszła szukać telefonu. Nie dało się nie zauważyć, że jest
zdenerwowana, gdyż do jadalni dobiegała jej gatka. Mówiła sama do siebie.
- No gdzie on do cholery jest ? Ja pierdole, serio Elizabeth
jesteś idiotką... super znowu wpakowałaś się w niezłe bagno.
- Może podaj numer, to zadzwonię ? - zasugerowałem.
Przyszła do kuchni wzięła mój telefon, wpisała swój numer i
zadzwoniła. Chodząc to do pokoju to do kuchni, nasłuchując, czy aby przypadkiem
nigdzie go nie słychać.
- No zajebiście.
- Jeśli pamiętasz numer, do znajomego to zadzwoń ode mnie.
- Czy ty myślisz, że ja mam w głowie książkę telefoniczną ?
- Odwiozę Cię. - uspokajałem.
- Najpierw to ja muszę, znaleźć mój telefon. - To zabrzmiało
bardzo stanowczo.
- Dobra ogarnij się, za dwadzieścia minut bądź gotowa,
spytamy w klubie czy nikt go nie znalazł.
Wstałem od stołu, zebrałem wszystko z jadalni i schowałem.
Dziewczyna poszła do łazienki, stałem nieruchomo, gapiąc się
przez okno. Gdy była gotowa, udaliśmy się do auta i podjechaliśmy do lokalu.
Elizabeth weszła, a ja zostałem w samochodzie. Gdy wróciła uradowana,
oznajmiła, że odzyskała swoją zgubę.
- To, co dzwonisz czy mam Cię odwieść ?
- Czemu jesteś, dla mnie taki uprzejmy ?
Wzruszyłem ramionami i przemilczałem, to pytanie. Sam nie
wiedziałem, dlaczego taki jestem.
- Nie jesteś człowiekiem prawda ?
- Nie... jestem hybryda demona i wampira po prostu diabłem.
- Nie wyglądasz jak diabeł, nie zachowujesz się nawet tak.
- Zachowuje się tylko tak podczas przemiany, z resztą
nieważne. To mam Cię odwieść czy czekamy na twojego kolegę ?
- Dobra, skoro nalegasz, nie będę mu zawracać głowy.
Podałem jej telefon, aby włączyła nawigację, ruszyłem przed
siebie. W pewnej chwili dziewczyna zaczęła się drapać po ręku, w momencie
nacisnąłem hamulec, wskoczyłem jak poparzony z auta. Zdziwiona dziewczyna
wysiadła za mną, nie rozumiejąc co się dzieje.
- Wracaj do auta ! - krzyknąłem stanowczo.
- Anzai co Ci jest ?
- Kurwa wracaj do tego pieprzonego auta !
Zacząłem ciężko oddychać, totalnie mnie to rozbiło, dlaczego
przecież ona nie jest człowiekiem, jest wilkołakiem, powinienem być odporny.
Sięgnąłem do kieszeni spodni, wyjąłem strzykawkę i podwinąłem rękaw,
wstrzykując sobie lek dożylnie.
Elizabeth wysiadła, podbiegała do mnie.
- Co ty bierzesz, a to ja mam paskudne nałogi.
- Odsuń się proszę-wymamrotałem.
Jej oczy były wielkie, gapiła się na mnie totalnie
zdezorientowana.
- Cholera co się dzieje ! - wydawała się.
Usiadłem, gdyż moje nogi zrobiły się jak z waty.
- Musisz dać mi chwilę, to są leki, które muszę przyjmować.
- Czemu?... jesteś na cos chory ?
- Tak na ludzką krew, ale jak się okazuje i na twoją.
Dziewczyna podwinęła rękaw i spojrzała na rozdrapany strup,
szybko go zakryła.
- Już rozumiem, ale czego się boisz ?
- Nie potrafię kontrolować diabła w sobie, krew działa na
moje zmysły, przemieniam się i staje się obrzydliwy. Nie potrafię nawet wtedy
mówić. Wysysam krew, im więcej, tym bardziej czuje głód. Dostaje wścieklizny. Może
właśnie dlatego jestem dla Ciebie miły. Czuje się czasami samotny.
Elizabeth?
Od Elizabeth CD Anzaia
- Od razu nałóg - mruknęłam niewyraźnie, przenosząc wzrok z mężczyzny na tosta, którego właśnie obskubywałam z przypieczonego sera. - To tylko tak... dla towarzystwa.
- Również dla towarzystwa postanowiłaś od rana uraczyć się alkoholem? - zapytał nieznajomy, uśmiechając się krzywo. Ewidentnie mi nie wierzył, z resztą nie mogłam mieć o to do niego pretensji. Mało która osoba, która raczyła się różnymi, wątpliwego pochodzenia substancjami z taką częstotliwością i w takich ilościach, w jakich robiłam to ja, nie była uzależniona. Można powiedzieć, że byłam fenomenem... Ale tak, on nie mógł o tym wiedzieć. Mimo to za ten jego komentarz posłałam mu mordercze spojrzenie.
- To było w ramach stworzenia realnej szansy na przeżycie tego dnia - syknęłam.
- To już chyba uzależnienie - zauważył, nieco rozbawiony, ale szybko spoważniał, widząc moją minę. Która doskonale odzwierciedlała w tym momencie moją żądzę mordu.
- Cofnijmy się do początku tego poranka i spójrzmy na niego z mojej perspektywy - zaczęłam, niepokojąco spokojnie, odkładając tosta na talerz, choć skręcało mnie z głodu. Ale to mogło poczekać. - Obudziłam się w zupełnie obcym miejscu, w jakimś domu nienależącym ani do mnie, ani do nikogo, kogo znam. Sądząc po wystroju, w domu należącym do faceta. Przepraszam, ale prawda jest taka, że większości z was jedno w głowie, szczególnie, jak pofatygujecie się, żeby zabrać naćpaną dziewczynę do siebie - zastukałam palcami lewej dłoni w blat stołu. Odruch. Próbowałam jakoś pozbyć się napięcia. Cholera, w sumie to po co ja w ogóle z tym gościem rozmawiałam? - No więc mniej więcej wtedy stwierdziłam, że na trzeźwo nie przeżyję konfrontacji z osobą, która zabrała mnie z klubu i prawdopodobnie wykorzystała bez mojej świadomej zgody. Potem zobaczyłam twoją... kolekcję alkoholi. I uznałam, że się poczęstuję - ostatnie zdanie wysyczałam, wściekła. Czy też raczej mój wilk widać postanowił ingerować, bo aż się wzdrygnęłam, zaskoczona tak gwałtowną reakcją. Przecież, nawet gdyby ten facet postanowił wykorzystać sytuację, to ja mu to umożliwiłam. Jakbym się wczoraj nie naćpała, nie obudziłabym się dzisiaj w tak... niekomfortowej dla mnie sytuacji. Nie powinnam się więc teraz na gościa wściekać, jednak...
Mój wilk miewał odmienne zdanie ode mnie. I jako dominator szanował swoją, a zatem i moją, godność, więc czasami w takich sytuacjach, szczególnie, gdy nie byłam w pełni władz umysłowych przez różnorakie używki, przejmował częściowo kontrolę. Nie tyle nad słowami, które wypowiadałam, co nad emocjami, które im towarzyszyły.
No więc skończyło się na tym, że warknęłam na mężczyznę. Nie było to na szczęście typowo zwierzęce warknięcie, jedynie dość mocno agresywny sposób wypowiadania słów, jednak... Nie powinnam była.
- Przepraszam - mruknęłam niemal natychmiast, schodząc z tonu. Podniosłam z powrotem tosta z talerza i wzięłam wielkiego gryza, byleby nie musieć już rozmawiać z mężczyzną. Żeby się bardziej nie zbłaźnić. - Powinnam ci dziękować za pomoc, a nie jeszcze mieć do ciebie problemy... - ostatnie zdanie wypowiedziałam tak niewyraźnie, że równie dobrze mógł tego nie usłyszeć. Trudno. To były i tak bardziej moje przemyślenia. Jeszcze tego mi brakowało, żeby uznał, że jestem mu coś winna za to, że wczoraj się powstrzymał i zamiast od razu przejść do rzeczy, zapewnił mi nocleg, a teraz jeszcze śniadanie...
Nagle coś mi się jednak przypomniało. Przełknęłam szybko, co omal nie doprowadziło do zachłyśnięcia, jednak ostatecznie zdołałam wykrztusić:
- Em... Tak w zasadzie, to gdzie jest moja komórka? Chciałabym zadzwonić do przyjaciela, żeby po mnie przyjechał.
Anzai?
- Również dla towarzystwa postanowiłaś od rana uraczyć się alkoholem? - zapytał nieznajomy, uśmiechając się krzywo. Ewidentnie mi nie wierzył, z resztą nie mogłam mieć o to do niego pretensji. Mało która osoba, która raczyła się różnymi, wątpliwego pochodzenia substancjami z taką częstotliwością i w takich ilościach, w jakich robiłam to ja, nie była uzależniona. Można powiedzieć, że byłam fenomenem... Ale tak, on nie mógł o tym wiedzieć. Mimo to za ten jego komentarz posłałam mu mordercze spojrzenie.
- To było w ramach stworzenia realnej szansy na przeżycie tego dnia - syknęłam.
- To już chyba uzależnienie - zauważył, nieco rozbawiony, ale szybko spoważniał, widząc moją minę. Która doskonale odzwierciedlała w tym momencie moją żądzę mordu.
- Cofnijmy się do początku tego poranka i spójrzmy na niego z mojej perspektywy - zaczęłam, niepokojąco spokojnie, odkładając tosta na talerz, choć skręcało mnie z głodu. Ale to mogło poczekać. - Obudziłam się w zupełnie obcym miejscu, w jakimś domu nienależącym ani do mnie, ani do nikogo, kogo znam. Sądząc po wystroju, w domu należącym do faceta. Przepraszam, ale prawda jest taka, że większości z was jedno w głowie, szczególnie, jak pofatygujecie się, żeby zabrać naćpaną dziewczynę do siebie - zastukałam palcami lewej dłoni w blat stołu. Odruch. Próbowałam jakoś pozbyć się napięcia. Cholera, w sumie to po co ja w ogóle z tym gościem rozmawiałam? - No więc mniej więcej wtedy stwierdziłam, że na trzeźwo nie przeżyję konfrontacji z osobą, która zabrała mnie z klubu i prawdopodobnie wykorzystała bez mojej świadomej zgody. Potem zobaczyłam twoją... kolekcję alkoholi. I uznałam, że się poczęstuję - ostatnie zdanie wysyczałam, wściekła. Czy też raczej mój wilk widać postanowił ingerować, bo aż się wzdrygnęłam, zaskoczona tak gwałtowną reakcją. Przecież, nawet gdyby ten facet postanowił wykorzystać sytuację, to ja mu to umożliwiłam. Jakbym się wczoraj nie naćpała, nie obudziłabym się dzisiaj w tak... niekomfortowej dla mnie sytuacji. Nie powinnam się więc teraz na gościa wściekać, jednak...
Mój wilk miewał odmienne zdanie ode mnie. I jako dominator szanował swoją, a zatem i moją, godność, więc czasami w takich sytuacjach, szczególnie, gdy nie byłam w pełni władz umysłowych przez różnorakie używki, przejmował częściowo kontrolę. Nie tyle nad słowami, które wypowiadałam, co nad emocjami, które im towarzyszyły.
No więc skończyło się na tym, że warknęłam na mężczyznę. Nie było to na szczęście typowo zwierzęce warknięcie, jedynie dość mocno agresywny sposób wypowiadania słów, jednak... Nie powinnam była.
- Przepraszam - mruknęłam niemal natychmiast, schodząc z tonu. Podniosłam z powrotem tosta z talerza i wzięłam wielkiego gryza, byleby nie musieć już rozmawiać z mężczyzną. Żeby się bardziej nie zbłaźnić. - Powinnam ci dziękować za pomoc, a nie jeszcze mieć do ciebie problemy... - ostatnie zdanie wypowiedziałam tak niewyraźnie, że równie dobrze mógł tego nie usłyszeć. Trudno. To były i tak bardziej moje przemyślenia. Jeszcze tego mi brakowało, żeby uznał, że jestem mu coś winna za to, że wczoraj się powstrzymał i zamiast od razu przejść do rzeczy, zapewnił mi nocleg, a teraz jeszcze śniadanie...
Nagle coś mi się jednak przypomniało. Przełknęłam szybko, co omal nie doprowadziło do zachłyśnięcia, jednak ostatecznie zdołałam wykrztusić:
- Em... Tak w zasadzie, to gdzie jest moja komórka? Chciałabym zadzwonić do przyjaciela, żeby po mnie przyjechał.
Anzai?
Od Anzaia do Elizabeth
Dzisiejszy dzień w pracy był dość męczący, masa telefonów,
papierkowej roboty i obmyślania planów. Nie mogłem się wręcz doczekać przerwy
obiadowej, a co dopiero końca tego piekielnego dnia. Jak zawsze ciężko mi było
pozbierać myśli, kłębiące się w mojej głowie, i skupić na robocie. Miałem
wrażenie, że od dłuższego czasu stoję w miejscu. Miałem w zwyczaju część
papierkowej roboty zabierać ze sobą do domu, gdyż tam najłatwiej mi było się za
cokolwiek zabrać. Szczerze, chyba przebimbałem ten dzień, stwarzając pozory.
Stwierdziłem to po powrocie do domu, gdy otworzyłem pliki przesłane wcześniej z
komputera w pracy. Było tego stanowczo za dużo, jednak nie potrafiłem ukryć
radości, gdy wyjmując telefon i sprawdzając połączenia, ukazał mi się dzień
tygodnia: Piąteczek. To wyjaśniało moje dzisiejsze samopoczucie, po prostu po
całym tygodniu moje akumulatory zostały wyczerpane do końca. Niewiele się
zastanawiając, wyłączyłem komputer, zostawiając to wszystko na później, w moim
zwyczaju na ostatnią chwilę. Spojrzałem na zegarek, wiszący na ścianie,
upewniając się co do godziny. Była dopiero siedemnasta, wyssany z
energii mimo wszystko zastanawiałem się, jak nie spaprać sobie wieczoru. Miałem
do wyboru kilka opcji. Pierwsza, zostać w domu i oglądać seriale lub filmy.
Druga zasiąść w swoim domowym barku i samotnie pić truneczki, usiłując jednak
tknąć te głupie pliki. Trzecia iść na jakąś imprezę, wypić troszkę, potańczyć.
Czwarta, poszukać jakiegoś wydarzenia, koncertu i się tam wybrać
Miałem dylemat pomiędzy trzy a cztery, w końcu jednak
uświadomiłem sobie, że przecież jeśli jest jakiś koncert, to w sumie potem jest
impreza. To takie upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Zszedłem na dół, do
kuchni, zrobić sobie jakąś sytą kolację, nawet hybrydy potrzebują dobrze zjeść
przed piciem alkoholu. Wyjąłem z lodówki kurczaka i wstawiłem do piekarnika,
zrobiłem na szybko jakąś sałatkę z reszty warzyw, która mi pozostała w lodówce.
Wyciągnąłem sok pomarańczowy i nalałem sobie do szklanki, a gdy pieczony kurczak
był już gotowy, włożyłem go na talerz wraz z sałatką, zasiadłem do stołu i
zabrałem się za jedzenie. Posiłek był dla mnie świętym czasem, więc
ignorowałem, dzwoniących do mnie ludzi, usiłujących się dobić. Po posiłku
wszystkie naczynie włożyłem do zmywarki, jako że było w niej, jeszcze sporo
miejsca, postanowiłem jej nie włączać, poczekać aż się będzie z niej
wysypywało. Wszedłem po schodach na górę, po czym zajrzałem do kosza na pranie,
elegancko posegregowałem ubrania i wstawiłem pranie, dzisiaj padło na czarne
koszule i koszulki. Skierowałem się do garderoby, stanąłem na środku i zacząłem
zastanawiać się co mam ubrać na dzisiejsze wyjście. Sięgnąłem z wieszaka czarną
koszulę oraz Jeansy i do tego skórzane buty.
Chwilę zastanawiałem się nad dodatkami, wyjąłem z szuflady
srebrny zegarek, który idealnie pasował. Nie będzie to zbyt elegancki, ale też
pobłażliwy strój, w sam raz na takie spontaniczne wyjście.Sięgnąłem po żelazko
i dokładnie wyprasowałem wszystko, aby nie wyglądało jak wyjęte psu z gardła.
Następnie odwiesiłem wszystko na wieszak i skierowałem swoje kroki do łazienki.
Wziąłem szybki prysznic, umyłem i ułożyłem włosy, po czym lekko przystrzygłem
brodę. Ponownie poszedłem do garderoby i założyłem, wcześniej przygotowany
przez siebie stój, sięgnąłem buteleczkę perfum i psiknąłem się kilkakrotnie.
Przejrzałem się dokładnie w lustrze. Byłem gotowy do wyjścia. Zszedłem na dół,
wziąłem telefon i zadzwoniłem po transport. Kierowca miał być za pięć minut,
sprawdziłem dokładną lokalizację wydarzenia. Był to koncert jakiegoś zespołu w
jednym z klubów, grali tam, aby umilić, pierwsze godzinki za nim nie zaczną się
tańce. Sięgnąłem do jednej z szuflad i schowałem strzykawkę do kieszonki. Była
to specjalne lekarstwo w razie, gdybym zaczął się przemieniać. Nigdy nie
wiadomo czy na sali nie będzie ludzkiej istoty, która wda się w bójkę lub
skaleczy, zawsze mogła zjawić się też jakaś piękna dama, która zbyt mocno
podziała na moje zmysły.
Wyszedłem z domu, zamknąłem drzwi i udałem się do furki,
gdzie czekał na mnie kierowca. Wsiadłem i podałem dokładny adres. Całą drogę
milczałem i zastanawiałem się, czy to jest dobry pomysł. Gdy dotarliśmy na
miejsce, wyjąłem kartę i przyłożyłem do terminalu, płacąc za kur. Wysiadłem i
spojrzałem na zegarek, pokazywał dwudziestą czterdzieści, dokładnie za
dwadzieścia minut miał zacząć, grać zespól. Udałem się do środka, zamówiłam
sobie drineczka i usiadłem przy stoliku. W końcu na scenę weszli artyści i
zaczęli grać, do moich nozdrzy dostał się zapach dobrze mi znany, pośród nich
był wilkołak. Jako że nie jestem do końca wampirem, nie działał mi tak na
nerwy, potrafiłem to zignorować. Przyznam, Ci ludzie grali dobrą muzykę, a
nasza pani wilkołak miała niezły głos. Z przyjemnością się ich słuchało. Kiedy
zeszli ze sceny, ich instrumenty szybko zostały sprzątnięte i wstawiony sprzęt
jakiegoś DJ-a. W międzyczasie wypiłem cztery drinki i zdobyłem się na odwagę,
aby poprosić kilka pań do tańca. Było sympatycznie i miło a mi nadal udawało
się zostać opanowanym, pomimo że tak te panie z dekoltami i miniówkami
przykuwały uwagę. Gdy poczułem, że moja wola słabnie, wyszedłem na zewnątrz się
przewietrzyć. Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek, po czym sięgnąłem jednego,
podpaliłem i porządnie się zaciągnąłem.W pewnej chwili poczułem znowu ten
zapach, automatycznie mój wzrok padł na dziewczynę, która stała na parkingu. Od
razu było widać, że coś jest z nią nie tak. Do moich uszu dotarł stłumiony
krzyk dziewczyny, jakby się z kimś kłóciła. W pierwszej chwili nie miałem
zamiaru mieszać się w nie swoje sprawy, jednak stać i patrzeć było mi głupio.
Zebrałem się w sobie i skierowałem w stronę parkingu. Tak
dziewczyna ewidentnie była pijana, a koleś prawdopodobnie usiłował ją do czegoś
zmusić.
- Nie możecie być ciszej ? Trochę mi przeszkadzacie. -
powiedziałem całkiem spokojnie i poważnie.
Chłopak w momencie spojrzał na mnie i zaśmiał się i zadrwił.
- Jak Ci przeszkadzamy to wypierdalaj !
- Nie chciałbym być niegrzeczny, ale nie wydaje mi się, że
to dobry pomysł załatwiać swoje prywatne sprawy w miejscu publicznym- w moim
tonie nie było ani trochę agresji, ani poirytowania.
- Wkurzasz mnie koleś, jeszcze słowo a Ci przywalę.
Dziewczyna patrzyła na mnie, jej źrenice były duże, oczy jej
się świeciły. Nie od płaczu, prawdopodobnie to od trawki lub amfetaminy.
- Po prostu daj jej spokój.
- Ostrzegałem ! - Koleś zamachnął się, chcąc uderzyć mnie
prosto w twarz.
Jednym ruchem zatrzymałem jego pięść swoją dłonią,
uśmiechnąłem się i zacisnąłem, po czym wykręciłem jego rękę z taką siłą, że
klęknął. Drugą ręką złapałem go za szyje, podniosłem do góry, lekko
podjuszając.
- To Ja Cię prosiłem. - stwierdziłem, obojętnie puszczając
go.
Spojrzałem na dziewczynę, która nie ogarniała
rzeczywistości.Na całe szczęście chłopak sobie odpuścił i skierował swoje kroki
w stronę lokalu. Ja zaś zostałem z kolejnym problemem. Miałem nie wtykać nosa w
nie swoje sprawy, ale ta laska zrobiła się blada i zobaczyłem, jak nogi się pod
nią uginają. W ostatniej chwili złapałem ją, za nim całkiem zdążyła upaść na
ziemię.
Ewidentnie przesadziła, z tym, co brała. Jako że byłem
zdawałem sobie sprawę, że dzwoniąc po pogotowie, przysporzę jej tylko
problemów. Przez kolejne pięć minut udało mi się ją jakoś ocucić, gdy odzyskała
przytomność, kierowca już na nas czekał. Podniosłem ją z ziemi, przełożyłem jej
rękę za swój kark i złapałem pod bok, wsadziłem do auta. Gdyby trafiła, na
jakiegoś szemranego typa mógłby z nią zrobić wszystko, miała szczęście, że
padło na mnie. Po dojechaniu na miejsce zapłaciłem kierowcy za kurs dla naszej
dwójki. To nie było rozsądne, zabierać obcą kobietę do domu, chociaż moje
intencje były czyste. Zaprowadziłem ją do pokoju dla gości, nadal była blada
jak ściana i mamrotała coś pod nosem. Nie wiem, czy do mnie a może sama do
siebie. Na wszelki wypadek przyniosłem jej miskę do pokoju. Gdy leżała na
łóżku, chwilę się jej przyglądałem, a gdy zasnęła, delikatnie przykryłem
kołdrą. Udałem się do siebie na górę, zdjąłem ciuchy i wsunąłem się pod ciepła
kołdrę. Nie byłem świadomy swojego zmęczenia, gdyż ledwo co przyłożyłem głowę
do poduszki i zasnąłem.Wstałem równo ze słońcem jak to miałem w zwyczaju, na
całe szczęście nie potrzebuje tak wiele snu, jak przeciętny śmiertelnik w
zupełności dwie godzinki to dla mnie wystarczająco. Spojrzałem na zegarek, było
przed czwartą rano, poszedłem pod zimny prysznic, aby się nieco orzeźwić.
Włożyłem na siebie białą czarną koszulkę i Jeansy przy
okazji przypominając sobie, że nie rozwiesiłem wczoraj prania, więc zabrałem
się za to od razu.Zrobiłem sobie kawę w kuchni i wyszedłem z nią do ogrodu,
wyjąłem papierosy i odpaliłem jednego. Oddychałem spokojnie, snem śpiewu ptaków
i odprężyłem. Gdy wróciłem do środka, zacząłem, przygotowywać tosty, na wszelki
wypadek zrobiłem ich więcej, nie wiadomo czy nieznajoma nie złapie z rana
gastro. Do moich uszy nagle dobiegł dźwięk szklanki kładzionej na blat od baru.
Wyłoniłem się z kuchni, zobaczyłem jak dziewczyna bez pytania, częstuje się
jednym z moich drogich alkoholi.
- To chyba niezdrowe zaczynać dzień od szklanki
whisky - zwróciłem jej grzecznie uwagę.
Ze zdziwieniem spojrzała na mnie, przez chwilę zawahała się,
ale upiła łyk i zabrała głos.
- Nie zdrowe, wykorzystywanie nieprzytomnej kobiety.
- Chyba nic nie pamiętasz, wczoraj się kłóciłaś z jakimś
typem, po czym zemdlałaś, w ostatnim momencie złapałem Cię, widziałem, że coś brałaś, zadzwonienie w pogotowie by Cię tylko pogrążyło, zabrałem Cię do
siebie, ale widzę, że masz się już znakomicie... Nie musisz mi
dziękować-uśmiechnąłem się i zabrałem jej z ręki szklankę, wylewając
zawartość-Lepiej zacznij dzień od śniadania, zrobiłem tosty, mam nadzieję, że
lubisz.
Patrzyła na mnie jak na jakiegoś kosmitę, dziwaka, sam nie
wiem jak to określić, może po prostu nie spodziewała się, że trafi na miłego
kolesia.
- Tak nawet ... - wymamrotała.
Zajęła miejsce przy stole w jadalni, przyniosłem jej kawę i
cukier oraz talerz. Nakryłem sobie do stołu, zaś na środku podałem tosty.
- Smacznego. - Sięgnąłem ręką po jednego.
Patrzyła na mnie nieufnie, jedząc spokojnie, miałem
wrażenie, że dokładnie gryzie każdy wzięty kęs.
- Mogę spytać, jak masz na imię ? - spojrzała w moją stronę.
- Jestem Anzai. - uśmiechnąłem się lekko.
- Elizabeth... Dziękuje. - nieśmiało wymamrotała.
- Powiedz mi, jeśli mogę zapytać. Czemu tak młoda,
utalentowana dziewczyna, popadła w tak paskudne nałogi ?
Elizabeth?
Od Estery
Stłumiony dźwięk grzmotu rozszedł się po pokoju Estery, która właśnie kierowała się do łazienki. Burza trwała całą noc i dopiero nad ranem zaczęła się oddalać na wschód. Nie pozwało to dziewczynie na spokojny sen, nie lubiła, gdy coś jej przeszkadzało podczas odpoczynku. Gdy się ubierała, spojrzała przez okno w łazience, z którego widziała część garażu, Estevan właśnie wrócił z nocnego dyżuru, w ostatnim czasie do gabinetu trafiało dużo zwierząt w złym stanie, które wymagały intensywnego leczenia i wielu operacji. Ze względu na ciężkie operacje chłopak postanowił zostać na noc i pomóc pracownikom.
Estera wzięła z krzesła torebkę, zeszła na parter uśmiechając się do brata, nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.
- Ciężka noc? - Zapytała, a jej uśmiech przygasł, widząc grymas na twarzy bliźniaka. Zostawiła torebkę na wieszaku i poszła z bratem do kuchni.
- Nic nie mów, straciliśmy tego lisa, nie wybudził się z narkozy. Podałem odpowiednią dawkę, zrobiłem wszystko jak trzeba. Na szczęście nie wrócił do swojej ludzkiej formy, ale z drugiej strony jest mi go żal. Jakby na to nie spojrzeć na naszym stole zmarł człowiek, a my nie wiemy kim jest. Najlepiej, żebyś skontaktowała się z którymś ze zmiennokształtnych, nie zakopiemy go przecież w naszym ogródku. - Powiedział, przeczesując palcami włosy i biorąc jabłko z koszyka, który stał na blacie.
- Dobra może kogoś spotkam i się dowiemy kim był, ale... Czemu nie wrócił do ludzkiego ciała? - Zapytała, włączając czajnik, do kubka wrzuciła torebkę herbaty owocowej. - Dobra później nad tym pomyślę, zaparzysz sobie herbatę? Wolę już jechać do gabinetu, dwa dni wolnego jednak wystarczyłyby wyzdrowieć. - Powiedziała, kierując się do wyjścia, wzięła z wieszaka torebkę i czerwony płaszczyk. - Będę pewnie wieczorem, chyba że będę mieć jakiś nagły przypadek, to lepiej nie czekaj na mnie.
- Estera - Zawołał dziewczynę, która już miała zamykać drzwi, więc wsadziła głowę i spojrzała pytającym wzrokiem. - W moim bagażniku leży ten zmiennokształtny. - Na te słowa Estera zrobiła największe oczy jakie tylko potrafiła. - Nie mogłem go zostawić, bo pojechałby do utylizacji.
- Dobra przełożymy go do mojego bagażnika. - Odpowiedziała, zostawiając uchylone drzwi, skierowała się do garażu, gdzie stały obydwa samochody, otworzyła bagażnik i czekała na brata.
- Jest w torbie termoizolacyjnej, więc może nie zacznie tak szybko pachnieć. - Powiedział, przekładając torbę z lisem do bagażnika siostry. Stanął przy swoim samochodzie i patrzył chwilę na siostrę, która nie była zadowolona z faktu wożenia trupa w bagażniku. - Mi też się to nie podoba, ale musimy znaleźć kogoś, kto go zna. Do później. - Estera pokiwała na te słowa głową i wsiadła do samochodu, otworzyła okna, by na ile to możliwe wychłodzić samochód.
Jadąc do miasta, czuła się jakby była na biegunie północnym, powietrze po burzy było wilgotne, a przez to okropnie zimne. Droga zajęła jej około pół godziny, w tym czasie żałował, że nie jest to początek wiosny. Tęskniła za ciepłymi promieniami słońca, które ostatnio rzadko pokazywało się zza chmur, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki niższej temperaturze trup w jej bagażniku tak szybko się nie ugotuje. Będąc pod gabinetem, siedziała jeszcze kilka minut, myśląc co ją czeka w pracy.
Dzień mijał w miarę spokojnie, Estera jednak postanowiła wyjść wcześniej, aby zrobić zakupy do domu. Musiała iść dokupić poza jedzeniem ubrania, będąc w sklepie, wybrała kilka par spodni, bluzek i kupiła ciepłą bluzę, która będzie idealna na te chłodne dni. Gdy zaniosła zakupy do samochodu i poszła jeszcze do kolejnego sklepu, jedzenie zajmowało prawie cały koszyk, na szczęście nie musiała z nim daleko jechać. Przepakowywała zakupy do samochodu, gdy nagle koszyk postanowił zrobić sobie bliskie spotkanie z nadjeżdżającym samochodem. Nie miała pojęcia, jak ten wózek mógł zjechać na równej powierzchni. Kierowca samochodu nie jechał jednak zbyt szybko i zdążył wyhamować. Estera poleciała za koszykiem, w między czasie machając rękoma, jakby chcąc przeprosić i wytłumaczyć, że nie wie jak to się stało. Wróciła z koszykiem i skończyła chować zakupy do samochodu. Po wszystkim odstawiła koszyk i wsiadła do samochodu, włączyła radio i patrzyła na budynki. Widząc kawiarnię, postanowiła się przejść na gorącą czekoladę, wysiadła z samochodu i poszła po słodki napój.
W lokalu było dużo ludzi, ale kolejka składała się z kilku osób, więc stanęła za jakąś parą, chwilę na nich patrzyła po czym odwróciła wzrok i rozejrzała się po kawiarni. Ciepły, przytulny wystrój, miejsce gdzie każdy chętnie przychodzi się zrelaksować na miękkich fotelach z gorącym napojem w kubku. Większość osób brała kawę lub kakao z piankami. Gdy nadeszła kolej Erstery, zamówiła gorącą czekoladę z niewielką ilością cukru na wynos, zamówienie było prawie natychmiast wydane. Trzymając papierowy kubek w dłoni, ruszyła w kierunku drzwi. W myślach rozkoszowała się smakiem gorącego napoju o intensywnym smaku, niestety w rzeczywistości, ktoś wstawał z miękkiego fotela, a dziewczyna była zbyt zamyślona, by zobaczyć przeszkodę na swojej drodze. Człowiek zapewne chciał iść do kasy, ponieważ oboje na siebie wpadli, a ciemna zawartość kubeczka znalazła się na czerwonym płaszczyku i czarnych spodniach Estery. Wystraszona, czując jak gorąca ciecz, parzy skórę jej ud, zaczęła palcami odciągać brudne spodnie od ciała, musiało to wyglądać naprawdę ciekawie, bo ludzie z zainteresowaniem patrzyli na zaistniałą sytuację.
- Przepraszam, zamyśliłam się... Sss... Zasyczała, dalej odciągając materiał spodni od poparzonej skóry. Podniosła głowę, by spojrzeć na osobę czy aby na pewno oblała tylko siebie.
Ktoś?
Estera wzięła z krzesła torebkę, zeszła na parter uśmiechając się do brata, nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.
- Ciężka noc? - Zapytała, a jej uśmiech przygasł, widząc grymas na twarzy bliźniaka. Zostawiła torebkę na wieszaku i poszła z bratem do kuchni.
- Nic nie mów, straciliśmy tego lisa, nie wybudził się z narkozy. Podałem odpowiednią dawkę, zrobiłem wszystko jak trzeba. Na szczęście nie wrócił do swojej ludzkiej formy, ale z drugiej strony jest mi go żal. Jakby na to nie spojrzeć na naszym stole zmarł człowiek, a my nie wiemy kim jest. Najlepiej, żebyś skontaktowała się z którymś ze zmiennokształtnych, nie zakopiemy go przecież w naszym ogródku. - Powiedział, przeczesując palcami włosy i biorąc jabłko z koszyka, który stał na blacie.
- Dobra może kogoś spotkam i się dowiemy kim był, ale... Czemu nie wrócił do ludzkiego ciała? - Zapytała, włączając czajnik, do kubka wrzuciła torebkę herbaty owocowej. - Dobra później nad tym pomyślę, zaparzysz sobie herbatę? Wolę już jechać do gabinetu, dwa dni wolnego jednak wystarczyłyby wyzdrowieć. - Powiedziała, kierując się do wyjścia, wzięła z wieszaka torebkę i czerwony płaszczyk. - Będę pewnie wieczorem, chyba że będę mieć jakiś nagły przypadek, to lepiej nie czekaj na mnie.
- Estera - Zawołał dziewczynę, która już miała zamykać drzwi, więc wsadziła głowę i spojrzała pytającym wzrokiem. - W moim bagażniku leży ten zmiennokształtny. - Na te słowa Estera zrobiła największe oczy jakie tylko potrafiła. - Nie mogłem go zostawić, bo pojechałby do utylizacji.
- Dobra przełożymy go do mojego bagażnika. - Odpowiedziała, zostawiając uchylone drzwi, skierowała się do garażu, gdzie stały obydwa samochody, otworzyła bagażnik i czekała na brata.
- Jest w torbie termoizolacyjnej, więc może nie zacznie tak szybko pachnieć. - Powiedział, przekładając torbę z lisem do bagażnika siostry. Stanął przy swoim samochodzie i patrzył chwilę na siostrę, która nie była zadowolona z faktu wożenia trupa w bagażniku. - Mi też się to nie podoba, ale musimy znaleźć kogoś, kto go zna. Do później. - Estera pokiwała na te słowa głową i wsiadła do samochodu, otworzyła okna, by na ile to możliwe wychłodzić samochód.
Jadąc do miasta, czuła się jakby była na biegunie północnym, powietrze po burzy było wilgotne, a przez to okropnie zimne. Droga zajęła jej około pół godziny, w tym czasie żałował, że nie jest to początek wiosny. Tęskniła za ciepłymi promieniami słońca, które ostatnio rzadko pokazywało się zza chmur, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki niższej temperaturze trup w jej bagażniku tak szybko się nie ugotuje. Będąc pod gabinetem, siedziała jeszcze kilka minut, myśląc co ją czeka w pracy.
Dzień mijał w miarę spokojnie, Estera jednak postanowiła wyjść wcześniej, aby zrobić zakupy do domu. Musiała iść dokupić poza jedzeniem ubrania, będąc w sklepie, wybrała kilka par spodni, bluzek i kupiła ciepłą bluzę, która będzie idealna na te chłodne dni. Gdy zaniosła zakupy do samochodu i poszła jeszcze do kolejnego sklepu, jedzenie zajmowało prawie cały koszyk, na szczęście nie musiała z nim daleko jechać. Przepakowywała zakupy do samochodu, gdy nagle koszyk postanowił zrobić sobie bliskie spotkanie z nadjeżdżającym samochodem. Nie miała pojęcia, jak ten wózek mógł zjechać na równej powierzchni. Kierowca samochodu nie jechał jednak zbyt szybko i zdążył wyhamować. Estera poleciała za koszykiem, w między czasie machając rękoma, jakby chcąc przeprosić i wytłumaczyć, że nie wie jak to się stało. Wróciła z koszykiem i skończyła chować zakupy do samochodu. Po wszystkim odstawiła koszyk i wsiadła do samochodu, włączyła radio i patrzyła na budynki. Widząc kawiarnię, postanowiła się przejść na gorącą czekoladę, wysiadła z samochodu i poszła po słodki napój.
W lokalu było dużo ludzi, ale kolejka składała się z kilku osób, więc stanęła za jakąś parą, chwilę na nich patrzyła po czym odwróciła wzrok i rozejrzała się po kawiarni. Ciepły, przytulny wystrój, miejsce gdzie każdy chętnie przychodzi się zrelaksować na miękkich fotelach z gorącym napojem w kubku. Większość osób brała kawę lub kakao z piankami. Gdy nadeszła kolej Erstery, zamówiła gorącą czekoladę z niewielką ilością cukru na wynos, zamówienie było prawie natychmiast wydane. Trzymając papierowy kubek w dłoni, ruszyła w kierunku drzwi. W myślach rozkoszowała się smakiem gorącego napoju o intensywnym smaku, niestety w rzeczywistości, ktoś wstawał z miękkiego fotela, a dziewczyna była zbyt zamyślona, by zobaczyć przeszkodę na swojej drodze. Człowiek zapewne chciał iść do kasy, ponieważ oboje na siebie wpadli, a ciemna zawartość kubeczka znalazła się na czerwonym płaszczyku i czarnych spodniach Estery. Wystraszona, czując jak gorąca ciecz, parzy skórę jej ud, zaczęła palcami odciągać brudne spodnie od ciała, musiało to wyglądać naprawdę ciekawie, bo ludzie z zainteresowaniem patrzyli na zaistniałą sytuację.
- Przepraszam, zamyśliłam się... Sss... Zasyczała, dalej odciągając materiał spodni od poparzonej skóry. Podniosła głowę, by spojrzeć na osobę czy aby na pewno oblała tylko siebie.
Ktoś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
