7.01.2020

Od Liama CD Claudii

Najpierw zatrzymanie przez Sopp, które dość znacznie rozbiło mój plan dnia, bo te kilka godzin, które spędziłem bezczynnie na komisariacie nic do mojego życia nie wniosły, a mogłem w tym czasie wyjść z Luną na porządny spacer. A potem, gdy postanowiłem odwiedzić siostrę, żeby dać jej znać o zaistniałej sytuacji i żeby szczególnie uważała na to, co robi... do kawiarni wpadł uzbrojony, zamaskowany mężczyzna.
W pierwszej chwili obydwoje z siostrą popatrzyliśmy na niego z jednakowym wyrazem niedowierzania na twarzach. Niedowierzania w rodzaju "co on, do chuja, odpierdala". No bo, bądźmy szczerzy, kto normalny napada na kawiarnię? Ile można zarabiać ze sprzedarzy ciastek i kawy? O tortach nie mówię, bo wiem, że jak się robi je z podobną jak Ana finezją i orofesjonalizmem, to jest to niezły biznes. Ale siostra nie wkłada tych pieniędzy do kasy, tylko przeważnie od razu do portfela.
Tak więc imbecyl, który widać chciał zarobić niewielkim kosztem energetycznym z jego strony (choć i tak się postarał, bo broń znalazł), wszedł do kawiarni jak do siebie, celując w stronę mojej siostry z broni palnej. Odruchowo postawiłem między nimi niewidzialną, nieprzepuszczalną barierę powietrza, choć wątpiłem, żeby wystrzelił. Za napad z bronią w ręku grozi mniej, niż za morderstwo.
Podszedł do kasy, wymachując bronią i żądając pieniędzy. Ana spojrzała na mnie kątem oka niezdecydowana, czy ma go przypalić już teraz, czy jednak jeszcze trochę poczekać. Wzruszyłem ramionami, ale wtedy mój wzrok spoczął na kobiecie, która siedziała w rogu kawiarni, przy drzwiach. Dziwnie znajomej, pięknej kobiecie, którą miałem już dzisiaj okazję poznać...
Zakląłem pod nosem. Wróciłem szybko spojrzeniem na siostrę i energicznie pokręciłem głową. "Nie. Tu jest Sopp." Nie trzeba jej było więcej. Klnąc pod nosem, na czym świat stoi, otworzyła szarpnięciem kasę i, nazbyt demonstrując swoje wkurwienie, by można było uznać jej postawę za wystraszoną i uległą, wepchnęła wszystkie pieniądze do podstawionej jej torby.
Ledwo złodziej odwrócił się, by w pośpiechu opóścić budynek, zerwałem się ze swojego miejsca i ruszyłem na zaplecze, ściskając po drodze siostrę uspokajająco za ramię. Nie powinienem mieć problemu ze złapaniem go, jeśli nie miał zamiaru zwracać na siebie uwagi, idąc środkiem ruchliwej o tej porze dnia. Miał do wyboru tylko jedną boczną uliczkę, na którą, tak się składało, wychodziło tylne wejści z kawiarni.
Miałem go jak na tacy.
I owszem, pojawił się tam, gdzie się go spodziewałem, raptem w kilka minut (i tak za długo, jeśli chciał mieć realne szanse na ucieczkę nawet bez mojej interwencji). Tyle że jednego nie przewidziałem - ta agentka Sopp pobiegła za nim. No ale cóż, mogłem się domyślić, że większość ich oficjalnych pracowników dysponuje czymś takim jak poczucie obowiązku.
Wspólnymi siłami udało nam się powalić złodzieja, choć wcześniej wystrzelił w nas cały magazynek. Przynajmniej jedna kula powinna trafić dziewczynę, a spudłowała wyłącznie dlatego, że gwałtownym ruchem powietrza zmieniłem jej tor lotu i zamiast trafić w ramię, przeleciała bez czynienia żadnych szkód nad głową policjantki. Czy jaką tam funkcję pełniła, bo w sumie nie wiedziałem.
W międzyczasie gliny wpadły w odwiedziny, jak było z resztą do przewidzenia. Zgarnęli niedoszłego kandydata na zbrodnię miesiąca, odbierając mu tym jakiekolwiek szanse na wygraną w tej kategorii. No cóż. Pozostało mu mieć nadzieję na wyróżnienie w pozostałych konkurencjach. Najgłupszy powód aresztowania na przykład...
- To już dzisiaj drugi raz, Balanchine - rzuciła dziewczyna, po tym, jak wróciliśmy razem do kawiarni. Torba z pieniędzmi wyciągniętymi z kasy trafiła już z powrotem do Any, która przestała już psioczyć na cały świat i po prostu wróciła do obsługiwania klientów. - Mam nadzieję, że do trzeciego razu nie dojdzie - dodała, podkreślając wypowiedź uśmiechem.
- Nie miałbym nic przeciwko, gdyby doszło - odpowiedziałem uśmiechem. - Tylko może w nieco innych okolicznościach - dodałem żartem. - A tak w ogóle, ty znasz moje imię, ja nie znam twojego. To trochę nie fair, nie sądzisz?
Patrzyła na mnie przez chwilę, a ja złapałem się na tym, że zbyt wiele uwagi poświęcam podziwianiu koloru jej oczu. Zamrugałem, próbując pozbyć się dziwnego wrażenia. Jak na policjantkę była naprawdę... piękna.
- Claudia Von Treskov - odpowiedziała w końcu, wyrywając mnie tym z zamyślenia.
- Imię ładne jak jego właścicielka - uśmiechnąłem się lekko, opierając biodrem o ladę, przy której stała. Tym sposobem znalazłem się blisko dziewczyny... zdecydowanie bliżej, niż nakazywałyby dobre maniery.
Jeśli sądziłem, że ją tym speszę... tylko trochę się pomyliłem. Nie zareagowała co prawda rumieńcem czy próbą spoliczkowania mnie za zbytnie spoufalanie się, ale nie odpowiedziała też w żaden sposób na mój komentarz. Po prostu rzuciła mi któtkie spojrzenie i wyszła z kawiarni.
Ciekawa osóbka.

Clau? ;P

Od Liama CD Pheobe

Chyba powinienem ograniczyć długość spacerów, na które zabierałem Lunę wieczorami, do niezbędnego minimum. Bo mam wrażenie, że za każdym razem, jak wybieram dłuższą trasę, coś się odjebie.
I tym razem nie było inaczej.
Najpierw wpadła na mnie jakaś dziewczyna. Dosłownie wpadła. Odruchowo położyłem jej wolną rękę na plecy, żeby nie upadła. Jej ładne oczy spotkały moje i wyszlochała tylko "Błagam, pomóż mi". Bo zaraz potem usłyszałem charakterystyczny dźwięk odbezpieczanej broni i zaledwie sekundę potem wystrzał.
Zareagowałem odruchowo. W zasadzie zdziwiłem się, że zdążyłem. Wspomagając się oszczędnym ruchem złożonych ze sobą palca wskazującego i środkowego dłoni, w której trzymałem smycz Luny, stworzyłem między nami a strzelcem nieprzepuszczalną barierę powietrza.
Pocisk odbił się od niej, rykoszetując w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie usłyszałem przy tym niczyjego krzyku, założyłem więc, że nie trafił żadnego przypadkowego przechodnia. Na szczęście.
Nie miałem jednak możliwości lepszego zorientowania się w sytuacji, czyli chociażby zobaczenia twarzy strzelca, bo Lunie nie spodobało się tak gwałtowne naruszenie jej przestrzeni osobistej przez nieznajomą. Zanim zdążyłem zareagować, pies skoczył na dziewczynę z wyszczerzonymi zębami, najpierw warcząc gardłowo, potem szczekając i zamierzając się do ugryzienia. Metalowy kaganiec zapobiegł zrobieniu większej krzywdy nieznajomej, ale budujące go druty okazały się mordercze dla cienkich rajstop, które miała na sobie. Zahaczyły się o nie, a gdy odciągnąłem Lunę na bezpieczną odległiać, wydarły w materiale, któremu do destrukcji wystarczyło zaledwie zahaczenie paznokciem podczas zakładania, dość sporą dziurę, od której natychmiast odeszły też oczka na całej długości prawej nogi dziewczyny.
Cóż, dobrze, że ucierpiały tylko rajstopy. Gdyby coś więcej, mógłbym mieć problemy.
- Uważaj - syknąłem, cofając się o krok i odpychając dziewczynę, która widać nie miała instynktu samozachowawczego, bo zamiast odruchowo cofnąć się przed agresywnym psem, nadal opierała się o mnie, patrząc z niejakim przerażeniem na owczarka i potrzebowała fizycznego impulsu, żeby się odsunąć.
Wtedy rozległ się kolejny strzał. Kolejny pocisk odbił się od stworzonej w ostatniej chwili, niewidzialnej ściany.
Niedobrze.
- Proszę - jęknęła dziewczyna, rzucając wystraszone spojrzenia to na Lunę, to na mężczyznę, który niechybnie się do nas zbliżał. Westchnąłem ciężko.
- No, księżniczko, możesz się pobawić - mruknąłem do suczki, wprawnym ruchem odpinając zapięcie przy jej kagańcu i zsuwając go z jej pyska. Po czym puściłem smycz.
Ruszyliśmy z psem jednocześnie - ona w kilku susach dopadając gościa z bronią, ja doskakując do dziewczyny, w ostatniej chwili odpychając ją z drogi kolejnego lecącego w naszą stronę pocisku. Potem naszych uszu dobiegł ryk bólu mężczyzny, gdy na jego ręce zacisnęły się zęby mojego psa.
Złapałem dziewczynę za ramię, popychając ją za załom budynku, żeby odsunąć ją sobie z drogi. Nie wyglądała mi na typ wojowniczki, która sama skopałaby tyłek napastnikowi czy chociażby dołączyła do swojego wybawcy, by w jakiś sposób mu pomóc. Byłaby tylko kulą u nogi.
- Nie wychylaj się - mruknąłem, patrząc dziewczynie w oczy, żeby pokazać, że nie żartuję. Gdy lekko skinęła głową, odwróciłem się, by stawić czoła napastnikowi.
Jakimś cudem zdołał już odczepić od siebie Lunę, z którą mierzyli się teraz wzrokiem. Próbował ją zdominować. Głupota. Takich manewrów można próbować przez płot z wiejskim burkiem, a nie z wielkim, widocznie agresywnym psem na wolności.
Tym bardziej, jeśli się wcześniej widziało, że jego właściciel do chuderlaków nie należy.
Wykorzystałem, że gościu był zbyt skupiony na moim psie, żeby zobaczyć, że się zbliżam. Po drodze podniosłem z ośnieżonego chodnika broń, którą mężczyzna musiał upuścić, gdy został zaatakowany. Poczułszy zimny metal na skórze, wzdrygnąłem się odruchowo. Już dawno nie zostałem zmuszony do używania broni palnej. I jakoś za tym nie tęskniłem.
W kilku krokach dotarłem do mężczyzny. Zatrzymałem się za jego plecami i przyłożywszy mu lufę do potylicy, odbezpieczyłem pistolet. Reakcja faceta była natychmiastowa.
Zamarł. Oddech mu przyspieszył, co nie umknęło moim wyczulonym zmysłom. I odwrócił wzrok.
To ostatnie poznałem po tym, że Luna warknęła i ponownie chciała skoczyć na niego, ale powstrzymałem ją krótkim "nie". O dziwo posłuchała niemal od razu.
Mężczyzna powili podniósł ręce do góry w geście poddania. Pewnie prawie każdy inny uznałby, że po prostu chce odejść i straciłby w tym momencie czujność. Ja widziałem zbyt wiele podobnych sytuacji, zakończonych gwałtownym odwróceniem przewagi z powrotem na stronę, zdawać by się mogło, że pokonanego. Dlatego zamiast odetchnąć z ulgą, tylko mocniej przycisnąłem lufę do głowy gościa.
- A teraz, skoro już się sobie w bardzo kulturalny sposób przedstawiliśmy - zacząłem lekkim tonem, rozglądając się ukradkiem dookoła, żeby sprawdzić, czy napastnik był sam. Zobaczyłem czarny samochód zaparkowany nieopodal, jednak gdy tylko moje oczy na nim spoczęły, ktoś za kierownicą odpalił silnik i ruszył z miejsca, mijając nas i odjeżdżając, jak gdyby nigdy nic. - Nie chcę wchodzić w osobiste porachunki między tobą a tamtą dziewczyną, bo średnio mnie one obchodzą. Ale ganianie za nią po ulicach z bronią w ręku nie wygląda zbyt dobrze, nie sądzisz? - zerknąłem kątem oka w miejsce, gdzie zostawiłem dziewczynę. Nie widziałem jej, ale nie musiało to wcale znaczyć, że jej tam nie ma. W końcu nie bez powodu wybrałem tamto miejsce - chodziło, żeby była schowana i nie oberwała przypadkową kulą. - Następny raz, jak będziecie chcieli kogoś z kolegami porwać, postarajcie się bardziej. Cała ta akcja była bardzo nieprofesjonalna - dodałem szeptem, nachylając się do ucha mężczyzny. Jego tętno jeszcze bardziej przyspieszyło. Poczekałem chwilę, czerpiąc przyjemność z jego narastającego przerażenia, nim w końcu wylrowadziłem kopnięcie w tył jego kolan, co spowodowało jego gwałtowny upadek na ziemię. - Spieprzaj stąd - rzuciłem, odsuwając pistolet od jego głowy. Wyciągnąłem magazynek i schowałem go do kieszeni, a nienabity już pistolet oddałem właścicielowi. A niech ma. Byleby mi w plecy nie strzelił. - Zanim się rozmyślę.
Moje słowa podkreśliło groźne szczeknięcie Luny. Nie minęło pięć sekund, nim napastnik zniknął. Odbiegł gdzieś ulicą, potykając się i co chwilę oglądając za siebie, czy na pewno za nim nie ruszyłem.
Pizda.
- Możesz już wyjść, ma damo w opałach - rzuciłem przepełnionym sarkazmem tonem na tyle głośno, by dziewczyna, schowana nadal za budynkiem, na pewno mnie usłyszała. Gwizdnąłem cicho, by przywołać do siebie Lunę. Złapałem smycz i szybko z powrotem nałożyłem jej kaganiec, żeby przypadkiem, nadal zaaferowana akcją sprzed chwili, nie zaatakowała nieznajomej.
Nie miałem co prawda za bardzo czasu na niańczenie kogoś, ale miałem pełne prawo podejrzewać, że ktoś może po nią wrócić. A wtedy miałbym ją na sumieniu.

Pheobe?

6.01.2020

Od Liama CD Kangsoo

Przygotowałem nam herbatę, z którą przeszliśmy później do salonu. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, a po chwili niemal całkowicie zapomnieliśmy o akcji z kobrą.
Od tamtego dnia dziwnie często nasze drogi przypadkiem się krzyżowały. Gdy wychodziłem na spacery z Luną do parku, a Kangsoo akurat też tamtędy przechodził. W schronisku. Raz zaszedł do sklepu po ciastka dla Geuma, bo w tym, w którym zwykle je kupował, nie przyszła tym razem dostawa.
Któregoś dnia Koreańczyk wpadł do kawiarni mojej siostry, gdy akurat zastępowałem Mię przy kasie, bo dziewczyna musiała pojechać odebrać młodszego brata ze szkoły. Podobno coś nabroił, a nie chciał, żeby rodzice się o tym dowiedzieli, więc zadzwonił do siostry. A że akurat byłem w pobliżu... czemu miałbym nie pomóc?
- Jak mogę pomóc naszemu priorytetowemu klientowi? - zapytałem, uśmiechając się szeroko, gdy tylko zobaczyłem przyjaciela w drzwiach. Zwróciłem tym uwagę kilku klientów, którzy siedzieli przy stolikach w kawiarni. Odwrócili głowy w kierunku drzwi, ale zaraz wrócili do przerwanych czynności. A Kangsoo podszedł do lady i też lekko się uśmiechnął.
- Wpadłem w odwiedziny - rzucił, spoglądając na gablotę z bułeczkami drożdżowymi z makiem, których kolejną partkię moja siostra właśnie przygotowywała w kuchni na zapleczu sklepu, bo jej pracownicy, jak powiedziała, zanim zniknęła po tym, jak przejąłem kasę, "nie nadają się do prac tak misternych, jak ta". Bo nie dość, że makowce były piękne, każdy jeden przypominał bowiem kształtem gwiazdę, to jeszcze były przepyszne. Wiem, bo próbowałem. Niekoniecznie za zgodą siostry.
- I jakimś cudem wiedziałeś, że tu będę? - zapytałem, unosząc ze zdziwieniem brew.
- No... nie - Kangsoo z powrotem złapał ze mną kontakt wzrokowy i uśmiechnął się lekko. - Powiedzmy, że stęskniłem się nieco za wypiekami twojej siostry.
- Cóż, to zrozumiałe - pokiwałem głową, przybierając poważny wyraz twarzy i potakując, niby znawca. Mniej więcej wyedy poczułem uderzenie dłoni w potylicę. Aż podskoczyłem zaskoczony.
- Nie wydurniaj się, tylko mi pomóż - zaśmiała się, wskazując ruchem głowy blaszkę, którą przyniosła, pełną kolejnych bułeczek. Spojrzała na Kangsoo. - Hej. Chcesz jedną? Jeszcze ciepłe.
- Oczywiście, że chce - odpowiedziałem za przyjaciela, już sięgając po jedną, ale powstrzymało mnie niezbyt delikatne pacnięcie w dłoń. Zabrałem ją szybko i przycisnąłem do piersi, rzucając siostrze skrzywdzone, pełne wyrzutu spojrzenie.
- Zjadłeś już przynajmniej trzy - przypomniała, nie zmieniając pogodnego tonu. Oparła blaszkę jednym krańcem o blat, żeby mieć wolną rękę i w ten sposób móc przenieść wypieki do gabloty.
- Kolejna mi nie zaszkodzi.
- Zaszkodzi.
Ponad ramieniem siostry spojrzałem na Kangsoo i demonstracyjnie przewróciłem oczami, czym wywołałem rozbawienie na twarzy przyjaciela. Sięgnąłem po papierową torebkę, którą otworzyłem wprawnym ruchem i włożyłem do niej jedną, polukrowaną bułkę, porwaną prosto z blaszki, tym razem bez protestów ze strony siostry. Zawinąłem ją i podałem Kangsoo. I nagle wpadłem na pewien pomysł.
- Ej, a w sumie... - zacząłem, gdy Ana poszła odnieść blaszkę. - Co powiesz na wypad na łyżwy? - posłałem przyjacielowi promienny uśmiech. - Otworzyli lodowisko w centrum.
- Czy ja wiem... - nie wydawał się nie wiadomo jak szczęśliwy tym pomysłem, ale ostatecznie, po chwili namowy, zgodził się. Ukradkiem zabrałem jeszcze jedną bułeczkę z gabloty i szybko schowałem do torby, żeby Ana nie zauważyła. A dla niepoznaki zawołałem - Ana, idziesz z nami?
Choć mogłoby się to pytanie wydawać dziwne, zważywszy na to, że dziewczyny nie było przy naszej rozmowie, to zaraz padła odpowiedź. Przecząca.
- Oj, no nie bądź taka! Daj się namówić. Już i tak skończyłaś na dzisiaj, a Mia zaraz wróci - zrobiłem do niej maślane oczka, gdy wyszła z zaplecza.
Zajęło mi to dobre dziesięć minut, ale w końcu się zgodziła. Po tym, jak wróciła Mia i prawie dosłownie wypchnęła za drzwi mówiąc, że sobie poradzi, a ona ma iść się bawić. Siostra westchnęła tylko ciężko, mruknęła pod nosem coś, co brzmiało jak "Całe życie z wariatami", ale poszła z nami.
- W sumie nie pytałem - zwróciłem się do przyjaciela później, gdy już szliśmy pokrytym ciągle padającym śniegiem chodnikiem. Ana, okutana w szalik tak, że było widać zza niego tylko jej oczy, szła między nami, musiałem więc patrzeć na mężczyznę nad jej głową. - Umiesz jeździć?

Kangsoo?

5.01.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy ciemnowłosy zaczął się przebudzać, czuł się jak trup, o ile wiedział, jak trup się czuje i czy w ogóle coś czuje. Mało istotne. Ciało mężczyzny były poparzone i skopane, lecz o dziwo nie doszło do żadnego złamania czy zwichnięcia, co rzadko się zdarzało. Czuł jednak czyjąś obecność, że nie jest sam w tym.. kontenerze, w którym się obecnie znajdował.
— Obudziłeś się. — powiedziała spokojnym tonem obca kobieta. — Lys chce Cię zabić. — zaczęła i zbliżyła się do bruneta — I choć mnie nie znasz, pomogę Ci. — odparła poprawiając swoje kruczoczarne włosy.
Wtem kobieta wypowiedziała słowa w obcym języku, a ciało ciemnowłosego sklonowało się co do kropki na pośladku, lecz klon był bardziej nieprzytomny niż sam Michael, który ze zdziwieniem obserwował dość ładną panią.
— A teraz skryj się w cieniu. Nadchodzi. — mruknęła cicho, po czym rozpłynęła się w powietrzu.
Choć mężczyzna nie posiadał za wiele sił, uczynił słowa kobiety i zniknął w ciemnym zakamarku kontenera, pozostawiając jedynie swojego klona. Po kilku minutach stało to, o czym wspominała czarnowłosa - do kontenera wkroczył Lys i zabrał sobowtóra. Gdy ten zniknął za stalowymi drzwiami, Mike opadł bezsilnie na ziemie w celu regeneracji swoich sił, przechodząc w medytację.
   Gdy w głównej części magazynów rozległ się huk z broni palnej, każdy wiedział co się stało — Michael Crowley nie żyje. Jego przyjaciółka w moment zalała się łzami, a zadowolony z siebie bandzior poszedł w swoją stronę. Jednak był ktoś, kto wiedział, że Mike żyje i ma się prawie dobrze, a był to nikt inny, jak Corson. Rogaty opuścił ciało przyjaciela i niezauważony podszedł do jasnowłosej kobiety.
— Nie płacz, Ana. — powiedział demon, opierając się przed sobą o drewnianą laskę.
— On nie żyje.. — szeptała — Zabili go. — dodała zaciskając dłonie na koszulce mężczyzny.
— Ależ Ana, on żyje. — rzekł demon, po czym ciepło się zaśmiał.
— Przecież on tutaj leży martwy. — spojrzała na rogatego.
— Wskażę Ci drogę do niego, ale musisz mi zaufać, Ana. — mówił patrząc blondynkę — Długo tak nie wytrzymam.. — dodał, tracąc powoli swoją materialność.
Jasnowłosa chyba zauważyła stan demona i nie stawiała oporu, gdy ten wniknął w jej ciało. W ciało drakonida z krwi i kości, tworząc tym niezłą mieszkankę demona ze smokiem.
— A teraz chodź i nie walcz ze mną, bo zabijesz swojego przyjaciela. — mówił w głowie kobiety.
— Czemu nie możesz mi po prostu powiedzieć, gdzie on jest? — spytała w trakcie drogi.
— Wśród tylu kontenerów? To jak szukanie igły w stogu siana. — odpowiedział spokojnie.
Po kilku minutach dotarli do miejsca, gdzie znajdował się nieprzytomny Michael, czekający na swojego demona. Gdy kobieta ujrzała przyjaciela, opadła przy nim na kolana, a gdy Corson wrócił do jego ciała, ten w moment się ocknął, łapiąc łapczywie powietrze w płuca.
— Boże, Mike.. — mruknęła i przyjrzała się ciemnowłosemu — Ale.. przecież on tam leżał.
— To był klon. — odpowiedział zaraz Mike — Ktoś mi pomógł, dla tego ja żyje, a sobowtór leży martwy. — dodał lekko wzdychając.
— Co oni Ci zrobili..
— To co zawsze, Ana. — uśmiechnęła się — A teraz chodź zajebać tego cwaniaka. — dodał, podnosząc się z ziemi.
Pomimo wielu ran na ciele Crowleya, ten miał jeszcze więcej energii i sił przez adrenalinę, która płynęła w jego żyłach. Był niczym wściekły pies na cienkim łańcuchu, który lada moment pęknie. Choć chciał przemienić się w demona, wolał w ludzkim ciele pokazać się człowiekowi, który pewnie opija jego śmierć.
— Ana, proszę tylko o jedno. — zaczął brunet, tworząc w swojej dłoni miecz — Nie powstrzymuj mnie. Jak już wrócić z martwych, to z pierdolnięciem. — dodał z szyderczym uśmiechem.
— Dobrze, ale zabicie tego marnego człowieka należy do mnie. — rzekła stanowczo.
Mężczyzna przytaknął na jej słowa i oby dwoje zatrzymali w głównej części magazynu, w której nadal znajdowało się ciało klona. Gdy jednak przypomniał sobie o kobiecie, która mu pomogła, ciało te zniknęło, rozpływając się w powietrzu.
— Lysandre! — zawołał donośnie ciemnowłosy.
Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się liska, któremu niemalże opadła szczęka na widok Michaela.
— Przecież Cię zabiłem! — warknął niezadowolony.
— Myślisz, że pukawką można zabić demona? — zaśmiał się, przyciągając mężczyznę do siebie — Jestem zły. Jestem bardzo zły za to, co zrobiłeś mojej przyjaciółce. — dodał półszeptem.
— I mam się Ciebie bać? — prychnął obudzony.
— Już się mnie boisz. — uśmiechnął się w odpowiedzi.
Crowley odrzucił lisa kilka metrów dalej i przybrał demoniczną postać, stojąc u boku Any, która była gotów zabić każdego, kto stał dookoła nich.
— Graj muzyko.. — wyszeptał rogaty, oddając się mocy z samych piekieł.
Magazyn stał się istnym polem walki, które przepełnione było mrokiem oraz krwią wrogów, ociekającą ze ścian kontenerów. Corson emanował taką energią, że z jego szczęki wydobywał się czarny dym, a oczodoły zabarwiły się na czerwono, co zdarza się nadzwyczaj rzadko.
Gdy wszystkie misie Lysa były już martwe, większość zwłok było rozczłonkowanych, a podłoga była ufajdana od krwi, nadszedł czas na samego Lysa, którego dopadł rogaty. Oczywiście pamiętał o słowach przyjaciółki i zaciągnął mężczyznę pod nogi kobiety, rzucając nim jak workiem śmieci.
— Czyń honory, Ana. — rzekł demonicznym głosem, kontrolując, aby Lys nie zrobił krzywdy blondynce.

Ana? 

Od Pheobe do Liama

- Ile razy mam panu powtarzać, że potrzebuje tej rezerwacji na dzisiaj? Zapłacę podwójnie. Jeśli będzie trzeba to nawet potrójnie. Panie Stain to dla mnie bardzo ważne. Przysięgam, że w ten wieczór zarobi pan więcej niż przez cały tydzień - chodziła po pokoju zdenerwowana. Aria od dźwięku jej szpilek stukających o kafelki nie mogła spokojnie spać. Robert jak zwykle zaprosił klientów na kolację bez rezerwacji w jakiejkolwiek rezerwacji, a martwienie się tym oczywiście zostawił córce.
- Pani Burton oczywiście. Stolik będzie gotowy na szóstą. Jakieś życzenia co do muzyki? - tak jak myślała pieniądze załatwiły sprawę. Dobrze znała właściciela i wiedziała, że ten przystanie na jej propozycję nawet gdyby miał wyrzucić wszystkich ludzi z lokalu.
- To ma być klasyczna, biznesowa kolacja. Fortepian wystarczy.
- Oczywiście. Do zobaczenia wieczorem - rozłączyła się. Głośno wzdychając opadła na sofę obok psa. - Powiedz mi kochanie jak to jest, że ojciec godzinę przed spotkaniem przypomina sobie, że o czymś zapomniał? - głaskała ją delikatnie po głowie. - Jeszcze będę musiała tam iść i się uśmiechać przed jakimiś staruchami. Powinien znaleźć sobie kobietę do dekoracji, a nie mnie.
- Twój ojciec jest świadomy faktu, że zmiękczasz męskie serca. Nie narzekaj tylko idź się lepiej przygotuj - Connor wyszedł z kuchni trzymając w dłoni kanapkę z szynką. Mężczyzna czuł się w posiadłości jak u siebie. Był jak członek rodziny. Usiadł obok niej, a majonez z przekąski kapnął na jej kombinezon.
- Kurwa mać to Channel! - krzyknęła podnosząc się do pionu. - Zabije cię własnymi rękoma jeśli to nie nie spierze - warknęła i mocnym krokiem ruszyła w stronę swojej sypialni. Ten się tylko zaśmiał i włączył sobie telewizję. Minęły dwie godziny. Zbliżała się osiemnasta, a ona dalej siedziała w swoim pokoju. Connor i Robert czekali na nią gotowi do wyjścia.
- Ile można? - starszy poprawił krawat. - Idź sprawdzić czy wszystko z nią dobrze - zlecił wilkołakowi na co ten skinął i poszedł wykonać rozkaz. Bez pukania wszedł do pokoju Pheobe. Dziewczyna gotowa do wyjścia zapinała kolczyki. Ubrana w białą, obcisłą sukienkę z długimi rękawami i odkrytymi ramionami. Włosy zaczesane w prostego koka dodawały jej kreacji elegancji.
- Musimy już jechać - mruknął patrząc na nią. Od dawna był w niej zakochany. Pociągała go pod każdym ciałem. Bał się wyznać swoje uczucia. Wiedział, że jeśli coś poszłoby źle straciłby możliwość patrzenia na nią codziennie.
- Dobrze już dobrze - spakowała do torebki wszystko czego potrzebowała i wymijając go wyszła przodem. - Zajmij się Arią. Byłoby dobrze gdybyś wypuścił ją na chwilę na dwór. Nakarm ją o ósmej - podała mu wytyczne tak jakby mówiła o dziecku.
- Tak jest szefowo - przewrócił oczami idąc za nią.
- Jest i moja księżniczka! Piękna jak zwykle - ojciec przytulił dziewczynę. - Moja duma - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tato chodźmy już. Spóźnimy się za chwilkę tak - nie chciała żeby zniszczył jej fryzurę, z którą męczyła się dobre trzydzieści minut.
- Oh tak jasne. Connor zaopiekuj się domem! - krzyknął biorąc kluczyki od czarnego Mercedesa Klasy S.
Zatrzymali się przed wejściem. Robert oddał klucze do wozu obsłudze żeby ten go zaparkował.
- Tym razem siedź i uśmiechaj się grzecznie. Ja zajmę się interesami - przez chwilę zastanawiała się skąd ta decyzja jednak nie sprzeciwiała mu się. Jak zawsze była mu posłuszna. Przy stolików czekało na nich dwóch mężczyzn. Widząc ojca z córką podnieśli się z krzeseł. Tak jak dziewczyna przypuszczała. Jeden z nich był w wieku jej rodzica, a drugi coś około czterdziestki. Ucałowali dłoń dziewczyny i uścisnęli rękę Robertowi po czym ponownie zajęli swoje miejsca.
- Jesteś piękniejsza niż sądziłem - starszy uśmiechnął się do niej na co odpowiedziała tym samym. Poczuła obrzydzenie jednak nie dała tego po sobie poznać. - Proponuję żebyśmy najpierw zjedli kolację i napili się wina zanim przejdziemy do interesów.
Przez następna godzinę rozmawiali o sprawach prywatnych. Wypytywali głównie o Pheobe. Dziewczyna nie mówiła o sobie zbyt chętnie. Nie spodobali jej się. Czuła, że w powietrzu wisi coś złego.
- Czas przejść do sedna sprawy - mruknął Robert.
- Chciałbym jednak porozmawiać w cztery oczy. Danny zajmie się twoją córką. Nic jej z nim nie grozi. Zapewniam - nie był pewien jednak ostatecznie się zgodził. Kontrakt z nim był dla niego cholernie ważny. Potrzebował nowego dostawcy towaru, a od niego nie było lepszych. Przyciągnął ją do siebie.
- Załatwię to szybko. Jeśli coś będzie nie tak daj znać chłopakom. Kręcą się po okolicy - wyszeptał jej do ucha. Przełknęła głośno ślinę.
- Chodźmy - wstała i ruszyła przodem w stronę wyjścia. Położył dłoń na jej plecach i poprowadził ją. Wyszli na ulicę. Mało ludzi kręciło się w tej części miasta. Szatynka czuła ogromny dyskomfort. - Piękny wieczór – mruknęła chcąc jakoś rozładować napiętą atmosferę.
- Nie tak piękny jak ty dziecino - jego dłoń zsunęła się zdecydowanie zbyt nisko. Przełknęła głośno ślinę i ugryzła się w język żeby nic nie powiedzieć.
- Bardzo mi miło - uśmiechnęła się delikatnie.
- Będę musiał niestety przerwać tę cudowną chwilę - nie do końca zrozumiała o co mu chodzi ale po chwili wszystko się wyjaśniło. Wciągnął ją w boczną alejkę zasłaniając usta żeby nikt nie usłyszał jej krzyków. Nie miała pojęcia co się dzieje. - Cichutko - patrzyła mu prosto w oczy. - Miałem cię tylko zgarnąć ale kurwa nie dam rady - sekundy później czarne Audi podjechało po nich. Kiedy prowadził ją w stronę wozu dziewczyna ugryzła go w palec tak, że poczuła krew na swoich ustach i ruszyła biegiem przed siebie. - Ty mała szmato! - warknął i ruszył za nią. Wypadła jej torebka. Nie miała jak zadzwonić po pomoc. Po prostu uciekała. Spojrzała za siebie przez ramię. Biegł za nią z bronią w ręku. Przyspieszyła i skręciła na następnym skrzyżowaniu wpadając przy tym na jakiegoś mężczyznę.
- Błagam pomóż mi - wyszlochała wpatrując się w jego brązowe tęczówki.


<Liam?>

Od Claudii do Liama

   Gdy kobieta opuściła salę odpraw, od razu została zaczepiona przez Harrisa, który zaprosił ją do swojego biura. Jak się okazało, mężczyzna miał do niej pewną prośbę, której nie mogła odrzucić czy zostawić na później. Miała za zadanie przetransportować kilka dokumentów oraz broni do mniejszej jednostki policji, oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Seattle. Bez zbędnych pytań zgodziła się i po spakowaniu wspomnianych rzeczy do jej auta, ruszyła w trasę.
Dotarcie na miejsce zajęły jej prawie dwie godziny, a załatwienie formalności z mundurowymi zaledwie kilka minut, więc gdy wszystko było na miejscu, wróciła do swojego pojazdu i skierowała się do Seattle. Jednak droga powrotna nie była już taka spokojna, gdyż kilka kilometrów przed miastem, jej auto zaczęło szwankować, do czego raczej dojść nie powinno. Temperatura silnika niebezpiecznie się podniosła, przez co komputer pokładowy wymusił na kobiecie zatrzymanie pojazdu na poboczu i sprawdzenie stanu silnika. Z cichym westchnięciem opuściła jeepa i otworzyła jego maskę, a gdy poczuła nagły podmuch ciepłego powietrza wiedziała, że ten po prostu się zagotował, ale czemu? Pomimo ograniczonej wiedzy na temat aut, Clau postanowiła na własną rękę zlokalizować usterkę, lecz nim to zrobiła, odczekała kilka minut na ochłodzenie motoru. Gdy ten miał już optymalną temperaturę, zerknęła do jego środka i dość szybko naprawiła uszkodzony element, jakim był poluzowany przewód czujnika temperatury wody. Okurzone dłonie wytarła wilgotnymi ściereczkami, po czym wsiadła w pojazd i skierowała się na komendę.
Gdy tylko jej osoba pojawiła się w biurze, od razu została zabrana na przesłuchanie osoby podejrzanej o kontakty z mafią, co było o wiele lepszą czynnością, niż patrolowanie miasta niewygodnym wozem policyjnym. Będąc w pokoju przesłuchań, blondynka stanęła obok swojego znajomego i przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn, spoglądając raz do dowodów raz na przesłuchiwanego.
— Słuchajcie, drodzy panowie detektywi. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jestem zatrzymany. Nic nie zrobiłem. Za to w domu czeka na mnie wnerwiony waran stepowy, papuga i pies. Wszyscy na pewno już głodni, bo zgarnęliście mnie, jak wracałem z pracy i nie miałem kiedy ich nakarmić. Mieliście kiedyś do czynienia z głodnym waranem stepowym? Nie? Uwierzcie, nie chcecie mieć. Ja też nie. Więc proszę, skończmy tę szopkę i rozejdźmy się w pokoju. — powiedział po dłuższym czasie podejrzany.
— To nie on, William. — stwierdziła blondynka po chwili zamyślenia — Rysopis podobny, ale zeznania nie pasują. Do tego akcja działa się w czasie, gdy podejrzany był w pracy. Ma alibi.
— Dobrze Pani mówi. — przyznał brunet, na którym od razu wylądowało spojrzenie obu policjantów.
— Ale jego siostra.. — zaczął Willi.
— Ale jego siostra to inna sprawa i lepiej tego nie mieszajmy. — uśmiechnęła się ironicznie — Odprowadzę Pana do wyjścia.
— Mam nadzieję, że wiesz co robisz, Treskow. — rzekł mundurowy.
Kobieta krótko spojrzała na znajomego, po czym bez problemu odpięła kajdanki Balanchinea i skierowała go do wyjścia. Szli w ciszy, a nawet jakby brunet zaczął o czymś mówić, blondynka nie odezwałaby się słowem. Taka jej natura.
— Staraj się nie zwracać na siebie uwagi. — powiedziała krótko przy drzwiach komisariatu. — I nakarm swoich zwierzęcych przyjaciół. — westchnęła, odchodząc od mężczyzny.
   Gdy praca Treskow dobiegła końca, wróciła do swojego domu w celu umycia się oraz przebrania, żeby nie paradować w mundurze po całym mieście. Czuła się o wiele lepiej w ciuchach cywilnych, gdyż nie zwracała na siebie uwagi ubiorem, jak większość ludzi. Po poprawieniu makijażu opuściła posiadłość i skierowała się do jednej z pobliskich kawiarni, gdzie często lubiła przebywać, szczególnie po godzinach pracy.
W lokalu przywitał ją przyjemny zapach kawy oraz przygotowanych ciast, co od razu uspokoiło jej duszę. Zasiadła wygodnie przy wolnym stoliku i zamówiła to co zawsze, czyli kawę ze skromnym ciastkiem. Gdy spojrzenie blondynki zaczęło wędrować po lokalu, zauważyła ona niejakiego Liama z popołudniowego przesłuchania oraz jego siostrę, która jest właściciel kawiarni. Widać, że rodzeństwo się dogaduje i mają się dobrze. W sumie to.. dobrze.
Gdy kubek kawy został opróżniony, a na talerzyku pozostały tylko okruszki ciasta, młoda Treskow zbierała się do opuszczenia lokalu i pewnie wyszłaby bez większego problemu, oczywiście płacąc wcześniej za kawę, lecz do pomieszczenia wszedł uzbrojony osobnik, który spłoszył garstkę ludzi siedzących przy stolikach. Mężczyzna od razu zażądał pieniędzy, grożąc przy tym bronią palną, którą posiadał w dłoniach. Kobieta stojąca za ladą uczyniła jego rozkaz i pozwoliła bandycie opuścić kawiarnię, lecz Treskow, będąca Sopp, nie mogła pozwolić na coś takiego. Wykorzystała chwilę nieuwagi mężczyzny i ruszyła prosto za nim w pogoń, kierując się w wąską uliczkę. Ucieczka oprawcy zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła, gdyż po drugiej stronie stanął Balanchine, torując tym drogę. Spanikowany złodziejaszek zaczął strzelać serią raz do kobiety, raz do mężczyzny, lecz żadnego z nich nie trafił, co spowodowało wyzerowanie magazynka. Zirytowany rzucił broń na bok i ruszył biegiem na słabszy mur, czyli blondynkę, która była gotowa na wszelki kontratak.
Mężczyznę udało się szybko obezwładnić, choć gdyby nie brunet, mogłoby dojść do użycia zdolności przez Treskow, czego raczej nie chciała czynić. W międzyczasie zdołała zjawić się policja, która zabrała bandytę, a pieniądze w materiałowym worku trafiły do właścicielki.
— To już dzisiaj drugi raz, Balanchine. — powiedziała spokojnie Claudia, która zabrała swoje rzeczy ze stolika, chcąc opuścić lokal — Mam nadzieję, że do trzeciego razu nie dojdzie. — dodała podając pieniądza za kawę, a gdy zorientowała się, że jej słowa mogły źle zabrzmieć, wymusiła u siebie delikatny uśmiech.

Liam? 

Pheobe Burton



AUTOR|| en.12storeez.com
DANE || Pheobe Burton
WIEK || 21 lat

2.01.2020

Od Kangsoo CD Hime

- Cóż... - Kangsoo zamilkł nagle. - Chwila, ja?
Zaskoczony zastygł w bezruchu. Jakiś czas tak stał, jakby nie kontaktując ze światem, w końcu jednak spojrzał na Hime, nie ukrywając zdziwienia. Dlaczego pomyślała o nim? Przecież znali się dopiero tydzień, spotkali się tylko parę razy. Czemu akurat on? Co w nim takiego było? Chce, żebym był jej towarzyszem na ślubie? Dlaczego?
Kobieta zmierzyła go wzrokiem z pewnym trudnym do opisania wyrazem twarzy, wciąż się czerwieniąc. Miała nieco spuszczoną głowę, jakby chciała ukryć rumieńce. Chwilę milczała, po czym trochę cicho odpowiedziała:
- Tak.
Kangsoo zamrugał parę razy, nadal będąc w konfuzji.
- Dlaczego pomyślałaś o mnie? - zapytał  wreszcie.
- Nie wiem, tak jakoś wyszło... - Niepewnie wzruszyła ramionami. - Jak nie chcesz, to powiedz, zrozumiem, w końcu znamy się dość krótko, nie jesteśmy przyjaciółmi ani chociażby współpracownikami...
Kangsoo wziął głęboki wdech. I co teraz? Nie wiedział, jak postąpić. Miał praktycznie pustkę w głowie, nic tylko przelatujący uschnięty krzak. Dalej się zastanawiał, jak to się wydarzyło, że kobieta poprosiła akurat jego o wcielenie się w osobę towarzyszącą. Serio, jak?
Pytanie, co miał odpowiedzieć? Naprawdę nie wiedział, czy się zgodzić, czy może jednak odmówić. Szczerze powiedziawszy, nie widział za bardzo negatywów w pójściu na czyjś ślub. To byłaby swego rodzaju odskocznia od zwykłego, codziennego życia. Miałby też czas na lepsze poznanie Hime (i przy okazji jej rodziny). Trochę się dziwił, że kobieta nie mogła wziąć kogoś z Copycat. Aż tak bardzo rodzina nie lubiła muzyki, że źle by zareagowali na pojawienie się muzyka? Chwila, czy znaczy, że nie będzie muzyki na ślubie? Trochę smutne. Przez to Hime musiała pytać prawie obcego mężczyznę, czy z nim pójdzie. Aż zaczął jej współczuć.
Wziął głęboki wdech. Spojrzał prosto w oczy kobiety, dopiero teraz zauważając, jak bardzo ciemne one były. Stał w bezruchu, wpatrując się w nie, bardziej niż dna próbując się doszukać skrywających się w nich emocji. Patrzył tak na nie z dobrą chwilę, gdy wtem rzekł:
- Mogę iść.
Nastąpiło to na tyle gwałtownie, że nawet on sam potrzebował chwili, by ogarnąć, co właśnie powiedział.
Hime zamrugała parę razy, po czym spojrzała na niego, jakby ujrzała zjawę. Zmierzyła go wzrokiem, teraz to ona okazywała zdziwienie. Być może nie do końca spodziewała się takiej odpowiedzi.
- Naprawdę? - zapytała, unosząc brwi.
- Tak - odpowiedział. - Nie pytaj o dokładny powód. - Po prostu go nie znał. - Powiem jednak, że postanowiłem ci trochę pomóc.
Na jego twarzy zawitał uśmiech. Musiał być dosyć pocieszający, ponieważ kąciki ust Hime uniosły się nieco. Stała tak, wpatrując się w niego, gdy wtem odetchnęła z widoczną ulgą. Widząc to, Kangsoo szerzej się uśmiechnął, mrużąc nieco oczy i ukazując górny rząd zębów. Cieszył się, że humor kobiety nieco się poprawił, że już nie była aż tak zamyślona ani zmartwiona. Pomaganie innym naprawdę sprawiało mu przyjemność.
No, idę na ślub.
Idę na ślub.
Na ślub.

Hime?

1.01.2020

Odejście

W dniu dzisiejszym żegnamy Vivienne "Vi" Park.
Jest to decyzja właściciela.


Pamiętaj, że zawsze możesz do nas wrócić. ♥

Wyrzucenie

W dniu dzisiejszym żegnamy: 
Larissa Davis
Irene Catherine Harvey

Powodem jest brak opowiadań i/lub ignorowanie wiadomości administracji.

Znalezione obrazy dla zapytania goodbye gif





Szablon
synestezja
panda graphics