6.03.2020

Od Liama CD Kangsoo

Gdy moim oczom ukazał się Koreańczyk, zatrzymałem się, unosząc brew w wyrazie zdziwienia.
- A ty nie miałeś dzisiaj siedzieć w domu? - zawołałem z pewnej odległości. Widziałem popłoch w oczach przyjaciela, co w sumie nieco mnie bawiło. Włożyłem dłonie do tylnych kieszeni dżinsów i zakołysałem się na piętach. W zasadzie przyszedłem tu dzisiaj głównie dlatego, że Kangsoo nie mógł, bo miał odpoczywać. Po wieczorze spędzonym z Lou byłem nieco... skacowany. Czułem tempe pulsowanie w skroniach, które potęgowało światło słoneczne, rażące mimo okularów przeciwsłonecznych, które założyłem przed wyjściem z domu.
- Ym... - Kangsoo uciekł spojrzeniem na kojce. Pokręciłem głową z politowaniem.
- Mogłeś chciaż sobie podarować sprzątanie. Zrobić coś, co nie wymaga angażowania ręki - westchnąłem, podchodząc do przyjaciela. Pies z kojca, przy którym staliśmy, skoczył na kraty i zaczął merdać ogonem, szczekaniem dopominając się o uwagę.
- A co innego miałbym robić? - zapytał cicho. - Wyprowadzanie psów też odpada, bo szarpanie za smycz mogłoby pozrywać szwy.
- Dlatego mówiłem, żebyś został chociaż ten jeden dzień w domu - wzruszyłem ramionami, wkładając rękę między kraty kojca, by pogłaskać domagającego się uwagi czworonoga. Wywalił język na wierzch i zaczął drapać łapami o kraty, niemo prosząc, by go wypuścić. - Ale skoro już koniecznie MUSIAŁEŚ się tu pojawić... na pewno są tu też starsze, spokojne psy, które potrzebują miłości. I nie szarpią na spacerach.
Kangsoo popatrzył na mnie niepewnie, jakby spodziewał się z mojej strony jeszcze czegoś, jakiegoś komentarza, albo upewniał się, czy aby na pewno mówię serio i nie zacznę zaraz na niego wrzeszczeć, że tu przyszedł. Chociaż w sumie miałem ochotę. Ale co się stało, to się nie odstanie. Jak mówiłem, starsze psy też potrzebują miłości, a zwykle nie zwraca się na nie uwagi w schroniskach. Na pewno skorzystają na tym, że Koreańczyk postanowił się jednak dzisiaj pojawić.
Spędziliśmy w schronisku kilka godzin, Kangsoo głównie wałęsając się po okolicy ze starymi psiakami, albo siedząc z nimi w kojcach, ja skupiłem się na sprzątaniu. Potem wziąłem też kilka bardziej żwawych psów na spacer, żeby mogły pobiegać.
Gdy już wychodziliśmy, w oczy rzucił mi się kojec stojący w pewnym oddaleniu od pozostałych. Widziałem wiszącą na nim kartkę z informacją o psie, ale samego czworonoga ani śladu. Podczas gdy pozostałe psy wyskakiwały ze swoich bud, biegały w kółko, skakały i szczekały, chcąc zwrócić na siebie uwagę ludzi, ten jeden... chyba siedział w budzie.
- Kangsoo? - zwróciłem się do przyjaciela, przystając. - Co to za pies?
Mężczyzna również przystanął, podążając wzrokiem na moim spojrzeniem. A gdy spoczął na kojcu... momentalnie posmutniał.
- Ach, to... Ona się boi - wytłumaczył. - Nigdy nie wychodzi, jak kręcą się tu ludzie. Nie wystawia nosa z budy, a gdy ktoś próbuje ją wyciągnąć, to gryzie - przeniósł wzrok na mnie. - Schronisko nie współpracuje z behawiorystą, a dziewczyny, która zajmowała się trudnymi przypadkami, dawno nie widziałem.
- Mogę do niej podejść? - zapytałem, już ruszajac w kierunku kojca.
- Tak. Ale... raczej jej nie zobaczysz.
Kangsoo musiał truchtać, żeby za mną nadążyć, gdy pokonywałem odległość dzielącą mnie od celu. Gdy tylko się zbliżyliśmy, sąsiad lękliwego psa rzucił się na kraty i zaczął wesoło merdać ogonem, szczekając raz po raz. Cóż, z takim towarzystwem to się nie dziwię, że pies boi się wyściubić nosa z budy.
Przeczytałem najpierw informację na karteczce, zanim nachyliłem się, by zajrzeć do budy. Zobaczyłem tylko skrawek ciemnobrązowej sierści, nic poza tym. Z powrotem się wyprostowałem i, po chwili tępego wpatrywania się w przestrzeń przede mną, wyciągnąłem telefon z kieszeni jeansów.
- Co robisz? - zapytał zaciekawiony Kangsoo.
- Skoro nikt z nią nie pracuje, podrzucę ją siostrze - wzruszyłem ramionami. - Ma rękę do zwierząt, może da radę coś z nią wypracować. Bez sensu, żeby zmarnowała życie w schronisku - na karteczce widniał wiek około trzech lat. Całe życie jeszcze przed nią, a tymczasem, co również wyczytałem z kartki, już od roku tkwi w kojcu.
- Myślisz, że będzie chciała tu przychodzić? - zapytał przyjaciel, patrząc smutno na budę, gdzie schował się pies.
- Dla tego jednego psa, owszem. Wątpię, żeby robiła cokolwiek innego, ale jeśli będzie miała cel... - zawiesiłem na chwilę głos, by zrobić zdjęcie kartki. Od razu wszedłem w konwersację z Aną na messengerze i je jej wysłałem, z krótką wiadomością:

Nowe wyzwanie?

Po czym wygasiłem ekran i z powrotem schowałem telefon do kieszeni. Spojrzałem na Kangsoo.
- To co - zagaiłem, ponownie ruszając w kierunku wyjścia. Mężczyzna ruszył za mną. - Chcesz wpać do mnie? Możemy zamówić coś do jedzenia, bo chyba nie mam niczego w lodówce, żeby gotować - poza tym nie byłem jakoś szczególnie biegły w gotowaniu, ale tym już nie musiałem, i nie bardzo chciałem, się chwalić.

Kangsoo?

4.03.2020

Od Kangsoo CD Liama

– Tak się złożyło – powtórzył za Liamem Kangsoo, głos jego zdradzał, że w pewnym stopniu nie jest przekonany.
– No tak! – Liam dalej ciągnął. – Przypadkiem je teraz spotkałem. Ogólnie dzisiejszy dzień jest jakiś dziwny.
Na te słowa Kangsoo westchnął, aczkolwiek wolno przytaknął. Nie miał już za bardzo ochoty na kontynuowanie tematu. Może nie wiedział, kim dokładnie były dla Liama tamte kobiety i co takiego ich łączyło (czuł, że to nie były tylko zaloty), ale coś mu mówiło, żeby tego nie drążyć. I postanowił tak postąpić. Nie zamierzał się wpieprzać w życie przyjaciela, jeśli chciał coś ukryć, to niech to ukrywa. Mogło to być cokolwiek, dopóki nie był niedobry dla niego ani nie chciał mu zaszkodzić, Kangsoo to akceptował.
Wsiedli do samochodu, a chwilę później już jechali drogą w stronę mieszkania Kangsoo. Między dwójką przyjaciół trwała cisza, po pewnym jednak czasie Liam postanowił się odezwać:
– Co to za dzień!
– Aż tak źle nie było – powiedział Kangsoo, wzruszając delikatnie ramionami.
Mężczyzna spojrzał na niego tylko na chwilę, bowiem musiał się skupić na drodze.
– Nie? – Uniósł brew.
– Podobało mi się na koniach. Nawet jeśli skończyło się to szpitalem. Przynajmniej były emocje.
Poprawił swoją pozycję. Aish, jeszcze więcej siedzenia.
– I to ile! – rzekł Liam. – Naprawdę dużo się działo.
Trochę jeszcze porozmawiali, ich konwersacja skupiała się głównie na czasie spędzonym w stadninie. Nim się obejrzeli, a już byli pod blokiem, w którym mieszkał Kangsoo. Samochód się zatrzymał, Koreańczyk odpiął pas, gdy wtem zauważył, że Liam nieustannie mu się przygląda. Spojrzał na niego w konfuzji, uniósł brew. Liam od razu to dostrzegł. Popatrzył na niego, posłał mu uśmiech.
– Mam cię odprowadzić? – zapytał. – Tak na wszelki – pospiesznie wytłumaczył.
Kangsoo zmierzył go wzrokiem, zastygając w bezruchu. Wolno mrugnął.
– Jesteś nadopiekuńczy – rzucił prosto z mostu, szczerze i bez owijania w bawełnę.
– Aj, nie no – jęknął Liam.
Jego reakcja sprawiła, że Kangsoo odruchowo przeprosił. Tamten tylko machnął ręką, cicho się jakby zaśmiał.
Koreańczyk pożegnał się z nim, a następnie wysiadł z trucka. Obszedł dookoła pojazd, już miał iść, lecz wtem usłyszał za sobą:
– Kiedy się znów widzimy?
Odwrócił głowę, popatrzył na Liama, który wyglądał przez okno, opuszczając szybę. Zmierzył go wzrokiem, na chwilę popadł w zamyślenie, w końcu jednak odpowiedział:
– W schronisku.
Ku jego zdziwieniu, ta odpowiedź niezbyt spodobała się przyjacielowi. Spojrzał na niego trochę krytycznie, mrużąc nieco oczy.
– W takim stanie chcesz iść do schroniska? – spytał, po czym pokręcił głową. – No, no, my friend. Daj sobie czas na regenerację. Jutro nigdzie nie idziesz, dobrze?
Na te słowa Kangsoo wydął usta w niezadowoleniu. No jak to tak? On? Nie iść do schroniska? Nie, nie, nie. Chociaż... Spuścił wzrok na prawe przedramię, a dokładniej na opatrunek (rękaw był podwinięty, żeby ukryć dziury i krew). Wolno poruszył dłonią, wziął nieco głębszy wdech.
Ostatecznie delikanie i powoli pokiwał głową. Widząc to, na twarz Liama wskoczył uśmiech ukazujący zadowolenie.
– No, jak będziesz bardzo chciał, to możemy się spotkać popołudniu – powiedział. – Powinienem mieć czas.
Kangsoo przytaknął, po czym rzekł:
– Dobra, teraz już jedź. – Ponaglił go machnięciem ręki. – Luna to może nie, ale pozostała część twojego zwierzyńca pewnie już tęskni za tobą.
Słysząc to, Liam zaśmiał się. Pożegnawszy się, podniósł szybę, a następnie odjechał.
Kangsoo odprowadzał pojazd wzrokiem, dopóki nie zniknął mu z oczu. Potem odwrócił się i ruszył w stronę klatki schodowej. Wszedł na trzecie piętro, wyciągnął z kieszeni spodni klucze, by otworzyć drzwi. Po chwili był już w swoim mieszkaniu.
W momencie, w którym, zdjąwszy buty, znalazł się w pokoju dziennym, padł jak długi na kanapę. Z jego ust wydobył się głośny jęk, poprzedzający nagłe syknięcie, spowodowane bólem w przedramieniu. Odwrócił się na bok, znów jęknął.
– Aish! – usłyszał nagle.
Podniósł głowę, spojrzał na stojącą pod ścianą klatkę. Siedzący w niej Geum wskoczył na żerdkę przy kratach, popatrzył na Koreańczyka. Kangsoo chwilę mu się przyglądał, po czym powoli wstał. Poprawił bluzę, podchodząc do klatki.
– Już jestem – rzekł, wyciągając z szafki pod spodem opakowanie z karmą.
Otworzył drzwiczki, wsypał trochę do miski. Geum zeskoczył na samo dno, wbił swe małe ślepka w bandaż. Cicho zagwizdał. Widząc to, Kangsoo westchnął.
– Spokojnie, bardzo źle nie jest – jego głos był nad wyraz spokojny. – Boli, ale zagoi się.
Ptak znów zagwizdał. Przestał interesować się opatrunkiem w momencie, w którym Kangsoo zabrał rękę i wziął się do jedzenia. Koreańczyk zastygł w bezruchu, jakiś czas przyglądał się papudze.
– Jutro chyba nigdzie nie idę – rzekł ni do siebie, ni do niego. – Liam powiedział, że mam odpoczywać.
Tak, powinienem odpoczywać.



Wyprostował się, wzdychając. Przejechał ręką po włosach, próbując je jakoś ogarnąć. Dzisiaj wyjątkowo mu przeszkadzały. Aż zaczął żałować, że nie wpadł na tak genialny pomysł, by zabrać jakąś spinkę, gumkę czy cokolwiek, czym mógłby zapanować nad kosmykami. Chociaż nie wiadomo czy w ogóle znalazłby coś takiego w swoim mieszkaniu.
Schylił się, kontynuując sprzątanie klatki. Tak, poszedł do schroniska. Tak, wczoraj sam sobie powtarzał, że będzie odpoczywać. I odpoczywa. Aktywnie. No cóż, jakoś nie widział siebie siedzącego w domu, a że dotychczas nie opuścił ani jednego dnia pracy w schronisku... nie chciał tego psuć.
Ponownie się wyprostował, stając w miejscu, gdy wtem skrzywił się, czując ból w przedramieniu. Spojrzał na rękaw czerwonopomarańczowej bluzy, pod którą skrywał się opatrunek, zwilżył językiem usta. Dobrze, że pani Jones go nie zauważyła, inaczej pewnie próbowałaby Koreańczyka do domu odesłać.
Gdy ból nieco zmalał, kontynuował sprzątanie. Szybko uporał się z klatką. Wyszedł z niej, przeciągnął się. Nagle dostrzegł zbliżającą się sylwetkę. Spojrzał na nią, unosząc brwi, wtem otworzył szerzej oczy. Jakimś cudem zapomniał, że Liam też tu pracował. I dopiero teraz sobie to przypomniał. Wraz z wczorajszą rozmową.
Daj sobie czas na regenerację. Jutro nigdzie nie idziesz, dobrze?
– Ups – szepnął do siebie.

Liam?

Od Liama CD Kangsoo

Zjedliśmy zamówione posiłki, rozmawiając już na bardziej... przyjemne tematy. Nie wspominałem o Lou, Kangsoo również słowem się już o sytuacji w aptece nie zająknął. Za to gdy podeszła do nas kelnerka z rachunkiem (inna, niż wcześniej nas obsługiwała - widać tamta musiała skończyć zmianę, a ta przyszła na jej miejsce)... na początku po prostu odebrałem od niej książeczkę z paragonem. Wzrok na jej twarz podniosłem dopiero, gdy usłyszałem jej zdziwiony głos.
- Liam?
Oho.
- Cześć - powiedziałem ostrożnie, zezując ukradkiem na Kangsoo, by ocenić jego wyraz twarzy. Mierzył nas wzrokiem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Wróciłem spojrzeniem do dziewczyny.
Kojarzyłem ją, a jakże. Jednak tym razem nie mogłem przypomnieć sobie imienia, dawno jej nie widziałem, a imiona się zapomina. Wiedziałem tylko, że kiedyś pracowała dla Rodziny. Mogło być tak, że postanowiła od niej odejść, stąd zwyczajna praca i fakt, że już od dłuższego czasu jej nie widywałem. Ale, prawdę mówiąc, chyba mnie to nie interesowało.
- Miło cię znowu widzieć, po tak długim czasie - uśmiechnęła się do mnie ciepło.
- Tak... Z wzajemnością - jakoś nie potrafiłem wykrzesać z siebie zwyczajnego u mnie optymizmu. Coś mi nie grało z tą dziewczyną. Znała moje imię, ja nie znałem jej. Owszem, widywałem ją w klubie, ale nigdy nie połączyło nas nic więcej, zamieniliśmy może kilka dyktowanych kulturą zdań, nic więcej. A jednak znała moje imię. - Zmieniłaś pracę? - zaryzykowałem pytanie.
Uśmiech na jej ustach zamarł, choć nie zniknął. Popatrzyła niepewnie na towarzyszącego mi mężczyznę, nim, ustawiając się tak, by zasłonić nasz stolik przed koleżankami kelnerkami, które stały w pewnym oddaleniu, za kontuarem, gawędząc ze sobą, powiedziała cicho:
- Znalazłam dodatkową - zacisnęła usta w wąską kreskę. - Nie jest łatwo... odejść od Rodziny. Wiesz o tym.
- W zasadzie to nawet nie próbuję, więc nie, nie wiem - wzruszyłem ramionami.
- Ale wiesz jak to wygląda - przełknęła głośno ślinę. - Często przy tym jesteś...
Nie patrząc na rachunek, włożyłem do książeczki dwieście dolarów i podałem ją kelnerce, patrząc jej w oczy. Nie puściłem od razu, gdy ją złapała. Zamiast tego powiedziałem:
- Nie potrafię ci pomóc - dziewczyna nie była nikim wysoko położonym, musiała mieć jakiegoś przełożonego, który decydował o tym, czy żyła pracując dla Rodziny, czy mogła odejść lub czy... znikała w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może byłbym w stanie się dowiedzieć, kto nim był. Ale prawdopodobnie go nie znałem, a on nie kojarzył mnie. Tak naprawdę byłem tylko pupilkiem Joe'go, zajmowałem niby jedną z wyższych pozycji, a jednak byłem tylko smokiem bojowym. Nie miałem wiele wspólnego z dilerami czy handlarzami żywym towarem. Jakby się tak zastanowić, to nic mnie z nimi nie łączyło, mało kogo w ogóle znałem. I niekoniecznie chciałem to zmieniać dla nieznajomej. Bo to było niebezpieczne.
- Ale... - oczy dziewczyny zaszły łzami.
- Nie - pokręciłem głową. Było mi jej autentycznie żal. Ale naprawdę niewiele mogłem dla niej zrobić. - To, czy możesz odejść, nie zależy ode mnie. Inna praca jest na pewno dobrym początkiem, łatwiej ci będzie poradzić sobie potem. Ale ja nie mogę ci w żaden sposób pomóc.
Wstałem, uśmiechając się smutno. Dziewczyna przyciskała książeczkę z paragonem i pieniędzmi do piersi, jakby od tego zależało jej życie. Kangsoo również wstał, już mieliśmy iść w kierunku wyjścia, ale w jakimś odruchu dobrej woli położyłem dłoń na głowie dziewczyny i poczochrałem jej włosy.
- Wszystko będzie dobrze - mruknąłem, nachylając się do jej ucha. - Musisz tylko dotrzeć do odpowiednich ludzi - wyprostowałem się, uśmiechając. Spojrzałem na mojego przyjaciela i rzuciłem swobodnie: - Chodź, odwiozę cię do domu.
Gdy tylko dziewczyna zniknęła nam z pola widzenia, Kangsoo rzucił lekkim tonem:
- Znasz każdą dziewczynę w Seattle?
Zaśmiałem się na te słowa i pokręciłem głową.
- Nie. One... - westchnąłem ciężko. - Po prostu tak się złożyło.

Kangsoo?

3.03.2020

Od Kangsoo CD Liama

– Jak chcesz – powiedział cicho Kangsoo, wzruszając ramionami.
– To gdzie jedziemy? – spytał Liam.
– Ty wybieraj. Nie jestem wybredny.
Przyjaciel spojrzał na niego, ściągając nieco brwi. Patrzył na niego jakby badawczo, dopóki nie odwrócił głowy, skupić się również na drodze przed nimi.
– To pojedziemy do takiej restauracji. Jednej z bardziej przez ze mnie lubianych. – Posłał Koreańczykowi uśmiech.
Po drodze jakoś specjalnie ze sobą nie rozmawiali. Trwała cisza, którą zagłuszały jedynie dźwięki miasta oraz włączone radio. Liam całkiem szybko zajechał pod swój blok, wyskoczył z samochodu i poleciwszy Kangsoo, by został, zabrał Lunę na górę do mieszkania. Uporał się z tym bardzo szybko – nie minęła jedna piosenka, a już był z powrotem. Aż przez chwilę Kangsoo zastanawiał się, czy był taki wysportowany, czy to smocze geny mu ułatwiły sprawę. Pewnie jedno i drugie.
Restauracja była całkiem blisko, w sumie mogliby pójść pieszo, ale Liam się uparł, żeby jechać (bo, jak mówił, Kangsoo nie może się teraz przemęczać). Koreańczyk nie kłócił się, ale szczerze mówiąc wolałby się przejść. Po spadnięciu z konia całkiem dużo czasu spędził siedząc, a obity pośladek tego nie potrafił wytrzymać. Czuł ból, na który żadna zmiana pozycji nie mogła zaradzić, nic jednak o tym nie mówił, uważając, że Liam wiedzieć o tym wcale nie musi.
Z na tyle wielką ulgą wysiadł z trucka, że z trudem to ukrywał. Przeciągnął się, ciesząc się tą krótką chwilą – w końcu zaraz znowu miał usiąść. Poczekał, aż Liam obejdzie samochód, by znaleźć się obok niego, po czym oboje ruszyli w stronę restauracji, która jak się okazało, podawała głównie domowe meksykańskie dania.
Weszli do środka, od razu poczuli zapach jedzenia unoszący się w powietrzu. Ludzi było całkiem sporo, najwidoczniej więc musiała to być dobra restauracja. Na szczęście bez większego problemu znaleźli wolny stolik, który czym prędzej zajęli. Każdy zamówił coś z karty dań, Kangsoo wybrał pierwszą lepszą pikantną potrawę i do tego szklankę wody. Jakoś nie zwrócił uwagi na to, co Liam zamówił.
Oczywiście pierwsza przybyła woda. Kangsoo od razu wziął pierwszy, acz niewielki łyk.
– Pamiętaj, to ja płacę – przypomniał mu Liam ni stąd, ni z owąd.
Słysząc to, Kangsoo uniósł nieco brew. Spojrzał na niego, niemal niesłyszalnie prychnął. Chciał to skomentować, ostatecznie jednak nic nie powiedział.
Przyjaciela trochę zdziwiło milczenie. Uśmiech, którym wcześniej go obdarzył, zmalał, teraz mężczyzna przyjął nieco poważniejszy wyraz twarzy. Oparł się łokciami o blat, żeby nachylić się w stronę Koreańczyka.
– Co tak milczysz? – zapytał. – Nad czym tak rozmyślasz?
Kangsoo popatrzył na niego, odruchowo przełknął ślinę. Poprawił swoją pozycję.
– Wtedy w aptece, ty... – zamilkł nagle, a po chwili machnął niezgrabnie lewą ręką. – A dobra, to nie tego typu temat, pomińmy go.
Nie wiedział, co dokładniej w tej chwili przeszło Liamowi przez głowę, ale skończyło się na tym, że na twarz mężczyzny wskoczył pewien dziwny uśmieszek. Poprawił swoją pozycję, odrobinę bardziej się nachylił w stronę Kangsoo.
– Eeee – to naprawdę dziwnie zabrzmiało. – Chodzi o Lou?
– Hę? – Kangsoo otworzył nieco szerzej oczy. – Nie do końca...
Nie zdążył dokończyć, bo Liam mu przerwał:
– Niezła kobieta, co? – Jego brwi podskoczyły kilkukrotnie. – Powiem ci, że wielu też tak myśli.
– Ach, domyślam się, o co ci chodzi, ale wątpię, żebyś ty wiedział, co ja mam na myśli...
– Daj spokój, nie zgrywaj takiego czystego chłopaczka! Jesteś mężczyzną i to zupełnie zrozumiałe, że czasem masz myśli...
Tym razem to Kangsoo postanowił mu przerwać. Nie chciał, by Liam sobie nie wiadomo co myślał. Naprawdę nie o to mu chodziło. Czy to znaczyło dobrze, czy źle, tego już nie wiedział. W tym momencie jakoś nie chciał myśleć o tym, który to z nich był lepszy, a który gorszy, cokolwiek to miało oznaczać.
– Myśli o przeleceniu jej? – zapytał poważniej niż zamierzał, szybko jednak wprowadził do swojego głosu neutralność i spokój. – Cóż, niestety taka sytuacja, że nie, nie mam takich myśli. Ma ładne ciało, to muszę przyznać, ale nie pociąga mnie nie wiadomo jak.
Liam milczał, siedział w bezruchu, w końcu jednak powoli się wyprostował. Wziął nieco głębszy wdech, jego usta przemieniły się w długą wąską kreskę. Uciekł wzrokiem na bok, lecz po chwili powrócił nim na Koreańczyka.
– Aaa – zaczął trochę niepewnie. – Nie pociąga cię? – tutaj w głosie dało się wykryć pewne zdziwienie.
– Nie, nie pociąga. – Kangsoo pokręcił głową.
– Rozumiem...
Mężczyzna wolno pokiwał głową, aczkolwiek wyraźnie było widać, że wciąż nad czymś rozmyśla. Znów uciekł wzrokiem, wziął kolejny głębszy wdech, powoli opierając się o oparcie krzesła. Kangsoo przez ten czas uważnie go obserwował. Miał pewne podejrzenia, co do tego, o czym mógł on teraz myśleć. Nie był do końca pewien, ale na wszelki wypadki postanowił powiedzieć:
– Po prostu mam taką jakby blokadę.
Ta, on sam już zdążył zauważyć, że odkąd wreszcie powiedział Liamowi, kim jest, to teraz jakoś nie boi się za bardzo mówić innych o sobie faktów. Jakoś tak... W żadnych relacjach jeszcze nie udało mu się zajść aż tak daleko, być może dlatego potrzebował kogoś, komu będzie mógł się spokojnie wyżalić. Dotychczas to on wysłuchiwał innych, więc teraz chciał, żeby ktoś wysłuchał jego skarg i zażaleń do życia.
– Blokadę? – Liam popatrzył na niego unosząc brew.
– Nie chcę owijać w bawełnę – zaczął pospiesznie Kangsoo, poprawiając pozycję – więc po prostu powiem, że jakoś nie czuję potrzeby współżycia z kimś innym. Podejrzewam, że jest to związane z tym, że nie mogę założyć rodziny.
Na te słowa Liam otworzył szeroko oczy. Zastygł w bezruchu, jedynie oczami błądził po sylwetce Koreańczyka. Milczał, dopiero po pewnym czasie jakby wydusił z siebie:
– Jak to nie możesz?
– Tak to – rzucił Kangsoo.
W tym momencie spuścił nieco głowę i zaczął się bawić opatrunkiem na ręce, oczywiście starając się go nie zepsuć. Jeździł dłonią po jego powierzchni, gdy natrafiał na końce, to próbował wepchać pod nie palce.
– Jestem Niebiańskim Sługą, muszę służyć – mówił, wciąż się bawiąc. – Zapewne mój stwórca uznał, że nie mam czasu na gry miłosne ani tym bardziej stwarzanie i wychowanie potomków, więc no...
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wprowadził poważny (i swego rodzaju depresyjny) nastrój. Nawet, jeśli on w miarę spokojnie o tym mówił – głównie dlatego, że zdążył się z tym już pogodzić – Liam nie ukrywał zszokowania i czegoś w rodzaju zakłopotania. Widząc twarz przyjaciela, skarcił siebie w duchu. Aish, mogłem nic nie mówić! Przygryzł dolną wargę, zwężając nieco oczy.
– Ach, znowu to zrobiłem – szepnął do siebie. – Dobra, zmiana tematu – powiedział głośniej, odchylając głowę nieco na bok, po czym podniósł wzrok na Liama. – Cały dzień starasz się mi poprawić humor, więc nie mogę niczego psuć. Naprawdę doceniam to, co dla mnie robisz. Mimo wszystko mi pomogłeś. Może wypad na konie skończył się, jak się skończył, ale za to tyle się działo, że praktycznie zapomniałem o problemach i dawnych rozterkach. Dzięki twoim staraniom przekonałem się, że naprawdę jesteś dobrą osobą, której mogę wreszcie powiedzieć o sobie prawdę.
Posłał Liamowi ciepły uśmiech. Chwilę później odwrócił głowę. Dostrzegłszy idącą w ich stronę kelnerkę z tacą, wyprostował się, unosząc brwi.
– O, to pewnie nasze jedzenie – powiedział tonem, jakby wcześniejsza rozmowa w ogóle nie miała miejsca. – Szybko przygotowali je – dodał z pewnym podziwem.


Liam?

Od Liama CD Kangsoo

Wszedłem za Kangsoo do apteki, gdzie od wejścia zobaczyłem znajomą, młodą kobietę w białym uniformie aptekarza za ladą. Gdy podniosła wzrok znad przeglądanych papierów, a nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnąłem się lekko i pomachałem jej nad plecami przyjaciela. Odpowiedziała podobnym gestem, co chyba zdziwiło mężczyznę przede mną, bo aż się zatrzymał. Odmachał niepewnie dziewczynie, a ja nie mogłem powstrzymać parsknięcia. Biedak.
- Hejka, Lou - rzuciłem. W moim głosie doskonale było słychać rozbawienie, co w końcu tknęło Kangsoo, bo odwrócił powoli głowę w moją stronę. Gdy tylko załapał, że dziewczyna machała do mnie, na jego twarzy pojawił się szkarłatny rumieniec, który natychmiast spróbował ukryć, odwracając wzrok i smuszczając głowę. Co wywołało tylko większe rozbawienie z mojej strony.
Lou też się uśmiechała. Oparła się łokciami o ladę i patrzyła na nas z figlarnymi iskierkami w oczach. Na raz przypomniał mi się moment, gdy ją poznałem. Stała w tedy w podobnej pozycji, identyczne spojrzenie wbijając w mężczyznę, który towarzyszył jej przy bardze. Tylko może mniej szczere. No i ubiór... Przyznaję, czarna miniówka, którą miała wtedy na sobie i czerwone szpilki, idealnie podkreślały jej zgrabne, długie nogi. Była łakomym kąskiem dla każdego faceta przebywającego wtedy w klubie, wydawało się, że wszyscy, którzy ją otaczali, patrzyli tylko na nią... a raczej na jej tyłek. Dlatego łatwiej jej było rozprowadzać towar. Skupieni na atutach wizualnych jej pośladków, nie skupiali się na rękach.
Cóż, widać nie wszystkie aptekarki muszą całkowicie poświęcać się swojej pracy. Niektóre wolą sprzedawać nie tylko leki przepisywane na receptę czy powszechnie dostępne. Ale czy można się im dziwić...? W tych czasach każdy chce zarobić. A rozprowadzanie narkotyków to łatwy zarobek. Pod warunkiem, że robi się to dobrze i nie da się złapać. No i jeśli ma się dobry towar, ale to, gdy zostało się dostrzeżonym przez odpowiednich ludzi, nie było problemem.
Powinno mi być chyba przykro czy coś, że to ja zapoznałem ją z Rodziną. Ale tłumaczyłem to sobie tym, że już siedziała w interesie, ja ją tylko nakierowałem. Dałem możliwość lepszego zarobku i jako takiej ochrony. Dlaczego? To chyba te zwinne palce. Jak bardzo zwinne, miałem okazję się przekonać jeszcze tej samej nocy... Która zakończyła sję zdecydowanie przyjemnie. Dla nas obydwóch.
- Liam. Przyszedłeś w interesach? - z sieci wspomnień wyrwał mnie melodyjny głos Lou. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że dalej stoimy z Kangsoo w przejściu, położyłem więc dłoń gdzieś na wysokości połowy odcinka piersiowego przyjaciela i popchnąłem go lekko, by ruszył do przodu. Dopiero gdy znaleźliśmy się bezpośrednio przed dziewczyną, przypomniałem sobie, że zadała mi pytanie i czekała na odpowiedź.
- Nie, dzisiaj nie - uśmiechnąłem się lekko. Gdyby nie oddzielająca nas szyba, nachyliłbym się, by złożyć na jej policzku szybki pocałunek. - Przyjaciel przyszedł zrealizować receptę - wskazałem ruchem głowy mężczyznę.
Kangsoo podał kawałek papieru szatynce, ta przyjęła go, szybko przeczytała, po czym odwróciła się, by poszukać odpowiedniego leku na półce. Kangsoo w tym czasie spojrzał na mnie i szepnął, ledwosłyszalnie:
- Skąd ją znasz?
Wzruszyłem ramionami, ale nie spojrzałem na przyjaciela. Zamiast tego wbijałem, może lekko rozmażony wzrok, w tyłek Lou, która właśnie nachyliła się, by wygrzebać coś z niższej szuflady. Nawet w uniformie aptekarki wyglądała seksownie.
- Ziemia do Liama - poczułem, jak przyjaciel szturcha mnie w ramię. Zamrugałem kilkakrotnie, nim w końcu oderwałem się od podziwiania widoków, by przenieść wzrok na mężczyznę.
- Przepraszam - uśmiechnąłem się lekko. - Poznaliśmy się dawno temu w klubie. No i nie tylko do szpitala dość często wpadam.
Kangsoo nie wydawał się jakoś szczególnie usatysfakcjonowany odpowiedzią. Zmarszczył brwi, jakby coś mu się nie zgadzało, jakby wydawało mu się, że czegoś mu nie mówię... No cóż, tak było. Ale nie było powodu, żebym wyjawiał mu wszystko. W tym przypadku naprawdę działała zasada "Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz."
- Proszę - od dalszych pytań wybawiła mnie Lou, która wróciła, z papierową torebką leków w dłoni. - Dorzuciłam też maść na lepsze gojenie - uśmiechnęła się. Niby mówiła do Kangsoo, ale ciągle patrzyła na mnie.
- Nie trzeba... - zaczął Koreańczyk, ale dziewczyna szybko mu przerwała.
- Na pewno nie zaszkodzi - wzruszyła ramionami. Podała kwotę, którą Kangsoo jej zapłacił, choć zaproponowałem, że ja to zrobię, bo to z mojej winy w ogóle musiał te leki kupować. Gdy podziękowaliśmy szatynce i już mieliśmy wychodzić, rzuciła jeszcze, swoje słowa kierując do mnie. - Wpadniesz wieczorem?
Na moją twarz automatycznie wypłynął lubieżny uśmiech. Odwróciłem się, by na nią spojrzeć, po czym wykonałem głęboki ukłon i rzuciłem, rozbawiony:
- Z przyjemnością.
Po czym opuściliśmy z Kangsoo aptekę i ruszyliśmy do trucka, gdzie czekała na nas niecierpliwąca sią Luna.
- Chciałbyś może pojechać coś zjeść na mieście, czy wolisz wracać do domu? - zapytałem, gdy już znaleźliśmy się wewnątrz pojazdu. Do tej pory Kangsoo dziwnie milczał, co mnie zaniepokoiło i skłoniło do spojrzenia na niego, zanim odpaliłem silnik. - Chociaż nie, w sumie nie masz wyboru co do tego, czy pojedziemy coś zjeść. Ale możesz wybrać, gdzie. Tylko najpierw odstawimy Lunę - wyjechałem z parkingu i włączyłem się do ruchu. - Ach, no i ja stawiam. Żeby nie było wątpliwości - mrugnąłem do mężczyzny, uśmiechając się promiennie. Wizja wieczornej wizyty u Lou zdecydowanie poprawiła mi chumor.

Kangsoo?
Lou się nie przejmuj ;P

2.03.2020

Od Kangsoo CD Liama

Siedział nieruchomo na krześle z ręką położoną na blacie. Zwilżając usta co pewien czas wpatrywał się w lekarza, który starannie zszywał ranę. Choć nie czuł prawie w ogóle bólu (znieczulenie robiło swoje), uczucie igły i szwów ocierających się o skórę było czymś dosyć nieprzyjemnym. Nawet, jeśli to nie był jego pierwszy raz, kiedy szyto mu ranę, to i tak nie był wcale do tego przyzwyczajony.
Doktor podniósł na niego wzrok, widząc jego nieco skwaszoną minę, wziął głębszy wdech.
– To nie telewizor, nie musi pan patrzeć – powiedział spokojnie. – Patrzenie na ranę na wielu pacjentów źle działa.
Na te słowa Kangsoo spojrzał na lekarza. Chwilę się wahał, ale w końcu trochę niepewnie rzekł:
– Dam radę. To nie mój pierwszy raz.
– W sumie to trochę widać – odparł doktor. – Większość tych, którzy mają swoje pierwsze szycie, staje się przewrażliwionych. Albo dziwnie się zachowują, ciągle mówiąc: Tylko ostrożnie, panie doktorze, dobrze? Proszę, ostrożnie!
Odrobinę prześmiewczy ton, w jakim lekarz wypowiedział, nieco rozluźnił Kangsoo. Ręka swobodniej oparła się o blat, choć ślad po zębach z drugiej strony dał o sobie znać, co wywołało u niego chwilowe skrzywienie na twarzy.
Jakiś czas później doktor skończył szycie. Odciął długie końce nici, które wraz z nożyczkami odłożył na tackę. Wyprostował się, wzdychając.
– No i skończone – rzekł. – Nie jest aż tak źle.
Wziął do ręki bandaż, którym zaczął dokładnie owijać przedramię.
– Dobrze, że pan zachował spokój i się nie ruszał. Widać, że było tylko to pierwsze drobne szarpnięcie spowodowane atakiem psa i odruchem ciała. Jakby to była rana szarpana, to tak szybko byśmy się z tym nie uporali.
Kangsoo wolno przytaknął. Spróbował poprawić pozycję – siedząc już jakiś czas zaczął odczuwać ból w lewym pośladku, mający korzenie pewnie we wcześniejszym upadku. Nie poszło mu to najlepiej, ale postanowił jakoś ten ból zignorować (siniaki to mu akurat dość szybko znikały).
Gdy lekarz skończył opatrywanie rany, oparł się plecami o oparcie fotela. Chwilę tak siedział, po czym jednak znów się wyprostował.
– Czy pies był szczepiony przeciwko wściekliźnie?
To pytanie nieco zaskoczyło Koreańczyka.
– Raczej tak – odpowiedział po krótkim namyśle.
– Raczej, więc może na wszelki wypadek zrobię panu zastrzyk.
– Nie trzeba.
Odparł na tyle pospiesznie, że wywołał tym na twarzy lekarza zdziwienie. Mężczyzna uniósł brew w konfuzji, przyjrzał mu się uważnie, mrużąc oczy w zamyśleniu. Nastała nieprzyjemna cisza.
– Nadnaturalny? – wtem zapytał, przyjmując z powrotem spokojny wyraz.
Kolejne pytanie, którego Kangsoo się nie spodziewał. Na szczęście wywołało u niego też cień ulgi.
– Tak – przytaknął. – Jestem odporny na wszelakie choroby.
– Rozumiem. – Doktor pokiwał głową. – Czyli zastrzyk nie jest potrzebny.
Obrócił się odrobinę na fotelu, zdejmując gumowe rękawiczki. Kangsoo w duchu odetchnął z ulgą, po czym zmierzył wzrokiem starannie zawiązany bandaż. Chwilę później przeniósł wzrok na mężczyznę.
– Bardzo panu dziękuję – powiedział.
– Nie trzeba. – Tamten machnął niezgrabnie ręką, posyłając mu uśmiech. – Taka moja praca. Szkoda tylko, że stapler zepsuty. Poszłoby znacznie szybciej.
– I tak doktor świetnie się spisał. – Uśmiechnął się.
– A, dziękuję.
Lekarz poprawił swoją pozycję, następnie wyciągnął kartkę, na której zaczął wypisywać receptę. Wytłumaczył, że przepisze Koreańczykowi leki przeciwbólowe, na wypadek, gdyby rana nie dawała spokoju. Trochę później dał mu receptę, mówiąc:
– Proszę się nie martwić, rana ładnie się zagoi. Za tydzień przyjdzie pan zdejmować szwy, a potem to już pozostanie tylko blizna.
Słysząc ostatnie słowa, Kangsoo uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Doktor od razu to zauważył, wziął nieco głębszy wdech.
– Będzie pan mógł opowiadać, że zaatakowała pana jakaś bestia. Dziewczyny szczególnie to lubią. – Puścił mu oczko.
Kangsoo nieznacznie się speszył. Otworzył usta, ostatecznie jednak zamknął je nic nie powiedziawszy. Doszedł do wniosku, że nie miał jak tego skomentować. Jedynie zaśmiał się niepewnie, by sytuacja nie zrobiła się niezręczna.
Chwilę później był już w poczekalni, gdzie zastał czekającego na niego Liama. Mężczyzna, widząc go, wyprostował się i posłał mu szczery uśmiech. Kangsoo poczuł ulgę. Dobrze, że już jest spokojniejszy.
– Jak tam? – zapytał Liam.
– Całkiem dobrze – odpowiedział Kangsoo. – Jednak będę żył – dorzucił, kąciki jego ust delikatnie się uniosły razem z brwiami.
Słysząc to, mężczyzna zaśmiał się. Poklepał Koreańczyka po ramieniu, uśmiech na jego ustach stał się szerszy. Jednocześnie dało się na jego twarzy dostrzec pewną ulgę. Musiał wreszcie się całkiem rozluźnić, co Kangsoo praktycznie od razu zauważył. Posłał przyjacielowi uśmiech, starając się pokazać, że wszystko z nim w porządku.
Opuścili szpital, ruszyli przez parking w stronę miejsca, gdzie Liam zaparkował swojego trucka. Szli w miarę spokojnym krokiem, gdy nagle Kangsoo o czymś sobie przypomniał.
– Ach, dostałem receptę na lek przeciwbólowy! – rzekł ni do siebie, ni do przyjaciela.
Liam zatrzymał się, spuścił na niego wzrok. Przyjrzał mu się, na chwilę skupiając się na bandażu. Jakiś czas stał w milczeniu jakby się nad czymś zastanawiał, nie trwało to jednak długo.
– Usiądź w samochodzie, ja pójdę do apteki – powiedział.
Tych słów, szczerze mówiąc, Kangsoo się nie spodziewał. Spojrzał na Liama, unosząc brwi. Wcale nie ukrywał zdziwienia.
– Nie no, mogę iść – rzekł w miarę spokojnie.
Liam pokręcił głową.
– Teraz to ty musisz odpoczywać, by rana dobrze się zagoiła.
– Ach, daj spokój, przecież nic mi takiego nie jest. – Nie udało mu się powstrzymać przed przewróceniem oczami. – To rękę mam ranną, nie nogę, mogę bez problemu pójść i kupić lek.
Jak się można było domyślić (a może i nie), Liam nie chciał tak szybko odpuścić. Skrzyżował ręce na piersi, jego usta przemieniły się w wąską kreskę. Patrzył na Koreańczyka wymownie... chociaż dało się dostrzec ten... znak, że to nie była sytuacja, w której trzeba było zachować pełną powagę. To było raczej coś w rodzaju powtórka z wczorajszego dnia, kiedy się kłócili o to, kto zapłaci za gorącą czekoladę.
Tym razem i Kangsoo nie chciał odpuścić. Stał w bezruchu, lecz wtem spojrzał na kryjącą się w cieniu ścianki paki Lunę. Zmierzył suczkę wzrokiem, gdy nagle nad jego głową zaświeciła się wyimaginowana żarówka.
– Jakimś dziwnym sposobem za bardzo nie widzi mi się zostawanie samemu z Luną. – Schował ręce do kieszeni. – Więc chyba muszę iść – dodał, wzruszając ramionami.
Trafił prosto w cel. Pewność Liama nieco zmalała, ściągnął brwi, zdając sobie sprawę, że w obecnej sytuacji zostawienie Koreańczyka samego z Luną było trochę niestosowne. Kangsoo zmierzył przyjaciela uważnie wzrokiem, jego oczy błysnęły. Tym razem to ja wygrałem. Już miał w duchu świętować, lecz ku jego zdziwieniu Liam powiedział:
– Luna jeszcze może trochę poczekać. Idę z tobą.
Słysząc to, Kangsoo zamrugał parę razy. Przestąpił z nogi na nogę, przechylił głowę delikadnie na bok.
– Musisz, co nie? – z jego ust wydobyło się swego rodzaju jęknięcie.
– Żebyś mi tu czasem nie zasłabł – tłumaczył się Liam. – Bądźmy szczerzy, straciłeś trochę krwi, kto wie, może nagle ci się zakręci w głowie? – Nachylił się nieco w jego stronę.
O nie, Liam powiedział to w taki sposób, że teraz to muszę się zgodzić.
– Niech ci będzie – rzucił w końcu, po czym ruszył w stronę apteki.

Liam?

Od Liama CD. Kangsoo

Westchnąłem ciężko, zaciskając i prostując palce na kierownicy. Próbując się uspokoić. Cholera. Nigdy więcej nie zabiorę tej wariatki nigdzie bez kagańca. Nie ma mowy.
Dojechaliśmy do szpitala, a ja, gdy tylko zaparkowałem, niemal pod samym wejściem, wystrzeliłem z samochodu jak z procy. Gdy obchodziłem samochód, usłyszałem piszczenie Luny i stukanie pazurów w plastik, którym wyłożona była paka Mercedesa. Spojrzałem na nią przelotnie. Kręciła się, chciała wyskoczyć, ale wystarczyło jedno moje spojrzenie, by znieruchomiała, a po chwili usiadła. Rzuciła mi jeszcze smutne spojrzenie, nim poszła położyć się w cieniu tworzonym brzez ścianki paki.
Weszliśmy z Kangsoo do budynku szpitala. Niemal od razu zauważyła mnie pielęgniarka siedząca dzisiaj w recepcji (co nie jest dziwne, bo przerastam większość ludzi o głowę) i uśmiechnęła się do mnie. Odpowiedziałem tym samym, choć na mojej twarzy nadal widać było napięcie.
Gdy podszedłem do rejestracji, od razu zwróciła się do mnie po imieniu. Do czego to doszło - znał mnie personel medyczny lokalnego szpitala. To chyba niezbyt dobrze świadczyło o mnie lub otaczających mnie ludziach... skoro tak często musiałem tu kogoś przywozić.
- Liam, dzień dobry - poczciwa starsza kobieta wydawała się autentycznie cieszyć tym, że mnie widzi. - Dzisiaj bez siostry ani uroczej młodej damy? - zapytała, odchylając się lekko na bok, by dostrzec stojącego za mną Kangsoo. Gdy jej wzrok spoczął na przesiąkniętym krwią opatrunku, otworzyła szerzej oczy z przerażenia. Jednak ten wyraz zagościł u niej raptem na ułamek sekundy, szybko zastąpiony uśmiechem.
- Kolega miał... wypadek - powiedziałem powoli, a po ostatnim słowie przełknąłem głośno ślinę. - Z moim psem w roli głównej - dodałem, już ciszej.
Widziałem, jak pielęgniarka złapała kontakt wzrokowy z kimś za moimi plecami, po czym gestem dała znak, by ten ktoś tutaj podszedł. Cały czas się przy tym uśmiechała, jalby chciała mnie uspokoić, że nic się nie dzieje. No cóż, pech chciał, że miałem przeszkolenie w zakresie pierwszej pomocy przedmedycznej, więc wiedziałem, że ręka Kangsoo wcale nie m się "dobrze".
- Och, a czym się naraził tej białej piękności? - byłem zdziwiony, że pamięta mojego psa. Tylko raz musiałem ją tu wprowadzić, a i tal siedziałem przy samych drzwiach, żeby nie rzucać się w oczy, bo do szpitala nie można wchodzić ze zwierzętami.
- Wylądowałem na niej, jak spadłem z konia - powiedział Kangsoo nieśmiało, wyręczając mnie w składaniu "zeznań". Pielęgniarka pokręciła lekko głową, przenosząc wzrok z Azjaty na mnie.
- Nic się nie stało tej biednej psince?
Uniosłem brwi w wyrazie zdziwienia, że o to pyta, ale gdy mrugnęła do mnie porozumiewawczo, uśmiechnąłem się, tym razem już bez napięcia. Kochana kobieta.
- Nic jej nie jest - nagle wszystkie emocje, które nagromadziły się we mnie od momentu wypadku, uleciały jak za pstryknięciem palców. - Za to kolega jest trochę pocharatany.
- Zaraz go pozszywamy - zaćwierkała. Akurat w tym momencie podszedł do nas lekarz, a widząc przeciekającą przez opatrunek krew, natychmiast zadecydował o zabraniu mężczyzny na salę. Podczas gdy jego zszywali, ja zostałem w poczekalni, gawędząc z pielęgniarką. Nigdy nie sądziłem, że w zasadzie obca osoba może działać na mnie tak kojąco, pomóc mi poradzić sobie z przytłaczającymi mnie emocjami zaledwie wypowiadając kilka zdań. A gdy kilkanaście minut później Kangsoo ponownie pojawił się w poczejalni, ze świeżym opatrunkiem na ręce, byłem już na tyle spokojny, że zdołałem się nawet do niego szczerze uśmiechnąć.
- Jak tam? - zapytałem, odpychając się od blatu okienka rejestracji i odwracając się w kierunku nadchodzącego przyjaciela.

Kangsoo?

Od Taigi CD Nathaniela

Wino przyjemnie szumiało w mojej głowie, a ciało było odprężone i zrelaksowane. Towarzystwo Natha tylko potęgowało ten stan. Patrząc na niego, nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, jak po którymś spotkaniu, miałam świadomość, że przestaje na niego patrzeć jak na zwykłego kolegę, czy też przyjaciela. Po tych wszystkich przejściach, po wylanych łzach, godzinach śmiania się, chwilach spędzonych w ciszy, podczas których po prostu siedzieliśmy blisko siebie. Różnica wieku, doświadczenia życiowe, to wszystko się rozmywało, gdy patrzyłam w jego niebieskie, a nawet wchodzące w szarość oczy. Wstałam z kanapy, chcąc dosięgnąć butelkę wina i dolać nam nieco trunku do kieliszków, ale niestety delikatnie straciłam równowagę, a dzięki refleksowi strażaka opadłam idealnie na jego kolana. Włosy opadały mi na jedną stronę, a mój wzrok szybko spotkał się z jego, w którym wręcz można było dostrzec żar.. Nie to już nie był żar, a żywy ogień. Każdy jego dotyk, wyszeptane słowo, sprawiało, że traciłam rozum. Jedyne co miałam w głowie to, to aby nie przestawał. Dłonie mimowolnie znalazły się na jego torsie, a zaraz po tym i na brzuchu. Nawet przez koszulkę doskonale czuć było wszystkie jego mięśnie. Kiedy oderwał się od mojej szyi i raz jeszcze spojrzał mi głęboko w oczy, doznałam dreszczów, które przeszły przez całe ciało. Czułam się, jak nastolatka, która zaraz ma zapalić swojego pierwszego papierosa, przeżyć swój pierwszy raz z kimś, kto przysłania jej cały świat. Delikatny pocałunek przechodził stopniowo w coraz bardziej namiętny. Oboje chcieliśmy teraz jednego, jednak żadne z nas nie chciało tego powiedzieć głośno. Przyległam jeszcze bardziej do jego ciała, a jedną dłoń zanurzyłam w jego włosach.
- Nathaniel - wyszeptałam mu prosto w usta.
- Tak? - Ciepła męska dłoń przesunęła się po rozpalonym już policzku, wywołując w ten sposób niewielki, a może nawet i nieśmiały uśmiech.
- Wiesz... - Przygryzłam wargę, odgarniając włosy i przybliżając usta do jego ucha - Nie pokazywałeś mi swojej sypialni - Mruknęłam, składając kilka pocałunków na jego szyi, czując piękny, naturalny zapach jego skóry. Zdecydowanie można się od tego uzależnić.
- Jesteś pewna? - Przytulił mnie do siebie.
- Jak niczego innego - Zapewniłam, odsuwając się i wstając. Wysunęłam dłoń w jego kierunku, czekając, aż ją chwycił, co nie trwało długo.
Szybko znaleźliśmy się w jego pokoju, a jeszcze szybciej na wygodnym łóżku. Nathaniel znajdował się nade mną, obsypując szyję i obojczyki pocałunkami i wciąż schodził coraz niżej, w czym przeszkadzał mu materiał sukienki. Gdy jego dłoń znalazła się na moim udzie, nie chciałam już czekać dłużej. Objęłam go nogami w pasie i odpychając się dłońmi, wywinęliśmy się tak, że teraz to on leżał, a ja siedziałam na nim okrakiem. Jednym ruchem pozbyłam się zbędnej sukienki, zostając jedynie w czarnej bieliźnie. Złapałam za kraniec jego koszulki, aby również i tego się pozbyć, ale raz jeszcze mnie powstrzymał.
- Jeśli masz wątpliwości, możemy przestać - Objął moją dłoń, głaszcząc wierzchnią część swoim kciukiem.
- Nathaniel. Myślisz, że jakbym miała wątpliwości, to bym Cię rozbierała? - Uśmiechnęłam się, a wolną ręką odpięłam stanik, rzucając go gdzieś za siebie. - Chce tego tak samo jak Ty - Nachyliłam się, aby go pocałować i teraz już bez problemów pozbyliśmy się jego koszulki... spodni... bokserek... Moje usta wręcz nie mogły się oderwać od jego rozpalonej skóry, pragnęłam go całą sobą, teraz, w tej chwili.

Nath?

1.03.2020

Od Kangsoo CD Liama

Odruchowo pokiwał głową, po czym przygryzł dolną wargę. Ukradkiem mierzył wzrokiem Liama, który wyglądał, jakby emocje w nim nadal buzowały. Kangsoo aż odniósł wrażenie, że gdyby żywiołem przyjaciela był ogień, w najlepszym przypadku zrobiłoby się strasznie gorąco w samochodzie. Wziął nieco głębszy wdech, spojrzał na palce jednej ręki mężczyzny nerwowo uderzające o kierownicę, podczas gdy druga włączała silnik pojazdu.
– Nie będę się sprzeciwiał – powiedział wolno.
Na te słowa Liam przytaknął, gest ten jednak był słabo widoczny, jakby mężczyzna był nieobecny. Zapewne myśli o tym całym zajściu nadal nim targały. W tej sytuacji akurat Kangsoo był spokojniejszy... Chociaż dałby głowę, że gdyby to Liam był ranny, Koreańczyk również strasznie by to wszystko przeżywał. Wystarczyło wrócić wspomnieniami do dnia, w którym o mało Liama nie ugryzła kobra. Na samą myśl Kangsoo przeszedł dreszcz. Powstrzymał się przed potrząśnięciem głową. Czym prędzej odpędził myśli związane z tamtym wydarzeniem i skupił się na tym, co działo się teraz.
Samochód zdążył już opuścić teren stadniny i teraz jechał drogą w stronę miasta i najbliższego szpitala. Między dwójką przyjaciół trwała cisza, Liam wpatrywał się w drogę, marszcząc brwi prawdopodobnie ze stresu i nerwów, Kangsoo z kolei obserwował opatrunek, który stopniowo nasiąkał krwią. Co chwilę zwilżał językiem usta, raz po raz nieznacznie się krzywiąc. Rana powodowała dość spory ból, a że on nigdy nie był specjalnie na niego uodporniony, dokuczało mu to wręcz okropnie. Próbował odwrócić od tego uwagę, co okazało się być zadaniem bardzo trudnym – atmosfera i okoliczności na to nie pozwalały. Odwrócił głowę, spojrzał na siedzącą z tyłu na pace Lunę. Patrzył na nią, dopóki nie poczuł, jak po jego karku przechodzi dreszcz. Suczka wciąż oblizywała pysk, Kangsoo na tyle długo się jej przyglądał, że w pewnym momencie już nie wiedział, czy oblizuje, bo chce go wyczyścić, czy smakuje jego krwi. Wziął nieco głębszy wdech, powrócił wzrokiem na jezdnię.
Dalszego trwania ciszy już nie mógł wytrzymać. Potrzebował czegoś, dzięki czemu chociaż na chwilę zapomni o ranie albo przestanie się na niej skupiać. Jednocześnie miał dziwne uczucie. Uczucie, które to właśnie zaważyło na tym, że w końcu zebrał się w sobie, by spojrzeć na Liama i rzec:
– Tylko nie obwiniaj się za to, dobra?
Słysząc to, Liam zamrugał parę razy, jakby właśnie się ocknął z transu. Spojrzał przelotnie na Koreańczyka.
– Ach, no nie wiem! – jęknął, powracając wzrokiem na drogę.
Kangsoo przyjrzał mu się uważnie. Przez ten czas mężczyzna nie rozluźnił się ani odrobinę. Musiał się naprawdę o niego martwić. Na tą myśl Kangsoo poczuł pewne ciepło w sercu. Wziął głębszy wdech, poprawił pozycję na siedzeniu, pomagając sobie zdrową ręką. Dawno nikt się o niego tak nie martwił. Było to miłe. Chociaż z drugiej strony źle mu było, że przyjaciel aż tak się martwił. W końcu tak naprawdę ugryzienie nie było bardzo poważną rzeczą.
Zwilżył językiem usta, spojrzał na prędkościomierz, którego wskazówka pokazywała dosyć dużą liczbę. Widząc to, uniósł nieco brwi. Podniósł wzrok na Liama.
– Zwolnij, nie musisz tak pędzić – powiedział w miarę spokojnie, choć mimo wszystko dało się w jego głosie usłyszeć nutę niepewności, niepokoju.
– Kiedy ty krwawisz – odparł nieco uniesionym tonem Liam. – Nie muszę nawet patrzeć na twój zakrwawiony opatrunek, wyraźnie czuję woń twojej krwi.
– Wybacz.
Kangsoo spuścił głowę, ostrożnie zakrywając ręką szkarłatne plamy na opatrunku. Po chwili jednak znów popatrzył na przyjaciela.
– Ale i tak nie musisz się specjalnie o mnie martwić – dalej ciągnął.
Liam otworzył usta, by coś powiedzieć, Kangsoo domyślił się, co to mogło być, dlatego wyprzedził go, mówiąc:
– Moja regeneracja może nie jest oszałamiająco szybka, ale naprawdę jest znacznie lepsza od ludzkiej! – próbował przepełnić głos pewnością. – Nawet, gdyby nikt nie zajął się porządnie raną, to i tak by się zagoiła. Nie zostanie żaden ślad, zobaczysz! Pewnie lekarz powie, że będzie blizna, ale tak się nie stanie. Spotkały mnie gorsze rzeczy i się z nich wylizałem. – Na chwilę zamilkł. – Mogę zabrzmieć trochę dziwnie, ale nie musisz się o mnie nie wiadomo jak martwić. Jestem silniejszy niż myślisz!
Posłał mu uśmiech, ranną rękę nieco uniósł i zacisnął w pięść. Jakoś powstrzymał się przed okazaniem cierpienia, tylko zmrużył odrobinę oczy.

Liam?

Od Liama CD Kangsoo

Wszystko to wydarzyło się tak szybko... za szybko, bym był w stanie zareagować.
Charlie się spłoszył, gdy coś wyskoczyło mu z krzaków pod kopyta, przeszedł z pełnego galopu do stój, by zaraz potem poderwać przednie kopyta do góry, stając dęba. O dziwo, to właśnie ten manewr, nie gwałtowne zatrzymanie, doprowadził do tego, że Kangsoo wysadziło z siodła.
Chase, gniady ogier, na którym jechałem, na widok tak dzikich zachowań swojego kolegi, również się zatrzymał, choć znacznie łagodniej, dzięki czemu nie wylądowałem od razu na ziemi. Mimo to i tak niemal natychmiast zeskoczyłem z grzbietu konia. To, że Kangsoo spadł, to pal sześć. Gorzej, że poleciał na Lunę.
Która zapiszczała tylko przeraźliwie, ze strachu i pewnie z bólu. Gdy ruszyłem biegiem w kierunku przyjaciela, widziałem, jak z podkulonym ogonem i położonymi uszami szczerzy zęby... by raptem ułamek sekundy potem wbić je w rękę Kangsoo.
Kurwa.
Gdy dotarłem do nich, przerażony wołając imię przyjaciela, Luna puściła już rękę mężczyzny. Wycofała się, nadal z podkulonym ogonem, i schowała się za mnie. Białą sierść na jej pysku krew Koreańczyka zabarwiła na czerwono. Powoli przeniosłem spanikowane spojrzenie na przyjaciela.
- Nic mi nie jest - powiedział szybko, a ja tylko zgrzytnąłem zębami. Ze strachu, irytacji... ale głownie ze strachu.
- Właśnie, kurwa, widzę - syknąłem, klękając przy Kangsoo i ostrożnie łapiąc go za łokieć, by przysunąć ranną rękę bliżej siebie, żeby móc ją obejrzeć. Ostrożnie podciągnąłem rękaw bluzy, którą miał na sobie, starając się nie urazić świeżej rany, co i tak nie do końca mi się udało, bo przyjaciel skrzywił się nieznacznie, gdy przesiąknięty krwią materiał odchodził od skóry. - Czy jako... Niebiański Sługa... masz jakieś zdolności szybkiej regeneracji ran, czy powinienem zacząć się martwić?
- Mmm... - Kangsoo uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, a ja nabrałem ochoty, by przywalić w coś głową. No to pięknie.
- Nie - odpowiedziałem sam sobie na pytanie, przyglądając się ranie. Na całe szczęście nie była poszarpana, Luna tylko wbiła zęby w ciało, ale nie zaczęła szarpać. Dobrze, że Kangsoo pozostał w bezruchu i nie spanikował, bo mogłoby się to skończyć o wiele gorzej. - Trzeba jakoś zatamować krwawienie - mruknąłem, bardziej do siebie, niż do przyjaciela. Krew powoli, lecz nieubłaganie wyciekała z rany. Byliśmy zbyt daleko stajni, żeby ryzykować wracanie po apteczkę bez jakiegokolwiek zabezpieczenia tego.
Musiałem sobie poradzić z tym, co miałem. A nie miałem nic. Jeśli nie chciałem rwać naszych ubrań, pozostawało pi kombinowanie...
Na szczęście w tym byłem dobry.
Wbiłem wzrok w ranę,  wolną ręką przesunąłem kilka centymetrów nad nią, tworząc barierę z mocno zagęszczonego powietrza. Powinno to zapobiec wypływowi krwi, aż wrócimy do tajni.
Wsadziłem Kangsoo z powrotem na Charlesa, a sam wskoczyłem na grzbiet Chase'a. Złapałem Siwego za wodze, żeby przyjaciel nie musiał zajmować się prowadzeniem konia, szczególnie z uszkodzoną ręką i prowizorycznym opatrunkiem, który skleciłem. Luna truchtała koło nas, ciągle się oblizując, zapewne próbując wyczyścić pysk z krwi.
Będę musiał ją wykąpać, jak wrócimy do domu.
Kilkanaście minut później wróciliśmy do stajni. Zsiadłem z konia, i poprowadziłem całą ferajnę do siodlarni, gdzie w szafie z rzeczami mojej siostry była apteczka. Utrzymywanie tego typu bariery, którą nałożyłem na ranę Azjaty, sporo mnie kosztowało. Nie było mowy, bym mógł jednocześnie ją podtrzymywać i prowadzić. A trzeba było zabrać go do szpitala. Nie byłem pewny, czy nie trzeba będzie tego szyć.
Po raz pierwszy czułem autentyczną wściekłość na mojego owczarka. Czy naprawdę nie mogła, jak normalny pies, po prostu uciec? Musiała od razu rzucać się z zębami...?
Wprawnymi ruchami założyłem opatrunek na ranie Kangsoo. Gdy skończyłem, poleciłem mu iść do samochodu, a sam poszedłem rozsiodłać ogiery. Co zrobiłem, pobijając chyba kilka światowych rekordów, i już niecałe dziesięć minut później byłem przy samochodzie. Luna trafiła na pakę trucka, żeby możliwie najbardziej oddzielić ją od Kangsoo. Nie chciałem teraz ryzykować.
- Zawiozę cię do szpitala - poinformowałem przyjaciela, dołączając do niego w samochodzie i zajmując miejsce za kierownicą. - Dla czystego sumienia. I nie przyjmuję sprzeciwów - to ostatnie dodałem z przyzwyczajenia, bo zwykle do szpitala musiałem wozić siostrę, która coś odwaliła i za żadne skarby świata nie chciała dać się obejrzeć lekarzowi. Miałem nadzieję, że z Kangsoo nie będę musiał przeżywać tego samego.

Kangsoo?
Takie meh, ale jakoś pomysłu żadnego konkretnego nie było :/
Szablon
synestezja
panda graphics