28.04.2020

Od Elizabeth CD Anzaia

Wrażenie, że ktoś mnie śledzi, nie opuszczało mnie od przeszło tygodnia. To nieznośne uczucie, że ktoś obserwuje każdy twój ruch, jest obecny, choć nie możesz go zobaczyć, bo cały czas jest o krok przed tobą, wyprzedza twoje reakcje jakby z góry wiedząc, jak postąpisz. By móc obserwować, samemu nie będąc dostrzeżonym.
Byłam przez to poirytowana. Nie wiem czemu. Takie zboczenie. Ale naprawdę nie lubiłam takich sytuacji. Nawet jeśli tylko mi się wydawało i w rzeczywistości miałam jakieś urojenia, to to wrażenie bycia śledzoną naprawdę działało mi na nerwy. Z czasem do tego stopnia, że zaczęłam rozważać branie wszędzie ze sobą Link, żeby odstraszyła stalkera swoim zachowaniem czy coś... naczy wiem, że to mało prawdopodobne, żeby odpuścił przez psa, ale trzeba próbować każdej dostępnej opcji, prawda?
Jednak tego popołudnia sprawy nagle zmieniły swój obrót.
Wracałam z uczelni. Później niż zazwyczaj, bo zajęcia się przedłużyły, a ja musiałam jeszcze zostać po nich, żeby przekazać profesorowi dodatkowy projekt, który przygotowałam. Byłam głodna i rozdrażniona, a gdy tylko wyszłam z budynku uniwersytetu znowu wróciło to nieznośne wrażenie bycia obserwowaną. Jednak gdy tym razem podniosłam wzrok znad telefonu, na którym pisałam właśnie Aaronowi wiadomość, że zaraz będę w domu, dostrzegłam mojego "stalkera".
Mężczyzna, który zabrał mnie z klubu, gdy pokłóciłam się z Aleksjejem, a potem odwiózł do domu. Hybryda? Chyba tak określił swoją rasę. W każdym razie nie było mowy o pomyłce - w pewnej odległości ode mnie, przy zejściu w boczną uliczkę z rynku, stał Anzai.
Ruszyłam w jego kierunku, zastanawiając się nad emocjami, jakie poczułam. To znaczy... bo coś powinnam poczuć, prawda? Chociażby strach, bo jednak prawdopodobnie mnie śledził, ewentualnie wściekłość, z tego samego powodu. Ale nie czułam zupełnie nic, gdy zbliżałam się do mężczyzny. Gdy tylko znaleźliśmy się obok siebie, skręciłam w boczną uliczkę, dając znak głową, by za mną poszedł. Chciałam w spokoju wyjaśnić całą tę sytuację.
- Śledzisz mnie - to było stwierdzenie, nie pytanie. Dodatkowo powiedziałam to tak spokojnym i pozbawionym emocji tonem, że nie dało się tego odczytać jako wyrzut z mojej strony czy cokolwiek podobnego. Po prostu stwierdziłam fakt.
Mężczyzna mimo to wydawał się zmieszany.
- Grozi ci niebezpieczeństwo... - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Naprawdę myślisz, że jestem bezbronną kaczuszką? - spytałam, równie spokojnym jak wcześniej tonem. Byłam zmęczona, miałam szczerze dość tego dnia i jedyne, o czym marzyłam, to w końcu wrócić do domu, posiedzieć na balkonie z kotem Aarona albo wyjść na spacer po plaży z moimi psami. Potrzebowałam ciszy i spokoju, chociaż dzisiaj, teraz, chociaż na chwilę. - Potrafię o siebie zadbać, jeśli zajdzie taka potrzeba nawet ugryźć - uśmiechnęłam się krzywo, poprawiając ułożenie torby na ramieniu. Zaplotłam ręce na piersiach, spuściłam wzrok na czerwone trampki, które miałam na nogach. Żeby uciec przed spojrzeniem mężczyzny. - Nie musisz za mną wszędzie chodzić.
- Wampiry urządziły polowanie na wilkołaki - wypalił, a jego słowa sprawiły, że na chwilę z powrotem przeniosłam na niego swój wzrok. - W każdej chwili mogą zaatakować ciebie i możesz nie zdołać się obronić.
Zaczęłam kręcić lekko głową, jakby w lekkim niedowierzaniu, jednak dość szybko przestałam. No tak, wampiry... w sumie, sytuacja jak najbardziej prawdopodobna, tym oszołomom czasami brakowało piątej klepki. Nie żeby z niektórymi przedstawicielami mojego gatunku było lepiej, w obydwóch znajdowali się rządni krwi idioci i osoby myślące, które stroniły od konfliktów na tle rasowym. Niestety los był złośliwą suką i najczęściej za tych rządnych krwi oszołomów obrywali zwyczajni obywatele, którzy za nic mają powstałe wieki temu i już dawno nieaktualne podziały. Na przykład ja.
Westchnęłam ciężko, znowu uciekając spojrzeniem od mężczyzny, by przenieść je w miejsce, gdzie boczna uliczka, w której się znajdowaliśmy, przechodzi w główną odnogę rynku. Zagapiłam się po prostu w tamto miejsce, niby patrząc, a jednak nie widząc.
- Słuchaj, nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mało kto wie, że jestem wilkołakiem - z roztargnieniem kopnęłam jakiś kamień, który pod wpływem nadanego mu pędu, podskakując, przeleciał kawałek uliczką, by swą podróż zakończyć w studzience kanalizacyjnej. Patrzyłam chwilę za nim, gdy już zniknął. - Mieszkam w domu z dwoma psami, nic dziwnego, że pachnę nimi - wzruszyłam ramionami. - Naprawdę wątpię, by jakikolwiek krwiopijca zwrócił na mnie uwagę...
No tak. Mówiłam już, że kto jak kto, ale ja to mam szczęście?
Akurat, gdy kończyłam to zdanie, w moje nozdrza uderzył charakterystyczny swąd żywego trupa. Otworzyłam szeroko oczy z przerażenia i spojrzałam w górę...
...gdzie na dachu budynku, pod którym stałam, przykucnięty siedział wampir. Czarny kaptur zasłaniał mu twarz, jednak w słońcu błysnęły kły, które wyszczerzył. Okropny widok.
Jak w zwolnionym tempie patrzyłam, jak krwiopijca zeskakuje z dachu. Prosto na mnie.

Anzai?

Hanne Phelan

,,I want it, i got it''
AUTOR ||  Ailean
DANE ||  Hanne Phelan
WIEK || Według dowodu osobistego, który pomógł załatwić jej dobry znajomy, kobieta ma obecnie 25 lat. I może przy tym na razie zostańmy.

27.04.2020

Od Any CD Michaela

- Daj spokój - mruknęłam, uciekając wzrokiem od przyjaciela, by przenieść go na zwierzyniec, który nagle zgromadził się w salonie. A w szczególności na Finna, który, gdy tylko Mike odstawił Siwę na ziemię, zaczął skakać wokół kotki i popiskiwać śmiesznie, jak to lisy miały w naturze. Jak na razie kotce zdawało się zupełnie nie przeszkadzać nowe towarzystwo i nowe otoczenie, jak Finn się nią w końcu znudził, podeszła do Archera, żeby się połasić do jego nóg... Wilczak spojrzał na mnie z niemym błaganiem o ratunek. - Możesz zostać, ile ci się żywnie podoba - wróciłam spojrzeniem na Mike'a, uśmiechając się lekko, choć nadal bez wesołości. Po prostu jakoś... za dużo się wydarzyło. Mimo wszystko. - I nie musisz się w żaden sposób odwdzięczać, uznaj to za przyjacielską przysługę czy nawet obowiązek do pomocy - sprzedałam brunetowi lekkiego kuksańca łokciem w bok. Po czym ruszyłam w stronę kuchni.
- Nie chcę być dla ciebie ciężarem...
- Nie jesteś - rzuciłam przez ramię, nie pozwalając mężczyźnie powiedzieć niczego więcej. - Rozgość się i czuj się jak u siebie w domu. Na górze jest wolna sypialnia, możesz uznać ją chwilowo za swoją.
Podczas gdy mężczyzna poszedł na górę się rozpakować, ja zajęłam się przeglądaniem zeszytu z zamówieniami z cukierni. Usiadłam na siedzisku pod oknem, rozprostowując na nim długie nogi, a plecami opierając się o szafkę, z którą siedzisko graniczyło. Po chwili jednak ugięłam lekko nogi, by móc oprzeć na nich zeszyt i w miarę komfortowo w nim pisać.
Już po chwili dołączył do mnie Finn, pakując się w trójkątną "kryjówkę" pod moimi nogami, zaraz za nim pojawił się Archer, za nim przydreptała Siwa, wskakując na siedzisko i kładąc mi się na stopach... Rav nadleciał i usiadł na oparciu jednego z krzeseł, a gdy już wszystkie zwierzaki znalazły się w kuchni, to i Ciri postanowiła odważyć się w końcu przemieścić z salonu. Niemal natychmiast wpakowała się co prawda pod stół, a całą drogę pokonała niemal czołgając się po ziemi z podwiniętym pod brzuch ogonem, ale przynajmniej wyszła. Widać już załapała chociaż jakąś niewielką więź z resztą ferajny.
Wróciłam uwagą do zeszytu, w którym spisywałam zamówienia i projektowałam torty. Sprawdziłam, które zamówienie ma najbliższy termin wykonania, przejrzałam też daty degustacji tortów, na które się umówiłam, bo trzeba na nie będzie zrobić jakieś próbki... I wszystkie te kalkulacje, plus wstępne szkicowanie kolejnego tortu weselnego, który będę musiała zaprezentować, a potem jeszcze raz wykonać, zajęły mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam, jak Mike wszedł do kuchni. Dlatego wręcz podskoczyłam, płosząc przy okazji Finna i Siwę, którzy leżeli bezpośrednio przy mnie, gdy mężczyzna podszedł do mnie i odsunął mi z twarzy kosmyk włosów, który wysmyknął się z warkocza. Zeszyt wyleciał mi z rąk, próbowałam złapać go w locie, jednak nie zdołałam, przez co ostatecznie zsunął się na podłogę, razem z ołówkiem. Usłyszałam, jak łamie się rysik.
Podniosłam gwałtownie głowę na przyjaciela.
- Przepraszam - powiedział cicho, z autentyczną skruchą w głosie. - Nie chciałem cię przestraszyć...
- Nie nie, w porządku - mruknęłam, wstając. Finn został przez to już perfidnie zrzucony na podłogę, Siwa natomiast przeniosła się tylko w drugi kąt siedziska. Schyliłam się, by podnieść upuszczone rzeczy, zamknąć notes i położyć go ostrożnie na blacie. - Zamyśliłam się tylko. Nic się nie stało.
Tyle, że się stało. Nie teraz, ale się stało. A ja, choć naprawdę, naprawdę próbowałam, z całych moich sił psychicznych, nie mogłam o tym zapomnieć.

~•~

W nocy nie mogłam zasnąć. Wierciłam się, przewracałam z boku na bok, starając się znaleźć jak najwygodniejszą pozycję do spania, nic to jednak nie dawało. Nie potrafiłam oczyścić myśli na tyle, by odpłynąć w objęcia Morfeusza... A przez to, że ja nie mogłam zasnąć, była podenerwowana także Ciri, która tradycyjnie już wcisnęła się pod moje łóżko, czuła więc, a już na pewno słyszała, każde poruszenie materaca i szelest kołdry, gdy po raz kolejny zmieniałam pozycję.
Potrzebowałam jakoś oczyścić myśli.
Automatycznie, wręcz bezwiednie, wygrzebałam się w końcu z łóżka. Chłodne powietrze owiało moje gołe nogi i ramiona, które natychmiast zaplotłam na piersiach. Zatrzęsłam się, choć nie wiem, co bardziej się do tego przyczyniło - chłód, do którego zaraz moje ciało się przyzwyczaiło, rozgrzewając się od środka, czy raczej emocje, które mną targały... szczególnie po zmroku. Noc zawsze sprzyjała przemyśleniom, mieleniem w umyśle wspomnień całego dnia, raz za razem, minuta za minutą, powtarzanie sobie każdej wspaniałej... lub, w tym przypadku, przerażającej chwili.
Na moment przymknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech... musiałam się uspokoić.
Moje nogi niemal samoistnie zaczęły się poruszać. Otworzyłam drzwi do mojej sypialni, wyszłam z niej i ponownie zamknęłam drzwi za sobą, żeby Ciri nie nawiała. Moje bose stopy uderzały o posadzkę, gdy szłam korytarzem, ku schodom, na górę... do sypialni gościnnej, którą teraz zajmował Mike.
Przed samymi drzwiami zatrzymałam się na moment, by jeszcze raz wziąć głęboki oddech i uspokoić kołaczące serce. On miał swoje problemy. Nie mogłam go jeszcze obarczać swoimi. Potrzebowałam go jednak, jego bliskości... czułam, że bez niego nie zasnę.
Cholera, do czego to doszło. Nie czułam się bezpiecznie nawet we własnym domu...
Otworzyłam w końcu drzwi i bezszelestnie wsunęłam się do pokoju. W ciemności zobaczyłam ciemniejszą sylwetkę rozłożoną na łóżku... Mike.
Odetchnęłam głęboko, ostatni raz, nim podeszłam do łóżka i, ubrana tylko w luźną, czarną koszulkę, która ledwo zasłaniała mi tyłek, i koronkowe figi, wśliznęłam się do łóżka koło przyjaciela, oplatając go ramionami, przerzucając jedną nogę przez jego nogi i opierając głowę o jego tors...
- Ana? - usłyszałam schrypnięty, zaspany głos, a zaraz potem poczułam jego ramię obejmujące mnie w talii. - Co ty tu robisz...?
- Nie mogłam zasnąć - starałam się włożyć w mój ton tyle nonszalancji, ile się dało. Żeby nie dać mu najmniejszych powodów do zmartwienia. Po prostu, zapragnęłam bliskości drugiej osoby, nic w tym dziwnego, prawda...? - Jak ci przeszkadzam, to sobie pójdę - podniosłam gwałtownie głowę, by spojrzeć mu w oczy, nagle żałując, że tu przyszłam. Po co. Po co go niepotrzebnie martwić...
Tyle, że bez niego nie zasnę. Nie było mowy. Patowa sytuacja... I nagle straciłam resztki pewności siebie.
No kurwa.

Miiiiiiiiikeeeeeee? <3 

Od Nathaniela CD Taigi

    Mężczyzna dosłownie oszalał na punkcie czarownicy, a gdy ujrzał ją w czarnej bieliźnie, nie hamował się w swoich czynach, budząc tym swoje wewnętrzne zwierze. Chciał jak najbardziej zadowolić brunetkę, co po kilku godzinach udało mu się osiągnąć, a gdy oby dwoje byli wykończeni, zasnęli wtuleni w swoje nagie ciała.
W godzinach przedpołudniowych pierwszy obudził się Nathaniel, który przez kilka minut obserwował śpiącą Taigę. Nie mógł powstrzymać się od patrzenia na nią, lecz miał w planach przygotowanie dobrego śniadania, tudzież obiadu ze względu na aktualną godzinę. Delikatnie pocałował ją w czoło i cicho wstał, udając się do łazienki, w której doprowadził siebie do ładu, biorąc prysznic i ubierając luźny, lecz dobrze wyglądający, ubiór. Następnie udał się do kuchni, którą w większości posprzątał i dopiero po tym zabrał się za posiłek.
Gdy obiadowa potrawa była już gotowa, z łazienki wyłoniła się Taiga, która samą swoją obecnością wywołała uśmiech na twarzy maga.
— Dzień dobry. — przywitał miło — Jak się spało? — spytał podając do stołu.
— Dobrze. — odpowiedziała spokojnie podchodząc do przyjaciela, którego przywitała delikatnym pocałunkiem.
Po krótkiej wymianie zdań oby dwoje zasiedli do stołu i przystąpili do spożycia posiłku, popijając przy tym ciepłą herbatę. Nathaniel od wielu lat nie czuł się tak dobrze w obecności kobiety, gdyż czuł coś do Taigi, lecz wolał powstrzymać się od wyznań i upewnić się, że to, co czuje, jest prawdziwe.
   W godzinach popołudniowych, gdy para przyjaciół odpoczywała w salonie, do domu wszedł Adiel, który w dłoni trzymał swoją torbę z ciuchami. Gdy młodociany zauważył czarownicę siedzącą obok elfa, szybkim krokiem skierował się do swojego pokoju, mocno zamykając za sobą drzwi. Powstały przy tym huk wzdrygnął starszego elfa, który przeprosił swoją towarzyszkę i ze spokojem udał się za swoim synem.
— Coś się stało? — zapytał, siadając w fotelu naprzeciwko chłopaka.
— Co ona tutaj robi? — spojrzał na ojca.
— Po pierwsze nie odpowiada się pytaniem na pytanie, po drugie nie "ona" tylko Taiga, po trzecie Taiga może przebywać w tym domu. — mówił spokojnie, lecz ze znacznym wzrokiem, który złamał młodocianego.
— Przepraszam. — rzekł po dłuższej chwili.
— Myślę, że Taiga nie jest powodem Twoich nerwów. — powiedział elf uważnie przyglądając się Adielowi.
— Nie chce teraz o tym rozmawiać. — odpowiedział uciekając wzrokiem od bruneta — Jestem zmęczony. — dodał, kładąc się na swoje łóżko.
Nathaniel uszanował decyzję syna i opuścił pokój, by ten mógł odpocząć.
— Coś mu się stało? — zapytała ciemnowłosa, wracając wzrokiem na bruneta.
— Coś na pewno, lecz nic mi nie powiedział. — odpowiedział siadając obok towarzyszki — Ładna dzisiaj pogoda. — zmienił zaraz temat — Może przejdziemy się po okolicy? — spytał spokojnie.

Taiga?

Od Michaela CD Any

   Crowley odetchnął, gdy jasnowłosa kobieta wtuliła się w jego tors. Spokojnie ją objął, przymknął zmęczone oczy i delikatnie zaciągnął się jej zapachem jeszcze bardziej się uspokajając. Słuchał, jak jej oszalałe serce zwalniało, oddech wraca do normy, a łzy przestają spływaj z jej oczu. Mógł tak ją tulić godzinami, siedzieć tak bezczynnie i po prostu trzymać w ramionach kobietę, która samym zapachem go uspokaja. Raz jeszcze wpuścił jej woń w nozdrza, a gdy zaraz usłyszał o śniadaniu, delikatnie się uśmiechnął.
— W takim razie chodźmy na śniadanie. — odpowiedział spokojnie — Póki psy jeszcze nie zrzuciły talerzy z blatu. — dodał, słysząc bawiące się czworonogi w salonie.
— Racja. — powoli odsunęła się od przyjaciela i raz jeszcze spojrzała w jego zmęczone spojrzenie.
Oby dwoje nawiązali kontakt wzrokowy, lecz nie czuli się niekomfortowo, a wręcz przeciwnie, czuli się na tyle dobrze, że oby dwoje cicho westchnęli, co wywołało delikatne uśmiechy na ich twarzach. Mężczyzna widząc samotną łzę na policzku przyjaciółki, spokojnym ruchem dłoni przybliżył kciuk do słonej kropli i starł ją z jej skóry.
— Ładniej Ci w uśmiechu, niż w łzach. — rzekł lekko zachrypniętym głosem, na co kobieta delikatnie się uśmiechnęła.
Gdy para przyjaciół opuściła sypialnie, skierowali się do kuchni, mijając po drodze Archera oraz nowego psa, którego Mike nie miał okazji poznać.
— Widzę, że masz nowego psa. — zaczął ciemnowłosy, pomagając przyjaciółce w dokończeniu śniadania.
— Adoptowałam jakiś czas temu. — odpowiedziała — Nazywa się Ciri i jest trochę.. nieśmiała. — dodała wyjaśniając. 
Po krótkiej wymianie zdań, oby dwoje zasiedli do posiłku, którego Michaelowi zdecydowanie brakowało. Na starcie dostał kilka grubych naleśników, które bez problemu zjadł jeden za drugim, oczywiście zachowując kulturę podczas jedzenia. Gdy było mu mało, dostał kolejną porcję, która zdołała go porządnie nasycić. Całość popił naturalnym sokiem, po czym mógł chwilę odetchnąć.
— Co robiłeś przez te pół roku? — spytała spokojnie jasnowłosa, która siedziała naprzeciwko mężczyzny.
— Siedziałem w starym domostwie. — odpowiedział, lecz chyba nie to chciała usłyszeć — Większość czasu medytowałem, a gdy traciłem kontrolę, uciekałem w las. Jadłem głównie śmieciowe jedzenie, które przynosił mi Erge. Gdy usłyszałem Twoje wołanie o pomoc, cóż, dom zamienił się w gruzowisko, nie zdążyłem wybiec, a przemiana nastąpiła bardzo szybko. — wyjaśnił zawieszając swój wzrok w przestrzeń pomiędzy ich talerzami.
— A co z mieszkaniem? — dopytała bez nacisku.
— Mój brat tam siedzi, ale nie mam po co tam wracać. Ostatnio się z nim nie dogaduje. — rzekł krótko, nie chcąc dłużej o tym rozmawiać — Wszystkie rzeczy, które miałem, zostały pod gruzem.
— Może coś się tam uratowało. — przybliżyła się do stołu — Myślę, że mała przejażdżka nam nie zaszkodzi.
— Jeśli to nie problem, z chęcią odwiedzę stare domostwo. — delikatnie się uśmiechnął.
   Gdy przyjaciele dojechali na miejsce, zastali stertę kamieni oraz ledwo trzymające się ściany, które lekko kołysały się pod wpływem wiatru. Crowley cicho westchnął i zbliżył się do gruzu, przypominając sobie, w którym miejscu trzymał jakie rzeczy.
— Tylko ostrożnie. — spojrzał na kobietę, która podążała jego śladem — Słaba konstrukcja nadal może się zawalić. — dodał, na co blondynka krótko przytaknęła.
Po zlokalizowaniu kilku miejsc, Michael skupił się na swoich umiejętnościach i pnączami cienia zaczął odkładać gruz bliżej ścian, odkopując tak jedną walizkę, w której znajdowało się kilka ubrań oraz dokumenty, czyli najważniejsze rzeczy.
        Po zabraniu dwóch niewielkich walizek, przyjaciele skierowali się do mieszkania bruneta, z którego zabrał swoją kotkę oraz jej rzeczy, przy okazji zgarniając wszystkie wcześniej nie zabrane dokumenty czy ubrania. Nie mógł także zapomnieć o rzeczach skrzydlatego towarzysza, który i tym razem siedział na poręczy balkonu i przyglądał się owej sytuacji.
— Idziemy Rav, mam lepsze miejsce dla nas. — rzekł spokojnie, wystawiając rękę w stronę kruka, który wnet zasiadł na jego przedramieniu, zaraz wskakując na bark.
Z takim też zwierzyńcem dojechali do domu Balanchine, do istnego wariatkowa.
— Ana, wiem, że nie powinienem Cię o cokolwiek prosić, ale wiesz jak wygląda teraz moja sytuacja. — zaczął ciemnowłosy, gdy cały zwierzyniec się uspokoił — Potrzebuje chociaż kilka dni, żeby ponownie się oswoić z otoczeniem. Później kupię jakiś dom, na to środki mam. Oczywiście Tobie też coś za to dam.. — tłumaczył, trzymając kontakt wzrokowy z przyjaciółką.

Ana?
Pojebani.

22.04.2020

Od Kangsoo CD Liama

Stojąca za ladą kobieta uśmiechnęła się, jej policzki delikatnie się zarumieniły.
– Oczywiście – odparła.
Liam puścił jej oczko, następnie spojrzał na Kangsoo.
– Też coś chcesz? – zapytał. – Ja stawiam.
Koreańczyk popatrzył na niego, zamrugał parę razy, wyrwany z zamyślenia. Uniósł nieco brwi, dopiero po chwili odpowiedział:
– Nie, przed chwilą wypiłem kawę.
Na te słowa przyjaciel pokiwał głową, rozumiejąc.
Obydwoje zajęli jeden z wolnych stolików pod ścianą, w aż za bardzo strategicznym miejscu. Zasłonięci przez innych klientów, do tego Liam siedział plecami do okna. Kangsoo jednak nie zwrócił na to uwagi, myśli zajęte miał czymś innym.
Przyjaciel zjawił się w ostatniej chwili, w zasadzie równo z czasem, aczkolwiek Koreańczyk się pospieszył. Nie mógł jakimś trafem wysiedzieć, mimo że Ana go uspokajała. Miał wrażenie, że źle postąpił, zostawiając wtedy Liama (i to dwa razy). Autentycznie zamierzał wyjść i pobiec mu na ratunek, narazić się nawet na wyjawienie swojej tożsamości. Miał jednak szczęście, ponieważ przyjaciel wrócił bez szwanku, a on się nie wydał i mógł dalej w miarę bezpiecznie chodzić po mieście.
Dobrze, czyli jedna sprawa z głowy.
Ta, jednej się pozbył, a przyszły kolejne. Liam miał być obserwowany? Dlaczego? Nie mogła policja dać sobie spokój? Miał nadzieję, że nic więcej się nie wydarzy, nic w tym stylu. Również liczył na to, że ta cała obserwacja nie sprawi, że nie będą mogli się spotykać. Chyba tak nie będzie, skoro nic złego nie zrobili? A raczej powinni się spotykać, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Jeśli ich kontakt nagle ograniczy się do minimum, policja może zacząć coś podejrzewać. A tego nikt nie chciał.
I jeszcze te pozostałe myśli. To wszystko zaczynało go przerastać...
– Kangsoo, wszystko w porządku?
Wyrwany z zamyślenia zamrugał kilkukrotnie, po czym posłał pytające spojrzenie siedzącemu naprzeciw niego Liamowi. Mężczyzna przypatrywał mu się uważnie, z pewnym zmartwieniem widocznym na twarzy. Kangsoo zmierzył go wzrokiem.
– Hm? – Uniósł brwi. – Och, tak, w porządku – na chwilę zamilkł. – A co?
Liam przyjrzał mu się z góry na dół, z miną jakby nie za bardzo mu wierzył.
– Cóż, wołałem cię wcześniej z jakoś trzy razy, ale nie reagowałeś.
– Tak? – zdziwił się. – Wybacz, zamyśliłem się. – Spuścił nieco głowę.
Słysząc to, przyjaciel wyprostował się, wzdychając ciężko, a następnie odstawił na stolik kubek z kawą. Mimo takiej odpowiedzi nadal nie wyglądał na przekonanego ani chociażby nasyconego tego typu wytłumaczeniem. Kangsoo od razu się tego domyślił, zwilżył językiem usta, gdy nagle poczuł delikatne pieczenie. No tak, wcześniej sobie rozciął dolną wargę. Powieka lewego oka drgnęła, aczkolwiek nie zareagował w jakiś konkretniejszy sposób. Za to powoli się wyprostował i zaczął obracać pierścień spoczywający na palcu serdecznym (tak, podczas czekania zmienił jego położenie).
– Na pewno wszystko okej? – usłyszał.
Podniósł wzrok na Liama.
– Po prostu sporo się dzisiaj wydarzyło – rzekł powoli – a ja jestem osobą, która dużo nad wszystkim rozmyśla, zwłaszcza nad tego typu rzeczami. Z powodu tego, kim jestem i co mnie w przeszłości spotkało, usilnie próbuję wieść możliwie jak najnormalniejsze życie, więc takie zdarzenia szczególnie przeżywam wewnętrznie. Ale cóż, one to chyba nigdy mnie całkiem nie opuszczą – zaśmiał się gorzko.

Liam?

19.04.2020

Od Estery CD Floriana

- Teraz to boję się już cokolwiek mówić. - Powiedziała, patrząc przez okno, do pomieszczenia wpadało bardzo mało światła, ale na tyle by Estera mogła się poruszać po mieszkaniu. Kształty mebli były rozmazane, więc wolała na wszelki wypadek pomagać sobie rękoma. - Macie jakieś świece lub... - W tym momencie Estera zobaczyła płomyk, chłopak zapalał właśnie świeczkę, którą postawił na stole. Ciepłe światło rozpłynęło się po salonie.
- Myślę, że nie będziemy musieli długo czekać na odzyskanie światła. - Powiedział, biorąc kolejną świeczkę, w pomieszczeniu z każdą chwilą robiło się jaśniej.
- Dziękuję, że mnie zaprosiłeś. - Powiedziała cicho, ale na tyle głośno by Florian usłyszał ubogie podziękowanie. Zastanawiała się, czy starczyłoby jej baterii, by dotrzeć do postoju taksówek. Nie potrafiła tego dokładnie określić, szanse były jednak niewielkie.
- Nie ma za co. - Odpowiedział, przywołując na twarz skromny uśmiech. - Na szczęście zdążyłem zrobić herbatę. - Mówił, podając Esterze herbatę w ciemnym kubku, usiadł po przeciwnej stronie stołu, biorąc łyk herbaty.
- Hmm... Robię sobie długi, najpierw przez mnie pobiła się filiżanka, a teraz zaprosiłeś mnie do Waszego mieszkania i otrzymałam herbatę. Chyba zaproponuję darmowe badanie Kiry, bo nie wiem co mogłabym innego oferować. - Powiedziała, upijając łyk gorącej herbaty, czuła rozpływające się ciepło.
- Jesteś weterynarzem? - Spytał, patrząc na palącą się świeczkę, wyglądał na zamyślonego, ale nie odłączał się od świata rzeczywistego.
- Tak, prowadzę z bratem gabinet, jest jakieś dwa kilometry od kawiarni. Mogę wam zostawić wizytówkę, jeśli chcesz, jesteśmy w każdej chwili gotowi na przeróżne sytuacje. - Powiedziała, biorąc torebkę, na szczęście w środku wszystko było suche. Wybrała portfel, w którym było jeszcze kilka wizytówek, podała jedną z nich chłopakowi. - Jakby coś się stało, chętnie przyjmę waszą psią przyjaciółkę, ale nawet na rutynowe badanie możecie ją przyprowadzić, jest urocza. - Przerwała i zamknęła portfel, chowając go do torebki. Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie i spojrzała na rośliny. - Ja lubię cytrusowe drzewka, mam ich dużo w pokoju i ogólnie to w całym domu, brat mi mówił, że trochę przesadzam, ale jakoś nie potrafię ich się pozbyć. Bez nich byłoby tak dziwnie w domu.
- Dziękuję. - Obejrzał wizytówkę i położył przed sobą, chciał już o coś powiedzieć, gdy rozległ się dzwonek telefonu.
- To mój, nie obrazisz się jeśli odbiorę? - Spytała biorąc telefon w ręce, a chłopak przecząco pokręcił głową.
- Hej. Coś się stało?- Nie, chciałem zapytać czy po drodze może pojedziesz do apteki? - Estevan spytał, a w tle było słychać, jak stukał metalowym sztućcem w naczynie.
- Jest taki mały problem, zabrali mi samochód z całą zawartością, wrócę pewnie taksówką, ale jest burza i nie ma prądu , a telefon zaraz znów mi padnie, więc się o mnie nie martw jakby co.
- Że co? Jak to zabrali? Czekaj zaraz po ciebie przyjadę. - Powiedział, a Estera wyczuła w pytaniach nutę zdenerwowania.
- Spokojnie, nie musisz, wrócę, a rano pojadę odebrać samochód. Dobra kończę, dobranoc bracie. - Powiedziała, stukając palcem w czerwoną słuchawkę, odłożyła telefon i usiadła. - Brat trochę się martwi, ale to nic nowego. Jak tylko wróci prąd i przestanie lać, zmyję się, nie chcę przeszkadzać.
- Nie przeszkadzasz. - Powiedział i podszedł z kubkiem w dłoni do okna, Estera tylko sunęła za nim wzrokiem. Obserwowała go, aby jak najdokładniej zapamiętać każdy szczegół. Często tak robiła, gdy miała czas komuś się przyjrzeć.
- Lubię burze, o ile nie jestem na zewnątrz i gdy nie śpię. A ty? - Spytała, wciąż obserwując Floriana i wzięła kolejny łyk już nie tak gorącej herbaty jak na początku rozmowy.

Florian?

18.04.2020

Od Thomasa


Thomas obudził się, kiedy w sypialni było jeszcze ciemno. Wczoraj położył się wcześniej niż zwykle, więc całkiem się wyspał. Mozolnym ruchem dłoni przetarł oczy i przejechał nią po włosach. Zegar na szafce nocnej wskazywał piątą, więc chłopak miał mnóstwo czasu na przewracanie się z boku na bok. W końcu jednak zebrał się i wstał z łóżka. Obiecał ojcu być w stajni o dziewiątej, bo musiał pomóc przy naprawie i malowaniu boksów w remontowanej części stajni. Dzisiaj zawitają też dwa nowe konie, więc było to dodatkową motywacją. Możliwe, że będzie tam i Will. Oczywiście, miał też odwiedzić Savasha.
Po kilku minutach był gotowy i stał oparty o kuchenny blat, popijając czarną kawę, do której wsypał ogromną ilość cukru. Odstawił kubek do zlewu, wziął z wieszaka szary płaszcz i wyszedł, zamykając mieszkanie. Gdy znalazł się na zewnątrz od razu poczuł deszczową aurę. Liście z drzew kleiły się do butów i zabłoconego chodnika. Thomas wsiadł do swego samochodu, sprawdził czy wszystko wziął i ruszył. Był na obrzeżach miasta. Jechał szybko, a pojedyncze krople deszczu zaczęły się szybko powielać, przeradzając się w nie lada ulewę. Wycieraczki samochodu pracowały sprawnie, ale widoczność i tak była ograniczona. Zbliżał się do świateł, miał zielone. Prawie przejechał skrzyżowanie, kiedy nagle coś lub ktoś bez namysłu wypadł na pasy. Thomas dał po hamulcach, ale niewiele to dało i poczuł uderzenie. Szybko wyskoczył z samochodu by zobaczyć i pomóc temu komuś. Ale gdy tylko ujrzał osobę, od razu spostrzegł albo raczej wyczuł, że nie uroniła się nawet kropla krwi. Na dodatek ta osoba była całkiem przytomna, już się podnosiła, odtrącając pomocną dłoń Toma.
- Przepraszam, nic ci nie jest? - pytanie głupie acz konieczne. Choć w tej sytuacji dziwne było, że osoba przeżyła.
- Chyba nic mi nie jest.
< Ktoś? >

Od Any CD Michaela

Odruchowo zaczęłam bębnić palcami lewej ręki o udo, z pewnym roztargnieniem patrząc na siedzącego na moim łóżku mężczyznę. Gdybym była w humorze, pewnie bym w tym momencie jakoś zażartowała, rzuciła jakąś po przyjacielsku kąśliwą uwagę... Ale że daleko mi było do dobrego nastroju, zwyczajnie patrzyłam na niego. Cisza się przedłużała, widziałam, jak Mike niespokojnie poprawia się na łóżku, jakby moje milczenie dosłownie go uwierało.
Gdy po chwili złapałam się na tym, że bezwiednie nadal uderzam rytmicznie palcami o udo, skrzywiłam się lekko i przyłożyłam rękę płasko do nogi. Roztargnienie... Musiałam coś z tym zrobić.
- Nie masz mnie za co przepraszać, Mike - mruknęłam, uciekając spojrzeniem od mężczyzny. - Wiem, jak upierdliwe potrafią być instynkty, a jak tobą dodatkowo rządził przez ostatnie miesiące demon... - wzruszyłam ramionami, nadal nie patrząc na mężczyznę. Zastanawiałam się, gdzie wywiało Ciri, bo w pokoju, gdzie ją zostawiłam, jej nie było. Ale ostatecznie dałam spokój zastanawianiu się nad tym. Przede mną siedział większy problem.
- Zrobiłem ci krzywdę - zauważył Mike rzeczowo, jednak w jego oczach dostrzegłam ból. Naprawdę sądził, że mu nie wybaczę...?
- Tak, nie byłeś wtedy sobą - uśmiechnęłam się lekko, przezwyciężając obecną ze mną od rana chęć ukrycia się w jakimś ciasnym kącie i w spokoju zalania się łzami. Do cholery, weź się w garść. Nic się przecież takiego nie stało... a on potrzebuje twojej pomocy. - Mike, nie ma rzeczy, po której zrobieniu mogłabym cię znienawidzić - jeszcze z pewnym wahaniem, ale pewniej niż wcześniej, gdy siadałam koło niego na kanapie z Finnem na rękach, przysiadłam koło mężczyzny na łóżku. Szturchnęłam go delikatnie w ramię, uśmiechając się przy tym, trochę tylko smutno. - A ostatnim, czego bym chciała, to żebyś zniknął z mojego życia - dodałam, patrząc przyjacielowi w oczy. - Więc... kurwa, po prostu nigdy więcej tego nie rób.
Przy ostatnich słowach nie byłam już w stanie powstrzymać łez, które cisnęły mi się do oczu. Płakałam... sama nie wiem, dlaczego. Ale emocje jednak wzięły górę. Zarzuciłam mężczyźnie ramiona na szyję i przywarłam do niego, głowę chowając w zagłębieniu jego ramienia... odetchnęłam głęboko, wciągając w nozdrza jego zapach, miałam z resztą wrażenie, że on zrobił to samo, obejmując mnie ramionami i przyciągając jeszcze bliżej siebie. Po chwili przerzuciłam jedną nogę nad nogami przyjaciela, siadając okrakiem na jego udach, jednocześnie ani na moment nie przestając go obejmować. Miałam ochotę tak zostać, otulona jego zapachem, jego obecnością, już na zawsze, nie opuszczać tej bezpiecznej dla mnie przystani...
Ale obydwoje musieliśmy wrócić do życia. A im szybciej to zrobimy, tym potem będzie nam łatwiej.
- Przygotowałam śniadanie - mruknęłam w jego ramię. Powoli przekręciłam głowę, cały czas opierając ją na ramieniu przyjaciela, musnęłam nosem jego szyję. Jego zapach pozwalał mi się uspokoić, pozbierać myśli... wiedziałam, że jestem z nim bezpieczna, nawet mimo tego, że obecnie opornie idzie mu panowanie nad demonem. W końcu nie jestem zwyczajnym człowiekiem, potrafiłam w razie potrzeby doprowadzić do porządku innego drakonida, więc czemu nie istotę, która jest do niego łudząco podobna?
Już wtedy postanowiłam sobie, że nie będę się bać. Czegokolwiek Mike nie zrobi, kierowany instynktem demonicznej istoty czy nie, nie będę się go bać. To jedno na pewno mogłam dla niego zrobić.

Mike? <333

17.04.2020

Od Michaela CD Any

   Gdy Crowley wybudził się z głębokiego snu, u jego boku siedziała jasnowłosa kobieta, która kurczowo trzymała swojego lisiego towarzysza. Na jej widok mężczyzna szybko się cofnął, lecz gdy w swojej głowie połączył kilka faktów, a jego dziki instynkt w pewnym stopniu się uspokoił, przypomniał sobie kim jest owa kobieta. Odetchnął głęboko przymykając na chwilę oczy, po czym wdał się z nią w krótką wymianę zdań. Wtem brunet przypomniał sobie o skaleczeniu na boku swojego ciała, i choć minęło kilka godzin, rana nawet nie dała rady się zakrzepnąć, przez co nadal sączyła się niewielka ilość krwi. Michael jak to Michael, wielki samiec nie czujący bólu, który i tym razem nie chciał pokazać swojej słabej strony. Wstał gwałtownie z kanapy w mniej znanym mu celu, po czym zaraz znowu na nią opadł cicho przy tym sycząc. Czuł ogromy ból i wiedział, że sam nie da rady pozbyć się kawałku włóczni, lecz jego męskie ego nie pozwalało mu na chwilę słabości. Zacisnął dłonie w pięści aż do krwi, lecz powstałe tam rany szybko się zabliźniły, a gniew uleciała wraz z kroplami bordowej cieczy.
— (...) Chodź, pomogę Ci. Sam tego nie wyciągniesz. — stwierdziła jasnowłosa, wcześniej wyciągając do bruneta pomocną dłoń.
Nie mając większego wyboru, mężczyzna chwycił za przedramię kobiety i pociągniętym jednym ruchem wstał na równe nogi. Cichym westchnięciem stłumił wszelkie oznaki bólu, po czym podążył za blondynką, która skierowała się do sypialni. Pewnie gdyby Michael miał humor, zarzuciłby jakimś sucharem, lecz tym razem panowała grobowa cisza, która momentami powodowała dziwny ból.
— Połóż się. — rzekła wskazując na łóżko. — Pójdę tylko po apteczkę. — dodała, znikając zaraz za drugimi drzwiami.
Gdy mężczyzna wykonał prośbę przyjaciółki, ta po chwili wróciła z pomarańczową skrzyneczką i siadła obok bruneta, spoglądając na półnagie ciało. Jej wzrok zatrzymał się na jego skaleczeniu, po czym delikatnie, a zarazem stanowczo, obróciła jego ciało na bok, żeby mieć lepszy wgląd na kawałek włóczni. Michael przygotował się na wszystko, ponownie zacisnął dłonie w pięści, ściskając przy tym kawałek kołdry.
— Byle szybko. — powiedział spokojnie, przymykając powieki, żeby skupić się na swoim opanowaniu.
Gdy kobieta sprawdziła z bliska jego zadrapanie, chwyciła za odpowiedni przyrząd i jednym ruchem wyjęła grotę z ciała przyjaciela. W ułamku sekundy poczuł jeszcze większy ból, co spowodowało utratę tchu, przez co nie był w stanie wydusić z siebie nawet krzyku. Odruchowo obrócił się twarzą do poduszek i skupił się wyłącznie na swoim ludzkim genie, żeby nie wysadzić posiadłości w powietrze. Po kilku sekundach wrócił mu oddech, a napięte mięśnie lekko się rozluźniły, lecz wtedy coś kazało mu użyć węchu, skupić się na trzymanej poduszce, a gdy to uczynił, poczuł przyjemny zapach Balanchine. Głęboko odetchnął, w pewnym stopniu się uspokoił, a gdy odwrócił się na plecy, ponownie widział swoją jasnowłosą ratowniczkę.
— Szybko się regenerujesz. — rzekła z powagą, spoglądając na blizny. — To dobrze. — dodała, wstając przy tym z łóżka.
— Ana, czekaj.. — mruknął brunet podnosząc się do siadu. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na niego pytająco, czekając na ciąg dalszy wypowiedzi. — Dziękuję za.. pomoc, ale też chciałem przeprosić, raz jeszcze przeprosić za moje kretyńskie zachowanie. Musisz wiedzieć, że nie byłem wtedy sobą.. — mówił, trzymając z nią kontakt wzrokowy — To cud, że teraz się nie przemieniłem.. — zaśmiał się nerwowo. — Proszę Cię tylko o wybaczenie, później mogę zniknąć Ci z oczu. — dodał, prostując się w siadzie.

Ana? ♥
Szablon
synestezja
panda graphics