Minęły dwa tygodnie od mojego zawieszenia a ja znowu mogłem wrócić do pracy. Szedłem ulicą, rozglądając się dookoła i wyostrzając zmysły w poszukiwaniu żywych trupów. Pogoda nie dopisywała, chociaż w sumie nic nie miałem do deszczu. W pewnej chwili poczułem uderzenie. Spojrzałem na kobietę, na którą nieumyślnie wpadłem na ulicy. Chociaż nie ulega wątpliwości, że gdyby ona patrzyła gdzie, idzie ta sytuacja, nie miałaby racji bytu. Spojrzałem jej w oczy, wydawała się nie być zachwycona.
- Przepraszam-powiedziałem spokojnie. Niestety nie usłyszałem jej odpowiedzi, gdyż w urządzeniu włożonym do ucha rozbrzmiał głos mojego przełożonego. - Widzę, że właśnie wpadłeś na Hanne, przyjdź z nią do biura.
- Hanne tak ?
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
- Skąd wiesz ?
- Mój szef właśnie mi Cię przedstawił, masz iść ze mną na komisariat.
- Ale dopiero co ...
Nie chciałem słuchać jej marudzenia, złapałem ją za nadgarstek i szarpnąłem za sobą, po czym natychmiast spojrzałem kątem oka upewniając się, że dotrzymuje mi kroku.
Gdy dotarliśmy na miejsce, otworzyłem jej drzwi, weszła pierwsza a ja tuż za nią. Weszliśmy do gabinetu Hala.
- Jesteśmy-oznajmiłem.
- Zostałeś już raz zawieszony, To jest Hanne, wezwaliśmy ją tutaj po to, aby Ci pomogła uporać się z wampirami.
- Daje sobie rade sam.
- Masz ich nie zabijać, a na trzydziestu pakowaliśmy dwudziestu ośmiu w czarne worki, Hanne, jeśli się zgodzisz, będziecie przez jakiś czas partnerami.
Spojrzałem na niego gniewnie.
- Czy ty chcesz mi zasugerować, że nie panuje nad sobą ?
- Anzai spójrz prawdzie w oczy, nie panujesz, a my nie jesteśmy w stanie jeździć za tobą i cię usypiać, abyś nie odrywał im głów. Hanne twoim zadaniem byłoby pomagać mu, zawsze będziesz miała przy sobie leki uspokajające lub usypiające Anzaia. Wampiry wiedzą, że na nie polujesz i będą chciały się zemścić, potrzebujesz wspólniczki.
- Czy ja mam robić za jego nianie ? - dziewczyna oburzyła się.
- Nie, masz dostarczać nam żywe zakute w kajdanki wampiry, współpracując z nim, bo jak na razie wszystkie pakujemy w czarne worki-oznajmił Hal.
- Muszę to przemyśleć, dowiedzieć się czemu on tego nie ogarnia- mruknęła.
Chciałem jej wyjaśnić, ale Hal zrobił to za mnie.
- Anzai to hybryda wampira i demona, gdy jest w ciele diabła, nie porozumiewa się ludzkim głosem, traci panowanie, jest w stanie zabić każdego dlatego to broń w naszych rekach. Przemienia się, gdy w kilku przypadkach pierwszy, gdy czuje ludzką krew, drugi, gdy czuje zagrożenie, trzeci, gdy się chłopak za bardzo podnieci.
Spojrzałem karcąco na Hala.
- No co musiałem jej powiedzieć ... - zaśmiał się.
- Super -mruknąłem.
- To jak Hanne, zostaniesz jego partnerem ? Mogę widzieć was razem w pracy ?
- Jeszcze jedno pytanie, jak działają te środki na niego ?
- Uspokajający po prostu nie mogę się ruszyć przez kwadrans i wracam do formy człowieka, usypiający używasz, wtedy gdy zorientujesz się, że zasmakowałem krwi, usypiasz mnie, zakuwasz i niezwłocznie transportujesz do celi.
- Czemu nie możesz pic krwi ?
- Bo wtedy dostaje szału, a od nadmiaru mogę umrzeć nawet.
- Ile to jest dla Ciebie nadmiar ?
- Ponad Osiem litrów.
- To jak mogę na was liczyć czy nie ? - Hal ponowił pytanie.
Hanne?
4.05.2020
3.05.2020
Od Anzaia CD Elizabeth
Moja praca stała się dla mnie teraz nieodłączną częścią życia. Cały czas byłem na łączach z bazą dowodzenia. Nie ważne, która była godzina, czy spałem, gdy tylko pojawiał się alarm, zrywałem się i biegłem we wskazane miejsca. Wampiry polowały na wilkołaki, ja zaś na wampiry. Musiałem mieć na oku Elizabeth,Thomasa, Natlie, Isle,Estere. Nie realne było być we wszystkich miejscach naraz. Do tego jeszcze pilnowałem zwykłych śmiertelników. W ciąg dnia panował spokój, mogłem ten czas poświęcać na pilnowanie Elizabeth. Nocą niemal kilkakrotnie musiałem przeistaczać się w diabła. Walka z nimi była wyczerpująca, wygłodniałe drapieżniki stawały się maszynami do zabijania. Gdzieś w ich obliczu widziałem siebie, nie byłem lepszy. Za każdym razem, gdy stawałem naprzeciwko, moje oczy zmieniały kolor na czerwień, koszulki rwały, wyrastające skrzydła, moje kły wydłużały się, a paznokcie stawały się szponami. Czułem obrzydzenie do samego siebie. Byłem mordercą, jeśli w porę nie zjawiali się moi współpracownicy i nie strzelali, zostawiałem na ulicy rozczłonkowane ciała, ruszając dalej. Minął pond tydzień, byłem wyczerpany, nie spałem, nie jadłem, dręczyło mnie sumienie, coraz częściej traciłem kontrole. Po ciężkiej nocy zdążyłem tylko wpaść do domu wziąć szybki prysznic i przebrać się w czyste ubranie. Od razu ruszyłem w stronę domu Elizabeth, za nim ta jeszcze wstała. Siedziałem na jednym z dachów i obserwowałem, gdy tylko wyszła, ruszyłem za nią. Trzymałem się na bezpieczną odległość, przy okazji obserwując wszystko, co się dookoła dzieje. W pewnym momencie dziewczyna podniosła wzrok, dostrzegła mnie. Może nawet lekko mnie to ucieszyło. Zeskoczyłem i ruszyłem za nią. Nie miałem wyjścia, musiałem jej powiedzieć, dlaczego to robię. Dziewczyna zapewniała mnie, że nic jej nie grozi, że umie się bronić. Spokojnie stałem i słuchałem, co ma mi do powiedzenia. Do moich nozdrzy dobiegł znajomy zapach. To była chwila, kiedy wszystko, co mi powiedziała, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Stała się ofiarą, szybkim ruchem odepchnąłem dziewczynę. „Cień zmarłego” wylądował tuż naprzeciwko mnie.
- Nie strugaj bohatera-ponownie, wyskoczył w górę.
Zrobiłem to samo, uderzając go pięścią w brzuch.
Gdy oboje wylądowaliśmy na ziemi, posłał mi puste wrogie spojrzenie.
Nie był sam, kolejna trójka wampirów zeskoczyła. Tak jak czułe dziewczyna nie zamierzała stać bezczynnie.
- Nie przemieniaj się. Proszę, pobudzisz ich tym jeszcze bardziej-syknąłem do niej.
W obliczu zagrożenia przemieniłem się. Zabawa się skończyła, ciężko było mi osłaniać ją i bronić przed czterema tak silnymi napastnikami. Nie zliczę, ile razy poczułem ból od ich uderzeń. W ruch poszły kły, szpony, siła fizyczna. Powoli brakowało mi sił, a Elizabeth pomimo mojej prośby przemieniła się i zaczęła walczyć. To zwiększyło nasze szanse i przyznam, z jednym sobie pięknie poradziła. Pozostał trójka. Niestety została przeze mnie rozczłonkowana. Gdy ponownie zmieniła się w ludzką postać, spojrzałem na nią. Chciałem jej podziękować za pomoc, wyczułem krew, miała lekko rozcięte usta. Poczułem ten cholerny głód, w tym momencie to ja stałem się dla niej największym zagrożeniem. Podczas przemiany wydawałem z siebie tylko warczenie, nie potrafiłem mówić. Ruszyłem na nią, przycisnąłem ją do ściany budynku. Zapach krwi był tak kuszący, wydałem z siebie pomruk, po czym lekko polizałem jej usta. Smak był niedopisanie, od razu zapragnąłem więcej krwi. Dziewczyna nie była w stanie mnie odepchnąć, objąłem ustami jej krwawiące usta. Cholernie mnie to podnieciło, usłyszałem nagle strzał i poczułem ukłucie w ramieniu. Odwróciłem się i ryknąłem wściekły. Upadłem na ziemię, nadal byłem przytomny.
- Nic Ci nie jest ? - poznałem ten głos to jeden z moich przełożonych.
- Nie...
- Musimy go zamknąć i zawiesić na jakiś czas posmakował jej krwi, stracił panowanie-po tych słowach, już nie wiedziałem, co się dzieje.
- Co on dostał ? - spytała Elizabeth.
- Uśpiliśmy go.
Po tych słowach zostałem zapakowany do auta i przewieziony do celi na naszym posterunku.
Gdy się wybudziłem, wszystko zostało mi, opowiedzieli. Dostałem nadzór, mogłem opuścić posterunek, ale zawieszono mnie na dwa tygodnie. Postanowiłem przez ten czas nie wychodzić ze swoich czterech ścian. Bilem się sam ze sobą, martwiłem się o Elizabeth, ale obawiałem się, że jestem dla niej większym zagrożeniem niż wampiry po tej akcji. Zastanawiałem się, czy myślę o niej w kategorii „Ona mi się podoba”, Czy może jednak „Ofiara”
Elizabeth?
- Nie strugaj bohatera-ponownie, wyskoczył w górę.
Zrobiłem to samo, uderzając go pięścią w brzuch.
Gdy oboje wylądowaliśmy na ziemi, posłał mi puste wrogie spojrzenie.
Nie był sam, kolejna trójka wampirów zeskoczyła. Tak jak czułe dziewczyna nie zamierzała stać bezczynnie.
- Nie przemieniaj się. Proszę, pobudzisz ich tym jeszcze bardziej-syknąłem do niej.
W obliczu zagrożenia przemieniłem się. Zabawa się skończyła, ciężko było mi osłaniać ją i bronić przed czterema tak silnymi napastnikami. Nie zliczę, ile razy poczułem ból od ich uderzeń. W ruch poszły kły, szpony, siła fizyczna. Powoli brakowało mi sił, a Elizabeth pomimo mojej prośby przemieniła się i zaczęła walczyć. To zwiększyło nasze szanse i przyznam, z jednym sobie pięknie poradziła. Pozostał trójka. Niestety została przeze mnie rozczłonkowana. Gdy ponownie zmieniła się w ludzką postać, spojrzałem na nią. Chciałem jej podziękować za pomoc, wyczułem krew, miała lekko rozcięte usta. Poczułem ten cholerny głód, w tym momencie to ja stałem się dla niej największym zagrożeniem. Podczas przemiany wydawałem z siebie tylko warczenie, nie potrafiłem mówić. Ruszyłem na nią, przycisnąłem ją do ściany budynku. Zapach krwi był tak kuszący, wydałem z siebie pomruk, po czym lekko polizałem jej usta. Smak był niedopisanie, od razu zapragnąłem więcej krwi. Dziewczyna nie była w stanie mnie odepchnąć, objąłem ustami jej krwawiące usta. Cholernie mnie to podnieciło, usłyszałem nagle strzał i poczułem ukłucie w ramieniu. Odwróciłem się i ryknąłem wściekły. Upadłem na ziemię, nadal byłem przytomny.
- Nic Ci nie jest ? - poznałem ten głos to jeden z moich przełożonych.
- Nie...
- Musimy go zamknąć i zawiesić na jakiś czas posmakował jej krwi, stracił panowanie-po tych słowach, już nie wiedziałem, co się dzieje.
- Co on dostał ? - spytała Elizabeth.
- Uśpiliśmy go.
Po tych słowach zostałem zapakowany do auta i przewieziony do celi na naszym posterunku.
Gdy się wybudziłem, wszystko zostało mi, opowiedzieli. Dostałem nadzór, mogłem opuścić posterunek, ale zawieszono mnie na dwa tygodnie. Postanowiłem przez ten czas nie wychodzić ze swoich czterech ścian. Bilem się sam ze sobą, martwiłem się o Elizabeth, ale obawiałem się, że jestem dla niej większym zagrożeniem niż wampiry po tej akcji. Zastanawiałem się, czy myślę o niej w kategorii „Ona mi się podoba”, Czy może jednak „Ofiara”
Elizabeth?
30.04.2020
Od Any CD Michaela
Chaos.
Jedna. Wielka. Demolka.
Pacnęłam się dłonią w czoło i powoli zjechałam nią po twarzy, wydając z siebie długi jęk w różnych tonach, który idealnie podsumował to, co właśnie ukazało mi się przed oczami.
- Ja pieprzę... - mruknęłam, wplatając jedną dłoń we włosy i szarpiąc lekko kosmyki. Jakbym potrzebowała poczuć ból, żeby upewnić się, że to nie był sen. No i cóż - nie był.
- Tylko czemu nie mnie - zaśmiał się stojący u mojego boku Mike, szturchając mnie w bok. To miał być żart, tyle że... w tamtej chwili zamiast się zaśmiać, zamarłam. Czym widocznie zaniepokoiłam mężczyznę, bo widziałam kątem oka, jak marszczy brwi, patrząc na mnie z niepokojem. Już otwierał usta, pewnie żeby o coś zapytać... i wtedy uśmiechnęłam się lekko i rzuciłam.
- Ty się nie mądruj tak, bo będziesz mi musiał pomóc sprzątać - teraz to ja dźgnęłam mężczyznę łokciem pod żebra, śmiejąc się przy tym. Co widocznie uspokoiło mojego przyjaciela, bo również się uśmiechnął. - Cholera, jak mogłam zapomnieć zamknąć tę dwójkę... - ruchem głowy wskazałam Finna i Archera, prawdopodobnie głównych sprawców zamieszania, którzy teraz jak gdyby nigdy nic pobiegli do swojej szafki, sterczeć przy miskach. Ciri niemal natychmiast po zejściu na dół wpakowała się w wąską przestrzeń między kanapą a ścianą, przez co widziałam teraz tylko jej niebieskie oczy, którymi śledziła każdy nasz ruch.
Najpierw musieliśmy złapać wariatów. I ich zamknąć. Bo sprzątanie ze zwierzakami latającymi luzem mijało się z celem. Archer trafił pod schody razem z Ciri, która sama się za nim powlokła, a Finn z Siwą zostali zamknięci w klatce w salonie. Na zewnątrz został tylko Rav, ale on akurat najmniej zamieszania wywoływał.
A przynajmniej tak sądziłam, bo gdy z Mike'iem zajęliśmy się sprzątaniem... kruk zajął się rozpracowywaniem zamków.
- Cholero jedna! - krzyknęłam, rzucając poduszką w ptaka, gdy zobaczyłam, że grzebie przy zamknięciu klatki z Finnem i Siwą. Kruk oczywiście zgrabnie ominął pocisk, nie spodziewałam się jednak niczego innego. Chodziło mi tylko o to, żeby nie wypuścił lisa. - Niewychowany ten twój kruk - odwróciłam się do Michaela, który właśnie podnosił przewrócone krzesła z podłogi. Mężczyzna zaśmiał się cicho, patrząc za ptakiem, który odleciał usadowić się na karniszu do firan.
- Rav, nie prowokuj naszej gospodyni, bo jeszcze gotowa nas stąd wyrzucić - zwrócił się do kruka, jednak śmiał się ze mnie. Fuknęłam cicho, udając obrażoną i wracając do ogarniania bałaganu, jaki urządziła w nocy ta zgraja urwisów.
Naprawdę, ze zwierzakami często było gorzej, niż z dziećmi.
Jedna. Wielka. Demolka.
Pacnęłam się dłonią w czoło i powoli zjechałam nią po twarzy, wydając z siebie długi jęk w różnych tonach, który idealnie podsumował to, co właśnie ukazało mi się przed oczami.
- Ja pieprzę... - mruknęłam, wplatając jedną dłoń we włosy i szarpiąc lekko kosmyki. Jakbym potrzebowała poczuć ból, żeby upewnić się, że to nie był sen. No i cóż - nie był.
- Tylko czemu nie mnie - zaśmiał się stojący u mojego boku Mike, szturchając mnie w bok. To miał być żart, tyle że... w tamtej chwili zamiast się zaśmiać, zamarłam. Czym widocznie zaniepokoiłam mężczyznę, bo widziałam kątem oka, jak marszczy brwi, patrząc na mnie z niepokojem. Już otwierał usta, pewnie żeby o coś zapytać... i wtedy uśmiechnęłam się lekko i rzuciłam.
- Ty się nie mądruj tak, bo będziesz mi musiał pomóc sprzątać - teraz to ja dźgnęłam mężczyznę łokciem pod żebra, śmiejąc się przy tym. Co widocznie uspokoiło mojego przyjaciela, bo również się uśmiechnął. - Cholera, jak mogłam zapomnieć zamknąć tę dwójkę... - ruchem głowy wskazałam Finna i Archera, prawdopodobnie głównych sprawców zamieszania, którzy teraz jak gdyby nigdy nic pobiegli do swojej szafki, sterczeć przy miskach. Ciri niemal natychmiast po zejściu na dół wpakowała się w wąską przestrzeń między kanapą a ścianą, przez co widziałam teraz tylko jej niebieskie oczy, którymi śledziła każdy nasz ruch.
Najpierw musieliśmy złapać wariatów. I ich zamknąć. Bo sprzątanie ze zwierzakami latającymi luzem mijało się z celem. Archer trafił pod schody razem z Ciri, która sama się za nim powlokła, a Finn z Siwą zostali zamknięci w klatce w salonie. Na zewnątrz został tylko Rav, ale on akurat najmniej zamieszania wywoływał.
A przynajmniej tak sądziłam, bo gdy z Mike'iem zajęliśmy się sprzątaniem... kruk zajął się rozpracowywaniem zamków.
- Cholero jedna! - krzyknęłam, rzucając poduszką w ptaka, gdy zobaczyłam, że grzebie przy zamknięciu klatki z Finnem i Siwą. Kruk oczywiście zgrabnie ominął pocisk, nie spodziewałam się jednak niczego innego. Chodziło mi tylko o to, żeby nie wypuścił lisa. - Niewychowany ten twój kruk - odwróciłam się do Michaela, który właśnie podnosił przewrócone krzesła z podłogi. Mężczyzna zaśmiał się cicho, patrząc za ptakiem, który odleciał usadowić się na karniszu do firan.
- Rav, nie prowokuj naszej gospodyni, bo jeszcze gotowa nas stąd wyrzucić - zwrócił się do kruka, jednak śmiał się ze mnie. Fuknęłam cicho, udając obrażoną i wracając do ogarniania bałaganu, jaki urządziła w nocy ta zgraja urwisów.
Naprawdę, ze zwierzakami często było gorzej, niż z dziećmi.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Gdy później obydwoje siedzieliśmy nad jeziorem, Mike zadał mi pytanie, na które bardzo nie chciałam odpowiadać, choć jednocześnie czułam, że potrzebuję porozmawiać z kimś o tym... co wydarzyło się w magazynie.
Przede wszystkim jednak się bałam. Nie, nie mówić o tym Mike'owi, choć prawda była taka, że nie chciałam go obarczać moimi problemami, gdy sam miał wystarczająco swoich, żeby mieć czym się martwić. Bałam się przyznać sama przed sobą, że tak, to się stało. A gdy kazał mi na siebie spojrzeć... gdy czułym, ostrożnym ruchem założył mi kosmyk włosów, który wypadł z koka, w który zawinęłam długie włosy, za ucho... coś we mnie pękło. I choć nadal nie miałam zamiaru mu mówić, w końcu nic szczególnego się nie wydarzyło... nagle poczułam, jak do oczu napływają mi łzy.
- Naprawdę nic mi nie jest - powiedziałam głupio, uśmiechając się, jednak po policzkach już płynęły mi łzy. Nie byłam w stanie ich powstrzymać, czułam, jak pieczołowicie budowane przez ostatnie dni opanowanie zaczyna się walić, jak domek z kart poruszony podmuchem wiatru...
Zacisnęłam powieki, próbując za wszelką cenę odciąć się od badawczego spojrzenia mężczyzny, zagryzłam wargę, próbując powstrzymać jej drżenie... Jednak łzy nadal spływały mi po policzkach. Niemal natychmiast po tym, jak zamknęłam oczy, poczułam na twarzy dotyk dłoni przyjaciela, jak ścierają łzy z moich policzków...
Nic nie powiedział, co naprawdę doceniałam. Potrzebowałam... po prostu jego. Jego obecności. Ciszy... Nie pytań, na które bałam się udzielać odpowiedzi.
Miałam ochotę oprzeć swoje czoło o jego, zbliżyć się do niego. Zamiast tego wstałam gwałtownie, wcześniej łapiąc bruneta za przedramiona i odejmując jego dłonie od mojej twarzy. Natychmiast po wstaniu odwróciłam się do niego plecami i objęłam się ramionami, dusząc szloch, który wyrywał się z mojej piersi. Po czym szybkim krokiem ruszyłam w stronę pomostu.
- Ana...! - słyszałam, jak mężczyzna zrywa się na równe nogi. W rekordowym tempie przebył dzielącą nas odległość, w mig zagradzając mi drogę. Złapał mnie za ramiona i nachylił się blisko, bardzo blisko mnie, by zmusić mnie do spojrzenia sobie w twarz, uniemożliwić uciekanie wzrokiem... - Co ty robisz...?
Odruchowo podniosłam temperaturę swojego ciała. Serio. Przysięgam, że wcale nie chciałam tego zrobić, tak po prostu... wyszło.
Niemniej, w wyniku tego Mike musiał odruchowo zabrać ręce, a ja zdobyłam czas potrzebny mi, by go wyminąć i podjąć przerwany spacer na pomost. Potrzebowałam... nie wiem czego. Chyba trochę nie myślałam w tamtym momencie.
Trochę bardzo, sądząc po tym, że już chwilę później zdejmowałam koszulkę przez głowę i rzucałam ją gdzieś na bok. Sądząc po przekleństwie, które wyrwało się z ust Mike'a, mężczyzna był dość mocno zaniepokojony moim zachowaniem, jednak w tamtym momencie jakoś zapomniałam, że powinno mnie to przejąć. Dotarłam do krawędzi pomostu, zdjęłam leginsy, również odrzucając je byle gdzie. Zostałam w samej bieliźnie.
Stałam na skraju pomostu, palcami bosych nóg zahaczyłam o jego krawędź... Czułam owiewające mnie chłodne, jesienne powietrze, poruszające powoli moimi włosami, które właśnie rozpuszczałam. Złote pasma rozlały się kaskadą po moich plecach. Za mną słyszałam wołanie Mike'a, jednak przytłumione, jakby dochodziło spod powierzchni wody... Do której zaraz wskoczyłam, wziąwszy głęboki oddech. Poczułam jakby smyrgnięcie czyjejś dłoni na plecach, co kazało mi przypuszczać, że gdybym jeszcze moment zwlekała ze wskoczeniem do wody, mężczyzna mógłby zdążyć mnie przed tym powstrzymać. Jednak nie zdążył.
Zanurzyłam się cała pod wodą, a fale włosów unosiły się w okół mnie jak smugi atramentu. Otworzyłam powoli oczy, które natychmiast zapiekły w kontakcie z nie do końca czystą wodą. Swobodne unoszenie się w toni wodnej... uspokajało. Odcięcie od wszystkich dźwięków, które mnie zawsze otaczały, ta nagła cisza, w którą zatapiałam się pod wodą... była w pewien sposób wyzwalająca. Mistyczna...
Wtem poczułam poruszenie wody za mną i już wiedziałam, że Mike wskoczył za mną do wody. Już po chwili poczułam, jak otaczają mnie jego silne ramiona, wyciągając na powierzchnię wody... Ledwo mój nos i usta znalazły się ponad powierzchnią wody, nabrałam głęboko powietrze, by napełnić spragnione powietrza płuca.
- Cholera, Ana, co cię wzięło, żeby wskakiwać do jeziora jesienią? Woda jest lodowata!
Ale ja nie czułam zimna. Tylko przyjemny chłód, pozwalający ochłonąć mojemu rozpalonemu ciału... i oplatające mnie ramiona mężczyzny, jego twardą, ciepłą, teraz nagą klatkę piersiową, która przylegała do moich pleców... Odchyliłam głowę do tyłu, opierając potylicę na ramieniu przyjaciela, a z moich rozchylonych nieco ust wydostało się westchnienie.
- Ana... proszę, mów do mnie - ton mężczyzny był błagalny. Ale ja nie potrafiłam się odezwać, przyznać sama przed sobą, że...
- Zgwałcili mnie - wydusiłam, mimo kłębiących się w głowie myśli. Szeptem, ledwo poruszając przy tym ustami. Gdyby Mike był zwykłym człowiekiem, prawdopodobnie nawet by tego nie wyłapał. Ale wyłapał.
Czułam, jak jego mięśnie się napinają, moje natomiast zwiotczały, jakby uszło ze mnie napięcie... co było z resztą prawdą. Choć to nadal przerażało... przynajmniej odważyłam się w końcu przyznać sama przed sobą, że to się stało.
Gdyby nie to, że Mike mnie wtedy przytrzymał, prawdopodobnie znowu zanurzyłabym się pod wodę. I kto wie, czy znalazłabym motywację, by wypłynąć, nim skończy mi się powietrze. Po moich policzkach spływały krople... Łzy, czy po prostu woda? Niemożliwe do rozpoznania. Puste spojrzenie wbiłam w ciemniejące niebo, kępki chmur dryfujące w powietrzu... Miałam ochotę wskoczyć w gadzią skórę i polecieć... Zniknąć na zawsze, wśród chmur, z adrenaliną krążącą w żyłach, pozwalającą zapomnieć... Zapomnieć.
- Ana, nie odpływaj... - poczułam na skroni dotyk ust Mike'a. Bez zmieniania położenia głowy, spojrzałam kątem oka na niego... próbując wyczytać coś z jego twarzy. Czy czuł do mnie obrzydzenie? Żałował, że skoczył za mną, by wyciągnąć mnie z wody... że wczorajszej nocy pozwolił mi spać u swojego boku? Nie wyczytałam jednak z niej nic, miałam zbyt rozmazany wzrok, przez ciągle napływające do oczu łzy, które cichym strumieniem spływały mi po policzkach, po brodzie...
Ponownie zamknęłam oczy, odwracając twarz od przyjaciela, jednocześnie nadal opierając potylicę na jego ramieniu. Wsłuchiwałam się w otaczające nas dźwięki, chlupot wody, szum liści i cykanie świerszczy. W oddech trzymającego mnie mężczyzny. W bicie jego serca, które nie tylko słyszałam, ale mogłam również poczuć przez to, że jego klatka piersiowa nadal przylegała do moich pleców.
Nie puścił mnie. Mimo tego, co powiedziałam. Nadal mnie trzymał, ciasno obejmując ramionami, chroniąc przed utonięciem... Nie wiem, czy zdawał sobie z tego sprawę, ale nie tylko przed fizycznym utonięciem w wodzie, również przed zatopieniem się w myślach, które tłumnie nawiedzały teraz moją głowę. Osaczając mnie jak ofiarę. Dusząc.
A on był kołem ratunkowym, które utrzymywało mnie na powierzchni.
- Przepraszam, że musiałeś za mną wskakiwać do lodowatej wody - mruknęłam, próbując się od niego odsunąć, jednak mi na to nie pozwolił. Rozluźnił swój uścisk tylko na tyle, bym mogła odwrócić się twarzą do niego, po czym znowu zamknął ramiona w okół mnie. Spojrzał mi głęboko w oczy, a ja nie uciekłam spojrzeniem. Jeśli chciał mnie teraz zostawić... Zrozumiem. Byłam brudna... Kto mógłby chcieć mnie taką? Złamaną. Skrzywdzoną. Wykorzystaną w najobrzydliwszy z możliwych sposobów...
Byłam pewna, że mnie zostawi, a mimo to nie odwróciłam spojrzenia. Chciałam patrzeć mu w oczy, gdy w końcu to z siebie wydusi. "To koniec". By zapamiętać jego spojrzenie w tej chwili... by pamiętać, dlaczego nie powinnam się do nikogo zbliżać.
Już nie płakałam. Chyba łzy mi się już po prostu skończyły. Tylko patrzyłam. Z rezygnacją i bezbrzeżnym smutkiem w oczach.
Mike? :c
płakałam jak pisałam, serio xd
Przede wszystkim jednak się bałam. Nie, nie mówić o tym Mike'owi, choć prawda była taka, że nie chciałam go obarczać moimi problemami, gdy sam miał wystarczająco swoich, żeby mieć czym się martwić. Bałam się przyznać sama przed sobą, że tak, to się stało. A gdy kazał mi na siebie spojrzeć... gdy czułym, ostrożnym ruchem założył mi kosmyk włosów, który wypadł z koka, w który zawinęłam długie włosy, za ucho... coś we mnie pękło. I choć nadal nie miałam zamiaru mu mówić, w końcu nic szczególnego się nie wydarzyło... nagle poczułam, jak do oczu napływają mi łzy.
- Naprawdę nic mi nie jest - powiedziałam głupio, uśmiechając się, jednak po policzkach już płynęły mi łzy. Nie byłam w stanie ich powstrzymać, czułam, jak pieczołowicie budowane przez ostatnie dni opanowanie zaczyna się walić, jak domek z kart poruszony podmuchem wiatru...
Zacisnęłam powieki, próbując za wszelką cenę odciąć się od badawczego spojrzenia mężczyzny, zagryzłam wargę, próbując powstrzymać jej drżenie... Jednak łzy nadal spływały mi po policzkach. Niemal natychmiast po tym, jak zamknęłam oczy, poczułam na twarzy dotyk dłoni przyjaciela, jak ścierają łzy z moich policzków...
Nic nie powiedział, co naprawdę doceniałam. Potrzebowałam... po prostu jego. Jego obecności. Ciszy... Nie pytań, na które bałam się udzielać odpowiedzi.
Miałam ochotę oprzeć swoje czoło o jego, zbliżyć się do niego. Zamiast tego wstałam gwałtownie, wcześniej łapiąc bruneta za przedramiona i odejmując jego dłonie od mojej twarzy. Natychmiast po wstaniu odwróciłam się do niego plecami i objęłam się ramionami, dusząc szloch, który wyrywał się z mojej piersi. Po czym szybkim krokiem ruszyłam w stronę pomostu.
- Ana...! - słyszałam, jak mężczyzna zrywa się na równe nogi. W rekordowym tempie przebył dzielącą nas odległość, w mig zagradzając mi drogę. Złapał mnie za ramiona i nachylił się blisko, bardzo blisko mnie, by zmusić mnie do spojrzenia sobie w twarz, uniemożliwić uciekanie wzrokiem... - Co ty robisz...?
Odruchowo podniosłam temperaturę swojego ciała. Serio. Przysięgam, że wcale nie chciałam tego zrobić, tak po prostu... wyszło.
Niemniej, w wyniku tego Mike musiał odruchowo zabrać ręce, a ja zdobyłam czas potrzebny mi, by go wyminąć i podjąć przerwany spacer na pomost. Potrzebowałam... nie wiem czego. Chyba trochę nie myślałam w tamtym momencie.
Trochę bardzo, sądząc po tym, że już chwilę później zdejmowałam koszulkę przez głowę i rzucałam ją gdzieś na bok. Sądząc po przekleństwie, które wyrwało się z ust Mike'a, mężczyzna był dość mocno zaniepokojony moim zachowaniem, jednak w tamtym momencie jakoś zapomniałam, że powinno mnie to przejąć. Dotarłam do krawędzi pomostu, zdjęłam leginsy, również odrzucając je byle gdzie. Zostałam w samej bieliźnie.
Stałam na skraju pomostu, palcami bosych nóg zahaczyłam o jego krawędź... Czułam owiewające mnie chłodne, jesienne powietrze, poruszające powoli moimi włosami, które właśnie rozpuszczałam. Złote pasma rozlały się kaskadą po moich plecach. Za mną słyszałam wołanie Mike'a, jednak przytłumione, jakby dochodziło spod powierzchni wody... Do której zaraz wskoczyłam, wziąwszy głęboki oddech. Poczułam jakby smyrgnięcie czyjejś dłoni na plecach, co kazało mi przypuszczać, że gdybym jeszcze moment zwlekała ze wskoczeniem do wody, mężczyzna mógłby zdążyć mnie przed tym powstrzymać. Jednak nie zdążył.
Zanurzyłam się cała pod wodą, a fale włosów unosiły się w okół mnie jak smugi atramentu. Otworzyłam powoli oczy, które natychmiast zapiekły w kontakcie z nie do końca czystą wodą. Swobodne unoszenie się w toni wodnej... uspokajało. Odcięcie od wszystkich dźwięków, które mnie zawsze otaczały, ta nagła cisza, w którą zatapiałam się pod wodą... była w pewien sposób wyzwalająca. Mistyczna...
Wtem poczułam poruszenie wody za mną i już wiedziałam, że Mike wskoczył za mną do wody. Już po chwili poczułam, jak otaczają mnie jego silne ramiona, wyciągając na powierzchnię wody... Ledwo mój nos i usta znalazły się ponad powierzchnią wody, nabrałam głęboko powietrze, by napełnić spragnione powietrza płuca.
- Cholera, Ana, co cię wzięło, żeby wskakiwać do jeziora jesienią? Woda jest lodowata!
Ale ja nie czułam zimna. Tylko przyjemny chłód, pozwalający ochłonąć mojemu rozpalonemu ciału... i oplatające mnie ramiona mężczyzny, jego twardą, ciepłą, teraz nagą klatkę piersiową, która przylegała do moich pleców... Odchyliłam głowę do tyłu, opierając potylicę na ramieniu przyjaciela, a z moich rozchylonych nieco ust wydostało się westchnienie.
- Ana... proszę, mów do mnie - ton mężczyzny był błagalny. Ale ja nie potrafiłam się odezwać, przyznać sama przed sobą, że...
- Zgwałcili mnie - wydusiłam, mimo kłębiących się w głowie myśli. Szeptem, ledwo poruszając przy tym ustami. Gdyby Mike był zwykłym człowiekiem, prawdopodobnie nawet by tego nie wyłapał. Ale wyłapał.
Czułam, jak jego mięśnie się napinają, moje natomiast zwiotczały, jakby uszło ze mnie napięcie... co było z resztą prawdą. Choć to nadal przerażało... przynajmniej odważyłam się w końcu przyznać sama przed sobą, że to się stało.
Gdyby nie to, że Mike mnie wtedy przytrzymał, prawdopodobnie znowu zanurzyłabym się pod wodę. I kto wie, czy znalazłabym motywację, by wypłynąć, nim skończy mi się powietrze. Po moich policzkach spływały krople... Łzy, czy po prostu woda? Niemożliwe do rozpoznania. Puste spojrzenie wbiłam w ciemniejące niebo, kępki chmur dryfujące w powietrzu... Miałam ochotę wskoczyć w gadzią skórę i polecieć... Zniknąć na zawsze, wśród chmur, z adrenaliną krążącą w żyłach, pozwalającą zapomnieć... Zapomnieć.
- Ana, nie odpływaj... - poczułam na skroni dotyk ust Mike'a. Bez zmieniania położenia głowy, spojrzałam kątem oka na niego... próbując wyczytać coś z jego twarzy. Czy czuł do mnie obrzydzenie? Żałował, że skoczył za mną, by wyciągnąć mnie z wody... że wczorajszej nocy pozwolił mi spać u swojego boku? Nie wyczytałam jednak z niej nic, miałam zbyt rozmazany wzrok, przez ciągle napływające do oczu łzy, które cichym strumieniem spływały mi po policzkach, po brodzie...
Ponownie zamknęłam oczy, odwracając twarz od przyjaciela, jednocześnie nadal opierając potylicę na jego ramieniu. Wsłuchiwałam się w otaczające nas dźwięki, chlupot wody, szum liści i cykanie świerszczy. W oddech trzymającego mnie mężczyzny. W bicie jego serca, które nie tylko słyszałam, ale mogłam również poczuć przez to, że jego klatka piersiowa nadal przylegała do moich pleców.
Nie puścił mnie. Mimo tego, co powiedziałam. Nadal mnie trzymał, ciasno obejmując ramionami, chroniąc przed utonięciem... Nie wiem, czy zdawał sobie z tego sprawę, ale nie tylko przed fizycznym utonięciem w wodzie, również przed zatopieniem się w myślach, które tłumnie nawiedzały teraz moją głowę. Osaczając mnie jak ofiarę. Dusząc.
A on był kołem ratunkowym, które utrzymywało mnie na powierzchni.
- Przepraszam, że musiałeś za mną wskakiwać do lodowatej wody - mruknęłam, próbując się od niego odsunąć, jednak mi na to nie pozwolił. Rozluźnił swój uścisk tylko na tyle, bym mogła odwrócić się twarzą do niego, po czym znowu zamknął ramiona w okół mnie. Spojrzał mi głęboko w oczy, a ja nie uciekłam spojrzeniem. Jeśli chciał mnie teraz zostawić... Zrozumiem. Byłam brudna... Kto mógłby chcieć mnie taką? Złamaną. Skrzywdzoną. Wykorzystaną w najobrzydliwszy z możliwych sposobów...
Byłam pewna, że mnie zostawi, a mimo to nie odwróciłam spojrzenia. Chciałam patrzeć mu w oczy, gdy w końcu to z siebie wydusi. "To koniec". By zapamiętać jego spojrzenie w tej chwili... by pamiętać, dlaczego nie powinnam się do nikogo zbliżać.
Już nie płakałam. Chyba łzy mi się już po prostu skończyły. Tylko patrzyłam. Z rezygnacją i bezbrzeżnym smutkiem w oczach.
Mike? :c
Od Isli CD Bellamiego
Od jakiegoś czasu, zapach i widok krwi dziwnie na mnie wpływał. Jej zapach, nieco różnił się od zapachu który znam od zawsze. Może zmieniam się w jakiegoś dzikusa kanibala? Nie chciałbym tego...ale nie wiem czy mam coś do dodania. Jebaniutki dar, jaja sobie robi i ewoluuje? Cóż, jak na razie mam inny problem. Głupio mi się zrobiło, kiedy krew zaczęła spływać po mężczyźnie. Nie myślałam że mój rzut był taki mocny. Albo to on ma skórę jak dzieciak i wystarczy kartką przejechać a zacznie się wykrwawiać. Zajrzałam do kieszeni czarnych jeansów, niestety, jedyne co miałam to kilkudniowy paragon.
- Jeśli nie jesteś wybredny...- wzruszyłam ramionami, podając mu kwitek. Ten intensywnie czytał rozmazany drug, unosząc na koniec brwi.
- Medyczne zielsko palisz? - uniósł kącik ust.
- Dobra, to się wykrwaw.- wyrwałam mu papierek z rąk.- brat czasem się przyczepia...jakoś trzeba sobie radzić. To mój pretekst.
- i poświęciłaś go dla mnie? Ja wiem, czarujący ze mnie obywatel, ale żeby tak się poświęcać?- Rzekł, miałam nadzieje, w żartach. Nie wiem czy bym zdzierżyła gdyby serio tak wygórowanie o sobie myślał.
- Nie pochlebiaj sobie.- przewróciłam oczami- Nie umawiam się z dziadkami.- uśmiechnęłam się ironicznie. Nie wyglądał na starego, co prawda, ale i tak pewnie nie mieścił się w mojej tabeli wiekowej.
- Nie jestem taki stary- skrzyżował ręce.- Wiek to tylko cyfry, nie słyszałaś?- rzekł oczywistym tonem.
- Ta, a więzienie to domek letniskowy.- prychnęłam, zapinając psy na smycz. Usłyszałam cichy śmiech, chyba ironiczny. Kątem oka spojrzałam na dziewczynę, czy,s wyraźnie zajętą, gdyż nie zwracała uwagi na konwersację odbywająca się tuż obok niej. Byli do siebie nieco podobni, może rodzeństwo.
- W każdym razie.- kontynuowałam- pozwól że się oddalę.
- Tak bez przedstawienia się? Nieładnie.- przysunął się bliżej, co nie spodobało się dobermanowi. Bullet zawarczał, bacznie obserwując nieznajomego. Ja także zrobiłam krok w tył.
- Kradniesz mi powietrze, odsuń się trochę. - zakasłałam- gruźlica, rozumiesz.
- To mam na ciebie mówić pani z gruźlicą czy jak?
- Mów mi jak chcesz.- wzruszyłam ramionami.- pozostanie to moją tajemnicą, kolego. Także papa, jak się wykrwawisz to weź chociaż kartkę napisz, wyślę ci kwiatki. Albo flaszkę chociaż.- Nie czekając na odpowiedź, pomachałam na dowodzenia i oddaliłam się w szybkim tempie.
Uff. Sytuacja, choć nie było po mnie widać, trochę mnie zestresowała. Nie nie, nowe znajomości nie są dla mnie. I tak zapomni o mnie a ja o nim w przeciągu kilku dni.
Psy podążały za mną szybkim tempem, prawie biegiem. Droga do domu zleciała mi bardzo szybko. Weszłam odpięłam psy, zmieniłam wodę w miskach na świeżą, wzięłam zimny, orzeźwiający sok z lodówki i zamknęłam się w swoim pokoju. Zakluczyłam drzwi i opadłam tyłem na łóżko. Stres stres stres. Serce dalej mi biło, przez co wpadłam na chwalebny, cudowny pomysł zapalenia. Upiłam łyk picia i wstałam by otworzyć okno. Na parapecie, skręciłam blanta i odpaliłam go, a następnie wzięłam głęboki wdech. Wypuściłam powoli dym z płuc, delektując się wyrazistym smakiem. W mojej głowie miło zawirowało, a serce zwolniło. Kilka błogich chwil spokoju, czego chcieć więcej. Niestety w połowie mojego relaksu, usłyszałam dosyć głośne pukanie.
- Isla, otwórz.- Westchnął mój brat, z wyraźną frustracją.
- Czego chcesz? Przebieram się.- Skłamałam, mając nadzieję że to go powstrzyma od wchodzenia.
- Gdzie jest zawieszka Milo?- Spytał, na co wzruszyłam ramionami, choć i tak tego przecież nie widział.
- Na obroży?- Przewróciłam oczami.
- Nie? Zgubiłaś ją, prawda?
- Skąd mam wiedzieć? Byłam w parku, jak rzucałam im patyka to jeszcze wisiała.- Zmrużyłam oczy, przypominając obie tą chwilę. Była tam. Ale potem...nie wiem.
- Idź ją znaleźć. Teraz.
- Uspokój się, kupimy drugą.- Zamknęłam okno i otworzyłam w końcu drzwi, uprzednio gasząc i wyrzucając blanta za okno.
- Co tak śmierdzi?- Zmrużył oczy.- Z resztą. Nie rozumiesz chyba. Isla tam był kontakt, nasze imiona, nadajnik jakby Milo uciekł. To nie było tanie.
- Nie kazałam ci kupować zawieszki za pięć stów.
- Isla!- Złapał się za głowę.- Proszę cię. Jedź i ją znajdź. Miała
gps, jak ktoś ją znajdzie i będzie ogarniał technologię, może znaleźć nasz adres.
- Jezu jaki z ciebie paranoik.- Jęknęłam, wymijając go. Może ma rację...Eh. W każdym razie, dobra, znajdę ją.
Gdy dotarłam na miejsce, od razu skierowałam się w stronę miejsca w którym ostatni raz widziałam zawieszkę. Ma neonowy, zielony kolor, widoczna jest nawet z daleka...Ale w razie czego, uważnie się rozglądałam. Dwa razy przeszłam drogę którą wracałam, lecz na nic. Nie wiedząc co dalej robić, poszłam w głąb parku, jego głównej części. Nie wiem czemu, ale może to coś da.
- Isla idź znajdź. Isla bo ktoś się włamie. Isla, Isla, Isla, idź ty w chuj, Aaram- Powiedziałam do siebie- No do chuja pana gdzie jesteś zawieszko?- Wycedziłam przez zęby, zirytowana sytuacją. Westchnęłam głęboko. Było mi gorąco, gdyż miałam na sobie dosyć grubą bluzę, a pod spodem krótki, beżowy top. Postanowiłam nieco się ochłodzić, ściągając jedną z górnych części garderoby. Niestety, przy ściąganiu zahaczyłam o coś i się zaplątałam. Zaczęłam tracić równowagę, kręcąc się w kółko, przeklinając pod nosem.
Podskoczyłam, kiedy nagle poczułam na sobie czyjś dotyk. Intuicyjnie wymierzyłam zablokowanym łokciem cios, co nie było dobrym pomysłem.
Zaczęłam spadać w dół i z pewnością poobijałabym się, gdyby ktoś mnie w ostatniej chwili nie złapał. W końcu wydostałam swoją głowę, a potem resztę, aż w końcu mogłam spojrzeć w oczy nieznajomej osobie.
- A więc masz na imię Isla?- Szeroki uśmiech pojawił się przede mną.
- O, jednak żyjesz.- Mruknęłam.- Możesz mnie już puścić?- Mężczyzna zauważył, że dalej leżę głową na jego kolanach, a on sam trzyma mnie za ramiona. Pomógł mi wstać, po czym zaczęłam się otrzepywać z ziemi.
- Tak, Isla. Too może teraz ty? Panie nieznajomy.
- Oczywiście, wać Pani. Bellami. A tak poza tym, tego szukasz?- Wyjął z kieszeni zawieszkę, którą szukałam po całym parku.
- Skąd to masz?- Wyciągnęłam rękę, a ten położył wisiorek na mojej dłoni.- Wszędzie jej szukałam.
- Wiem, widziałem.- Zaśmiał się.- Wszystko. atak twojej bluzy też.
- Spadaj.- Uśmiechnęłam się ironicznie.- Nie obserwuje się ludzi, to strasznie dziwne. Ale.. dziękuję.
Bellami?
Na przyszłość proszę sprawdzać formę, w jakiej opowiadania są wysyłane. Siedzenie nad jednym opowiadaniem paręnaście minut nie jest przyjemne (przyp. administracji)
29.04.2020
Od Michaela CD Any
Gdy wieczorną porą Crowley położył się do łóżka, miał niemały
problem z zaśnięciem, przez co kręcił się z miejsca na miejsce szukając
dobrej pozycji do spania, a gdy w końcu odleciał do krainy snów, poczuł
czyjąś obecność obok siebie. Gdyby nie byłaby to Ana, pewnie wpadłby w
szał, lecz jej zapach szybko go uspokoił, a na jego twarzy pojawił się
delikatny uśmiech.
— Połóż się głuptasie. — rzekł ciepło, tuląc kobietę do siebie — Śpij spokojnie. — szepnął, składając delikatny pocałunek na jej czole.
Wtem oby dwoje zasnęli, jakby właśnie tego im brakowało — ciepła drugiej osoby, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.
Gdy poranne słońce wdarło się do sypialni, a świeże powietrze wleciało przez uchylone okno, Michael rażony promieniami światła obrócił się na bok, obejmując przy tym przyjaciółkę, która nadal spała głębokim snem. Brunet cicho westchnął, gdyż wiedział, że już nie zaśnie, a nawet nie opłacało się dalej spać, gdyż godzina na zegarku wskazywała dziewiątą rano. Wrócił więc do pozycji na plecach i podniósł się łokciach, a widok jaki ujrzał, delikatnie go zaskoczył — Siwa wraz z Finnem leżeli wtuleni w nogach przyjaciół, Archer z Ciri smacznie spali przy sobie obok łóżka, a Rav, jak nigdy, siedział na jednej w wyższych szaf w pokoju. Harmonia. Czysta harmonia. Wtem Crowley poczuł, że i Ana podnosi się do tej samej pozycji i obserwuje śpiący zwierzyniec, niczym rodzice patrzący na grzeczne dzieci.
— Niemożliwe.. — rzekła cicho kobieta.
— Coś Ty im zrobiła wieczorem?
— Nic. — odpowiedziała, po czym oby dwoje znacznie na siebie spojrzeli.
— Salon. — rzekli w tym samym czasie, lecz na tyle głośno, że cały zwierzyniec szybko się obudził.
Gdy przyjaciele zeszli na dół, a za nimi cała ferajna, dostrzegli salon.. salon po remoncie. Wywrócone stoły, krzesła, jedna niewielka szafka i poduszki rozrzucone po całej podłodze.
— No powiem Ci, że masz bardzo.. nowoczesny salon. — powiedział mężczyzna, cicho się przy tym śmiejąc.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
W godzinach popołudniowych, gdy salon był posprzątany, a przyjaciele najedzeni świeżym obiadem, oby dwoje siedzieli na ławce przy jeziorze, odpoczywając z dala od czterech ścian. Choć oby dwoje mieli raczej dobry humor, to Crowley czuł negatywne emocje kobiety, przez co sam się denerwował. Słyszał bicie jej serce, czuł zmianę temperatury jej ciała, a przede wszystkich jej jakiekolwiek ruchy nie należy do spokojnych, a raczej delikatnie nerwowych.
— Ana, wiesz, że widzę zmiany w Twoich zachowaniu. — zaczął brunet spokojnym tonem — Powiesz mi, co się stało? — spojrzał na kobietę.
— Nic się nie stało. — zerknęła na przyjaciela, zaraz uciekając wzrokiem na tafle jeziora.
— To nie ja tłukę dziennie kilka szklanek czy talerzy. — rzekł nadal spokojnie — Widzę, że coś Cię denerwuje bądź też martwi.
— Mike, nic się przecież nie stało. — zaprzeczyła szybko.
— Spójrz na mnie. — siadł lekko bokiem na ławce — Proszę. — dodał, po czym kobieta uczyniła ową prośbę. — Możesz mieć wielki uśmiech na twarzy, ale Twoje oczy mówią wszystko, Ana. — powiedział pół szeptem utrzymując kontakt wzrokowy z przyjaciółką. — Widzę i czuję to, co się dzieję, lecz nie znam tego powodu. — mówiła ciepło — Mi możesz o wszystkim mówić, dobrze o tym wiesz. — dodał, delikatnie poprawiając jej kosmyk za ucho.
Ana?
No muf.
— Połóż się głuptasie. — rzekł ciepło, tuląc kobietę do siebie — Śpij spokojnie. — szepnął, składając delikatny pocałunek na jej czole.
Wtem oby dwoje zasnęli, jakby właśnie tego im brakowało — ciepła drugiej osoby, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.
Gdy poranne słońce wdarło się do sypialni, a świeże powietrze wleciało przez uchylone okno, Michael rażony promieniami światła obrócił się na bok, obejmując przy tym przyjaciółkę, która nadal spała głębokim snem. Brunet cicho westchnął, gdyż wiedział, że już nie zaśnie, a nawet nie opłacało się dalej spać, gdyż godzina na zegarku wskazywała dziewiątą rano. Wrócił więc do pozycji na plecach i podniósł się łokciach, a widok jaki ujrzał, delikatnie go zaskoczył — Siwa wraz z Finnem leżeli wtuleni w nogach przyjaciół, Archer z Ciri smacznie spali przy sobie obok łóżka, a Rav, jak nigdy, siedział na jednej w wyższych szaf w pokoju. Harmonia. Czysta harmonia. Wtem Crowley poczuł, że i Ana podnosi się do tej samej pozycji i obserwuje śpiący zwierzyniec, niczym rodzice patrzący na grzeczne dzieci.
— Niemożliwe.. — rzekła cicho kobieta.
— Coś Ty im zrobiła wieczorem?
— Nic. — odpowiedziała, po czym oby dwoje znacznie na siebie spojrzeli.
— Salon. — rzekli w tym samym czasie, lecz na tyle głośno, że cały zwierzyniec szybko się obudził.
Gdy przyjaciele zeszli na dół, a za nimi cała ferajna, dostrzegli salon.. salon po remoncie. Wywrócone stoły, krzesła, jedna niewielka szafka i poduszki rozrzucone po całej podłodze.
— No powiem Ci, że masz bardzo.. nowoczesny salon. — powiedział mężczyzna, cicho się przy tym śmiejąc.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
W godzinach popołudniowych, gdy salon był posprzątany, a przyjaciele najedzeni świeżym obiadem, oby dwoje siedzieli na ławce przy jeziorze, odpoczywając z dala od czterech ścian. Choć oby dwoje mieli raczej dobry humor, to Crowley czuł negatywne emocje kobiety, przez co sam się denerwował. Słyszał bicie jej serce, czuł zmianę temperatury jej ciała, a przede wszystkich jej jakiekolwiek ruchy nie należy do spokojnych, a raczej delikatnie nerwowych.
— Ana, wiesz, że widzę zmiany w Twoich zachowaniu. — zaczął brunet spokojnym tonem — Powiesz mi, co się stało? — spojrzał na kobietę.
— Nic się nie stało. — zerknęła na przyjaciela, zaraz uciekając wzrokiem na tafle jeziora.
— To nie ja tłukę dziennie kilka szklanek czy talerzy. — rzekł nadal spokojnie — Widzę, że coś Cię denerwuje bądź też martwi.
— Mike, nic się przecież nie stało. — zaprzeczyła szybko.
— Spójrz na mnie. — siadł lekko bokiem na ławce — Proszę. — dodał, po czym kobieta uczyniła ową prośbę. — Możesz mieć wielki uśmiech na twarzy, ale Twoje oczy mówią wszystko, Ana. — powiedział pół szeptem utrzymując kontakt wzrokowy z przyjaciółką. — Widzę i czuję to, co się dzieję, lecz nie znam tego powodu. — mówiła ciepło — Mi możesz o wszystkim mówić, dobrze o tym wiesz. — dodał, delikatnie poprawiając jej kosmyk za ucho.
Ana?
Od Hanne
-Cóż to za nudny dzień czeka na mnie dzisiaj... - wymruczałam pod nosem, wyglądając zza zasłony w oknie mojej sypialni. Przetarłam dłonią zaspane oczy. Nienawidzę tego uczucia, kiedy budzę się rano i od samego początku wiem, że nic ciekawego w przeciągu co najmniej kilku najbliższych godzin na mnie nie czeka. Nie, żeby zdarzało mi się to jakoś specjalnie często, ale czasem i na takie dni przychodzi czas. Brak żadnych zleceń nie byłby jeszcze tak dużym problemem, gdyby nie ta okropna, jesienna pogoda. To właśnie ona jest głównym powodem mojego utrapienia. Ani wsiąść na motor i pojechać gdzieś daleko w nieznane, bo co to za zabawa podziwiać widoki, kiedy jesteś mokra do szpiku kości, ani pójść poćwiczyć na świeżym powietrzu. Nie lubię zimna, nie lubię deszczu. Ten jeden, jedyny aspekt mieszkania na Ziemi ani trochę mi się nie podoba. Westchnęłam cicho i wolnym krokiem udałam się w stronę łazienki.
Dopiero podczas porannego prysznica przypomniałam sobie, że mamy dzisiaj środę, a w środy zawsze co godzinę odbywają się treningi Karate w budynku znajdującym się kilkadziesiąt metrów dalej od tego, w którym mieszkam. Czasem, przy moim zróżnicowanym grafiku zdarza mi się zapomnieć o tych wszystkich treningach na które niegdyś się pozapisywałam. Ale jeżeli pamiętam i tylko mam czas, zawsze z chęcią się na nie wybieram. Nieważne. Morał jest taki, że mój dzień nie zostanie całkowicie stracony.
Szybko wysuszyłam włosy, ubrałam się, spakowałam co trzeba i wyszłam z mieszkania. Zanim ostatecznie wyszłam z budynku, z żalem spojrzałam na ponure niebo, całe pokryte chmurami. Założyłam kaptur na głowę i jak najszybciej mogłam, ruszyłam w kierunku swojego celu. Miałam zamiar zabawić tam z przynajmniej trzy godziny. Może dłużej, jeżeli nadeszłaby mnie taka ochota. Czasem z rozbawieniem obserwuję wszystkie te osoby, którzy już po kilkudziesięciu minutach mają dosyć. Wtedy zazwyczaj upewniam się w przekonaniu, że ludzie to bardzo kruche istoty. Mimo wszystko starają się i to w nich cenię.
Najchętniej spędziłabym tutaj tyle czasu, dopóki ten okropny deszcz nie ustanie i na świat ponownie wyjdzie słońce. Po dłuższym czasie i po dziesiątkach pokonanych przeciwników ostatecznie doszłam do wniosku, że tego dnia nie mam na co liczyć. W końcu po satysfakcjonującym wysiłku postanowiłam wrócić do domu.
I znów, zarzuciłam kaptur na głowę, po czym pędem ruszyłam w stronę mieszkania, zastanawiając się w trakcie czym zajmę się w następnej kolejności. ,,Nie lubię bezczynnie siedzieć w domu, ale co mogę zrobić innego? Może w końcu poświęcę chwilę na zapoznanie się z tutejszą twórczością? Tak długo się do tego zbieram...'' myślałam. Szybki krok, głowa gdzieś w chmurach, widoczność słaba przez mgłę, że ledwo można dostrzec lokale po drugiej stronie wyjątkowo dziś pustej ulicy. Cóż innego mogło mi się przytrafić, niż zderzenie ramionami z drugą, prawdopodobnie równie zamyśloną jak ja istotą? Impakt był tak mocny, że aż sama się zdziwiłam. Nic nie mówiąc odwróciłam się na pięcie, aby móc przyjrzeć się mojemu towarzyszowi. Nasze spojrzenia spotkały się. Nie ukrywam, że wzrok miałam nieco gniewny, ponieważ im dłużej czasu spędzałam w tym nieprzyjemnym deszczu, tym gorsze stawało się moje samopoczucie.
Witam!
Ktoś, coś? Początki, jak to początki - nudne i niezbyt ciekawe, ale cóż, każdy musi od czegoś zacząć. Zazwyczaj przykładam większą wagę do wydarzeń, które opisuje, ale tym razem nie w tym sęk, a w tym, żeby w ogóle znaleźć kogoś do wspólnego dzielenia historii. Mam nadzieję, że ktoś zdecyduje się ze mną tego wyzwania podjąć!
28.04.2020
Od Elizabeth CD Anzaia
Wrażenie, że ktoś mnie śledzi, nie opuszczało mnie od przeszło tygodnia. To nieznośne uczucie, że ktoś obserwuje każdy twój ruch, jest obecny, choć nie możesz go zobaczyć, bo cały czas jest o krok przed tobą, wyprzedza twoje reakcje jakby z góry wiedząc, jak postąpisz. By móc obserwować, samemu nie będąc dostrzeżonym.
Byłam przez to poirytowana. Nie wiem czemu. Takie zboczenie. Ale naprawdę nie lubiłam takich sytuacji. Nawet jeśli tylko mi się wydawało i w rzeczywistości miałam jakieś urojenia, to to wrażenie bycia śledzoną naprawdę działało mi na nerwy. Z czasem do tego stopnia, że zaczęłam rozważać branie wszędzie ze sobą Link, żeby odstraszyła stalkera swoim zachowaniem czy coś... naczy wiem, że to mało prawdopodobne, żeby odpuścił przez psa, ale trzeba próbować każdej dostępnej opcji, prawda?
Jednak tego popołudnia sprawy nagle zmieniły swój obrót.
Wracałam z uczelni. Później niż zazwyczaj, bo zajęcia się przedłużyły, a ja musiałam jeszcze zostać po nich, żeby przekazać profesorowi dodatkowy projekt, który przygotowałam. Byłam głodna i rozdrażniona, a gdy tylko wyszłam z budynku uniwersytetu znowu wróciło to nieznośne wrażenie bycia obserwowaną. Jednak gdy tym razem podniosłam wzrok znad telefonu, na którym pisałam właśnie Aaronowi wiadomość, że zaraz będę w domu, dostrzegłam mojego "stalkera".
Mężczyzna, który zabrał mnie z klubu, gdy pokłóciłam się z Aleksjejem, a potem odwiózł do domu. Hybryda? Chyba tak określił swoją rasę. W każdym razie nie było mowy o pomyłce - w pewnej odległości ode mnie, przy zejściu w boczną uliczkę z rynku, stał Anzai.
Ruszyłam w jego kierunku, zastanawiając się nad emocjami, jakie poczułam. To znaczy... bo coś powinnam poczuć, prawda? Chociażby strach, bo jednak prawdopodobnie mnie śledził, ewentualnie wściekłość, z tego samego powodu. Ale nie czułam zupełnie nic, gdy zbliżałam się do mężczyzny. Gdy tylko znaleźliśmy się obok siebie, skręciłam w boczną uliczkę, dając znak głową, by za mną poszedł. Chciałam w spokoju wyjaśnić całą tę sytuację.
- Śledzisz mnie - to było stwierdzenie, nie pytanie. Dodatkowo powiedziałam to tak spokojnym i pozbawionym emocji tonem, że nie dało się tego odczytać jako wyrzut z mojej strony czy cokolwiek podobnego. Po prostu stwierdziłam fakt.
Mężczyzna mimo to wydawał się zmieszany.
- Grozi ci niebezpieczeństwo... - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Naprawdę myślisz, że jestem bezbronną kaczuszką? - spytałam, równie spokojnym jak wcześniej tonem. Byłam zmęczona, miałam szczerze dość tego dnia i jedyne, o czym marzyłam, to w końcu wrócić do domu, posiedzieć na balkonie z kotem Aarona albo wyjść na spacer po plaży z moimi psami. Potrzebowałam ciszy i spokoju, chociaż dzisiaj, teraz, chociaż na chwilę. - Potrafię o siebie zadbać, jeśli zajdzie taka potrzeba nawet ugryźć - uśmiechnęłam się krzywo, poprawiając ułożenie torby na ramieniu. Zaplotłam ręce na piersiach, spuściłam wzrok na czerwone trampki, które miałam na nogach. Żeby uciec przed spojrzeniem mężczyzny. - Nie musisz za mną wszędzie chodzić.
- Wampiry urządziły polowanie na wilkołaki - wypalił, a jego słowa sprawiły, że na chwilę z powrotem przeniosłam na niego swój wzrok. - W każdej chwili mogą zaatakować ciebie i możesz nie zdołać się obronić.
Zaczęłam kręcić lekko głową, jakby w lekkim niedowierzaniu, jednak dość szybko przestałam. No tak, wampiry... w sumie, sytuacja jak najbardziej prawdopodobna, tym oszołomom czasami brakowało piątej klepki. Nie żeby z niektórymi przedstawicielami mojego gatunku było lepiej, w obydwóch znajdowali się rządni krwi idioci i osoby myślące, które stroniły od konfliktów na tle rasowym. Niestety los był złośliwą suką i najczęściej za tych rządnych krwi oszołomów obrywali zwyczajni obywatele, którzy za nic mają powstałe wieki temu i już dawno nieaktualne podziały. Na przykład ja.
Westchnęłam ciężko, znowu uciekając spojrzeniem od mężczyzny, by przenieść je w miejsce, gdzie boczna uliczka, w której się znajdowaliśmy, przechodzi w główną odnogę rynku. Zagapiłam się po prostu w tamto miejsce, niby patrząc, a jednak nie widząc.
- Słuchaj, nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mało kto wie, że jestem wilkołakiem - z roztargnieniem kopnęłam jakiś kamień, który pod wpływem nadanego mu pędu, podskakując, przeleciał kawałek uliczką, by swą podróż zakończyć w studzience kanalizacyjnej. Patrzyłam chwilę za nim, gdy już zniknął. - Mieszkam w domu z dwoma psami, nic dziwnego, że pachnę nimi - wzruszyłam ramionami. - Naprawdę wątpię, by jakikolwiek krwiopijca zwrócił na mnie uwagę...
No tak. Mówiłam już, że kto jak kto, ale ja to mam szczęście?
Akurat, gdy kończyłam to zdanie, w moje nozdrza uderzył charakterystyczny swąd żywego trupa. Otworzyłam szeroko oczy z przerażenia i spojrzałam w górę...
...gdzie na dachu budynku, pod którym stałam, przykucnięty siedział wampir. Czarny kaptur zasłaniał mu twarz, jednak w słońcu błysnęły kły, które wyszczerzył. Okropny widok.
Jak w zwolnionym tempie patrzyłam, jak krwiopijca zeskakuje z dachu. Prosto na mnie.
Anzai?
Byłam przez to poirytowana. Nie wiem czemu. Takie zboczenie. Ale naprawdę nie lubiłam takich sytuacji. Nawet jeśli tylko mi się wydawało i w rzeczywistości miałam jakieś urojenia, to to wrażenie bycia śledzoną naprawdę działało mi na nerwy. Z czasem do tego stopnia, że zaczęłam rozważać branie wszędzie ze sobą Link, żeby odstraszyła stalkera swoim zachowaniem czy coś... naczy wiem, że to mało prawdopodobne, żeby odpuścił przez psa, ale trzeba próbować każdej dostępnej opcji, prawda?
Jednak tego popołudnia sprawy nagle zmieniły swój obrót.
Wracałam z uczelni. Później niż zazwyczaj, bo zajęcia się przedłużyły, a ja musiałam jeszcze zostać po nich, żeby przekazać profesorowi dodatkowy projekt, który przygotowałam. Byłam głodna i rozdrażniona, a gdy tylko wyszłam z budynku uniwersytetu znowu wróciło to nieznośne wrażenie bycia obserwowaną. Jednak gdy tym razem podniosłam wzrok znad telefonu, na którym pisałam właśnie Aaronowi wiadomość, że zaraz będę w domu, dostrzegłam mojego "stalkera".
Mężczyzna, który zabrał mnie z klubu, gdy pokłóciłam się z Aleksjejem, a potem odwiózł do domu. Hybryda? Chyba tak określił swoją rasę. W każdym razie nie było mowy o pomyłce - w pewnej odległości ode mnie, przy zejściu w boczną uliczkę z rynku, stał Anzai.
Ruszyłam w jego kierunku, zastanawiając się nad emocjami, jakie poczułam. To znaczy... bo coś powinnam poczuć, prawda? Chociażby strach, bo jednak prawdopodobnie mnie śledził, ewentualnie wściekłość, z tego samego powodu. Ale nie czułam zupełnie nic, gdy zbliżałam się do mężczyzny. Gdy tylko znaleźliśmy się obok siebie, skręciłam w boczną uliczkę, dając znak głową, by za mną poszedł. Chciałam w spokoju wyjaśnić całą tę sytuację.
- Śledzisz mnie - to było stwierdzenie, nie pytanie. Dodatkowo powiedziałam to tak spokojnym i pozbawionym emocji tonem, że nie dało się tego odczytać jako wyrzut z mojej strony czy cokolwiek podobnego. Po prostu stwierdziłam fakt.
Mężczyzna mimo to wydawał się zmieszany.
- Grozi ci niebezpieczeństwo... - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Naprawdę myślisz, że jestem bezbronną kaczuszką? - spytałam, równie spokojnym jak wcześniej tonem. Byłam zmęczona, miałam szczerze dość tego dnia i jedyne, o czym marzyłam, to w końcu wrócić do domu, posiedzieć na balkonie z kotem Aarona albo wyjść na spacer po plaży z moimi psami. Potrzebowałam ciszy i spokoju, chociaż dzisiaj, teraz, chociaż na chwilę. - Potrafię o siebie zadbać, jeśli zajdzie taka potrzeba nawet ugryźć - uśmiechnęłam się krzywo, poprawiając ułożenie torby na ramieniu. Zaplotłam ręce na piersiach, spuściłam wzrok na czerwone trampki, które miałam na nogach. Żeby uciec przed spojrzeniem mężczyzny. - Nie musisz za mną wszędzie chodzić.
- Wampiry urządziły polowanie na wilkołaki - wypalił, a jego słowa sprawiły, że na chwilę z powrotem przeniosłam na niego swój wzrok. - W każdej chwili mogą zaatakować ciebie i możesz nie zdołać się obronić.
Zaczęłam kręcić lekko głową, jakby w lekkim niedowierzaniu, jednak dość szybko przestałam. No tak, wampiry... w sumie, sytuacja jak najbardziej prawdopodobna, tym oszołomom czasami brakowało piątej klepki. Nie żeby z niektórymi przedstawicielami mojego gatunku było lepiej, w obydwóch znajdowali się rządni krwi idioci i osoby myślące, które stroniły od konfliktów na tle rasowym. Niestety los był złośliwą suką i najczęściej za tych rządnych krwi oszołomów obrywali zwyczajni obywatele, którzy za nic mają powstałe wieki temu i już dawno nieaktualne podziały. Na przykład ja.
Westchnęłam ciężko, znowu uciekając spojrzeniem od mężczyzny, by przenieść je w miejsce, gdzie boczna uliczka, w której się znajdowaliśmy, przechodzi w główną odnogę rynku. Zagapiłam się po prostu w tamto miejsce, niby patrząc, a jednak nie widząc.
- Słuchaj, nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mało kto wie, że jestem wilkołakiem - z roztargnieniem kopnęłam jakiś kamień, który pod wpływem nadanego mu pędu, podskakując, przeleciał kawałek uliczką, by swą podróż zakończyć w studzience kanalizacyjnej. Patrzyłam chwilę za nim, gdy już zniknął. - Mieszkam w domu z dwoma psami, nic dziwnego, że pachnę nimi - wzruszyłam ramionami. - Naprawdę wątpię, by jakikolwiek krwiopijca zwrócił na mnie uwagę...
No tak. Mówiłam już, że kto jak kto, ale ja to mam szczęście?
Akurat, gdy kończyłam to zdanie, w moje nozdrza uderzył charakterystyczny swąd żywego trupa. Otworzyłam szeroko oczy z przerażenia i spojrzałam w górę...
...gdzie na dachu budynku, pod którym stałam, przykucnięty siedział wampir. Czarny kaptur zasłaniał mu twarz, jednak w słońcu błysnęły kły, które wyszczerzył. Okropny widok.
Jak w zwolnionym tempie patrzyłam, jak krwiopijca zeskakuje z dachu. Prosto na mnie.
Anzai?
Hanne Phelan
,,I want it, i got it''
AUTOR || AileanDANE || Hanne Phelan
WIEK || Według dowodu osobistego, który pomógł załatwić jej dobry znajomy, kobieta ma obecnie 25 lat. I może przy tym na razie zostańmy.
27.04.2020
Od Any CD Michaela
- Daj spokój - mruknęłam, uciekając wzrokiem od przyjaciela, by przenieść go na zwierzyniec, który nagle zgromadził się w salonie. A w szczególności na Finna, który, gdy tylko Mike odstawił Siwę na ziemię, zaczął skakać wokół kotki i popiskiwać śmiesznie, jak to lisy miały w naturze. Jak na razie kotce zdawało się zupełnie nie przeszkadzać nowe towarzystwo i nowe otoczenie, jak Finn się nią w końcu znudził, podeszła do Archera, żeby się połasić do jego nóg... Wilczak spojrzał na mnie z niemym błaganiem o ratunek. - Możesz zostać, ile ci się żywnie podoba - wróciłam spojrzeniem na Mike'a, uśmiechając się lekko, choć nadal bez wesołości. Po prostu jakoś... za dużo się wydarzyło. Mimo wszystko. - I nie musisz się w żaden sposób odwdzięczać, uznaj to za przyjacielską przysługę czy nawet obowiązek do pomocy - sprzedałam brunetowi lekkiego kuksańca łokciem w bok. Po czym ruszyłam w stronę kuchni.
- Nie chcę być dla ciebie ciężarem...
- Nie jesteś - rzuciłam przez ramię, nie pozwalając mężczyźnie powiedzieć niczego więcej. - Rozgość się i czuj się jak u siebie w domu. Na górze jest wolna sypialnia, możesz uznać ją chwilowo za swoją.
Podczas gdy mężczyzna poszedł na górę się rozpakować, ja zajęłam się przeglądaniem zeszytu z zamówieniami z cukierni. Usiadłam na siedzisku pod oknem, rozprostowując na nim długie nogi, a plecami opierając się o szafkę, z którą siedzisko graniczyło. Po chwili jednak ugięłam lekko nogi, by móc oprzeć na nich zeszyt i w miarę komfortowo w nim pisać.
Już po chwili dołączył do mnie Finn, pakując się w trójkątną "kryjówkę" pod moimi nogami, zaraz za nim pojawił się Archer, za nim przydreptała Siwa, wskakując na siedzisko i kładąc mi się na stopach... Rav nadleciał i usiadł na oparciu jednego z krzeseł, a gdy już wszystkie zwierzaki znalazły się w kuchni, to i Ciri postanowiła odważyć się w końcu przemieścić z salonu. Niemal natychmiast wpakowała się co prawda pod stół, a całą drogę pokonała niemal czołgając się po ziemi z podwiniętym pod brzuch ogonem, ale przynajmniej wyszła. Widać już załapała chociaż jakąś niewielką więź z resztą ferajny.
Wróciłam uwagą do zeszytu, w którym spisywałam zamówienia i projektowałam torty. Sprawdziłam, które zamówienie ma najbliższy termin wykonania, przejrzałam też daty degustacji tortów, na które się umówiłam, bo trzeba na nie będzie zrobić jakieś próbki... I wszystkie te kalkulacje, plus wstępne szkicowanie kolejnego tortu weselnego, który będę musiała zaprezentować, a potem jeszcze raz wykonać, zajęły mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam, jak Mike wszedł do kuchni. Dlatego wręcz podskoczyłam, płosząc przy okazji Finna i Siwę, którzy leżeli bezpośrednio przy mnie, gdy mężczyzna podszedł do mnie i odsunął mi z twarzy kosmyk włosów, który wysmyknął się z warkocza. Zeszyt wyleciał mi z rąk, próbowałam złapać go w locie, jednak nie zdołałam, przez co ostatecznie zsunął się na podłogę, razem z ołówkiem. Usłyszałam, jak łamie się rysik.
Podniosłam gwałtownie głowę na przyjaciela.
- Przepraszam - powiedział cicho, z autentyczną skruchą w głosie. - Nie chciałem cię przestraszyć...
- Nie nie, w porządku - mruknęłam, wstając. Finn został przez to już perfidnie zrzucony na podłogę, Siwa natomiast przeniosła się tylko w drugi kąt siedziska. Schyliłam się, by podnieść upuszczone rzeczy, zamknąć notes i położyć go ostrożnie na blacie. - Zamyśliłam się tylko. Nic się nie stało.
Tyle, że się stało. Nie teraz, ale się stało. A ja, choć naprawdę, naprawdę próbowałam, z całych moich sił psychicznych, nie mogłam o tym zapomnieć.
~•~
W nocy nie mogłam zasnąć. Wierciłam się, przewracałam z boku na bok, starając się znaleźć jak najwygodniejszą pozycję do spania, nic to jednak nie dawało. Nie potrafiłam oczyścić myśli na tyle, by odpłynąć w objęcia Morfeusza... A przez to, że ja nie mogłam zasnąć, była podenerwowana także Ciri, która tradycyjnie już wcisnęła się pod moje łóżko, czuła więc, a już na pewno słyszała, każde poruszenie materaca i szelest kołdry, gdy po raz kolejny zmieniałam pozycję.
Potrzebowałam jakoś oczyścić myśli.
Automatycznie, wręcz bezwiednie, wygrzebałam się w końcu z łóżka. Chłodne powietrze owiało moje gołe nogi i ramiona, które natychmiast zaplotłam na piersiach. Zatrzęsłam się, choć nie wiem, co bardziej się do tego przyczyniło - chłód, do którego zaraz moje ciało się przyzwyczaiło, rozgrzewając się od środka, czy raczej emocje, które mną targały... szczególnie po zmroku. Noc zawsze sprzyjała przemyśleniom, mieleniem w umyśle wspomnień całego dnia, raz za razem, minuta za minutą, powtarzanie sobie każdej wspaniałej... lub, w tym przypadku, przerażającej chwili.
Na moment przymknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech... musiałam się uspokoić.
Moje nogi niemal samoistnie zaczęły się poruszać. Otworzyłam drzwi do mojej sypialni, wyszłam z niej i ponownie zamknęłam drzwi za sobą, żeby Ciri nie nawiała. Moje bose stopy uderzały o posadzkę, gdy szłam korytarzem, ku schodom, na górę... do sypialni gościnnej, którą teraz zajmował Mike.
Przed samymi drzwiami zatrzymałam się na moment, by jeszcze raz wziąć głęboki oddech i uspokoić kołaczące serce. On miał swoje problemy. Nie mogłam go jeszcze obarczać swoimi. Potrzebowałam go jednak, jego bliskości... czułam, że bez niego nie zasnę.
Cholera, do czego to doszło. Nie czułam się bezpiecznie nawet we własnym domu...
Otworzyłam w końcu drzwi i bezszelestnie wsunęłam się do pokoju. W ciemności zobaczyłam ciemniejszą sylwetkę rozłożoną na łóżku... Mike.
Odetchnęłam głęboko, ostatni raz, nim podeszłam do łóżka i, ubrana tylko w luźną, czarną koszulkę, która ledwo zasłaniała mi tyłek, i koronkowe figi, wśliznęłam się do łóżka koło przyjaciela, oplatając go ramionami, przerzucając jedną nogę przez jego nogi i opierając głowę o jego tors...
- Ana? - usłyszałam schrypnięty, zaspany głos, a zaraz potem poczułam jego ramię obejmujące mnie w talii. - Co ty tu robisz...?
- Nie mogłam zasnąć - starałam się włożyć w mój ton tyle nonszalancji, ile się dało. Żeby nie dać mu najmniejszych powodów do zmartwienia. Po prostu, zapragnęłam bliskości drugiej osoby, nic w tym dziwnego, prawda...? - Jak ci przeszkadzam, to sobie pójdę - podniosłam gwałtownie głowę, by spojrzeć mu w oczy, nagle żałując, że tu przyszłam. Po co. Po co go niepotrzebnie martwić...
Tyle, że bez niego nie zasnę. Nie było mowy. Patowa sytuacja... I nagle straciłam resztki pewności siebie.
No kurwa.
Miiiiiiiiikeeeeeee? <3
- Nie chcę być dla ciebie ciężarem...
- Nie jesteś - rzuciłam przez ramię, nie pozwalając mężczyźnie powiedzieć niczego więcej. - Rozgość się i czuj się jak u siebie w domu. Na górze jest wolna sypialnia, możesz uznać ją chwilowo za swoją.
Podczas gdy mężczyzna poszedł na górę się rozpakować, ja zajęłam się przeglądaniem zeszytu z zamówieniami z cukierni. Usiadłam na siedzisku pod oknem, rozprostowując na nim długie nogi, a plecami opierając się o szafkę, z którą siedzisko graniczyło. Po chwili jednak ugięłam lekko nogi, by móc oprzeć na nich zeszyt i w miarę komfortowo w nim pisać.
Już po chwili dołączył do mnie Finn, pakując się w trójkątną "kryjówkę" pod moimi nogami, zaraz za nim pojawił się Archer, za nim przydreptała Siwa, wskakując na siedzisko i kładąc mi się na stopach... Rav nadleciał i usiadł na oparciu jednego z krzeseł, a gdy już wszystkie zwierzaki znalazły się w kuchni, to i Ciri postanowiła odważyć się w końcu przemieścić z salonu. Niemal natychmiast wpakowała się co prawda pod stół, a całą drogę pokonała niemal czołgając się po ziemi z podwiniętym pod brzuch ogonem, ale przynajmniej wyszła. Widać już załapała chociaż jakąś niewielką więź z resztą ferajny.
Wróciłam uwagą do zeszytu, w którym spisywałam zamówienia i projektowałam torty. Sprawdziłam, które zamówienie ma najbliższy termin wykonania, przejrzałam też daty degustacji tortów, na które się umówiłam, bo trzeba na nie będzie zrobić jakieś próbki... I wszystkie te kalkulacje, plus wstępne szkicowanie kolejnego tortu weselnego, który będę musiała zaprezentować, a potem jeszcze raz wykonać, zajęły mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam, jak Mike wszedł do kuchni. Dlatego wręcz podskoczyłam, płosząc przy okazji Finna i Siwę, którzy leżeli bezpośrednio przy mnie, gdy mężczyzna podszedł do mnie i odsunął mi z twarzy kosmyk włosów, który wysmyknął się z warkocza. Zeszyt wyleciał mi z rąk, próbowałam złapać go w locie, jednak nie zdołałam, przez co ostatecznie zsunął się na podłogę, razem z ołówkiem. Usłyszałam, jak łamie się rysik.
Podniosłam gwałtownie głowę na przyjaciela.
- Przepraszam - powiedział cicho, z autentyczną skruchą w głosie. - Nie chciałem cię przestraszyć...
- Nie nie, w porządku - mruknęłam, wstając. Finn został przez to już perfidnie zrzucony na podłogę, Siwa natomiast przeniosła się tylko w drugi kąt siedziska. Schyliłam się, by podnieść upuszczone rzeczy, zamknąć notes i położyć go ostrożnie na blacie. - Zamyśliłam się tylko. Nic się nie stało.
Tyle, że się stało. Nie teraz, ale się stało. A ja, choć naprawdę, naprawdę próbowałam, z całych moich sił psychicznych, nie mogłam o tym zapomnieć.
~•~
W nocy nie mogłam zasnąć. Wierciłam się, przewracałam z boku na bok, starając się znaleźć jak najwygodniejszą pozycję do spania, nic to jednak nie dawało. Nie potrafiłam oczyścić myśli na tyle, by odpłynąć w objęcia Morfeusza... A przez to, że ja nie mogłam zasnąć, była podenerwowana także Ciri, która tradycyjnie już wcisnęła się pod moje łóżko, czuła więc, a już na pewno słyszała, każde poruszenie materaca i szelest kołdry, gdy po raz kolejny zmieniałam pozycję.
Potrzebowałam jakoś oczyścić myśli.
Automatycznie, wręcz bezwiednie, wygrzebałam się w końcu z łóżka. Chłodne powietrze owiało moje gołe nogi i ramiona, które natychmiast zaplotłam na piersiach. Zatrzęsłam się, choć nie wiem, co bardziej się do tego przyczyniło - chłód, do którego zaraz moje ciało się przyzwyczaiło, rozgrzewając się od środka, czy raczej emocje, które mną targały... szczególnie po zmroku. Noc zawsze sprzyjała przemyśleniom, mieleniem w umyśle wspomnień całego dnia, raz za razem, minuta za minutą, powtarzanie sobie każdej wspaniałej... lub, w tym przypadku, przerażającej chwili.
Na moment przymknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech... musiałam się uspokoić.
Moje nogi niemal samoistnie zaczęły się poruszać. Otworzyłam drzwi do mojej sypialni, wyszłam z niej i ponownie zamknęłam drzwi za sobą, żeby Ciri nie nawiała. Moje bose stopy uderzały o posadzkę, gdy szłam korytarzem, ku schodom, na górę... do sypialni gościnnej, którą teraz zajmował Mike.
Przed samymi drzwiami zatrzymałam się na moment, by jeszcze raz wziąć głęboki oddech i uspokoić kołaczące serce. On miał swoje problemy. Nie mogłam go jeszcze obarczać swoimi. Potrzebowałam go jednak, jego bliskości... czułam, że bez niego nie zasnę.
Cholera, do czego to doszło. Nie czułam się bezpiecznie nawet we własnym domu...
Otworzyłam w końcu drzwi i bezszelestnie wsunęłam się do pokoju. W ciemności zobaczyłam ciemniejszą sylwetkę rozłożoną na łóżku... Mike.
Odetchnęłam głęboko, ostatni raz, nim podeszłam do łóżka i, ubrana tylko w luźną, czarną koszulkę, która ledwo zasłaniała mi tyłek, i koronkowe figi, wśliznęłam się do łóżka koło przyjaciela, oplatając go ramionami, przerzucając jedną nogę przez jego nogi i opierając głowę o jego tors...
- Ana? - usłyszałam schrypnięty, zaspany głos, a zaraz potem poczułam jego ramię obejmujące mnie w talii. - Co ty tu robisz...?
- Nie mogłam zasnąć - starałam się włożyć w mój ton tyle nonszalancji, ile się dało. Żeby nie dać mu najmniejszych powodów do zmartwienia. Po prostu, zapragnęłam bliskości drugiej osoby, nic w tym dziwnego, prawda...? - Jak ci przeszkadzam, to sobie pójdę - podniosłam gwałtownie głowę, by spojrzeć mu w oczy, nagle żałując, że tu przyszłam. Po co. Po co go niepotrzebnie martwić...
Tyle, że bez niego nie zasnę. Nie było mowy. Patowa sytuacja... I nagle straciłam resztki pewności siebie.
No kurwa.
Miiiiiiiiikeeeeeee? <3
Od Nathaniela CD Taigi
Mężczyzna dosłownie oszalał na punkcie czarownicy, a gdy ujrzał ją w
czarnej bieliźnie, nie hamował się w swoich czynach, budząc tym swoje
wewnętrzne zwierze. Chciał jak najbardziej zadowolić brunetkę, co po
kilku godzinach udało mu się osiągnąć, a gdy oby dwoje byli wykończeni,
zasnęli wtuleni w swoje nagie ciała.
W godzinach przedpołudniowych pierwszy obudził się Nathaniel, który przez kilka minut obserwował śpiącą Taigę. Nie mógł powstrzymać się od patrzenia na nią, lecz miał w planach przygotowanie dobrego śniadania, tudzież obiadu ze względu na aktualną godzinę. Delikatnie pocałował ją w czoło i cicho wstał, udając się do łazienki, w której doprowadził siebie do ładu, biorąc prysznic i ubierając luźny, lecz dobrze wyglądający, ubiór. Następnie udał się do kuchni, którą w większości posprzątał i dopiero po tym zabrał się za posiłek.
Gdy obiadowa potrawa była już gotowa, z łazienki wyłoniła się Taiga, która samą swoją obecnością wywołała uśmiech na twarzy maga.
— Dzień dobry. — przywitał miło — Jak się spało? — spytał podając do stołu.
— Dobrze. — odpowiedziała spokojnie podchodząc do przyjaciela, którego przywitała delikatnym pocałunkiem.
Po krótkiej wymianie zdań oby dwoje zasiedli do stołu i przystąpili do spożycia posiłku, popijając przy tym ciepłą herbatę. Nathaniel od wielu lat nie czuł się tak dobrze w obecności kobiety, gdyż czuł coś do Taigi, lecz wolał powstrzymać się od wyznań i upewnić się, że to, co czuje, jest prawdziwe.
W godzinach popołudniowych, gdy para przyjaciół odpoczywała w salonie, do domu wszedł Adiel, który w dłoni trzymał swoją torbę z ciuchami. Gdy młodociany zauważył czarownicę siedzącą obok elfa, szybkim krokiem skierował się do swojego pokoju, mocno zamykając za sobą drzwi. Powstały przy tym huk wzdrygnął starszego elfa, który przeprosił swoją towarzyszkę i ze spokojem udał się za swoim synem.
— Coś się stało? — zapytał, siadając w fotelu naprzeciwko chłopaka.
— Co ona tutaj robi? — spojrzał na ojca.
— Po pierwsze nie odpowiada się pytaniem na pytanie, po drugie nie "ona" tylko Taiga, po trzecie Taiga może przebywać w tym domu. — mówił spokojnie, lecz ze znacznym wzrokiem, który złamał młodocianego.
— Przepraszam. — rzekł po dłuższej chwili.
— Myślę, że Taiga nie jest powodem Twoich nerwów. — powiedział elf uważnie przyglądając się Adielowi.
— Nie chce teraz o tym rozmawiać. — odpowiedział uciekając wzrokiem od bruneta — Jestem zmęczony. — dodał, kładąc się na swoje łóżko.
Nathaniel uszanował decyzję syna i opuścił pokój, by ten mógł odpocząć.
— Coś mu się stało? — zapytała ciemnowłosa, wracając wzrokiem na bruneta.
— Coś na pewno, lecz nic mi nie powiedział. — odpowiedział siadając obok towarzyszki — Ładna dzisiaj pogoda. — zmienił zaraz temat — Może przejdziemy się po okolicy? — spytał spokojnie.
Taiga?
W godzinach przedpołudniowych pierwszy obudził się Nathaniel, który przez kilka minut obserwował śpiącą Taigę. Nie mógł powstrzymać się od patrzenia na nią, lecz miał w planach przygotowanie dobrego śniadania, tudzież obiadu ze względu na aktualną godzinę. Delikatnie pocałował ją w czoło i cicho wstał, udając się do łazienki, w której doprowadził siebie do ładu, biorąc prysznic i ubierając luźny, lecz dobrze wyglądający, ubiór. Następnie udał się do kuchni, którą w większości posprzątał i dopiero po tym zabrał się za posiłek.
Gdy obiadowa potrawa była już gotowa, z łazienki wyłoniła się Taiga, która samą swoją obecnością wywołała uśmiech na twarzy maga.
— Dzień dobry. — przywitał miło — Jak się spało? — spytał podając do stołu.
— Dobrze. — odpowiedziała spokojnie podchodząc do przyjaciela, którego przywitała delikatnym pocałunkiem.
Po krótkiej wymianie zdań oby dwoje zasiedli do stołu i przystąpili do spożycia posiłku, popijając przy tym ciepłą herbatę. Nathaniel od wielu lat nie czuł się tak dobrze w obecności kobiety, gdyż czuł coś do Taigi, lecz wolał powstrzymać się od wyznań i upewnić się, że to, co czuje, jest prawdziwe.
W godzinach popołudniowych, gdy para przyjaciół odpoczywała w salonie, do domu wszedł Adiel, który w dłoni trzymał swoją torbę z ciuchami. Gdy młodociany zauważył czarownicę siedzącą obok elfa, szybkim krokiem skierował się do swojego pokoju, mocno zamykając za sobą drzwi. Powstały przy tym huk wzdrygnął starszego elfa, który przeprosił swoją towarzyszkę i ze spokojem udał się za swoim synem.
— Coś się stało? — zapytał, siadając w fotelu naprzeciwko chłopaka.
— Co ona tutaj robi? — spojrzał na ojca.
— Po pierwsze nie odpowiada się pytaniem na pytanie, po drugie nie "ona" tylko Taiga, po trzecie Taiga może przebywać w tym domu. — mówił spokojnie, lecz ze znacznym wzrokiem, który złamał młodocianego.
— Przepraszam. — rzekł po dłuższej chwili.
— Myślę, że Taiga nie jest powodem Twoich nerwów. — powiedział elf uważnie przyglądając się Adielowi.
— Nie chce teraz o tym rozmawiać. — odpowiedział uciekając wzrokiem od bruneta — Jestem zmęczony. — dodał, kładąc się na swoje łóżko.
Nathaniel uszanował decyzję syna i opuścił pokój, by ten mógł odpocząć.
— Coś mu się stało? — zapytała ciemnowłosa, wracając wzrokiem na bruneta.
— Coś na pewno, lecz nic mi nie powiedział. — odpowiedział siadając obok towarzyszki — Ładna dzisiaj pogoda. — zmienił zaraz temat — Może przejdziemy się po okolicy? — spytał spokojnie.
Taiga?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
