10.07.2020

Od Liama CD Kangsoo

- Luna po prostu nie przepada za gadami - powiodłem spojrzeniem za wzrokiem Kangsoo, który przyglądał się owczarkowi. Po chwili mów wzrok spoczął jednak na Anie, która dalej pisała coś zawzięcie w telefonie. Miałem ochotę zapytać, kto jest tak zajmujący, że nawet nie raczy zwrócić na nas uwagi, ale chyba nie chciałem znać odpowiedzi. Z resztą, po chwili takiego mojego wpatrywania się w nią, skończyła stukać zapamiętale w ekran komórki, zablokowała ją i odłożyła na bok. O dziwo nie podnosząc nawet wtedy, gdy wydała sygnał przychodzącej wiadomości.
- Czuje się z nimi niepewnie - rzuciła, chyba odpowiadając na pytanie Soo, bo to na niego spojrzała. - Niby do mieszkania z Puszkiem jest przyzwyczajona, ale gady nie posługują się taką mową ciała, jaką mają psy. Luna nie wie, czego się po nich spodziewać, nie potrafi odczytać, czy w danym momencie są złe, czy chcą się bawić - spojrzała na owczarka z lekkim, współczującym uśmiechem. - Dopóki jest koło niej Liam wierzy, że w razie czego jej pomoże. O dziwo - teraz zgromiła mnie wzrokiem, a ja skrzywiłem się lekko. - Bo ten dzban nie zawsze reaguje, gdy jego pies czuje się zestresowany w towarzystwie pozostałych zwierząt.
- Muszą się jakoś dogadywać - powiedziałem natychmiast, próbując się wytłumaczyć. Nie wiem dlaczego, ale opinia mojej siostry na temat mojego sposobu dogadywania się z moimi zwierzętami zawsze bardzo mnie obchodziła. Może dlatego, że Ana faktycznie wiedziała, co mówi. A ja nigdy nie chciałem krzywdzić zwierząt. - Zwykle nie ma między nimi większych sprzeczek.
- Bo masz takiego psa, który się wycofa, gdy coś mu nie pasuje, zamiast atakować - mruknęła. - Przynajmniej względem innych zwierząt. Myślałeś kiedyś o tym, że może swoją frustrację, która nagromadza się w niej w domu wyładowuje na obcych ludziach, stąd u niej zachowania agresywne?
- A tak jest? - spytałem zdziwiony, bo pierwszy raz słyszałem o takiej opcji... I pierwszy raz w ogóle o niej pomyślałem.
- Nie, raczej nie - odetchnąłem z ulgą, choć jednocześnie miałem ochotę w coś przywalić. Po co Ana to w ogóle powiedziała? - Ale mogłoby tak być. Gdyby chodziło o innego psa.
- Znają się prawie od zawsze - zauważyłem ostrożnie. - Na pewno do pewnego stopnia nauczyła się rozumieć, co Puszek ma do przekazania.
- Ale Ciapka nie zna - siostra wzruszyła ramionami, by ponownie wrócić uwagą do mojego przyjaciela, ponownie włączając go do rozmowy, z której na moment wypadł ze względu na temat, w jaki na moment odbiegliśmy. - Raczej w końcu się przyzwyczai. Poza tym wątpię, żeby wąż był tak samo chętny do łażenia po mieszkaniu, jak Puszek. Prawdopodobnie nie będzie się jej więc narzucał za bardzo.
Soo skinął powoli głową. I dokładnie w tej chwili zadzwonił domofon.
- Pewnie pizza - Ana wstała z kanapy, łapiąc porzucony do tej pory telefon i momentalnie się do niego przyklejając, gdy ruszała w kierunku korytarza i drzwi wejściowych. Westchnąłem cicho i pokręciłem głową z niedowierzaniem. Naprawdę nie wiedziałem, o co chodziło z tymi wiadomościami, co było takie pilne, że koniecznie musiała poświęcać temu niemal całą swoją uwagę. Niemniej starałem się tym za bardzo nie przejmować. Może chodziło po prostu o pracę? Mieli w cukierni spory ruch ostatnio, całkiem możliwe, że szukała nowego pracownika albo w końcu zdecydowała się zlecać robienie tortów innym pracownikom, a teraz czuła się w obowiązku ciągłego trzymania ręki na pulsie... Z resztą, kto tam Anę wiedział. - Pójdę odebrać - zaoferowała i nie czekając na reakcję moją czy Kangsoo, zniknęła nam z pola widzenia.
- Wydaje mi się, czy ona się jakoś dziwnie zachowuje? - zapytałem cicho, by siostra na pewno nas nie usłyszała. Nie oczekiwałem nawet jakiejś konkretnej odpowiedzi od przyjaciela, nie znał jej w końcu za bardzo. Musiałem po prostu komuś zadać to pytanie.
Przy okazji zauważyłem również, że nie tylko ona dziwnie się zachowywała... Mężczyzna drgnął nerwowo, słysząc moje pytanie, dopiero po chwili uspokoił się, jakby ucieszony, że nie pytam o niego. Zmarszczyłem lekko brwi.
Co jest, do cholery?

Kangsoo?

9.07.2020

Od Liama CD Niny

- Gdzie moje maniery? – odezwałem się po chwili, gdy już siedziałem z dziewczyną w naszym "kantorku", a ona ostrożnie popijała herbatę. – Jestem Liam.
Uśmiechnęła się lekko, również się przedstawiła. Nina... Ładne imię. Przyglądałem się jej, próbując ocenić, w jak dużym jest szoku. Podejrzewałem, że nie będzie w stanie sama wrócić do domu. Za kierownicą mogła stanowić niebezpieczeństwo nie tylko dla siebie, ale również dla postronnych osób. Spojrzałem na zegarek wiszący na jednej ze ścian. Za kilka minut kończyła się moja zmiana, w zasadzie... mogłem ją podwieźć, jeśli nie będzie miał kto po nią przyjechać. Szczególnie, jeśli przyjechała swoim samochodem i teraz trzeba go będzie odstawić pod jej dom. Mogłem poprosić Anę o pomoc, powinna się zgodzić.
- Masz jak wrócić? - zapytałem dziewczyny, jednak nim zdążyła odpowiedzieć, dostrzegłem ruch za oknem "kantorka" ratowników. Spojrzałem w tamtym kierunku. Ana szła do nas i wyglądała na... dość wściekłą. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego, ale jeśli o nią chodzi, naprawdę niewiele było trzeba, żeby ją wkurwić. Miałem tylko nadzieję, że cały jej wkurw nie skumuluje się na mnie...
No tak, myliłem się.
- Liam! - wrzasnęła, ledwo otworzyła drzwi... i zamarła w pół kroku, gdy zobaczyła siedzącą koło mnie dziewczynę. Zamrugała powoli, następnie przenosząc wzrok z Rudej na mnie. Prychnęła, choć nie wiem, co wywołało w niej taką reakcję. Przecież nic nie próbowałem. Siedzieliśmy od siebie w dość sporej odległości, a poza tym przed chwilą dopiero co się topiła. Jeszcze mnie aż tak nie powaliło. - Trzeba cię odwieźć? - zapytała Niny, może nieświadomie dublując moje pytanie. Korzystając z tego, że uwaga siostry skupiona była w tamtej chwili na dziewczynie, a dziewczyna patrzyła na mnie, pokręciłem głową i wzniosłem oczy do nieba, w reakcji na zachowanie mojej siostry. Na ustach Rudej pojawił się lekki uśmiech.

Nina?
Plasiam, że krótko i beznadziejnie, ale wena uciekła chyba na wakacje ;-;

8.07.2020

Od Any CD Michaela

Gdy Mike zniknął w łazience, ja postanowiłam poświęcić chwilę na przetrawienie emocji. Byś może wzięcie się w garść. Bo kiedyś trzeba. Nie mogłam się wiecznie wściekać na Mike'a... Z perspektywy czasu, dając sobie możliwość pomyślenia nad tym, co się wydarzyło, mogłam spokojnie dojść do wniosku, że w zasadzie... Gdybym była na miejscu Mike'a, prawdopodobnie zrobiłabym to samo. Nie było sensu... Nie mogłam go winić za to, że chciał mnie w pewien sposób pomścić.
Czas, jaki spędziłam na kanapie w salonie, czekając, aż mężczyzna wyjdzie w końcu z łazienki, poświęciłam na ostateczne zakończenie w swojej głowie tej kwestii. Postanowieniu, że już więcej nie poruszę tego tematu, pozbędę się wszystkich negatywnych uczuć, jakie mną targały. Nie było czego roztrząsać.
Do końca dnia już nie wychodziliśmy. Spędziliśmy spokojny dzień w moim domu, na pomoście na jeziorze, spacerując ze zwierzyńcem po lesie... Chciałoby się powiedzieć, że dzień jak co dzień, jednak prawda była taka, że zwykle w naszych życiach o wiele więcej się działo. Ta chwila beztroski dzisiaj... To było coś wręcz niespotykanego. Ale chyba obydwoje tego potrzebowaliśmy.

***

- Mia pisze, czy chcę z nią wyjść do klubu - powiedziałam na głos, sama nie wiem, dlaczego, gdy odczytałam wiadomość od przyjaciółki. Wygasiłam telefon i zaczęłam nim kręcić w palcach, opierając go co każde pół obrotu o blat stołu, przy którym siedziałam, a następnie przesuwając po nim palce w dół, by po podniesieniu go za moment w górę, siła grawitacji znowu obróciła go o sto osiemdziesiąt stopni.
- Mmm... I? - podniosłam wzrok na Mike'a, gdy usłyszałam jego głos tuż za sobą. Wyprostowałam się na krześle, opuściłam podciągniętą do tej pory pod brodę nogę i już chciałam się do niego obrócić, ale uniemożliwiły mi to jego ramiona, które objęły mnie od tyłu, przytrzymując na miejscu. Poczułam na karku jego ciepły oddech, pod którego wpływem całe moje ciało przeszedł dreszcz. Odchyliłam głowę w tył, mrużąc lekko oczy, ciesząc się bliskością bruneta. Zaraz też poczułam, jak muska ustami moje włosy w miejscu, gdzie zaczynało się czoło. Uśmiechnęłam się lekko.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebym poszła - zmusiłam się do otworzenia oczu. Choć najchętniej zostałabym w tej pozycji, w jakiej teraz trwaliśmy, nie mogłam za bardzo sobie na to pozwolić. Nie teraz.
Mike zamyślił się, przez chwilę milcząco patrzył mi w oczy. Widziałam w jego spojrzeniu troskę. Nie miałam wątpliwości, że chciał dla mnie jak najlepiej... I że z nim nic mi nie grozi.
Z drugiej jednak strony, nie mogłam wiecznie na nim polegać. Nie byłam jedną z tych dziewczyn, które potrzebowały, żeby ciągle je ratować. Ja potrzebowałam wolności, poczucia, że nie zależę od nikogo... Że potrafię sobie sama radzić. A ostatnio to poczucie bardzo zatraciłam. Coś mnie ciągnęło, by je odzyskać. Nie można przecież pozwolić sobie na wieczny strach przed zostawaniem samym. Musiałam żyć dalej.
- Zrobisz, jak zechcesz, Ana - powiedział w końcu mężczyzna, przyciskając usta do mojej skroni. - Cokolwiek to będzie, możesz na mnie liczyć.
Tak. Wiedziałam to. Już wielokrotnie mi to pokazał... i  to w sytuacjach zdecydowanie mniej trywialnych, niż to, czy iść na imprezę z przyjaciółką, czy nie.
Być może dlatego w końcu zdecydowałam, że pojadę. Mike miał mnie zawieźć i odebrać spod klubu, który wybrała Mia, mówiąc, że "To jeden z najlepszych lokali w mieście". Żebym nie musiała łapać potem taryfy w środku nocy, bo, nie było co ukrywać - jeśli już zdecydowałam się iść do klubu, zamierzałam się urżnąć. A z kolei prowadzenie samochodu po pijaku było naprawdę nierozważne.
Gdy podwiózł mnie pod wejście do klubu, przed którym czekała już na mnie Mia, zanim wysiadłam, złapał mnie za rękę. Spojrzałam na niego z pytaniem w oczach, a on tylko uśmiechnął się lekko i ścisnął moją dłoń.
- Uważaj tam na siebie - uśmiechnął się lekko, przesuwając chyba trochę bezwiednie kciukiem po wierzchu mojej dłoni.
- Zawsze uważam - odpowiedziałam promiennym uśmiechem i nachyliłam się, by obdarzyć go szybkim pocałunkiem w policzek. Nie czekając na jego reakcję, wyswobodziłam dłoń z jego uścisku i wysiadłam z samochodu, kierując się od razu do przyjaciółki.
Zabawę czas zacząć.
Nie mogę powiedzieć, że nasza popijawa nie była udana... Przynajmniej początkowo. Bawiłam się całkiem dobrze, na przemian pijąc i tańcząc z przyjaciółką. Zwracałyśmy uwagę, w końcu byłyśmy dwiema samotnymi dziewczynami. Jednak mało kto pokusił się o coś więcej, niż postawienie nam drinków albo poproszenie którejś z nas o taniec (który niewiele z tańcem miał wspólnego, ale w zasadzie kto by zwracał na to uwagę). W którymś momencie dołączył do nas jakiś znajomy Mii, który mimo panującego w klubie hałasu próbował z czarnowłosą rozmawiać, przez co siedzieli dość blisko siebie... Ja zajęłam miejsce na drugim końcu kanapy, z drinkiem w dłoni przyglądając się parze z zainteresowaniem. Byłam już dość mocno wstawiona, miałam problem z zachowaniem równowagi przy gwałtownych ruchach. Spojrzałam krytycznie na trzymaną przeze mnie szklankę z kolorowym płynem. To ostatni, więcej nie piję.
I właśnie wtedy cały wieczór miał szlag trafić.
Gdy para siedząca przede mną była pogrążona w rozmowie, do mnie dosiadł się jakiś facet. Nie znałam go, jednak mimo ilości wypitego przeze mnie alkoholu kontaktowałam na tyle, by dostrzec jego zamiary, gdy usiadł tak, że jego udo dość mocno przyciskało się do mojego, do tego zarzucił ramię na oparcie kanapy za mną. Zaczął coś do mnie mówić, jedną spoconą łapę położył na moim odkrytym ramieniu, druga spoczęła na kolanie. Nie na długo. Niemal natychmiast zaczęła wędrować w górę, podciągając moją i tak krótką czarną sukienkę, którą dzisiaj założyłam...
Chciałam się zerwać na równe nogi, ale ilości wypitego alkoholu mi to uniemożliwiły. Odpychając faceta od siebie i wstając gwałtownie z kanapy, straciłam równowagę, niemal znowu lądując na kanapie... a raczej na kolanach tego gościa. Chyba tylko cudem udało mi się nie upaść. I uniknąć kontaktu, którego za wszelką cenę chciałam uniknąć.
Szybko złapałam moją kopertówkę, w której miałam telefon. Zaczęłam w niej grzebać w poszukiwaniu go, jednocześnie chcąc rzucić błagające o pomoc spojrzenie Mii... Ale nie było jej na jej miejscu. Ani jej, ani jej kolegi. Zmarszczyłam brwi i jak przez mgłę przypomniałam sobie, że mówiła coś o tym, że idą potańczyć i zaraz przyjdą... Pewnie ten obleśny gościu tylko na to czekał.
Kurwa, nigdy więcej nie doprowadzę się do takiego stanu. Przysięgam.
Z braku lepszego rozwiązania, zaczęłam kierować się do wyjścia. Facet nie należał jednak do tych szybko się poddających, pobiegł za mną, złapał od tyłu w pasie, przyciskając do siebie i kładąc ponownie rękę na moim udzie, podsuwając materiał w górę... Żołądek podszedł mi do gardła, a ja zadziałałam instynktownie, podnosząc temperaturę swojego ciała. Do zdecydowanie nienormalnej i definitywnie nie do zniesienia przez zwykłego człowieka.
Odskoczył przestraszony. Odruchowo. Popatrzył z przerażeniem na swoją dłoń, którą prawdopodobnie zdobiły już szybko tworzące się pęcherze po poparzeniu. Nim minął mu szok, wywołany tak niespodziewanym obrotem spraw, zdążyłam mu zniknąć w tłumie. Chwiejąc się mocno, tym bardziej, że byłam w szpilkach, wyszłam z klubu na ulicę, natychmiast zaciągając się zachłannie chłodnym, nocnym powietrzem, próbując nieco ugasić tym ogień, który we mnie zapłonął w reakcji obronnej... Szybko przypomniałam sobie o komórce, którą nadal trzymałam w dłoni. Można powiedzieć, że wręcz rzuciłam się, by wybrać numer przyjaciela... Usłyszawszy pierwszy sygnał wybieranego połączenia, ruszyłam chwiejnie przed siebie, by choć trochę oddalić się od przerażającego faceta, na wypadek gdyby jednak postanowił nadal mnie napastować, jednak nie zaszłam daleko. Kumulacja alkoholu i ciągle świeżego wspomnienia łap tego faceta na moim ciele... to było za dużo dla mojego żołądka. Postanowił się dość gwałtownie zbuntować, wypuszczając swoją zawartość na zewnątrz... Mike odebrał akurat w momencie, gdy torsje wstrząsające moim ciałem jako tako ustąpiły.
- Tak? - rozległo się po drugiej stronie słuchawki, a z mojego gardła momentalnie wydobył się zbolały jęk ulgi. Oparłam się o ścianę pobliskiego budynku i osunęłam się po niej na ziemię, nie zważając na to, że chodnik był lodowato zimny. Moja skóra płonęła.
- Przyjedź po mnie - wyszeptałam. Tylko tyle zdążyłam, bo padł mi telefon. Zaklęłam cicho, patrząc na urządzenie i czym prędzej odkładając je do leżącej obok torebki. Przegrzał się, mam tylko nadzieję, że nie usmażyłam go na stałe. Przyłożyłam dłonie płasko do chodnika, po czym niemal natychmiast usłyszałam syk towarzyszący parującej z chodnika wodzie... Byłam rozpalona. I naprawdę nie wiedziałam, co zrobić, żeby to uspokoić. Choć chłodne powietrze nieco pomagało w moim napadzie paniki.
W takim stanie w każdej chwili równie dobrze mogłam stanąć w płomieniach. Mi nic by się nie stało... Ale o zdrowie i życie innych nie mogłam być tak pewna.
Miałam nadzieję, że Mike się pospieszy.

Mike?

Od Michaela CD Any

    Crowley w skupieniu słuchał swojej przyjaciółki, nie miał nawet zamiaru wejść w jej słowo, lecz gdy usłyszał, że ma porozmawiać z ojcem mafii, delikatnie nim wzdrygnęło.
— Wybacz Ana, ale nie mam zamiaru rozmawiać z tym bezmyślnym dzieciakiem. — powiedział, przenosząc wzrok na bruneta — Szczególnie, że prawie doprowadził do Twojej śmierci. — spojrzał ponownie na kobietę — On prawie Cię zabił. — mówił spokojnym tonem, patrząc prosto w oczy blondynki. — I myślę, że sprawę można uznać za zakończoną. — dodał, powoli wstając od stołu. — Będę czekać w aucie. — po czym wyszedł z willi. 
Spokój, którym emanował brunet, był momentami przerażający, a głos, który z siebie wydobywał podczas rozmowy, przyprawiał o dreszcze nie jednego słuchacza. Jedni by powiedzieli, że to cisza przed burzą, inni, że zwykła próba perswazji.
Po kilku minutach zjawiała się Ana, która bez słowa wsiadła na miejsce pasażera i czekała, aż Michael odjedzie spod willi Joey'a. Nie myśląc długo, ruszył w kierunku domu przez leśne ścieżki, a że było sucho, droga nie sprawiała większych problemów. 
Gdy oby dwoje znaleźli się w domku kobiety, na przywitanie przybiegł cały zwierzynie, no oprócz kruka, który siedział na najwyższej szafce i obserwował całe zgromadzenie. Jednak między dwójką przyjaciół panowała cisza, trochę nieprzyjemna cisza, czego Michael za bardzo nie lubił. Podszedł więc do blondynki, mocno ją przytulił i choć stawiała opór, nie odpuścił. 
— Przepraszam. — szepnął do jej ucha ciepłym tonem, przez co jasnowłosa zaprzestała wyrywania się — Naprawdę przepraszam. — dodał, biorąc głęboki wdech, żeby zaciągnąć jej zapach. To go uspokajało. 
— Nie rób tego więcej. — szepnęła delikatnie przy tym wzdychając — Rozumiesz? — oderwała się spokojnie od przyjaciela — Masz tego więcej nie robić! — podniosła ton i uderzyła bruneta w tors — Wiesza, jak się bałam?! — krzyczała smutno, choć nie uroniła ani łzy. Chyba się jej skończyły. 
— Wiem, przepraszam.. — mówił Crowley. 
— Masz mi obiecać, że już nigdy mi czegoś takiego nie zrobisz.. — powiedziała już spokojniej. 
— Obiecuję. — rzekł krótko, ponownie przytulając do siebie jasnowłosą. 
W uścisku trwali dłuższą chwilę, a gdy kobieta była znacznie spokojniejsza, odstąpiła na krok od przyjaciela i spojrzała na jego twarz, przez co mężczyzna delikatnie się uśmiechnął, co Ana zaraz odwzajemniła. 
— Głupek.. — mruknęła pod nosem i odeszła do salonu. 
— Tak, wiem, jestem głupkiem, pajacem i idiotom. Nie musisz mi tego powtarzać. — powiedział spokojnie z nutką żartu dla rozluźnienia atmosfery. 
Gdy Ana przesiadywała w salonie, Michael poszedł zająć łazienkę na dłuższą chwilę, żeby zmyć z siebie ślady walki i wspomóc swoją regenerację, która przez zabrudzenia skóry, nie była w stanie zagoić kilku ran.

Ana?
Jeszcze pamiętam jak się pisze. xD

Od Kangsoo CD Liama

Spojrzał na wijącego się na ręce Liama węża, powoli opuszczając dłoń, którą wcześniej przybił z Aną piątkę. Normalnie zaraz skomentowałby jego imię, jednak w obecnym stanie jakoś tak nie zwrócił na nie uwagi. Obecne problemy, jakie miał na głowie sprawiały, że zapominał o wielu rzeczach i kwestiach. Ale co tu się dziwić – na jego miejscu niejedna osoba czułaby się podobnie.
Zmierzył wzrokiem Ciapka. Jedynym tego typu gadem, z którym miał wcześniej do czynienia była tamta kobra, przygarnięta przez przyjaciela na parę dni. Niemiło wspomina tamte czasy, najchętniej to by o nich całkiem zapomniał. Z tego powodu niezbyt pozytywnie zareagował na nowego lokatora w domu Liama. Co jak znowu coś się stanie? Co jak tym razem Kangsoo nie będzie mógł pomóc? Cóż, w obecnej sytuacji za bardzo nie miał jak.
– On nie ma jadu, prawda? – zapytał trochę niepewnie, wciąż lustrując zwierzę wzrokiem.
– Nie, to pyton – odparł wesoło Liam, głaszcząc delikatnie węża po grzbiecie.
Ciapek popatrzył na Koreańczyka, podniósł nieco głowę, gdy wtem zaczął się wyciągać jakby chciał na niego wpełznąć. Kangsoo zwilżył językiem usta, wziął nieco głębszy wdech. Spokojnie, raczej nie masz się czym stresować. Wąż mały, nie ma jadu, nic ci nie zrobi.
Liam spostrzegł od razu ruch węża. Uniósł brew, lecz zaraz potem zbliżył się do przyjaciela, ułatwiając zwierzakowi zadanie.
– Patrz, chce do ciebie – stwierdził z szerokim uśmiechem. – Może go weźmiesz na ręce?
To pytanie niezbyt spodobało się Kangsoo. Potrzebował trochę czasu na przyzwyczajenie się do nowego towarzysza Liama, zwłaszcza, że węże jakoś go do siebie nie przekonywały. Mimo to z nieznanych dokładnie sobie przyczyn postanowił wziąć go na ręce. Powoli nastawił dłoń, by Ciapek mógł bez większego problemu wpełznąć na nią i owinąć się wokół jak gdyby to była gałąź. Kangsoo skorzystał z okazji, że miał go bardzo blisko, przyglądając mu się dokładnie. Musiał przyznać, że wąż był całkiem ładny. I uroczy. Nie wyglądał na takiego, co by z chęcią go pozbawił życia. Robił wrażenie przyjaznego. Tylko...
– Nie urośnie duży, nie? – zapytał, podnosząc wzrok na Liama.
Mężczyzna stał i patrzył na niego, gdy nagle na jego twarz wskoczył pewien niecodzienny uśmieszek. Koreańczyk zmierzył go wzrokiem, na moment wstrzymał oddech.
– Nie? – Kąciki jego ust uniosły się w delikatnym uśmiechu, jednak oczy zdradzały pewne zmartwienie.
– No to pyton, do tego królewski – odparł Liam, krzyżując ręce na piersi. – Oczywiście, że urośnie duży. Z jakieś półtora metra będzie miał...
Te słowa sprawiły, że Kangsoo otworzył szeroko oczy.
– Liam, serio? Nie było większego?
– Zawsze mogłem kupić anakondę.
W tym momencie Kangsoo podparłby czoło ręką, ale powstrzymał się, bowiem na jednej miał węża, a na palcu drugiej tanie i marne zastępstwo swojego pierścienia. Patrząc na Liama, który był cały w skowronkach, podjarany zakupem nowego okazu do swego zwierzyńca, uznał, że nie będzie ściągał na niego swoich kłopotów. Sam to załatwi. Nie wiedział jeszcze jak, ale coś wymyśli. W końcu niejeden raz udało mu się wydostać z tej niewoli.
Gdy wróciła z kuchni Ana, która skończyła zamawianie pizzy, Kangsoo oddał Liamowi Ciapka. Siostra przyjaciela, przechodząc obok, spojrzała na węża, po czym ruchem głowy wskazała przygotowany dla gada nowy dom. Liam bez słowa poszedł schować zwierzaka.
Po chwili cała trójka siedziała na kanapie, czekając, aż przyjedzie dostawca pizzy. Ciszę, która pojawiła się na moment, przerwał Kangsoo poprzez zadawanie Liamowi różnorakich pytań dotyczących Ciapka. Nie chciał, by przyjaciel zauważył jego niecodzienne zachowanie, próbował więc rozmową na wszelkie tematy niezwiązane z nim samym odwrócić od tego jego uwagę. I tak nie mogę mu nic powiedzieć.
– A reszta twojego zwierzęcego towarzystwa akceptuje Ciapka? – zapytał, naciągając rękawy na palce w celu ich zakrycia. – Jak tak patrzę na Lunę, to widzę, że ona chyba jeszcze nie przywykła.
Posłał krótkie spojrzenie siedzącej dalej suczki, która co pewien czas spoglądała w kierunku terrarium węża.

Liam?

7.07.2020

Od Any CD Natalie

Było ciężko. Dla mnie, moich możliwości, by poradzić sobie z natłokiem pracy, który się na mnie zwalił. Cóż jednak można było poradzić? Pozostawało mi w zasadzie tylko pogodzenie się z tym, że ta praca, bądź co bądź, była w pewien sposób sezonowa. W sezonie, w którym często urządzano wesela, miałam o wiele więcej roboty, niż poza nim... Musiałam przebrnąć tylko przez ten okres, a potem powinno być łatwiej.
Albo ten nawał pracy był pierwszym znakiem, że może warto byłoby pomyśleć nad zatrudnieniem do cukierni pracownika, który choć trochę odciąży mnie z robieniem tych tortów. Bo naprawdę, w takim tempie szybko się zajadę.
- Pośpiesz się, jedzenie niedługo będzie gotowe! - usłyszałam nagle głos Nat, gdy stałam przed szafą w mojej sypialni, tępo wpatrując się w poukładane w niej ubrania. Nie miałam jakoś natchnienia. Nie mogłam się na nic zdecydować, choć, prawdę mówiąc, to, co w tym momencie założę, nie miało większego znaczenia. Nat i tak nie zwróci na to uwagi...
W końcu, chcąc nie chcąc, wyciągnęłam losowy t-shirt i jeansowe shorty, które szybko na siebie założyłam i w końcu wyszłam z pokoju. Kierując się w stronę kuchni, zatrzymałam się na moment w salonie, żeby zobaczyć, co robi zgraja wariatów, jaka tu teraz mieszkała. Na moje usta wypłynął lekki uśmiech, gdy zobaczyłam, że Ciri, jak gdyby nigdy nic, bawi się z Archerem... do momentu, jak mnie zobaczyła. Wtedy zatrzymała się jak wryta, mocno stając na wszystkich czterech łapach i powoli opuszczając ogon w dół. Chociaż tyle, że go już nie podkulała co chwilę. Czuła się już pewniej, zrozumiała, że to jest jej dom i może czuć się w nim bezpiecznie, otoczona przez swoją, nieco dziwną i zdecydowanie nietypową, sforą.
Nie chciałam jej niepotrzebnie stresować swoją obecnością. Przeniosłam spojrzenie z niej na Finna, który, gdy tylko dostrzegł, że na niego patrzę, rozpoczął swoją kakofonię pisków. Podbiegł do mnie, machając ogonem i przy moich nogach położył się, odwracając na grzbiet, nadstawiając mi brzuch do głaskania. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok, schyliłam się powoli, smyrnęłam jego miękką sierść. Dopiero potem wstałam i ostatecznie skierowałam się do kuchni, rzucając jeszcze wzrokiem na śpiącą na regale Siwę. Naszło mnie przy tym pytanie, czy Nat ją zauważyła. A jeśli zauważyła, czemu jeszcze nie zapytała. Ostatecznie jednak wzruszyłam ramionami, uznając, że to w sumie bez znaczenia.
- Jestem - mruknęłam cicho, gdy już stanęłam w wejściu do kuchni. Nat wzdrygnęła się lekko, chyba wystraszona (całkiem prawdopodobne, że zapomniałam wydawać jakieś dźwięki podczas chodzenia), ale szybko odwróciła się do mnie z uśmiechem, wymachując szpatułką... Odpowiedziałam na jej uśmiech uśmiechem. - Uważaj z tym, bo chlapiesz - wskazałam ruchem głowy na przedmiot w dłoni dziewczyny. - Co gotujesz?

Nat?

6.07.2020

Od Angeline CD Jugheada

Kiedy spojrzałam na wyświetlacz komórki, żeby przeczytać kolejną wiadomość od Podglądacza, łzy stanęły mi w oczach. Zasłoniłam usta dłonią, żeby tylko nie wydobyć z siebie szlochu. Głos ledwo wydobywał się z mojego gardła.
- „Jeśli zniszczysz tę kamerę lub zawiadomisz policję, wstawię do internetu twoje zdjęcia w bieliźnie. Przecież wiesz, że takie mam, Kiciu”…
Po moim ciele przeszły dreszcze. Nie wiem, czy to ze strachu, czy stresu, było mi wszystko jedno. Miałam tylko nadzieję, że to jakiś mój sen i po chwili się obudzę w łóżku z Chudym obok.
- Ma takie zdjęcia? - padło pytanie ze strony Jugheada. Po screenach rozmowy z nim, które wcześniej mu wysyłałam, powinien wiedzieć, że tak. Chociaż sama teraz nie byłam pewna. Po chwili znowu poczułam wibracje w moim telefonie, a do mnie przyszła kolejna wiadomość od Podglądacza. A raczej zdjęcie. Moje zdjęcie…
- Cholera! - krzyknęłam i rzuciłam telefon na łóżko. Natychmiastowo zakryłam dłońmi swoje usta, w nadziei, że nie obudziłam swoich współlokatorów. A potem rozpłakałam się na dobre. Poczułam, jak ktoś mnie obejmuje i mocno do siebie przytula. To musiał być Jughead, nikogo innego ze mną nie było. Wzięłam dłonie z twarzy i objęłam nimi jego ciało. Pozwoliłam łzom wsiąkać w koszulkę chłopaka. Czułam, jak kładzie swoją rękę na mojej głowie i delikatnie ją gładzi. W ten sposób pewnie chciał mnie uspokoić. Dobrze mu szło. Po kilku minutach już nie płakałam, ale nie miałam najmniejszej ochoty odklejać się od szatyna, żeby potem spojrzeć w telefon i po raz kolejny się rozpłakać. Czułam się z tym fatalnie i nie wiedziałam, co zrobić.
- To, co zrobimy? - zapytałam. Miałam nadzieję, że mój głos dał radę przebić się do uszu motocyklisty.
- Coś na pewno. Nie może przecież to tak zostać.
- Mhm…
Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze.
- Nie zostawiaj mnie dzisiaj samej… - szepnęłam, ale bardziej do siebie, niżeli Jugheada. Gdyby to usłyszał, nie tylko bym się zawstydziła, ale również nie mogłabym spojrzeć mu w oczy.
Czułam się słaba. Bardzo słaba, a na dodatek mała. Niczym muszka, która wpadła w pajęczynę pająka. Nie mogę się ruszyć ani odlecieć, a za chwilę pojawi się pajęczak, żeby mnie zjeść. I mnie nie będzie. Zniknę z tego świata i nikt się nie przejmie, bo byłam zwykłą muchą.
Robiło mi się coraz goręcej, więc powoli zaczęłam się odklejać od ciała chłopaka. Z drącą ręką sięgnęłam po telefon leżący na łóżku i sprawdziłam godzinę. Było bardzo późno. Zaczęło robić mi się głupio, że ściągnęłam go o tak późnej – lub teraz „wczesnej” - porze.
- Chcesz zostać u mnie i się trochę zdrzemnąć? - zapytałam, podnosząc nieśmiało głowę, żeby spojrzeć na motocyklistę.

Jughead?

4.07.2020

Od Liama CD Kangsoo

Na pytanie o zwierzaka, uśmiechnąłem się ciepło.
- Pyton - rzuciłem wesoło. Kątem oka dostrzegłem, jak Kangsoo obraca się nieznacznie w moją stronę, patrząc na mnie z lekko wytrzeszczonymi oczami.
- Proszę...? - wydawał się nie dowierzać temu, co usłyszał. Zaśmiałem się. Jego reakcja była urocza.
- Pytona królewskiego - powtórzyłem, włączając kierunkowskaz, by zasygnalizować skręt w parking przed moim blokiem. O dziwo dość szybko udało mi się znaleźć wolne miejsce, co o tej porze dnia było raczej niespotykane. Wysiedliśmy z przyjacielem z samochodu i ruszyliśmy w kierunku wejścia do mojej klatki. - Przyszedł dzisiaj pocztą, Ana go mniej więcej udomawia. Mniej więcej, bo węże nigdy nie będą grzecznymi zwierzątkami domowymi.
Kangsoo skinął lekko głową, jednak nic nie powiedział. Może gdybym nie był aż tak podekscytowany nowym zwierzakiem, zauważyłbym wcześniej, że coś jest nie tak. Że mój przyjaciel zachowuje się inaczej, niż zwykle, jakby coś go trapiło. Być może szybciej zapytałbym o powód takiego układu rzeczy. Jednak tego nie zrobiłem. Zamiast tego, cały w skowronkach, wbiegłem przed nim po schodach, przeskakując co drugi stopień, i pierwszy znalazłem się pod drzwiami mieszkania. Ledwo je otworzyłem, przywitała mnie merdająca ogonem Luna, która co jakiś czas oglądała się za siebie. Jak na razie kolejny gadzi lokator również średnio przypadł jej do gustu. Podejrzewałem, że Ciapek razem z Puszkiem wprowadzą terror w domu. Dwa wielkie gady kontra duży pies... I papuga. Ale Tokka zawsze była przyjaźnie nastawiona do wszystkich.
- Jesteśmy! - rzuciłem od progu, na co odpowiedziało mi posępne burknięcie siostry. Naprawdę nie wiedziałem, jaki był powód takiego samopoczucia u niej, ale sądząc po jej minie, jak pytałem jej o cokolwiek, nawet jakbym zapytał, co się stało, raczej by mi przywaliła, niż odpowiedziała.
Czasami naprawdę miałem problem ze zrozumieniem jej. A przecież wychowywaliśmy się razem.
Od razu po zamknięciu za Kangsoo drzwi, skierowałem się do salonu, zobaczyć, co z Ciapkiem. Ku mojemu zaskoczeniu, zwinął się na brzuchu Any i tak sobie leżał, gdy dziewczyna przerzucała kartki zeszytu ze szkicami. Zastanawiałem się, czy nie odłożyć go do terrarium, ale skoro Ana jeszcze tego nie zrobiła... To znaczy, że prawdopodobnie tak było mu dobrze. Akurat w kwestii zwierząt siostrze ufałem jak nikomu innemu.
- Możemy zamówić pizzę, co wy na to? - zaproponowałem, patrząc przez ramię na Kangsoo, który jakoś dziwnie wolno zdejmował buty. Zmarszczyłem lekko brwi, ale szybko zapomniałem o jakichkolwiek wątpliwościach. Spojrzałem na Anę, która wzruszyła ramionami, odłożyła zeszyt i sięgnęła zamiast niego po telefon, na którym zaczęła coś szybko pisać.
- Jaką chcecie? - zapytała, odklejając na moment plecy od kanapy, by wygiąć się tak, żeby zobaczyć Koreańczyka. Nie wiem, czy jej się to udało, ale dość szybko wróciła do poprzedniej pozycji.
- Obojętnie - odpowiedzieliśmy z przyjacielem niemal równocześnie. Uśmiechnąłem się na to, a siostra prychnęła, znowu zaczynając klikać w telefon. Wybrała numer, pewnie do pizzerii, zdjęła sobie Ciapka z brzucha, dając mi na ręce i polecając, bym go schował, a sama wstała i poszła do kuchni. Gdy mijali się z Kangsoo w przejściu, wyciągnęła do mężczyzny rękę do przybicia piątki. Ich dłonie na moment się spotkały, Ana mruknęła szybkie "Cześć", po czym całą uwagę skupiła na osobie mówiącej po drugiej stronie słuchawki, która w tamtym momencie akurat odebrała.
- Dzień dobry, chciałabym zamówić... - usłyszałem jeszcze jej głos, zanim przestałem zwracać na nią uwagę. Spojrzałem za to na Kangsoo, posyłając mu promienny uśmiech i wyciągając zwisającego mi z rąk pytona nieco w przód.
- No, Kangsoo - spojrzałem na przyjaciela. - Poznaj Ciapka.

Kangsoo?

Od Elizabeth CD Anzaia

Dlaczego duża większość mężczyzn, których znałam, zawsze musiała zgrywać bohaterów? Ktoś zbytnio się do mnie zbliżył i już rzucali się na niego jak sfora wściekłych psów... Kiedyś to doceniałam, w końcu pomagali mi, choć wcale o to nie prosiłam, wyręczali mnie w spuszczaniu łomotu, stali za mną murem. Jednak teraz, po serii wydarzeń, które mnie spotkały i z perspektywy czasu, coraz bardziej było mi to nie w smak. No i mój wilk coraz częściej i coraz gwałtowniej na takie akcje reagował, co zdecydowanie nie polepszało sprawy. Niełatwo dominatorowi znosić takie traktowanie go.
Nie ruszyłam się jednak, gdy Anzai kazał mi zostać. Patrzyłam tylko za nim, jak wychodzi, w tle słysząc ciche warczenie Link. Wtedy jednak jeszcze nie zwróciłam na to jakiejś szczególnej uwagi... A może powinnam.
Ledwo mężczyzna opuścił pomieszczenie, poczułam obcy zapach. Zapach człowieka przeżywającego duże emocje... Odwróciłam się gwałtownie na stołku barowym, puszczając smycz Link, którą do tej pory asekuracyjnie trzymałam. Suczka, nie czekając na żaden inny sygnał z mojej strony, szczeknęła ostrzegawczo, zaraz z resztą dołączył się do niej Ghost. Wilk we mnie uniósł wargi, pokazując zęby, a z jego gardła wydobyło się warczenie. Poczułam je gdzieś w gardle, jak chciało wyrwać się na wolność. Nie pozwoliłam mu na to. Utrata kontroli w takiej sytuacji mogła się źle skończyć. Można było walczyć kierując się instynktami, ale nie w przypadku, gdy przeciwnik spodziewa się tego po tobie. Musiałam zachować świadomość, możliwość logicznego myślenia.. jeśli chciałam wyjść z tego cało.
Spojrzenia moje i rosłego faceta, który stał dosłownie naprzeciwko mnie z bronią palną wycelowaną w moją stronę, spotkały się. Czułam, jak wilk we mnie walczy o przejęcie kontroli, jak ciska się, bym pozwoliła mu zrobić z delikwentem porządek.
Ciągle prowadząc wewnętrzną potyczkę z drapieżnikiem, który coraz żywiej protestował, rwał się do walki, podczas gdy ja siedziałam... Śledziłam wzrokiem lufę pistoletu. Widziałam, jak drży. Mężczyzna, mimo, że kilkakrotnie większy, cięższy i na pewno silniejszy ode mnie, prawdopodobnie nigdy wcześniej nie trzymał broni w ręce. A jeśli trzymał, nie celował nią do ludzi. Do tego wcale nie był pewny tego, co zamierza zrobić.
Cóż, widać wybrali złą osobę do tego zadania... Jeśli w istocie chcieli mnie zabić.
Dalej trwałam w bezruchu, czekając na ruch ze strony przeciwnika. Nie uważałam walki za jedyne wyjście z sytuacji. Jeśli zrezygnuje, wycofa się - ja mu nic nie zrobię. Rozejdziemy się i, przynajmniej ja, udam, że nasze spotkanie nie miało miejsca. Tyle że Anzai...
Nie wracał. A broń w dłoni mężczyzny coraz mniej drżała. Dostrzegłam w jego oczach dokładny moment, w którym podjął decyzję. I nie była ona dla mnie przychylna. Dla niego z resztą też, ale nie mógł mieć jeszcze wtedy o tym pojęcia.
Pociągnął za spust. Zareagowałam błyskawicznie, ześlizgując się z dość wysokiego stołka barowego na podłogę, opadając na kolana. Zniknęłam mu na moment z pola widzenia, przesłonięta długim blatem. Kula trafiła natomiast półkę z alkoholami za mną, rozbijając butelki. Szkło posypało mi się na głowę, alkohol się rozlał, zalewając podłogę, tworząc niebezpieczną do poruszania się po niej ślizgawkę. Czułam, jak mikroskopijne odłamki kaleczą mi skórę, słyszałam skamlenie Ghosta i ujadanie Link. Rzucała mi co chwilę spanikowane spojrzenia, szukała we mnie oparcia... Jak zawsze z resztą. Tylko w tym momencie chyba nie byłam jej go w stanie dać.
Nie chciałam ryzykować przemiany w wilka. Mimo, że utrzymanie instynktów na wodzy sprawiało mi z każdą chwilą coraz większy problem. Miałam problemy z widzeniem, obraz zdawał się rozmazany. Czułam się oszołomiona, jakby bodźce z otoczenia docierały do mnie spod powierzchni wody... Jak w zwolnionym tempie widziałam zbliżające się ciężkie buciory przeciwnika, gdy ja próbowałam opanować zawroty głowy na tyle, by móc wstać. Bronić się. Zrobić cokolwiek.
Po prostu pozwól mi przejąć kontrolę. Obydwojgu nam będzie łatwiej.
Chciałam warknąć, że mógłby także z łaski swojej się uspokoić i przestać próbować mi się wyrwać. Wtedy mnie byłoby o wiele łatwiej zrobić coś w ludzkiej postaci.
Nie było jednak czasu na takie przepychanki z wilkiem. Tym bardziej, że widziałam, jak Link rzuca się na przeciwnika. Łapie go zębami za przedramię, to, w którym trzymał broń. Z jego gardła wydobył się mrożący krew w żyłach wrzask bólu. Nie na tym jednak skupiła się moja uwaga.
Tylko na spadającym na ziemię i odbijającym się od niej pistolecie. Do którego zaraz się rzuciłam, dostrzegając w tym swoją jedyną prawdopodobnie szansę...
Pochwyciłam broń i, przewracając się na plecy, leżąc tak u stóp mężczyzny, uniosłam i odbezpieczyłam broń. Celując od dołu w krocze mężczyzny.
Zamarł, z Link nadal memłającą jego rękę. Z jednej strony chciałam kazać jej przestać, bo smród krwi wyciekającej z szarpanej rany stawał się coraz bardziej nieznośny, dodatkowo pobudzając tkwiącego we mnie wilka. Z drugiej strony... Oddychałam zbyt szybko, miałam zbyt ściśnięte gardło, by wydobyło się z niego choć jedno słowo. Całą swoją uwagę i resztki opanowania, jakie jeszcze we mnie tkwiły, skupiłam na mężczyźnie. I na tym, by ręce trzymające pistolet mi nie drżały.
W ostateczności więc trzęsłam się niemal cała, w spazmach, starając się z całych sił powstrzymać przemianę. Tylko ręce zdawały się trwać bez ruchu, z palcem luźno spoczywającym na spuście. Ostrzegając, że najmniejszy ruch ze strony stojącego nade mną mężczyzny wystarczył, bym wypaliła. Kula przebiłaby go od dołu, albo przechodząc od dołu przez sporą część narządów wewnętrznych... Albo przynajmniej pozbawiłaby go męskości. Tak czy tak - lepiej dla niego było pozostawać w bezruchu.
I taka właśnie scena ukazała się Anzaiowi, gdy wszedł do pomieszczenia jakiś czas później. Z tą drobną różnicą, że już ostatkiem sił powstrzymywałam przemianę. Adrenalina, duszący zapach krwi wypełniający pomieszczenie... Zdecydowanie nie wpływały dobrze na utrzymywanie przeze mnie samokontroli.
Dlatego, gdy tylko mężczyzna krzyknął coś do napastnika, wycelował w niego z broni, którą nie wiem, skąd wytrzasnął... Opuściłam tą, którą trzymałam do tej pory ja. Zabezpieczyłam ją, popchnęłam po podłodze w kierunku Anzaia, po czym pozbierałam się z podłogi. Link przestała memłać rękę draba, spojrzała na mnie z zakrwawionym pyskiem. Odwróciłam od niej spojrzenie... I bez słowa wyszłam z pomieszczenia. Nawet nie spojrzałam na znajomego, po prostu wyszłam. Psy zostały. Miałam nadzieję, że po wszystkim nie zagryzą Anzaia.
Po kilku próbach znalazłam w końcu łazienkę. A gdy już znalazłam się w środku... Wilk ostatecznie przejął kontrolę.
Wydałam z siebie cichy jęk bólu, gdy przemiana rozpoczęła się gwałtowniej, niż zwykle, przez to, że powstrzymywałam ją tyle czasu. A potem...
Potem już nie pamiętam. Wilk zepchnął mnie całkowicie na drugi plan. Teraz więc, zamiast uległej, w miarę spokojnej dziewczyny, Anzai miał w swojej łazience wściekłego wilka. Alfę.
Którego naprawdę niełatwo zdominować, więc jeśli mężczyzna się nie dostosuje podczas spotkania z nim... Mogło się to różnie skończyć.

Anzai?

2.07.2020

Od Niny CD Liama

      – Czyli co, wygląda na to, że zostaliśmy sami – usłyszałam jakby z oddali. – Nie wiem, skąd u niej taka reakcja, ale chyba musisz jej wybaczyć. Ma ostatnio gorszy okres w życiu – ten sam mężczyzna zaśmiał się i odwrócił w stronę drugiej ratowniczki, jednocześnie pomagając mi usiąść. – Nic ci nie jest?
     – Nie – odpowiedziałam szybko, chodź nie byłam do końca pewna autentyczności własnych słów. Nadal kręciło mi się w głowie jakbym dopiero co zeszła z kolejki górskiej, a moje skronie pulsowały tępym bólem, który rozsadzał mi czaszkę.
     Podniosłam wzrok na ratownika, któremu z wiadomych powodów nie zdążyłam się wcześniej przyjrzeć. I mówiąc szczerze, to dobrze, że w tamtym momencie siedziałam, bo jego uśmiech chyba zwaliłby mnie z nóg. Mokre włosy przykleiły mu się lekko do czoła, a brązowe oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem. Jego ręce i tors były umięśnione, lecz smukłe.
     – Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej.
     Kiwnęłam twierdząco głową. Mężczyzna pomógł mi się podnieść do pozycji stojącej, dalej podtrzymując mnie za ręce. I bardzo dobrze, bo chwilę później zakręciło mi się w głowie, a jego asekuracja uchroniła mnie przed upadkiem.
     – Chyba potrzebujesz jeszcze kilku minut na dojście do siebie. Zaprowadzę cię do łazienki. – powiedział, po czym oplótł mnie jedną ręką w talii, kierując się w stronę szatni dla ratowników. Nie protestowałam – chwila spokoju była mi potrzebna by zrozumieć wszystko, co się właśnie zdarzyło.
     Przeszliśmy przez duże, szklane drzwi i znaleźliśmy się w pomieszczeniu przypominającym jednocześnie kuchnię i składzik na miotły. Po jednej stronie znajdowała się szafa i wieszaki na koła ratunkowe, a po drugiej mały aneks kuchenny. Na środku znajdował się niewielki stół otoczony kilkoma krzesłami, a na nim puste talerze i niepełne kubki z kawą.
     – Tam jest łazienka – ratownik wskazał na drzwi w rogu – Możesz się trochę ogarnąć i uspokoić zanim wyjdziesz z basenu, bo nie sądzę, że zamierzasz wrócić dzisiaj do pływania? – uśmiechnął się pod nosem.
     – Dziękuję – odpowiedziałam i bezzwłocznie weszłam do łazienki.
     Przemyłam twarz czystą, niechlorowaną wodą i oparłam się o umywalkę. Zamknęłam oczy, starając się wyczuć wewnętrzne ciepło, które zazwyczaj towarzyszyło feniksowi. Na próżno. Wiedziałam, że po takim incydencie może się nie ujawnić przez kilka dni. Każdy – nawet on – potrzebował chwili, żeby dojść do siebie po takim incydencie. Przed wyjściem z łazienki wzięłam jeszcze głęboki oddech, po czym przekręciłam zamek i otworzyłam drzwi.
     Mężczyzna stał do mnie tyłem, robiąc coś przy kuchence. Gdy tylko usłyszał kroki, odwrócił się w moją stronę z uśmiechem, w dłoniach trzymając dwa kubki z parującym napojem.
     – Herbaty? – zasugerował. – Postawi cię na nogi, obiecuję.
     – Jasne, dzięki – odpowiedziałam.
     Skierował się w stronę stołu i usiadł na jednym z krzeseł, a ja postanowiłam pójść w jego ślady. Miałam nadzieję, że herbata chociaż trochę mnie rozgrzeje, bo byłam na granicy trzęsienia się z zimna. Ilość czasu, jaką spędziłam w wodzie, również nie pomagała mi w zachowaniu ciepła.
     – Gdzie moje maniery? – po chwili jakby oprzytomniał. – Jestem Liam.

Liam? ^^
Szablon
synestezja
panda graphics