Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ana&Natalie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ana&Natalie. Pokaż wszystkie posty

19.07.2020

Od Natalie CD Any

   Przebywanie w kuchni sprawiało białowłosej wiele radości, szczególnie od pewnego czasu. Niegdyś nienawidziła gotować, często żerując na różnych knajpach w okolicy swojego miejsca zamieszkania, bądź w pracy. Uciekała od takiej odpowiedzialności, jak przyrządzanie posiłków. Dlaczego? Sama nie rozumiała siebie, szczególnie teraz, kiedy to sprawia jej frajdę. Była pochłonięta tym zadaniem, iż nawet nie skupiła się na świecie zewnętrznym, na tym, co ją otaczało. Wpadła w wir zwany fantazją, a w połączeniu ze skupieniem - przestawała skupiać się na wszystkim innym, co nie znajdowało się w pomieszczeniu. Dlatego też wzdrygnęła się, kiedy tylko usłyszała swoją przyjaciółkę, lecz zaraz po zwróceniu się w jej stronę, uśmiech automatycznie ujawnił się na ustach dziewczyny.
- Burito! - odpowiedziała niemalże entuzjastycznie, z tego wszystkiego zapominając o fakcie, iż wcześniej mieszała składniki do posiłku, i cóż... gdyby nie uwaga Any, zapewne wylądowałoby wszystko z łyżki na podłodze. 
  Białowłosa wróciła do poprzedniej czynności, z ciepłym uśmiechem sprawdzając, czy na pewno składniki są ciepłe, a nie zimne. Nie chciała tego podać w złej formie. Nie pragnęła dla swojej przyjaciółki jakichś problemów z żołądkiem, czy czegokolwiek podobnego. 

***

  Zjedzony posiłek zakończył się, jak zwykle, wylegiwaniem się na kanapie i mizianiu przez Ane zwierzaków, jak i Miller po głowie. To była rutyna, która nigdy się nie nudziła. Zawsze coś się wydarzyło, nie byłoby sytuacji, żeby coś się nie odwaliło. I chyba zdołały się do tego przyzwyczaić. Tylko tym razem raczej żadna nie spodziewała się tego, iż ktoś pozostawi po sobie... upominek w butach w postaci moczu. A przekonano się o tym w momencie, gdy obie dziewczyny chciały przejść się na spacer, jednakże plany zostały zniszczone tuż po założeniu swoich butów. Spoglądając na siebie nawzajem, ogarniając, że jedna i druga została potraktowana w taki sam sposób, wybuchły śmiechem, pozbywając się obuwia ze stóp. Zamiast tego, musiały zdjąć swoje skarpetki i odnieść je do prania, wraz z samymi butami. Mimo wszystko, dobry humor wciąż im dopisywał. Śmiały się, próbując odgadnąć, który ze zwierzaków postanowił zrobić im tak cudowną niespodziankę. Aczkolwiek, prawdopodobnie, to nie był żaden z nich. Dlaczego? Zwierzęta dziewczyny rzadko kiedy stwarzały takie sytuacje... choć nowy pupil... Miller nie miała pewności, a nie chciała też wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Wzruszając cierpko ramionami, ruszyła za właścicielką mieszkania, żeby wrzucić swoje ubrudzone (a raczej obsikane) rzeczy do pralki. Po tym białowłosa miała wracać do domu, jednak w takiej sytuacji - zostanie pewnie trochę dłużej, w towarzystwie Any, zwierząt i wina. I wcale się nie pomyliła. Spędziła czas z przyjaciółką do samej nocy, pijąc wino i odprężając się przy tym. To jednak kolidowało z jej powrotem do domu autem, zamiast tego będzie musiała wrócić z buta, w postaci wilka. Nie miała tak blisko do mieszkania, lecz nie miała co narzekać. Pożegnała się z każdym pupilem, a na sam koniec pozostawiła jasnowłosą, którą wytuliła, całując ją w czoło. 
- Nie denerwuj się już tyle i odpocznij w końcu. W razie czego, to masz mój numer i wiesz gdzie mnie szukać. - oznajmiła z delikatnym uśmiechem. Widząc jak wyższa dziewczyna  rozchyla wargi, uprzedziła ją, dodając: - Tak, zadzwonię, jak tylko dotrę do domu. 
  I po tym już Miller skierowała się w kierunku drogi, przybierają formę wilka. Spoglądając w stronę wejścia domu swojej przyjaciółki, a następnie udała się do swojego mieszkania.
  Dotarcie na miejsce zajęło dziewczynie ponad godzinę ze względu na jej orientacje w terenie w nocy. Zwykle nie miała z tym problemów, aczkolwiek należy pamiętać, że trochę wypiła i może mieć niemałe problemy. No ale, czy to ważne? Ważniejsze jest chyba to, iż udało jej się dotrzeć do domu w jednym kawałku. I wszystko wydawałoby się piękne, gdyby nie zrozumiała, że jest obserwowana. Nie wyczuła cudzej obecności wcześniej. To tylko wzbudziło jej niepokój, dokładniej rozglądając się po okolicy. Nikogo nie było. Czyżby wyobraźnia płatała jej figle? Kto wie. Kręcąc w niedowierzaniu głową, powróciła do ludzkiej postaci, przebiegając po schodach wprost pod drzwi mieszkania, które... były uchylone. 
„Co tu się dzieje...”
  Niepewnie zajrzała do własnego domu, lecz jedyne, co zapamiętała, to silne uderzenie w tył głowy czymś metalowym, przez co straciła przytomność.

Ana? : D

7.07.2020

Od Any CD Natalie

Było ciężko. Dla mnie, moich możliwości, by poradzić sobie z natłokiem pracy, który się na mnie zwalił. Cóż jednak można było poradzić? Pozostawało mi w zasadzie tylko pogodzenie się z tym, że ta praca, bądź co bądź, była w pewien sposób sezonowa. W sezonie, w którym często urządzano wesela, miałam o wiele więcej roboty, niż poza nim... Musiałam przebrnąć tylko przez ten okres, a potem powinno być łatwiej.
Albo ten nawał pracy był pierwszym znakiem, że może warto byłoby pomyśleć nad zatrudnieniem do cukierni pracownika, który choć trochę odciąży mnie z robieniem tych tortów. Bo naprawdę, w takim tempie szybko się zajadę.
- Pośpiesz się, jedzenie niedługo będzie gotowe! - usłyszałam nagle głos Nat, gdy stałam przed szafą w mojej sypialni, tępo wpatrując się w poukładane w niej ubrania. Nie miałam jakoś natchnienia. Nie mogłam się na nic zdecydować, choć, prawdę mówiąc, to, co w tym momencie założę, nie miało większego znaczenia. Nat i tak nie zwróci na to uwagi...
W końcu, chcąc nie chcąc, wyciągnęłam losowy t-shirt i jeansowe shorty, które szybko na siebie założyłam i w końcu wyszłam z pokoju. Kierując się w stronę kuchni, zatrzymałam się na moment w salonie, żeby zobaczyć, co robi zgraja wariatów, jaka tu teraz mieszkała. Na moje usta wypłynął lekki uśmiech, gdy zobaczyłam, że Ciri, jak gdyby nigdy nic, bawi się z Archerem... do momentu, jak mnie zobaczyła. Wtedy zatrzymała się jak wryta, mocno stając na wszystkich czterech łapach i powoli opuszczając ogon w dół. Chociaż tyle, że go już nie podkulała co chwilę. Czuła się już pewniej, zrozumiała, że to jest jej dom i może czuć się w nim bezpiecznie, otoczona przez swoją, nieco dziwną i zdecydowanie nietypową, sforą.
Nie chciałam jej niepotrzebnie stresować swoją obecnością. Przeniosłam spojrzenie z niej na Finna, który, gdy tylko dostrzegł, że na niego patrzę, rozpoczął swoją kakofonię pisków. Podbiegł do mnie, machając ogonem i przy moich nogach położył się, odwracając na grzbiet, nadstawiając mi brzuch do głaskania. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok, schyliłam się powoli, smyrnęłam jego miękką sierść. Dopiero potem wstałam i ostatecznie skierowałam się do kuchni, rzucając jeszcze wzrokiem na śpiącą na regale Siwę. Naszło mnie przy tym pytanie, czy Nat ją zauważyła. A jeśli zauważyła, czemu jeszcze nie zapytała. Ostatecznie jednak wzruszyłam ramionami, uznając, że to w sumie bez znaczenia.
- Jestem - mruknęłam cicho, gdy już stanęłam w wejściu do kuchni. Nat wzdrygnęła się lekko, chyba wystraszona (całkiem prawdopodobne, że zapomniałam wydawać jakieś dźwięki podczas chodzenia), ale szybko odwróciła się do mnie z uśmiechem, wymachując szpatułką... Odpowiedziałam na jej uśmiech uśmiechem. - Uważaj z tym, bo chlapiesz - wskazałam ruchem głowy na przedmiot w dłoni dziewczyny. - Co gotujesz?

Nat?

14.05.2020

Od Natalie CD Any

   Każdy dzień mijał dziewczynie dość... przyjemnie. Większość czasu spędzała w towarzystwie swojej przyjaciółki, jak i jej pupili. Można by rzec, iż w takich chwilach najbardziej odżywała, dla nich wręcz żyła. Odliczała minuty w pracy, do końca zmiany, żeby zaraz pojechać do Any. I tak było praktycznie codziennie. Często zostawała na noc, wpraszała się bez zapowiedzi... a czasami pojawiała się w najgorszym możliwym momencie. I tym razem było podobnie. Wiedziała doskonale, jak trudna była praca młodszej. Chociaż wydawało się całkowicie inaczej, to tak nie było. Poświęcała się pracy, dawała z siebie nawet 120%, byle klient był zadowolony z zamówienia, jakie złożył w firmie jasnowłosej. Niejednokrotnie starała się ją odciągać od pracy, od myślenia o niej... na wiele sposobów. Przemówienie jej do rozsądku, podkreślając, że się przepracowuje i niedługo stanie się pracoholikiem (o ile już nim nie jest). No ale, takie gadanie Natalie zdawało się na nic, więc tylko się temu wszystkiemu przyglądała, towarzysząc przyjaciółce.
  Nie dyskutowała, jak wyższa dziewczyna odebrała dzbanek i... rozlała jego zawartość na stolik, mocząc swoje włosy. Jedyne, co zrobiła, to westchnęła, dokładnie się wszystkiemu przyglądając, z ręką podpartą o stolik, a na dłoni miała ułożoną głowę. Czasami się zastanawiała, czy Ana zdaje sobie sprawę z tego, że pewne poczynania mogą prowadzić do nieprzyjemnych, jak i niepotrzebnych rzeczy. Nie chcąc jednak dobijać, mówiąc swoje "Wiedziałam, że tak będzie", odpuściła i zabrała się za doprowadzanie towarzyszki do ładu i składu, co było nie lada wyzwaniem. Białowłosa nie miała zamiaru jej pozwolić na sprzątanie, bo z tej katastrofy w końcu zrobi się armagedon. Żadnej pewnie by się tego sprzątać nie chciało, a Balanchine nawet się do tego dzisiaj nie nadawała. Tak też, po zaprowadzeniu i wsadzeniu przyjaciółki do wanny (rzecz jasna: bez ubrań, a nie w nich), wróciła do kuchni. Posprzątanie tego bałaganu zajęło jej ledwo kilkanaście minut. Jednakże, największe wyzwanie dopiero na nią czekało. Mycie włosów blondynki. Niestety, kawa we włosach to było coś, czego nienawidziła białowłosa. Często to się zdarzało w pracy, gdy miała dłuższe kosmyki, teraz są w miarę krótkie, więc szybko idzie się z tym ogarnąć, lecz Ana miała długie włosy.
  Wracając do łazienki, spojrzała na przyjaciółkę, która wyglądała, jakby za chwile miała zanurkować pod wodę i nigdy więcej się z niej nie wynurzać. Kręcąc w niedowierzaniu głową, zamknęła za sobą drzwi, podchodząc do wanny.
- Jesteś naprawdę, ale naprawdę... głupia. - mruknęła starsza, dając pstryczka w czoło przyjaciółki, zaraz po tym sięgając po jeden z szamponów do włosów. - Wiem, że praca daje Ci niezły wycisk, ale to nie powód, żeby najpierw topić się w kawie, a teraz w wannie. - oznajmiła, wylewając zawartość buteleczki z szamponem na dłoń, a następnie odłożyła rzecz na bok, zaczynając dokładnie myć włosy dziewczyny. Czasami zastanawiała się, dlaczego dziewczyna tak postępowała, nie słuchając się jej porad. Jasne, każdy ma swój rozum, ale... docierając do takiego punktu krytycznego, jak ten dzisiejszy... to nie jest żadne rozwiązanie. To sprawiało, że Nat zaczynała się tylko bardziej martwić o Ane, co nie trudno było zauważyć.
  W łazience spędziły dobrą godzinę, po której Miller postanowiła pójść przygotować coś do jedzenia, kiedy to Balanchine miała wysuszyć ciało i pójść po czyste ubrania do swojej sypialni. Natalie była osobą, która ukrywała emocje, nie okazywała ich. Starała się sprawiać wrażenie, że nic jej nie rusza. Zwykle przejmowała się jedynie zwierzętami, okazując im swoją troskę i miłość. Aczkolwiek, odkąd zaczęła się przyjaźnić z drugą dziewczyną... ukrywanie swoich trosk i zmartwień o nią, to było dla białowłosej naprawdę trudne zadanie. Czasami miewała wrażenie, że przesadzała. No ale, co mogła poradzić na to, iż bolał ją widok przepracowanej i przemęczonej Any? Niejednokrotnie starała się zabierać przyjaciółkę w różne miejsca, odwiedzała ją w pracy, w domu, jeździła z nią wszędzie, gdy było to możliwe. Spędzała z nią wiele godzin, wiele dni, a przez to w końcu się na tyle przywiązała, że ukrywanie emocji było bardzo trudne. Wiele razy zastanawiała się, co w pewnych sytuacjach kieruje blondynką, że postępuje tak, a nie inaczej, choć dobrze znała konsekwencje.
- Pośpiesz się, niedługo będzie jedzenie gotowe! - krzyknęła, mimowolnie spoglądając za siebie, jakby chcąc się upewnić, iż dziewczyna za nią nie stoi. Choć Natalie słuch był bardziej wyostrzony, to Ana potrafiła ją przestraszyć przez skradanie się. A przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?

Ana? c: 

28.03.2020

Od Any CD Natalie

Dni w towarzystwie Natalie płynęły mi naprawdę szybko. I zdecydowanie nie nudno.
Dziewczyna prawie codziennie odwiedzała mnie w domu... Choć raczej bardziej poprawne byłoby stwierdzenie, że przychodziła do moich zwierząt, na których punkcie miała wręcz fioła. Nie żeby mi to przeszkadzało czy coś, wręcz przeciwnie, była przy tym naprawdę urocza.
Moje zwierzęta, szczególnie Archer, miały na ten temat nieco inne zdanie, ale nie protestowały jakoś głośno, więc raczej nikt nie zwracał na to uwagi.
Któregoś dnia wpadła do mnie po baaardzo trudnym dla mnie dniu w pracy. Pewnie zastanawiacie się: ciężka praca w cukierni? Jeśli nie dowierzacie, to znaczy, że nigdy nie pracowaliście w cukierni. Pieczenie od rana, do późnych godzin wieczornych, ciast, ciasteczek i innych wypieków, do tego ogarnięcie dwóch tortów weselnych. A termin na następny dzień. Minus tego, że tej roboty nie da się zrobić "na zapas" i trzeba się tym zajmować chwilę przed terminem. Albo nawet tego samego dnia.
Gdy siedziałam przy niewielkim stole w kuchni, patrząc tępo na kalendarz wiszący na ścianie przy wejściu, z pozaznaczanymi terminami na zrealizowanie zamówień, usłyszałam dźwięk przekręcanego w zamku klucza. O dziwo nie ruszyło mnie to do tego stopnia, by jakkolwiek się tym zainteresować. Nie oderwałam wzroku od zapisanego od góry do dołu kalendarza również, gdy ten ktoś, kto wcześniej odkluczył drzwi, otwiera je, zdejmuje buty, prawdopodobnie bezceremonialnie rzucając je gdzie popadnie, sądząc z dwóch głuchych łupnięć, które rozległy się jeden po drugim. Przez moment zastanawiałam się, które z moich chamsko wbijających do mojego domu bez zapowiedzi i nawet próby pukania znajomych postanowiło mnie odwiedzić tym razem. Gdy naprawdę nie miałam ochoty na żadne interakcje towarzyskie.
Rozległ się odgłos pazurów drapiących o parkiet, w akompaniamencie śmiesznych pisków Finna, a zaraz po nich pisk "Pysiek!". I już wiedziałam, kto do mnie przyszedł.
- Jestem w kuchni, jeśli cię to interesuje! - krzyknęłam. W moim tonie czuć było lekkie rozbawienie, jednak zdominowane przez zmęczenie. Kuwa, serio miałam dość dzisiejszego dnia. A jutro powtórka, na szczęście w domu, zaoszczędzę więc jakąś godzinę, która mi zwykle schodziła na dojechaniu do kawiarni. Mogłam więc wstać o jakiejś ludzkiej godzinie... naczy coś koło siódmej. Jeśli, oczywiście, miałam zamiar się wyrobić.
W wejściu do kuchni pojawiła się cała uśmiechnięta Nat, a zaraz za nią Finn z wywalonym językiem. Lis, gdy tylko zobaczył, że jestem lekko wysunięta od blatu, podbiegł do mnie i wskoczył mi bezceremonialnie na kolana, by zaraz wdrapać się na moją klatkę piersiową i zacząć lizać po twarzy. Uśmiechnęłam się lekko, jednak dość szybko zdjęłam go z siebie, odstawiając z powrotem na podłogę. Popatrzył na mnie z pewnym wyrzutem, ale zaraz znalazł nową rękę do głaskania w osobie Natalie.
- Coś się stało? - zapytała przyjaciółka, gdy zobaczyła moją minę. Westchnęłam ciężko, opierając się czołem o blat.
- Jestem tylko zmęczona - wymamrotałam, lekko niewyraźnie, bo mój głos był przytłumiony przez blat.
Dziewczyna natychmiast zaprzestała miziania Finna, który wyglądał na bardzo tym faktem niezadowolonego. Przestał biegać jak głupi w kółko, zamiast tego postanowił wziąć przykład z Archera, który właśnie wszedł do kuchni, szybko obwąchał Nat i poszedł położyć się na siedzisku pd oknem. Lis teraz wskoczył tam za nim i ułożył się między jego łapami. Widząc to jednym okiem, uśmiechnęłam się lekko. Uroczy byli.
- Ciężki dzień w pracy? - usłyszałam głos przyjaciółki znacznie bliżej, niż wcześniej. Przeniosłam na nią wzrok, nadal nie odrywając czoła od blatu, jedynie lekko przekręcając głowę na bok. Nat usiadła na krześle koło mnie.
- Nawet bardzo - westchnęłam, by zaraz mruknąć cicho, gdy ręka dziewczyny zaczęła przesuwać się po moich plecach. Siedziałyśmy tak chwilę w ciszy, gdy nagle coś sobie przypomniałam. - Podałabyś mi dzbanek z ekspresu? Zapomniałam, że nastawiłam sobie kawę.

Ręka dziewczyny zatrzymała się w dole moich pleców, chwilę tak trwała, nim zniknęła. Białowłosa wstała, na chwilę zniknęła mi z pola widzenia. Rozległ się dźwięk otwieranych i zamykanych szafek, stuk kubków, a potem dźwięk wyjmowanego z ekspresu dzbanka. Zaraz potem koło mnie pojawił się kubek i owy dzbanek.

Nie dając za bardzo Natalie okazji do wyręczenia mnie w przelaniu napoju z dzbanka do kubka, złapałam, nieco na oślep, pierwsze z wymienionych naczyń. I, nadal nie podnosząc głowy z blatu, próbowałam trafić napojem do kubka.
No więc mi nie wyszło.
- Fuck - jęknęłam, czując, jak kawa, rozlewając się po stole, sięga moich związanych w niedbały kok włosów i zaczyna w nie wsiąkać. Ale nawet to nie zmusiło mnie do poderwania głowy do góry. Odstawiłam tylko dzbanek na stół i mogłam już spokojnie, całkowicie się załamać.

Nat? 
Trzeba się biedną Aną zająć ;-;

21.03.2020

Od Natalie CD Any

  Była zaskoczona powrotem przyjaciółki. Przypuszczała, że nastąpi to nieco... później. Oczywiście, jakby przyjechała za kilka godzin, to na pewno zdołałaby ogarnąć siebie i Finna. A tak? No cóż, wyszło, jak wyszło. Drapiąc się z zakłopotaniem po karku, zastanawiała się, czy aby nie powiedzieć ile ma mniej więcej lat. Dlatego przyglądała się wyższej, ciężko wzdychając.
- Tak teoretycznie... to mam trzy lata jako wilk, więc... — zaczęła, z lekkim uśmiechem, jakby to miało jej pomóc naprawić całą sytuacje. Przeliczyła się. Tym razem uśmiech nic nie zdziałał.
Wywołało to większej zirytowanie w blondynce, która nawet nie ukrywała swoich emocji. Dlatego też Miller została na dworze, wracając do wilczej postaci, jednocześnie siedząc na deszczu. Rozglądała się, biegała po podwórku... nie miała pomysłu, jak pozbyć się błota, ponieważ deszcz nie był na tyle skuteczny, na ile potrzebowała. Jednakże, Ana i tak nie wpuściła jej do domu, pozwoliła jedynie leżeć na werandzie.
Może po kilku godzinach została wpuszczona do środka, gdzie niemalże od razu udała się wziąć prysznic, oczywiście, już w swojej ludzkiej postaci. To po tym powędrowała do sypialni dziewczyny, wybierając z jej szafy najbardziej luźne ubrania, w których często spała, gdy zostawała u niej na noc. Następnie udała się do salonu, gdzie młodsza leżała na kanapie z lampką wina w dłoni, jednocześnie bawiąc się w skakanie po kanałach, jakby szukała czegoś bardziej interesującego. Finn leżał na podłodze, gdzie słodko drzemał. Archer rzecz jasna nie był lepszy, aczkolwiek nie spał, a jedynie przyglądał się Miller i swojej właścicielce. Chyba nieco przeszło jej to zdenerwowanie… chyba. Ciężkie westchnięcie opuściło usta białowłosej, która drapała przyjaciółkę po plecach. Tak, to był gest przeprosin. Dość często to robiła, więc była przyzwyczajona. W międzyczasie rozmawiały, w miarę spokojnie. Temat zszedł na to, iż Natalie jest wilkołakiem, na co przytaknęła głową, zaczynając masować drugą dziewczynę z lekkim uśmiechem na ustach. Oczywiście, już po chwili Ana przewróciła się na plecy, żeby starsza zaczęła drapać ją po brzuchu. A to było, jak najbardziej u nich normalne. Godzinne drapanie, czy masowanie… czasami nawet Miller łańcuszkiem wodziła po plecach drugiej, bo było to dość przyjemne. A skoro ona nie narzekała, a tylko prosiła o więcej, to tak robiła.
- Ile już jesteś takim wilkołakiem? – pytanie ze strony blondynki wyrwało Nat z jej chwilowego zamyślenia o tym, jak często spędzały czas w taki sposób, jak teraz.
- Właściwie, to od dziecka. – przyznała, wzruszając delikatnie ramionami, w końcu kładąc się z drugiej strony kanapy, aczkolwiek Balanchine niemalże od razu położyła swoje nogi na brzuchu dziewczyny, bucząc, że nie ma przestawać. – Długo jeszcze? – spytała.
- Hm… zastanówmy się… tak. Możesz w tym czasie poopowiadać mi, jak się nauczyłaś panować nad przemianą. – odpowiedź Any wywołała tylko mruknięcie niezadowolenia, lecz niemalże od razu Nat zaczęła opuszkami palców ponownie wodzić po łydce, którą jej podstawiła.
Opowiadała o wszelakich treningach z ojcem, o tym, jak jej nauczył całej sztuki przemiany i powstrzymywania się, czy walczenia z wewnętrznym wilkiem, co było naprawdę trudnym zadaniem, gdy nosiło ją zirytowanie. No ale, trening czyni mistrza, prawda? Nawet nie wiedziała kiedy, a sama piła wino w towarzystwie dziewczyny. Ich języki niemalże od razu się rozplątywały, wiele rzeczy je bawiło. A nim można było się zorientować, zasnęły otulone kocem na kanapie. Jedna leżała z jednej strony, zaś druga z innej, podstawiały sobie nawzajem swoje nogi, co wyglądało dość komicznie. Aczkolwiek było im wygodnie, więc co można było narzekać? Gorzej, jak rano się obudzą z kacem, z którym będą musiały sprzątać wszystkie butelki i kieliszki, czy też talerze po tostach, które wcześniej jadła Ana i zostawiła po nich jedynie talerz na stoliku.

Ana? c;

16.03.2020

Od Any CD Natalie

To był naprawdę parszywy dzień. Całe przedpołudnie uganiałam się po cukierni, próbując jakoś złączyć koniec z końcem, bo jak na złość, przed weekendem wszyscy postanowili zrobić masowe zamówienia na torty, ciasta i ciasteczka. I gdzie pracownicy mogli przyjąć zamówienia na dwa ostatnie, tymi pierwszymi zajmowałam się zwykle ja. I również ja musiałam je teraz piec. Zapowiadał się weekend spędzony w kuchni...
Gdy zajechałam pod dom, wciąż cała pokryta mąką, ciastem i innymi produktami cukierniczymi (zmycie tego z siebie wymagało kąpieli, pobieżne przemycie w zlewie, jak widać, nie wystarczyło), zobaczyłam samochód Natalie. Uśmiechnęłam się ciepło, ciesząc się, że po ciężkim dniu będę mogła odprężyć się w towarzystwie przyjaciółki, może przy kieliszku dobrego wina... No cóż. Nie było mi to jednak dane. Nie do końca w takiej formie, jakbym chciała.
Weszłam do domu, przeszłam przez przedpokój, odkładając kluczyki do Jeepa na stolik przy wieszaku na płaszcze. Żwawym krokiem poszłam dalej, podwyższeniem tempetatury ciała susząc się z deszczu, z którym zaliczyłam bliskie spotkanie w drodze z samochodu do domu. Kropelki wody zaczęły parować i po chwili nie było po nich śladu. Przeszłam przez salon, rzucając torebkę na kanapę, minęłam kuchnię... Ale nigdzie nie było Nat. Zmarszczyłam brwi, gdy zwróciłam uwagę na otwarte drzwi na ogród. Z pewną obawą ruszyłam w tamtym kierunku, podświadomie przeczuwając już najgorsze... A gdy stanęłam na tarasie, w strugach deszczu, tuż koło Archera, który stał przy schodach prowadzących w dół zbocza i na trawnik, patrzącego z pewną rezerwą w dół... Zamarłam.
Stałam tak dobrą chwilę, wzrok utkwiwszy w taplających się w błocie białego wilka i Finna. Wyglądali, jakby naprawdę dobrze się bawili. Było tylko jedno "ale".
Byli, kurwa, od góry do dołu utaplani w błocie z kałuży, z której zrobili sobie plac zabaw.
Stałam tam bez ruchu dobrych parę minut. Krople padającego deszczu parowały w kontakcie ze skórą, rozgrzaną moim wewnętrznym ogniem. Podejrzewałam, że ów wilk, którego widziałam pierwszy raz na oczy, to musi być Natalie. Czyli jednak nie myliłam się przypuszczając, że jest wilkołakiem.
Towarzystwo zdało sobie sprawę z mojej obecności dopiero po kilku minutach. Pierwszy złapał ze mną kontakt wzrokowy Finn. Natychmiast zamarł, wydając z siebie śmieszny pisk i przywierając do ziemi. Potem zobaczyła mnie Nat, która również na moment zamarła.
I tak sobie staliśmy, mierząc się wzrokiem, z mojego biła wściekłość, z Nat lekka panika, ale dość szybko zastąpiona ogólną jowialnością. Akurat w tym momencie bardziej mnie to wkurwiło, niż rozbawiło.
Już widziałam białe dywany w domu, które będę musiała czyścić, jak wlecą do środka... Dobrze, że chociaż Archer z całego towarzystwa był normalny, bo bym chyba zmysły straciła w tym domu wariatów.
Kilka chwil mojego uporczywego wpatrywania się w dziewczynę w wilczej postaci nakłoniło ją w końcu do zmiany postaci. A gdy tylko stanęła przede mną na dwóch nogach, wydarłam się:
- CZY CIEBIE DO RESZTY POKURWIŁO? - tak, jakby się ktoś jeszcze zastanawiał - byłam wkurwiona. Bo ona się wytaplała od góry do dołu w błocie, a ja będę musiała po niej sprzątać. Akurat gdy naprawdę potrzebowałam odpocząć... i sama wziąć kąpiel, bo padający deszcz nie zdołał zmyć całej mąki, ciasta i czekolady, którymi byłam wręz wysmarowana. - W BŁOCIE SIĘ TAPLAĆ? ILE TY MASZ LAT?! PIĘĆ CZY PRAWIE TRZYDZIEŚCI?!

Nat? Ma wpierdol, lepiej niech ładnie przeprosi i zrekompensuje ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Od Natalie CD Any

   Słuch Natalie był bardziej wyostrzony niż każdego, przeciętnego człowieka. Dlatego nie musiała nasłuchiwać, aby usłyszeć, że jej towarzyszka będzie właścicielką liska. Cóż, nie potrafiła ukryć swojej ekscytacji. Uwielbiała zwierzęta, a z samymi lisami miała dość często styczność w lesie, podczas swoich samotnych wędrówek, czy spacerów. Może i nie powinna była poddawać się chwilowemu roztargnieniu po przeżytych emocjach dzisiejszego dnia, aczkolwiek nie potrafiła nad tym zapanować. Nigdy nie sądziła, że pozna osobę, która także będzie uwielbiała zwierzęta w tak dużym stopniu. Ah, ukrywanie swoich wilczych zmysłów bywało trudniejsze niż sądziła. No ale, co ona ma się przejmować? Prędzej czy później, wyszłoby to na jaw, a sam pupil Any na pewno wyczuł jej charakterystyczny zapach. Nie do końca jest w stanie nad tym zapanować, bo to nie jest od niej zależne. Zwierzęta już tak miały, że zazwyczaj wydzielają charakterystyczny dla siebie zapach. Choć oczywiście nie wszystkich gatunków się to tyczyło. Jednakże, dziewczyna szczególnie długo się nad tym nie zastanawiała, gdyż pojechała do swojego mieszkania, tym samym dzień pełen wrażeń był już, niestety, za nią. Chociaż, z miłą chęcią, by go powtórzyła, a nawet i przedłużyła. Na samą myśl o tym, co się dzisiaj wydarzyło, uśmiech ani na chwilę nie opuścił jej ust.

***

   Kolejny dzień, ta sama, poranna rutyna w kwestii makijażu, a później dojazd do pracy. Jednak dzisiejszy dzień ponownie będzie urozmaicony czymś nowym, niecodziennym. Wczoraj przecież zgodziła się... a raczej namówiła Anę na to, że pojedzie z nią po liska. Sama tego chciała, nawet bardzo. Dlatego też, czas w pracy niemiłosiernie jej się dłużył do samej szesnastej, a jak tylko wybiła ta godzina, ledwo minęło kilkanaście sekund, a Miller w kawiarni już nie było. Do pracy swojej towarzyszki dojechała komunikacją miejską. Nic, ani nikt nie był w stanie zniszczyć jej dzisiaj humoru. Nawet klient, który stłukł nową filiżankę. Białowłosa była naprawdę pozytywnie nastawiona, co nie było u niej codzienne.
Dotarła jeszcze przed czasem do samej kawiarni Any, szeroko się uśmiechając, gdy zastała dziewczynę za kasą. Podeszła do lady, opierając się o nią, a następnie nachyliła się bardziej w kierunku wyższej blondynki, spoglądając na jej dłonie.
- Masz ładne pismo. - oznajmiła, ciepło się przy tym uśmiechając.
Wyższa jedynie przewróciła oczami, lecz na jej ustach również zawitał uśmiech, co nie umknęło uwadze białowłosej. No ale, nie rozmawiały za wiele, ponieważ Ana śpieszyła się, aby wszystko zakończyć, nim zostawi swój lokal w rękach pracowników. Dopiero wtedy udały się do jej auta, gdyż Natalie nie wiedziała, gdzie dokładnie się udają, no i nie przyjechała swoim samochodem. Cicho westchnęła z ulgą, rozsiadając się na siedzeniu pasażera, skupiając swoją uwagę na drodze.

***

Ich podróż upłynęła dość szybko, dziewczyny rozmawiały na wiele tematów, w czasie których śmiały się, bądź zachowywały uwagę, a przynajmniej się starały. To na miejscu dopiero mogły odetchnąć po podróży, a jednocześnie miały okazję do rozprostowania nóg. Miller z lekkim uśmiechem przeciągnęła się, wydając z siebie cichy pomruk zadowolenia. Następnie ruszyła za swoją towarzyszką do kobiety, która najwyraźniej czekała na przybycie samej Any. Witając się, niemalże od razu zostały zaprowadzone do miejsca, w którym przebywały wszystkie liski, na co białowłosa z trudem powstrzymała się od pisku... ale od podskakiwania w miejscu już nie dała rady. Unosząc się co chwilę na palcach, zasłaniała swoje usta dłońmi. Była rozczulona widokiem lisków, które biegały i zaczepiały się nawzajem, co prawda niektóre z nich leżały, odpoczywając w najlepsze. Aczkolwiek, widok czarnego liska. Nie na co dzień można takiego zobaczyć, a tym bardziej w lasach, po których biegała Natalie. Jeszcze takiego nie zobaczyła. Dlatego też z trudem powstrzymywała się od rozczulania się. Stałaby w miejscu i przyglądała się zwierzakom dobre godziny, gdyby nie Ana i jej pociągnięcie swej towarzyszki za włosy, przez co ta ruszyła niemalże od razu. Sama kobieta, która zajmowała się takimi sprawami, jakie spotykają zwierzęta, szczególnie dzikie, z rozbawieniem obserwowała dwudziestoośmioletnią dziewczynę i jej reakcje. Zaproponowała nawet, że następnym razem i dla niej może się znaleźć jakiś podopieczny, aczkolwiek dziewczyna pokręciła jedynie głową, tłumacząc iż nie może mieć żadnego pupila w mieszkaniu.
Docierając do biura, gdzie Ana musiała jeszcze wszystko podpisać, Nat w międzyczasie mogła poznać jej pupila, Finnegan. Białowłosa jednak nie wyciągnęła do niego ręki, gdyż nie miała okazji. Zwierzak biegał w każdą możliwą stronę, wydając z siebie dość, według niej, śmieszne dźwięki. Rzecz jasna, sama Miller nie wiedziała, jak powinno zajmować się liskami. Może i była lykantropem, lecz była różnica między wilkiem, a lisem. Nie znała ich zachowań poza tymi w lasach, gdy już na nie się natykała. Kręcąc w niedowierzaniu głową, przeniosła w końcu spojrzenie na Anę, która właśnie miała poznać się ze swoim nowym podopiecznym. Cała ta scena była urocza i rozczulająca. Dlatego też jasnowłosa z trudem powstrzymała się od wydania z siebie "aww", pozostając przy zasłanianiu twarzy i buczeniem, że to zbyt urocze dla niej. Jednakże, dopiero wtedy sama mogła poznać zwierzę, które było dość przyjazne. Podrapała go za uchem, jak tylko na to pozwolił, a później jeszcze pod pyszczkiem. Nie miała na to zbyt dużo czasu. Udanie się do auta z lisem, zamkniętym na podróż w klatce, nie uniemożliwiło białowłosej wciskania palców przez kraty, aby drapać zwierzaka, czy zaczepiać.
- Jak Cię ugryzie, to twoja wina. - rzuciła jej blondynka, aktualnie prowadząca samochód. Na to Nat wzruszyła ramionami, mówiąc do liska "Pysiek". No cóż, nikt nie powiedział, że będzie zwracała się do niego tak, jak był nazwany, prawda?
***

   Miller wpraszała się do Balanchine bez zaproszenia. Czuła się w jej domu, jak u siebie. Kiedy obie miały wolne, przyjeżdżała na naukę jazdy konnej. Co prawda już niejednokrotnie spadła z grzbietu wierzchowca znajomej, ale, o dziwo, wcale się nie poddawała. No dobra, tylko raz musiała zrezygnować przez zwichnięty nadgarstek, a raczej, Ana ją do tego zmusiła, mówiąc, że z tym nie wsiądzie na konia, bo zrobi sobie większą krzywdę niż jest to potrzebne. W domu dziewczyny czuła się jak u siebie, nie krępowała się, wyciągała z lodówki to, co chciała, gotowała... raz nawet kuchnię prawie spaliła, ale to podczas nieobecności dziewczyny. Jedynymi świadkami tego incydentu były pupile blondynki... aczkolwiek to teraz nie istotne. Na dworze padało, więc było dość dużo błota... a pogoda zbyt ponura, aby wychodzić. Aktualnie białowłosa siedziała w kuchni znajomej, przygotowując coś do jedzenia, takiego drobnego, przy okazji częstując podopiecznych. No ale, nie trwało to szczególnie długo. Tchnęło ją coś, żeby udać się na zewnątrz, a wyszła na taras skąd był doskonały widok na moknące ubrania na min balkonie. No i cóż... pranie. Tak, właśnie. Ana coś wspominała, a Miller, jak to ona, zapomniała. Strzelając sobie z otwartej ręki prosto w czoło, przeklinała pod nosem, biegnąc do pokoju, z którego było wyjście na balkon, zostawiając drzwi od tarasu otwarte, aczkolwiek: ściągając rzeczy i przerzucając przez ramię, zaniosła je do łazienki i tam rozwiesiła na grzejniku, bo jakżeby inaczej. Było mokre. Wiedziała, że jej się oberwie, ale to nic.
Wyszła zobaczyć wszystko przez taras, gdyż był to najszybszy sposób na zauważenie prania, aczkolwiek nie przemyślała faktu, iż Pysiek, czyli Finn, opuści dom, żeby paplać się w błocie, co zobaczyła, jak szła zamknąć drzwi. No i cóż, tak ją podkusiło, aby dołączyć do zwierzaka w swojej formie wilka, w dodatku białego. Wbiegając w kałużę błota, dość szybko upadła na plecy, zachowując się niczym typowy pies, który zobaczył okazję do wymoczenia się. Rzecz jasna, bawiąc się z Finnem w postaci wilka, nie trzeba było długo czekać, żeby dwójka była od góry do dołu ubrudzonymi błotem, zaś sam Archer obserwował ich, nie dołączając do zabawy. Wydawałoby się, jakby nie dowierzał w zachowanie dwójki. Niestety, szczęście w nieszczęściu, jak już mieli zamiar wrócić do domu, w samych drzwiach stała Ana z założonymi rękami, nie wyglądała na zadowoloną całą sytuacją. O, i przy okazji zobaczyła Miller w swojej wilczej formie. Czyżby zabawa tak pochłonęła, iż żadne z nich nie zorientowało się w kwestii powrotu dziewczyny do domu? No to cóż... ups?

Ana? ♥

12.03.2020

Od Any CD Natalie

Czas spędzony w towarzystwie Natalie okazał się... naprawdę niecodzienny. Ale nie narzekałam, wręcz przeciwnie. Podejście dziewczyny, jej niegasnący entuzjazm, nawet mimo tego, że wsadziłam ją na sporych rozmiarów, niewyżytego ogiera... były odświeżające. Dawno nie miałam okazji po prostu być, cieszyć się czasem spędzonym w towarzystwie drugiej osoby, prawdopodobnie podobnie porąbanej jak ja.
Jednak w końcu jeden z lepiej spędzonych przeze mnie dni w ostatnim czasie musiał się skończyć. Tak jak każdy inny. Zostawiłyśmy Charlesa w boksie na noc, rano pracownicy stajni mieli go wypuścić na padok, a my z białowłosą i Archerem u boku wyszłyśmy, by skierować się do naszych samochodów. W ostatniej chwili, gdy już miałyśmy się rozdzielić, rozdzwoniła się moja komórka. Z cichym westchnięciem, święcie przekonana, że to Liam albo ktoś z cukierni z informacją, że jestem pilnie potrzebna na miejscu, wyłowiłam urządzenie z kieszeni. Ale wtedy na ekranie zobaczyłam napis "Fundacja". Uśmiechnęłam się lekko.
- Co cię tak rozbawiło? - zapytała Nat, zaglądając mi przez ramię. Jednak zanim zdążyła przeczytać, odebrałam telefon.
- Dzień dobry - rzuciłam do słuchawki, przystając. Wraz ze mną zatrzymała się Nat i mój pies, obydwoje patrząc na mnie z jednakowym, pytającym wyrazem twarzy... i pyska. Uśmiechnęłam się lekko.
- Lisy zostały już zabrane z farmy - powiedziała kobieta, której kilka dni temu zaoferowałam swoją pomoc przy ratowaniu lisów z nielegalnej fermy futrzarskiej. A dokładniej o adopcję jednego z nich, ponieważ członkowie fundacji ratowania lisów mieli już komplet zwierzaków u siebie. Nie miałam co prawda żadnego doświadczenia w opiece nad lisami, ale dlaczego miałabym odmówić? Obiecali, że przydzielą mi lisa, który powinien sprawiać najmniej problemów. - Wybraliśmy też dla ciebie najbardziej kontaktowego ze wszystkich. Dzisiaj przewieźliśmy je do weterynarza na badania. Kiedy mogłabyś po niego przyjechać?
- Mogę przyjechać jutro po pracy - powiedziałam. - Koło siedemnastej będzie w porządku?
- Jasne - w głosie słychać było, że kobieta po drugiej stronie linii się uśmiecha. - Dam znać komu trzeba, że przyjeżdżasz.
- Dziękuję - rzuciłam i rozłączyłam się.
By zobaczyć promienny uśmiech na twarzy mojej nowej znajomej i iskierki ekscytacji skaczące w oczach. Oho.
- BĘDZIESZ MIAŁA LISKA??? - pisnęła, przypadając do mnie. - Mogę pojechać po niego z tobą? Proszę, proszę, proszę - każde "proszę" podkreślała dodatkowo podskokiem. Białe włosy podskakiwały razem z dziewczyną, tworząc wokół jej głowy biały woal. Uśmiechnęłam się lekko.
- Ymm... Pewnie - złapałam ją za ramiona, by powstrzymać od dalszych podskoków. - Tylko musiałabyś wpaść do kawiarni, bo od razu stamtąd będę jechać.
- O której? - zapytała natychmiast. Całą sobą wyrażała ekscytację, co było naprawdę urocze. Nieco dziwne, ale... zdecydowanie urocze.
- W pół do piątej? Tylko bądź punktualnie, bo będziemy musiały kawałek przejechać.
Nat zgodziła się na wszystko, energicznie potakując głową. Ostatni raz posmyrała Archera za uszami, pomachała mi na pożegnanie i wsiadła do swojego samochodu. Po czym odjechała, machając nam jeszcze przez otwarte okno.
Patrzyłam za nią przez chwilę, Archer przysiadł koło mnie i także odprowadzał jej samochód wzrokiem. Będziesz miała liska? Nie powiedziałam na głos niczego, co by na to wskazywała. Kobieta po drugiej stronie linii już tak, ale... To niemożliwe, żeby to usłyszała, będąc zwyczajnym człowiekiem.
- Cóż, Archer - rzuciłam do psa, ruszając się w końcu z miejsca, by wsiąść do mojego jeepa. Kilka dni wcześniej wykręciłam z niego drzwi i zdjęłam dach, mogłam się więc teraz cieszyć autentycznymi wrażeniami wiatru we włosach podczas jazdy. Jedyne co, musiałam za każdym razem pakować Archera w specjalną uprząż, żeby nie postanowił ni z tego, ni z owego sobie wyskoczyć. - Chyba miałeś rację - pies wskoczył na siedzenie pasażera, a ja zdjęłam czapkę z daszkiem, którą do tej pory cały czas miałam na głowie, i rzuciłam na deskę rozdzielczą, nim zajęłam się zakładaniem na wilczaka tego ustrojstwa. - Natalie zdecydowanie nie jest... normalnym człowiekiem.

Nat? <3

11.03.2020

Od Natalie CD Any

  Zachwyt pupilami Any był naprawdę ogromny, a Nat nawet tego nie ukrywała. Cieszyła się niczym małe dziecko. Można by rzec, iż czasami nim była. Zachwycała się zwierzakami, ponieważ je uwielbiała. Raczej nie było to nic dziwnego, ani tym bardziej nowego, gdy się ją znało. No cóż, jej towarzyszka o tym się dopiero przekona. Może i zaliczyła dwie, dość niecodzienne sytuacje, jednego dnia, ale… każdemu mogło się to zdarzyć. Poza tym, bywało gorzej. A co, jakby weszła jej podczas mierzenia bielizny? Co prawda ich ciała się niczym nie różnią, aczkolwiek mało kto chciałby, aby jakaś nieznajoma jednostka zobaczy go właśnie w takim wydaniu. Zapewne wtedy Natalie uciekłaby nawet ze sklepu, nie myśląc o żadnych przeprosinach w postaci kawy, ciasta, czy cokolwiek takiego. No ale, nie był to czas na takie rozważania. Dlatego też, jak została w towarzystwie konia sama, niemalże od razu zaczęła go głaskać, aż w końcu uwiesiła się na jego szyi, pozwalając by ten skubał jej włosy. Był to na pewno dość niecodzienny widok, ale Miller nigdy nie miała tak bliskiego kontaktu z końmi. Chciała z tego skorzystać, więc tak też robiła.
Niemalże od razu przystąpiła do rozplątywania zaplecionych warkoczy, które jeszcze zdecydowała się rozczesać, przez co wyglądało to dość, dla jej oka, estetyczniej. Ciepło się uśmiechała w czasie całego oporządzania zwierzęcia, sprawiało jej to niezwykłą frajdę, której nigdy wcześniej doświadczyć nie mogła przez ciągły brak czasu i nie miała możliwości nigdzie się udać, żeby spróbować jazdy. Tak też była skupiona na zakładaniu ogłowia, po które musiała sama się ruszyć, a jej obecna „mentorka” jedynie jej pokazała, co i jak ma zabrać, tak samo musiała cofnąć się po odpowiednie siodło. No cóż, nikt nie mówił, iż taki sprzęt jest ciężki. No ale, co miała narzekać. Chciała jak najwięcej wynieść z takiej lekcji, jaką dzisiaj zafundowała jej dziewczyna. Zakładanie ogłowia poszło dość… sprawnie, pomimo tego, iż koń kilkukrotnie odmawiał współpracy, lecz za kostkę cukru i komplement… dość niechętnie uległ. Kiedy przy próbie założenia siodła, co próbowała wiele razy, w końcu zwróciła się prośbą o pomoc do Any, która w czasie jej nieudanych prób, jedynie przyglądała się z rozbawieniem, kręcąc przy tym głową. Dziewczyna dokładnie pokazała jak to zrobić… ale nie zostawiła tego gotowego, tylko kazała Miller powtórzyć czynność, tym samym wszystko sprowadzając do pierwotnego stanu, w jakim zostało to przyniesione. Białowłosa mruknęła sfrustrowana, starając się zrobić wszystko podobnie. Rzecz jasna, Ana musiała to sprawdzić, gdyż stwierdziła, że nie chciałaby, żeby Natalie już przy pierwszej jeździe spróbowała jej… do góry nogami. Oczywiście, rozmawiały, śmiejąc się i dyskutując przy przygotowywaniu Charlesa do jazdy. Przed samym wyjściem z boksu, udały się jeszcze po kask i kamizelkę, mierzenie tego wszystkiego zajęło zaledwie kilka minut, a po tym wróciły do boksu, żeby udać się na padok.
Pierwsza próba wejścia na konia – nieudana, ponieważ zamiast przytrzymać się jakiejkolwiek części siodła… no cóż, po prostu się przeliczyła, licząc, że podpieranie się o ogrodzenie będzie… przydatne. Kolejne próby również były nieudane. Jak już wchodziła, koń zaczął w końcu się niecierpliwić, a jego niezadowolenie skończyło się na oddaleniu w połowie wsiadania na niego przez Natalie, która wylądowała tyłkiem na ziemi. No ale, w końcu udało jej się wsiąść na grzbiet zwierzaka, trzymając się kurczowo wcześniej wskazanych przez Anę wodzy.
- Ale widoki są fajne… - przyznała, rozglądając się, ciesząc się tym, że po raz pierwszy znalazła się tak wysoko. - Czy mogę już stąd nigdy nie schodzić? - spytała, niemalże dziecięcym głosem.
- To za chwilę, teraz poluźnij trochę trzymane wodze. Musisz jeszcze trochę przesunąć dłonie. – powiadomiła, w tamtej chwili, niższa dziewczyna. Miller starała się słuchać poleceń. – Tylko ostrzegam, za wszelakie uszczerbki na zdrowiu fizycznym nie odpowiadam. – oznajmiła z uśmiechem, co dopiero w tamtym momencie przeraziło białowłosą.
Ana opowiadała jej, jak zachowuje się Charles, jakie miewa humorki… jak często staje dęba, czy inne typu rzeczy. Dlatego, zamiast trzymać już wodze tak, jak zostało to zalecone, przytuliła się do szyi rumaka, cicho mamrocząc pod nosem, że życie jeszcze jej miłe i nie chce na pierwszej jeździe zaliczyć gleby. Może na kolejnych tak, ale jeszcze nie dzisiaj. W tym samym czasie jej towarzyszka, ale i w tym momencie instruktorka, zaczepiła lonżę, śmiejąc się z zachowania Miller.
- Chyba nie sądzisz, że puściłabym Cię na głęboką wodę bez nadzoru. Nawet jeśli to padok, to nie narażę aż tak twojego zdrowia. Wszelakie zażalenia proszę kierować do Charlesa, a nie do mnie. – powiadomiła, szeroko się uśmiechając.
Miller dość niepewnie złapała wodze tak, jak wcześniej, rozglądając się po padoku, aż w końcu pogłaskała jeszcze raz szyję zwierzaka, ciepło się uśmiechając. Cóż, nie wiedziała, jak to jest jeździć konno, ale samo siedzenie na grzbiecie wierzchowca sprawiało jej niesamowitą frajdę, wzbudzało dzieciaka jeszcze większego niż kiedykolwiek. W końcu przytaknęła głową, poprawiając się jeszcze raz, jakby dla upewnienia się, iż jest jej wygodnie, i na nowo przytaknęła głową.
Jazda trwała może z godzinę, może więcej, a może i mniej, jednakże Nat nie zwracała na to takiej uwagi. Jedynie korzystała, starając się dokładnie wykonywać to, co mówiła jej dziewczyna. Koń raz współpracował, raz nie. No ale, białowłosa na tym korzystała, śmiejąc się z tego, jak jej nauczycielka denerwowała się na zachowanie swojego wierzchowca. To dwudziestoośmiolatka cieszyła się niczym małe dziecko, korzystając z widoków, jakie miała, kilkukrotnie prawie spadła, czego unikała w ostatniej chwili, przytrzymując się siodła. Ćwiczenie równowagi… tak, to jej się przyda. I tego, żeby jej wszystko dookoła nie rozpraszało, w tym dźwięki w okolicy. Będąc lykantropem słyszała naprawdę wiele, więc jej słuch był czasami aż nazbyt wyostrzony, co nie pozwalało jej się tak skupić na obecnej czynności, jak zatrzymanie konia w miejscu. Zajęło to dłuższą chwilę, lecz ostatecznie się udało. No ale, zamiast zejść, to jasnowłosa przytuliła się po raz kolejny do szyi Charlesa, gładząc go po nim, a jednocześnie prawiła komplementy i dziękowała, że jeszcze żyje. Wywołała tym samym śmiech u samej Any, której posłała szeroki uśmiech.
- Schodź, wyczyścisz go i zapleciesz jeszcze warkocze. – powiedziała, co sprawiło, że Nat cicho mruknęła, dość niechętnie zsiadła, łapiąc za wodzę, i raz jeszcze pogłaskała szyję zwierzęcia.
- Darmowe kursy fryzjerstwa. Niecodzienne. – przyznała Miller, szeroko się uśmiechając do dziewczyny, która szła z drugiej strony, samej przytrzymując wodzę, zapewne dbając o to, żeby koń się nie wyrywał, ani nic z tych rzeczy. – Aż żal nie skorzystać na takim modelu.
Odniesienie całego sprzętu, wyczyszczenie Charlesa i ponowne zaplatanie warkoczy zajęło trochę czasu, w końcu w międzyczasie rozmawiały i nic nie robiły, jedynie stojąc w boksie w towarzystwie dwójki zwierząt Any. Kilkukrotnie to właśnie wierzchowiec upominał się o uwagę, prychając, gdy żadna mu jej nie dała, ponieważ skupione były na rozmawianiu o tym, jak miło można spędzić czas w czasie lata w stajni, śpiąc na sianie, i wiele innych rzeczy, które sprawiały, iż białowłosa chciałaby kiedyś tego wszystkiego spróbować.

Ana? ;> 

Od Any CD Natalie

Jak słyszę, że klient chce omówić wygląd tortu, to już wiem, że pieczenie go będzie ode mnie wymagało kilkakrotnie więcej pracy i nerwów, niż przy zwykłym zamówieniu. A fraza "Chcę, by wyglądał idealnie", jakoś odgórnie doprowadza mnie do kurwicy. Takie tam uprzedzenie. Bo zwykle te słowa znaczą, że klient będzie w zasadzie sapał mi w kark, czepiając się o najmniejszy szczegół...
I jeszcze chciał żywe kwiaty na torcie. Czyli musiałam się fatygować do kwiaciarni i prawdopodobnie podobnie zjebać humor pracującej tam osobie, żebym za ich błąd nie oberwała potem ja.
W każdym razie, szykowało się sporo roboty. A jeszcze ostatnio Liam przysłał mi informację o jakimś psie w schronisku, który podobno boi się ludzi na tyle panicznie, że nie wyściubia nosa z budy. A że mam miękkie serce, szczególnie gdy chodzi o cierpienie zwierząt, zgodziłam się pomóc go zsocjalizować. Chociaż z samego opisu szło już wywnioskować, że bez leków się nie obędzie, a w schronisku naprawdę trudno było się wyprosić, by podali psom psychotropy... Ale spróbuję coś zdziałać.
Kończąc jednak moje uzewnętrznienia i marudzenie na denne życie oraz nadmiar roboty... wróćmy do czasu rzeczywistego.
- Charles! - krzyknęłam, zatrzymując się przed rozległym padokiem, na który poprzedniego dnia spuściłam mojego konia. Widziałam jego zarys spory kawał dalej. Nie było mowy, żebym miała się za nim uganiać po takim terenie, jak sam nie przyjdzie.
Widziałam, jak podnosi głowę. Patrzył chwilę w zupełnie innym kierunku, niż stałam, a nie zauważywszy niczego szczególnego, wrócił do skubania trawy. No idiota.
Zacmokałam, a kręcący się do tej pory nieopodal Archer natychmiast przeniósł wzrok na mnie, sekundę później już biegnąc w kierunku Charliego. Jak dobrze, że miałam psa, który mógł mnie wyręczyć.
Gdy w końcu Książę łaskawie pofatygował swój tyłek do mnie, złapałam go profilaktycznie za kantar i ruszyłam z nim w kierunku stajni, a za nami dreptał zadowolony z siebie Archer. Spojrzałam na zegarek. Za pół godziny miała przyjechać Natalie. Jest szansa, że przez ten czas Charlie wyżyje się na tyle, by jazda na nim nie była niebezpieczna.
Bo właśnie zaczął mi kłusować w ręce...
- Jełopie - syknęłam, zaciskając palce na kantarze, jednak nie wykonując żadnych innych ruchów szarpiących czy pociągających. Wystarczyło. Siwy przeniósł wzrok na mnie i przeszedł z powrotem do stępa, teraz już całkowicie skupiając swoją uwagę na mnie.
Zaprowadziłam go na mniejszy padok przy stajni, bo hala była zajęta. Puściłam dziada, a on natychmiast odkłusował kawałek dalej. Archer podreptał kawałek za nim, ale zaraz się zatrzymał, spoglądając na mnie i czekając na polecenia.
Zamknęłam za nami bramkę na padok, gdy Charles zajął się kręceniem przy jednej ścianie, witając się z koniem zza płotu. Wyszłam na środek ogrodzonego terenu, żeby nie zostać za chwilę stratowaną, przyciągnęłam za sobą od razu stojące w rogu krzesło. Widać ktoś musiał wykorzystywać ostatnio padok w podobnym co ja celu i zapomnial go odnieść.
Sadowiąc się na plastikowym krześle, założyłam nogę na nogę i zacmokałam. Charlie natychmiast przeniósł wzrok na mnie, a Archer odwrócił uszy w moją stronę, czekając na polecenia.
- Dalej - rzuciłam. Pies momentalnie wystrzelił w kierunku konia, merdając wesoło ogonem, a Charlie ruszył galopem, strzelając z zadu w kierunku kolegi. Niezrażony Archer dalej biegł przy koniu, poganiając go i skłaniając do galopu.
I mniej więcej taką scenę zobaczyła Natalie, gdy pół godziny później przyjechała do stajni. Mnie, siedzącą na krześle na środku padoku, z włosami związanymi w dwa niskie koki i z czerwoną czapką z daszkiem, z napisem "Lifeguard" na głowie, z powodu panującego skwaru ubraną tylko w czarny top sportowy i bryczesy, bawiącą się telefonem. A dookoła mnie galopująco-brykającego ogiera rasy andaluzyjskiej i biegającego za nim wilczaka czechosłowackiego.
- Ana?! - zawołała, zatrzymując się przy płocie. Wcześniej dzwoniła, żeby się dowiedzieć, gdzie dokładnie ma mnie szukać.
Podniosłam głowę, unosząc nieco daszek czapki, wcześniej nasunięty głęboko na oczy, żeby ochronić je przed rażącym słońcem. Musiałam poczekać, aż Charlie przegalopuje przez ścianę, przy której stała białowłosa, nim w końcu ją zobaczyłam. Momentalnie na moją twarz wypłynął uśmiech. Wstałam, chowając telefon do kieszeni, rzuciłam krótkie "Do mnie", a Archer wyhamował z pełnej prędkości, omal nie wpychając się Charliemu pod kopyta. Zawrócił, by potruchtać do mnie zipiąc, z wywieszonym językiem. Jest szansa, że po powrocie do domu zalegnie na swoim legowisku i będę miała spokój do jutra.
- Hejka - z wilczakiem u boku podeszłam do gorodzenia. Siwy dalej galopował, jedynie skracając ścianę, by mnie nie stratować. - Gotowa na niezapomniane wrażenia jazdy na ogierze andaluzyjskim? - zaśmiałam się, zerkając na Księcia, który... nadal galopował. Ale przynajmniej nie strzelał już z zadu ani nie stawał dęba. Znudziło mu się jakieś dziesięć minut temu.
A Natalie, zamiast skupić się na koniu, utkwiła wzrok w Archerze.
- Ale... ON JEST PIĘKNY - pisnęła, kucając, by posmyrać wilczaka po kryzie. Ten machnął kilkakrotnie ochonem, po czym przeniósł wzrok na mnie, jakby pytająco. Wzruszyłam ramionami. Faktycznie, trochę pachniała psem, może tylko nieco bardziej dziko, ale to jeszcze nic nie znaczyło. - Co to za rasa?
- Wilczak czechosłowacki. Skrzyżowanie wilka z owczarkiem niemieckim - pociągnęłam lekko za ucho psa.
- Nie boisz się go puszczać z koniem?
- Ma instynkt samozachowawczy. Wie, że z końmi nie ma żartów, nie pcha się im pod kopyta - wzruszyłam ramionami. - A tak się przynajmniej wybiega.
Chwilę jeszcze pogawędziłyśmy. Zdziwiło mnie, że mimo zobaczenia, ile energii ma mój koń, dziewczyna ani na chwilę nie straciła entuzjazmu, z którym przyjechała.
Musiałam chwilę "poprykać" na Charlesa, zanim w końcu zatrzymał się, w ostatnim momencie wyhamowując przede mną, przy okazji obsypując nas chmurą kurzu. Przymknęłam oczy, żeby choć trochę ochronić je przed drobinkami piasku, choć i tak musiałam je potem jeszcze przetrzeć. Złapałam dziada za kantar, zanim poprosiłam Nat, żeby otworzyła bramkę.
- Jak już będziesz na nim jeździć, możesz go wyczyścić. I uczesać - uśmiechnęłam się lekko do dziewczyny, przeprowadzając koło niej konia. Archer podreptał przodem, pewnie w poszukiwaniu wody. Biedak musiał się zmęczyć tym ganianiem w pełnym słońcu. - Pokażę ci co i jak. Na pewno ogarniesz.
Zaprowadziłam Charlesa do jego boksu, żeby też mógł się napić i żebyśmy przy okazji nie musiały z Nat sterczeć w pełnym słońcu podczas szykowania go. Podpięłam uwiąz do kantaru, a uwiąz do słupka kraty boksu, żeby nie spierniczył Nat, gdy ja poszłam po moją skrzynkę ze sprzętem.
Gdy wróciłam, zastałam Nat uwieszoną na szyi Siwego, który wygiął szyję, by móc skubać jej włosy. Zaśmiałam się na ten widok.
- Uroczo wyglądacie - rzuciłam, a Nat tylko spojrzała na mnie i mocniej przywarła do szyi Siwego.
- On jest BOSKI - poinformowała z pełną powagą... ale zaraz nie wytrzymała i już się uśmiechała.
- Tak tak... On też zdaje sobie z tego sprawę, uwierz mi - zaśmiałam się. - Dobra, koniec czułości, trzeba dziada wyczyścić. I rozplątać warkocze, a po jeździe zapleść z powrotem... W każdym razie, czas się zabrać do roboty.

Nat? ;3

9.03.2020

Od Natalie CD Any

   Miller nigdy nie przypuszczała, że jednego dnia zaliczy podwójne szczęście w nieszczęściu, a raczej podwójnego pecha. Weszła do przebieralni, a teraz jeszcze zabrała nieznajomą do jej własnej… kawiarni. Zabrała. Ją. Do. Własnej. Pracy. Jakim trzeba być szczęściarzem, aby coś takiego zrobić? Natalie nie wiedziała, to wyszło samo z siebie, ale zdecydowanie czuła dwa razy większe zażenowanie niż kiedykolwiek wcześniej. Nic jej nie pozostało, jak wyjść, po pożegnaniu się z Aną. Tylko wtedy dopadły ją te nieszczęsne myśli: podwójna wtopa i jeden, wielki przegryw. Dwa w jednym, tego jeszcze nie grali. No ale, cóż, każdemu się to zdarza, prawda? Białowłosa pokręciła w niedowierzaniu, ale i rozczarowaniu głową, zaczesując kosmyki do tyłu. Nie wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć… nastawiać się na to, że Ana do niej napisze, czy nie? Czy to za dużo? Nie była pewna, a nie chciała robić sobie złudnej nadziei… choć i tak przy najbliższej okazji ją zaprosi do innej kawiarni, a tę będzie omijać szerokim łukiem, jeśli kiedykolwiek będzie chciała kogoś tam zaprosić… przynajmniej przez jakiś czas. To było dla niej niezwykle stresujące, szczególnie po tym, co wyszło. No ale, kiedyś musiał być ten pierwszy raz. 

*** 

   Leżąc w wannie, z lampką wina w dłoni, Miller relaksowała się po całym dniu, który dzisiaj przeżyła. Potrzebowała trochę odreagować to, co się wydarzyło w ciągu kilku, nieszczęsnych godzin. Po tym, jak wróciła do domu, nie weszła od razu do wanny, nie poszła odpocząć, wręcz przeciwnie. Zostawiła torby z zakupami, a następnie opuściła mieszkanie i udała się do najbliższego lasu, gdzie mogła przybrać formę wilka. Zazwyczaj w odpoczynku psychicznym pomagała jej przemiana i dyskusja z własnym wilkiem. Biegając, zapominała o problemach, oddawała się swojemu instynktowi, który zazwyczaj kontroluje, ale są takie chwilę, kiedy nie do końca chce nad tym panować. To sprzeczne z jej własnymi zasadami, lecz… zasady są po to, aby je łamać, nieprawdaż?
Uspakaja swoje myśli, jest zmęczona i resztę dnia przesypia w cieniu jednego z drzew, ukrywając się przed „turystami”, których niesie o tej porze do lasu. Kiedy jest lato, zazwyczaj pragnie wskoczyć do jeziora, czy rzeki, chcąc ochłodzić ciało pokryte futrem… no ale, przyciąganie uwagi nie jest jej potrzebne, więc zmuszona jest często odpuszczać swoje pomysły. I tak było również dzisiaj, więc takie leżenie w wannie z winem było pewną formą „wynagrodzenia sobie” tego, że wcześniej nie mogła tego uczynić. Tylko teraz woda jest gorąca, a nie zimna, ale tak… nie ma żadnej różnicy. Zazwyczaj w takich chwilach rozmawiała ze swoim przyjacielem, narzekając mu przez telefon, ale tym razem tak nie było.
Dziewczyna poruszała kieliszkiem, patrząc jak zawartość się porusza, pozostawiając czerwone smugi na szkle, a po krótkiej chwili namysłu, upiła kolejne dość małe łyki alkoholu. No cóż, chciała się tym „delektować”, jak najdłużej to możliwe, lecz nie była do tego stworzona i po kolejnych minutach wypiła całą zawartość naczynia. Akurat w tamtym momencie zawibrował jej telefon, na co zareagowała cichym stęknięciem. Nie wiedziała, kto do niej pisał o takiej porze. Jednak dostrzegając nieznany numer, który wysłał jej jakieś… zdjęcia… była z lekka zaniepokojona. Mogłaby to usunąć, nie wchodząc dokładnie w wiadomości. Zignorowałaby to i po sprawie, nieprawdaż? Lecz Nat, to Nat, zawsze musi sprawdzić nim coś usunie bądź zablokuje. Wchodząc w końcu w rozmowę, nieco zaskoczona, ale i rozbawiona, uśmiechnęła się, dostrzegając zdjęcie wierzchowca.


   

   Niemalże od razu odpisała na wiadomość, tym samym pozwalając sobie na ponowne oderwanie się od samotności, jaka jej doskwierała w mieszkaniu. Czasami pragnęła, aby jakiś czworonóg tutaj był… ale niestety, było to niemożliwe ze względu na właściciela mieszkania. Tak, bywało to uciążliwe, aczkolwiek Natalie chciała jeszcze mieć dach nad głową, niezbyt widziało jej się mieszkanie w lesie, bądź na ulicy.
Z dobrą godzinę, jak nie dłużej, pisała z Aną, śmiejąc się do telefonu, czy uśmiechając się non stop, co było u niej rzadkie. No ale, co miała narzekać. Po wyjściu z wanny, wytarciu ciała i ubraniu piżamy, dość szybko ogarnęła łazienkę, udając się do sypialni w celu kontynuowania pisania. Wieczór był znacznie lepszy niż mogła się spodziewać, dlatego nawet nie wiedziała kiedy, a zasnęła z urządzeniem w dłoni.

Ana? 

Od Any CD Natalie

Gdy Nat zaprowadziła mnie... do mojej własnej kawiarni, z trudem powstrzymałam się od śmiechu. Biedna dziewczyna. To chyba już zakrawało na... ogromnego pecha. Ale nic nie powiedziałam. Już i tak była wystarczająco przejęta całą sytuacją, jakby się jeszcze dowiedziała, że w ramach przeprosin zabrała mnie do mojej własnej kawiarni... Taaak, zdecydowanie z każdą chwilą coraz bardziej mnie to wszystko bawiło.
Zafascynowanie dziewczyny faktem, że mam swojego konia, jej reakcja na to, również mnie rozbroiły. Wątpiłam, by była ode mnie młodsza, a jednak zdawała się cieszyć z tego z niemal dziecięcą niewinnością. Co było urocze.
No i wszystko szło zgrabnie w moim planie udawania, że z kawiarnią, w której siedziałyśmy, nie łączy mnie nic, poza tym, że byłam jej klientką. Do czasu. Bo akurat gdy już się w zasadzie żegnałyśmy z białowłosą, stojąca za ladą Mia zawołała do mnie:
- Ana! Pan chce zamówić tort i chciałby przedyskutować, jak miałby wyglądać!
Przymknęłam na moment oczy i odetchnęłam głęboko, by nie zareagować impulsywnie. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam, jak Nat marszczy brwi, patrząc na coś ponad moim ramieniem. Odwróciłam się powoli, by skinąć przyjaciółce głową, że zaraz podejdę. A ona, jak gdyby nigdy nic, z tym swoim niegasnącym optymizmem, zagruchała do starszego mężczyzny, który najprawdopodobniej pytał o ten tort:
- Właścicielka zaraz przyjdzie omówić z panem wszystko...
Skrzywiłam się. Cholera. Nie było mowy, że Nat tego NIE usłyszała.
I, tak, gdy odwróciłam się z powrotem do dziewczyny, widziałam, jak jej policzki powoli przyjmują czerwoną barwę. Ups.
- Jesteś... właścicielką... tej kawiarni - wydukała, patrząc na mnie z przerażeniem.
- Ym... tak - zaśmiałam się niepewnie.
- Mogłaś powiedzieć - naburmuszyła się. W takim wydaniu też wyglądała uroczo.
- Nie chciałam cię już bardziej dołować - mrugnęłam do niej porozumiewawczo. Poprawiłam wysuwającą się spinkę w koku, który jakimś cudem udało mi się zmajstrować rano przed wyjściem z domu z moich długich włosów. - Wybacz - uśmiechnęłam się do dziewczyny ciepło. - Jeśli chcesz, możesz wpaść w któryś dzień do stajni, to będziesz mogła się przejechać na moim koniu. Jestem tam prawie codziennie popołudniami, więc wpadaj, jak ci będzie pasowało. A teraz... przepraszam, ale muszę ustalić, jak ma wyglądać ten tort - i uśmiechnąłszy się promiennie do dziewczyny, ruszyłam w kierunku stolika, przy którym w międzyczasie usiadł mężczyzna, który chciał zamówić ciasto. Niby dzień wolny, ale interesy to interesy.
Wygląda na to, że czekało mnie kilka najbliższych dni walki z ciastem...

Nat? :3

Od Natalie CD Any

  Jasnowłosa była dość zdenerwowana całą tą sytuacją, jaka miała miejsce. Co prawda, wcześniej aż się tym nie przejmowała, bo zazwyczaj nikt nie wchodził jej do przebieralni, ani nie znalazła się w takiej sytuacji, jak ta dzisiejsza. No ale, doszła do wniosku, że jeżeli by już się znalazła na miejscu Any, to sama chciałaby, żeby nieznajoma osoba tak postąpiła. Kto wie, kogo można poznać dzięki takim… niecodziennym sytuacjom. Gdyby dziewczyna była psychopatką, zapewne zabiłaby Natalie od razu w przebieralni, prawda? Chociaż… jakby się nad tym dłużej zastanowić, to Miller nie chciałaby dokonać morderstwa w miejscu, w którym po raz ostatni przebywała. Nie, nie. Ah, to wszystko jest takie trudne.
Rozmawiając z Aną na bardzo delikatne, wręcz luźne tematy, zdołała się chociażby dowiedzieć o tym, iż dziewczyna jeździ konno, w dodatku posiadała własnego konia. Na tę wiadomość oczy Nat wręcz powiększyły się. Wpatrywała się w dziewczynę z lekko rozchylonymi wargami, niczym dziecko, które dowiedziało się, że dostanie najnowszą zabawkę. Z tego stanu wyrwała się dopiero, gdy do stolika podeszła kelnerka z ich zamówieniem. Białowłosa cofnęła się do poprzedniej pozycji, tym samym na nowo zachowując dystans. Nie chciała, żeby jej towarzyszka czuła się osaczona czy niezręcznie. Dlatego też przeprosiła za swoje chwilowe zachowanie, drapiąc się po karku w zakłopotaniu. Sięgnęła po filiżankę z herbatą, dmuchając na nią przez dłuższą chwilę, dopiero wtedy upiła odrobinę ciepłego, wręcz gorącego napoju… który prawie wypluła, ale powstrzymała się, przełykając to, a tym samym podrażniając swoje gardło.
- Jazda konna jest naprawdę niesamowita… ale nie mam za bardzo czasu na nią, więc ciężko byłoby się za to wziąć. – przyznała Miller, wpatrując się w swoją towarzyszkę ze słabym uśmiechem. – Poza koniem, masz jeszcze jakieś zwierzęta?
- Tak, jazda konna pozwala się zrelaksować i można też od wszystkiego odpocząć. A co do zwierząt, to mam tylko psa, ale na tym się nie skończy. Mam w planach jeszcze kilka pupili, to na spokojnie. One mi nie uciekną. – odparła z uśmiechem, po czym sama sięgnęła po swój napój.
- Ja chciałabym mieć nawet chomika, ale w mieszkaniu, które wynajmuje, to właściciel zakazał jakichkolwiek zwierząt, bez najmniejszego wyjątku, czy to byłaby hodowla dżdżownic, chomik, pies, czy kot. Nic. A to takie irytujące, bo nie chce mi się ciągle rozmawiać ze sobą, to po czasie nudne, jak nie masz do kogo się odezwać. – mruknęła Natalie, wysuwając w niezadowoleniu dolną wargę. – Może kiedyś mi pokażesz swoje pupile. – dodała lekko rozbawiona, ciepło się uśmiechając.
Żadna nie wróciła do tematu przebieralni, ale nie oznaczało, że o tym nie myślały. Oczywiście, Miller starała się do tego nie wracać.
W pewnym momencie Ana poprosiła Natalie o numer rachunku, żeby przelać jej za to zamówienie, czego dziewczyna nie chciała uczynić. No ale, groźby w postaci faktu, iż nie zobaczy nawet zdjęć zwierzaków było… dobrym posunięciem. Można tak powiedzieć, ponieważ Miller zamiast napisać numer konta bankowego na karteczce, którą dostała od wyższej, napisała swój numer telefonu podpisując się „Nat”, a następnie wsunęła to do kieszeni kurtki dziewczyny. Tak, to było bardzo… pomysłowe. Oznajmiając, że obie już będą się zbierać, Miller poszła zapłacić do kasy, tym samym jeszcze pożegnała się ciepłym uśmiechem.

Ana? C:

8.03.2020

Od Any CD Natalie

Wolny dzień i pusta szafa skłoniły mnie do odwiedzenia jednej z większych galerii w Seattle. Nie byłam wielką fanką zakupów, szczególnie jak miałam je robić sama. Ale jeszcze bardziej nie lubiłam robić zakupów przez internet, więc od czasu do czasu musiałam się przemęczyć.
Przymierzałam akurat bardzo ładną, latnią sukienkę... czy raczej ją zdejmowałam, gdy do przebieralni, którą zajęłam ze względu na jej przestronność, nagle ktoś wszedł.
A ja odruchowo obróciłam się w stronę tego kogoś. Głupi, ale odruch, cóż poradzić? W każdym razie, przez ułamek sekundy spojrzenia moje i białowłosej kobiety się spotkały, zanim zasunęła z powrotem kotarę.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałam - usłyszałam jeszcze po chwili lekko spanikowany głos, prawdopodobnie należący do białowłosej. Po czym zostałam sama.
Przez te kilkanaście sekund szoku nie zmieniłam nawet pozycji, więc nadal stałam na środku przebieralni, z sukienką opuszczoną na wysokość pasa. Teraz zamrugałam powoli, potrząsnęłam głową i, z otwartymi szeroko w wyrazie szoku oczmi, zdjęłam z siebie sukienkę do końca, by założyć już swoje ubrania.
Nie sądziłam, że gdy wyjdę z przebieralni, by skierować się do kasy, zapłacić za sukienkę i czerwone shorty, które jeszcze mi się spodobały, białowłosa nadal tu będzie.
- Mogłabym Ci jakoś wynagrodzić tą całą sytuację? Nie wiem, kawa, herbata, cokolwiek? - wyrzuciła z siebie, patrząc na mnie z zażenowaniem, gdy tylko do niej podeszłam. Złapałam z nią kontakt wzrokowy, gdy kładłam ubrania na ladzie, by dziewczyna pracująca na kasie mogła je skasować. I tak stałam, patrząc na dziewczynę bez wyrazu, a ona coraz bardziej zdawała się kulić ramiona. Pewnie jakby mogła, zapadłaby się teraz ze wstydu pod ziemię. Ale mimo wszystko wyglądała uroczo. Uśmiechnęłam się mimowolnie, odwracając wzrok do kasjerki, by zapłacić i odebrać od niej torbę z zakupami.
- Jeśli ma ci to poprawić samopoczucie, to nie widzę problemu - odpowiedziałam na zadane przez białowłosą pytanie. - W sumie już skończyłam na dzisiaj z zakupami, a nigdzie mi się nie spieszy.
Na twarz dziewczyny natychmiast wypłynął uśmiech ulgi.
- Och, tak w ogóle, jestem Ana - wyciągnęłam wolną rękę do dziewczyny. Ta uścisnęła ją po chwili wahania, rzucając:
- Natalie. Ale możesz skracać do Nat.
- Miło cię poznać - uśmiechnęłam się lekko. - W tych jakże... dziwnych okolicznościach.
Natalie zaśmiała się, trochę nerwowo, ale chyba już przestała się aż tak całą sytuacją zadręczać. W sumie nie zobaczyła nic ponad to, co mogłaby zobaczyć, gdyby spotkała mnie na basenie... no może poza tym, że na basen nie założyłabym stanika z koronki. Ale to szczegół.

Nat? ;P

Od Natalie do Any

   Dzień za dniem, raz cieplej, raz zimniej. Czasem padał deszcz, przez który Natalie niejednokrotnie nie mogła wrócić do domu. Dlaczego? Nie jeździła samochodem do pracy, a jej przyjaciel zazwyczaj w takie pory deszczowe nie miał czasu, aż sama zaczęła go ignorować. Niezbyt zwracała uwagę na otaczających ją ludzi. Czasami miewała wrażenie, że każdego po kolei traci, a zyskuje tych, których zazwyczaj starała się unikać, jak dość specyficzny klient.
Swój czas przeznaczała zazwyczaj na siedzenie w domu bądź bieganie po lesie. Obiady jadała wtedy, kiedy odczuwała większą potrzebę zaspokojenia swojego żołądka, który niemiłosiernie ubiegał się o porządny posiłek. Praca, czasami wyjście ze znajomymi, wyścig. Mała rutyna, która z każdym dniem zaczynała ją coraz bardziej nużyć, można by rzec, iż ją męczyła ta codzienność. Jakiś czas temu jeszcze by coś z tym zrobiła, szukała pomysłów, nowych miejsc… lecz to nie była ta sama Natalie, co kilka miesięcy temu. Człowiek się zmienia, i kiedyś w końcu odpuszcza. Nie mając takiej osoby, jak idiota, z którym się zadawała, nie szukała nowej motywacji, nowych idei, czy pomysłów. Pasował jej taki stan, jaki panował. Jeżeli tak miało być, to w porządku. Już nie miała siły na sprzeciwianie się losowi. To było zabawne, teraz już takie nie jest.
Kręcąc w niedowierzaniu głową, rozejrzała się po sklepie, w którym aktualnie przebywała. Obiecała sobie „nieco odświeżyć szafę”. Nie miała innego pomysłu niż przyjście do jednej z większych galerii. Sklepów z ubraniami było tutaj dość dużo, więc dlaczego miałaby nie skorzystać? Odpocznie trochę od rutyny, nic tylko korzystać.
Zaczynając od pierwszego wieszaka, a kończąc na ostatnim, zawsze udawała się do przebieralni, aby wszystko przymierzyć. Chciała mieć pewność, że te ubrania będą do niej pasowały, i nie będą ani za duże, ani za małe. Cena grała najmniejszą rolę, tym zajmowała się na samym końcu. Każda czynność powtarzana, lecz z torbami z poprzednich sklepów. Nie było ich dużo, bo aż dwie, a była w praktycznie każdym lokalu z odzieżą. Zawsze przebieralnie były puste, więc nie miała po co się upewniać, czy nikogo tam nie było. Kolejki brak było równoznaczne z tym, że wszystko jest praktycznie wolne. A szczególnie ostatnie przebieralnie, ponieważ zazwyczaj ludzie szli do tych na początku… największe przebieralnie bywały właśnie na końcu, więc tam ona poszła z uśmiechem i zadowoleniem, jakie doskonale było widoczne na jej twarzy. Do momentu, aż nie znalazła się w przebieralni. Nieznajoma dziewczyna właśnie mierzyła sukienkę, a raczej już ją ściągała, gdy to w połowie tej czynności weszła Miller. Białowłosa całkowicie się nie spodziewała takiego widoku… takiej sytuacji. Zasłaniając usta, zrobiła kilka kroków w tył. Nieznajoma ani trochę nie wydawała się być zadowolona, czy można było jej się dziwić? Oczywiście, że nie. Sama Nat stwierdziła w myślach, że jakby ktoś jej tak zrobił, to nie byłaby usatysfakcjonowana.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałam. – powiedziała w chwili, kiedy wyszła z przebieralni, stając przed nią. Chęć na kontynuowanie zakupów całkowicie przepadła. Dlatego nawet nie mierzyła tego, chciała wszystko odłożyć i wyjść, udając, iż zaistniała sytuacja to tylko przypadek. Niestety, jej sumienie wyraźnie nie chciało odpuścić. Tak też poszła kupić jedynie koszulkę, i to przy kasie czekała na dziewczynę, której weszła w trakcie przebierania. Nie wyczekiwała za nią tyle czasu, jaki przeliczyła. Jednak wykorzystała to, dość niepewnie się uśmiechając. – Mogłabym Ci jakoś wynagrodzić tą całą sytuację? Nie wiem, kawa, herbata, cokolwiek? – zaproponowała, a zażenowanie jej zachowaniem, jakie się w niej zrodziło, wcale nie uciekło, a jedynie sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej zakłopotana.

Ana? C:
Szablon
synestezja
panda graphics