18.01.2020

Od Liama CD Claudii

Wieczorne, rutynowe karmienie mojego zwierzyńca przerwały odgłosy pogoni.
Zamarłem z pęsetą z karaczanem przed pyskiem Puszka, nasłuchując. Luna, do tej pory skupiona na pochłanianiu zawartości swojej miski, także podniosła głowę, strzygąc uszami w kierunku okna wychodzącego na ulicę. Nasłuchiwaliśmy.
Zaraz jednak dźwięki się oddaliły, Luna widocznie straciła zainteresowanie i wróciła do jedzenia. A Puszek szybko przekierował całą moją uwagę na siebie, łapiąc karaczana z pęsety, przy okazji omal nie zahaczając o moje palce. Syknąłem cicho, uciekając ręką w tył w odruchu bezwarunkowym.
Kilka minut później zdążyłem już zapomnieć o niepokojących dźwiękach z zewnątrz. Wypuściłem Tokkę z klatki, otworzyłem terrarium Puszka, a sam usadowiłem się na kanapie z Luną u boku i laptopem na kolanach. Musiałem skończyć rozpisywać zapotrzebowanie do sklepu, bo jutro właściciel chciał złożyć już zamówienie w odpowiedniej hurtowni. Miałem wszystko w notatkach, musiałem teraz tylko to wszystko po kolei przepisać do exela.
I wtedy znowu usłyszałem kroki na ulicy. Teraz spokojne, ale nadal dziwnie znajome. Zmarszczyłem brwi, patrząc odruchowo w stronę okna, chociaż z miejsca, w którym się znajdowałem, i tak nic nie mogłem zobaczyć.
A potem poczułem, jak w pokoju narasta napięcie elektryczne, a włoski na karku stają mi dęba. Wzdrygnąłem się lekko.
Mniej więcej w tym samym momencie ekran laptopa zamrugał i zgasł. Podobnie jak żarówka w lampie.
Cholera.
W przeciągu kilku sekund znalazłem się przy oknie. Spojrzałem na ulicę pod sobą.
I jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem tam tą agentkę Sopp. Prowadzącą... nie, zaraz. Jakaś dziwna istota, stworzona jakby z cieni, prowadziła spętanego, chyba również cieniami, mężczyznę. Zmrużyłem oczy, próbując dopatrzeć się w rysach twarzy tożsamości chyba już aresztowanego. Bo napięcie elektryczne, które mu towarzyszyło, kojarzyło mi się z takim jednym gościem, który zdecydowanie nie powinien znaleźć się w rękach policji. Dla bezpieczeństwa... cholera. Prawdopodobnie większej części lokalnego półświadka.
Ale z drugiej strony, jeśli pracował dla każdego, kto mu zapłacił, podejrzewałem, że dla Sopp również. Poza tym, miałem okazję kiedyś się z nim spotkać - był zbyt mądry, by dać się złapać.
Claudia widocznie nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej aresztant w żadnym wypadku nie zamieżał się poddać. Gromadził energię elektryczną z całej okolicy. Chyba nie chciałem wiedzieć, w jakim celu.
Ale zdecydowanie miało prawo mnie to zaniepokoić.
Chwilę później okazało się, że słusznie.
Patrzyłem, jak dziewczyna z kolegą z cieni i pojmanym elektrykiem zbliża się do oddziałów Sopp, które rozstawiły się na ulicy. Mrugające, niebiesko-czerwone światła zalały ulicę i były szczególnie widoczne teraz, gdy zgasły niemal wszystkie latarnie na ulicy i światła w pobliskich mieszkaniach.
Otworzyłem okno i wychyliłem się na zewnątrz, żeby lepiej widzieć całą sytuację. Zimne powietrze owiało moją twarz, pobudzając zmysły, zwiększając czujność... A w raz z powiewem wiatru do moich nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach ozonu.
Hm.
Nadal niedostatecznie zadowolony polem widzenia, jaki uzyskałem, usiadłem na parapecie i przerzuciłem nogi na zewnątrz. Trzymając się rękoma framugi po obu stronach okna, wychyliłem się z niego dość znacznie. Akurat, by zobaczyć, jak kobieta dociera do pozostałych oficerów Sopp. I następuje przekazanie... zbiega? Kto ich tam wiedział.
I wtedy dobitnie mogliśmy zobaczyć, wszyscy obecni tam na dole jak i przyglądający się sytuacji z okien swoich mieszkań, że Sopp jednak nie zawsze może wszystkiemu zapobiec. Tak jak nie zapobiegło temu.
Dziewczyna musiała nie wyczuć tego samego, co ja. Mianowicie wszechobecnego zapachu ozonu. Albo zwyczajnie nie zwróciła na niego uwagi, bo naprawdę wydaje mi się, że każdy mógł go wyczuć. Nawet zwyczajny człowiek z całkiem zwyczajnymi zmysłami. A ona ewidentnie zwyczajna nie była.
Poluzowała macki ciemności, które kojarzyły mi się z tymi, którymi posługiwał się demoniczny przyjaciel mojej siostry. Co skłoniło mnie do zastanowienia się nad naturą Claudii. A gdy tylko zniknęły krępujące elektryka więzy, wybuchł.
Tak, wybuchł. Flakami, krwią... i elektrycznością.
Jakimś cholernym cudem udało mi się postawić wystarszająco szybko barierę powietrza, żeby siła wyładowania elektrycznego nie wepchnęła mnie przez okno z powrotem do mieszkania. A i tak musiałem użyć całej swojej siły, by zaprzeć się ramionami o framugę. Poczułem, jak tynk kruszy mi się pod palcami. Zamknąłem na moment oczy, biorąc głęboki oddech.
Gdy ponownie je otworzyłem, moim oczom ukazał się dość makabryczny widok ulicy skąpanej we krwii i małych cząstkach narządów mężczyzny. Przykra śmierć. Swoją drogą, ciekawe, że wolał umrzeć, niż dać się zamknąć.
Chociaż, co zauważyłem niemal natychmiast, dokonując wyboru samounicestwienia, zabrał ze sobą kilku policjantów. Których, podejrzewałem, nie darzył zbyt ciepłymi uczuciami. Może i zemsta była warta śmierci? Ale nie mnie to oceniać, to nie był mój problem.
Bardziej zastanawiało mnie, gdzie, do cholery, podziała się Claudia. Była najbliżej elektryka, mogła...
Nie wahając się ani chwili, zeskoczyłem na dół. Tak, właśnie - z okna, na dół. Z czwartego piętra.
Mocą załagodziłem swój upadek, po czym natychmiast ruszyłem w kierunku zamieszania na ulicy. Badałem otoczenie wzrokiem, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu. Za dużo ludzi. Wciągnąłem powietrze, szukając jakiegoś tropu w powietrzu. Jeszcze dobrze pamiętałem zapach Claudii z naszego ostatniego spotkania.
I wyczułem go teraz.
Podążając tym tropem, dotarłem w jedną z bocznych uliczek między blokami. A tam, daleko, daleko w głębi, w cieniu, z dala od osób, które mogłyby udzielić jej pomocy, zobaczyłem ją.
I była w raczej kiepskim stanie.
Podszedłem do niej szybko, wołając już z pewnej odległości. Gdy podszedłem bliżej, dopiero zobaczyłem, jak źle z nią było.
Moje nozdrza uderzył metaliczny zapach krwi. Z taką intensywnością, że aż się skrzywiłem. Ukucnąłem przy kobiecie, ostrożnie badając jej ciało, żeby przekonać się, jak rozległe są obrażenia. Przez pierwsze parę chwil kontaktowała na tyle, by podążać nieprzytomnym wzrokiem za moimi ruchami. Potem całkowicie straciła przytomność.
Cholera. Niby miałem przeszkolenie przedmedyczne, ale... no właśnie. Przedmedyczne.
Stan Clau zdecydowanie przerastał moje umiejętności. A gdy sięgnąłem ręką do tylnej kieszeni spodni po komórkę, zdałem sobie sprawę, że nie zabrałem jej z domu.
Kurwa.
Przeczesałem palcami włosy, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu natchnienia. Ostatecznie, nie wymyśliwszy niczego bardziej kreatywnego, starając się jak najmniej dotykać ran na ciele dziewczyny, podniosłem ją z ziemi. I ruszyłem w kierunku cemtrum zamieszania. Ktoś z Sopp musiał mieć telefon.
Gdy tylko zobaczyli mnie z nieprzytomną Claudią na rękach, wyłaniającego się z cieni bocznej uliczki, kilku pobliskich policjantów natychmiast zamarło, w jakiejś imitacji szoku. Zirytowało mnie to lekko, dlatego natychmiast spoważniałem i warknąłem na pierwszego z brzegu mężczyznę:
- Może byś, z łaski swojej, zadzwonił po karetkę? - syknąłem. - Dziewczyna prawdopodobnie ma rozległe obrażenia wewnętrzne.
Zrobił to, trzęsącymi się dłońmi.
Piętnaście minut później dziewczynę zabrała karetka. A ja wróciłem szybko do mieszkania, żeby zamknąć okno i zabrać kluczyki do auta, by pojechać do szpitala upewnić się, że z Claudią wszystko w porządku.
Gdy tylko wszedłem do mieszkania, tym razem zwyczajną drogą, czyli drzwiami wejściowymi (na szczęście ich nie zamknąłem), zauważyłem brak jednego z moich zwierzaków.
- Kurwa mać - syknąłem, podbiegając do okna. Wyjrzałem przez nie, ale nigdzie w pobliżu nie dostrzegłem papugi. Cholerne ptaszysko. Cholerna nieuwaga i brak zdolności logicznego myślenia. Co za tłumok zostawia otwarte okno, jak po mieszkaniu lata luzem papuga...?
Niestety, poszukiwania zguby musiałem przełożyć na później. Przez jakiś czas Tokka sobie poradzi na wolności, a jest na tyle przywiązana do mnie, że raczej nie ucieknie na drugi koniec kraju. Zostanie w okolicy, obrażając każdego przechodnia i prawiąc komplementy napotkanym kobietą. Realnych szkód raczej nie narobi.
Pół godziny później czekałem już w poczekalni na jakiekolwiek informacje w sprawie Clau. Starszą panią w recepcji zbajerowałem kilkoma zaledwie słowami, po których bez marudzenia czegoś o ochronie danych osobowych, przekazała mi informacje o tym, gdzie znajduje się dziewczyna i w jakim jest stanie. A gdy potem całą noc spędziłem na ławce w poczekalni, czekając na wieści, miła starsza pani przynosiła mi kawę. I poczęstowała ciastkiem.
Dopiero nad ranem z sali intensywnej terapii wyszedł lekarz i skinął mi głową na znak, że mogę wejść.
Dziewczyna nadal była nieprzytomna, ale jej stan był stabilny. Przystawiłem sobie krzesło koło łóżka, w którym leżała. I czekałem.

Clau? Koń na białym rycerzu przybył xD

Od Michaela CD Any

Kilka tygodni później.
Gdy Michael zasiadł za biurkiem, mając przed sobą liczną klasę nadludzi, znowu poczuł się lepiej, gdyż wykonuje to, co lubi — uczy innych samokontroli. Z delikatnym uśmiechem zaczynał każdy dzień w szkole, przez co szybko zyskał opinie dobrego nauczyciela, szczególnie ze strony uczennic.
Pub mężczyzny także dobrze się prezentuje, choć rzadko tam przebywał, głównie dla tego, że posiadał dobre kierownictwo, które potrafiło zająć się lokalem.
Oczywiście w tym czasie odwiedzał swoją przyjaciółkę Ane i choć nieraz ze sobą spali, nie uważają się za parę, a raczej "przyjaciół z korzyściami", co brunetowi nie przeszkadzało. Nigdy nie potrafił wytrzymać w związkach, głównie dla tego, że łapała go monotonia, a uczucie szybko gasło.
Po opuszczeniu szkolnych murów oraz zerknięcie do pubu, mężczyzna udał się do wcześniej wspomnianej kobiety, którą zastał w jej kawiarni. Oczywiście jej znajoma Mia musiał krzykiem oznajmić, że pojawił się w lokalu, jakby nie mogła po prostu do niej podejść i ją o tym powiadomić. Normalne, że kobiety na jego widok krzyczą z podniecenia, ale żeby aż tak? Cóż, ważne, że zadziałało, gdyż po chwili zjawiła się jasnowłosa. Po krótkiej wymianie zdań poczęstowała przyjaciela kawałkiem ciasta, który jest nowym przepisem w lokalu.
— Jeśli się otruję, będzie na Ciebie. — rzekł w żarcie Michael.
— Przynajmniej będę mieć spokój. — dogryzła wystawiając koniuszek języka.
Po skosztowania ciasta, które brunetowi oczywiście smakowało, wraz z Aną zasiadł na zapleczu, gdyż kobieta musiała dokończyć dekorowanie tortu.
— Co później robisz? — spytał ciemnowłosy zerkając na przyjaciółkę.
— W sumie.. nie mam nic do roboty. — odpowiedziała w lekkim skupieniu — A czemu pytasz? — spojrzała na mężczyznę.
— Pomyślałem, żeby może udać się za miasto na małą wycieczkę krajoznawczą. — wyjaśnił spokojnie — Pogoda dopisuje. — dodał spoglądając na okno.
— Racja, pogoda jest świetna. — przytaknęła — Więc nie wiedzę problemu w takiej wycieczce. — uśmiechnęła się odpowiadając.
   Droga za miastem była dosyć długa i prosta, jak większość drug w tym regionie, otoczona lasami oraz łąkami, które wraz z wiosną zaczęły się budzić do życia. Pomimo takiego spokoju na drodze, Michael wolał trzymać się przepisowej prędkości i obserwować okolice, która cieszyła nie tylko jego, ale też jasnowłosą pasażerkę.
— Masz jakiś konkretny cel tej wyprawy? — spytała kobieta.
— Nie. Taki spontan za miasto. — odpowiedział spoglądając na Ane — Oderwanie się od sterty wieżowców i głośnych ulic. — dodał krótko wzdychając.
Cała wycieczka przebiegłaby bezproblemowo, lecz to byłoby za piękne w przypadku ich dwójki. Auto jadące z przeciwnej strony nagle zajechało drogę brunetowi, a żeby uniknąć kolizji, zjechał on na trawiaste pobocze. Pomimo tego, drugie auto zahaczyło w tył bawarki, co poskutkowało obróceniem auta o prawie dziewięćdziesiąt stopni, przez co te zaczęło mocno koziołkowa, wylatując w powietrze i kilkukrotnie uderzając o rozgrzany asfalt, na końcu wpadając między drzewa, zatrzymując się na jednym z nich. Rozbite szkło walało się po całym wraku, oleje oraz płyny wylewały się w układów, aż rozgrzany silnik zgasł, pozostawiając jedynie kłęby dymu spod zgniecionej maski. Sam Michael przez pierwsze kilka minut próbował zrozumieć co się właśnie stało i choć żyje długo na tym świecie, pierwszy raz odczuł strach. Oddech przyspieszył, lecz stawał się coraz płytszy, a w ustach poczuł metaliczny posmak krwi. Odruchowo skierował dłoń do odpięcia pasów i choć to uczynił, nie czuł. Nie czuł nic, aż w końcu odpłynął zawisając na kole kole kierownicy, na której wcześniej wybuchła poduszka powietrzna.

Ana? 
"Żeby życie miało smaczek, raz wypadek, raz kubraczek."

16.01.2020

Od Any CD Michaela

Zamknęłam oczy, skupiając się na przyjemnym cieple, które biło z ciała bruneta. Jednocześnie po raz kolejny starając się przekonać samą siebie, że on żyje. Że nie zginął wtedy, w tamtym magazynie, z ręki Lysandra... którego potem sama zabiłam. Położyłam otwartą dłoń na piersi przyjaciela, w miejscu, gdzie pod skórą biło rytmicznie serce. On żyje. Żyje...
- Nic nie czuję - mruknęłam po chwili niewyraźnie, z twarzą ukrytą w zagłębieniu między jego szyją a ramieniem. Czułam, jak jego palce powoli suną po mojej ręce w kojącym geście. W górę... i w dół. Raz po raz, coraz bardziej sprawiając, że traciłam koncentrację, a oczy same zaczęły mi się zamykać. - Nic... - szepnęłam, bardziej do siebie, niż do niego. I znowu się rozczuliłam.
Szlag by to.
Objęłam przyjaciela za szyję, wtulając się w niego i przyciskając do niego całym ciałem. Byleby tylko znaleźć się jak najbliżej niego, upewnić, że jest, że to nie jest sen czy inna iluzja...
Wzięłam głęboki, poszarpany wdech, starając się uspokoić i nie rozpłakać. Nawet nie wiedziałam, dlaczego łzy cisnęły mi się do oczu. Ze strachu? Z ulgi? Szlag. To wszystko... cholera.
Dzisiajsze wydarzenia... odcisnęły piętno na moich emocjach. I to było widać jak na dłoni.
- Płaczesz - mruknął Mike, zamykając mnie w uścisku silnych ramion.
- To tylko woda - mruknęłam, zaciskając powieki. Starając się opanować. Musiałam. Płacz do mnie nie pasował.
- Słaby z ciebie kłamca - zaśmiał się lekko Mike, po czym wzdrygnął się, gdy przypadkiem dotknęłam śladu popażenia na jego szyi. Natychmiast spróbowałam się odsunąć, żeby nie spowodować przyjacielowi jeszcze większego bólu, ale natychmiast przyciągnął mnie z powrotem do siebie. - Ciiii... spokojnie - złożył lekki pocałunek w czubek mojej głowy. - Nic się nie stało.
- Robię ci krzywdę... - chciałam protestować, ale szybko zostałam uciszona lekkim pociągnięciem za warkocz.
- Nic się nie stało - powtórzył, przejeżdżając ręką po moich plecach.
Nastąpiła dłuższa chwila milczenia, przerywana tylko od czasu do czasu chlupotem wody, gdy któreś z nas nieznacznie zmieniło pozycję. Woda pozostawała ciepła dłużej, niż normalnie, ponieważ cały czas podgrzewałam ją podwyższoną temperaturą ciała. Jakieś plusy z bycia drakonidem władającym ogniem jednak były. Poza paleniem ciał...
- Zasypiasz - mruknął w którymś momencie Mike, też sennym głosem. Jęknęłam niewyraźnie w odpowiedzi, co rozbawiło mężczyznę. Poklepał mnie lekko po plecach.- Jak obydwoje tu zaśniemy, to się utopimy, wiesz o tym?
Wiedziałam. Dlatego niechętnie odsunęłam się od Mike'a, który od razu się wyprostował. Poruszył ramionami i szyją, pewnie by rozruszać nieco zastałe mięśnie. Po czym wstał i, ociekając wodą, wyszedł z wanny.
Ja zrobiłam z kolei coś odwrotnego - zanurzyłam się w wodzie tak, że ponad powierzchnię wystawała tylko część głowy od nosa w górę i powoli wypuściłam powietrze z płuc, tworząc w ten sposób bąbelki.
Mike spojrzał na mnie zdziwiony, odwrócił się i nachylił nade mną.
- Nie zmuszaj mnie, żebym cię stąd wyciągał - zażartował, choć wyczuwałam w jego tonie lekkie zaniepokojenie.
Zamknęłam na chwilę oczy, wypuściłam resztkę powietrza z płuc i dopiero wtedy wynużyłam się na powierzchnię. Usiadłam w wannie z kolanami podwiniętymi do piersi.
- Muszę jeszcze zmyć krew z włosów - powiedziałam, łapiąc z przyjacielem kontakt wzrokowy. Teraz to on odetchnął głęboko.
- No tak - westchnął, przenosząc spojrzenie na pozlepiane zaschniętą posoką dwa warkocze, których od powrotu do domu jeszcze nie rozplątałam. - Pomogę ci. Bo możesz mieć problem z rozplątaniem ich.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się lekko, obejmując kolana ramionami i przyciągając je jeszcze bliżej do siebie.
Następne pół godziny zajęło nam doprowadzenie moich włosów do porządku. Bez pomocy Mike'a zeszłoby mi jeszcze dłużej, w tak tragicznym były stanie. Nie tylko one z resztą.
Obydwoje byliśmy tak wyczerpani, że zdążyliśmy tylko narzucić na siebie pierwsze lepsze ubrania, jakimś cholernym cudem doczłapać do mojej sypialni, która znajdowała się naprzeciwko dużej łazienki, i niemal równocześnie padliśmy na łóżko. Wtuliłam się w przyjaciela, nadal szukając potwierdzenia tego, że jest prawdziwy, żywy... że to on, a nie moja wyobraźnia płata mi figle. Daje nadzieję.
Pozwoliłam sobie odpłynąć zaraz po tym, jak oddech bruneta stał się miarowy.

~•~

Kilka tygodni później...

- Ana!
Ręka, którą prowadziłam rękaw cukierniczy, tworząc misterne kwiatki z białej czekolady na jednym z pięter tortu, którym się zajmowałam, zatrzęsła mi się. Zaklęłam szpetnie, gdy w miejscu, w którym powinien być kolejny kwiatek, pojawiła się niechciana smuga czekolady. Zamorduję tego, kto śmiał mi...
- Ana! Przystojniak przyszedł do ciebie!
Pokręciłam głową w wyrazie niedowierzania dla Mii. Już od dawna wiedziała, jak "Przystojniak" ma na imię, ale nadal nie mogła sobie darować nazywania go tak przy mnie.
Zanim wyłoniłam się z zaplecza, szybko starłam czekoladową skazę (na szczęście na białej masie cukrowej nie było jej zbytnio widać), dokończyłam rządek kwiatków i odłożyłam rękaw do wysokiego kubka. Otrzepałam ręce i dżinsy z cukru pudru, na którym rozwałkowywałam wcześniej masę cukrową, i założyłam zbłąkany kosmyk włosów, który wypadł z warkocza, za ucho, po czym pchnęłam drzwi wahadłowe, wchodząc do głównej sali kawiarni.
Mój wzrok od razu padł na wysokiego bruneta, którego już dopadł mój pies i teraz błagał go wzrokiem o mizianie. Mike widać nie mógł pozwolić mu czekać, bo ukucnął przy wilczaku i zaczął go tarmosić za uszami. Uśmiechnęłam się lekko na ten widok.
- Przystojniak ma imię, Mia - rzuciłam z rozbawieniem, przechodząc koło koleżanki i szturchając ją łokciem w bok.
- Ale od razu wiedziałaś, o kogo chodzi - rzuciła z przebiegłym uśmiechem, na co uniosłam pytająco brwi. Kombinatorka.
Pochyliłam się nad ladą, opierając się o nią brzuchem i klatką piersiową, w wyniku czego zawisłam głową tuż nad głową przyjaciela. Długi warkocz, przyciągany siłą grawitacji, zsunął mi się po plecach i zawisnął z ramienia, dyndając tuż przed oczami bruneta.
Mike podniósł wzrok najpierw na warkocz, dopiero potem na moją twarz, która w tym momencie musiała zajmować całe pole jego widzenia. I się uśmiechnął.
- Brałaś udział w wojnie na mąkę? - zapytał rozbawiony, puszczając mojego psa i wyciągając rękę, by trącić palcem czubek mojego nosa. Natychmiast cofnęłam głowę i się wyprostowałam, udając oburzenie jego zachowaniem. - Jesteś cała w białym proszku. Mam nadzieję, że to mąka, nie coś innego - dodał, wstając z podłogi.
- To cukier - uspokoiłam go, uśmiechając się. Szczerze. O całej tej sytuacji z Lysandrem sprzed kilku tygodni... już zapomniałam. Nie była istotna. Nie zamierzałam się nią przejmować, rozmyślać czy umartwiać nad czymś, co nie ma już znaczenia.
Mike ewidentnie był żywy. I to mi wystarczyło.
- Co tam? - zapytałam przyjaciela, odsuwając szybę jednej z gablot na ciasta i wyciągając jeden z mini-serników na ciastkach Oreo. Położyłam go na talerzyku, obok niego łyżeczkę i wyciągnęłam w stronę mężczyzny. Gdy spojrzał na mnie pytająco, z uśmiechem błąkającym się ja ustach, rzuciłam: - Nowy przepis. Jak już wpadłeś, to możesz spróbować - wzruszyłam ramionami.

Mike? ;P

Od Silasa CD Minho

Zdobycie jakichkolwiek informacji o Nullahu okazało się trudniejsze, niż początkowo przypuszczałem.
Było już późno, większość informatorów, do których mógłbym się zwrócić, zajmowała się teraz swoimi sprawami (albo w ogóle spała), nie było więc opcji, żeby dowiedzieli się czegoś za mnie. A zlecenie tego komuś innemu było zdecydowanie bezpieczniejsze dla planu, niż gdybym zajmował się tym sam. W końcu nie tylko ja miałem "przyjaciół", którzy mogli mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem... jak teraz sam zacznę węszyć i ktoś przypadkiem mnie zobaczy, Nullah znowu się ulotni. I znalezienie go ponownie stanie się niemal niemożliwe.
Gdy tylko rozstałem się z moim nowym wspólnikiem, pochłonąłem cień z najbliższej bocznej uliczki i sprawnie wdrapałem się na budynek po drabinie pożarowej. Stanąłszy na dachu, rozejrzałem się pobieżnie po okolicy, szukając towarzyszącego mi zawsze orła. Nie było to szczególnie trudne - siedział na kominie sąsiedniego budynku - a gdy złapałem z nim kontakt wzrokowy i wyciągnąłem rękę przed siebie, natychmiast poderwał się do lotu, by zaraz wylądować na moim przedramieniu. Poczułem, jak ostre szpony wbijają mi się w skórę, ale nawet się nie skrzywiłem. Zamiast tego pogładziłem lekko czarne pióra ptaka, na co ten przymknął zadowolony powieki. Chyba nigdy nie orzestanie mnie zadziwiać jego upór w przywiązaniu do mnie. Jakby mnie ktoś traktował tak, jak ja jego, dawno bym go zostawił samemu sobie.
Ale, z drugiej strony, był w podobnej do mojej sytuacji - wszystko... wszyscy dookoła niego przemijali. Jednyną stałą byłem dla niego ja.
A on był w pewien sposób tym samym dla mnie. Jedyną pewną istotą w tym niepewnym świecie.
Westchnąłem lekko, zabierając rękę z piór Blacka. Po czym szepnąłem mu kilka krótkich słów, po których otrzepał się z wody i wzbił się w powietrze, by po chwili zniknąć za najbliższym wysokim budynkiem.
Znajdzie dla mnie Nullaha, pod warunkiem, że ten jeszcze przebywał w mieście. A ja w tym czasie mogę chwilę odsapnąć.
Pod warunkiem, że uda mi się dzisiaj zmrużyć oko.

~•~

Black wrócił nad ranem.
Z płytkiego snu, w który udało mi się zapaść, wyrwało mnie jego stukanie dziobem w szybę. Z mojego gardła wydobyło się ciche, sfrustrowane warknięcie, ale wygrzebałem się z łóżka, żeby wpuścić ptaka do środka. Natychmiast wyminął mnie i wylądował na szczycie szafy, rozglądając się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Chyba jeszcze go tu nie było. Zwykle to ja wychodziłem do niego, bardzo rzadko pozwalałem mu wlatywać do środka.
Ptak, mimo że był zdecydowanie inteligentniejszy od innych przedstawicieli jego gatunku, nie pitrafił mówić. Po prostu nie miał do tego odpowiednich predyspozycji. Dlatego z czasem musieliśmy wypracować inny sposób przekazywania sobie informacji.
Ze sterty papierów zalegających na stole roboczym, wygrzebałem mapę miasta. Miała już kilka lat, ale nadal powinna się nadać. Wielokrotnie zginana i rozprostowywana, w miejscach zgięć szlaki ulic były już zatarte. Ale dla Blacka nie był to duży problem.
Rozłożyłem mapę na moim łóżku i spojrzałem z wyczekiwaniem na ptaka. Który chwilę popatrzył na kawałek papieru, nim zleciał z szafy, wylądował obok niego, podreptał w jedną i drugą stronę po łóżku, a potem trącił jedno miejsce gdzieś w okolicach plaży Alki.
- Jeszcze raz - mruknąłem, skupiając wzrok na tym jednym fragmencie mapy, żeby wyłapać konkretne miejsce, które wskazał orzeł. Ptak spojrzał na mnie z pewną jakby irytacją, że nie załapałem za pierwszym razem. Ale posłusznie jeszcze raz stuknął dziobem w mapę. - Apartamenty... - westchnąłem. Ciężko będzie go stamtąd wywabić. Pod pretekstem czy bez niego. - A coś innego? - zapytałem, spoglądając na orła. Przez chwilę z przekrzywioną głową wpatrywał się w mapę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, nim stuknął dziobem w papier, tym razem przebijając go przypadkowo, więc bez problemu zobaczyłem, jakie dokładnie miejsce wskazał. - Klub nocny...? - no tak, logiczne. Dilerów zwykle można było spotkać w tego typu przybytkach. Gdzie jest popyt, tam jest i podaż.
Black, wyjątkowo z siebie zadowolony, rozpoczął proces czyszczenia i układania piór, podczas gdy ja rozpocząłem wędrówkę po pokoju. Z gonitwy myśli już wyłaniał się konkretny plan, który z drobną pomocą Rudego barmana mógł się zakończyć sukcesem. I to bez większej liczby ofiar.
Nagle przypomniałem sobie o ulotce, którą kilka dni temu ktoś wrzucił do mojej skrzynki, a która wydała mi się na tyle interesująca, by ją zachować. Natychmiast przypadłem do biurka, z którego wcześniej wziąłem mapę i zacząłem wertować pozostałe leżące tam papiery. Przydałoby się je kiedyś w końcu posegregować, ale na razie nie miałem do tego głowy.
Tymczasem jednak wyłowiłem wspomnianą ulotkę, czy też pewnego rodzaju zaproszenie, z morza papieru pokrywającego biurko i podłogę w okół niego. Niewielki zwitek papieru wyglądał niepozornie, a zawierał dość istotną dla mnie w tym momencie informację. Choć początkowo zarzekałem się, że moja noga w reklamowanym w niej miejscu nigdy nie postanie. No ale cóż - siła wyższa.
Odczytałem adres nowopowstałego klubu dla nadnaturalnych, prawdopodobnie inwestycji naszego kochanego Nullaha. Choć "melina" była prawdopodobnie lepszym określeniem. Przez lata, które spędziłem już na tym ziemskim padole, napotkałem zaledwie kilka klubów dla nadnaturalnych z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy "inni" mogli miło spędzić czas bez ryzyka narażenia się na ujawnienie. Cała reszta była tylko przykrywką dla nielegalnych interesów.
I tym razem nie było inaczej, bo na ulotce dostarczonej do mojej skrzynki była dopisana czerwonym mazakiem notka informująca o możliwości wzięcia udziału w walkach i jednorazowym zarobieniu sporej ilości gotówki.
Przestałem brać udział w podobnych akcjach już kilkadziesiąt lat po śmierci Marie. Tłuczenie się z kimś na gołe pięści nie dawało mi takiej satysfakcji jak pogoń za ofiarą. I zwykle nie pozwalało zapomnieć, a przecież właśnie o to mi chodziło. A dochody z mojej pracy były wystarczająco wysokie, by nie szukać dodatkowego źródła zarobku.
Westchnąłem, mnąc kartkę w pięści. Trzeba było się tam wybrać i zorientować w sytuacji, póki jeszcze było ciemno i mogłem schować się w cieniach. A potem przyhaczyć Minho w barze, w którym pracował i zaznajomić go z planem.
Potem jeszcze tylko wkręcić się w, pewnie ustawiane, walki, żeby jakoś wytłumaczyć swoją obecność w melinie i przy okazji okpić Nullaha na dość znaczne kwoty, przemycić człowieka do baru dla nadnaturalnych, a potem... cóż, jak wszystko dobrze pójdzie, pod koniec wieczoru Nullah będzie skończony w interesach. Albo w ogóle martwy.
Już nie mogłem się doczekać.

Minho?

Od Claudii CD Liama

Kilka dni później.
   Sytuacja w Sopportare stała się napięta, gdyż ze strzeżonego więzienia uciekł niebezpieczny osobnik, który z daleka iskrzy wysokim napięciem. To się jednak zdarza, lecz gorsze jest to, że nikt nie może go znaleźć. Mężczyzna posiada listę policjantów, na których chcę się zemścić i jeśli plotki nie kłamią, Treskow się na niej znajduje, lecz kobieta się tym nie przejęła i przystąpiła do poszukiwań zbiega. Ponoć szef wypłaca większą wypłatę dla mundurowego, który go znajdzie i przy tym nie zginie, co w duszy śmieszy szatynkę, gdyż teraz każdy będzie na siłę szukać przestępcy. Claudii jednak bardziej zależało na utrzymaniu bezpiecznego miasta, niż na pieniądzach, gdyż na ich brak narzekać nie może. Dla tego podjęła się samotnego patrolu miasta, zajmując jeden z nieoznakowanych wozów policyjnych w postaci niepozornej szarej audi, którą wyjechała na ulice zatłoczonego Seattle. Cały czas słuchała znajomych na radiu, którzy wzajemnie informowali się o miejscach, gdzie mógł występować zbieg. Część z nich mówiła faktyczne dane, inni natomiast chcieli zmylić policjantów, czego kobieta nie mogła zrozumieć. Jak można mylić swoich towarzyszy i narażać ich na jeszcze większe niebezpieczeństwo? Chore. Z czasem zirytowana Treskow wyłączyła radio, zaparkowała auto na strzeżonym parkingu i przeszła się pieszo w miejsca, gdzie nie zmieści się żaden pojazd. Takim też sposobem trafiła w okolice elektrowni, do której dotarła dość nieświadomie, lecz coś ją tutaj ciągnęło. Być może intuicja lub głos wroga, który tylko na nią czekał. 
— Ależ witam panią Treskow. — usłyszała męski głos zza jej ramienia. 
— Witaj. — odpowiedziała spokojnie i spojrzała na mówcę — Chyba przydałoby się wrócić tam, gdzie Twoje miejsce. — dodała, odruchowo wysyłając swoje koordynaty do każdego z policjantów. 
— To jest moje miejsce. — rzekł z uśmiechem — Moje miejsce powstania, a zarazem Twoje miejsce śmierci. — dodał pocierając swoje dłonie, co stworzyło dosyć duże napięcie. 
— Muszę Cię zasmucić, ale nie tym razem. — odparła ze sztucznym uśmiechem.
Nim mężczyzna zdążył wykonać swój ruch, szatynka uwięziła go całego w pnączach ciemności, a żeby nie targać męskiego ciała, wytworzyła cienistego pomocnika, który odwalił cięższą robotę. 
— No to w drogę.. — mruknęła do kreatury, która kroczyła zaraz obok niej. 
Gdy dotarli do głównej drogi, czekało na nich kilka patroli Sopp oraz specjalny bus dla nadludzi, który ma zabrać elektryka do więzienia. Jednak mundurowi nie przemyśleli jednego.. Po poluzowaniu uścisku pnączy, mężczyzna naładowany energią wybuchł. Tak, wybuchł i to tak dosłownie. Oprócz krwi i flaków na ścianach, ludziach oraz pojazdach, wszyscy dookoła zostali odrzuceni przez falę elektryczną, uśmiercając tym trzech policjantów. Treskow będąca obok przeżyła, lecz odrzuciło ją najdalej między bloki, po drugiej stronie ulicy. Huk towarzyszący wybuchowi postawił na nogi całe osiedle, jak nie miasto, które zaraz zbiegło się w miejsce zdarzenia. Gdy ludzi sprawdzali policjantów na głównej drodze, Claudia próbowała się ocknąć, leżąc oddalona kilka metrów od tłumu, który mógłby jej pomóc, lecz nikt jej nie widział. Próbowała krzyknąć, lecz nie potrafiła wydusić z siebie nawet słowa, który mógł zwrócić na nią uwagę. Jedyne co była w stanie wykonać, to odruchowo podsunąć się pod ścianę, o którą mogła się oprzeć. Dopiero wtedy zauważyła w jakim jest stanie, że ramiona posiadają liczne zadrapania, a kamizelka kuloodporna jest na totalnym wykończeniu, lecz to właśnie ona uratowała Treskow życie. Pomimo tego, kobieta nie czuła się za dobrze i choć siedziała w zacienionym miejscu, regeneracja nie nadążała za gojeniem ran, a że ślady zewnętrzne nie znikały, coś musiało pęknąć w środku jej ciała. Wtem usłyszała czyjeś kroki, czyjś głos próbował do niej dotrzeć, czyjś dotyk próbował ją ocucić, lecz szatynka już nie komunikowała, osuwając się nieprzytomnie w czyjeś ramiona.. Organizm nie jest w stanie się regenerować, gdy kobieta z czymś walczy, więc ten postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. 

Liam? No dawaj rycerzu. 

15.01.2020

Od Michaela CD Any

   Sprawę w liskiem można było uznać za zakończoną, o ile ten osobnik nie wstanie z martwych, co raczej było niemożliwe. Michael mógł odetchnąć z ulgą widząc żywą Ane obok siebie, nawet gdy ta posiadała krew przeciwników i pod względem psychicznym nie wyglądała najlepiej. Mężczyzna widział to w jej zmęczonym spojrzeniu i choć ta czasami twierdziła, że jest dobrze, on widział dokładnie co się w niej dzieje. Czasami jest to istna burza, a innym razem pustynia emocji. Jednakże to nie był czas na rozmyślanie nad rozpoznaniem emocji. Oby dwoje byli brudni od krwi, zmęczeni oraz obolali i jak można było się domyślić, oby dwoje z chęcią walnęliby się spać.
— Wypierze się. — odparł mężczyzna na stwierdzenie przyjaciółki — Wracajmy. Lepiej, żeby policja nas tutaj nie widziała. — dodał spokojnym tonem, na co kobieta przytaknęła. 
Para przyjaciół kulawym krokiem skierowała się do bawarki, która niewinnie stała niedaleko palącego się magazynu. Zdjęcia w takim miejscu wyglądałby ciekawie, jednak to nie czas na tego typu czynności. Czas było wrócić do domu.
Żeby nie pchać się w centrum miasta, oby dwoje skierowali się do domku blondynki, który to znajdował się z dala od blokowisk, a dokładnie w lesie. Choć bawarka nie należy do aut terenowych, to idealnie przejechała przez piaszczyste podłoże i dotarła pod samą posiadłość kobiety.
— Dawno mnie tutaj nie było. — rzuciła Ana, która jako pierwsza opuściła pojazd.
— Kilka dni.. tygodni. — odparł brunet podążający za przyjaciółką — Lecz lepiej tutaj wpaść w takich ubraniach, niż pałętać się po mieście. — dodał zaraz, na co kobieta przytaknęła.
Gdy weszli do środka domku, można było wyczuć, że nikt tutaj nie przebywał. Wnet otworzyli kilka okien i nie czekając dłużej, każdy zajął się sobą. Michael, który nadal posiadał na sobie liczne rany oraz oparzenia, zajął główną łazienkę, w której napuścił wodę do dużej wanny, pozbył się zakrwawionych ubrań i ostrożnie zanurzył się w ciepłej wodzie. Po jego ciele przeszedł delikatny dreszcz, który naruszył wszelkie rany otwarte, co spowodowało lekki ból w owych miejscach. Najgorsze jednak było oparzenie na szyi, które po kontakcie z ciepłą cieczą, wywołało jeszcze większych przepływ bólu. Mężczyzna oparł się wygodnie o bok wanny, opierając głowę o zagłówek z ręcznika, pozwalając swojemu ciało się uspokoić i odprężyć.
Jednak długo nie tkwił w ciszy, gdyż po kilku minutach usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Na pozytywną odpowiedź ze strony bruneta, do łazienki weszła Ana, która pozbyła się z siebie zakrwawionych ubrań, pozostając jedynie w bieliźnie.
— Można się dołączyć? — spytała spokojnie, lecz było widać u niej totalne zmęczenie.
— Oczywiście. — odpowiedział robiąc miejsce przyjaciółce.
W tym czasie kobieta ściągnęła z siebie bieliznę i ostrożnie weszła do ciepłej wody, siadając obok bruneta, który choć widział ją nagą, nie miał ochoty na żadne erotyczne zabawy.
— Jak się czujesz, Mike? — spytała po chwili jasnowłosa, spoglądając na towarzysza.
— Szczerze? Nic nie czuje. — odpowiedział lekko zachrypniętym głosem.
— Jak to? Torturowali Cię.
— Normalnie Ana. — spojrzał na kobietę, po czym wrócił wzrokiem przed siebie — Walka emocjonalna mnie wykończyła. W jednym momencie czułem strach, gniew, nienawiść i smutek. Byłem spokojny, a zarazem agresywny, w gotowości do walki słownej oraz wręcz. — wyjaśnił — Ale najważniejsze jest, żeby tego nie okazywać. Nie dawać po sobie poznać, że coś nas boli lub martwi. — dodał i spojrzał na przyjaciółkę, która chyba analizowała jego słowa.
Mężczyzna delikatnie wsunął dłoń za plecy kobiety i przysunął do siebie, obejmując jej delikatne ciało. Ta oparła głowę o przyjaciela, przytulając się do jego ciepłego ciała. W takim też uścisku trwali dosyć długo, aż serce jasnowłosej się uspokoiło.
— Teraz będzie tylko lepiej, Ana. — rzekł spokojnie, delikatnie sunąc opuszkami palców po ręce przyjaciółki. — Tylko.. jak to jest u Ciebie? Nie czujesz pustki w sobie czy raczej emocje Tobą miotają? — dopytał po chwili.

Ana?

Od Minho CD Silasa

  Lee był w dużym stopniu zaskoczony reakcją ze strony mężczyzny. Oczywiście, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Do niedawna byli w relacji barman-klient. Wyższy nawet nie był chętny do rozmów, wyciągnięcie od niego konkretnego zamówienia też bywało dość trudne. Dlatego Minho nie spodziewał się czegoś takiego, jak usłyszenie jego śmiechu, a co dopiero tego, jak się przedstawił. Kwestionował nawet fakt, iż była to ukryta kamera i za chwilę wszyscy klienci okażą się sztucznym tłumem by wprowadzić chłopaka w błąd. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Było to naprawdę szokujące dla Azjaty, aczkolwiek nie wypadało nie odwzajemnić gestu. Co prawda, przyzwyczajony do kultury koreańskiej, chciał przedstawić się jako „Lee Minho”. Na całe szczęście, uniknął tego, przedstawiając się tak, jak Silas.
Rozmowa z towarzystwem była w pewnym stopniu… stresująca? Szczególnie przez to, co usłyszał. Kolejna rzecz, jaka go zaskoczyła i wprawiła w pewnego rodzaju zakłopotanie. Czy aby na pewno to wszystko dzieje się na poważnie? Może jednak była tutaj ukryta kamera, ale Black był zbyt wiarygodny (bądź był zbyt dobrym aktorem). Koreańczyk nie wiedział, na co tak do końca się pisał. Jaki był plan? Gdzie to wszystko miało się odbyć? A co, jeżeli są to czarne interesy, od których barman trzymał się z daleka? Nie miał pewności. To tak, jakby brał kota w worku. Nie wiedział, co dokładnie jest w środku, i tak samo było z propozycją mężczyzny. Wszystkiego dowie się w swoim czasie. Cóż, kto by się spodziewał, że wspólny „znajomy”, obecnie raczej był on wrogiem, będzie w stanie zjednoczyć dwie osoby… przez co obaj poznali się chociaż z imienia i nazwiska. No bo, będąc szczerym, nic poza tym rudowłosy nie wiedział o swym towarzyszu. Mógł jedynie opisać jego wygląd, teraz już mógł podać jego imię i nazwisko, no i fakt, iż nie był aż tak rozmowny w przeciwieństwie do niższego, któremu czasami jadaczka się nie zamykała.
Jednak Lee jadł pizzę, w taki sposób unikając dłuższej dyskusji z Silasem. Nie było to raczej nic dziwnego. W końcu nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy więcej niż „to, co zawsze”. I ewentualnie „dobry wieczór”. To była konwersacja między nim a jego klientem, z którym obecnie był na pizzy. Przeżuwając posiłek, niezbyt komfortowo czuł się, gdy starszy spoglądał w jego oczy. Mruknął niezadowolony, odwracając głowę w bok, unikając przez to kontaktu wzrokowego. Chciał spokojnie zjeść, po tym może mówić. A cóż, nie do końca mu się śpieszyło w tym wszystkim. Chociaż, to dzięki temu mógł się zastanawiać nad całym tym „planem”, w jaki właśnie się wpakował. Byłby, po raz kolejny, pewnego rodzaju przynętą. Niby miałby zagwarantowaną „ochronę”, aczkolwiek nie do końca był pewny, jak ma to wyglądać. Na jaką ścieżkę obecnie wkraczał? Sam nie wiedział. Może to w jakimś stopniu pozwoli mu odnaleźć samego siebie? Pewności nie będzie miał, dopóki się do tego nie zabierze. Cicho westchnął, jak tylko przełknął ostatni kęs pizzy. Popił to wcześniej zamówioną wodą, a następnie odwrócił głowę w kierunku ciemnowłosego, który z wyczekiwaniem się w niego wpatrywał, jakby czekając na jakąkolwiek odpowiedź na to, co powiedział. Z ust niższego padło ciche „mhm”, po czym przewrócił oczami.
- I tak nie wiem, na co się do końca piszę, ale okay. Niech będzie. Może w jakimś stopniu będzie to satysfakcjonujące. – przyznał po dłuższej chwili, wysilając na lekki uśmiech.
- Dobra. To jak będę już wszystko wiedział, to się do ciebie odezwę. – oznajmił Silas, wracając do poprzedniej pozycji, następnie sięgając po swój napój.
- Nie wiesz nawet gdzie mieszkam, ani mojego numeru telefonu… - spostrzegł niższy.
- Ale wiem gdzie pracujesz. – szybka odpowiedź rozbawiła Lee, który pokręcił głową w niedowierzaniu. Niby była to racja, aczkolwiek nie było pewności, że akurat tego dnia będzie w pracy. – Zaufam swojej intuicji, i przyjdę jak już będę miał potwierdzone informacje o Nullahu. – dopowiedział, na co Koreańczyk się zgodził, potakując jedynie głową.
Po zjedzeniu pizzy, i opłaceniu całego zamówienia, obaj zdecydowali się na rozdzielenie i pójście w kierunku swoich mieszkań. Rzecz jasna, rudowłosy musiał czekać na autobus, w międzyczasie wyciągając telefon i odczytując wszystkie wiadomości, jakie do niego przyszły. To po tym uruchomił transfer danych, żeby zajrzeć na social media. Wszystko wydawałoby się w porządku, jakby nic nie miało się zdarzyć. Jednak po zobaczeniu jednej wiadomości w skrzynce „inne”, Lee natychmiastowo to odczytał. W końcu mało kiedy coś tam przychodziło. No i cóż, lekki uśmiech, jaki wciąż gościł na jego ustach od wyjścia z knajpy, zniknął niemalże od razu, zaś pojawił się niepokój, a Azjata pobladł z tego wszystkiego. Usiadł na ławkę, a raczej na nią upadł, nie wiedząc, co miał myśleć. Wiadomość, jaką otrzymał, była od… kogoś nieznajomego dla Lee, ale znającego Silasa. 

„Wchodząc w znajomości z Silasem popełniasz błąd. Na każdym kroku może stać się krzywda Tobie, Twojemu współlokatorowi, Twoim kotom, albo komuś z Twojej rodziny. Nie próbuj realizować z nim planu, jaki wymyślił. To pierwsze ostrzeżenie, bez ofiar. Kolejne może się źle skończyć dla Twoich bliskich. 

~C.” 

I cóż, Minho nie wiedział, kim była takowa osoba, czego chciała i skąd wiedziała o tym wszystkim? Tak wiele pytań mu się nasuwało na myśl, a odpowiedzi brak.

Silas? ;>

Od Silasa CD Minho

Gdy moja twarz, pod wpływem "ataku" od tyłu, oparła się o pizzę, która leżała przede mną na stole, zamknąłem oczy i westchnąłem ciężko. "Daj spokój. Nie zrobił tego specjalnie, nie ma potrzeby się irytować..."
Gdy byłem już pewny, że nie zareaguję impulsywnie, wyprostowałem się powoli. Niemal natychmiast po tym usłyszałem śmiech dochodzący z naprzeciwka. Szczery, niepowstrzymany śmiech. Zamarłem na chwilę, nie spodziewając się zupełnie takiej reakcji chłopaka.
Pomiędzy kolejnymi napadami rozbawienia próbował mnie przepraszać, choć niewiele byłem w stanie z jego bełkotu zrozumieć. Niemniej w tym jego śmiechu było... coś wyzwalającego.
Dlatego już chwilę później i ja się uśmiechałem. Tak po prostu, odruchowo, nawet nie wiedziałem kiedy.
Sięgnąłem po serwetki i otarłem sos pomidorowy z brody.
- Nic się nie stało - mruknąłem, jednak przez mój zwykle zimny, pozbawiony emocji ton, przebijało szczere rozbawienie. - Powiedzmy, że jesteśmy kwita. Za to podnoszenie za kaptur.
Chłopaka momentalnie opuściło rozbawienie. Wstrzymał na moment oddech, by po chwili wypuścić powietrze w długim wydechu. Po czym wbił wzrok w swój talerz z pizzą.
- No tak, cóż, możemy - rzucił, sięgając po pierwszy kawałek znanej już na całym świecie potrawy i wkładając go do ust. I z pełną buzią wybełkotał: - Ale Nullah oberwie.
Uśmiechnąłem się lekko, mieszając moją słodką herbatę mrożoną przy pomocy tkwiącej w szklance słomki. Tak, ten gościu chyba obydwu nam zalazł za skórę.
Co, tak na dobrą sprawę, mogliśmy wykorzystać na naszą korzyść...
Gwałtownie podniosłem spojrzenie na siedzącego przede mną chłopaka. Uśmiechnąłem się, pewnie lekko upiornie, bo Azjata zamarł z pizzą w połowie drogi do ust. Zamrugał powoli, nim wymamrotał:
- Chyba zaczynam się ciebie bać...
Zastukałem palcami lewej dłoni w blat, a w głowie już zaczął formować się zalążek planu, dzięki któremu miałem w końcu realną szansę, by dopaść Nullaha. Przy niewielkiej pomocy siedzącego przede mną chłopaka, który również ewidentnie nie pałał już ciepłymi uczuciami do tego kanciarza i dilera.
- Chyba nie mieliśmy okazji się sobie przedstawić - zauważyłem, porzucając moją zwyczajową małomówność. Miałem cel. Musiałem go zrealizować, nawet za cenę złamania moich zasad odnośnie niedopuszczania do siebie ludzi. Poza tym, zdążyłem się już nakręcić. Bo ten plan mógł... nawet musiał się powieść. - Nazywam się Silas Black - wyciągnąłem rękę nad stolikiem. Chłopak niepewnie ją uścisnął, nadal z kawałkiem pizzy w drugiej dłoni. Wyglądał komicznie, z tą swoją zaskoczoną miną i pizzą, z ktorej zaczynał już kapać sos na jego talerz. Ale uśmiechałem się nie z tego powodu.
Perspektywa nadchodzącej zemsty działa jak narkotyk.
- Minho Lee - mruknął chłopak trochę niepewnie. Pewnie zaskoczyła go moja nagła zmiana podejścia do życia. No tak, ale nigdy nie mówiłem, że jestem w pełni obliczalny. - Czy wszystko z tobą w porządku...?
- Jak najlepszym - odchyliłem się na oparcie krzesła i założyłem ręce za głowę. - Mam dla ciebie propozycję.
- Oho - mruknął Azjata, po czym wepchnął do ust prawie połowę kawałka pizzy na raz. Pewnie, żeby nie musiał odpowiadać. Patrzył na mnie z niejakim niepokojem.
- Skoro nam obu Nullah zalazł za skórę, może razem... odbierzemy sobie od niego to, co się nam należy - zaproponowałem z przebiegłym uśmiechem na twarzy. - Ja dostanę pieniądze, które powinienem dostać już wieki temu, a ty zemścisz się za wystawienie do wiatru. I narażenie na poważny uszczerbek na zdrowiu, bo, bądźmy szczerzy, Nullah doskonale wiedział, komu cię rzuca na pożarcie.
Minho tylko patrzył na mnie nieprzekonany, ciągle przeżuwając. Ale nie zniechęcił mnie tym. Mawet jakby się nie zgodził, zawsze można było użyć bardziej... przekonującej metody, prawda?
Na szczęście nie musiałem po nią sięgać.
- A na czym by miała polegać ta współpraca? - zapytał ostrożnie chłopak.
- Och, nie musiałbyś wiele robić - wzruszyłem ramionami. - Postatam się jeszcze dzisiaj ustalić, gdzie nasz "przyjaciel" bywa, a gdzie moglibyśmy złożyć mu wizytę.
- I jak miałbym ci w tym pomóc...? - zapytał mój rozmówca niepewnie, lustrując wzrokiem moją sylwetkę. No tak, zdecydowanie nie wyglądałem na kogoś, kto potrzebowałby pomocy ze skopaniem komuś tyłka.
- Nullah mnie zna. Gdy tylko mnie zobaczy, zacznie uciekać - wytłumaczyłem. - Nie mam ochoty za nim ganiać, jeśli mam kogoś, kto mógłby go dla mnie wyciągnąć w jakieś ustronne miejsce - widząc coraz bardziej nietęgą minę Rudego, uśmiechnąłem się, możliwie jak najprzyjaźniej. - Nic by ci nie groziło oczywiście, cały czas byłbym przy tobie i w razie czego ingerował. Chodzi tylko o to, żeby Nullah nie zobaczył mnie od razu - oparłem łokcie na stole i spojrzałem chłopakowi w oczy. - To jak? Wchodzisz w to?

Minho?

14.01.2020

Od Ashtona CD Eliotta

Seattle nie było już spełnieniem jego marzeń. Może kiedyś tak było. Na samym początku, kiedy wszystko było łatwiejsze. Kiedy nie miał tylu problemów i nie nosił na plecach ciężaru doświadczeń, przeżyć przez jakie przeszedł w swym krótkim stosunkowo życiu. Krótkim, bo przecież miał ledwie dwadzieścia jeden lat. Chociaż dwójka z przodu bolała go nieco, wizja spędzenia chociaż części czasu, jaki mu pozostał z Eliottem trochę podniósł Ashtona na duchu. Kolejnym pozytywem była na przykład pełnoletność - długo wyczekiwanie wyzwolenie, możliwość rozwinięcia skrzydeł i rozpoczęcia życia na nowo. A przynajmniej spróbowanie tego zrobić. Wciąż chodził do szkoły, mieszkał u brata, żył na jego rachunek. Lecz już teraz snuł plany, gdzie się wyprowadzi, kiedy tylko uzyska taką możliwość. Co będzie robił, aby w końcu być w pełni niezależnym. Najchętniej wyjechałby stąd, jeszcze dalej na północ, do Kanady. Bądź jeszcze lepiej, wyprowadził się do Europy. Wielka Brytania? Szkocja? Irlandia? Wszystkie brzmiały równie interesująco. Nie sądził, aby mógł wybrać jedno z tych miejsc. Zawsze może się wybrać w podróż po całym świecie, z pewnym przystojnym ogarem u boku..
Dłoń czarownika przesunęła się w stronę kieszeni rozpiętej kurtki, w jakiej krył się telefon. Korciło go napisanie, czy nawet zadzwonienie do ukochanego, powiedzenie mu o swych planach i być może wspólne zaplanowanie czegoś. Lecz Elly, w przeciwieństwie do Crowley'a, już rozpoczął to całe "dorosłe życie", innymi słowy - był w pracy, a nie spacerował bez celu ulicami miasta, skupiając się na narzekaniu na nudne, monotonne otoczenie, uciekając z zajęć. Nie chciał mu przeszkadzać. Narzucać się. Irytować. 
Bo nie wiedziałby, co by uczynił, gdyby Cartier się na niego obraził, gdyby przestał rozmawiać, pisać co jakiś czas, umawiać na spotkania.
Gdyby po prostu zostawił Ashtona samego. Nie mógłby tego znieść.
Same te myśli sprawiły, że chłopak delikatnie chwycił się za serce, jakby chciał wyrwać z niego wszelkie negatywne myśli. Za bardzo się przejmował. Powoli dochodził do takiego wniosku. Przecież Eliott nie miał powodów, aby zostawić Asha. Miał taką możliwość, czarownik sam to między słowami zasugerował, kiedy rano wyjawił mu ukrywane sekrety.. Lecz nadal, pomimo tego, trwał przy nim.
Dopiero w momencie, kiedy chłopak uniósł nieco głowę, aby spojrzeć przed siebie, na pusty chodnik, co zdziwiło go, ponieważ o tej porze powinno nim iść całkiem sporo mieszkańców miasta, idących czy to na lunch czy po prostu do pracy lub na wykłady, ujrzał migoczącą tuż przed zakrętem ścianę, zniekształcającą nieco zarysy budynków i aut za sobą. Młodzieniec zatrzymał się i rozejrzał wokół, upewniając się, iż został nieświadomie przeniesiony do lustrzanego wymiaru. Westchnął cicho. Miał problem. Tylko nie wiedział jeszcze, jak wielki.
— Bardzo śmieszne, naprawdę — Brunet obejrzał się przez ramię na dwie sylwetki, ubrane wręcz jednakowo, w hebanowe szaty, jakie opadały na chodnik. Nie rozpoznał twarzy przybyszów - kobiety i mężczyzny najpewniej, jednak kiedy na krótką chwilę skrzyżował spojrzenie z jednym z nich, chłodny dreszcz przeszedł po kręgosłupie młodzieńca.
— Złamałeś prawo, ustalone przez Ciemnego Ojca — Głos mężczyzny był szorstki, poznaczony akcentem, według Asha hiszpańskim bądź włoskim — Konklawe nakazało nam sprowadzić cię..
Czarownik nie słuchał więcej tego, co mówił Inkwizytor. Jego niebieskie oczy otworzyły się jeszcze szerzej. Na bogów, przecież zabił Vesa. Zabił go podczas przypływu mocy, z tego wszystkiego ta informacja zupełnie wypadła mu z głowy. W przypływie paniki zebrał na swoich dłoniach magię, jaką w postaci fali energii posłał w stronę wysłanników. Nie widział efektów, gdyż momentalnie odwrócił się i zaczął biec w stronę bariery, aby ją zneutralizować bądź chociaż zacząć to robić. Sądząc po krokach, jakie poczęły się niebezpiecznie do młodziana zbliżać, nie zadziałało to zbytnio na czarowników, przez co kolejny dreszcz wstrząsnął Ashtonem. Nie poradzi sobie z nimi sam, Eliott na pewno nie zdąży przyjść, tak jak Michael.. Nie mówiąc o tym, że by musieli przejść do innego wymiaru.
Chłopak poczuł za swoimi plecami iskry energii, jakby właśnie miał w tamto miejsce uderzyć piorun. Nie będąc pewnym, czy tak przypadkiem się nie stanie, przeniósł się na ulicę, ponownie zaczynając tkać czar. Wtem usłyszał trzask, czy raczej pęknięcie, a z nieba poczęły spadać migoczące jak brokat odłamki materii, jaka wcześniej składała się na lustrzany wymiar.
Ash dostrzegł na twarzy Aleistera, jaki jakby od niechcenia opuścił rękę, cień uśmiechu. Młodzian nieświadomie wyszeptał imię pradziada, który stał na chodniku w swym fizycznym ciele. Widział to po cieniu, jaki rzucał na ziemię, po błysku w wypełnionych jasnofioletową magią oczach. Ludzie też to dostrzegli. Kobieta za kierownicą samochodu, przed jakim właśnie znajdował się Ash, przestała na niego zawzięcie trąbić i spojrzała na Brytyjczyka, a dokładniej na moc w jego rozchylonych dłoniach. Crowley zerknął na swego potomka i skinął głową. Brunet zrozumiał, co mężczyzna ma na myśli, więc poderwał się z asfaltu i zaczął biec w przeciwną stronę od całego zajścia, między budynki i kamienice, gdzie ostatecznie schował się za rogiem jednej z nich. W drżącą rękę wziął telefon i zaczął dzwonić do jedynej osoby, która mogłaby mu teraz pomóc.

***

Czekając na odzew pomiędzy połączeniami, Ashton otoczył się ochronnymi runami. Starał się nie słuchać odgłosów policji czy, co pewniejsze, Sopportare. Nie kontaktował się też z Aleisterem, jaki jeszcze nie powrócił do swej duchowej postaci, miał przeczucie z tyłu głowy, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę. Kiedy jednak poczuł wibracje dzwoniącego telefonu, czym prędzej go odebrał, zmuszając się, aby nie wejść w zdanie Elly'ego.
— Mam.. Mam problem. Duży. Nie mogę rozmawiać o tym przez telefon. Gdzie pracujesz? Mogę do ciebie przyjść? — Na jego szczęście, muzyk nie zastanawiał się dłużej i bez większych problemów podał adres. Crowley nieco drżącym głosem zapewnił ukochanego, że wszystko z nim w porządku, że nic mu się nie stanie, dopiero wtedy rozłączając się.
Przy pomocy zdobyczy współczesnych technologii, dotarł pod wskazany adres, wręcz wpadając szybkim krokiem do wnętrza sklepu. Nim się obejrzał, znalazł się w objęciach młodzieńca, którego powitał cichym mruknięciem.
— Przytul mnie i nie puszczaj.. — poprosił szeptem, wtulając się w Eliotta. Przez chwilę milczeli, a Ashton celebrował chwilę, gdy pracownik sklepu oparł podbródek na czubku jego ciemnej głowy.
— Powiesz mi teraz, co się dzieje? — Blondyn położył dłonie na bokach młodszego towarzysza, po czym spojrzał mu w oczy. Czarownik przygryzł z nerwów wargę.
— Nie będę się rozgadywać, bo w sumie sam nie wiem, co dokładnie się stało... Ale chyba ktoś mnie szuka. Musimy jak najszybciej pójść do siedziby sabatu. Źle się czuję, prosząc cię o to.. Ale czy byłbyś gotowy? Na tą noc..?

Eliott? Otwarte zakończenie, przepraszam :c

12.01.2020

Od Minho CD Silasa

  Nie wiedział, czy był bardziej wściekły na mężczyznę, czy swego przyjaciela. Co go podkusiło zamienić się ubraniami? Powinien był się domyśleć, że coś jest nie tak. No ale, mądry po szkodzie. Teraz wiedział, w jakich interesach siedział jego „przyjaciel”. Choć raczej takim mianem już go określać nie może. Ciężkie westchnięcie opuściło wargi młodego Azjaty, który został wyprowadzony z kawiarni. W dłoni wciąż trzymał woreczek. I ten woreczek, to jedyne, co krążyło w jego głowie. Jak bardzo chciałby to wszystko zrozumieć, lecz nic nie jest takie proste, jakby się wydawało. Uważając kogoś za przyjaciela tyle czasu, wychodzi na jaw, iż tak naprawdę w żadnym stopniu nie znało się tej osoby. Minho posłużył za przynętę na stałego klienta baru, który również nie spodziewał się takiego obrotu spraw. No ale, to nie oznaczało, że Lee od razu zacznie pałać do niego sympatią. W obecnej chwili było odwrotnie. Niestety, chłopak był na tyle zszokowany, że nie wiedział, czy chciał mu uderzyć, sobie, czy popłakać się z nerwów, przez które dostał drgawek. Potrzebował kilku minut na ochłonięcie, tym samym nie zwracając uwagi na wypowiedziane słowa jego towarzysza.
  Odchodząc kilkanaście kroków w bok, Lee przykucnął, obejmując swoje kolana ramionami, w ten sposób starając się opanować. Zazwyczaj to działało w nerwowych sytuacjach, i liczył, że w tej dzisiejszej też mu to pomoże. Starając się już o tym nie myśleć, wziął kilka głębszych oddechów, pozostając w tej pozycji przez dobre kilka minut, przynajmniej tak było w jego odczuciu. Nie wiedział, że siedział tak dwadzieścia minut, a jego towarzysz jedynie mu się przyglądał. Nie przejął się tym, w końcu podniósł się z ziemi, dość niepewnie korzystając z pomocnej dłoni. Dzięki temu mógł się otrzepać i przeprosił wyższego, spuszczając głowę na dół.
- To mogę Ci jakoś wynagrodzić tą całą sytuację? – ponowił pytanie, na co Lee odrobinę się zmieszał, chwilowo się zastanawiając nad tym, aż zdecydował się na odpowiedź.
- Yeah. Możemy pójść na pizzę. Nie jadłem niczego bardziej pożywnego. – przyznał, słabo się uśmiechając.

*** 

  Udali się do jednej z wielu pizzerii w okolicy, gdzie mieli zamiar zjeść, a przynajmniej Minho, pizzę. Nie rozmawiali szczególnie dużo w czasie tej drogi, jedynie co jakiś czas coś mówili, lecz rozmowa najzwyczajniej w świecie się nie kleiła. Zajęli jeden z kilku wolnych stolików. Przeglądając menu, Azjata wybrał swoją ulubioną pizzę, jeszcze pytając, czy mężczyźnie to odpowiadało. Często zwracał uwagę na swoje towarzystwo, nie chciał być takim egoistą. Wciąż za wiele nie rozmawiali. Lee nie miał nawet na to ochoty, nie po całej tej sytuacji, jaka miała miejsce. W czasie, kiedy wyczekiwali na pizzę, rudowłosy udał się do łazienki w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Nie wracał przez kilka minut, a jak już wracał, zauważył, że na stoliku, gdzie siedział, zapewne, towarzysz, słabo się uśmiechnął. W międzyczasie odezwał się jego żołądek, więc przyśpieszył swój chód, chcąc znaleźć się jak najszybciej na swoim miejscu. Jednak nie spodziewał się, że będąc już tak blisko, ktoś go popchnie, przez co upadnie na ciemnowłosego, popychając do przodu tak, iż jego twarz zetknęła się z pizzą. Niemalże od razu odskoczył do tyłu, zasłaniając usta dłońmi, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie oddychał przez kilkanaście sekund. Powoli, ale i niepewnie, przeszedł na swoje miejsce. W tamtej minucie byli obserwowani przez personel i klientów knajpy.
Dopiero kiedy wyższy podniósł głowę do góry, Azjata nie potrafił powstrzymać się od wybuchu śmiechu, w międzyczasie próbując przeprosić i wytłumaczyć, iż nie było to celowe działanie. No ale, jak można było się domyślić, przy takim napadzie śmiechu, barman ledwo mógł złapać oddech, a co dopiero, jakby miał mówić.

Silas? c: 
Szablon
synestezja
panda graphics