Obserwował wszystko z dozą niepewności, nawet kwestionował, aby się odsunąć, ale nie miał gdzie. Z każdej strony ktoś go otaczał. Dlatego zdecydował się nigdzie nie ruszać, dokładnie przyglądając się Silasowi, jednocześnie przysłuchując się temu, co opowiadał. Wypowiedziane przez niego słowa… oh, jak bardzo go zdziwiły i wprowadziły w osłupienie, z czego zaczął odczuwać pewnego rodzaju strach. Nie wiedział z kim miał do czynienia. Odwrócił głowę w drugą stronę, poprawiając swój kaptur na głowie, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc. Oczywiście, to nic nie dało, bo strach i tak mu towarzyszył. Przestał zwracać uwagi na wszystko, co go otaczało. Skupił się na myślach, a dokładniej nad tym, kim był tak dokładnie mężczyzna. Pojawił się znikąd, przychodząc do baru, jak wiele ludzi. Z początku Minho myślał, że to zwykły przechodzień, chcący się odprężyć po całym dniu. No ale, ile by nie był, wciąż pozostawał trzeźwy. Nic na niego nie działało, pomimo mieszania alkoholi, co zazwyczaj kończyło się kacem dla wielu osób. Jak można było to sobie wytłumaczyć? Lee uważał, że najwyraźniej, wtedy jeszcze, obcy dużo musiał pić takich „mieszanek”. Teraz wydawało się być logicznym, iż to nie z tego powodu Black był wytrzymały na duże ilości alkoholu, wszelakiego rodzaju mieszanki… być może. Nie wiedział. Nie znał się na istotach nadnaturalnych. On raczej uważał, iż coś takiego nie istniało. Żył w błędzie.
Mając dłonie ukryte w kieszeniach bluzy, nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Dlatego też w końcu wycofał się w tłum, przez który dość trudno było mu przejść. Jednak udało mu się stamtąd wydostać i przejść do baru, gdzie zajął miejsce tak, żeby dalej obserwować całe zajście. Pozostali, którzy przebywali w lokalu – niezbyt interesowali się zaistniałą sytuacją, jakby byli do tego wszystkiego przyzwyczajeni. On nawet nie wnikał, nie chciał. Poprosił jedynie barmana o wodę, którą otrzymał bez większych pytań. Płacąc za nią, ciężko westchnął, odkręcając butelkę, jednak nie napił się od razu. Spoglądał w stronę Nullaha i Silasa. Jeden wyglądał na przerażonego, drugi na zirytowanego. Ah. Nigdy nie zrozumie sporów takich ludzi. Co nimi kierowało? Dobre pytanie. Dlatego też Lee upił trochę wody, następnie zakręcił butelkę, wciąż trzymając ją, nigdzie nie odkładając. Wiedział, jak działały bary. Nie chciał ryzykować i mieć jakiegoś środka odurzającego w swoim napoju.
W pewnym momencie poczuł dłoń na swoim ramieniu, przez co się wzdrygnął, ponieważ zapatrzony był w konkretne dwie osoby, dookoła których były przeróżne postacie. Zdołał się zamyślić, skąd takie osoby się wzięły… a raczej starał się nad tym myśleć. Za dzieciaka wierzył w potwory pod łóżkiem, wróżki, wilkołaki, wampiry, zaś z czasem przestał. Stwierdził, iż to niemożliwe, takie rzeczy są w bajkach, filmach, a nie w życiu rzeczywistym. Teraz znowu się to zmieniło, i Lee się pogubił. Może to tylko sen? Może to nie jest naprawdę? Cóż, trudno to określić… a raczej trudno dowierzyć w to, co się właśnie działo, co widział… ah, niestety. Zbyt wiele rzeczy na raz. Pokręcił słabo głową, poprawiając się na siedzeniu. Czemu to musi być takie skomplikowane? Nie wiedział. Nie rozumiał i nie zrozumie, przynajmniej nie chciał. Parę głębszych oddechów, musiał się uspokoić, a raczej swoje myśli.
Dopiero wtedy przeniósł spojrzenie na osobę, która znajdowała się za nim. Była to kobieta. Nieznajoma. Nigdy wcześniej jej nie widział, lecz opanował go pewnego rodzaju strach przed nią. Dlaczego do niego podeszła? Nie czytał w myślach, więc nie wiedział. Nawet nie miał zamiaru się odzywać i nawiązywać kontaktu. Może to niekulturalne, aczkolwiek chłopak potrzebował zdecydowanie odpoczynku niż kolejnych zmartwień. Tak też gwałtownie wstał z miejsca, przez co nieco zakręciło mu się w głowie, lecz nie przejmując się nimi, ruszył w kierunku tłumu, tym samym uciekając od kobiety, która wcześniej trzymała dłoń na jego ramieniu.
Kiedy dotarł do Silasa… a raczej próbował, odczuwał silniejsze zawroty głowy, jednoczesne uczucie gorąca. Być może to przez ilość otaczających go istot, i tego, jaka sytuacja wynikła z samym Blackiem. Jednak nie miał okazji nawet wcześniej się zapytać *czym* on jest. Czego miał się spodziewać po nim… nic takiego. Nawet nie wiedział ile miał lat. Tak, zdecydowanie będzie mu ciężko to wszystko uporządkować, potrzeba czasu, żeby to zrozumieć (lub chcieć zrozumieć). Przedostając się w końcu do dwójki, która nie odpuściła (być może Lee przebywał przy barze dobre pięć minut), złapał za rękę ciemnowłosego. Właśnie za tą, gdzie trzymał woreczek z nieznaną zawartością. Najłatwiej byłoby to rozsypać, jednocześnie się pozbywając. No ale, nie było mu to dane, ponieważ mężczyzna zwrócił na niego spojrzenie. Najwyraźniej domyślał się, co ten chciał zrobić. Burknięcie Azjaty, przewrócenie oczami i odpuścił, niechętnie kiwając głową.
- Chodź. Pójdziemy stąd. – powiadomił, wyprowadzając ich z tłumu, kierując się w stronę ringu. Rudowłosy dał się prowadzić bez żadnego problemu, cicho tylko mrucząc pod nosem. Odczuwał zmęczenie przez zawroty głowy. Zaczynało to męczyć, więc na nowo napił się wody. Miała mu pomóc, a zamiast tego, tylko wszystko pogorszyła i uczucie się nasiliło. Dlaczego? Nie wiedział. Jednak nie miał zamiaru się ruszać z miejsca, postanowił zostać i nie ruszać się, dokładnie obserwując, jak Black podchodzi do osoby zajmującej się bitwami. O czymś dyskutowali… a potem Silas wrócił na chwilę do Azjaty. – Chciałem to zrobić wcześniej, ale rozpocząłeś całą zabawę z Nullahem, więc teraz skorzystam, a później odwiozę Cię do domu. Tylko niczego nie przyjmuj, ani się nie wybieraj do baru, czy łazienki. – po tych słowach oddalił się do ringu, pozostawiając chłopaka samego sobie.
Minho stał i słuchał, jednocześnie opierając się o ścianę za sobą. Zapowiedź walki. Nie wiedział dokładnie z kim zmierzy się jego towarzysz, ale nawet nie było mu dane się dowiedzieć, jak nazywa się tamta istota, gdyż po kilku minutach przed jego oczami zrobiło się czarno. Słyszał tylko głosy w tle, dopingujące walczącym… i to było wszystko.
Silas?
31.01.2020
29.01.2020
Od Elizabeth CD Jaerima
Oparta o drzwi samochodu nieznajomych, patrzyłam półprzytomnie na siedzącego obok chłopaka. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego moją obecnością, ale byłam zbyt pijana, by się tym faktem przejmować. Jednak coś innego nie dawało mi spokoju.
- Co jedzą koty? Oprócz takich swoich karm. Mogą pić ciepłe mleko? Koty piją mleko… to na pewno ciepłe też mogą, prawda? - spytał nagle srebrnowłosy chłopak, wyrzucając z siebie słowa serią, jak z karabinu maszynowego. Chyba nawet nie brał oddechu między kolejnymi zdaniami. Mimowolnie przewróciłam oczami. A gdy nasze spojrzenia spotkały się, chłopak, ze słyszalną w głosie irytacją, zapytał: - Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz?
Gdybym była trzeźwa, od razu skuliłabym się na tak ostre słowa. Jednak że byłam w stanie, w jakim byłam... Odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją o zimną szybę, cały czas jednak utrzymując kontakt wzrokowy z jasnowłosym.
- Możesz mu dać cokolwiek - mruknęłam, w pewien, pewnie tylko mi zrozumiały, sposób odpowiadając na zadane pytanie. - A najlepiej wysadzić go w pierwszym dogodnym momencie.
- Razem z tobą? - warknął chłopak, jeszcze bardziej przyciskając domniemane zwierzę do piersi. Zbyt ludzkie oczy w kociej głowie popatrzyły na mnie z pewnym wyrzutem i błyskiem, jakby chciał mi przekazać "zamknij się". - Też znaleźliśmy cię na ulicy i równie dobrze znowu możesz tam wylądować!
Zaśmiałam się lekko, śmiechem pozbawionym wesołości. Ale szybko musiałam zamilknąć, bo poczułam, jak treść żołądka ponownie podnosi mi się do gardła. Zamknęłam szybko oczy, starając się odzyskać panowanie nad organizmem. Po chwili minęło.
- Ja przynajmniej nie udaję słodkiego kotka, żeby cichaczem włamać się do twojego domu - mruknęłam.
- Ona zwariowała - krzyknął chłopak, pewnie do swojego towarzysza siedzącego za kierownicą. Zbyt głośny jak na tak małą przestrzeń i moje wilcze zmysły dźwięk wręcz boleśnie wbił się w moje uszy. Skrzywiłam się odruchowo.
- Jae, bądź dla niej milszy - odpowiedział wyższy spokojnym, wręcz kojącym tonem. - Zobacz, w jakim jest stanie. Nie wie, co mówi.
Nadal wbijałam wzrok w kota, zastanawiając się, czy jego jedynym celem jest znalezienie domu. Stałego dostępu do jedzenia. Czy może... chodzi o coś więcej. Nie wydawał się zadowolony z siebie, jak to zwykle bywało w przypadku innych z jego gatunku, którzy, nie mając domu, udawali czyjeś pupilki, by załapać się na darmowe żarcie i ciepły kąt do spania. Nie podobal mi się.
- To nie jest kot, Jae - imię chłopaka wymówiłam prawie, jak przekleństwo.
- To niby co? Pies? - jasnowłosy się zaśmiał, ponownie zaczynając drapanie "zwierzaka" za uchem.
- Zmiennokształtny - wzruszyłam ramionami. - Nawet nie pachnie jak kot.
Wspomniany nadnaturalny w ciele niegroźnego zwierzaka domowego natychmiast zesztywniał, po czym powoli odwrócił na mnie wzrok. Z pewnym przerażeniem. Widać za bardzo cuchnęłam alkoholem, tytoniem i innymi substancjami, którymi ja lub ludzie z mojego otoczenia raczyliśmy się w klubie, by dało się ode mnie wyczuć zapach wilkołaka. Z resztą, niewprawione nosy zwykle zakładały po prostu, że zapach bierze się stąd, że mamy w domu psy. Podstawowy błąd, który tego tu osobnika mógł dziś wiele kosztować.
- Skąd możesz wiedzieć, jak pachnie, skoro jedyne, co mozna teraz wyczuć w tym samochodzie, to smród twoich wymiocin - chłopak ewidentnie nie był zadowolony, że jego większy, i zapewne również starszy, kolega zaproponował, że mnie podwiozą. Nawet nie próbował tej jawnej niechęci do mnie jakoś zatuszować.
Ale, z drugiej strony, miał rację. Kim byłam, żeby mi pomagać? Mniej problemów bym narobiła, jakby mnie zostawili na tej ulicy. W końcu ktoś by mnie znalazł, albo sama wróciłabym jakoś do domu. Przecież mogłam próbować łapać taksówkę...
- To po prostu nie jest kot - westchnęłan, odwracając się od chłopaka, starając się już na niego nie patrzeć. Kim ja byłam, żeby mówić mu, co ma robić.
Jaerim?
- Co jedzą koty? Oprócz takich swoich karm. Mogą pić ciepłe mleko? Koty piją mleko… to na pewno ciepłe też mogą, prawda? - spytał nagle srebrnowłosy chłopak, wyrzucając z siebie słowa serią, jak z karabinu maszynowego. Chyba nawet nie brał oddechu między kolejnymi zdaniami. Mimowolnie przewróciłam oczami. A gdy nasze spojrzenia spotkały się, chłopak, ze słyszalną w głosie irytacją, zapytał: - Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz?
Gdybym była trzeźwa, od razu skuliłabym się na tak ostre słowa. Jednak że byłam w stanie, w jakim byłam... Odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją o zimną szybę, cały czas jednak utrzymując kontakt wzrokowy z jasnowłosym.
- Możesz mu dać cokolwiek - mruknęłam, w pewien, pewnie tylko mi zrozumiały, sposób odpowiadając na zadane pytanie. - A najlepiej wysadzić go w pierwszym dogodnym momencie.
- Razem z tobą? - warknął chłopak, jeszcze bardziej przyciskając domniemane zwierzę do piersi. Zbyt ludzkie oczy w kociej głowie popatrzyły na mnie z pewnym wyrzutem i błyskiem, jakby chciał mi przekazać "zamknij się". - Też znaleźliśmy cię na ulicy i równie dobrze znowu możesz tam wylądować!
Zaśmiałam się lekko, śmiechem pozbawionym wesołości. Ale szybko musiałam zamilknąć, bo poczułam, jak treść żołądka ponownie podnosi mi się do gardła. Zamknęłam szybko oczy, starając się odzyskać panowanie nad organizmem. Po chwili minęło.
- Ja przynajmniej nie udaję słodkiego kotka, żeby cichaczem włamać się do twojego domu - mruknęłam.
- Ona zwariowała - krzyknął chłopak, pewnie do swojego towarzysza siedzącego za kierownicą. Zbyt głośny jak na tak małą przestrzeń i moje wilcze zmysły dźwięk wręcz boleśnie wbił się w moje uszy. Skrzywiłam się odruchowo.
- Jae, bądź dla niej milszy - odpowiedział wyższy spokojnym, wręcz kojącym tonem. - Zobacz, w jakim jest stanie. Nie wie, co mówi.
Nadal wbijałam wzrok w kota, zastanawiając się, czy jego jedynym celem jest znalezienie domu. Stałego dostępu do jedzenia. Czy może... chodzi o coś więcej. Nie wydawał się zadowolony z siebie, jak to zwykle bywało w przypadku innych z jego gatunku, którzy, nie mając domu, udawali czyjeś pupilki, by załapać się na darmowe żarcie i ciepły kąt do spania. Nie podobal mi się.
- To nie jest kot, Jae - imię chłopaka wymówiłam prawie, jak przekleństwo.
- To niby co? Pies? - jasnowłosy się zaśmiał, ponownie zaczynając drapanie "zwierzaka" za uchem.
- Zmiennokształtny - wzruszyłam ramionami. - Nawet nie pachnie jak kot.
Wspomniany nadnaturalny w ciele niegroźnego zwierzaka domowego natychmiast zesztywniał, po czym powoli odwrócił na mnie wzrok. Z pewnym przerażeniem. Widać za bardzo cuchnęłam alkoholem, tytoniem i innymi substancjami, którymi ja lub ludzie z mojego otoczenia raczyliśmy się w klubie, by dało się ode mnie wyczuć zapach wilkołaka. Z resztą, niewprawione nosy zwykle zakładały po prostu, że zapach bierze się stąd, że mamy w domu psy. Podstawowy błąd, który tego tu osobnika mógł dziś wiele kosztować.
- Skąd możesz wiedzieć, jak pachnie, skoro jedyne, co mozna teraz wyczuć w tym samochodzie, to smród twoich wymiocin - chłopak ewidentnie nie był zadowolony, że jego większy, i zapewne również starszy, kolega zaproponował, że mnie podwiozą. Nawet nie próbował tej jawnej niechęci do mnie jakoś zatuszować.
Ale, z drugiej strony, miał rację. Kim byłam, żeby mi pomagać? Mniej problemów bym narobiła, jakby mnie zostawili na tej ulicy. W końcu ktoś by mnie znalazł, albo sama wróciłabym jakoś do domu. Przecież mogłam próbować łapać taksówkę...
- To po prostu nie jest kot - westchnęłan, odwracając się od chłopaka, starając się już na niego nie patrzeć. Kim ja byłam, żeby mówić mu, co ma robić.
Jaerim?
Od Jughead'a do Natalie
Byłem wściekły, wszystko co do tej pory mnie spotkało to była jego wina. Odpaliłem motocykl i wziąłem Hot Dog'a po czym ruszyłem pozwiedzać okolicę. Decyzja jaką podjąłem kilka dni temu była ciężka, nie miałem kasy ani pomocy ze strony rodziny. Jedyne co mi zostało to mój motocykl i pies. Już nie raz żyłem jak bezdomny a tułaczka nie była niczym nowym. Przejeżdżałem obok złomowiska i właśnie tam zobaczyłem starą przyczepę. Nie była zbyt wiele warta, myślę że nawet gdybym ją ukradł nikt by nie ubolewał. Sam nie byłem w stanie jej stamtąd wyciągnąć. Wpadłem na pewien plan.
Trzy dni później zabrałem się za odnowienie swojego nowego lokum. Byłem z siebie zadowolony, Hot Dog wydawał się również szczęśliwy że już nie musimy marznąć w jakichś opuszczonych ruinach. Udało mi się złożyć papiery do jednej ze szkół gdzie o dziwno zostałem przyjęty. Zmęczony i z pustymi brzuchem położyłem się spać.
Budzik zadzwonił o piątej rano a ja zerwałam się i jak najszybciej ogarnąłem. Wyszedłem z psem na spacer przy okazji rozejrzałem się po okolicy nie była taka zła. Po powrocie zabrałem plecak i zamknąłem przyjaciela w przyczepie po czym wsiadłem na motocykl i pojechałem prosto do szkoły.
Jak zawsze wiązało się to z ogromnym stresem postanowiłem trzymać się planu i nie zwracać na siebie uwagi. Siadałem z dala od wszystkich najczęściej sam gdzieś na końcu klasy. Na przerwach nie rozstawałem się że słuchawkami. Na moje szczęście udało mi się przetrwać ten dzień i nawet zawinąć trochę kasy kilku uczniom nie żucając się w oczy. Po powrocie wziąłem Hot Dog'a na spacer i udałem się do jednej z restauracji na szczęście mogłem usiąść z psem w środku. Zamówiłem sobie hamburgera i frytki. Na szczęście starczyło mi na styk aby zapłacić. Siedziałem i odrabiałem lekcje pies leżał spokojnie pod stołem i smacznie spał. Gdy kelnerka przynosiła zamówienie psiak poderwał się i zaczął ją obwąchiwać po czym wydawać z siebie dziwne dźwięki.
- Przepraszam za niego - wziąłem psa na ręce odciągając od kobiety.
- Spokojnie, nic się nie stało lubię psy a ten jest całkiem uroczy.
- Tak, jak nie chrapie - zaśmiałem się.
Dziewczyna tylko uśmiechnęła się po czym wróciła do swojej pracy a ja zaspokoiłem głód. Nie chciało mi się wracać do przyczepy wienc siedziałem nad książkami aż do zamknięcia restauracji.
Tak właśnie wyglądał mój każdy dzień od kilku tygodniu przychodziłem tutaj po szkole i siedziałem do samego końca. Tym razem gdy kelnerka podawała mi posiłek Hit Dog ja zignorował chyba już przywykł do tej kobiety na tyle, że nie wzbudzała już jego zainteresowania.
- Jak się nazywa nasz stały klient ?
- Jestem Jughed Jones a to jest Hot Dog.
- Nie masz nic lepszego niż siedzenie tutaj całymi dniami ?
- Chyba nie skoro to robię - uśmiechnąłem się.
Tego dnia gdy wyszedłem czekałem kilka minut za kelnerką która często mnie obsługiwała. Gdy wyszła postanowiłem podejść.
- Mogę poznać twoje imię ?
- Natalie.
- Miło poznać - ponownie uśmiechnąłem się do dziewczyny.
- Znamy się jesteś tutaj codziennie.
- Racja ale dopiero dzisiaj poznaliśmy nasze imiona. - stwierdziłem.
- No coś nie dostaniesz za to żadnych zniżek.
- Może Cię odprowadzić ?
- Nie trzeba.
- To może podwozie ?
Natalie ?
28.01.2020
Od Silasa CD Minho
Przez pewien czas zastanawiałem się, czy przed udaniem się do klubu Nullaha nie wpaść w odwiedziny do Callanthii. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, uznając, że jeśli jej podejście do interesów zmieniło się do tego stopnia, o jakim mówili faceci z baru, to zamiast oczyścić sobie drogę do zemsty, mogę sobie tylko robotę utrudnić. W końcu C mogła ostrzec swojego dilera, że na niego poluję. A wtedy by mi zniknął. Znowu.
Dlatego, gdy dwa dni po burdzie w barze, udaliśmy się w końcu z Minho do klubu, musiałem brać pod uwagę dodatkowe przeszkody w postaci silnorękich na usługach Call. Nie mogłem zabrać ze sobą zbyt wiele broni. Zakładanie cienistej zbroi także nie miało sensu, bo poza ochronieniem mnie przed atakami tylko mi wadziła, gdy przebywałem w ludzkiej postaci.
Podsumowując - jakoś szczególnie dobrze przygotowany nie byłem. Jednak grunt, żeby Minho nic się nie stało, bo miałbym go na sumieniu. Plan był taki, że w razie czego zasłonię go własnym ciałem. Chwilę poboli, ale generalnie nic mi nie będzie. On mógłby zginąć.
- Silas... - usłyszałem szept Minho, gdy zbliżaliśmy się już do wejścia. - A kim tak w zasadzie jest osoba, która wysłała mi tą wiadomość?
- W tym akurat przypadku im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - odpowiedziałem, również ściszonym głosem. Nie łudziłem się: jeden z dwóch mężczyzn przy wejściu był wilkołakiem, gdyby chciał, na pewno usłyszałby naszą wymianę zdań. Ale przyciszony ton w tłumie zwykle mniej zwracał uwagę.
Nim z ust Rudego zdążyła paść jakaś riposta na moją uwagę, nadeszła nasza kolej na wejście do klubu. Machnąłem bramkarzom przed oczami zaproszeniem, które dostałem. Bez zbędnych pytań nas puścili.
Chwilę zajęło nam przeciśnięcie się przez wypełniający klub tłum. Widać cieszył się wyjątkowym powodzeniem. Ciekawe, jak długo.
- Teraz zniknę z widoku, ale cały czas będę w pobliżu - mruknąłem przy uchu Minho, gdy w tłumie, daleko przed nami, mignął mi Nullah. Nie mogłem ryzykować, że mnie zobaczy. Odłączyłem się od Rudego, znikając w gęstym tłumie wypełniający lokal. Mogliśmy mieć problem z szybką ewakuacją, już po fakcie. Nie widziałem żadnych nieobstawionych drzwi, ale jeśli uda nam się nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużej liczby osób, nie powinniśmy mieć problemu z wyjściem. W końcu co chwilę ktoś tu wchodził lub stąd wychodził.
Ruszyłem przez tłum nadnaturalnych w kierunku ringu, starając się unikać bezpośredniego kontaktu z mijanymi osobami i jednocześnie nie stracić Minho z oczu. Nie chciałem ryzykować wystąpienia wyładowań elektrycznych, które niemal zawsze przeskakiwały między mną a skórą dotkniętej przeze mnie istoty. Co, nawet jeśli nie było charakterystyczne, na pewno zwracało niepotrzebną uwagę.
Gdy w końcu dotarłem pod ring, dość szybko wypatrzyłem osobę, która wyglądała jak bukmacher, spisujący zakłady do walk. Podszedłem do niego i poklepałem w ramię, by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Przyjmujesz zakłady? - zapytałem, a gdy mężczyzna skinął głową, kontynuowałem. - Czy mogę postawić na siebie, a potem wziąć udział w pojedynku?
Facet zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na zeszyt, który trzymał i coś w nim zapisał.
- Można - mruknął, schrypniętym od krzyku głosem. - Pańska godność?
- Aaron Black - osób o nazwisku "Black" jest dużo, nie powinno więc zwrócić uwagi. A mojego drugiego imienia Nullah nie znał, wątpliwe było, żeby skojarzył.
Bukmacher naskrobał coś w swoim zeszyciku.
- Ile pan stawia?
- A jaka jest teraz pula?
Zamarł, z długopisem nad kartką. Powoli przeniósł na mnie wzrok, na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Po czym nabazgrolił jakąś sumę. Z dużą liczbą zer na końcu.
- Żadnej magii - burknął bukmacher, wskazując mi skinięciem ring.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko.
Jednak nie zdążyłem wcielić planu z walką w życie, bo w okolicy, gdzie wcześniej kręcił się Nullah, wynikło jakieś zamieszanie. Ze względu na swój wzrost nie musiałem zbytnio się wychylać, żeby ponad tłumem zobaczyć, co się stało.
Widać Minho dopchał się do naszego kolegi szybciej, niż przypuszczałem.
- Ym... jednak przepraszam na chwilę - rzuciłem do bukmachera, rozpoczynając już przeciskanie się przez tłum. - Zaraz wracam!
Usłyszałem za sobą, jak mężczyzna wzdycha ciężko z niejaką irytacją, po czym długopisem kilkakrotnie energicznie przesuwa po papierze. Oho. Chyba stracił nadzieję, że będę walczył. Nie mogłem go winić. Z dużym prawdopodobieństwem nie będzie mi to już dane, skoro Minho już teraz zaczął rozróbę.
Dotarłem na miejsce akurat w momencie, gdy gromadka nadnaturalnych zgromadzonych w okół Nullaha, wraz z samym zainteresowanym, rzucili się na Minho. Niemal w ostatniej chwili dopadłem chłopaka, zasłaniając go własnym ciałem i przy okazji sprawnie przejmując od niego woreczek z narkotykiem. Nieszczególnie obchodziło mnie, jakim, ale widać dość cennym, gdyż tłum wokół nas momentalnie zamarł. Albo to w reakcji na moje nagłe pojawienie się. Względnie obydwa powody były trafne.
- Silas - pisnął Nullah. Wszedł przy tym w tak wysokie tony, że nie jedna śpiewaczka operowa mogłaby mu pozazdrościć. - Co... Jak...
- Doskonale wiesz, że mam znajomości - uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, ja też mam - mruknął, rozglądając się dookoła z pewną dozą strachu. Jednak tym razem otaczający nas tłum działał na naszą korzyść, bo nie bardzo miał gdzie uciec.
- Ach, wiem. Jesteś nowym pupilkiem Call - westchnąłem lekko, zataczając ręką z woreczkiem krąg w powietrzu. - Pogorszył jej się ostatnio gust, muszę przyznać.
Nullah zbladł. Pewnie nic nie wiedział o moich znajomościach z Callanthią. Cóż, jego problem, nie mój.
- Silas, ja naprawdę... Ja oddam ci te pieniądze - mruknął, mając chyba jakąś złudną nadzieję, że otaczający nas nadnaturalni tego nie usłyszą. Był w błędzie. Jeszcze nim echo tych słów wybrzmiało, już rozległy się wokół nas szepty. "Co? Nie zapłacił mu?"
Dla ciekawskich, skąd takie oburzenie - waluta jest tym, co w półświatku liczy się najbardziej. Tak samo jak wszelkiego rodzaju umowy. A złamanie ich... cóż. Jeśli nie pozbyłeś się osoby, którą okantowałeś, z tego ziemskiego padołu, to musiałeś liczyć się z tym, że może wrócić, by żądać zapłaty. I, o dziwo, nikt w razie konfrontacji nie stanie po stronie kantującego...
- W zasadzie t już ich nie chcę - machnąłem lekceważąco ręką. Po czym nachyliłem się, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. - Ale nie zmienia to faktu, że mnie wkurwiłeś. A jeśli myślisz, że kilku wieczna istota zapomni o sytuacji zaledwie po kilku latach... Cóż ci mogę powiedzieć, Nullah. Jesteś w błędzie - ostatnie słowa wręcz wywarczałem.
I wtedy poczułem, jak chłopak za mną zamarł. Przełknął głośno ślinę,a mi przez myśl przeszło pytanie - o co mu chodzi? Ale rzut oka za plecy wystarczył, by się domyślić.
Określenie "kilku wieczna istota" w odniesieniu do mnie chyba go trochę... bardzo zbiło z tropu.
Ups?
Minho?
Dlatego, gdy dwa dni po burdzie w barze, udaliśmy się w końcu z Minho do klubu, musiałem brać pod uwagę dodatkowe przeszkody w postaci silnorękich na usługach Call. Nie mogłem zabrać ze sobą zbyt wiele broni. Zakładanie cienistej zbroi także nie miało sensu, bo poza ochronieniem mnie przed atakami tylko mi wadziła, gdy przebywałem w ludzkiej postaci.
Podsumowując - jakoś szczególnie dobrze przygotowany nie byłem. Jednak grunt, żeby Minho nic się nie stało, bo miałbym go na sumieniu. Plan był taki, że w razie czego zasłonię go własnym ciałem. Chwilę poboli, ale generalnie nic mi nie będzie. On mógłby zginąć.
- Silas... - usłyszałem szept Minho, gdy zbliżaliśmy się już do wejścia. - A kim tak w zasadzie jest osoba, która wysłała mi tą wiadomość?
- W tym akurat przypadku im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - odpowiedziałem, również ściszonym głosem. Nie łudziłem się: jeden z dwóch mężczyzn przy wejściu był wilkołakiem, gdyby chciał, na pewno usłyszałby naszą wymianę zdań. Ale przyciszony ton w tłumie zwykle mniej zwracał uwagę.
Nim z ust Rudego zdążyła paść jakaś riposta na moją uwagę, nadeszła nasza kolej na wejście do klubu. Machnąłem bramkarzom przed oczami zaproszeniem, które dostałem. Bez zbędnych pytań nas puścili.
Chwilę zajęło nam przeciśnięcie się przez wypełniający klub tłum. Widać cieszył się wyjątkowym powodzeniem. Ciekawe, jak długo.
- Teraz zniknę z widoku, ale cały czas będę w pobliżu - mruknąłem przy uchu Minho, gdy w tłumie, daleko przed nami, mignął mi Nullah. Nie mogłem ryzykować, że mnie zobaczy. Odłączyłem się od Rudego, znikając w gęstym tłumie wypełniający lokal. Mogliśmy mieć problem z szybką ewakuacją, już po fakcie. Nie widziałem żadnych nieobstawionych drzwi, ale jeśli uda nam się nie zwracać na siebie uwagi zbyt dużej liczby osób, nie powinniśmy mieć problemu z wyjściem. W końcu co chwilę ktoś tu wchodził lub stąd wychodził.
Ruszyłem przez tłum nadnaturalnych w kierunku ringu, starając się unikać bezpośredniego kontaktu z mijanymi osobami i jednocześnie nie stracić Minho z oczu. Nie chciałem ryzykować wystąpienia wyładowań elektrycznych, które niemal zawsze przeskakiwały między mną a skórą dotkniętej przeze mnie istoty. Co, nawet jeśli nie było charakterystyczne, na pewno zwracało niepotrzebną uwagę.
Gdy w końcu dotarłem pod ring, dość szybko wypatrzyłem osobę, która wyglądała jak bukmacher, spisujący zakłady do walk. Podszedłem do niego i poklepałem w ramię, by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Przyjmujesz zakłady? - zapytałem, a gdy mężczyzna skinął głową, kontynuowałem. - Czy mogę postawić na siebie, a potem wziąć udział w pojedynku?
Facet zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na zeszyt, który trzymał i coś w nim zapisał.
- Można - mruknął, schrypniętym od krzyku głosem. - Pańska godność?
- Aaron Black - osób o nazwisku "Black" jest dużo, nie powinno więc zwrócić uwagi. A mojego drugiego imienia Nullah nie znał, wątpliwe było, żeby skojarzył.
Bukmacher naskrobał coś w swoim zeszyciku.
- Ile pan stawia?
- A jaka jest teraz pula?
Zamarł, z długopisem nad kartką. Powoli przeniósł na mnie wzrok, na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Po czym nabazgrolił jakąś sumę. Z dużą liczbą zer na końcu.
- Żadnej magii - burknął bukmacher, wskazując mi skinięciem ring.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się lekko.
Jednak nie zdążyłem wcielić planu z walką w życie, bo w okolicy, gdzie wcześniej kręcił się Nullah, wynikło jakieś zamieszanie. Ze względu na swój wzrost nie musiałem zbytnio się wychylać, żeby ponad tłumem zobaczyć, co się stało.
Widać Minho dopchał się do naszego kolegi szybciej, niż przypuszczałem.
- Ym... jednak przepraszam na chwilę - rzuciłem do bukmachera, rozpoczynając już przeciskanie się przez tłum. - Zaraz wracam!
Usłyszałem za sobą, jak mężczyzna wzdycha ciężko z niejaką irytacją, po czym długopisem kilkakrotnie energicznie przesuwa po papierze. Oho. Chyba stracił nadzieję, że będę walczył. Nie mogłem go winić. Z dużym prawdopodobieństwem nie będzie mi to już dane, skoro Minho już teraz zaczął rozróbę.
Dotarłem na miejsce akurat w momencie, gdy gromadka nadnaturalnych zgromadzonych w okół Nullaha, wraz z samym zainteresowanym, rzucili się na Minho. Niemal w ostatniej chwili dopadłem chłopaka, zasłaniając go własnym ciałem i przy okazji sprawnie przejmując od niego woreczek z narkotykiem. Nieszczególnie obchodziło mnie, jakim, ale widać dość cennym, gdyż tłum wokół nas momentalnie zamarł. Albo to w reakcji na moje nagłe pojawienie się. Względnie obydwa powody były trafne.
- Silas - pisnął Nullah. Wszedł przy tym w tak wysokie tony, że nie jedna śpiewaczka operowa mogłaby mu pozazdrościć. - Co... Jak...
- Doskonale wiesz, że mam znajomości - uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, ja też mam - mruknął, rozglądając się dookoła z pewną dozą strachu. Jednak tym razem otaczający nas tłum działał na naszą korzyść, bo nie bardzo miał gdzie uciec.
- Ach, wiem. Jesteś nowym pupilkiem Call - westchnąłem lekko, zataczając ręką z woreczkiem krąg w powietrzu. - Pogorszył jej się ostatnio gust, muszę przyznać.
Nullah zbladł. Pewnie nic nie wiedział o moich znajomościach z Callanthią. Cóż, jego problem, nie mój.
- Silas, ja naprawdę... Ja oddam ci te pieniądze - mruknął, mając chyba jakąś złudną nadzieję, że otaczający nas nadnaturalni tego nie usłyszą. Był w błędzie. Jeszcze nim echo tych słów wybrzmiało, już rozległy się wokół nas szepty. "Co? Nie zapłacił mu?"
Dla ciekawskich, skąd takie oburzenie - waluta jest tym, co w półświatku liczy się najbardziej. Tak samo jak wszelkiego rodzaju umowy. A złamanie ich... cóż. Jeśli nie pozbyłeś się osoby, którą okantowałeś, z tego ziemskiego padołu, to musiałeś liczyć się z tym, że może wrócić, by żądać zapłaty. I, o dziwo, nikt w razie konfrontacji nie stanie po stronie kantującego...
- W zasadzie t już ich nie chcę - machnąłem lekceważąco ręką. Po czym nachyliłem się, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. - Ale nie zmienia to faktu, że mnie wkurwiłeś. A jeśli myślisz, że kilku wieczna istota zapomni o sytuacji zaledwie po kilku latach... Cóż ci mogę powiedzieć, Nullah. Jesteś w błędzie - ostatnie słowa wręcz wywarczałem.
I wtedy poczułem, jak chłopak za mną zamarł. Przełknął głośno ślinę,a mi przez myśl przeszło pytanie - o co mu chodzi? Ale rzut oka za plecy wystarczył, by się domyślić.
Określenie "kilku wieczna istota" w odniesieniu do mnie chyba go trochę... bardzo zbiło z tropu.
Ups?
Minho?
26.01.2020
Jughead Jones
Może się boje , że zostanę zraniony lub odrzucony za bycie sobą
AUTOR|| Cole Sprouse
DANE || Jughead Jones
WIEK || 21 lat
Od Kangsoo CD Hime
Siedział na ławce nieco pochylony. Obserwował przez pewien czas Sally, która chodziła koło ławki i coś wąchała. W przeciwieństwie do niej Alex leżał z boku i wpatrywał się w tylko sobie znany punkt, co jakiś czas spoglądając na miejsce, gdzie leżała wiewiórka. Kangsoo wziął głęboki wdech. No nieźle... A myślał, że to będzie spokojny dzień.
Wyprostował się, przekładając smycze z jednej ręki do drugiej. Odwrócił głowę, spojrzał na Hime. Kobieta siedziała zapatrzona w swój lewy nadgarstek, który delikatnie masowała. Miała nieco skrzywiony wyraz twarzy, co dopełniło ciche westchnięcie z jej strony. Koreańczyk zmierzył ją wzrokiem.
- Nadal boli? - zapytał z troską.
Hime zamrugała, jakby właśnie ocknęła się z transu. Odwróciła głowę, podniosła na niego wzrok. Jakiś czas się wahała, być może zastanawiała się nad odpowiedzią, w końcu jednak oparła:
- Nie jest tak źle. Dam radę - dodała tuż po chwili.
Wypowiedź ta jakoś nie brzmiała przekonująco w uszach Kangsoo. Przyjrzał się jej uważnie, myśląc, że powinien coś zrobić. Tylko co? Czuł chęć udzielenia pomocy. Niestety, nie wiedział, jak to zrobić. Nie był lekarzem, też ból to nie był typem urazu, który mógłby opatrzyć czy coś w tym stylu. Zwilżył językiem usta, opierając się o oparcie ławki. Zaczął rozglądać się po okolicy.
Wtem coś przyszło mu do głowy. Wyprostował się nagle, co zwróciło uwagę Hime, która posłała mu pytające spojrzenie.
- W pobliżu jest apteka, może pójdę kupić jakieś tabletki przeciwbólowe? - spytał.
W oczach Hime pojawił się pewien błysk. Patrzyła chwilę na Koreańczyka z wyrazem twarzy trudnym do opisania, aczkolwiek było w nim coś pozytywnego. Już nawet Kangsoo myślał, że przystanie na tę propozycję. Ku jednak jego niewielkiemu zdziwieniu, usłyszał odpowiedź:
- Nie trzeba.
Kobieta przestała masować nadgarstek.
- Naprawdę, nie boli aż tak bardzo - powiedziała z nutą niepewności w głosie. - Już i tak wiele dla mnie zrobiłeś, więc nie chcę, żebyś mi jeszcze leki kupował.
- A tam, też mi wyczyn. - Machnął niezgrabnie ręką. - Jedynie zgodziłem się na pójście z tobą na ślub twojego kuzyna.
Hime spojrzała na niego, na moment się krzywiąc.
- Po prostu nie chcę ci być dłużna - rzekła po chwili namysłu.
Kangsoo popatrzył na nią, przechylając głowę odrobinę na bok. Milczał, lecz po pewnym czasie cicho westchnął, na jego twarz wstąpił delikatny uśmiech.
- Nie pomagam ci, bo oczekuję, że któregoś dnia mi się odwdzięczysz - powiedział spokojnie. - To żadna pomoc. To bardziej jak taki układ. - Oparł się o ławkę, zaczął bawić się smyczami. - Gdy człowiek naprawdę pomaga, to nie myśli sobie, że pomoże, a wtedy tamta osoba pomoże jemu. Pomaga, bo czuje, że tak powinien postąpić. I ja tak właśnie robię. - Spojrzał na Hime. - Nie chcę, byś ty mi potem pomogła. Po prostu wykonuję dobry uczynek.
Uśmiechnął się nieco szerzej, mrużąc przy tym oczy.
Hime?
trochę krótkie i ten, wybacz
25.01.2020
Od Kangsoo CD Liama
Podniósł głowę, spojrzał prosto w oczy Liama, szybko jednak odbiegł wzrokiem gdzieś na bok. Przygryzając dolną wargę, zaczął spoglądać w tylko sobie znany punkt. Już od początku znajomości z Liamem wiedział, że jeśli się zakolegują, to pewnego dnia padnie pytanie o pierścień, wcześniej czy później. Zawsze tak było. I zawsze był to dla niego trudny moment. Pierścień psuł niemal wszystkie relacje, gdy inni dowiadywali się, kim dokładnie był, pojawiało się w ich oczach to spojrzenie mówiące: Czyli można go kontrolować. Strasznie go nie lubił. Dlatego właśnie nie chciał mówić o sobie. A gdy się wydało, to często znajomość się kończyła. Na tyle bał się dalszego rozwoju sytuacji, że urywał kontakt, nierzadko też uciekał. Tak właśnie zakończyła się jego długa znajomość z Sungkoonem. Dobrze wiedział, że źle postąpił. Ale nie wiedział, co z tym zrobić, przez co cały czas zwlekał.
Czy powiedzieć?
To pytanie nieustannie krążyło po jego umyśle. Naprawdę się wahał. Niby już znał trochę Liama, niby szybko się zaprzyjaźnili. Ale czy to oznaczało, że mógł się ujawnić? Czy mógł mieć pewność, że mężczyzna nie będzie chciał go wykorzystać? Nie wiedział, nie miał bladego pojęcia, co go strasznie irytowało. Już od jakiegoś czasu czuł potrzebę powiedzenia o tym komuś, wyjawienia prawdy. Chciał móc komuś swobodnie się wyżalić, ponarzekać, jakie jego życie jest ciężkie i usłyszeć pocieszające słowa, że nie jest tak źle, że jakby co, to może liczyć na pomoc. Właśnie z tego powodu chciał powiedzieć prawdę.
Spuścił głowę, spojrzał na pierścień. Zaczął go obracać ręką na palcu raz w jedną, raz w drugą stronę.
- Nie jest - wolno powiedział.
Liam uniósł brwi na te słowa. Spojrzał na Koreańczyka, chwilę później powrócił wzrokiem na drogę.
- Czyli jest magiczny? - zadał kolejne pytanie nieco swobodniej, ale dalej było słychać w głosie pewną ostrożność.
- Powiedzmy.
Otworzył usta, lecz nic więcej nie powiedział. Czuł się, jakby głos mu nagle utknął w gardle i nie mógł się wydostać. W głębi duszy nadal się wahał. Zmrużył nieco oczy. Próbował uspokoić siebie w myślach. Nie znam Liama długo... Jeśli pójdzie źle, to rozstanie nie zaboli tak bardzo. Mimo tych słów dobrze wiedział, że nie będzie łatwo.
- Co takiego robi? - następne pytanie od Liama.
- Daje kontrolę - z pewnym zawahaniem odparł Kangsoo.
- Nad czym?
- Nade mną.
Na te słowa Liam otworzył szeroko oczy. Odwrócił głowę, spojrzał na Kangsoo, nie ukrywając zaskoczenia. Patrzył tak na niego, szybko jednak spojrzał na drogę. Zatrzymał się, bowiem akurat tuż przed nimi światło sygnalizacji zmieniło się na czerwone. Znów popatrzył na Koreańczyka.
- Jak to? - w jego głosie dało się wykryć oszołomienie. - Pierścień daje kontrolę nad tobą?
- No tak to działa - odpowiedział Kangsoo, czując napływający stres. - Ten, kto założy ten pierścień, przejmuje nade mną kontrolę.
- I co może zrobić?
- Wszystko. Cokolwiek rozkaże, ja to muszę wykonać. Nawet nie mogę się sprzeciwić!
W tym momencie emocje zaczęły w nim buzować. Wreszcie komuś o tym mówił, jednak nie była to spokojna rozmowa ani nic z tych rzeczy. Stres mieszał się z niepewnością, obawą, ale też i pewną ulgą, która to najbardziej powodowała, że chciał mówić więcej i więcej. Wyżalić się i wreszcie wyrzucić to z siebie.
- Jestem Niebiańskim Sługą, sensem mojego istnienia jest służenie osobie, która nosi mój pierścień. Nie mogę mieć tutaj własnego zdania, ponieważ nic to nie da. Muszę się stawić na każde wezwanie mojego pana, robić wszystko, co mi każe i chronić go bezwarunkowo, nawet kosztem własnego zdrowia! - z każdą chwilą zaczynał mówić coraz szybciej, przez co pojawił się śmieszny koreański akcent. - Jak... Jak tak w ogóle można?! Zwykli słudzy mogą się sprzeciwić albo przejść na kompromis, a jak coś im się nie podoba, to mają szansę na ucieczkę. A ja nie! To nie tak, że ucieknę i wszystko będzie okej, dopóki osoba ma mój pierścień, jestem do niej przywiązany! I nawet nie ma żadnych ograniczeń, każdy może założyć mój pierścień, bo on jest magiczny i pasuje na każdy palec! A jakby tego było mało, to jeszcze przyciąga innych jak cholerny pierścień z Władca pierścieni! Ciągle żyję w stresie, do dzisiaj się zastanawiam, dlaczego pracuję w banku, miejscu, do którego codziennie przychodzi kupa ludzi!
Wziął kilka głębszych wdechów, spojrzał na Liama, który nieustannie się w niego wpatrywał z trudnym do określenia wyrazem twarzy. Ach, powiedziałem to wszystko! Spuścił głowę, schował twarz w rękach. Po chwili zabrał jedną dłoń, a drugą przejechał po włosach. Tak nagle zrobiło się w samochodzie duszno. Wziął kolejny głęboki wdech, próbując się uspokoić. Na darmo. W tym momencie miał ochotę wyjść i sobie pójść. Najlepiej jak najdalej stąd.
Liam?
24.01.2020
Od Pheobe CD Liama
Siedząc na zimnym chodniku, ukryta wśród śmietników zastanawiała się co dokładnie zaszło. Klienci Roberta nigdy nie byli w stosunku do niej agresywni. Dokładali wszelkich starań żeby zaimponować dziewczynie licząc na to, że będą mieli u niej szanse. Gdyby którykolwiek z nich zobaczył ją w tej chwili najprawdopodobniej rzuciłaby jej jakieś drobniaki pod nogi i oddalił się żeby przypadkiem za nim nie pobiegła.
– Możesz już wyjść, ma damo w opałach - wyczuła sarkazm, którym była przepełniona wypowiedz nieznajomego. Nie miała zamiaru zaczynać z nim sprzeczki. W końcu zawdzięczała mu życie. Zdjęła szpilki, w których nie miła siły już ustać i wyszła z ciemności. Wyglądała okropnie. Pies podarł nie tylko rajstopy ale i sukienkę. Teraz oczko na rajstopach prezentowało się w pełnej okazałości. Żeby tego było mało cała się wybrudziła, a włosy z pięknego upięcia zmieniły się w istną szopę.
– Dziękuję za - zaczęła jednak warczenie i szczekanie psa przerwało jej wypowiedź. - Za wszystko - mruknęła kiedy na chwile przestał. - Mogę pożyczyć telefon na sekundę? - licząc na to, że dzięki temu pozbędzie się problemu podał jej komórkę. Dziewczyna wybrała telefon do jednego z ochroniarzy ojca i poprosiła żeby po nią przyjechał. Zanim oddała smartfon wybawcy wpisała swój numer „Pheobe, dobra wróżka”.
– Dobra wróżka? - uniósł do góry jedną brew widocznie zdziwiony.
– Spełnię twoje trzy życzenia. Co tylko będziesz chciał. W końcu mogłeś mnie po prostu olać i zostawić na pastwę tych podludzi - wzruszyła ramionami poprawiając rozciętą sukienkę. - Dzwoń kiedy chcesz - i wtedy zauważyła czarny samochód, który zatrzymał się na chodniku. Wyszło z niego dwóch wysokich, umięśnionych i wytatuowanych mężczyzn. Adam i Harry. Podeszli do nich. Widząc w jakim stanie jest dziewczyna od razu zmierzyli wzrokiem nieznajomego. - Spokojnie. Uratował mi życie, tak. Gdyby nie on to jechalibyście do trupa.
– Dasz radę sama iść? - Adam widząc delikatnie zakrwawioną nogę chciał wziąć ją na ręce.
– Tak spokojnie. Podrzucić cię gdzieś? - spojrzała na wybawcę.
– Dokończę przerwany spacer. Nie wpadaj więcej w kłopoty, damo w opałach - sarkazm bijący od jego wypowiedzi dało się wyczuć na kilometr. Dziewczyna tylko westchnęła głośno i ruszyła do samochodu ze swoimi osiłkami.
Kiedy wróciła do posiadłości ojca jeszcze nie było. Rzuciła szpilki w korytarzu co obudziło śpiącego na sofie Connora i Arię. Obydwoje zerwali się na równe nogi. Piesek pobiegł przywitać swoją panią.
– Cześć kochanie. Stęskniłaś się za mamusią? - wzięła ją na ręce. - Mamusia za tobą bardzo - pocałowała ją w nosek i odłożyła na podłogę.
– To smutne, że psa witasz w ten sposób, a mnie totalnie olewasz - przyjaciel westchnął zmarnowany podchodząc do niej - poklepała go po ramieniu.
– Ojciec dzwonił?
– Zero kontaktu. Co się w ogóle stało? Wyglądasz jak bezdomna - rzuciła mu spojrzenie mówiące „jeszcze jedno słowo a przysięgam, że zaboli”.
– Nalej mi wody do wanny. Dużo piany proszę. Idę po wino - musiała się zrelaksować a to była najlepsza opcja. Connor licząc na to, że będzie mógł z nią posiedzieć i bezkarnie popatrzeć na jej cudowne ciało bez protestu poszedł do łazienki. Pheobe wyciągnęła z szafki w kuchni kieliszek i pierwsze lepsze wino, które w niej stało. Silna i niezależna sama je otworzyła, wypełniła nim kieliszek do połowy i na raz wypiła zawartość.
Na górze czekała na nią wanna pełna wody i piany wokół której stały zapalone świeczki.
– Jednak wiesz czego trzeba kobiecie. A teraz się odwróć. Grzecznie wykonał polecenie. Mogła się spokojnie rozebrać i wejść do wanny. Mężczyzna usiadł na ziemi opierając się o nią. Opowiedziała mu dokładnie co się stało. Fakt, że została uratowana przez innego mężczyznę bardzo mu się nie podobał.
– Następnym razem jadę z tobą.
– Nie będzie następnego razu. Nie wiem skąd ojciec wziął tych ludzi ale to był ostatni raz kiedy poszłam z nim na spotkanie. Teraz sama będę dobierać klientów - Connor dobrze wiedział, że to nie byli zwykli biznesmeni.
– Myślę nad założeniem własnej działalności. Jakaś agencja reklamowa na przykład.
– To nie taki zły pomysł. Ojciec ci na to pozwoli?
– To jest właśnie problem - westchnęła chowając twarz do połowy w wodzie. Posiedzieli tak jeszcze chwilę rozmawiając o wszystkim i o niczym dopóki woda w wannie nie zrobiła się zimna. Connor wyszedł z łazienki żeby dziewczyna mogła spokojnie się przebrać. Gotowa do spania rzuciła się na łóżko i zasnęła jak dziecko.
Następnego dnia o świcie obudził ją budzik. Nie miała ochoty na trening ale nigdy go nie odpuszczała. Wyłączyła go i poszła przebrać się w strój do biegania. Kiedy zeszła na dół do kuchni zauważyła torebkę ze swoimi rzeczami. Ochroniarze namierzyli jej telefon i odnaleźli zgubę. Odetchnęła z ulgą.
Po godzinnym biegu wróciła do domu. Zauważyła, że ojeciec wrócił na noc, ponieważ w przejściu leżały jego rzeczy. Pheobe poszła zrobić sobie śniadanie i przyszykować się na zajęcia.
Dzień szybko jej zleciał. Wieczorem wracając z uczelni chciała pojechać coś zjeść. Przerwał jej jednak telefon od nieznanego numeru.
– Pheobe Burton, słucham? - odebrała zatrzymując się na światłach.
<Liam?>
– Możesz już wyjść, ma damo w opałach - wyczuła sarkazm, którym była przepełniona wypowiedz nieznajomego. Nie miała zamiaru zaczynać z nim sprzeczki. W końcu zawdzięczała mu życie. Zdjęła szpilki, w których nie miła siły już ustać i wyszła z ciemności. Wyglądała okropnie. Pies podarł nie tylko rajstopy ale i sukienkę. Teraz oczko na rajstopach prezentowało się w pełnej okazałości. Żeby tego było mało cała się wybrudziła, a włosy z pięknego upięcia zmieniły się w istną szopę.
– Dziękuję za - zaczęła jednak warczenie i szczekanie psa przerwało jej wypowiedź. - Za wszystko - mruknęła kiedy na chwile przestał. - Mogę pożyczyć telefon na sekundę? - licząc na to, że dzięki temu pozbędzie się problemu podał jej komórkę. Dziewczyna wybrała telefon do jednego z ochroniarzy ojca i poprosiła żeby po nią przyjechał. Zanim oddała smartfon wybawcy wpisała swój numer „Pheobe, dobra wróżka”.
– Dobra wróżka? - uniósł do góry jedną brew widocznie zdziwiony.
– Spełnię twoje trzy życzenia. Co tylko będziesz chciał. W końcu mogłeś mnie po prostu olać i zostawić na pastwę tych podludzi - wzruszyła ramionami poprawiając rozciętą sukienkę. - Dzwoń kiedy chcesz - i wtedy zauważyła czarny samochód, który zatrzymał się na chodniku. Wyszło z niego dwóch wysokich, umięśnionych i wytatuowanych mężczyzn. Adam i Harry. Podeszli do nich. Widząc w jakim stanie jest dziewczyna od razu zmierzyli wzrokiem nieznajomego. - Spokojnie. Uratował mi życie, tak. Gdyby nie on to jechalibyście do trupa.
– Dasz radę sama iść? - Adam widząc delikatnie zakrwawioną nogę chciał wziąć ją na ręce.
– Tak spokojnie. Podrzucić cię gdzieś? - spojrzała na wybawcę.
– Dokończę przerwany spacer. Nie wpadaj więcej w kłopoty, damo w opałach - sarkazm bijący od jego wypowiedzi dało się wyczuć na kilometr. Dziewczyna tylko westchnęła głośno i ruszyła do samochodu ze swoimi osiłkami.
Kiedy wróciła do posiadłości ojca jeszcze nie było. Rzuciła szpilki w korytarzu co obudziło śpiącego na sofie Connora i Arię. Obydwoje zerwali się na równe nogi. Piesek pobiegł przywitać swoją panią.
– Cześć kochanie. Stęskniłaś się za mamusią? - wzięła ją na ręce. - Mamusia za tobą bardzo - pocałowała ją w nosek i odłożyła na podłogę.
– To smutne, że psa witasz w ten sposób, a mnie totalnie olewasz - przyjaciel westchnął zmarnowany podchodząc do niej - poklepała go po ramieniu.
– Ojciec dzwonił?
– Zero kontaktu. Co się w ogóle stało? Wyglądasz jak bezdomna - rzuciła mu spojrzenie mówiące „jeszcze jedno słowo a przysięgam, że zaboli”.
– Nalej mi wody do wanny. Dużo piany proszę. Idę po wino - musiała się zrelaksować a to była najlepsza opcja. Connor licząc na to, że będzie mógł z nią posiedzieć i bezkarnie popatrzeć na jej cudowne ciało bez protestu poszedł do łazienki. Pheobe wyciągnęła z szafki w kuchni kieliszek i pierwsze lepsze wino, które w niej stało. Silna i niezależna sama je otworzyła, wypełniła nim kieliszek do połowy i na raz wypiła zawartość.
Na górze czekała na nią wanna pełna wody i piany wokół której stały zapalone świeczki.
– Jednak wiesz czego trzeba kobiecie. A teraz się odwróć. Grzecznie wykonał polecenie. Mogła się spokojnie rozebrać i wejść do wanny. Mężczyzna usiadł na ziemi opierając się o nią. Opowiedziała mu dokładnie co się stało. Fakt, że została uratowana przez innego mężczyznę bardzo mu się nie podobał.
– Następnym razem jadę z tobą.
– Nie będzie następnego razu. Nie wiem skąd ojciec wziął tych ludzi ale to był ostatni raz kiedy poszłam z nim na spotkanie. Teraz sama będę dobierać klientów - Connor dobrze wiedział, że to nie byli zwykli biznesmeni.
– Myślę nad założeniem własnej działalności. Jakaś agencja reklamowa na przykład.
– To nie taki zły pomysł. Ojciec ci na to pozwoli?
– To jest właśnie problem - westchnęła chowając twarz do połowy w wodzie. Posiedzieli tak jeszcze chwilę rozmawiając o wszystkim i o niczym dopóki woda w wannie nie zrobiła się zimna. Connor wyszedł z łazienki żeby dziewczyna mogła spokojnie się przebrać. Gotowa do spania rzuciła się na łóżko i zasnęła jak dziecko.
Następnego dnia o świcie obudził ją budzik. Nie miała ochoty na trening ale nigdy go nie odpuszczała. Wyłączyła go i poszła przebrać się w strój do biegania. Kiedy zeszła na dół do kuchni zauważyła torebkę ze swoimi rzeczami. Ochroniarze namierzyli jej telefon i odnaleźli zgubę. Odetchnęła z ulgą.
Po godzinnym biegu wróciła do domu. Zauważyła, że ojeciec wrócił na noc, ponieważ w przejściu leżały jego rzeczy. Pheobe poszła zrobić sobie śniadanie i przyszykować się na zajęcia.
Dzień szybko jej zleciał. Wieczorem wracając z uczelni chciała pojechać coś zjeść. Przerwał jej jednak telefon od nieznanego numeru.
– Pheobe Burton, słucham? - odebrała zatrzymując się na światłach.
<Liam?>
23.01.2020
Od Jaerima CD Elizabeth
Jadąc samochodem, tuż do rezydencji swojego ojca, który pragnął go zobaczyć po długim czasie. Osiemnastolatek nie rozumiał, czego miał się spodziewać, ale w połowie drogi przestał o tym myśleć, skupiając się na telefonie. Grając w różne gry na urządzeniu, wyzywał, czasami nawet odrzucając urządzenie na koniec siedzenia, bardziej zsuwając się z zajmowanego miejsca. Jednak szybko wracał do tego, i grał dalej, starając się przechodzić poziomy. Zadając pytania, za ile będą na miejscu, nie spodziewał się, że właśnie w tamtej chwili zatrzymają się na, dość ogromnej, posiadłości, gdzie znajdowały się najróżniejsze drogie, sportowe samochody, ale i nie tylko. Był do takich widoków przyzwyczajony, w końcu wychowywał się tutaj większość swojego życia. Znał każdy zakątek swojego rodzinnego domu, ale i terenu dookoła. Przeciągając się, po opuszczeniu samochodu, rozejrzał się raz jeszcze, cicho wzdychając. Miał tylko nadzieję, iż spotkanie się szczególnie nie przedłuży i będzie mógł na spokojnie pojechać dalej, tam, gdzie będzie mu się żywnie podobało. Przywitany przez różne osoby, zaczynając od ochroniarza, kończąc po ogrodnika, który wracał ze szklarni, która osadzona była na końcu domu. Czemu tam się znajdowała? Kaprys ojca Jaerima. Młodemu chłopakowi nigdy to nie przeszkadzało, cały układ tego domu... był dość nietypowy, ale co jemu do tego? Mieszkał sam, w całkiem innym miejscu niż jego własny rodzic. Co prawda szofer osiemnastolatka powinien był mieć własne mieszkanie i tam sypiać, ale przez niektóre lęki swojego podopiecznego, rzadko wracał do swoich czterech ścian. To były naprawdę wyjątkowe sytuacje, jak mógł mieć „wolne”.
Jasnowłosy chłopak bawił się guzikami koszuli, jaką miał przyodzianą, zastanawiając się nad tym, czemu jeszcze jej nie oddał do prania. Niby była czysta... jednak coś mu w niej nie pasowało. Pytanie brzmiało: co dokładnie? Wzdychając cicho, podniósł głowę do góry, ponieważ znalazł się przed samymi drzwiami do gabinetu rodziciela. Bez dłuższego zastanowienia się, wszedł do środka, nie pukając, przez co Jaerim dostrzegł, jak jego ojciec obściskuje się z... nawet nie wiedział kim była ów kobieta, lecz na pewno nie była nią obecna żona, jaką znał Koreańczyk. Przewracając jedynie oczami, odchrząknął, tym samym zwracając na siebie uwagę dwójki. Sungwoon, szofer Jae, delikatnie uderzył go łokciem w żebra, tym samym niższy chłopak zwrócił na niego uwagę z widocznym niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. Na to wyższy pokręcił w niedowierzaniu głową, mrucząc jedynie pod nosem, że mógł wcześniej zapukać. No ale, młodego nie interesowały takie maniery podczas przebywania w domu swego rodziciela. O ile on gdziekolwiek takie maniery zachowuje, ale to po prostu kwestia wychowania.
- Po co chciałeś mnie zobaczyć? - zapytał, gdy znalazł się przy biurku mężczyzny, siadając naprzeciw w wygodnym fotelu, niemalże od razu się na nim rozsiadając z widocznym zadowoleniem. Założył ręce za głowę, którą odchylił do tyłu, tym samym skupiając wzrok na białym suficie. - Coś się stało? Zazwyczaj nie jesteś zainteresowany tym, co się dzieje z twoim własnym synem. - dopowiedział, nie szczędząc sobie bezpośredniości.
- Jaerim, ja chciałem się tylko dowiedzieć, jak się czujesz, i jak Ci idzie nauka w szkole? Poza tym, nie widziałem Cię dłuższy czas, ale widzę, że znowu straciłeś na wadzę. - słowa ojca jedynie nużyły nastolatka. - Możesz na mnie patrzeć, a nie na sufit? - dopiero wtedy młodszy niechętnie się wyprostował, siadając tak, jak należy, zakładając nogę na nogę, a na kolanie ułożył dłonie. Wpatrując się w oczy rodziciela, pragnął jedynie wyjść z pomieszczenia i pojechać do swojego obecnego mieszkania i pójść spać. Chociaż, mógłby zrobić wiele rzeczy, byle nie musieć tu siedzieć. - Od razu lepiej. To teraz możesz mi grzecznie odpowiedzieć?
- Dobrze. Nie mam żadnych problemów z nauką, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Coś jeszcze? - zapytał, przechylając głowę na bok, wysilając się na uśmiech.
Jak można było się domyślać, rozmowa nie trwała szczególnie długo. Udział w niej brał Chae i pan Song, zaś najmłodszy czekał tylko na to, aż będzie mógł opuścić to miejsce i udać się tam, gdzie tylko zapragnie. W końcu ma szofera, więc niczym szczególnie się przejmować nie musiał. Dlatego, po tym, jak tylko opuścili rezydencję, Jaerim chciał pojechać do jednego ze swoich ulubionych sklepów na zakupy w celu „odreagowania” tegoż niespodziewanego spotkania.
Ile to wszystko trwało? Nie wiedział. Jednak pewien był jednego – spędził ten czas naprawdę dobrze, że nim się obejrzał był już wieczór. Chciał jeszcze przejść się na spacer, więc odłożyli zakupy do samochodu, następnie ruszając w stronę… nawet do końca nie zwracali uwagi, gdzie się kierowali. Jaerim rozmawiał z Sungwoonem o wielu rzeczach, traktował go, jak starszego brata, którego nie miał. Właściwie, Sung był przy Jae praktycznie cały czas, w przeciwieństwie do jego ojca. W późniejszym czasie niezbyt interesował się własnym synem. To macocha poświęcała mu czas wraz z jego szoferem, który woził go do szkoły czy na wspólne rodzinne obiady w drogich restauracjach.
Song wyprzedził swojego towarzysza, gdy spostrzegł małą, szarą kulkę, schowaną w cieniu jednego z samochodów. Oh, niemalże od razu chciał sprawdzić, co to dokładnie jest. Tak też przykucnął dość blisko, delikatnie trącając to coś palcem, zmarszczył brwi, kiedy się poruszyło, a przez to odsunął się do tyłu, z dziecięcą ciekawością obserwując, co się z tym dzieje. Kociak. Nie potrzeba było długo czekać, aby jasnowłosy wziął zwierzątko na ręce, oglądając je z każdej możliwej strony. Nie miał wcześniej do czynienia z pupilami, choć od zawsze marzył o psie. No ale, przecież nie zostawi kotka w takim miejscu, prawda? Prawda. Dlatego też przytulił zwierzaka do swojej klatki piersiowej, następnie podnosząc się z przykucanego i odwrócił się w stronę Chae. Chłopak miał wyczucie czasu, ponieważ akurat w tamtym momencie, dziewczyna, nawet nie wiedział, że taka osoba się tutaj napatoczyła, zwróciła wszystko na buty (zapewne) nieznajomego. Nastolatek nie ukrył swojego niezadowolenia, ale i jednoczesnego obrzydzenia, przez co aż się wzdrygnął, gdy wszystko podeszło mu do gardła. Biorąc parę głębszych wdechów, podszedł do dwójki, żeby odsunąć swojego szofera, a raczej pchnąć go by się cofnął, co ten zrobił z głębokim westchnięciem.
- Weź wyczyść te buty. Fuj. – mruknął, nie ukrywając tego, co odczuwał. Odszedł parę kroków dalej, tym samym mogąc słuchać, o czym zaczęli rozmawiać… a raczej, co zaproponował Chae.
- To nic takiego, nie przejmuj się. Może podwieźć Cię do domu? W takim stanie prędzej coś Ci się stanie, niż wrócisz do własnego mieszkania. – proponuje jej… że podwiezie ją do domu… ale przecież jak tak można?! On był jego szoferem, tylko i wyłącznie. A co, jak ta… rzygaczka, tak postanowił ją nazwać młodszy, jeszcze raz powtórzy sytuacje w aucie?! I to na niego?! Oh, jak bardzo tego nie chciał. Dlatego obrócił się, otwierając usta w celu powiedzenia „Ona z nami nie jedzie”. No ale, nawet nie zdołał nic powiedzieć, ponieważ starszy postanowił jej pomóc dotrzeć do samochodu. – Mieszka niedaleko nas, więc możemy ją podwieźć. Chyba nie chcesz mieć na sumieniu dziewczynę, której mogło coś się stać, jakbyśmy ją tutaj zostawili, co? – spytał, unosząc pytająco brew ku górze. Niestety, albo i stety, Chae miał naprawdę duży wpływ na Jae, który uważał siebie za najważniejszego. Dlatego nawet nie był w stanie się kłócić, nie z nim. Grzecznie szedł do samochodu, głaszcząc zimne futerko kotka, którego znalazł. – To tak, jak ten kociak. Zostawiłbyś go na pastwę losu, żeby umarł z zimna, albo ktoś by go potrącił, czy nie wiadomo, co jeszcze by zrobił? – kolejne pytania, na które chłopak kręcił głową, bardziej przytulając do siebie ciało zwierzaka.
W samochodzie Jaerim usiadł jak najdalej, na ile było to możliwe, od nieznajomej. Nowego towarzysza trzymał na kolanach, głaszcząc jego tułów, czasami drapiąc przy uszach, przez co słychać było ciche mruczenie. Chłopak nigdy wcześniej nie miał zwierzaka, więc też do końca nie wiedział, jak powinien się z nim obchodzić. Na pewno powinien go zabrać do weterynarza, lecz to dopiero jutro. A co takie zwierzątka jedzą? Są specjalne karmy, to wiadomo… ale nigdzie ich nie kupi o takiej porze. Więc co mu da, jak wrócą do domu?
- Co jedzą koty? Oprócz takich swoich karm. Mogą pić ciepłe mleko? Koty piją mleko… to na pewno ciepłe też mogą, prawda? – spytał, w gruncie rzeczy kierując pytanie do swojego szofera. – Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz? – mruknął, gdy złapał kontakt wzrokowy z nieznajomą.
Elizabeth? c:
Jasnowłosy chłopak bawił się guzikami koszuli, jaką miał przyodzianą, zastanawiając się nad tym, czemu jeszcze jej nie oddał do prania. Niby była czysta... jednak coś mu w niej nie pasowało. Pytanie brzmiało: co dokładnie? Wzdychając cicho, podniósł głowę do góry, ponieważ znalazł się przed samymi drzwiami do gabinetu rodziciela. Bez dłuższego zastanowienia się, wszedł do środka, nie pukając, przez co Jaerim dostrzegł, jak jego ojciec obściskuje się z... nawet nie wiedział kim była ów kobieta, lecz na pewno nie była nią obecna żona, jaką znał Koreańczyk. Przewracając jedynie oczami, odchrząknął, tym samym zwracając na siebie uwagę dwójki. Sungwoon, szofer Jae, delikatnie uderzył go łokciem w żebra, tym samym niższy chłopak zwrócił na niego uwagę z widocznym niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. Na to wyższy pokręcił w niedowierzaniu głową, mrucząc jedynie pod nosem, że mógł wcześniej zapukać. No ale, młodego nie interesowały takie maniery podczas przebywania w domu swego rodziciela. O ile on gdziekolwiek takie maniery zachowuje, ale to po prostu kwestia wychowania.
- Po co chciałeś mnie zobaczyć? - zapytał, gdy znalazł się przy biurku mężczyzny, siadając naprzeciw w wygodnym fotelu, niemalże od razu się na nim rozsiadając z widocznym zadowoleniem. Założył ręce za głowę, którą odchylił do tyłu, tym samym skupiając wzrok na białym suficie. - Coś się stało? Zazwyczaj nie jesteś zainteresowany tym, co się dzieje z twoim własnym synem. - dopowiedział, nie szczędząc sobie bezpośredniości.
- Jaerim, ja chciałem się tylko dowiedzieć, jak się czujesz, i jak Ci idzie nauka w szkole? Poza tym, nie widziałem Cię dłuższy czas, ale widzę, że znowu straciłeś na wadzę. - słowa ojca jedynie nużyły nastolatka. - Możesz na mnie patrzeć, a nie na sufit? - dopiero wtedy młodszy niechętnie się wyprostował, siadając tak, jak należy, zakładając nogę na nogę, a na kolanie ułożył dłonie. Wpatrując się w oczy rodziciela, pragnął jedynie wyjść z pomieszczenia i pojechać do swojego obecnego mieszkania i pójść spać. Chociaż, mógłby zrobić wiele rzeczy, byle nie musieć tu siedzieć. - Od razu lepiej. To teraz możesz mi grzecznie odpowiedzieć?
- Dobrze. Nie mam żadnych problemów z nauką, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Coś jeszcze? - zapytał, przechylając głowę na bok, wysilając się na uśmiech.
Jak można było się domyślać, rozmowa nie trwała szczególnie długo. Udział w niej brał Chae i pan Song, zaś najmłodszy czekał tylko na to, aż będzie mógł opuścić to miejsce i udać się tam, gdzie tylko zapragnie. W końcu ma szofera, więc niczym szczególnie się przejmować nie musiał. Dlatego, po tym, jak tylko opuścili rezydencję, Jaerim chciał pojechać do jednego ze swoich ulubionych sklepów na zakupy w celu „odreagowania” tegoż niespodziewanego spotkania.
***
Song wyprzedził swojego towarzysza, gdy spostrzegł małą, szarą kulkę, schowaną w cieniu jednego z samochodów. Oh, niemalże od razu chciał sprawdzić, co to dokładnie jest. Tak też przykucnął dość blisko, delikatnie trącając to coś palcem, zmarszczył brwi, kiedy się poruszyło, a przez to odsunął się do tyłu, z dziecięcą ciekawością obserwując, co się z tym dzieje. Kociak. Nie potrzeba było długo czekać, aby jasnowłosy wziął zwierzątko na ręce, oglądając je z każdej możliwej strony. Nie miał wcześniej do czynienia z pupilami, choć od zawsze marzył o psie. No ale, przecież nie zostawi kotka w takim miejscu, prawda? Prawda. Dlatego też przytulił zwierzaka do swojej klatki piersiowej, następnie podnosząc się z przykucanego i odwrócił się w stronę Chae. Chłopak miał wyczucie czasu, ponieważ akurat w tamtym momencie, dziewczyna, nawet nie wiedział, że taka osoba się tutaj napatoczyła, zwróciła wszystko na buty (zapewne) nieznajomego. Nastolatek nie ukrył swojego niezadowolenia, ale i jednoczesnego obrzydzenia, przez co aż się wzdrygnął, gdy wszystko podeszło mu do gardła. Biorąc parę głębszych wdechów, podszedł do dwójki, żeby odsunąć swojego szofera, a raczej pchnąć go by się cofnął, co ten zrobił z głębokim westchnięciem.
- Weź wyczyść te buty. Fuj. – mruknął, nie ukrywając tego, co odczuwał. Odszedł parę kroków dalej, tym samym mogąc słuchać, o czym zaczęli rozmawiać… a raczej, co zaproponował Chae.
- To nic takiego, nie przejmuj się. Może podwieźć Cię do domu? W takim stanie prędzej coś Ci się stanie, niż wrócisz do własnego mieszkania. – proponuje jej… że podwiezie ją do domu… ale przecież jak tak można?! On był jego szoferem, tylko i wyłącznie. A co, jak ta… rzygaczka, tak postanowił ją nazwać młodszy, jeszcze raz powtórzy sytuacje w aucie?! I to na niego?! Oh, jak bardzo tego nie chciał. Dlatego obrócił się, otwierając usta w celu powiedzenia „Ona z nami nie jedzie”. No ale, nawet nie zdołał nic powiedzieć, ponieważ starszy postanowił jej pomóc dotrzeć do samochodu. – Mieszka niedaleko nas, więc możemy ją podwieźć. Chyba nie chcesz mieć na sumieniu dziewczynę, której mogło coś się stać, jakbyśmy ją tutaj zostawili, co? – spytał, unosząc pytająco brew ku górze. Niestety, albo i stety, Chae miał naprawdę duży wpływ na Jae, który uważał siebie za najważniejszego. Dlatego nawet nie był w stanie się kłócić, nie z nim. Grzecznie szedł do samochodu, głaszcząc zimne futerko kotka, którego znalazł. – To tak, jak ten kociak. Zostawiłbyś go na pastwę losu, żeby umarł z zimna, albo ktoś by go potrącił, czy nie wiadomo, co jeszcze by zrobił? – kolejne pytania, na które chłopak kręcił głową, bardziej przytulając do siebie ciało zwierzaka.
W samochodzie Jaerim usiadł jak najdalej, na ile było to możliwe, od nieznajomej. Nowego towarzysza trzymał na kolanach, głaszcząc jego tułów, czasami drapiąc przy uszach, przez co słychać było ciche mruczenie. Chłopak nigdy wcześniej nie miał zwierzaka, więc też do końca nie wiedział, jak powinien się z nim obchodzić. Na pewno powinien go zabrać do weterynarza, lecz to dopiero jutro. A co takie zwierzątka jedzą? Są specjalne karmy, to wiadomo… ale nigdzie ich nie kupi o takiej porze. Więc co mu da, jak wrócą do domu?
- Co jedzą koty? Oprócz takich swoich karm. Mogą pić ciepłe mleko? Koty piją mleko… to na pewno ciepłe też mogą, prawda? – spytał, w gruncie rzeczy kierując pytanie do swojego szofera. – Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz? – mruknął, gdy złapał kontakt wzrokowy z nieznajomą.
Elizabeth? c:
Od Any CD Michaela
Trening był dla Mike'a, z resztą dla mnie też, doskonałym sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, uporczywych myśli. Widziałam to po uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy zaraz po tym, jak stal spotkała się ze stalą w akompaniamencie charakterystycznego zgrzytu. Jednak, nie ma co ukrywać, mężczyzna nadal nie był w szczytowej formie. Kręgosłup dalej dawał mu się we znaki. Dlatego szybciej niż zwykle musiał zakończyć trening.
- Przepraszam - mruknął, opierając się ciężko na mieczu, który wsparł czubkiem o podłogę. - To nie mój dzień.
- W porządku - poprawiłam chwyt na mieczu i odrzuciłam jeden z dwóch długich warkoczy, w które zaplotłam włosy przed treningiem, na plecy. - Rozumiem.
- Mogę stworzyć kilku cienistych, żebyś mogła jeszcze poćwiczyć - zaproponował, a gdy wzruszyłam ramionami, usiadł powoli na podłodze, opierając się przy tym na mieczu. Oparł się o ścianę, westchnął cicho, jakby z pewną ulgą. Po czym uśmiechnął się do mnie i stworzył grupkę cienistych. - Dajesz, mała.
Rozpoczęłam walkę. Mike co jakiś czas dodawał wskazówki od siebie, zwracając mi uwagę na drobne błędy w postawie. Jednak gdy po kilkunastu minutach zamilkł całkowicie, zatraciłam się w wyuczonych ruchach, raz po raz zadając ciosy mieczem w cienistych przeciwników. I nie wiem, kiedy, nie wiem do końca jak, ale... przed oczami stanęła mi znowu walka w magazynie. Martwy Mike... i wściekłość, którą wtedy przesłonił strach, a teraz uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą.
I nie wiem kiedy... po prostu wskoczyłam w swoją smoczą skórę. A logiczne myślenie się wyłączyło. Pozostał tylko pierwotny, zwierzęcy szał, który drakonidy miały zakodowany w genach. Ale nad którym zwykle potrafiły zapanować...
Jednak nie tym razem. Zdominowana przez silne emocje nie potrafiłam kontrolować instynktów. Rzuciłam się na cienistych przeciwników, atakując zębami i pazurami, rozszarpując ich na strzępy cieni, które niemal natychmiast znikały. A gdy wszyscy przeciwnicy "zginęli", instynktownie skierowałam swoją uwagę na jedyną żywą istotę, która oprócz mnie przebywała w sali.
Wbiłam złote oczy drapieżnika w Michaela, który już połapał się, że coś jest nie tak i podniósł się z podłogi. Przestał tworzyć kolejnych cienistych, ale macki ciemności nadal wiły się dookoła, w każdej chwili gotowe zaatakować. Zamarłam na chwilę, stając wszystkimi czterema łapami na podłodze, rozłożyłam skrzydła na całą ich rozpiętość, przez co ich końce musnęły przeciwległe końce sali. Lekko otworzyłam pysk, pokazując zęby. Ostrzeżenie.
Które Mike skwitował krótkim przekleństwem. Co zwykle mu się nie zdarzało, więc gdybym w tamtym momencie myślała logicznie mogłabym zobaczyć, jak bardzo moje zachowanie go wystraszyło.
- Ana... Co ty robisz? - zapytał, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy. Błąd. Niewiele było we mnie w tamtym momencie z człowieka. A patrzenie w oczy każdemu zwierzęciu kojarzy się z rzuceniem wyzwania, atakiem.
I, zapędzone w kozi róg, a tak się w tamtym momencie czułam, zawsze zaatakuje.
Więc warknęłam, doskoczyłam do mężczyzny i kłapnęłam mu zębami przed twarzą. I zaraz poczułam, jak coś się na moim pysku zaciska, uniemożliwiając mi otwarcie go. Szarpnęłam głową, ale nic to nie dało, co wywołało tylko jeszcze większą frustrację z mojej strony. Ale w zasadzie Mike dobrze zrobił, zakładając mi wtedy ten swego rodzaju cienisty kaganiec. Dzięki niemu nie odgryzłam mu głowy.
A ta chwila frustracji, pewnego zawahania, dała mojemu smoczemu instynktowi czas na połapanie się w sytuacji. Do moich nozdrzy dotarł znajomy zapach bruneta, który mojej ludzkiej formie kojarzył się z bezpieczeństwem. Momentalnie zamarłam z podniesioną w górę głową, łypiąc jednym okiem na mężczyznę. Już się nie rzucałam. Panika powoli mijała, ale umysł jeszcze nie do końca odzyskał kontrolę nad instynktem. Potrzebowałam jeszcze przynajmniej chwili.
Ale przynajmniej Mike'owi nie groziła już utrata którejś części ciała w moich szczękach.
Mike?
Ups xD
- Przepraszam - mruknął, opierając się ciężko na mieczu, który wsparł czubkiem o podłogę. - To nie mój dzień.
- W porządku - poprawiłam chwyt na mieczu i odrzuciłam jeden z dwóch długich warkoczy, w które zaplotłam włosy przed treningiem, na plecy. - Rozumiem.
- Mogę stworzyć kilku cienistych, żebyś mogła jeszcze poćwiczyć - zaproponował, a gdy wzruszyłam ramionami, usiadł powoli na podłodze, opierając się przy tym na mieczu. Oparł się o ścianę, westchnął cicho, jakby z pewną ulgą. Po czym uśmiechnął się do mnie i stworzył grupkę cienistych. - Dajesz, mała.
Rozpoczęłam walkę. Mike co jakiś czas dodawał wskazówki od siebie, zwracając mi uwagę na drobne błędy w postawie. Jednak gdy po kilkunastu minutach zamilkł całkowicie, zatraciłam się w wyuczonych ruchach, raz po raz zadając ciosy mieczem w cienistych przeciwników. I nie wiem, kiedy, nie wiem do końca jak, ale... przed oczami stanęła mi znowu walka w magazynie. Martwy Mike... i wściekłość, którą wtedy przesłonił strach, a teraz uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą.
I nie wiem kiedy... po prostu wskoczyłam w swoją smoczą skórę. A logiczne myślenie się wyłączyło. Pozostał tylko pierwotny, zwierzęcy szał, który drakonidy miały zakodowany w genach. Ale nad którym zwykle potrafiły zapanować...
Jednak nie tym razem. Zdominowana przez silne emocje nie potrafiłam kontrolować instynktów. Rzuciłam się na cienistych przeciwników, atakując zębami i pazurami, rozszarpując ich na strzępy cieni, które niemal natychmiast znikały. A gdy wszyscy przeciwnicy "zginęli", instynktownie skierowałam swoją uwagę na jedyną żywą istotę, która oprócz mnie przebywała w sali.
Wbiłam złote oczy drapieżnika w Michaela, który już połapał się, że coś jest nie tak i podniósł się z podłogi. Przestał tworzyć kolejnych cienistych, ale macki ciemności nadal wiły się dookoła, w każdej chwili gotowe zaatakować. Zamarłam na chwilę, stając wszystkimi czterema łapami na podłodze, rozłożyłam skrzydła na całą ich rozpiętość, przez co ich końce musnęły przeciwległe końce sali. Lekko otworzyłam pysk, pokazując zęby. Ostrzeżenie.
Które Mike skwitował krótkim przekleństwem. Co zwykle mu się nie zdarzało, więc gdybym w tamtym momencie myślała logicznie mogłabym zobaczyć, jak bardzo moje zachowanie go wystraszyło.
- Ana... Co ty robisz? - zapytał, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy. Błąd. Niewiele było we mnie w tamtym momencie z człowieka. A patrzenie w oczy każdemu zwierzęciu kojarzy się z rzuceniem wyzwania, atakiem.
I, zapędzone w kozi róg, a tak się w tamtym momencie czułam, zawsze zaatakuje.
Więc warknęłam, doskoczyłam do mężczyzny i kłapnęłam mu zębami przed twarzą. I zaraz poczułam, jak coś się na moim pysku zaciska, uniemożliwiając mi otwarcie go. Szarpnęłam głową, ale nic to nie dało, co wywołało tylko jeszcze większą frustrację z mojej strony. Ale w zasadzie Mike dobrze zrobił, zakładając mi wtedy ten swego rodzaju cienisty kaganiec. Dzięki niemu nie odgryzłam mu głowy.
A ta chwila frustracji, pewnego zawahania, dała mojemu smoczemu instynktowi czas na połapanie się w sytuacji. Do moich nozdrzy dotarł znajomy zapach bruneta, który mojej ludzkiej formie kojarzył się z bezpieczeństwem. Momentalnie zamarłam z podniesioną w górę głową, łypiąc jednym okiem na mężczyznę. Już się nie rzucałam. Panika powoli mijała, ale umysł jeszcze nie do końca odzyskał kontrolę nad instynktem. Potrzebowałam jeszcze przynajmniej chwili.
Ale przynajmniej Mike'owi nie groziła już utrata którejś części ciała w moich szczękach.
Mike?
Ups xD
Subskrybuj:
Posty (Atom)
