Od ostatniej sytuacji, która miała miejsce z dobry tydzień temu, Natalie rzadko bywała w tamtym lesie, decydując się na bliższe tereny. Co prawda, było to bardziej niebezpieczne, lecz niezbyt się tym przejmowała. Samego Michaela nie widziała ani razu, ni to wieczorami na wyścigach, ni to na mieście, jakby całkowicie zapadł się pod ziemię. Dlatego w pracy siedziała całymi dniami, gdzie była w zastępstwie za niektórych. Większość miała jakieś plany na wieczór, sama Miller wolała sobie odpuścić. Jej żebra miały już się znacznie lepiej, więc nie było tak źle. Regeneracja lykantropa czasami bywa przydatna, lecz nie zawsze tak bywa. Jednakże, nie chciała po raz kolejny na coś się narażać. Będzie miała jeszcze wiele okazji by zamienić się zmianami, czy będzie wychodziła znacznie wcześniej przez spotkania czy plany. A przynajmniej takiej była myśli. Przebywała w kawiarni naprawdę dużo czasu, rozmawiając ze swoimi współpracownikami, szczególnie starając się zagadać jednego, który był szczególnie cicho. Mieli kilka wspólnych tematów, o których mogli swobodnie dyskutować za ladą, gdy byli na jednej zmianie. W ciągu tego tygodnia zdążyła wymyślić kilka tatuaży, które pomógł jej rozrysować kolega z pracy w czasie wolnych chwil. Zaczynając od motywów z tym, kim była Nat, kończąc na różnych innych wzorach, które były bardzo charakterystyczne dla jej osoby, i jakie pamiętała z poprzednich lat swojego życia, czego nie było za wiele. Wymyślenie to była jedna rzecz, a umówienie się do tatuażysty... to było znacznie trudniejsze. Nie znali nikogo dobrego, kto w dobry, a raczej idealny sposób odwzoruje całe te wzory, czy nawet jeszcze będzie w stanie je ulepszyć, tak też dziewczyna zdecydowała się o tym na razie nie myśleć w tak intensywny sposób. Choć przeglądanie różnego rodzaju opinii o tatuażystach, czy studiach tatuażu... cóż, to już całkiem co innego.
Dzisiaj znużonym spojrzeniem przemierzała po twarzach klientów, delikatnie się uśmiechając, byle nie pokazywać jak bardzo miała dość oglądania ich uśmiechniętych twarzy. Byli obsługiwani, wszystko dostawali pod nos, a kilka filiżanek zostało pożegnanych w śmietniku, i to z winy klientów. Każdemu się zdarza... jednak szósty raz podrząd, i to ta sama osoba, to już raczej może stać się denerwujące, prawda? Jednak starała się nic nie mówić, być raczej cichą, uśmiechniętą dziewczyną, której nic takiego nie przeszkadza. Nie miała tak dobrego towarzystwa, co sprawiało, że chęci do pracy były znacznie niższe niż zazwyczaj. Na całe szczęście, dzisiaj nie było tak dużego ruchu, a dzięki temu mogła wyjść wcześniej z pracy, nie musząc być w zastępstwie za nikogo. Nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie, jednak każdemu przyda się odpoczynek od ludzi, których widuje się codziennie, będąc skazanym na ich obsługę. Niezbyt wiedząc, gdzie mogłaby się udać, w końcu zdecydowała się poszukać lokalu, do którego przyjechała z Michaelem. Dzięki temu mogła zrobić sobie spacer po mieście, czasami pytając o drogę do lokalu. Nie znajdował się szczególnie blisko jej pracy, ale co z tego? Natalie czasami mogła chodzić godzinami, nie odczuwając przy tym ani bólu, ani zmęczenia, a pogoda dzisiaj dopisywała, więc wolała ją wykorzystać.
Kiedy dotarła na miejsce, dość niepewnie rozejrzała się po wnętrzu, dostrzegając znacznie więcej niż tamtego wieczoru, gdy pojawiła się tutaj po raz pierwszy. Dostrzegła to, czego wtedy nie widziała. Dlatego dłuższą chwilę poświęciła na oglądanie niż spytanie się o Michaela. Nie trwało to szczególnie długo, gdyż pracownica lokalu spytała się, czy potrzebuje w czymś pomocy, na co odpowiedziała po krótkim namyśle, po co tutaj przyszła. Po wyjaśnieniu o kogo się rozchodzi, musiała zostać na chwilę sama, a dzięki temu ponownie rozejrzała się, z widocznym zainteresowaniem oglądając wykończenia baru. Było dużo, interesujących rzeczy, lecz zostało to w taki sposób stonowane, że nie było przytłaczające. Nie mogła temu poświęcić szczególnie długo czasu, gdyż mogła pójść do pomieszczenia, w którym przed chwilą była pracowniczka lokalu, za co podziękowała z delikatnym uśmiechem. Cóż, jednak tamta niezbyt wyglądała na usatysfakcjonowaną jej obecnością. Jednak Miller nie przejęła się tym jakoś szczególnie, zamykając za sobą drzwi jak tylko mogła przejść. Kiedy tylko przywitała się z mężczyzną, od razu zajęła miejsce na fotelu, od razu zadając to konkretne pytanie odnośnie jego pobytu. I nie potrafiła powstrzymać się od przewrócenia oczami.
- Sopp... naprawdę, nic szczególnego - mruknęła, poprawiając jasne kosmyki, gdyż opadały jej na twarz. Doskonale wiedziała, co się za tak przyjemnym spotkaniem mogło kryć, dlatego z dezaprobatą pokręciła głową, powstrzymując się od jakiegokolwiek komentarza w tej sprawie. - Co u mnie... huh, nic nowego. Praca, irytujący ludzie, można rzec, że idioci. Nie mam towarzystwa, więc chyba zdecyduje się na kupno szczura, może w końcu będzie ktoś bardziej inteligentny niż zbiorowisko ludzi, którzy tłuką sześć filiżanek jednego dnia... - powiedziała, przechylając głowę na bok, przyglądając się wyższemu. - A tak poważnie, to nic się nie zmieniło. Żebra się zregenerowały, czyli żyję, to nie czas na śmierć. Z tego wszystkiego mam mnóstwo motywów na tatuaże, nic nowego - przyznała, mrużąc oczy, dokładnie lustrując towarzysza. Nie zdołała nawet zadać pytania, gdyż do pomieszczenia przyszła ta sama kobieta, która wcześniej "przywitała" Natalie. Dokładnie można było zaobserwować jej niechętne, wręcz oburzone spojrzenie, które zostało rzucone w stronę Miller. Dziewczyna jedynie uniosła pytająco brew, gdy ta nic nie powiedziała. - Mam wyjść? Zostawić was na osobności? - spytała, posyłając nieznajomej widocznie przesadzony, słodki uśmiech.
- Najlepiej by było. To są sprawy niedotyczące osób z zewnątrz - odpowiedziała bez większego problemu, na co Miller z trudem powstrzymała się od parsknięcia śmiechem.
- To ja pójdę do zoologicznego zobaczyć szczury - powiadomiła, podnosząc się z zajmowanego miejsca. Jednak została zatrzymana przez Michaela, który powiedział by zaczekała, lecz to była Natalie i zdecydowała się zrobić parę kroków w stronę wyjścia. - Zaraz wrócę, niech powie ci o tych sprawach, sklep jest dwie minuty stąd, a ruch to zdrowie! - dodała z delikatnym uśmiechem, skierowanym w stronę chłopaka, co ten odwzajemnił, mówiąc, że zaczeka. A Nat od razu opuściła lokal, dość szybkim krokiem kierując się w stronę zoologicznego.
Spędziła tam dobre dziesięć minut, zachwycając się każdym możliwym zwierzątkiem. Zdołała zrobić kilkadziesiąt zdjęć każdemu z nich, w gruncie rzeczy skupiając swoją uwagę na szczurach. Porozmawiała również z pracownikiem sklepu, dopytując się o to, czego można nauczyć te zwierzęta, w jaki sposób, wszelakie istotne informacje. Dopiero po tym wróciła do lokalu, tym razem z widocznym uśmiechem, przez co nawet nie zwróciła uwagi na kelnerkę, która wcześniej przyszła im przeszkodzić w rozmowie, przeszła do pomieszczenia, gdzie wcześniej siedziała z Michaelem, zastając go w tym samym miejscu.
- Wiesz, że szczury to kandydaci na chłopaka lub dziewczynę? - spytała, zajmując poprzednie miejsce. - Możesz nauczyć je dawać buzi. Siedzi w klatce, dostaje jedzenie i picie, czasami wyciągniesz i szczęśliwe! Żyć nie umierać - przyznała, pokazując zdjęcie jednego ze szczurów sklepu zoologicznego. - A kelnerka widocznie nie jest zadowolona z mojej obecności tutaj - dodała, całkowicie zmieniając temat.
Michael?
6.06.2019
Od Michaela CD Natalie
Pomimo zapewnień dziewczyny, wiedziałem, że jest z nią coś nie tak. Widziałem, jak bardzo chowa wszelki ból i uparcie trzyma się swojego stwierdzenia. Nie musiałem długo czekać na tego efekt, gdyż gdy tylko skierowaliśmy się do motocykla, białowłosa osunęła się na ziemię tracąc przy tym przytomność. Przekląłem pod nosem i podbiegłem do kobiety, która nie reagowała na żadne bodźce, lecz oddychała. Delikatnym ruchem dłoni sprawdziłem jej dolną partię żeber, gdyż to im się przyglądała jeszcze chwilę temu. Były one w nie najlepszym stanie, gdyż jeszcze trochę brakowało, a całkiem zapadłby się do płuc.
Gdy kobieta odzyskała przytomność, przywitała mnie niezłym ciosem w głowę, co z lekka zabolało, lecz zaraz o tym zapomniałem. Ponownie upewniłem się co do jej stanu zdrowia i wyglądała znacznie lepiej, niż kilka minut temu. Pomogłem jej wstać z piaszczystego podłoża i idąc obok siebie, skierowaliśmy się w kierunku motocykla.
— Lepiej będzie, jak odwiozę Cię teraz do domu — powiedziałem chwytając za kask z kierownicy maszyny — Wskażesz mi drogę — dodałem podając jej drugi kask.
Natalie przytaknęła i obydwoje przygotowaliśmy się do jazdy, a gdy kobieta zasiadła bezpiecznie za moją osobą, ruszyłem z tego przeklętego miejsca. Droga powrotna do miasta była znacznie szybsza, gdyż w pewnym stopniu chciałem wyładować wszelkie napięcie, które coraz bardziej kumulowało się w moim ciele. Nie chciałbym tak nagle wystrzelić skrzydłami czy zniknąć w mroku, byłoby to bardzo niebezpieczne.
Całą drogę przemilczałem jak grób, a reagowałem tylko na sygnały jasnowłosej, która kierowała prosto pod jej dom. Zatrzymałem się na szerokim chodniku, aby kobieta mogła spokojnie zejść z maszyny, przypięła kask w tylnej części siedzenia i spojrzała na mnie z delikatnym uśmiechem.
— Dzięki za.. miły wieczór pomimo tych.. kreatur — powiedziała poprawiając swoje jasne włosy.
— Mam nadzieję, że owa wyprawa Ci za bardzo nie zaszkodzi — odparłem zdejmując wcześniej kask.
— Jutro już wszystko będzie w porządku — zapewniła opuszczając lekko wzrok.
— Oby — mruknąłem unosząc kąciki ust w spokojny uśmiech.
Pożegnałem się z Natalie, po czym ubrałem kask i skierowałem się do mojego mieszkania, które o dziwo jest dość niedaleko. Po drodze przejechałem obok Silent Crow, w którym to wszystko było na swoim miejscu. Spokojnym tempem wjechałem do garażu, w którym zostawiłem maszynę, natomiast kaski spakowałem do bagażnika bawarki, która cała i zdrowa stała tuż obok. Po sprawdzeniu, czy oba pojazdy są dobrze zabezpieczone, udałem się w kierunku wyjścia i szerokim chodnikiem udałem się do głównych drzwi wieżowca. Gdy miałem już wejść do jego środka, zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy na "rutynową" kontrolę. Zabrali mnie trochę na bok i odebrali ode mnie dokumenty, które dokładnie sprawdzili i bez żadnego słowa oddali, lecz nagły przepływ prądu przez moje ciało dał mi do myślenia - Sopportare. Pomimo bólu, który przeszył mnie z góry na dół, zebrałem się do ucieczki, która niestety nie zakończyła się dobrze. Kolejny ładunek elektryczny dotknął mojego spiętego ciała, co spowodowało, że opadłem prosto na chłodną drogę między budynkami. Żadna zdolność w tym przypadku nie działa, a wszelkie fizyczne umiejętności były bezużyteczne. Mundurowi szybko do mnie dobiegli i skopali jak psa używając przy tym elektrycznej pałki. Odpuścili sobie dopiero wtedy, gdy dostali faktyczne zgłoszenie i odeszli w kierunku swojego busa. Natomiast ja z ogromnym bólem położyłem się na plecach i próbowałem złapać jakikolwiek kontakt ze światem, lecz ten był mocno utrudniony.
Jakakolwiek utrata przytomności w moim przypadku dzieje się tak rzadko, że po obudzeniu się, nie wiedziałem co się właśnie stało. Leżałem na jakiejś kanapie w dziwnym, szarym pokoju, którego wcześniej kompletne nie widziałem. Chciałem podnieść się do siadu, lecz mocny opatrunek na torsie oraz brzuchu mi to uniemożliwił.
— Nie tak szybko — mruknęła jakaś kobieta, która spokojnym krokiem do mnie podeszła — Nieźle Cię pokiereszowali. Czyżby Sopp?
— Mhm — przytaknąłem opierając przedramię o czoło — A kim Ty jesteś? — zerknąłem na kobietę.
— Jestem Amanda, jedna z członków White Raven — wyjaśniła siadając obok w fotelu — A to miejsce to nasza.. baza czy miejsce spotkań, pod miastem — dodała wracając na mnie spojrzeniem. — A Ty, wojowniku?
— Mike i nie należę do żadnego cyrku — odpowiedziałem lekko wzdychając.
— Widzieliśmy ostatnio Twój start na wyścigu. Twoja bawarka daje popalić — rzekła rozsiadając się w swoim miejscu — Przydałbyś się nam — dodała.
— Zastanowię się — mruknąłem podnosząc się do wcześniej wspomnianego siadu.
— Ależ oczywiście, nic na siłę — odparła sięgając po coś z szafki — Trzymaj — podała mi czarne radio z symbolem białego kruka.
— Po co mi to?
— Nasze, zakodowane radio. Żaden haker nie wciśnie się na nasz kanał. W razie czego, odezwij się — wyjaśniła i odprowadziła mnie do wyjścia.
Na zewnątrz panował dosłowny mrok, co świadczyło o późnej godzinie nocnej. Skierowałem się do głównej ulicy i już mniej więcej wiedziałem, gdzie się znajduję. Rozprostowałem czarne skrzydła i wzbiłem się ponad wieżowce, aby sprawnie dostać się do swojego mieszkania.
Tydzień później.
Po siedmiodniowym urlopie, obijaniu się i dochodzeniu do siebie, podjąłem jedną dość ważną decyzję, a mianowicie wstąpienie w szeregi White Raven. Niby zwykła grupa pasjonatów samochodowych, którzy lubią od czasu do czasu się pościgać, lecz za dnia biorą udział w wielu zbiórkach i pomagają potrzebującym. Czy będę miał przez to problemy? Być może, lecz w życiu trzeba wszystkiego spróbować.
Z ich biura udałem się od razu do Silent Crow w celu uzupełnienia wszelkiej papierologi, czego nie zdołała dokończyć moja zastępczyni. Na szczęście nie było tego dużo i koło południa miałem czas dla siebie, więc rozsiadłem się wygodnie w fotelu i oparłem głowę o zagłówek, natomiast nogi spoczęły na niewielkiej pufie. Chwyciłem za laptop w celu przeglądnięcia informacji, gdy nagle do biura weszła młoda kelnerka.
— Jakaś dziewczyna Ciebie szuka — rzekła opierając się o futrynę drzwi.
— Taka białowłosa? — spytałem spokojnie.
— Tak.
— Wpuść ją tutaj — spojrzałem na kobietę i odstawiłem urządzenie na biurko.
Gdy brunetka zniknęła zza drzwiami, zarz pojawiła się Natalie, która z uśmiechem na twarzy weszła do mojego biura. Oczywiście wstałem spokojnie z fotela i objąłem delikatnie kobietę, która od razu odwzajemniła mój gest przytulając się do mojej osoby.
— Dobrze Cię znów widzieć — powiedziałem z uśmiechem.
— Gdzieś Ty się podziewał? — spytała siadając w fotelu naprzeciwko.
— Aa.. miałem małe spotkanie z Sopp, nic poważnego — odpowiedziałem również zajmując swoje miejsce — Lepiej opowiadaj, co ciekawego działo się u Ciebie.
Natalie?
Gdy kobieta odzyskała przytomność, przywitała mnie niezłym ciosem w głowę, co z lekka zabolało, lecz zaraz o tym zapomniałem. Ponownie upewniłem się co do jej stanu zdrowia i wyglądała znacznie lepiej, niż kilka minut temu. Pomogłem jej wstać z piaszczystego podłoża i idąc obok siebie, skierowaliśmy się w kierunku motocykla.
— Lepiej będzie, jak odwiozę Cię teraz do domu — powiedziałem chwytając za kask z kierownicy maszyny — Wskażesz mi drogę — dodałem podając jej drugi kask.
Natalie przytaknęła i obydwoje przygotowaliśmy się do jazdy, a gdy kobieta zasiadła bezpiecznie za moją osobą, ruszyłem z tego przeklętego miejsca. Droga powrotna do miasta była znacznie szybsza, gdyż w pewnym stopniu chciałem wyładować wszelkie napięcie, które coraz bardziej kumulowało się w moim ciele. Nie chciałbym tak nagle wystrzelić skrzydłami czy zniknąć w mroku, byłoby to bardzo niebezpieczne.
Całą drogę przemilczałem jak grób, a reagowałem tylko na sygnały jasnowłosej, która kierowała prosto pod jej dom. Zatrzymałem się na szerokim chodniku, aby kobieta mogła spokojnie zejść z maszyny, przypięła kask w tylnej części siedzenia i spojrzała na mnie z delikatnym uśmiechem.
— Dzięki za.. miły wieczór pomimo tych.. kreatur — powiedziała poprawiając swoje jasne włosy.
— Mam nadzieję, że owa wyprawa Ci za bardzo nie zaszkodzi — odparłem zdejmując wcześniej kask.
— Jutro już wszystko będzie w porządku — zapewniła opuszczając lekko wzrok.
— Oby — mruknąłem unosząc kąciki ust w spokojny uśmiech.
Pożegnałem się z Natalie, po czym ubrałem kask i skierowałem się do mojego mieszkania, które o dziwo jest dość niedaleko. Po drodze przejechałem obok Silent Crow, w którym to wszystko było na swoim miejscu. Spokojnym tempem wjechałem do garażu, w którym zostawiłem maszynę, natomiast kaski spakowałem do bagażnika bawarki, która cała i zdrowa stała tuż obok. Po sprawdzeniu, czy oba pojazdy są dobrze zabezpieczone, udałem się w kierunku wyjścia i szerokim chodnikiem udałem się do głównych drzwi wieżowca. Gdy miałem już wejść do jego środka, zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy na "rutynową" kontrolę. Zabrali mnie trochę na bok i odebrali ode mnie dokumenty, które dokładnie sprawdzili i bez żadnego słowa oddali, lecz nagły przepływ prądu przez moje ciało dał mi do myślenia - Sopportare. Pomimo bólu, który przeszył mnie z góry na dół, zebrałem się do ucieczki, która niestety nie zakończyła się dobrze. Kolejny ładunek elektryczny dotknął mojego spiętego ciała, co spowodowało, że opadłem prosto na chłodną drogę między budynkami. Żadna zdolność w tym przypadku nie działa, a wszelkie fizyczne umiejętności były bezużyteczne. Mundurowi szybko do mnie dobiegli i skopali jak psa używając przy tym elektrycznej pałki. Odpuścili sobie dopiero wtedy, gdy dostali faktyczne zgłoszenie i odeszli w kierunku swojego busa. Natomiast ja z ogromnym bólem położyłem się na plecach i próbowałem złapać jakikolwiek kontakt ze światem, lecz ten był mocno utrudniony.
Jakakolwiek utrata przytomności w moim przypadku dzieje się tak rzadko, że po obudzeniu się, nie wiedziałem co się właśnie stało. Leżałem na jakiejś kanapie w dziwnym, szarym pokoju, którego wcześniej kompletne nie widziałem. Chciałem podnieść się do siadu, lecz mocny opatrunek na torsie oraz brzuchu mi to uniemożliwił.
— Nie tak szybko — mruknęła jakaś kobieta, która spokojnym krokiem do mnie podeszła — Nieźle Cię pokiereszowali. Czyżby Sopp?
— Mhm — przytaknąłem opierając przedramię o czoło — A kim Ty jesteś? — zerknąłem na kobietę.
— Jestem Amanda, jedna z członków White Raven — wyjaśniła siadając obok w fotelu — A to miejsce to nasza.. baza czy miejsce spotkań, pod miastem — dodała wracając na mnie spojrzeniem. — A Ty, wojowniku?
— Mike i nie należę do żadnego cyrku — odpowiedziałem lekko wzdychając.
— Widzieliśmy ostatnio Twój start na wyścigu. Twoja bawarka daje popalić — rzekła rozsiadając się w swoim miejscu — Przydałbyś się nam — dodała.
— Zastanowię się — mruknąłem podnosząc się do wcześniej wspomnianego siadu.
— Ależ oczywiście, nic na siłę — odparła sięgając po coś z szafki — Trzymaj — podała mi czarne radio z symbolem białego kruka.
— Po co mi to?
— Nasze, zakodowane radio. Żaden haker nie wciśnie się na nasz kanał. W razie czego, odezwij się — wyjaśniła i odprowadziła mnie do wyjścia.
Na zewnątrz panował dosłowny mrok, co świadczyło o późnej godzinie nocnej. Skierowałem się do głównej ulicy i już mniej więcej wiedziałem, gdzie się znajduję. Rozprostowałem czarne skrzydła i wzbiłem się ponad wieżowce, aby sprawnie dostać się do swojego mieszkania.
Tydzień później.
Po siedmiodniowym urlopie, obijaniu się i dochodzeniu do siebie, podjąłem jedną dość ważną decyzję, a mianowicie wstąpienie w szeregi White Raven. Niby zwykła grupa pasjonatów samochodowych, którzy lubią od czasu do czasu się pościgać, lecz za dnia biorą udział w wielu zbiórkach i pomagają potrzebującym. Czy będę miał przez to problemy? Być może, lecz w życiu trzeba wszystkiego spróbować.
Z ich biura udałem się od razu do Silent Crow w celu uzupełnienia wszelkiej papierologi, czego nie zdołała dokończyć moja zastępczyni. Na szczęście nie było tego dużo i koło południa miałem czas dla siebie, więc rozsiadłem się wygodnie w fotelu i oparłem głowę o zagłówek, natomiast nogi spoczęły na niewielkiej pufie. Chwyciłem za laptop w celu przeglądnięcia informacji, gdy nagle do biura weszła młoda kelnerka.
— Jakaś dziewczyna Ciebie szuka — rzekła opierając się o futrynę drzwi.
— Taka białowłosa? — spytałem spokojnie.
— Tak.
— Wpuść ją tutaj — spojrzałem na kobietę i odstawiłem urządzenie na biurko.
Gdy brunetka zniknęła zza drzwiami, zarz pojawiła się Natalie, która z uśmiechem na twarzy weszła do mojego biura. Oczywiście wstałem spokojnie z fotela i objąłem delikatnie kobietę, która od razu odwzajemniła mój gest przytulając się do mojej osoby.
— Dobrze Cię znów widzieć — powiedziałem z uśmiechem.
— Gdzieś Ty się podziewał? — spytała siadając w fotelu naprzeciwko.
— Aa.. miałem małe spotkanie z Sopp, nic poważnego — odpowiedziałem również zajmując swoje miejsce — Lepiej opowiadaj, co ciekawego działo się u Ciebie.
Natalie?
4.06.2019
Od Harriet CD Vergila
Byłam lekko zszokowana słuchając wampirzego przyjaciela, który od tak wyjaśnił wszystko na temat tego dziwnego symbolu. Całą tą wiedzę chłonęłam jak gąbka, gdyż czułam, że nie jest to żaden zbieg okoliczności i podane przez niego informację mogą być bardzo przydatne. Nawet próbowałam skojarzyć sobie drugi symbol, który ukazał Kevan, lecz kojarzył mi się on tylko z fazą księżyca, natomiast berserk postanowił bez słowa wyjść na tył domu, co zdziwiło naszą dwójkę. Wampir z lekka zirytowany przeniósł się do kuchni, aby napić się jakiejś wody, po czym oparł się nerwowo o blat. W tej sytuacji musiałam jak najszybciej uspokoić męskich osobników, a szczególnie kontrolować Kevana, który w gniewie jest dość nieobliczalny. Przybrałam więc mglistą postać i sprawnie przyleciałam do berserka, który klękał na liściastym podłożu. Ukazałam się kilka kroków od niego, tak w razie niekontrolowanego ataku.
— Ver, co się dzieje? — spytałam najspokojniej jak potrafiłam i delikatnie oparłam dłoń na ramieniu mężczyzny, by choć trochę uspokoić jego złość.
— To o mnie im chodzi, Harr. Potrójna Bogini i Rogaty Bóg zawsze idą w parze. Tamte ciało miało jej znak. A ja.. mam jego. — wyjaśnił po ukazaniu tego samego symbolu, który pokazał wcześniej wampir.
Kucnęłam przy brunecie i delikatnie chwyciłam za dłoń, aby bardziej przyjrzeć się symbolowi. Z jednej strony wyglądał jak zwykły tatuaż, z drugiej zaś nikt normalny nie robi sobie takich znaków.
— No nic — mruknęłam wstając — Najwyżej znowu zmierzymy się z jakąś sektą — dodałam lekko unosząc kąciki ust, choć nie było mi łatwo się uśmiechnąć w takiej sytuacji.
Tak, wkurzyłam się tak od środka na to wszystko. Liczyłam już na spokojniejsze życie działając tylko na zlecenia, lecz oczywiście los lubi tworzyć to nowe problemy. Czas więc przygotować się na kolejne dziwadła. Podałam mężczyźnie dłoń, który skorzystał z pomocy i wstał na równe nogi, po czym odwróciliśmy się w kierunku domku. Jednak bardziej zaniepokoił mnie głośny szelest wampirzej smugi, która zmieszała niczym strzała w kierunku berserka. Nie zdążyłam nawet ostrzec bruneta, gdyż ten zaraz został przykuty do szerokiego drzewa przez Kevana. Jego gniew przerosła go samego, a krew w jego żyłach pulsowała w wysokim ciśnieniu. Dłoń, która trzymała szyję Vergila, była "ozdobiona" znacznie dłuższymi paznokciami, które przeistoczyły się w jasne pazury, całe jego ciało stało się napięte jakby zaraz miał przybrać postać furii, natomiast jego oczy... były całe czarne. Jeśli nie zareaguję teraz, może dojść do niekontrolowanej walki, która skończy się śmiercią jednego z nich.
— Kevan, uspokój się — powiedziałam chcąc brzmieć odważnie, lecz głos sam w sobie zaczął się łamać — Nie chce kolejnej walki na tym terenie — dodałam wpatrując się na czarne oczy wampira.
— Od zawsze sprawiał problemy, Harr — rzekł brunet nieludzkim tonem — Chyba czas pozbyć się tej kuli u nogi — dodał jeszcze bardziej zaciskając dłoń na szyi berserka.
Vergil jak to Vergil, zaczął kląć i wyzywać w swoim języku, co w pewnym stopniu rozumiałam. Sama zaczęłam się gotować, co dobrze było widać po unoszącej się w okolicy czarnej mgły, która z sekundy na sekundę robiła się coraz gęściejsza.
— Kevan, calma. — powiedziałam powoli podchodząc do wampira, który niepewnie spojrzał w moim — Déixalo só. — dodałam stopniowo pętając nogi obu mężczyzn.
Nagle druga dłoń przyjaciela skierowała się w moim kierunku i siłą kinetyczną odepchnął mnie między drzewa, a zatrzymałam się dopiero na jednym z nich. Czując mocny ból tylnej części ciała, wydałam z siebie coś na wzór warknięcia, choć wampiry nie robią tego z własnej woli. Długie kły wbiły się w dolną wargę, a czując własną krew, byłam jak po zastrzyku adrenaliny. Podniosłam się szybko z ziemi i gdy chciałam obezwładnić Kevana, ten nagle odleciał od Vergila oczywiście zostawiając na jego szyi ślady pazurów. Obydwoje byli gotowi skoczyć sobie do gardeł, lecz nie na mojej warcie. To była chwila, a mężczyźni padli sparaliżowani na ziemię - wampir jak i berserk. Ja, stojąca między nimi, osunęłam się na kolana i oparłam ręce o chłodną trawę starając się nie wybuchnąć nerwowym płaczem, lecz kilka łez znalazło swoje ujście i spłynęły powoli z policzka na ziemię.
— Pozabijacie się innym razem — mruknęłam na tyle głośno, aby usłyszeli, po czym podjęłam próbę wstania, co oczywiście się udało, lecz nie obyło się bez lekkiego chwiania.
Oparłam się o drzewo obok i obserwowałam mężczyzn, z których powoli schodził paraliż. Do Kevana chyba doszło, co właśnie zrobił i nawet jego wygląd znormalniał, natomiast na jego twarzy wylądowało zaniepokojenie i niepewność.
— Spieprzaj stąd i przyjdź dopiero, jak zmądrzejesz — syknęłam do krwiopijcy, który słusznie posłuchał się komendy dosłownie znikając mi z oczu — A Tobie radzę zastanowić się nad rozwiązaniem Twojego problemu — dodałam zerkając na berserka, który podniósł się do siadu — I ochłonąć przede wszystkim.
Pomimo tych wszystkich nerwów, najbardziej było mi szkoda Vergila, który od tak został zaatakowany przez pół wampira pół bestię. Rozumiem złość Kevana, ale nie trawie jego zachowania oraz czynu, co trudno będzie mi zapomnieć. Natomiast ja, chwiejnym krokiem skierowałam się do domu, lecz w połowie drogi zdecydowałam się przejść w tryb mglisty i udać do salonu, gdzie walnęłam się na dużą sofę. Przyciągnęłam poduchę do siebie i zarzuciłam ją na twarz, żeby zakryć puszczające nerwy. Zwierzaki dobrze wiedziały co obić i cała trójka położyła się obok mnie. Jednak.. nie jestem jeszcze na tyle silna i wytrzymała jak kiedyś, przez co może często dochodzić do takiej reakcji na nerwy. Chcę to już zakończyć.
Vergil?
— Ver, co się dzieje? — spytałam najspokojniej jak potrafiłam i delikatnie oparłam dłoń na ramieniu mężczyzny, by choć trochę uspokoić jego złość.
— To o mnie im chodzi, Harr. Potrójna Bogini i Rogaty Bóg zawsze idą w parze. Tamte ciało miało jej znak. A ja.. mam jego. — wyjaśnił po ukazaniu tego samego symbolu, który pokazał wcześniej wampir.
Kucnęłam przy brunecie i delikatnie chwyciłam za dłoń, aby bardziej przyjrzeć się symbolowi. Z jednej strony wyglądał jak zwykły tatuaż, z drugiej zaś nikt normalny nie robi sobie takich znaków.
— No nic — mruknęłam wstając — Najwyżej znowu zmierzymy się z jakąś sektą — dodałam lekko unosząc kąciki ust, choć nie było mi łatwo się uśmiechnąć w takiej sytuacji.
Tak, wkurzyłam się tak od środka na to wszystko. Liczyłam już na spokojniejsze życie działając tylko na zlecenia, lecz oczywiście los lubi tworzyć to nowe problemy. Czas więc przygotować się na kolejne dziwadła. Podałam mężczyźnie dłoń, który skorzystał z pomocy i wstał na równe nogi, po czym odwróciliśmy się w kierunku domku. Jednak bardziej zaniepokoił mnie głośny szelest wampirzej smugi, która zmieszała niczym strzała w kierunku berserka. Nie zdążyłam nawet ostrzec bruneta, gdyż ten zaraz został przykuty do szerokiego drzewa przez Kevana. Jego gniew przerosła go samego, a krew w jego żyłach pulsowała w wysokim ciśnieniu. Dłoń, która trzymała szyję Vergila, była "ozdobiona" znacznie dłuższymi paznokciami, które przeistoczyły się w jasne pazury, całe jego ciało stało się napięte jakby zaraz miał przybrać postać furii, natomiast jego oczy... były całe czarne. Jeśli nie zareaguję teraz, może dojść do niekontrolowanej walki, która skończy się śmiercią jednego z nich.
— Kevan, uspokój się — powiedziałam chcąc brzmieć odważnie, lecz głos sam w sobie zaczął się łamać — Nie chce kolejnej walki na tym terenie — dodałam wpatrując się na czarne oczy wampira.
— Od zawsze sprawiał problemy, Harr — rzekł brunet nieludzkim tonem — Chyba czas pozbyć się tej kuli u nogi — dodał jeszcze bardziej zaciskając dłoń na szyi berserka.
Vergil jak to Vergil, zaczął kląć i wyzywać w swoim języku, co w pewnym stopniu rozumiałam. Sama zaczęłam się gotować, co dobrze było widać po unoszącej się w okolicy czarnej mgły, która z sekundy na sekundę robiła się coraz gęściejsza.
— Kevan, calma. — powiedziałam powoli podchodząc do wampira, który niepewnie spojrzał w moim — Déixalo só. — dodałam stopniowo pętając nogi obu mężczyzn.
Nagle druga dłoń przyjaciela skierowała się w moim kierunku i siłą kinetyczną odepchnął mnie między drzewa, a zatrzymałam się dopiero na jednym z nich. Czując mocny ból tylnej części ciała, wydałam z siebie coś na wzór warknięcia, choć wampiry nie robią tego z własnej woli. Długie kły wbiły się w dolną wargę, a czując własną krew, byłam jak po zastrzyku adrenaliny. Podniosłam się szybko z ziemi i gdy chciałam obezwładnić Kevana, ten nagle odleciał od Vergila oczywiście zostawiając na jego szyi ślady pazurów. Obydwoje byli gotowi skoczyć sobie do gardeł, lecz nie na mojej warcie. To była chwila, a mężczyźni padli sparaliżowani na ziemię - wampir jak i berserk. Ja, stojąca między nimi, osunęłam się na kolana i oparłam ręce o chłodną trawę starając się nie wybuchnąć nerwowym płaczem, lecz kilka łez znalazło swoje ujście i spłynęły powoli z policzka na ziemię.
— Pozabijacie się innym razem — mruknęłam na tyle głośno, aby usłyszeli, po czym podjęłam próbę wstania, co oczywiście się udało, lecz nie obyło się bez lekkiego chwiania.
Oparłam się o drzewo obok i obserwowałam mężczyzn, z których powoli schodził paraliż. Do Kevana chyba doszło, co właśnie zrobił i nawet jego wygląd znormalniał, natomiast na jego twarzy wylądowało zaniepokojenie i niepewność.
— Spieprzaj stąd i przyjdź dopiero, jak zmądrzejesz — syknęłam do krwiopijcy, który słusznie posłuchał się komendy dosłownie znikając mi z oczu — A Tobie radzę zastanowić się nad rozwiązaniem Twojego problemu — dodałam zerkając na berserka, który podniósł się do siadu — I ochłonąć przede wszystkim.
Pomimo tych wszystkich nerwów, najbardziej było mi szkoda Vergila, który od tak został zaatakowany przez pół wampira pół bestię. Rozumiem złość Kevana, ale nie trawie jego zachowania oraz czynu, co trudno będzie mi zapomnieć. Natomiast ja, chwiejnym krokiem skierowałam się do domu, lecz w połowie drogi zdecydowałam się przejść w tryb mglisty i udać do salonu, gdzie walnęłam się na dużą sofę. Przyciągnęłam poduchę do siebie i zarzuciłam ją na twarz, żeby zakryć puszczające nerwy. Zwierzaki dobrze wiedziały co obić i cała trójka położyła się obok mnie. Jednak.. nie jestem jeszcze na tyle silna i wytrzymała jak kiedyś, przez co może często dochodzić do takiej reakcji na nerwy. Chcę to już zakończyć.
Vergil?
Od Vergila CD Harriet
To nie mógł być przypadek. Nie mógł go po prostu zignorować, zepchnąć na dalszy plan, zapomnieć o tym, co się wydarzyło przed domem Harriet. Te zwłoki, te znamię, jakie znalazł cholerny Kevan, którego Norweg nadal nie darzył żadnymi ciepłymi uczuciami, ta cała sytuacja. Może to go jeszcze nie przerastało, gdyż można powiedzieć, że się przyzwyczaił do swoistego natłoku problemów, jednak wiedział, że jest tego bliski. Dlatego zamiast przysłuchiwać się rozmowom wampirów, oparł głowę na dłoniach i wbił spojrzenie w blat kuchennego stołu, starając się wydobyć z pamięci jakiekolwiek wzmianki na temat magów i tej całej Potrójnej Bogini, ale uparcie w jego głowie panowała pustka. W pewnym momencie usłyszał ciche uderzanie palców o drewno, a gdy podniósł wzrok, ujrzał Jamesa, nonszalancko siedzącego na widmowym krześle. Duch wyciągnął z ust paluszka, który służył mu za papierosa, po czym westchnął cicho, kręcąc głową.
— Ta cała Bogini jest bóstwem neopogańskim. Kiedyś wierzyłem w nią, ale mi się znudziło. Nigdy nie byłem człowiekiem, który to by biegał do kościółka na każde zawołanie. Coś jednak słyszałem na jej temat... Ale wiem na pewno, że nigdy nie była sama.
— Sama? — powtórzył Svensson, prostując się na krześle. Harriet przerwała gotowanie i zerknęła kątem oka na drugiego wampira, patrzącego z nieco kpiącym uśmiechem na berserka. Ten skupił się w zupełności na Jamesie, który zapewne wiedział więcej niż mówił. Brytyjczyk odchrząknął cicho i zaciągnął się "papierosem".
— Kiedy o niej mówiono, zawsze była parowana z Rogatym Bogiem. To w pewnym sensie jej przeciwieństwo, wiadomo, męskość, siła i tak dalej. Ten bóg był zazwyczaj utożsamiany z diabłem. Dokładniej z Bafometem, a czasami nawet z Szatanem. Chociaż to już mogło być gadanie starych katolików, bojących się zmian.
Berserk spojrzał na Kevana i złapał go za nadgarstek, nie pozwalając mężczyźnie się odsunąć. Sądząc po niezadowolonym mruknięciu krwiopijcy, nie spodobało się to mu zbyt bardzo. Harriet natomiast wyłączyła kuchenkę i, uzbrojona w widelec, oparła się o szafkę, z podniesionymi brwiami obserwując rozwój wydarzeń. James zaśmiał się krótko i usiadł w podobnej pozycji. Znikąd na jego nosie pojawiły się ciemne okulary, a paluszek zmienił się w szklankę z drinkiem.
— Powiedz mi..
— Najpierw mnie puść — Głos właściciela domu obniżył się. Svensson pokręcił głową i wzmocnił uścisk. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Zapewne chciał w ten sposób ułożyć myśli w logiczną całość.
— Powiedz mi, co wiesz o Rogatym Bóstwie. I o czarownikach, czarodziejach, magikach czy tych innych chujach z tym związanych.
Wampir wyrwał z całej siły dłoń z uścisku wojownika, po czym odsunął się od niego na krześle. Dłuższą chwilę wpatrywał się w skupione oblicze Vergila, jakby zastanawiał się, czy powinien spełnić jego prośbę. Białowłosa machnęła ręką i wróciła do gotowania.
— Powiedzenie nic cię nie kosztuje, a może się przyda ta wiedza. Z resztą, nie chcesz pewnie mieć kolejnych trupów przed domem, mam rację?
Kevan rozsiadł się wygodniej na swoim miejscu i skinął głową na znak, że przyjął takie wyjaśnienie. Następnie powiódł wzrokiem po zebranych, zatrzymując się na chwilę na samotnym okruszku paluszka na stole. Szybko to jednak zbył.
— Rogaty Bóg i Potrójna Bogini są głównymi bóstwami wiccan. To religia, którą wyznają zarówno śmiertelnicy, jak i stworzenia magiczne, głównie czarodzieje. Czarownicy wierzą w bardziej spaczoną wersję tej religii.
— To czarownicy i czarodzieje to nie to samo? — wszedł mu w słowo szczerze zdziwiony Vergil, co się spotkało tylko z żachnięciem się Kevana. Wampir oszczędził sobie komentarza i wznowił wypowiedź.
— Czarownicy wyznają Mrocznego Pana, czyli tego właśnie Rogatego Boga. To znaczy, żaden normalny wyznawca tego bóstwa ci nie powie, że ich lord to Bafomet, lecz wiadomo, jak to jest. Magowie za to w większości są ateistami bądź wierzą w siły natury. Chociaż ci drudzy zwani są częściej druidami. Dlatego nie wydaje mi się, że to ciało zostawili magowie, jak się teraz zastanawiam. Prędzej czarownicy, który nie zależą do żadnego sabatu.
— Sabatu? Takiego, gdzie się spotykają na szczycie góry, odprawiają rytuały i tańczą przy ognisku? — Tym razem wampirzyca przerwała monolog Kevana, który zareagował delikatnym uśmiechem, zupełnie innym od tego, jaki posłał berserkowi. We wnętrzu Vergila pojawiła się specyficzna zazdrość.
— Sabat, zwany rzadziej kowenem, to związek, zgromadzenie czarowników. Z tego co mi wiadomo, w tym mieście nie istnieje żaden oficjalny, gdyż ostatniego Wielkiego Czarownika Seattle ktoś powiesił na Drzewie Wisielców i od tego momentu mało kto odważa się przejąć kontrolę nad sabatem. Doszły mnie słuchy, że niejaki Crowley ma coś w planach. Ale nie będziemy teraz mówić o nadnaturalnej polityce, prawda? Wracając więc, to najprawdopodobniej grupa anarchistów, wyznająca Potrójną Boginię, może chcącą zemścić się na istotach nadprzyrodzonych. Może to nowy oddział łowców.
Svensson przesunął palcem po swym lewym przedramieniu, dopiero teraz sobie coś przypominając. Zupełnie jakby to wspomnienie zostało przez kogoś wypchnięte z jego głowy, a następnie zapieczętowano je, jednak cała ta wieść o czarodziejskim kościele pozwoliła mu wypłynąć.
— Jak.. Wygląda znak Rogatego?
Kevan nakreślił w powietrzu koło, na którego szczycie dorysował parę rogów. Dzięki wampirzej mocy, obraz pozostał na parę chwil przed nim. Mężczyzna oparł się łokciem o stół.
— Tyle wiem... Hej, a gdzie podziękowanie?
Norweg był już przy drzwiach na tyły domu, które pchnął tak mocno, że szyba w nich zadygotała niebezpiecznie. W kilku krokach przemierzył trawnik, zatrzymując się dopiero między drzewami. Usłyszał za sobą szum powietrza, ale nie odwrócił się, gdyż wiedział, że to Harriet. Dziewczyna stanęła przy pniu, w pewnej odległości od berserka, który upadł na kolana na leśnej ściółce. Cały czas zaciskał nerwowo dłoń na przedramieniu, nie mogąc uwierzyć, że mógł o czymś takim zapomnieć. Przecież to widział, codziennie, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że to coś dziwnego. Cholera. Pieprzony Ivar. Pieprzony dupek i ci jego nowi znajomi!
— Ver, co się dzieje? — Kobieta zrobiła niepewny krok w kierunku mężczyzny i ostrożnie położyła dłoń na ramieniu wojownika, po którego ciele przeszedł dreszcz. Svensson bez słowa podwinął rękaw i uniósł dłoń, pokazując przyjaciółce wypalony znak Rogatego Boga na swej ręce.
— To o mnie im chodzi, Harr. Potrójna Bogini i Rogaty Bóg zawsze idą w parze. Tamte ciało miało jej znak. A ja.. mam jego.
Harriet?
— Ta cała Bogini jest bóstwem neopogańskim. Kiedyś wierzyłem w nią, ale mi się znudziło. Nigdy nie byłem człowiekiem, który to by biegał do kościółka na każde zawołanie. Coś jednak słyszałem na jej temat... Ale wiem na pewno, że nigdy nie była sama.
— Sama? — powtórzył Svensson, prostując się na krześle. Harriet przerwała gotowanie i zerknęła kątem oka na drugiego wampira, patrzącego z nieco kpiącym uśmiechem na berserka. Ten skupił się w zupełności na Jamesie, który zapewne wiedział więcej niż mówił. Brytyjczyk odchrząknął cicho i zaciągnął się "papierosem".
— Kiedy o niej mówiono, zawsze była parowana z Rogatym Bogiem. To w pewnym sensie jej przeciwieństwo, wiadomo, męskość, siła i tak dalej. Ten bóg był zazwyczaj utożsamiany z diabłem. Dokładniej z Bafometem, a czasami nawet z Szatanem. Chociaż to już mogło być gadanie starych katolików, bojących się zmian.
Berserk spojrzał na Kevana i złapał go za nadgarstek, nie pozwalając mężczyźnie się odsunąć. Sądząc po niezadowolonym mruknięciu krwiopijcy, nie spodobało się to mu zbyt bardzo. Harriet natomiast wyłączyła kuchenkę i, uzbrojona w widelec, oparła się o szafkę, z podniesionymi brwiami obserwując rozwój wydarzeń. James zaśmiał się krótko i usiadł w podobnej pozycji. Znikąd na jego nosie pojawiły się ciemne okulary, a paluszek zmienił się w szklankę z drinkiem.
— Powiedz mi..
— Najpierw mnie puść — Głos właściciela domu obniżył się. Svensson pokręcił głową i wzmocnił uścisk. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Zapewne chciał w ten sposób ułożyć myśli w logiczną całość.
— Powiedz mi, co wiesz o Rogatym Bóstwie. I o czarownikach, czarodziejach, magikach czy tych innych chujach z tym związanych.
Wampir wyrwał z całej siły dłoń z uścisku wojownika, po czym odsunął się od niego na krześle. Dłuższą chwilę wpatrywał się w skupione oblicze Vergila, jakby zastanawiał się, czy powinien spełnić jego prośbę. Białowłosa machnęła ręką i wróciła do gotowania.
— Powiedzenie nic cię nie kosztuje, a może się przyda ta wiedza. Z resztą, nie chcesz pewnie mieć kolejnych trupów przed domem, mam rację?
Kevan rozsiadł się wygodniej na swoim miejscu i skinął głową na znak, że przyjął takie wyjaśnienie. Następnie powiódł wzrokiem po zebranych, zatrzymując się na chwilę na samotnym okruszku paluszka na stole. Szybko to jednak zbył.
— Rogaty Bóg i Potrójna Bogini są głównymi bóstwami wiccan. To religia, którą wyznają zarówno śmiertelnicy, jak i stworzenia magiczne, głównie czarodzieje. Czarownicy wierzą w bardziej spaczoną wersję tej religii.
— To czarownicy i czarodzieje to nie to samo? — wszedł mu w słowo szczerze zdziwiony Vergil, co się spotkało tylko z żachnięciem się Kevana. Wampir oszczędził sobie komentarza i wznowił wypowiedź.
— Czarownicy wyznają Mrocznego Pana, czyli tego właśnie Rogatego Boga. To znaczy, żaden normalny wyznawca tego bóstwa ci nie powie, że ich lord to Bafomet, lecz wiadomo, jak to jest. Magowie za to w większości są ateistami bądź wierzą w siły natury. Chociaż ci drudzy zwani są częściej druidami. Dlatego nie wydaje mi się, że to ciało zostawili magowie, jak się teraz zastanawiam. Prędzej czarownicy, który nie zależą do żadnego sabatu.
— Sabatu? Takiego, gdzie się spotykają na szczycie góry, odprawiają rytuały i tańczą przy ognisku? — Tym razem wampirzyca przerwała monolog Kevana, który zareagował delikatnym uśmiechem, zupełnie innym od tego, jaki posłał berserkowi. We wnętrzu Vergila pojawiła się specyficzna zazdrość.
— Sabat, zwany rzadziej kowenem, to związek, zgromadzenie czarowników. Z tego co mi wiadomo, w tym mieście nie istnieje żaden oficjalny, gdyż ostatniego Wielkiego Czarownika Seattle ktoś powiesił na Drzewie Wisielców i od tego momentu mało kto odważa się przejąć kontrolę nad sabatem. Doszły mnie słuchy, że niejaki Crowley ma coś w planach. Ale nie będziemy teraz mówić o nadnaturalnej polityce, prawda? Wracając więc, to najprawdopodobniej grupa anarchistów, wyznająca Potrójną Boginię, może chcącą zemścić się na istotach nadprzyrodzonych. Może to nowy oddział łowców.
Svensson przesunął palcem po swym lewym przedramieniu, dopiero teraz sobie coś przypominając. Zupełnie jakby to wspomnienie zostało przez kogoś wypchnięte z jego głowy, a następnie zapieczętowano je, jednak cała ta wieść o czarodziejskim kościele pozwoliła mu wypłynąć.
— Jak.. Wygląda znak Rogatego?
Kevan nakreślił w powietrzu koło, na którego szczycie dorysował parę rogów. Dzięki wampirzej mocy, obraz pozostał na parę chwil przed nim. Mężczyzna oparł się łokciem o stół.
— Tyle wiem... Hej, a gdzie podziękowanie?
Norweg był już przy drzwiach na tyły domu, które pchnął tak mocno, że szyba w nich zadygotała niebezpiecznie. W kilku krokach przemierzył trawnik, zatrzymując się dopiero między drzewami. Usłyszał za sobą szum powietrza, ale nie odwrócił się, gdyż wiedział, że to Harriet. Dziewczyna stanęła przy pniu, w pewnej odległości od berserka, który upadł na kolana na leśnej ściółce. Cały czas zaciskał nerwowo dłoń na przedramieniu, nie mogąc uwierzyć, że mógł o czymś takim zapomnieć. Przecież to widział, codziennie, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że to coś dziwnego. Cholera. Pieprzony Ivar. Pieprzony dupek i ci jego nowi znajomi!
— Ver, co się dzieje? — Kobieta zrobiła niepewny krok w kierunku mężczyzny i ostrożnie położyła dłoń na ramieniu wojownika, po którego ciele przeszedł dreszcz. Svensson bez słowa podwinął rękaw i uniósł dłoń, pokazując przyjaciółce wypalony znak Rogatego Boga na swej ręce.
— To o mnie im chodzi, Harr. Potrójna Bogini i Rogaty Bóg zawsze idą w parze. Tamte ciało miało jej znak. A ja.. mam jego.
Harriet?
3.06.2019
Od Natalie CD Michaela
Pomimo swoich licznych podróży, Nat zwykle nie zagłębiała się w teren z kilku powodów. Jeżeli było się samotnikiem, można było spisać siebie na straty. Jasne, nie zawsze to się sprawdzało, lecz dziewczyna za każdym razem nie ma chęci na dodatkową dawkę adrenaliny, przekonania się, co czeka za rogiem. W towarzystwie wszystko było inne, raz lepsze, raz gorsze. Dlatego w najbliższym czasie raczej nie będzie chciała zapoznać się bliżej z terenem, przynajmniej nie tak szybko. Chociaż... kto wie, co przyniesie jutro, prawda? Różne sytuacje się zdarzają.
Niestety, miłe chwile zwykle szybko się kończą. Robiło się zimniej niżeli cieplej, więc dwójka zmuszona była w końcu się zebrać z zajmowanej ławki. Miller jak zwykle zrobiła to z dużą niechęcią, wlała siedzieć, dalej rozmawiać, lecz nie wszystko można mieć jak na tacy, prawda?
Przeniosła spojrzenie na osobę, która zwróciła się bezpośrednio do nich, co nieco zdziwiło dziewczynę, tym samym uniosła pytająco brew ku górze. Niezbyt rozumiała toku rozumowania nieznajomego. Czy gdziekolwiek był napis "teren prywatny"? Czy cokolwiek takiego, wskazującego na "prywatną" posiadłość, przez co nikt nie miał tutaj prawa wstępu? Otóż nie. Dlatego nim mogła się spostrzec, kreatury zwinnie pokonały krótki dystans. Zbyt szybko to nastąpiło. To był powód dla którego blondynka dość szybko została zaatakowana przez kolejne postacie.
To wyrwało z niej głośny, zirytowany krzyk. Czując zbyt mocny ucisk wokół żeber, zaczęła się miotać. Co prawda miała mocne kości, była bardziej wytrzymała niż każdy, przeciętny człowiek, lecz, jak wiadomo, jest taki punkt, który po prostu jest nazbyt czuły, powodujący ból. Nie szamotała się ze względu na to, że mogłaby pogorszyć swój stan, zdołały użyć swojej siły, tym samym kilka z żeber dziewczyny zostały uszkodzone. W pierwszej chwili nie odczuwała większego bólu, był raczej przyćmiony tym, co się przed chwilą wydarzyło, adrenalina robiła swoje. Spoglądając na chłopaka, w końcu pokręciła głową, stwierdzając, że wszystko w porządku. Jednak dociskanie ręki do żeber po prawej stronie raczej nie wskazywało na fakt, że wszystko było w porządku.
Dopiero po dłuższej chwili, mimowolnie odsunęła dłoń od swoich żeber, chcąc zobaczyć czy cokolwiek będzie widoczne, podwinęła koszulkę od strony, z której odczuwała ból, lecz jak można było się domyślić - nic tam nie było.
- Przeżyję, to jeszcze nie jest pora na śmierć - oznajmiła, delikatnie się uśmiechając, następnie wsunęła koszulkę w spodnie. Kiedy chciała się odwrócić w stronę towarzysza, chcąc wykazać, że wszystko jest w porządku, z ogromnym trudem powstrzymała się od cisnącego się na usta przekleństwa pomieszanego z krzykiem. - Naprawdę jest dobrze - dodała, widząc widoczne niedowierzanie na twarzy drugiego, jakby jej nie wierzył w tej kwestii. W momencie jak już ruszyła w kierunku pojazdu Michaela, szła dość powoli przez pulsujący, nieprzyjemny ból, przez który nieco ciężej zaczynało jej się oddychać. Mogło być znacznie gorzej, to była drobnostka, przynajmniej tak sobie mówiła. Nim zdołała dotrzeć do motoru, przed oczami miała już czarny obraz ze względu na stracenie przytomności, a tym samym jej ciało upadło na ziemię.
*
Błądziła po mieście w towarzystwie swojego ojca, trafiając w końcu do jednego z mniej uczęszczanych parków. Jednak żadne z nich nie przejmowało się tym, co mogło tam czyhać. Oboje przybrali formy lykantropa, decydując się na mały wyścig między drzewami, chcąc dobiec do samego końca parku. I wszystko wydawało się być jednym z jej nielicznych marzeń, które w najbliższym czasie nie ujrzą światła dziennego. Była znacznie szybsza, jak i zwinniejsza od swojego ojca dzięki licznym treningom, a jej orientacja w terenie nie była tak tragiczna, jak kiedyś sądziła. Biegnąc przed siebie, praktycznie ani razu nie obejrzała się za siebie, lecz zrobiła to, gdy przestała słyszeć jakiekolwiek kroki czy szmery liści. Dziwna postać, nie posiadająca twarzy a samą paszczę z ostrymi zębami skoczyła na Natalie.
I właśnie wtedy się obudziła, odruchowo podrywając się do siadu, przez co uderzyła swoją głową w tą Michaela, który najwyraźniej sprawdzał jej stan, czy jeszcze żyje. Zasłaniając usta dłonią, przyglądała mu się, w końcu jednak przenosząc rękę na jego czoło.
- To nie było specjalnie - mruknęła z widocznym rozbawieniem, które miało ukryć jej zakłopotanie. Leniwie gładząc czoło chłopaka, w które uderzyła tuż po wybudzeniu z koszmaru.
Michael?
Niestety, miłe chwile zwykle szybko się kończą. Robiło się zimniej niżeli cieplej, więc dwójka zmuszona była w końcu się zebrać z zajmowanej ławki. Miller jak zwykle zrobiła to z dużą niechęcią, wlała siedzieć, dalej rozmawiać, lecz nie wszystko można mieć jak na tacy, prawda?
Przeniosła spojrzenie na osobę, która zwróciła się bezpośrednio do nich, co nieco zdziwiło dziewczynę, tym samym uniosła pytająco brew ku górze. Niezbyt rozumiała toku rozumowania nieznajomego. Czy gdziekolwiek był napis "teren prywatny"? Czy cokolwiek takiego, wskazującego na "prywatną" posiadłość, przez co nikt nie miał tutaj prawa wstępu? Otóż nie. Dlatego nim mogła się spostrzec, kreatury zwinnie pokonały krótki dystans. Zbyt szybko to nastąpiło. To był powód dla którego blondynka dość szybko została zaatakowana przez kolejne postacie.
To wyrwało z niej głośny, zirytowany krzyk. Czując zbyt mocny ucisk wokół żeber, zaczęła się miotać. Co prawda miała mocne kości, była bardziej wytrzymała niż każdy, przeciętny człowiek, lecz, jak wiadomo, jest taki punkt, który po prostu jest nazbyt czuły, powodujący ból. Nie szamotała się ze względu na to, że mogłaby pogorszyć swój stan, zdołały użyć swojej siły, tym samym kilka z żeber dziewczyny zostały uszkodzone. W pierwszej chwili nie odczuwała większego bólu, był raczej przyćmiony tym, co się przed chwilą wydarzyło, adrenalina robiła swoje. Spoglądając na chłopaka, w końcu pokręciła głową, stwierdzając, że wszystko w porządku. Jednak dociskanie ręki do żeber po prawej stronie raczej nie wskazywało na fakt, że wszystko było w porządku.
Dopiero po dłuższej chwili, mimowolnie odsunęła dłoń od swoich żeber, chcąc zobaczyć czy cokolwiek będzie widoczne, podwinęła koszulkę od strony, z której odczuwała ból, lecz jak można było się domyślić - nic tam nie było.
- Przeżyję, to jeszcze nie jest pora na śmierć - oznajmiła, delikatnie się uśmiechając, następnie wsunęła koszulkę w spodnie. Kiedy chciała się odwrócić w stronę towarzysza, chcąc wykazać, że wszystko jest w porządku, z ogromnym trudem powstrzymała się od cisnącego się na usta przekleństwa pomieszanego z krzykiem. - Naprawdę jest dobrze - dodała, widząc widoczne niedowierzanie na twarzy drugiego, jakby jej nie wierzył w tej kwestii. W momencie jak już ruszyła w kierunku pojazdu Michaela, szła dość powoli przez pulsujący, nieprzyjemny ból, przez który nieco ciężej zaczynało jej się oddychać. Mogło być znacznie gorzej, to była drobnostka, przynajmniej tak sobie mówiła. Nim zdołała dotrzeć do motoru, przed oczami miała już czarny obraz ze względu na stracenie przytomności, a tym samym jej ciało upadło na ziemię.
*
Błądziła po mieście w towarzystwie swojego ojca, trafiając w końcu do jednego z mniej uczęszczanych parków. Jednak żadne z nich nie przejmowało się tym, co mogło tam czyhać. Oboje przybrali formy lykantropa, decydując się na mały wyścig między drzewami, chcąc dobiec do samego końca parku. I wszystko wydawało się być jednym z jej nielicznych marzeń, które w najbliższym czasie nie ujrzą światła dziennego. Była znacznie szybsza, jak i zwinniejsza od swojego ojca dzięki licznym treningom, a jej orientacja w terenie nie była tak tragiczna, jak kiedyś sądziła. Biegnąc przed siebie, praktycznie ani razu nie obejrzała się za siebie, lecz zrobiła to, gdy przestała słyszeć jakiekolwiek kroki czy szmery liści. Dziwna postać, nie posiadająca twarzy a samą paszczę z ostrymi zębami skoczyła na Natalie.
I właśnie wtedy się obudziła, odruchowo podrywając się do siadu, przez co uderzyła swoją głową w tą Michaela, który najwyraźniej sprawdzał jej stan, czy jeszcze żyje. Zasłaniając usta dłonią, przyglądała mu się, w końcu jednak przenosząc rękę na jego czoło.
- To nie było specjalnie - mruknęła z widocznym rozbawieniem, które miało ukryć jej zakłopotanie. Leniwie gładząc czoło chłopaka, w które uderzyła tuż po wybudzeniu z koszmaru.
Michael?
Od Eliotta CD Ashtona
Na powrót poczuł pod stopami twardy grunt na co tylko odetchnął z ulgą. Złapał się za nadgarstki lekko poparzone przez magiczne pnącza i zaczął rozmasowywać obolałą skórę w zdziwieniu obserwując dziwną istotę, która zaraz zmieniła się w zwykłego psa. Eliott dalej nic z tego nie rozumiał, a co drugie słowo padające z ust Ashtona było mu obce i niezrozumiałe. Stał w miejscu dłuższą chwilę zastanawiając się czy kolejna ucieczka mu się opłaci czy skończy czymś jeszcze gorszym, ale zanim chłopak zdążył jakkolwiek zareagować, odezwał się ciemnowłosy.
- Przepraszam. Zachowałem się jak dupek. Wybacz, po prostu... Spanikowałem - odparł zakłopotany i wskazał brodą na psa siedzącego niedaleko blondyna, na którego ten nie umiał już patrzeć jak na zwykłego futrzaka - Naopowiadał mi on trochę o Salem. Nie chcę, aby historia się powtórzyła.
- On ci naopowiadał? - Eliott w zdziwieniu uniósł brwi, ale po chwili stwierdził, że nie ma co się tak wszystkiemu dziwić. Przecież sam był dziwadłem, o którym sam czarownik mało słyszał - Zresztą nie ważne, nic mnie już nie zdziwi. W każdym razie dzięki za przeprosiny i poparzenia - dodał spoglądając na Ashtona.
- Przeżyjesz. Mogłem zrobić ci coś o wiele gorszego - prawie niezauważalnie uniósł jeden kącik ust jakby na złagodzenie sytuacji - W przyszłości może ci się jakoś odwdzięczę.
- Mam taką nadzieję. Należy mi się jakieś dobre piwo - nonszalancko zarzucił włosami chowając ręce do kieszeni - Teraz już wrócę do klubu jeżeli pozwolisz.
Ashton tylko kiwnął lekko głową i przesunął się, aby dać chłopakowi przejść. Eliott zaś skorzystał z pozwolenia i przeszedł obok ciemnowłosego ostatni raz na niego zerkając. Sytuacja, która miała tu miejsce była dosyć niewytłumaczalna i blondyn wiedział, że szybko o niej nie zapomni, a przy jego ciekawości może i zacznie drążyć. Póki co wyszedł na oświetloną i ruchliwą ulicę, po której drugiej stronie znajdował się klub, gdzie zostawił swoje rzeczy. Wszedł do środka niezauważony i podszedł do konsoli, żeby zabrać swój laptop i inne sprzęty, które był w stanie przytargać do domu samodzielnie. Najcięższe pudła mógł zostawiać tutaj, gdyż nie było sensu przewożenia ich codziennie. Eliott zabrał co mógł i wyszedł po drodze tylko słysząc narzekających tancerzy na brak dobrej DJowej muzyki. Godzina nie była już taka młoda, więc niedługo i tak wszyscy będą musieli się stąd zmywać jeżeli chcą z rana powstawać do pracy. Chłopak udał się za budynek, gdzie zaparkowane było jego auto i zapakował do niego walizki i torby. Wsiadł do samochodu i z głośnym westchnieniem oparł głowę o podgłówek. Zazwyczaj nie jest tak znużony, gdy wraca z pracy, ale powiedzmy, że ten dzień zapewnił mu sporo rozrywki niekoniecznie potrzebnej.
Po niedługiej przejażdżce w ciemnościach nocy w końcu dotarł do domu. Z niechęcią powciągał na czwarte piętro wszystkie pudła, a przy drzwiach z trudem trafił kluczem do zamka. Wpadł do środka od razu będąc atakowanym przez własnego towarzysza, ale nie miał siły na zabawę ani wielkie powitania, więc tylko odepchnął lekko czworonoga i rzucił rzeczy pod szafkę na buty. Po drodze do łóżka pogubił ubrania takie jak spodnie i bluzka i bez większych przygotowań walnął się na kanapę w salono-jadalnio-kuchnio-sypialni i narzucił na siebie cienki koc. Po chwili również Rhino zajął swoje miejsce przy Eliottcie i ułożył łeb na klatce piersiowej chłopaka oczekując jakiejkolwiek reakcji.
- A ty co? Też zmieniasz się w jakieś dziwadła? - zaśmiał się gładząc psa po głowie - Mam nadzieję, że nie. Jeden taki w domu wystarczy - dodał układając się na boku.
W takiej pozycji długo też nie pozostał. Nie pozwoliła mu na to jego ciekawość, która nakłoniła go do odpalenia laptopa. Blondyn wychylił się żeby sięgnąć go z pokrowca i ułożył go sobie na kolanach. Od razu odpalił wyszukiwarkę i wpisał w nią ,,Salem''. Po chwili wyskoczyły mu zwroty takie jak ,,miasto czarownic'' czy ,,polowanie na czarownice''. Po przeczytaniu kilku artykułów Eliott czuł się wystarczająco wyedukowany i chociaż każda strona mówiła co innego, niektóre historie je łączyły. Teraz wiedział czego obawiał się Ashton. Jego dar jest powszechniej znany niż dar Eliotta, dlatego też musi być wokół niego większe zainteresowanie, nie zawsze wychodzące na dobre. Z jednej strony cieszył się, że o piekielnych ogarach tak wiele nie wiadomo, a z drugiej strony współczuł brunetowi tego, że musiał żyć w niepokoju. Chociaż jeżeli przy swoim boku ma psa, który nie do końca był zwykłym psem i posiada liczne zdolności, nie musi czuć się jakoś bardzo zagrożony. Eliott powstrzymał się od dalszego przeszukiwania internetu, ale musiał przyznać, że tematy czarownic i magii nieźle go zainteresowały. Co nadal oczywiście nie przekonało go do swojego daru, który uważał raczej za przekleństwo. Po chwili zmusił się do zamknięcia laptopa i skrycia się wśród koców i poduszek.
Ashton?
- Przepraszam. Zachowałem się jak dupek. Wybacz, po prostu... Spanikowałem - odparł zakłopotany i wskazał brodą na psa siedzącego niedaleko blondyna, na którego ten nie umiał już patrzeć jak na zwykłego futrzaka - Naopowiadał mi on trochę o Salem. Nie chcę, aby historia się powtórzyła.
- On ci naopowiadał? - Eliott w zdziwieniu uniósł brwi, ale po chwili stwierdził, że nie ma co się tak wszystkiemu dziwić. Przecież sam był dziwadłem, o którym sam czarownik mało słyszał - Zresztą nie ważne, nic mnie już nie zdziwi. W każdym razie dzięki za przeprosiny i poparzenia - dodał spoglądając na Ashtona.
- Przeżyjesz. Mogłem zrobić ci coś o wiele gorszego - prawie niezauważalnie uniósł jeden kącik ust jakby na złagodzenie sytuacji - W przyszłości może ci się jakoś odwdzięczę.
- Mam taką nadzieję. Należy mi się jakieś dobre piwo - nonszalancko zarzucił włosami chowając ręce do kieszeni - Teraz już wrócę do klubu jeżeli pozwolisz.
Ashton tylko kiwnął lekko głową i przesunął się, aby dać chłopakowi przejść. Eliott zaś skorzystał z pozwolenia i przeszedł obok ciemnowłosego ostatni raz na niego zerkając. Sytuacja, która miała tu miejsce była dosyć niewytłumaczalna i blondyn wiedział, że szybko o niej nie zapomni, a przy jego ciekawości może i zacznie drążyć. Póki co wyszedł na oświetloną i ruchliwą ulicę, po której drugiej stronie znajdował się klub, gdzie zostawił swoje rzeczy. Wszedł do środka niezauważony i podszedł do konsoli, żeby zabrać swój laptop i inne sprzęty, które był w stanie przytargać do domu samodzielnie. Najcięższe pudła mógł zostawiać tutaj, gdyż nie było sensu przewożenia ich codziennie. Eliott zabrał co mógł i wyszedł po drodze tylko słysząc narzekających tancerzy na brak dobrej DJowej muzyki. Godzina nie była już taka młoda, więc niedługo i tak wszyscy będą musieli się stąd zmywać jeżeli chcą z rana powstawać do pracy. Chłopak udał się za budynek, gdzie zaparkowane było jego auto i zapakował do niego walizki i torby. Wsiadł do samochodu i z głośnym westchnieniem oparł głowę o podgłówek. Zazwyczaj nie jest tak znużony, gdy wraca z pracy, ale powiedzmy, że ten dzień zapewnił mu sporo rozrywki niekoniecznie potrzebnej.
Po niedługiej przejażdżce w ciemnościach nocy w końcu dotarł do domu. Z niechęcią powciągał na czwarte piętro wszystkie pudła, a przy drzwiach z trudem trafił kluczem do zamka. Wpadł do środka od razu będąc atakowanym przez własnego towarzysza, ale nie miał siły na zabawę ani wielkie powitania, więc tylko odepchnął lekko czworonoga i rzucił rzeczy pod szafkę na buty. Po drodze do łóżka pogubił ubrania takie jak spodnie i bluzka i bez większych przygotowań walnął się na kanapę w salono-jadalnio-kuchnio-sypialni i narzucił na siebie cienki koc. Po chwili również Rhino zajął swoje miejsce przy Eliottcie i ułożył łeb na klatce piersiowej chłopaka oczekując jakiejkolwiek reakcji.
- A ty co? Też zmieniasz się w jakieś dziwadła? - zaśmiał się gładząc psa po głowie - Mam nadzieję, że nie. Jeden taki w domu wystarczy - dodał układając się na boku.
W takiej pozycji długo też nie pozostał. Nie pozwoliła mu na to jego ciekawość, która nakłoniła go do odpalenia laptopa. Blondyn wychylił się żeby sięgnąć go z pokrowca i ułożył go sobie na kolanach. Od razu odpalił wyszukiwarkę i wpisał w nią ,,Salem''. Po chwili wyskoczyły mu zwroty takie jak ,,miasto czarownic'' czy ,,polowanie na czarownice''. Po przeczytaniu kilku artykułów Eliott czuł się wystarczająco wyedukowany i chociaż każda strona mówiła co innego, niektóre historie je łączyły. Teraz wiedział czego obawiał się Ashton. Jego dar jest powszechniej znany niż dar Eliotta, dlatego też musi być wokół niego większe zainteresowanie, nie zawsze wychodzące na dobre. Z jednej strony cieszył się, że o piekielnych ogarach tak wiele nie wiadomo, a z drugiej strony współczuł brunetowi tego, że musiał żyć w niepokoju. Chociaż jeżeli przy swoim boku ma psa, który nie do końca był zwykłym psem i posiada liczne zdolności, nie musi czuć się jakoś bardzo zagrożony. Eliott powstrzymał się od dalszego przeszukiwania internetu, ale musiał przyznać, że tematy czarownic i magii nieźle go zainteresowały. Co nadal oczywiście nie przekonało go do swojego daru, który uważał raczej za przekleństwo. Po chwili zmusił się do zamknięcia laptopa i skrycia się wśród koców i poduszek.
Ashton?
Od Ashtona CD Daewona
Zapewne słowa Azjaty miały na celu zupełnie coś innego, jednak wystarczyło, że pojawił się w nich cień krytyki dla działań Ashtona, aby ten zatrzymał się w miejscu i ściągnął gniewnie brwi, wpatrując się w oblicze przybysza. On go śmiał pouczać. Jego, potomka wielkiego Crowleya, którego imię i nazwisko wpisało się do ogólnej historii kultury złotymi zgłoskami. Przyszłego Wielkiego Czarownika Seattle, przywódcy pierwszego sabatu na terenach tego miasta!
Może nieco z tym wybiegł w przyszłość, lecz będąc porządnie zdenerwowanym, nie myślał logicznie. Stracił nawet w pewnym stopniu kontrolę nad sobą, gdyż zamiast pozostać w bezpiecznej odległości, jaka pozwoliłaby mu rzucić bezproblemowo zaklęcie, a następnie uciec, zbliżył się do kambiona, stając nawet nieco na palcach, aby w specyficzny, jakby zwierzęcy sposób spróbować go zdominować. Co, oczywiście, z boku wyglądało niezwykle żałośnie.
— Nie musisz mnie pouczać w kwestii sztuk czarnomagicznych — powiedział powoli Ashton, chcąc powstrzymać się przed wykrzyczeniem swoich, jedynych prawdziwych rzecz jasna, racji w twarz Azjaty — Wiem więcej, niż możesz to sobie wyobrazić. Obcuję także z demonami można powiedzieć codziennie — Brunet zaśmiał się lekko pod nosem na wspomnienie brata, który przecież też podpadał pod kategorię bestii z otchłani w mniejszym lub większym stopniu — Wiem, jakie wiąże się z tym ryzyko. I wiem, że cena, jaką te istoty żądają, jest dla wielu śmiertelników zbyt wielka. A z resztą — Crowley machnął ręką, odwracając się od gościa i powracając na swoje miejsce, znajdujące się w przyjemnym cieniu ruin dworca metra. Kiedyś się zastanawiał, dlaczego je zamknęli. Nigdzie nie znalazł wzmianek na ten temat, co mogło znaczyć, że mogło być to związane z siłami wyższymi, znanymi także pod mianem mocy nadnaturalnych. Ale to nie było miejsce na takie przemyślenia. Musiał przecież zdecydować, co zrobi z tym niepokornym demonem, który, o dziwo, nie chce słuchać Ashtona. Odesłać do Obliwionu? Zamknąć w pentagramie? Zapieczętować w pudełku jak Dybbuka? Im dłużej brunet spoglądał na oblicze nieznajomego, tym mniej chęci miał do zrobienia czegokolwiek, aż ostatecznie cała złość z niego uciekła, a na jej miejsce wkradło się chłodne opanowanie, podszyte fałszywym zadowoleniem.
— No cóż, muszę więc poczekać na tego prawdziwego sługę, jak mówiłeś — Czarownik uśmiechnął się słabo jakby do siebie, udając, że nie zwraca większej uwagi na ruchy i zachowanie nieznajomego — Jedno mnie tylko zastanawia. Skoro nie przybyłeś tu na moje wezwanie, co tu robisz? Mało kto wie o tym miejscu... A jeszcze mniej osób przychodzi tutaj na spacery. Zwłaszcza o takiej porze. Jesteś jakimś zagubionym podróżnikiem? — Młodzieniec zerknął na zeszyt w dłoni kambiona. Po krótkim namyśle pstryknął palcami, a zręczne pazury goblina, jaki ujawnił się na barkach przybysza, zacisnęły się na grzbiecie notatnika, który następnie znalazł się w rękach Crowleya. Ten zaczął go przeglądać krytycznie, pozwalając chowańcowi usiąść na czubku swej głowy.
— Co to jest, wiersze? Jesteś pisarzem? Muzykiem? Czy po prostu ci się nudzi?
Daewon?
Może nieco z tym wybiegł w przyszłość, lecz będąc porządnie zdenerwowanym, nie myślał logicznie. Stracił nawet w pewnym stopniu kontrolę nad sobą, gdyż zamiast pozostać w bezpiecznej odległości, jaka pozwoliłaby mu rzucić bezproblemowo zaklęcie, a następnie uciec, zbliżył się do kambiona, stając nawet nieco na palcach, aby w specyficzny, jakby zwierzęcy sposób spróbować go zdominować. Co, oczywiście, z boku wyglądało niezwykle żałośnie.
— Nie musisz mnie pouczać w kwestii sztuk czarnomagicznych — powiedział powoli Ashton, chcąc powstrzymać się przed wykrzyczeniem swoich, jedynych prawdziwych rzecz jasna, racji w twarz Azjaty — Wiem więcej, niż możesz to sobie wyobrazić. Obcuję także z demonami można powiedzieć codziennie — Brunet zaśmiał się lekko pod nosem na wspomnienie brata, który przecież też podpadał pod kategorię bestii z otchłani w mniejszym lub większym stopniu — Wiem, jakie wiąże się z tym ryzyko. I wiem, że cena, jaką te istoty żądają, jest dla wielu śmiertelników zbyt wielka. A z resztą — Crowley machnął ręką, odwracając się od gościa i powracając na swoje miejsce, znajdujące się w przyjemnym cieniu ruin dworca metra. Kiedyś się zastanawiał, dlaczego je zamknęli. Nigdzie nie znalazł wzmianek na ten temat, co mogło znaczyć, że mogło być to związane z siłami wyższymi, znanymi także pod mianem mocy nadnaturalnych. Ale to nie było miejsce na takie przemyślenia. Musiał przecież zdecydować, co zrobi z tym niepokornym demonem, który, o dziwo, nie chce słuchać Ashtona. Odesłać do Obliwionu? Zamknąć w pentagramie? Zapieczętować w pudełku jak Dybbuka? Im dłużej brunet spoglądał na oblicze nieznajomego, tym mniej chęci miał do zrobienia czegokolwiek, aż ostatecznie cała złość z niego uciekła, a na jej miejsce wkradło się chłodne opanowanie, podszyte fałszywym zadowoleniem.
— No cóż, muszę więc poczekać na tego prawdziwego sługę, jak mówiłeś — Czarownik uśmiechnął się słabo jakby do siebie, udając, że nie zwraca większej uwagi na ruchy i zachowanie nieznajomego — Jedno mnie tylko zastanawia. Skoro nie przybyłeś tu na moje wezwanie, co tu robisz? Mało kto wie o tym miejscu... A jeszcze mniej osób przychodzi tutaj na spacery. Zwłaszcza o takiej porze. Jesteś jakimś zagubionym podróżnikiem? — Młodzieniec zerknął na zeszyt w dłoni kambiona. Po krótkim namyśle pstryknął palcami, a zręczne pazury goblina, jaki ujawnił się na barkach przybysza, zacisnęły się na grzbiecie notatnika, który następnie znalazł się w rękach Crowleya. Ten zaczął go przeglądać krytycznie, pozwalając chowańcowi usiąść na czubku swej głowy.
— Co to jest, wiersze? Jesteś pisarzem? Muzykiem? Czy po prostu ci się nudzi?
Daewon?
Od Michaela CD Natalie
Gdy dziewczyna zgodziła się na przejażdżkę, poczułem spokój na duszy, jakby cały ten demon tak nagle ucichł. Podałem jej kask, który zaraz ode mnie odebrała i sprawnie założyła go na głowę, jakby już wcześniej miała styczność z odzieżą tego typu. Przełożyła nogę na drugą stronę maszyny i pewnie objęła mnie w pasie, a gdy jej stopy spoczęły na stopkach, zjechałem z chodnika na drogę. Jasne światło podwójnej lampy dokładnie oświetlało drogę przed nami, lecz ciężko było ominąć mikrodziury, które były widocznie w ostatniej chwili. Pomimo tego, bezpiecznie dojechaliśmy do piaszczystego parkingu przy lesie, na którym zatrzymałem motocykl. Jasnowłosa od razu zsiadła z jednośladu i zdjęła kask, aby zaciągnąć się świeżym powietrzem. Obleciała wzrokiem pobliskie drzewa i zatrzymała go na niebie, na którym powoli pojawiały się gwiazdy. Głęboko westchnąłem i zawiesiłem kaski na kierownicy maszyny, po czym zabezpieczyłem ją alarmem.
— Czasami tutaj przyjeżdżam, gdy pobliskie tereny nie dają mi już spokoju — powiedziałem spokojnie i zerknąłem na dziewczynę, która również na mnie wróciła spojrzeniem.
— Czyli musi być tutaj coś naprawdę.. uspokajającego — lekko się uśmiechnęła i delikatnie poprawiła kosmyk jasnego włosa, który opadł jej na twarz.
Odwzajemniłem uśmiech i wskazałem na ścieżkę, która prowadziła do punktu widokowego, mniej uczęszczanego przez normalnych ludzi ze względu na grasujące w pobliżu zwierzęta. Ruszyliśmy spokojnym krokiem i chłonęliśmy tutejsze tereny niczym gąbka wodę.
— Musisz dużo podróżować, skoro znacz aż takie zakamarki — stwierdziła Natalie przerywając między nami ciszę.
— Przeważnie po ciężkiej pracy uciekam z miasta, czyli.. codziennie — lekko się zaśmiałem — Czasami są to standardowe miejsca, lecz zdarza się, że wyjeżdżam jeszcze dalej, jak na przykład tutaj — dodałem, po czym przed nami ukazał się jeden z wielu widoków wielkiego jeziora, w którym odbijało się gwieździste niebo.
Jasnowłosa wyglądała na zadowoloną z takowego obrazu, co nawet mnie pocieszyło. Sam wpatrzyłem się w taflę zbiornika, która od czasu do czasu drżała przez tamtejsze ryby lub też okoliczne zwierzęta, które popijały wody z brzegów jeziora.
— Niewiele jest tak dobrze zachowanych miejsc — powiedziała spokojnie dziewczyna, z którą przed chwilą usiadłem na pobliskiej ławce.
— Zgadza się. Większość punktów jest oblegana przez ludzi lub zaniedbana.
— Tutaj natomiast jest wszystko w porządku. Czyżby ludzie bali się zapuszczać w te rejony?
— Mhm — przytaknąłem — Ponoć w okolicy są niedźwiedzie, lecz oprócz lisów nie widziałem większego zagrożenia.
Wspólna rozmowa ciągnęła dość długo, lecz gdy zrobiło się chłodniej, czas było się powoli zbierać. Wstaliśmy dość leniwie z drewnianej ławki i spojrzeliśmy w kierunku drogi powrotnej, na której stało kilku ludzi w ciemnych ubraniach. Od samego patrzenia na nich czułem się źle, zaś drugie ja kazało wybuchnąć mi demonizmem i spłoszyć obce nam kreatury.
— Czemu naruszacie nasze terytorium, ludzkie istoty? — rzucił mężczyzna, który wyszedł z ciemności drzew.
— Nie przypominam sobie, żeby ten region należał do kogokolwiek — odparłem obserwując rozmówcę, jednocześnie pilnując stojącej obok mnie Natalie.
— Zabawne — prychnął mężczyzna i ruchem dłoni nakazał kreaturom nas zaatakować.
Pierwszych trzech dało się obezwładnić, lecz kolejni zadawali nieprzyjemne ciosy z pseudo kijków bejsbolowych, które raczej nie były wykonane z drewna. Nagły krzyk agresji jasnowłosej obudził moje chore myślenie, które kazało mi użyć mocy, bo inaczej nie wyjdą z tego cali. Czarne, powstałe z mroku macki, w moment owinęły się wokół napastników, którzy mocno trzymali moją towarzyszkę. Mroki sprawnie ukręciły im głowy, natomiast ich ciała bezwładnie opadły przy nogach dziewczyny. Pozostałe macki unieszkodliwiły lub też spłoszyły wrogich osobników, lecz panująca wokół cisza nie była już tak przyjemna, jak kilka minut temu.
— Wszystko okey? — spytałem po podejściu do dziewczyny.
Natalie?
— Czasami tutaj przyjeżdżam, gdy pobliskie tereny nie dają mi już spokoju — powiedziałem spokojnie i zerknąłem na dziewczynę, która również na mnie wróciła spojrzeniem.
— Czyli musi być tutaj coś naprawdę.. uspokajającego — lekko się uśmiechnęła i delikatnie poprawiła kosmyk jasnego włosa, który opadł jej na twarz.
Odwzajemniłem uśmiech i wskazałem na ścieżkę, która prowadziła do punktu widokowego, mniej uczęszczanego przez normalnych ludzi ze względu na grasujące w pobliżu zwierzęta. Ruszyliśmy spokojnym krokiem i chłonęliśmy tutejsze tereny niczym gąbka wodę.
— Musisz dużo podróżować, skoro znacz aż takie zakamarki — stwierdziła Natalie przerywając między nami ciszę.
— Przeważnie po ciężkiej pracy uciekam z miasta, czyli.. codziennie — lekko się zaśmiałem — Czasami są to standardowe miejsca, lecz zdarza się, że wyjeżdżam jeszcze dalej, jak na przykład tutaj — dodałem, po czym przed nami ukazał się jeden z wielu widoków wielkiego jeziora, w którym odbijało się gwieździste niebo.
Jasnowłosa wyglądała na zadowoloną z takowego obrazu, co nawet mnie pocieszyło. Sam wpatrzyłem się w taflę zbiornika, która od czasu do czasu drżała przez tamtejsze ryby lub też okoliczne zwierzęta, które popijały wody z brzegów jeziora.
— Niewiele jest tak dobrze zachowanych miejsc — powiedziała spokojnie dziewczyna, z którą przed chwilą usiadłem na pobliskiej ławce.
— Zgadza się. Większość punktów jest oblegana przez ludzi lub zaniedbana.
— Tutaj natomiast jest wszystko w porządku. Czyżby ludzie bali się zapuszczać w te rejony?
— Mhm — przytaknąłem — Ponoć w okolicy są niedźwiedzie, lecz oprócz lisów nie widziałem większego zagrożenia.
Wspólna rozmowa ciągnęła dość długo, lecz gdy zrobiło się chłodniej, czas było się powoli zbierać. Wstaliśmy dość leniwie z drewnianej ławki i spojrzeliśmy w kierunku drogi powrotnej, na której stało kilku ludzi w ciemnych ubraniach. Od samego patrzenia na nich czułem się źle, zaś drugie ja kazało wybuchnąć mi demonizmem i spłoszyć obce nam kreatury.
— Czemu naruszacie nasze terytorium, ludzkie istoty? — rzucił mężczyzna, który wyszedł z ciemności drzew.
— Nie przypominam sobie, żeby ten region należał do kogokolwiek — odparłem obserwując rozmówcę, jednocześnie pilnując stojącej obok mnie Natalie.
— Zabawne — prychnął mężczyzna i ruchem dłoni nakazał kreaturom nas zaatakować.
Pierwszych trzech dało się obezwładnić, lecz kolejni zadawali nieprzyjemne ciosy z pseudo kijków bejsbolowych, które raczej nie były wykonane z drewna. Nagły krzyk agresji jasnowłosej obudził moje chore myślenie, które kazało mi użyć mocy, bo inaczej nie wyjdą z tego cali. Czarne, powstałe z mroku macki, w moment owinęły się wokół napastników, którzy mocno trzymali moją towarzyszkę. Mroki sprawnie ukręciły im głowy, natomiast ich ciała bezwładnie opadły przy nogach dziewczyny. Pozostałe macki unieszkodliwiły lub też spłoszyły wrogich osobników, lecz panująca wokół cisza nie była już tak przyjemna, jak kilka minut temu.
— Wszystko okey? — spytałem po podejściu do dziewczyny.
Natalie?
1.06.2019
Od Natalie CD Michaela
Kolejny dzień w pracy był jedną z najmniej przyjemnych rzeczy, jaka mogła ją spotkać. Na dzień dobry, jeden z klientów upuścił filiżankę z kawą, kolejny zaś ułamał uszko filiżanki... dużo można by wymieniać. I nie byłoby to takie złe, w końcu przypadki chodzą po ludziach, gdyby to nie Natalie musiała za każdym razem sprzątać po takich osobach, robiąc im na nowo kawy. Jej zirytowanie sięgnęło zenitu, gdy ktoś zdecydował się donieść skargę na "zbyt zimną herbatę". Najprawdopodobniej, gdyby nie jeden z pracowników stojących obok, dziewczyna nie potrafiłaby już trzymać swoich nerwów na wodzy, a to wskazywało na fakt, że wstała dzisiaj lewą nogą. W końcu... kto by się cieszył na wieść, iż zostaje dłużej w pracy, ponieważ potrzebna jest dodatkowa para rąk? I to tak niespodziewanie. Uśmiechanie się do każdego, nowego klienta było już nużącym zajęciem, dzisiejszego dnia nie dawało jej to tyle pozytywnego myślenia, co zazwyczaj.
Kiedy jednak mogła opuścić lokal, zrobiła to w trybie natychmiastowym, przez co zmuszona była wrócić się do kawiarni, gdzie musiała zostawić na zapleczu fartuch i wziąć swoje rzeczy, czyli mały plecak, w którym wszystko było. Oczywiście, wszystko, co było jej potrzebne; portfel, klucze od mieszkania i telefon. No i jedna z licznych mgiełek. Nic więcej tam nie nosiła, uważając to za zbędne, a nie chciała mieć niepotrzebnego syfu, gdzie nie można nic znaleźć.
Jej jednym z ulubionych środków transportu, poza własnym autem, było metro, dzięki czemu unikała korków na mieście, irytujących, głośnych dźwięków... i w dość szybkim czasie potrafiła dotrzeć do wybranego wcześniej miejsca. Dzisiaj zdecydowała się pojechać do parku, który znajdował się trzy przystanki metrem od jej pracy, więc grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. W takich miejscach mogła odpocząć od ludzi, czy negatywnych odczuć po całym tym dniu. Jednak jej plany jak zwykle szlag trafił, kiedy zapomniała wysiąść na odpowiednim przystanku... lecz zdecydowała się ten czas jakoś spożytkować i pójść... przed siebie, najzwyczajniej w świecie zwiedzi miasto. Powinna w tym widzieć plusy, bo zapozna się z okolicą i prędzej nauczy się stąd wracać. Nie powinna być tylko przyzwyczajona do jednej części miasta. Może i tam mieszka, w samym centrum, wie jak dojechać w większość miejsc samochodem, a komunikacją miejską? Tylko niektóre rzeczy kojarzy, nic więcej.
Mając słuchawki w uszach, podłączone do telefonu, gdzie miała włączoną playlistę ulubionych kawałków muzycznych, leniwie kroczyła między budynkami, mimo wszystko rozglądając się po okolicy. Była tutaj z dobre dwa razy, lecz tylko w celu dotarcia do jednej z galerii, czy też do kolejnego, większego parku, w którym zwykle mogła spokojnie przybrać formę lykantropa. Jej całe skupienie na tekście piosenki, jak i zwiedzania, zostało zniszczone przez osobę, która zatrzymała się niespełna kilka metrów przed nią, wyjęła jedną słuchawkę z ucha, dokładnie obserwując wyższą personę. Mrużąc oczy, gdy motocyklista zdjął kask, nie potrafiła raczej ukryć swojego zdziwienia na widok nowo poznanego mężczyzny wczorajszego, feralnego wieczoru. Delikatnie się uśmiechnęła, kręcąc w niedowierzaniu głową na jego propozycję. Dopiero wtedy zdecydowała przenieść swoje spojrzenie w kierunku drogi, która idealnie prowadziła do parku. I cóż, czy byłaby sobą, gdyby odmówiła?
- Podróżowanie metrem i zagapienie się w nim nie jest niczym przydatnym, gdy nie zna się innych lokalizacji miasta, więc błądzenie to jedno z moich ulubionych czynności - powiedziała, lekko wzruszając ramionami, gdy znalazła się bliżej Michaela. - Na przejażdżkę do parku z leśnymi? - spytała z widocznym rozbawieniem. Jednak nie odmówiła, przyjmując kask od mężczyzny, dzięki czemu po krótkiej chwili siedziała już za nim, obejmując go w pasie. Jasne, pewne obawy wciąż siedziały jej w głowie ze względu na to, co spotkało jej ojca. Nie miała zamiaru zrezygnować i zejść, szczególnie kiedy już ruszyli.
Kilkukrotnie przestrzegła przed większymi dziurami, których nie było widać, ale i przed tym jak niektórzy lubią urządzić sobie turniej na nagłe pojawianie się na drodze w postaci wilkołaków, czy innych stworzeń. Zdołała być tutaj tyle razy, żeby zapoznać się naprawdę bardzo dobrze z terenem.
Michael?
Kiedy jednak mogła opuścić lokal, zrobiła to w trybie natychmiastowym, przez co zmuszona była wrócić się do kawiarni, gdzie musiała zostawić na zapleczu fartuch i wziąć swoje rzeczy, czyli mały plecak, w którym wszystko było. Oczywiście, wszystko, co było jej potrzebne; portfel, klucze od mieszkania i telefon. No i jedna z licznych mgiełek. Nic więcej tam nie nosiła, uważając to za zbędne, a nie chciała mieć niepotrzebnego syfu, gdzie nie można nic znaleźć.
Jej jednym z ulubionych środków transportu, poza własnym autem, było metro, dzięki czemu unikała korków na mieście, irytujących, głośnych dźwięków... i w dość szybkim czasie potrafiła dotrzeć do wybranego wcześniej miejsca. Dzisiaj zdecydowała się pojechać do parku, który znajdował się trzy przystanki metrem od jej pracy, więc grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. W takich miejscach mogła odpocząć od ludzi, czy negatywnych odczuć po całym tym dniu. Jednak jej plany jak zwykle szlag trafił, kiedy zapomniała wysiąść na odpowiednim przystanku... lecz zdecydowała się ten czas jakoś spożytkować i pójść... przed siebie, najzwyczajniej w świecie zwiedzi miasto. Powinna w tym widzieć plusy, bo zapozna się z okolicą i prędzej nauczy się stąd wracać. Nie powinna być tylko przyzwyczajona do jednej części miasta. Może i tam mieszka, w samym centrum, wie jak dojechać w większość miejsc samochodem, a komunikacją miejską? Tylko niektóre rzeczy kojarzy, nic więcej.
Mając słuchawki w uszach, podłączone do telefonu, gdzie miała włączoną playlistę ulubionych kawałków muzycznych, leniwie kroczyła między budynkami, mimo wszystko rozglądając się po okolicy. Była tutaj z dobre dwa razy, lecz tylko w celu dotarcia do jednej z galerii, czy też do kolejnego, większego parku, w którym zwykle mogła spokojnie przybrać formę lykantropa. Jej całe skupienie na tekście piosenki, jak i zwiedzania, zostało zniszczone przez osobę, która zatrzymała się niespełna kilka metrów przed nią, wyjęła jedną słuchawkę z ucha, dokładnie obserwując wyższą personę. Mrużąc oczy, gdy motocyklista zdjął kask, nie potrafiła raczej ukryć swojego zdziwienia na widok nowo poznanego mężczyzny wczorajszego, feralnego wieczoru. Delikatnie się uśmiechnęła, kręcąc w niedowierzaniu głową na jego propozycję. Dopiero wtedy zdecydowała przenieść swoje spojrzenie w kierunku drogi, która idealnie prowadziła do parku. I cóż, czy byłaby sobą, gdyby odmówiła?
- Podróżowanie metrem i zagapienie się w nim nie jest niczym przydatnym, gdy nie zna się innych lokalizacji miasta, więc błądzenie to jedno z moich ulubionych czynności - powiedziała, lekko wzruszając ramionami, gdy znalazła się bliżej Michaela. - Na przejażdżkę do parku z leśnymi? - spytała z widocznym rozbawieniem. Jednak nie odmówiła, przyjmując kask od mężczyzny, dzięki czemu po krótkiej chwili siedziała już za nim, obejmując go w pasie. Jasne, pewne obawy wciąż siedziały jej w głowie ze względu na to, co spotkało jej ojca. Nie miała zamiaru zrezygnować i zejść, szczególnie kiedy już ruszyli.
Kilkukrotnie przestrzegła przed większymi dziurami, których nie było widać, ale i przed tym jak niektórzy lubią urządzić sobie turniej na nagłe pojawianie się na drodze w postaci wilkołaków, czy innych stworzeń. Zdołała być tutaj tyle razy, żeby zapoznać się naprawdę bardzo dobrze z terenem.
Michael?
Od Michaela CD Natalie
Po pożegnaniu się z jasnowłosą, wsiadłem do bawarki i odprowadziłem ją wzrokiem aż do bramy wyjazdowej parkingu. Prychnąłem sam do siebie, po czym odpaliłem auto i również opuściłem teren pubu. Włączyłem spokojną muzykę w radiu i ze spokojem mknąłem drogami miasta prosto do podziemnego garażu. Oczywiście napotkałem kilka patroli, którzy niepewnie zawieszali wzrok na moim aucie, lecz szybko odpuszczali. Jechałem zgodnie z przepisami, więc mogli mnie jedynie cmoknąć w zderzak.
Gdy bawarka stała na swoim miejscu, cała i bez większych zarysowań, mogłem udać się do mieszkania, gdzie czekała na mnie stęskniona Siwa. Wystarczyło zamknąć za sobą drzwi, aby ta goła kotka wskoczyła na moje ramie prosto z wysokiej szafki.
— Znowu był wypadek — usłyszałem znudzony głos Asha.
— Niestety był. Znów trąbią o tym w telewizji? — rzuciłem odwieszając kurtkę na haczyk przy drzwiach.
— Mhm — wskazał na telewizor, w którym było widać miejsce zdarzenia.
— Nikt nie powiedział, że ta pasja jest bezpieczna — mruknąłem obojętnie — Nawet głupie szkło na drodze może spowodować koziołkowanie — dodałem szukając w kuchni czegoś na przegryzkę.
Pomimo powrotu o ludzkiej godzinie do domu, zasnąłem gdzieś koło drugiej, gdyż trochę przeciągnęła mi się rozmowa z Ashem, na temat zjawisk paranormalnych.
Rano obudziłem się w pół żywy, lecz zajęcia same się nie odbędą. Leniwie doczłapałem się do łazienki, gdzie w pewnym stopniu uratował mnie zimny prysznic oraz świeże ubrania, które później na siebie założyłem. Wspólnie z bratem zjedliśmy jakieś śniadanie i gotowi do wyjścia opuściliśmy mieszkanie udając się do garażu. Dojazd do akademii był o wiele łatwiejszy, niż dostanie się do centrum, gdyż o tej godzinie lubią tworzyć się niezłe korki. Pod szkołą zaparkowałem prosto pod kamerą, czyli tam gdzie zawsze, natomiast w budynku nasze drogi się rozeszły.
Zajęcia skończyłem koło dwunastej, gdyż klasa, z którą powinienem mieć teraz lekcję, pojechała na wycieczkę za miasto. Dla mnie to nawet lepiej, gdyż mogłem pojechać do swojej knajpki i zjeść tam coś dobrego na obiad. O dziwo całe Seattle było przejezdne, co ostatnio zdarza się dość często. W końcu nie każda droga jest zakorkowana czy nawet nieprzejezdna.
Siedząc wygodnie w kanapie pubu, usłyszałem wiadomości z telewizora wiszącego na bocznej ścianie. Sięgnąłem za pilot i lekko pogłośniłem, gdyż było tam coś, co trochę mnie zainteresowało.
— (...) jestem wdzięczny temu, który właśnie tam uratował mi życie. Gdyby nie ta osoba, nie byłoby mnie tutaj. Jeśli to oglądasz, dziękuję Ci...
Lekko uśmiechnąłem się pod nosem i dopiłem resztki soku z wysokiej szklanki, po czym wraz z talerzem odstawiłem je do głębokiego zlewu. Spakowałem też obiad dla Asha, po czym wróciłem do domu, gdyż opisy zachowań uczniów same się nie sprawdzą.
Papirologię zakończyłem koło czwartej, co z lekka zamuliło mi myślenie, przez co musiałem zrobić sobie mrożoną kawę, napój bogów czy tam eliksir życia. Jak zwał jak zwał.
Po opróżnieniu kubka z zimnym napojem, stwierdziłem, że za oknem jest dość normalna pogoda, aby wyciągnąć z garażu motocykl, co w sumie nie było głupim pomysłem. Sięgnąłem za skórzaną kurtkę, kask oraz rękawicę, po czym udałem się do skromnej maszyny, która grzecznie stała obok bawarki. Z bagażnika auta wyjąłem drugi kask, którzy przypiąłem w tylnej części siedzenia jednośladu, bo oczywiście może się on przydać. Przygotowałem się do jazdy i spokojnie opuściłem parking, kierując się w mniej znanym mi kierunku. Taka trochę jazda bez celu.
Po pokonaniu kilu zakrętów oraz prostych drug, byłem prawie na wyjeździe z miasta w kierunku zalesionego parku. Jednak nie to mnie zainteresowało, a bardziej zwróciłem uwagę na znajomą posturę kobiety. Gdy podjechałem bliżej, okazało się, że była to Natalie, która prawdopodobnie szła gdzieś spacerem, w sensie nie śpieszyła się. Zatrzymałem pojazd kilka kroków przed nią, wbiłem bieg neutralny i zdjąłem kask, aby jasnowłosa mogła łatwiej mnie rozpoznać.
— A gdzie to piękna dama się wybiera — rzuciłem opierając dłonie o kask, który położyłem na bak jednośladu — Może zabrać Cię na przejażdżkę? — zaproponowałem zaraz, gdy Natalie zatrzymała na mnie wzrok wraz z pięknym uśmiechem.
Natalie?
Gdy bawarka stała na swoim miejscu, cała i bez większych zarysowań, mogłem udać się do mieszkania, gdzie czekała na mnie stęskniona Siwa. Wystarczyło zamknąć za sobą drzwi, aby ta goła kotka wskoczyła na moje ramie prosto z wysokiej szafki.
— Znowu był wypadek — usłyszałem znudzony głos Asha.
— Niestety był. Znów trąbią o tym w telewizji? — rzuciłem odwieszając kurtkę na haczyk przy drzwiach.
— Mhm — wskazał na telewizor, w którym było widać miejsce zdarzenia.
— Nikt nie powiedział, że ta pasja jest bezpieczna — mruknąłem obojętnie — Nawet głupie szkło na drodze może spowodować koziołkowanie — dodałem szukając w kuchni czegoś na przegryzkę.
Pomimo powrotu o ludzkiej godzinie do domu, zasnąłem gdzieś koło drugiej, gdyż trochę przeciągnęła mi się rozmowa z Ashem, na temat zjawisk paranormalnych.
Rano obudziłem się w pół żywy, lecz zajęcia same się nie odbędą. Leniwie doczłapałem się do łazienki, gdzie w pewnym stopniu uratował mnie zimny prysznic oraz świeże ubrania, które później na siebie założyłem. Wspólnie z bratem zjedliśmy jakieś śniadanie i gotowi do wyjścia opuściliśmy mieszkanie udając się do garażu. Dojazd do akademii był o wiele łatwiejszy, niż dostanie się do centrum, gdyż o tej godzinie lubią tworzyć się niezłe korki. Pod szkołą zaparkowałem prosto pod kamerą, czyli tam gdzie zawsze, natomiast w budynku nasze drogi się rozeszły.
Zajęcia skończyłem koło dwunastej, gdyż klasa, z którą powinienem mieć teraz lekcję, pojechała na wycieczkę za miasto. Dla mnie to nawet lepiej, gdyż mogłem pojechać do swojej knajpki i zjeść tam coś dobrego na obiad. O dziwo całe Seattle było przejezdne, co ostatnio zdarza się dość często. W końcu nie każda droga jest zakorkowana czy nawet nieprzejezdna.
Siedząc wygodnie w kanapie pubu, usłyszałem wiadomości z telewizora wiszącego na bocznej ścianie. Sięgnąłem za pilot i lekko pogłośniłem, gdyż było tam coś, co trochę mnie zainteresowało.
— (...) jestem wdzięczny temu, który właśnie tam uratował mi życie. Gdyby nie ta osoba, nie byłoby mnie tutaj. Jeśli to oglądasz, dziękuję Ci...
Lekko uśmiechnąłem się pod nosem i dopiłem resztki soku z wysokiej szklanki, po czym wraz z talerzem odstawiłem je do głębokiego zlewu. Spakowałem też obiad dla Asha, po czym wróciłem do domu, gdyż opisy zachowań uczniów same się nie sprawdzą.
Papirologię zakończyłem koło czwartej, co z lekka zamuliło mi myślenie, przez co musiałem zrobić sobie mrożoną kawę, napój bogów czy tam eliksir życia. Jak zwał jak zwał.
Po opróżnieniu kubka z zimnym napojem, stwierdziłem, że za oknem jest dość normalna pogoda, aby wyciągnąć z garażu motocykl, co w sumie nie było głupim pomysłem. Sięgnąłem za skórzaną kurtkę, kask oraz rękawicę, po czym udałem się do skromnej maszyny, która grzecznie stała obok bawarki. Z bagażnika auta wyjąłem drugi kask, którzy przypiąłem w tylnej części siedzenia jednośladu, bo oczywiście może się on przydać. Przygotowałem się do jazdy i spokojnie opuściłem parking, kierując się w mniej znanym mi kierunku. Taka trochę jazda bez celu.
Po pokonaniu kilu zakrętów oraz prostych drug, byłem prawie na wyjeździe z miasta w kierunku zalesionego parku. Jednak nie to mnie zainteresowało, a bardziej zwróciłem uwagę na znajomą posturę kobiety. Gdy podjechałem bliżej, okazało się, że była to Natalie, która prawdopodobnie szła gdzieś spacerem, w sensie nie śpieszyła się. Zatrzymałem pojazd kilka kroków przed nią, wbiłem bieg neutralny i zdjąłem kask, aby jasnowłosa mogła łatwiej mnie rozpoznać.
— A gdzie to piękna dama się wybiera — rzuciłem opierając dłonie o kask, który położyłem na bak jednośladu — Może zabrać Cię na przejażdżkę? — zaproponowałem zaraz, gdy Natalie zatrzymała na mnie wzrok wraz z pięknym uśmiechem.
Natalie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)