5.12.2019

Od Natalie CD Michaela

  Przysłuchując się słowom mężczyzny, ciche westchnięcie uciekło z ust białowłosej. Oczywiście, czego innego można było się spodziewać po zaistniałej sytuacji? Kręcąc w niedowierzaniu głową, na nowo swe spojrzenie umieściła w tancerkach, gdzie na widok jednej z nich, lekki uśmiech pojawił się na ustach Natalie. Niestety, nie mogła sobie pozwolić na dłuższe obserwowanie tego, co działo się na scenie, ponieważ dołączył do nich mężczyzna, który pomógł im uciec półtorej tygodnia temu.
- I tak patrząc na ciebie, wiem, że to propozycja nie do odrzucenia. – powiedziała, z lekkim uśmiechem, dokładnie obserwując dwójkę mężczyzn, którzy szeroko się uśmiechnęli na wypowiedziane słowa dziewczyny.
Jasnowłosa podniosła się z miejsca, gdy tancerki opuściły scenę, przepraszając swoich towarzyszy, że musi pójść do toalety. Znając lokal praktycznie na pamięć, z łatwością doszła do łazienki, gdzie załatwiła swoją potrzebę. To po tym umyła ręce i po niespełna pięciu minutach, na nowo znalazła się przy stoliku, gdzie Michael żywiołowo rozmawiał z Edwinem. Było to aż zaskakujące dla lykantropa, w końcu zdołała zapomnieć o tym, jak niektórzy potrafią się cieszyć z niektórych rzeczy, czy rozmów.
Mike niemalże od razu przeniósł swoje spojrzenie na Natalie, która była, delikatnie mówiąc, niedoinformowana. Przyglądali się sobie nawzajem, aż w końcu wyższy zaczął opowiadać o tym, co takiego będą robić. Rzecz jasna, niektóre kwestie dopowiadał drugi, a Miller jedynie potakiwała, czasami zadając pytania, aby mieć pewność, że dobrze coś zrozumiała.
Jednak po tym wszystkim, dwójka pozostała sam na sam, aczkolwiek to dziewczyna nie miała siły na większe dyskusję. W połowie leżała na stoliku, głowę mając ułożoną na swoim ramieniu. Wpatrywała się w blat, czasami spoglądała na mężczyznę, lecz częściej pomrukiwała na jego pytania, czasami wysilając się na coś bardziej rozbudowanego. W pewnym momencie, powieki dwudziestosiedmiolatki opadły, przez co przysnęła na dobre pięć minut, ponieważ obudzona została przez bruneta, który szturchnął ją w ramię.
- Może odwieźć cię do domu, bo zaraz tutaj całkowicie zaśniesz. – mruknął, miało pewnie zabrzmieć na propozycje, ale tak nie można było tego nazwać.
- Nie trzeba. Wrócę sama. Umiem zadbać o swoje cztery litery. Zresztą, do lasu raczej nie jedziesz. – wzruszyła cierpko ramionami, podnosząc się ze swojej pozycji, aby oprzeć się o oparcie kanapy, na której siedziała.
- No nie jeżdżę do lasu, bo nie mam za czym. – odparł, dokładnie przyglądając się twarzy przyjaciółki. W pierwszej chwili jedynie zmarszczył brwi, dopiero po tym mrugając i spoglądając na dziewczynę raz jeszcze, bardziej wytrzeszczonymi oczami. – Ty sobie żartujesz? Po co śpisz w lesie? Mogłaś chociaż bardziej się wysilić i pomieszkać w hotelu bądź motelu. Masz ich mnóstwo.
- Mike. Proszę cię. Co złego jest w spaniu w lesie? Może czasami jest dość niebezpiecznie, gdy miśki kręcą się w pobliżu, ale idzie przeżyć. Najwyżej pójdę nocować do Ruby albo Alexisa. Nic takiego. – burknęła, cierpko wzruszając ramionami. – Ale jednak lepiej się śpi w lesie. Nie zabieram nikogo dodatkowego miejsca. I pilnuj swojego tyłka, a nie mojego. Jestem dużą dziewczynką. – dodała, kopiąc przyjaciela w łydkę, dopiero po tym wstając z miejsca. No ale, tak jak wstała, tak na nowo wylądowała na poprzednim miejscu. Niepokojąco znajome zapachy dotarły do nozdrzy jasnowłosej, a było ich tyle, że świat zaczął przez krótką chwilę wirować. – Wstawaj. Idziemy. – oznajmiła, ponownie wstając i łapiąc za rękę Mike’a. – No ruszaj się. Wyjdziemy innym wejściem. Chyba, że chcesz spotkać Harrisa i jego podwładnych debili. – westchnęła, ciągnąc za jego rękę, nie mając zamiaru go tutaj zostawiać.

Michael? C:

Od Michaela CD Natalie

   Po ucieczce z wozu policyjnego, Michael wiedział, że w tym momencie wkopał się w większe problemy, niż miał przedtem. Samo zawiadomienie Edwina, starego znajomego, odnowiło kontakty z niegroźną szajką, której niegdyś pomagał demon. Bardziej jednak przejął się losem Natalie, gdyż to przez niego ona ma teraz problemy prawne, przez które może wylądować w więzieniu. Z drugiej strony, jest to także niedopatrzenie Brendle, która miała chronić dwójkę najemników, czego słowa nie dotrzymała. Natomiast Harris ostrzy nóż na Michaela i zagrzewa swoich żołnierzy do znalezienia rogatego, który dość sprawnie ukrywał się przed mundurowymi. Mężczyzna pozostawił kawiarnię swoim pracownikom oraz zastępcy, natomiast pracę w szkolę zawiesił po rozmowie z dyrektorem, który dobrze zrozumiał jego problem.
   Przez blisko półtora tygodnia, mężczyzna ukrywał się w domku elfki, dobrej znajomej, która z chęcią użyczyła mu miejsca w swojej skromnej posiadłości. Nie wychodził na miasto, nie spotykał się też ze znajomymi czy przyjaciółmi, nawet z Natalie, jednakże uczynił ten wyjątek, gdy na jego numer zadzwoniła Brendle. Michael tylko podał miejsce spotkania oraz godzinę, po czym rozłączył połączenie, zaraz udając się we wskazane miejsce. Był to stary młyn przy rzece, do którego nie ma żadnego dojazdu, a dojście pieszo jest dosyć wymagające.
— Ciekawe miejsce wybrałeś na spotkanie. — powiedziała brunetka, która zaraz zbliżyła się do mężczyzny.
— W miarę bezpieczne. — spojrzał na kobietę — Mam nadzieję, że przynosisz rozwiązanie swojego błędu. — dodał, odwracając wzrok na spokojną wodę.
— Nie, ale nad tym pracuje. — odpowiedziała.
— Mówiłaś to samo, gdy chcieli mnie wpakować za niewinność. — dodał zaraz ciemnowłosy — Po czym z problemów wyciągnęła mnie mafia, której do dzisiaj nie znaleźliście. — uśmiechnął się sztucznie.
— Mike, rozumiem Twoje nerwy, ale potrzebuję czasu..
— Ile? — spytał, trzymając dłonie w skórzanej kurtce — Ile czasu? — dopytał, gdy ta milczała.
— Pół roku. — odpowiedziała, na co demon krótko się zaśmiał.
— Daje Ci trzy miesiące na rozwiązanie i do tego czyścisz moją kartę. — spojrzał na brunetkę, nawiązując z nią kontakt wzrokowy — I oczywiście kartę Natalie także. — dodał spokojniej.
— To nie jest takie łatwe..
— Margaret.. — przerwał jej, zbliżając się do kobiety jeszcze bardziej — Dobrze wiesz, że znam Twoje słabe punkty i nie, nie jest to szantaż. To motywacja do szybszego działania. — uśmiechnął się, delikatnie całując jej usta — A teraz wracaj do swojej pracy. Czas leci.. — dodał półszeptem, po czym zniknął w ciemności pobliskiego lasu.
Pomimo lekkiej różnicy wieku pomiędzy demonem a kapitanką Sopp, mężczyzna kiedyś miał z nią niezły romans, lecz przez jej męża do niczego nie doszło, a może to i dobrze.
Następnego dnia brunet udał się na spotkanie z Natalie, której nie widział ponad tydzień, przez co zdążył dość mocno stęsknić się za swoją wredną kobietą. Nie spodziewał się tego, że blondynka zmieni wygląd do takiego stopnia, że ten jej nie rozpozna.
(...) — No ale, to najmniej istotne. Raczej możesz poopowiadać, cóż takiego się — powiadomiła, przechylając głowę na bok, z zainteresowaniem wpatrując się w twarz towarzysza.
— Otóż, rozmawiałem wczoraj z naszą ulubioną panią kapitan i stwierdziła, że w trzy miesiące wyciągnie nas z tego bagna i wyczyści karty. — powiedział spokojnie, spoglądając na ludzi dookoła, zaraz wracając wzrokiem na kobietę — Lecz przez ten czas musimy się ukrywać lub zając się czymś interesującym. — dodał lekko wzdychając.
Nagle przy boku demona znalazł się Edwin, który przesunął mężczyznę na miejsce obok, sam siadając obok niego, a naprzeciwko blondynki.
— Słyszałem, że szukacie zajęcia. — powiedział Edwin, który znacznie się uśmiechnął — Bo ja dla was coś mogę znaleźć. — dodał, puszczając oko do przyjaciółki demona.
— Skoro karty będą wyczyszczone, to czemu nie zaszaleć. — westchnął z lekkim uśmiechem — Przy okazji jakiś większy pieniądz wpadnie. — dodał i spojrzał na przyjaciółkę — Natalie, wchodzisz w to? — uniósł znacznie brew.

Natalie? :>

3.12.2019

Od Natalie CD Michaela

   Natalie nadal nie pojmowała tego, dlaczego Harris tak bardzo chciał by Mike skończył w więzieniu. Jednak, nie teraz była na to pora. Zdecydowała się o tym pomyśleć później, gdy wyjdą z tego całego „bagna”. Dokładnie wszystko przeanalizowali, nim przeszli do głównej części działania. Zostali poinformowani o tym, że za godzinę będą przetransportowywani do głównego więzienia. W tym planie, to dziewczynie przypadło odwrócenie uwagi strażników, mówiąc o tym, że potrzebuje skorzystać z toalety. Wytłumaczyła to poprzez „kobiece sprawy”, a gdy dwójka najwyraźniej nie zrozumiała jasnowłosej, musiała użyć określenia bardziej dosadnego – okres. Dzięki temu, cała uwaga została przeniesiona na nią, a Michael w tym czasie mógł zacząć już działać. Rzecz jasna, w momencie kiedy weszła do łazienki, nie miała najmniejszego zamiaru się załatwić, ani nic z tych rzeczy. Postanowiła tam spędzić dobre kilka minut, ostatecznie spuszczając wodę, następnie chciała umyć ręce, ale nim to zrobiła – została wyciągnięta i zaprowadzona do celi, w której znajdował się Michael. Na całe szczęście, w międzyczasie mężczyzna zdołał skontaktować się z osobą, o której wspominał.
  Dwójka nie nacieszyła się szczególnie długo siedzeniem w miejscu. Oczywiście, w międzyczasie rozmawiali ze sobą po rosyjsku, gdzie Mike przekazał najważniejsze informacje: mniej więcej wygląd takowej osoby, jak będzie to wszystko wyglądało, i aby dziewczyna nie została rozproszona przez zapach, jaki może wystąpić w drodze ewentualności. A jak można było się domyślić - nastąpi to niemalże na początku.
- Czasami się zastanawiam, dlaczego na to wszystko się godzę. - przyznała, cicho przy tym wzdychając. Przenosząc spojrzenie na mężczyzn, którzy szli tuż przy nich, ale inni również znajdowali się przed i za nimi. Tak aby przypadkiem nie uciekli. Potrząsając głową, podciągnęła nosem, do którego dostał się dość dziwny, wręcz specyficzny zapach siarki. O ile się nie myliła. Spoglądając na Michael'a, niemalże od razu się domyśliła, do czego to doprowadzi.
- Wiesz. Gdyby nie takie sytuacje, to pewnie nawet byś ze mną nie spędzała tyle czasu. - odparł z uśmiechem, lekko trącając jasnowłosą w bok, na co ta jedynie fuknęła. - Przygotuj się.
  Wsiadając do wozu, zajęli miejsca obok siebie, będąc dokładnie obserwowanymi przez strażników, którzy wydawali się być w pewnym stopniu znużeni. Zapewne nie była to ich pierwsza, ale i nie ostatnia sytuacja.
Początkowo nic takiego się nie działo. Jednak, kiedy jechali już drogą prowadzącą do więzienia, w pewnym momencie pojazd się zatrzymał. Dwójka nie zwracała na to szczególnej uwagi, lecz w chwili, gdy drzwi zostały otworzone w celu sprawdzenia, co się dzieje, dwójka przyszłych (niedoszłych) więźniów, wypchnęła strażników przez kopnięcie. Oczywiście, przyjaciele nie powstrzymali się od śmiechu i skomentowania tego wszystkiego, wysiadając z pojazdu, dopiero wtedy dostrzegając, że pozostałe dwa auta, jakie jechały, cóż, nie było ich. Zamiast tego, na uboczu stał znajomy Michael'a, który kazał im wsiąść, nim zbierze się cała ekipa Harrisa.
- Tym razem wam się udało. Później może być już znacznie gorzej. Szczególnie, że ten idiota nie odpuści. - powiadomił mężczyzna, spoglądając na dwójkę, która jedynie wzruszyła cierpko ramionami, stwierdzając, iż mogło być gorzej.

___________

 Od całej sytuacji minęło niecałe półtorej tygodnia, a słowa osoby, która im pomogła - spełniły się. Mężczyzna nie miał zamiaru odpuścić, dlatego dwójka nie spotykała się od tego momentu, a sama Natalie postanowiła nieco zmienić swój wizerunek, ścinając włosy i farbując je na biały kolor, niemalże identyczny, jak kolor sierści, gdy przemienia się w lykantropa. Spędzanie czasu poza domem było dość ryzykowne, szczególnie w momencie napotykania, niemalże wszędzie, Sopp. Białowłosa zdecydowała się spotkać z Crowley'em w jednej, mniej znanej knajpce, która była skupiskiem hazardzistów. Rzecz jasna, Natalie zawitała do tego miejsca dość przypadkowo, przez jednego ze znajomych z pracy. No ale, nie miała co narzekać. Mało kto o tym wiedział, więc idealne miejsce, którego Sopp jeszcze nie zdołało odkryć. Na całe szczęście. 
Siedząc przy jednym ze stolików, białowłosa odpisywała na zgryźliwe wiadomości przyjaciela, który, jak zawsze, musiał zacząć narzekać, że jest ślepy i nie widzi. 
"Jak siedzę w bieliźnie, to jakoś masz niesamowicie dobry wzrok, idioto.
"A co, jesteś w samej bieliźnie?"
Dziewczyna przewróciła oczami, podnosząc głowę znad ekranu telefonu, niemalże od razu napotykając w oddali przyjaciela, który z zainteresowaniem przyglądał się białowłosej. Miller nawiązując z nim kontakt wzrokowy, lekko się uśmiechnęła, szczególnie kiedy ten w końcu zajął miejsce naprzeciw niej. 
- Nie mówiłaś, że zetniesz włosy, a w szczególności je przefarbujesz. - przyznał, sięgając do jasnych kosmyków. Z początku je pogładził, następnie czochrając z lekkim uśmieszkiem. 
- A ty nie mówiłeś, że zdołasz się nieco zapuścić. - odparła, pstrykając mężczyznę w nos. - No ale, to najmniej istotne. Raczej możesz poopowiadać, cóż takiego się dowiedziałeś. - powiadomiła, przechylając głowę na bok, z zainteresowaniem wpatrując się w twarz towarzysza. Spojrzenie dziewczyny było z lekka znużone, ale i w pewnym stopniu chłodne. W ciągu tego czasu zdołała się nieco odsunąć od relacji międzyludzkich. Od pracy miała wolne, i przez cały ten czas witała w takim miejscu, jak to, gdzie czasami z ogromnym zainteresowaniem oglądała "okazy", jakie były do sprzedania, na scenie, na której obecnie przebywały tancerki. 

Michael? c: 

Od Any CD Michaela

- Czemu nie? - uśmiechnęłam się lekko, podążając za brunetem. Gdy on wyciągał butelkę z barku, ja usiadłam na kanapie, opierając się plecami o podłokietnik, a kolana podciągając pod brodę. Odruchowo zapatrzyłam się w mężczyznę, jego ruchy, gdy wybierał odpowiednią butelkę...
Gdy tylko dotarło do mnie, że się gapię, czym prędzej odwróciłam wzrok, a na moje policzki wypłynął szkarłatny rumieniec. Co się ze mną, do cholery, dzieje?
Przyjaciel na szczęście nie zauważył mojego zażenowania, gdy podszedł do mnie z butelką czerwonego wina w jednej, i kieliszkami w drugiej dłoni. Postawił wszystko na stolik kawowy przed kanapą i dopiero wtedy podniósł na mnie wzrok.
- Coś się stało? - zapytał ostrożnie, otwierając butelkę i rozlewając trunek do kieliszków.
- Nic - uśmiechnęłam się, spuszczając nogi na ziemię, starając się rozluźnić. Ale nadal co chwilę stawał mi przed oczami obraz rannego Mike'a. Miałam nadzieję, że ten napad naprawdę był przypadkowy i nie miał nic wspólnego z moimi ostatnimi problemami...
Jednak kilka kieliszków później już nie pamiętałam o swoich wątpliwościach. Taaak... wino, i mocniejsze trunki, które poszły w ruch po nim, zdecydowanie potrafiły mieć pod tym względem kojące właściwości. Ale przy okazji spowalniały zdroworozsądkowe myślenie, z czym u mnie na trzeźwo już było kiepsko...
- Ale ona jest urocza - zaszczebiotałam, smyrając pod brodą kotkę-sfinksa, która przydreptała do nas jakiś czas temu i rozłożyła się między mną a brunetem na kanapie. Archer leżał na moich stopach i łypał na Siwę z nienawiścią. No tak, jak to jego pani głaszcze kogoś innego? Zaśmiałam się, sama nie wiem z czego, po czym nagle zamilkłam i, z ciężkim westchnieniem, oparłam głowę na ramieniu Michaela.
- Gorzej ci? - zaśmiał się mężczyzna, unosząc rękę do moich włosów. Wplótł palce w dość długie już kosmyki i zaczął powoli masować skórę głowy.
- Mhmmmmm - jęknęłam, zamykając oczy. - Chyba przegięłam z tym ostatnim kieliszkiem...
Wywołałam tym stwierdzeniem wyjątkowe rozbawienie ze strony bruneta. Nie tylko usłyszałam, ale i poczułam jego śmiech, gdy pochylił się po jedną ze stojących na stoliku butelek, przytrzymując mnie jednocześnie przy sobie.
- Chyba z jedną butelką - zażartował, podstawiając mi niemal już pustą butelkę pod nos. - Może jeszcze ją dokończysz?
- Spierdalaj - momentalnie się wyprostowałam, uderzając przyjaciela pięścią w klatkę piersiową. Zaśmiał się, odchylając do tyłu i łapiąc się w miejscu, w którym go uderzyłam, że niby tak mocno oberwał. A ja, nieźle wstawiona, nie zdołałam utrzymać równowagi i poleciałam za nim.
Siwa, omal nie zgnieciona podczas tego manewru, zeskoczyła z głośnym miałknięciem z kanapy. Prosto na Archera.
Wilczak nawet na to nie zareagował. Jakimś cholernym cudem.
Szybko straciłam jednak zainteresowanie zwierzakami, całą uwagę skupiając na mężczyźnie, na którym właśnie półleżałam. Oparłam się dłońmi o jego klatę, moje spojrzenie zakotwiczyło się na jego ustach...
- Ana...? - śmiech Mike'a urwał się, a zaraz potem usłyszałam, jak mężczyzna głośno wciąga powietrze przez nos.
Westchnęłam cicho, zamrugałam i przeniosłam w końcu wzrok na jego oczy. Nagle poczułam dłoń mężczyzny, rozpoczynającą wędrówkę w górę mojego uda i zatrzymującą nię na pośladku... ściskającą go lekko.
Zamruczałam cicho, uśmiechając się w reakcji na tę pieszczotę i nareszcie, w końcu, pochyliłam się, by złączyć nasze usta w pocałunku.

Mike? ;P

Od Michaela CD Any

   Gdy mężczyzna wysłuchał całych wyjaśnień Any, w moment puściły mu nerwy, co mógł odczuć stół, pies, oraz sama kobieta. Gdyby mógł, wybuchłby mocą, pokrywając całe mieszkanie ciemnością, pochłaniając tym wszystko w nicość. Jednak tego nie uczynił, nie mógł, po prostu nie mógł. Opanował się, lecz za późno, gdyż sama Ana zdążyła pęknąć, roniąc przy tym kilka łez. Crowley czuł to samo, jak słonce krople napływają do jego oczu, lecz potrafił się powstrzymać i choć wie, że spieprzył wszystko swoimi nerwami, to teraz chce jakoś to odkręcić. Westchnął głęboko i spokojnym gestem dłoni domyślił kobietę, żeby wstała, co zaraz uczyniła, choć z lekką niepewnością. Mężczyzna delikatnie objął przyjaciółkę, a gdy ta poczuła wsparcie z jego strony, odwzajemniła uścisk i wylała wiele więcej łez w jego koszulkę. Trwali tak kilka ładnych minut, aż blondynka uspokoiła swoje łzy, jednak tak szybko nie chciała okleić się od bruneta.
— Damy radę, Ana. — szepnął spokojnie do jej ucha — Jak zawsze. — dodał, co wywołało u kobiety rozbawione prychnięcie. 
— Oczywiście, zawsze dajemy sobie radę. — mruknęła, pociągając lekko nosem — Co z tego, że z każdej akcji ledwo wychodzimy żywi. Damy radę i teraz. — dodała, spoglądając już na przyjaciela.
— I to jest najważniejsze. — delikatnie się uśmiechnął — Odpoczywaj, Ana. Czeka nas kolejna misja do wykonania. — dodał pewny siebie.
Blondynka słabo przytaknęła i z lekkim uśmiechem na twarzy wyszła z kuchni, by móc spokojnie dojść do siebie. Ciemnowłosy w tym czasie dokończył sprzątanie kuchni i wyglądał na spokojniejszego, to nadal czuł w sobie nadmiar mocy, która z czasem może objawiać się silną migreną. Żeby do tego nie dopuścić, przystąpił do medytacji w momencie, gdy jego przyjaciółka poszła spać, gdyż dopiero wtedy czuł się swobodnie i spokojnie.
   Po trzech dniach Ana wyglądała znacznie lepiej, lecz nadal miewała zawirowania w głowie oraz niekontrolowanie mocy, co prawie spowodowało pożar w mieszkaniu Crowleya. To jednak szybko poszło w niepamięć i oby dwoje skupili się na poprawie stanu zdrowia blondynki, która nadal potrzebowała kilka dni na regenerację. Michael natomiast miał nadmiar wszelkiej energii i czuł, że jeśli dzisiaj nie wykorzysta mocy, jego głowa może zacząć mieć bolesne problemy, a medytacja przestała pomagać. 
— Muszę na chwilę jechać do swojego pubu. — powiedział mężczyzna do Any, ubierając przy tym skórzaną kurtkę — Za pół godziny będę. — dodał, sięgając po klucze do auta. 
— Dobrze. — przytaknęła, okrywając się bardziej kocem. 
Demon opuścił swoje mieszkanie i udał się do garażu podziemnego, skąd wyjechał swoją bawarką, kierując się do pubu. Była godzina bliska północy, więc o tej porze był bardzo mały ruch, dzięki czemu brunet po kilku minutach był na miejscu. Załatwił wszelkie zamówienia oraz papierologię, po czym udał się w drogę powrotną do mieszkania. Po drodze zaliczył kilka skrzyżowań bokiem i zadymił jedną z uliczek, co sprawiło mu frajdę, pomimo swoich lat. Gdy w końcu odstawił wóz na parking, podszedł do windy i wezwał ją jednym guzikiem. Parking podziemny był na tyle ciemny, że sam demon nie dostrzegł grupy ludzi, która się do niego zbliżyła. Ubrani na czarno, twarze okryte w kominiarki, a w rękach metalowe pałki w sam raz do łamania kości. Gdy pierwszy z grupy zaatakował zdezorientowanego Crowleya, wiedział, że nadszedł ten czas. Pod wpływem bólu, który został spowodowany przez kilka uderzeń pałką, demon wybuchł mocą, przebijając na wylot większość oprawców, którzy odważyli się zaatakować. Podłoga oraz pobliskie ściany okryły się ciemnością oraz krwią, natomiast Michael dopiero teraz uświadomił sobie, co się dzieje. 
— Kolejny mutant. — rzucił w panice jeden z napastników.
— O niego nam chodzi. — odparł drugi.
Pomimo wymiany zdań, żaden kolejny nie zaatakował, choć demon był gotów przyjąć kolejny atak, by móc wykonać kontratak i pozbawić życia kolejnego człowieka. To jednak nie nastąpiło, gdyż oprawcy oddalili się z miejsca zdarzenia, uważnie przyglądając się mężczyźnie. W tym czasie zjawiła się winda i lekko kulawym krokiem wszedł do jej środka, by zaraz dostać się na szczyt wieżowca. W dużym lustrze obadał swoje ciało i pomimo skórzanej kurtki, rany na plecach oraz torsie były bardzo widoczne, niektóre z nich krwawiły. Oberwała także noga, a dokładnie lewe udo, a pomimo tego, brunet mógł chodzić, więc nie doszło do złamania. Gdy winda zatrzymała się na jego piętrze, kulejąc dotarł do mieszkania, do którego wszedł i słabo oparł się o ścianę. Gdyby nie Ana przechodząca przez przedpokój, Mike byłby w stanie skryć się w łazience i się zregenerować, lecz ona od razu zauważyła niepokojący stan przyjaciela.
— Co się stało? — podeszła i od razu odkryła kurtkę z torsu mężczyzny — Kto Ci to zrobił, Mike? 
— Jakieś uliczne przybłędy. Nic poważnego. — odpowiedział, pozbywając się kurtki.
Kulawym krokiem przeszedł do łazienki, gdzie ściągnął z siebie dziurawą koszulkę i sięgnął po apteczkę, żeby przyspieszyć regenerację ran.
— Pozwól, że ja się tym zajmę. — rzekła Ana, zabierając jemu apteczkę z dłoni — Siadaj. — wskazała na krawędź wanny. 
Michael bez problemu dał opatrzyć sobie rany, natomiast w udo wmasował maść przeciwbólową, gdyż było to zwykłe stłuczenie, czyli nic poważnego jak dla demona. Sama regeneracją przebiegła dosyć szybko, a temat oprawców zakończony tak szybko, jak się zaczął.
— Napijesz się czegoś ze mną? — spytał ciemnowłosy, podchodząc do barku z trunkami — Może jakieś wino? Dobrze działa na.. wszystko. — dodał z cichym śmiechem.

Ana? 

2.12.2019

Od Any CD Michaela

Wpatrywałam się dobrą chwilę bez wyrazu w talerz z naleśnikami. Aż w końcu zmusiłam mięśnie twarzy do współpracy na tyle, by unieść kąciki ust w lekkim uśmiechu.
- Dziękuję - mruknęłam, siadając przy stole, naprzeciwko bruneta. Natychmiast u mojego boku znalazł się też Archer. Machnął ze dwa razy ogonem, pokazując, że nic mu nie jest, po czym, usiadłszy przy mnie, położył pysk na moich kolanach. I tak został. Milczące wsparcie. Znak "jestem przy tobie, nic ci nie grozi".
Chciałabym móc w to uwierzyć.
Zabraliśmy się za posiłek. Mike co prawda głównie patrzył, jak jem, ale sam także co nieco skubnął z talerza. Wciągnęłam niemal cały talerz grubych placuszków, polanych niezdrową porcją syropu klonowego. Nie zdążyłam niczego zjeść wczoraj po powrocie z pracy, do tego lot pochłania chorendalne ilości energii. Plus dochodził stres... słowem - byłam głodna jak... smok.
Ale w końcu musiał nadejść ten moment. Pytania. Coś, czego zawsze starałam się unikać. Teraz tym bardziej. Skoro posunęli się nawet do włamywania się do mojego domu... Nie chciałam nawet myśleć, co mogliby zrobić Michaelowi.
Tym bardziej, że Lys w każdej chwili mógł się dowiedzieć, że coś mnie z Crowley'em łączy. A, nie ma co ukrywać, należy do tej podgrupy zazdrosnych chłopaków, których nawet wyplute prosto w twarz "spierdalaj" nie odstraszy. Zatem jestem niemal pewna, że nadal uważa, że jesteśmy razem i że ma pełne prawo pacyfikować wszystkich innych mężczyzn w moim otoczeniu.
Aż jestem w szoku, że Liam mu nigdy nie przeszkadzał.
Po dłuższej chwili z toku wspomnień wyrwał mi cichy brzęk składanych na siebie talerzy. Zamrugałam szybko, podniosłam wzrok z miejsca, gdzie, mogłabym przysiądz, że jeszcze sekundę temu, stał mój talerz. Teraz spoczywał w dłoni bruneta, który już kierował się z nim, i pozostałymi naczyniami, do zlewu.
- Czekaj, pomogę - chciałam zerwać się z krzesła, ale jedyne, co osiągnęłam, to wystraszenie Archera, który zaczął już przysypiać na moich kolanach, i powrót potwornego bólu głowy, który towarzyszył mi, odkąd się obudziłam. Podejrzewam, że mógł mieć coś wspólnego z tym środkiem uspokajającym albo czymś, czym potem nafaszerował mnie Mike. W każdym razie, teraz skutecznie zmusił mnie do zostania na miejscu.
- Daj spokój - westchnął Mike, kręcąc głową. - Siedź, ja posprzątam - widziałam, że zastanawia się, czy wypowiedzieć kolejne słowa, ale w końcu to zrobił, odkręcając wodę w zlewie. - I możesz w tym czasie zacząć wyjaściać mi, o co w tym wszystkim chodzi.
No tak... wyjaśnienia.
- Ja... w zasadzie to nie wiem, od czego zacząć - mruknęłam, pocierając palcami skronie, by choć trochę ulżyć sobie w bólu. Nie pomogło.
- Najlepiej od początku - zaproponował spokojnie.
Zrobiłam, jak zaproponował. Opowiedziałam o tym, jak Liam wciągnął mnie w interesy mafii w naszej rodzinnej miejscowości. Że się na to zgodziłam, bo to oznaczało jakiś tam prestiż. Byłabym znana, doceniana... Szybko okazało się, że jednak tylko wykorzystywana, ze względu na swoją moc. Ale już wtedy było za późno, żeby się wycofać.
Opowiedziałam mu o czarnowłosym chłopcu o ognistych oczach, zaledwie dwa lata ode mnie starszym. Był podobny do mnie - też kontrolował ogień. No właśnie... tylko kontrolował. I, jak się okazało kilka lat później, chorobliwie mi moich zdolności krzesania ognia z niczego zazdrościł. A we mnie widział tylko kogoś... pff, nawet nie kogoś. Coś, co mogło pomóc stać mu się jeszcze potężniejszym.
No cóż, jak widać mu nie wyszło.
Ale to i tak przypadkiem. Nie wiem, czy gdyby nie wydarzenia z magazynu, do którego spalenia zostałam wysłana, a po którym Sopportare się mną zainteresowało, nasz "związek" (o ile można to było tak nazwać) przestałby istnieć. Prawdopodobnie nie. Ta wyprowadzka była dla mnie impulsem, by zastanowić się nad swoim życiem i zerwać wszystkie toksyczne znajomości. Z tą jedną na czele.
Gdy skończyłam opowiadać, wspominając wszystkie wydarzenia ostatniego tygodnia, kiedy moi dawni "kumple" próbowali... sama, kurwa, nie wiem, co zrobić, Mike stał tyłem do mnie, zaciskając dłonie na krańcu zlewu. Oho. Wkurwił się.
Jak bardzo, przekonałam się już sekundę potem, gdy odwrócił się, złapał ze mną kontakt wzrokowy i podszedł powoli, krokiem kojarzącym mi się, nie wiem czemu, z drapieżnikiem.
- Ana, cholera, mówiłem ci, że masz mi mówić, jeśli coś się dzieje - warknął. Gdy dotarł do stołu, pochylił się nad nim, by znaleźć się bliżej mnie. Widziałam dokładnie, w którym momencie nerwy mu puściły. Rąbnął pięścią w stół tak gwałtownie i mocno, że aż podskoczyłam. Archer warknął cicho, ale na tym skończył swoje protesty. Pisnął krótko i przywarł całym ciałem do ziemi. Nawet na niego, niepodzielnego samcę Alfa mięknącego tylko wobec mojej skromnej osoby, podziałała furia emanująca z bruneta. Nie byłam tylko pewna, na kogo jest bardziej zły - na mnie, czy na siebie - bo mogłabym przysiądz, że z jego oczu, nadal wpatrzonych w moje, wyziera pewien smutek. I lekkie przerażenie. - Czy do ciebie w ogóle dociera, że oni mogli cię zabić? W Twoim własnym domu!
Kolejnych wykrzyczanych w moim kierunku słów już nie słyszałam. Zamiast tego do moich oczu zaczęły powoli napływać łzy, które nie tyle były efektem ostrych słów przyjaciela, co całej tej sytuacji. Kurwa. Przecież ja nie płaczę, dlaczego...
A jednak właśnie rozryczałam się jak bóbr.

Mike?
Radź sobie z płaczącą kobietą xDDD

Od Michaela CD Any

   Choć mężczyzna czuł, że w życiu Any coś się zmieniło, nie chciał drążyć dalej tego tematu i wolał zacząć rozmowę o czymś bardziej luźniejszym. Tak też spędzili razem kilka godzin, a gdy zrobiło się już szaro, każdy wrócił do swoich posiadłości.
Życie Michaela uspokoiło się do takiego stopnia, że kompletnie zapomniał o problemach oraz jakimkolwiek złu, które kiedyś mocno się go trzymało. Szkoła, kawiarnie, spotykania z przyjaciółmi oraz częstsze rozmowy z bratem. To było to, czego mężczyźnie najbardziej brakowało przez ostatnie kilka tygodni. Jednak była jedna osoba, o którą demon się martwił — Ana. Od ostatniego spotkania, brunet czuł, że coś jest nie tak i powinien, mimo wszystko, zareagować, wyciągnąć od kobiety jakieś informacje lub usłyszeć jakikolwiek powód takiej zmiany. Z drugiej strony nie miał w zwyczaju naciskać, gdyż sam wie, jakie to nieprzyjemne uczucie. Postanowił więc odpuścić. 
    Dzisiejszego dnia, mężczyzna pozostał dłużej w szkole, żeby poćwiczyć z Leną szermierkę, z którą tak długo już zwlekał. Młoda kobieta zdążyła zapomnieć podstawowych kroków, lecz to nie przeszkadzało w treningu, gdyż elfka szybko nabrała wprawy. Prowadzili zawziętą walkę, a że oby dwoje mają doświadczenie w obsłudze miecza, ciężko było o powalenie. Jednak w pewnym momencie Michael poczuł dziwne mrowienie w głowie, a następnie usłyszał krótkie wołanie o pomoc, co całkiem zdezorientowało mężczyznę. W tym też momencie, Lena pozbawiła przyjaciela miecza, który spojrzał na blondynkę, a następnie na boisko, na którym wylądowało ogromne ciało smoka. Przeklął krótko pod nosem, po czym biegiem skierował się do nieprzytomnego gada, wokół którego zdążyło zebrać się wielu gapiów. 
— Rozejść się! — krzyknął ciemnowłosy, przedzierając się przez ludzi.
Gdy stał naprzeciw tłumu, dostrzegł znajomy wygląd smoczycy, co od go zirytowało i zaniepokoiło jednocześnie. Wiedział, że coś jest nie tak. Wiedział, ale czemu nie zareagował? Czemu nie dopytał? W tym momencie mężczyzna bił się ze swoimi myślami, wyklinając na samego siebie i za swoją głupotę. A czemu? Ana nie zmienia się w smoka od tak i nie pada nieprzytomna na boisku akademii. 
— Lena, przynieś moją torbę z pokoju. — poprosił przyjaciółkę, która stała obok niego. 
Blondynka przytaknęła i skierowała się po walizkę, natomiast Mike zbliżył się do gada i obadał jego stan. Oddychała, lecz płytko, do tego była bardzo rozgrzana i nie reagowała na czułe punkty, które normalnie powodują ból. 
— Co się stało? — spytał nagle dyrektor, który przybiegł ze swojego pokoju — I po co ten tłum? — spojrzał na ludzi — Rozejść się. To teren prywatny. — dodał ostro, co zmusiło gapiów do opuszczenia boiska. 
— Drakonid. — powiedział mężczyzna, gdy poczuł obok siebie dyrektora — Straciła przytomność w locie, oddycha, ale nie reaguje na bodźce. — wyjaśnił i spojrzał na bruneta.
— Coś musiało ją zatruć. — rzekł spokojnie i przyjrzał się gadowi. 
Nagle Michaela coś tknęło, wstał ze skupiony wzrokiem i zaczął obchodzić ciało smoczycy dookoła, a zatrzymał się dopiero przy jej brzuchu. Tam też zauważył strzałkę z czerwoną końcówką, co świadczyło o środku usypiającym. 
— Jestem. — powiadomiła z lekka zdyszana elfka — Nie mogłam jej znaleźć. — dodała, odkładając torbę obok bruneta. 
— Dziękuję. — rzekł spokojnie i sięgnął do walizki. 
Od razu założył gumowe rękawiczki, chwycił za odrobinę waciku i zbliżył się do strzałki, którą delikatnie wyciągnął, tamując od razu krople krwi. Blondynka podała foliowy woreczek, do którego brunet schował strzałkę, szczelnie zamknął opakowanie i odłożył na bok. 
— Myśliwska na duże zwierzyny. — mruknęła elfka, która przyglądała się pociskowi. 
— Kto normalny poluje na smoki? — prychnął dyrektor — Sopportare używa o wiele lepsze środki.
— Myślę, że to jej sprawa. — powiedział demon i zerknął na dyrektora — Może Pan wrócić do swoich zadań? Wolałbym się skupić w tej czynności. — dodał z delikatnym uśmiechem. 
— Tak, tak. — przytaknął zaraz — Powiadomię remonterów o uszkodzonej murawie. — dodał i oddalił się do swojego gabinetu. 
Gdy wokół zapadła cisza, a Crowley skupił się na obecnej sytuacji, podał smoczycy niewielką dawkę substancji pobudzającej, po czym czekał na jej reakcję. W tym też czasie Lena otoczyła całą trójkę tarczą, które skutecznie odcięła gapiów od gada. Mężczyzna usiadł na murawie, lekko zgiął nogi w kolanach, na które oparł swoje ręce, żeby nie pobrudzić rękawiczek brudną ziemią. 
Po prawie godzinie lek zaczął działać, gdyż smoczyca ciężko odetchnęła, a jej powieki kilkukrotnie mrugnęły dla uzyskania lepszej ostrości widzenia. Podniosła lekko łeb, lecz zaraz od razu upadł, co świadczyło o jej znacznym zmęczeniu. 
— Nie podnoś się. — powiedział mężczyzna i podszedł do zwierzęcia — I mnie nie zjedz przy okazji. — dodał z krótkim westchnięciem, podając kolejną substancję na przemianę. 
Gdy drakonid dochodził do siebie, brunet schował swoje rzeczy do auta i zaraz wrócił do Any, która wróciła do swojej ludzkiej postaci. Elfka zadbała o jej komfort i odziała w luźną szatę, którą oczywiście wyczarowała, jak to elfka. Mike podniósł ledwo przytomną kobietę i skierował się do auta, będąc w niewidzialnej iluzji.
   Gdy trójka przyjaciół znalazła się w domu demona, Ana została położna do jego łóżka, natomiast Lena wróciła do swoich zajęć, nie wciskając nosa w sprawy bruneta. Choć mężczyzna chciał czuwać przy przyjaciółce, musiał pojechać do jej domu po jakieś ubrania, gdyż elfia szata za długo nie pobędzie. To też uczynił i może Crowley wyglądał na spokojnego, to w środka aż wrzał z nerwów — ktoś zranił jego przyjaciółkę. Pierwsza osoba, która przyszła mu na myśl, był Leo, lecz nie miał na to dowodów, więc nie wtajemniczał rudego w ten interes. 
Gdy dotarł pod posiadłość blondynki, wszedł do jego środka przez frontowe drzwi, które były otwarte, natomiast wnętrze domku było z lekka zniszczone. Po głowie chodziło mu wiele czarnych scenariuszy, które jeszcze bardziej nakręcały demona, co było bardzo złym znakiem. Pomimo tego, zgarnął ubrania przyjaciółki, jakieś jej kosmetyki oraz żele czy balsamy. Wszystko wpakował do czarnej torby, którą znalazł w jej szafie, po czym wyszedł z domku i odłożył pakunek na siedzenie pasażera. Wnet przypomniał sobie o zwierzętach Any, a konkretnie o psie oraz koniu, które jeszcze kilka dni temu tutaj były. Nim odjechał, przeszedł się wokół posiadłości, nawołując psiego towarzysza, którego imię znał, gorzej było z kopytnym, którego imienia nie znał lub nie pamiętał. Długo czekać nie musiał, gdyż po kilku minutach zjawił się wilczak cały i zdrowy, natomiast za nim pojawił się koń, który choć nie ufał demonowi, zbliżył się do niego. 
   Gdy kopytnego zabrał stajenny z jego stajni, Crowley mógł wrócić do swojego domu, mając u boku psa przyjaciółki, który jak nigdy, słuchał się ciemnowłosego. W spokoju wjechali na piętro mieszkania i weszli do jego środka, a do uszu demona doszedł szum wody. Asha w domu nie było, więc musiała być to Ana, która poczuła się na tyle dobrze, żeby wziąć prysznic. Oczywiście Mike jej tego nie bronił, a nawet sam by jej o tym wspomniał, żeby ta poczuła się lepiej. 
— Mam rzeczy dla Ciebie. — rzekł brunet stoją przy drzwiach łazienki — Odstawię obok. — dodał.
— Dobrze, dziękuję. — odpowiedziała nadal słabo, co zaniepokoiło przyjaciela. 
Nie zadawał więcej pytań, tylko zaszedł do kuchni, gdzie przygotował drugą miskę dla psa, do której obecnie wlał wodę. Zrobił też świeży posiłek w postaci grubych naleśników i podał do stołu, gdy blondynka akurat opuściła łazienkę. 
— Wybacz, że bez pytania.. — zaczęła, przecierając jeszcze wilgotne włosy. 
— Przestań, Ana. — przerwał jej i delikatnie się uśmiechnął — Przyprowadziłem Twojego psiego towarzysza, natomiast konia zabrali do stajni. — dodał, wskazując na końcu na posiłek — A teraz coś zjedz, słabo wyglądasz. 

Ana? 

Od Larissy CD Liama

Zajęcie się czymś, czymkolwiek w tej sytuacji było najlepszym wyjściem. Nie potrafiłam patrzeć na chłopaka, choć wyczuwałam na sobie jego przeszywający wzrok.
Nawet nie próbował udawać, że mu przykro. Chociaż z drugiej strony mi również nie było. Trudno mi było ukryć przed samą sobą fakt, że najchętniej powtórzyłabym ten teatrzyk jeszcze raz, a nawet i kilka razy. Do tej chwili czułam jego ciepłe, miękkie usta, język...
Szlak...
- on ci się podoba - wykrzyczała Vaness piskliwym głosem
Spiorunowałam ją morderczym wzrokiem, ale to Vaness na niej nic nie robi wrażenia. Rozsiadła się wygodnie na parapecie i z otwartymi ustami chłonęła całą sytuację. Starałam się ją ignorować, co czasami bywało naprawdę bardzo trudne.
Wzięłam duży łyk herbaty.
- Ktoś nas śledził? - odważyłam się podnieść wzrok i spojrzeć na chłopaka.
Skinął powoli głową, lecz nic nie powiedział.
Może to i dobrze.
Jak mogłam tego nie zauważyć?
Odkąd zaczęłam posiadać artefakt jestem bardzo ostrożna. Nie daje się tak łatwo podejść.
Więc co się ze mną dziś dzieje?
Po pierwsze zaprosiłam nieznajomego do mieszkania przyznając się do posiadania przedmiotu. Po drugie nie zauważam prześladowcy, zaprowadzając go prosto pod dom. Chwila nie uwagi może się źle skończyć. Pod antykwariatem miałam tego dowód. Oni nie cofną się przed niczym.
- coś mi tu nie pasuje - skomentowałam głośno myśląc - był zdezorientowany i nie wiedział kogo właściwie śledzi - powtórzyłam jego słowa
- takie sprawiał wrażenie - przytaknął chłopak, wzdrygając się lekko, kiedy Vaness przechodząc specjalnie go dotknęła.
Czyżby coś się zmieniło?
- wcześniej nigdy nie zdarzyło się, żeby, żeby wzięli jakiegoś nowicjusza - mruknelam - dobra nieważne na przyszłość po prostu mnie uprzedź. - dopiero skończywszy myśl dotarło do mnie jak musiała zabrzmieć.
Po co ja to właściwie powiedziałam?
- da się załatwić - skomentował chłopak z lubieżnym uśmiechem, od którego zrobiłam się czerwona po czubki uszu. Odwróciłam wzrok wpatrując się w Vaness nie wiem może oczekiwałem jakiejś przyjacielskiej porady. Czasem bywała naprawdę inteligentna i pomocna, ale bywały chwilę jak ta, kiedy była typową siedmiolatką i robiła psikusy jedynej istocie, która ją wyczuwała i nie olewała.
Odstawiłam kubek i wstałam.
Błagam, jeżeli robię źle niech wreszcie któryś ze zwierzchników się wtrącił. Jak mogłam się spodziewać nic się nie stało. Nikt nie zapukał do drzwi, nie poczułam niepokoju ani żadnego wezwania. Cisza jakby wszystko zmarło w oczekiwaniu na mój ruch. Może właśnie tak miało być? Może moja rola w tym wszystkim jest inna? Może miałam zaufać chłopakowi? No bo przecież gdyby miało być inaczej pojawiliby się zwierzchnicy, wezwaliby mnie do siebie.
Westchnęła cicho i skierowałam się do szafki na korytarzu. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że szafka na buty ma drugie dno no przynajmniej nie przyszło do głowy to ludziom, którzy się do mnie włamali.
- chyba nie zamierzasz mu tego oddać? - wyszeptała zszokowana duszka materializując się obok mnie
- sama mówiłaś, abym się tego pozbyła - przypomniałam szeptem
- nie jestem pewna czy możemy mu zaufać.
Naprawdę nie wiem czemu szeptała przecież chłopak i tak nie mógł jej usłyszeć.
Wyciągnęłam delikatnie stary pergamin stworzony, że skóry. Zawsze, kiedy dotykałam tego przedmiotu miałam cicho nadzieję, że skóra wcześniej nie należała do człowieka.
Wróciłam na miejsce i położyłam pergamin między nami rozwijając tak by miał możliwość zobaczenia ciąg dziwnych znaków.
- skąd to masz? - spytał uważnie oglądając znalezisko, lecz go nie dotykając.
Miał raczej wypadało powiedzieć jakim cudem stałam się dumną posiadaczką tego czegoś, ale jakoś nie do końca wiedziałam, od czego zacząć. Gdybym zaczęła mówić prawdę mógłby uznać, że sobie z niego żartuję.
- jaką chcesz usłyszeć prawdę? - spytałam uważnie oceniając możliwości chłopaka.
- prawdziwą - wypalił przekręcając lekko głowę. Sprawiał wrażenie naprawdę zainteresowanego.
- dobra najpierw skontaktuj się z przyjacielem niech umówi nas z tym znawcą najszybciej jak da radę - powiedziałam, miałam dziwne wrażenie, że im szybciej dowiemy się co skrywa pergamin, tym lepiej.
Nie wiem, czy Liam popierał moje zdanie, ale ostatecznie wyciągnął telefon i wybrał czyjś numer. Po krótkiej wymianie zdań odłożył go z powrotem do kieszeni.
- mamy czekać na informacje - wyjaśnił
- wierzysz w świat astralny? - spytałam od tej odpowiedzi zależało jak dużo mu powiem. I ile z historii zostawię dla siebie.

Liam? 

Od Any CD Michaela

Zaczęło się od włamania do kawiarni.
Rozbili witrynę, zniszczyli ciasta... kasy nie ruszyli. Już to powinno mnie to zaniepokoić. Ale nie zwróciłam na to szczególnej uwagi. Cały dzień chodziłam wkurwiona, że ciasto, nad którym męczyłam się od tygodnia i które w końcu zdołałam skończyć, zostało zrzucone na podłogę i, dalej, porozwalane po całym pomieszczeniu.
Potem sytuacja z lodowiska. Uznałam, że dawno tam nie byłam i w sumie mogłabym nadrobić zaległości.
Okazało się, że był to kiepski pomysł, bo gdy wychodziłam stamtąd dość już późnym wieczorem, podczas drogi przez parking do samochodu, omal nie zostałam potrącona. Cudem odskoczyłam na bok przed pędzącym, z niedrzeczną w tym miejscu prędkością, samochodem. A kierowca nawet nie przyhamował.
Potem - stajnia. A raczej teren, na który zabrałam Charliego i Archera.
Stępowaliśmy właśnie leśną ścieżką, gdy koło ucha Charlesa przeleciała pierwsza strzałka.
Siwy zatańczył kopytami w miejscu, poderwał gwałtownie łeb do góry, wywracając oczami w panice. Gdyby siedział na nim ktokolwiek inny, niż ja, już rzuciłby się w panice na oślep przed siebie. Ale ze mną na grzbiecie najpierw się zastanowił.
Zdążyłam przez ten moment zawahania ze strony Siwego zobaczyć w krzakach ciemną sylwetkę. Na twarzy miała kominiarkę, w dłoni broń.
Na strzałki.
Ki chuj...?
Gdybym była tu sama, pewnie zaryzykowałabym przysmażenie delikwenta. A potem podjęłabym próbę szczegółowego wypytania o powody jego ataku na mnie. Z pistoletem na strzałki ze środkiem usypiającym.
Ale że był tu Charles, za którego byłam odpowiedzialna, a pod jego kopytami pałętał się Archer... cóż.
Stuknęłam piętami boki ogiera, podrywając go do galopu. Więcej nie było mu potrzeba. Rzucił się drogą, sprzedając jeszcze kopa kolejnemu człowiekowi w czerni, który pojawił się z drugiej strony, pewnie z zamiarem ściągnięcia mnie z siodła. Uśmiechnęłam się krzywo, pochylając tak, że niemal dotykałam policzkiem szyi Charliego, i wplatając palce w jego grzywę. Widać, że moja krew - nie mógł sobie podarować choćby najmniejszej formy demonstracji oporu.
Usłyszałam jeszcze dość donośne warczenie mojego wilczaka, kłapnięcie zębów, a potem stłumione przekleństwo. Odwróciłam się wystraszona w siodle, szukając wzrokiem psa. Że też akurat teraz postanowił zademonstrować swoją odwagę i oddanie...
Na szczęście okazało się, że nie mam się czym martwić. Archer niemal natychmiast pojawił się u boku galopującego ogiera. Cały i zdrowy. Z lekko pokrwawionym pyskiem, ale podejrzewałam, że krew nie należała do niego, tylko zamaskowanego gościa, który wyskoczył na nas z krzaków.
W pełnym galopie wypadliśmy z lasu i pomknęliśmy ku placu za stajnią. Cali i zrowi. Na szczęście.
Po tym wydarzeniu zaczęłam się naprawdę niepokoić. A te wcześniejsze dziwne sytuacje... nie wydały mi się już tak przypadkowe, jak sądziłam.
Zabrałam Charliego do siebie. Żeby mieć na niego oko. Kto wie, o co może tym ludziom chodzić, do czego mągą być zdolni... nie chciałam, żeby Siwy oberwał rykoszetem.

~•~

Następnego dnia po ferelnym terenie odwiedził mnie Mike. Zabrałam go na łódkę, żeby trochę odpocząć i zrelaksować się. Po prostu pocieszyć towarzystwem przyjaciela.
- A jak mają się sprawy u ciebie? - zapytał w którymś momencie mężczyzna.
- W sumie nic ciekawego się ostatnio nie działo - wzruszyłam ramionami, odwracając wzrok na otaczającą nas, spokojną taflę jeziora. Starannie unikałam kierowania myśli na wydarzenia ostatniego tygodnia, które zdecydowanie nie mogły zostać określone mianem "mało ciekawych". Ale nadal wmawiałam sobie, że było ich za mało, by miały być istotne. - Tylko to, co zwykle. Kawiarnia, pieczenie ciast... trochę więcej ciast - zaśmiałam się. Może trochę smutno.
- Mmm... A ten... koń w ogrodzie - Mike popatrzył na mnie z pytaniem w oczach. - Nowy nabytek?
- Nie - pokręciłam szybko głową. W sumie, byłam zdziwiona, że dopiero teraz o to pyta. - Mam go od źrebaka. Nauczyłam go wszystkiego, co potrafi i... tak sobie razem żyjemy.
- To gdzie był wcześniej?
Zastanowiłam się chwilę, nim odpowiedziałam:
- Stał w stadninie kilkanaście kilometrów stąd. Żeby miał towarzystwo.
- Więc skąd taka zmiana? - mężczyzna zmarszczył brwi.
- Tak wyszło - wzruszyłam ramionami. Cały mój dobry humor prysł jak bańka mydlana.
Na szczęście przyjaciel nie naciskał. I płynnie przeszliśmy do innych tematów.
Jednak już tydzień później okazało się, że chyba lepiej by było, gdybym wtedy powiedziała Michaelowi o wszystkim.
Zaskoczyli mnie. Do tej pory atakowali w miejscach, w których bywałam - kawiarnia, stajnia, nawet lodowisko, na którym można mnie było zobaczyć naprawdę okazjonalnie. Jednak nie przypuszczałabym, że spróbują mnie podejść we własnym domu.
Gdyby nie Archer, nie miałabym szans. Zastaliby mnie śpiącą twardym snem po ciężkim dniu w pracy, i bez problemu mogliby wykorzystać tak znaczną przewagę, by osiągnąć cel. Jakikolwiek by nie był. Choć wtedy już podejrzewałam, o co może chodzić.
Po tej nocy zyskałam pewność.
Najpierw Archer, śpiący tej nocy ze mną, zaczął się niespokojnie kręcić. To mnie rozbudziło na tyle, że usłyszałam ciche kliknięcie przeskakującej w zamku zapadki. Nie przejęłabym się tym, w końcu Liam miał klucze i lubił wpadać tu bez zapowiedzi. Ale wtedy wilczak warknął.
Momentalnie otworzyłam oczy i usiadłam prosto na łóżku. Wytężyłam słuch, starając się wyłapać, kto przemierza właśnie mój korytarz...
I wyszło, że tych "ktosiów" jest więcej.
- Szlag - mruknęłam, zrywając się z łóżka. Archer już stał przy drzwiach. Powarkując cicho, raz po raz spoglądał na mnie, by odczytać moje reakcje.
A że chwilowo byłam przerażona, to wilczak też był podminowany. I gdy tylko drzwi się uchyliły, rzucił się na znajdującą się najbliżej osobę.
To dało mi czas na ocenienie sytuacji. I zareagowanie.
W sekundę otoczyły mnie płomienie, które jednak nie paliły ubrań. Nadal nie wiem, jak zdołałam tego dokonać i nie stracić kontroli. Ale wtedy nie zwróciłam na to uwagi.
Gdy pierwsza strzałka ze środkiem usypiającym poleciała w moim kierunku, spłonęła w otaczających mnie płomieniach. Kolejna nie zdążyła zostać wystrzelona.
Nie było czasu. Musiałam zapewnić bezpieczeństwo Archerowi. I Charliemu, który nadal urzędował w moim ogrodzie.
Jednak przebywanie blisko mnie nie mogło zapewnić mu bezpieczeństwa.
Wypadłam przez drzwi sypialni, przywołując Archera. Bose stopy uderzały o parkiet. Cudem uchyliłam się przed ręką, która sięgała już po moje włosy. Zdążyły już w znacznym stopniu odrosnąć po tym, jak musiałam je ściąć. Nie uśmiechała mi się wizja robienia tego ponownie.
Myślałam, że im ucieknę. Byłam tego wręcz pewna, gdy znaleźliśmy się już przy tylnym wyjściu. Ale wtedy... no cóż.
Zawsze wiedziałam, że Lysander zna mnie najlepiej z całej szajki. I najlepiej wie, gdzie uderzyć. Czego się spodziewać.
Pojawił się tam, jakby spod ziemi, od góry do dołu ubrany w ognioodporny kombinezon. Nie zdążyłam wyhamować. Wpadłam prosto na mężczyznę, który stanowił jedyną przeszkodę między mną, a wyjściem. Wolnością.
Gdy jego silne ramiona mnie otoczyły, odruchowo zdusiłam płomienie. Fuck.
- Ana - szepnął Lys. Wziął głęboki oddech, zaciągając się zapachem moich włosów, a ja wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. Szarpnęłam się, próbując oswobodzić, ale uścisk mężczyzny był za silny.
Szatyn o ognistych oczach, które kiedyś wypaliły dziurę w moim sercu, zaśmiał się na te moje starania.
- Nie masz ze mną szans, kotku - szepnął, zbliżając usta do mojego ucha. - Nigdy nie potrafiłaś mnie pokonać, nie pamiętasz?
Reszta zamaskowanej delegacji mafii, do której kiedyś należałam, zebrała się już za nami. Słyszałam ich oddechy. Byłam otoczona.
Ale nadal miałam Archera.
- Spierdalaj - warknęłam, jednocześnie gwałtownie unosząc kolano. Trafiłam idealnie między nogi mężczyzny, byłego chłopaka. Ten sapnął, na chwilę stracił czujność, a ja zyskałam jedyną w swoim rodzaju szansę. Którą natychmiast wykorzystałam.
Wywinęłam się z uścisku Lysandra jednym, płynnym ruchem. Jednocześnie Archer skoczył na niego i zatopił ząby w łydce.
Lys wrzasnął.
- Archer, chodź! - krzyknęłam, dając susa za plecy szatyna. Chyba tylko cudem nie oberwałam kolejną wystrzeloną w moją stronę strzałką. Co oni z nimi mają, do cholery...?!
Podziękowałam sobie w duchu, że zapomniałam zamknać przesuwanych drzwi na zatrzask. Dzięki temu wystarczyło jedno szarpnięcie, a droga ucieczki stanęła przede mną otworem.
Archer natychmiast dał dyla w las. Szybko zniknął między drzewami. Charliego już nie było, mądry koń musiał zrobić to samo, co wilczak.
Potem bedę musiała ich znaleźć.
Ledwo moje stopy dotknęły trawy, przemieniłam się. Kolejna strzałka odbiła się już od twardej łuski, a gdzieś za mną usłyszałam stłumione przekleństwo. Machnęłam skrzydłami, wzbiłam się w powietrze...
Kolejna strzałka trafiła w miękką, niepokrytą łuską skórę w okolicach brzucha. Kolejna zaraz obok.
Szlag.
Tylko jakimś cholernym cudem, ze środkiem uspokajającyn krążącym w żyłach, zachowałam na tyle przytomności, by przelecieć nad całym Seattle. I jeszcze przez większość czasu utrzymać aktywną iluzję.
Poważnie zrobiło się, gdy byłam już niemal u celu. Obraz zaczął mi się rozmazywać przed oczami, skrzydła poruszały się coraz wolniej, przez co zaczęłam tracić wysokość...
W ostatnim przypływie logicznego myślenia wysłałam niewidzialne macki umysłu na poszukiwanie tego jednego, który mógł mi pomóc. A gdy odnalazłam go na sali, w której zwykle ćwiczyliśmy szermierkę, wysłałam jedną, krótką wiadomość.
Pomocy.
I całkowicie straciłam przytomność.
Spadłam z wysokości kilkunastu metrów, całkowicie bezwładnie, bez przytomności, na ziemię. Na szczęście nie czułam już nic, gdy moje gadzie ciało uderzało z impetem w murawę boiska należącego do Akademii.

Mike?

1.12.2019

Od Nathaniela CD Taigi

   Gdy mężczyzna wysłuchał najgorszej randki swojej przyjaciółki, wzdrygnął się niewidocznie i cicho westchnął, delikatnie się uśmiechając.
— Cóż. Widać, że romantyzm nie był jego mocną stroną. — powiedział mag, spoglądając na towarzyszkę — Nam by nawet coś takiego przez myśl nie przeszło, żeby wręczać kobiecie taki.. podarunek. — dodał spokojnie, lekko przy tym wzdychając.
— Normalny człowiek nie daje takich prezentów. — zaśmiała się cicho, zerkając zaraz na elfa — A Ty, miałeś w swoim życiu również dziwne spotkania z kobietami? — zapytała zaraz.
— U nas trochę inaczej to wygląda. — zaczął — A przynajmniej tak jest w moim świecie, gdzie mężczyzna łączący się z jedną kobietą na całe życie. On uwodzi ją głosem, przyjemnym tonem.. — mówił, prezentując wyćwiczoną tonację głosu, co spowodowało uśmiech na twarzy brunetki — Oraz licznymi podarunkami w postaci kwiatów, klejnotów lub innych świecidełek. Natomiast Ona.. nie musi robić nic. Wystarczy, że jest. — dodał, kończąc tym swoją wypowiedź.
— A jeśli kobieta nie przyjmowała prezentów? — spytała z ciekawości.
— Szukało się innej lub walczyło się o serce wybranki. — odpowiedział — Odkąd jestem tutaj, nie trzymam się tych zasad. Odzwyczaiłem się, a nikt też mnie za to nie ukaże. — dodał z krótkim śmiechem.
— Fakt. Tutaj jest większa swoboda pod tym względem. — przyznała, zerkając na bruneta.
Gdy temat randek dobiegł końca, przyjaciele przeszli na inne tematy, kontynuując tym swoją rozmowę. Widać było, że dobrze czują się w swoim towarzystwie i nawet nie przeszkadzały im momenty ciszy, które kilka razy zapadły. Słoneczna pogoda podtrzymywała przyjaciół w świetnym humorze, co poskutkowało licznym śmiechem z różnych historii z życia wziętych i choć niektóre były naprawdę głupie, oni się tym nie przejmowali. Rozmawiali ze sobą, jakby znali się co najmniej kilka lat.
— Nie boisz się reakcji Adiela, gdy poznasz jakąś kobietę? — zapytała Taiga, kontynuując zaczęty temat.
— Na pewno będzie się buntował, ale z czasem mu przejdzie. — odpowiedział spokojnie — Był bardzo przywiązany do Valeríí, swojej matki, że po jej śmierci zamknął się w sobie na kilka miesięcy. Do dzisiaj ją wspomina i mówi, że nie chce mieć obcej kobiety za matkę. — dodał, ciężko przy tym wzdychając.
— Pogodzi się z tym, na pewno. — powiedziała brunetka.
— Coś planujesz? — zerknął z uśmiechem na kobietę, które zaraz skryła swoje rumieńce, odwracając wzrok przed siebie.
— Co? Niee. — odpowiedziała, co wywołało przyjemny śmiech u maga — Tak tylko mówię, dobra? — dodała, szturchając z lekka rozbawionego mężczyznę.
— No dobrze. Już się tak nie denerwuj, bo zmarszczki Ci od złości wyjdą. — powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.
— A Ty co się tak szczerzysz? — stanęła naprzeciw bruneta.
— Bo mogę, niziołku. — odpowiedział przyjemnym tonem — Tego mi nie zabronisz. — dodał pół szeptem, zbliżając się do kobiety.
W tym też momencie zrobiło się dość gorąco, lecz nie przez pogodę, a raczej przez delikatny romans przyjaciół i prawie doszłoby do pocałunku, gdyby nie przerwał im nagły wystrzał z broni palnej. Była to broń myśliwska, a za tym myśliwi, którzy postanowili popolować sobie w pobliskim lesie. To też zniszczyło przyjemną atmosferę, co zmusiło dwójkę kochanków do zawrócenia w kierunku parku, gdzie wcześniej doszło do spotkania.
   Po dotarciu na miejsce, oby dwoje przycupnęli na drewnianej ławce, by móc trochę odpocząć i dotlenić zmęczone mięśnie. Oczywiście rozwinęli jakiś temat, co spowodowało, że w parku spędzili kolejne pół godziny, głównie na droczeniu się, co magowi bardzo się podobało. Gdy jednak było czas wrócić do swoich domów, pożegnali się i rozeszli się w swoje strony.
   Następny tydzień był dość pracowity, a szczególnie dla elfiego strażaka, który jeździł od wezwania do wezwania, nie mając chwili na odpoczynek. To jednak nie krzyżowało jego planów, gdyż po pracy często odwiedzał Taigę w jej kawiarni, gdzie mógł wypić smaczną kawę lub zjeść lekki kawałek ciasta. Owe spotkania jeszcze bardziej umocniły więź maga z czarownicą, przez co mężczyzna nie mógł przestać o niej myśleć, a gdy ją widział, na jego twarzy zawsze było widać szczery uśmiech.
Gdy nadszedł upragniony weekend, który dla Harrisona był oczywiście wolny, przed południem wstąpił do kawiarni przyjaciółki, która od razu przywitała go ciepłą kawą.
— Masz wyczucie czasu. — rzekła brunetka, opierając się o ladę.
— To przez doświadczenie. — powiedział pół szeptem, mrugając do przyjaciółki. — Ogólnie mam dla Ciebie propozycję. — zaczął, po upiciu łyku kawy.
— Zamieniam się w słuch.
— Ze względu na fakt, że mam wolny weekend, proponuję Ci noc u mnie. — powiedział — Tu dzież zapraszam Cię na noc w mojej skromnej posiadłości. — dodał z uśmiechem.
— I co będziemy robić w Twojej skromnej posiadłości? — spytała, unosząc przy tym brew.
— Może jakiś film, gry czy inne zabawy, gdzie uczestniczą głównie dwie osoby. — odpowiedział — Wspomnę tylko, że syna w domu nie będzie. Wyjechał na trzy dni z elfią akademią, więc moja skromna posiadłość będzie cała dla nas. Może nawet w chowanego się pobawimy, jak będziesz chciała. — dodał, kończąc lekkim śmiechem. — Czy Pani Nagiko przyjmuje zaproszenie? Dodam, że w sumie nie możesz tego odrzucić. — zaśmiał się krótko, powodując także śmiech u brunetki.

Pani Nagiko? 
Szablon
synestezja
panda graphics