19.05.2019

Od Eliotta CD Viktora

   Przed oczami ciemność i pustka. Momentami wydawało się, że gdzieś w oddali migają niewyraźne światełka, niby przed chwilą rozpalone zapałki czy świeczki. Po chwili było widać nieco więcej, jak na przykład rozmazane twarze nieznajomych ludzi, którzy podawali coś między sobą i uciskali różne części ciała Eliotta będące w okropnym stanie. Sam chłopak nie odczuwał obecnie bólu, a był tak zmęczony i ospały, że postanowił odpuścić i z powrotem zasunąć powieki niczym czerwone kurtyny na koniec całego przedstawienia.
   Kolejne podejście do wybudzenia się z tego dziwnego uciążliwego stanu poszło lepiej i zakończyło się powodzeniem. Blondyn nie czuł nóg ani rąk, mógł zaledwie poruszyć głową, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu i powoli wszystko sobie poukładać. Leżał na szpitalnym łóżku, w szpitalnej sali, z przyczepionymi jakimiś szpitalnymi sprzętami, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny szpitalny zapach. Eliott szybko zebrał w sobie nieco więcej sił, aby wesprzeć się na łokciach i unieść głowę nieco wyżej, a wtedy ujrzał kogoś, kogo nie spodziewał się ujrzeć już nigdy. Na krześle obok łóżka siedział Ricardo i ze znudzeniem robił coś na swoim telefonie. W ręce trzymał papierosa, a z jego ust wydobywał się dym, który niezbyt dobrze działał na zdrowie brata w obecnych okolicznościach. Sam starszy oczywiście się tym nie przejął, raczej nie obchodził go stan młodszego braciszka, który dosyć często wpadał w tarapaty.
- Rick? Co ty tutaj robisz? Co się stało? - zapytał Eliott chrapliwym głosem, który ledwo co wydostał się z jego gardła.
- Wezwali mnie, gdy zostałeś przywieziony tutaj po jakimś wypadku. Mówili coś, ale nie słuchałem. Wiem tyle, że wpadłeś pod koła jakiemuś kolesiowi, który siedzi teraz w areszcie - wzruszył ramionami nie odrywając wzroku od świecącego się ekranu. Było dosyć ciemno, a na jego twarz padały kolorowe światła, które co chwila się zmieniały, więc zapewne coś oglądał i był bardzo zniesmaczony, że nie może tego zrobić u siebie.
Po jego wytłumaczeniu Eliottowi zaczęło świtać, co stało się zeszłego wieczoru. Cóż, chyba zeszłego, nie wiedział ile dni był w śpiączce, a domyślał się, że od brata się tego nie dowie.
- Dobra, żyjesz, więc ja będę spadał - westchnął poirytowany Ricardo i podniósł się z krzesła zgniatając peta o parapet pod oknem, który i tak nie był zbytnio czysty.
- Ojciec wie? - dopytał cicho brata, gdy ten zdążył dojść do drzwi.
Rick przytrzymał się z ręką na klamce i tylko zerknął przez ramię na poszkodowanego.
- Wie, ale nie licz na to, że się tym przejął - parsknął chamsko - Zresztą nie tylko on. Nikt się tym nie przejął - dodał i bez pożegnania wyszedł z sali, zostawiając brata samego z tą okrutną prawdą.
Eliott przez chwilę jeszcze wpatrywał się w drzwi, które zamknęły się z trzaskiem, a słowa brata rozbrzmiewały w jego głowie. Nikt się tym nie przejął. Co prawda nic nowego. Nawet gdyby umarł braciszek wraz z kochanym ojcem żałowaliby chociażby urządzić mu pogrzeb. Blondyn zacisnął pięści na szorstkiej szpitalnej pościeli starając się powstrzymać te dziecinne łzy, które napłynęły mu do oczu, ale prawda jest taka, że nie umie z nimi walczyć. Powinien być dorosłym facetem jakim prawie jest, a nie rozklejać się, bo w jego życiu dosłownie nie ma miłości ani wsparcia. Szybko otarł żałosne łzy ręką akurat w chwili, gdy do pokoju weszła pielęgniarka z tacą z jedzeniem.
- Pański brat powiadomił, że pan się wybudził. Niestety musiał iść - ta, to nic dziwnego, pomyślał Eliott - Nie wiem, czy brat wyjaśnił panu co się stało. Potrącił pana motorzysta wczoraj wieczorem i trafił pan od razu na stół operacyjny. Ma pan złamaną nogę, kilka żeber, mnóstwo otarć skóry i lekkie wstrząśnienie mózgu - wyjaśniła stawiając tacę na stoliku obok i poczęła sprawdzać zawartość kroplówek i stan pacjenta - Szczerze panu powiem, że była taka możliwość, iż nie uda się pana odratować. Lekarze stwierdzili, że cudem pan w ogóle jeszcze oddychał po takim wypadku. Teraz proszę odpoczywać i zjeść jak poczuje się pan lepiej. Będzie pan musiał zostać tydzień pod naszą opieką, a potem pana zwolnimy.
- Dziękuję - wydukał nadal nie będąc w humorze na jakieś podziękowania czy inne pytania, które mógł jeszcze zadać.
Po chwili i pielęgniarka opuściła ponure pomieszczenie i Eliott został sam tym razem zapewne na dłużej. Dopiero teraz wysunął swoją nogę spod prześcieradeł i zobaczył na niej gruby, ciężki gips. Nie chciał widzieć nawet swojej twarzy, ale czuł na brwi i wardze kilka szwów, wokół których skóra niesamowicie go swędziała. Zirytowany walnął się na poduszki i cicho syknął, gdy wszystko w środku go przez to zabolało. Zaczął rozmyślać o tym, że mógł nie przeżyć. Może udało mu się, dzięki jego zdolnościom? W końcu wiedział, że jest silniejszy i bardziej wytrzymały niż zwykły śmiertelnik, więc może to przyczyniło się do jego szczęścia. Chyba pierwszy raz w życiu podziękował sobie za bycie przeklętym. Potem przypomniał sobie jeszcze o sprawcy wypadku, chociaż on sam też w pewnej mierze był tym co to spowodował. Szczerze nie wiedział, kto był kierowcą motoru, ale wiedział tyle, że jak go kiedyś spotka to urządzi mu podobne piekło. Eliott wiedział, że długo się z łóżka nie ruszy, a jego praca w sklepie, a tym bardziej w klubie pójdą w odstawkę na jakiś czas. Gotowało się w nim i chociaż układał sobie w głowie plany zemsty, był strasznie wyczerpany i po chwili postanowił odpuścić i jeszcze nieco odsapnąć. W końcu będzie musiał mieć siły do walki, prawda?
   Minęły jakieś dwa, trzy dni, a Eliott stwierdził, że ciekawiej już było jego ostatniego dnia w pracy. Żarcie w szpitalu było okropne, łóżka i ubrania niewygodne, a w pokoju leżał sam i nawet nie miał do kogo się odezwać. Raz na jakiś czas odwiedziła go Kelly, żeby przynieść mu coś z jego mieszkania i poinformować, że przygarnęła Rhino do końca jego pobytu w szpitalu. Teraz Eliott docenił to, że chociaż jedna osoba go wspiera, chociaż tych pączków mu nie odpuściła. Tego dnia nudził się najbardziej, a jego jedynym zajęciem było wpatrywanie się w obrzydliwą zieloną ścianę oraz rozpalanie i gaszenie świeczki na parapecie za pomocą puszczenia iskry przez pstryknięcie palców. Nadal był ospały i słaby, ale było mu lepiej z każdą godziną. W końcu przygasił świeczkę na dobre i zwrócił wzrok w stronę szarych chmur za oknem, które jeszcze bardziej wprawiały go w zły nastrój. Jego nic nie robienie przerwało poruszenie się klamki, przez co od razu spojrzał na drzwi. Spodziewał się ujrzeć w nich Kelly, ale gdy do pokoju wszedł niski w porównaniu do niego blondyn, zmrużył podejrzanie oczy. Chłopak obejrzał się za siebie jakby w obawie, że ktoś go złapie i podszedł bliżej łóżka, a Eliott tylko pytająco się w niego wpatrywał.
- No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem - odparł szybko, a Eliott myślał, że wyskoczy z łóżka i rzuci mu się od gardła - Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie?
- Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? - warknął zniesmaczony obecnością nowego gościa - Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym.
- Przepraszam - blondyn był widocznie zmieszany i tylko uniósł ręce w geście obronnym.
- Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec - dodał wywracając oczami i dopiero gdy nieco zluzował przyjrzał się dokładniej owej postaci.
- Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia - odparł od razu przybierając pewniejszą postawę - Także ten, Viktor jestem.
- Eliott - odparł poszkodowany po dłuższej chwili namysłu, czy niejaki Viktor zasługuje na poznanie jego imienia.
- Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot. Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać - blondyn przyjął luźniejszą postawię i zarzucił włosami wydając się być już zupełnie oswojony z ową sytuacją. Nie można było tego powiedzieć, gdy wszedł i spięty tłumaczył się przed Eliottem.
Jak się czujesz samotny. Eliott aż parsknął na te słowa kręcąc głową z rezygnacją. Jak bardzo będzie to głupie, gdy teraz zacznie bratać się z chłopakiem, który prawie co go nie zabił? Z drugiej strony to tylko kilka dni, a mu wydawało się, że prędzej skoczy ze szpitalnego okna niż wytrzyma tutaj w totalnej nudzie. Chwilę się namyślił i spojrzał na Viktora chytrze przymrużając oczy.
- Gniewam się, bo widzisz, ciężko mi jakoś teraz tobie wybaczyć - westchnął niby niechętnie - Mógłbym ponownie to przemyśleć, gdybyś następnym razem przyniósł mi nowy telefon - dodał uśmiechając się szeroko.
- Nowy telefon? Koleś, skąd ja ci wezmę pieniądze na nową komórkę?! Mój telefon sam poleciał gdzieś w pizdu, a ja mam załatwiać nowy tobie? - rozłożył ręce widocznie zniesmaczony propozycją blondyna, co go nieźle w duchu bawiło.
Na szczęście Eliott był znany z przybierania odpowiedniej postawy do odpowiedniej gry. Dlatego teraz też doszukał się kontaktu wzrokowego z jego pseudo nowym znajomym i uśmiechnął się poczciwie. W pewnej chwili poczuł się dość dziwnie widząc w oczach Viktora małe iskierki, które mówiły mu, że nie może on być zwykłym chłopakiem.
~ To nie piekielny ogar… Nie jest taki jak ty… Ale też ma więź z ogniem… Ogień…
Eliott szybko zacisnął powieki dopiero zdając sobie sprawę, że dawno nie towarzyszyły mu głosy i dopiero teraz uświadomił sobie, że tak bardzo było mu wtedy dobrze. Postarał się zignorować te słowa i powrócić do gry.
- To jak będzie? Chciałeś mnie wspierać, prawda? - przechylił głowę podpierając się na łokciach krzywiąc się lekko czując ból w żebrach.

Viktor?

Od Viktora cd Eliotta

W pierwszej chwili kompletnie nie wiedział, co zrobić. Siedział tylko na swoim piekielnym motorze i gapił się na leżące kilka metrów dalej ciało. Ocknął się dopiero wtedy, kiedy zauważył kogoś na horyzoncie. Zlazł niezdarnie przez oszołomienie z benela, biegnąc w stronę tej jednej, jedynej całkowicie losowej osoby, jaką zesłał mu ktoś z góry.
Normalnie by się tak nie cieszył, ale spójrzmy prawdzie w oczy – telefon miał zepsuty, więc nie miał jak zadzwonić na pogotowie, a na motorze przecież go nie weźmie, bo wywrócą się przy najbliższym zakręcie. Dlatego też podleciał migiem do jakiejś babeczki, wyglądającej na taką typową pannę po menopauzie.
– Soreczka, mam problem, mogłaby pani pożyczyć telefon? Co ja gadam, niech pani dzwoni, ja się idę nim zająć! – spanikował, a zaskoczona kobieta krytycznie się mu przyjrzała. Spojrzała za niego i ostatecznie wyjęła komórkę. Pewnie wzięłaby go za jakiegoś żula, który postradał zmysły, gdyby nie faktycznie leżące za nim ciało i nadal odpalony motor. Po tym wypadku pewnie ma wstrząśnienie silnika.
Mimo, że odległości było niewielkie w ich tymczasowym świecie wypadku, to i tak biegał jak szaleniec. Z rozpędu nie wyhamował i prawie by się przewrócił o leżącego poszkodowanego, gdyby nie jego refleks, który w zwykłych chwilach zawodzi. Klęknął obok ciała. Dobra, na edb kiedyś to miał, no nie? Tylko za cholerę nie pamiętał, co konkretnie. Świtała mu w głowie pozycja boczna i nic więcej. Siedział jak kołek, zupełnie ignorując fakt, że liczy się każda sekunda.
– Już wiem! – olśniło go i zaczął pstrykać palcami nad głową leżącego. – Halo, słyszy mnie pan? Przepraszam i w ogóle, słyszysz? – prawie się darł, ale widząc brak odzewu, westchnął. Potem było co? Pozycja boczna! Nie, nie pozycja boczna, chyba coś z oddechem. Jakieś KRO, ORK, RKO... Nie pamiętał. Wziął go najostrożniej jak umiał za ramiona i delikatnie przewrócił na plecy. Nie było to może najrozsądniejsze i najbezpieczniejsze, ale inną wiedzą Viktor nie dysponował.
Zamiast przyjrzeć się jego klatce piersiowej w poszukiwaniu oddechu, skierował swoją uwagę na jego twarz i ogólną postać. Miał bardzo delikatne rysy, a wyglądał na wysokiego. Tak oceniając w skali, Viktor dałby mu siedem, a może nawet osiem na dziesięć. Pokręcił głową i odrzucił fantazjowanie, nachylając się nad nim uchem nad jego ustami. Gapił się gdzieś na jego pierś i już miał lamentować, że nie zna tego ORKa czy jak to tam było, kiedy poczuł delikatny, ledwie odczuwalny powiew oraz zarejestrował płytki ruch klatki piersiowej. Bingo.
Teraz dopiero pozycja boczna, stwierdził, zastanawiając się, czemu akurat to utkwiło mu w pamięci z tych wszystkich lat nauki pierwszej pomocy. Słysząc pisk opon, odwrócił się i ujrzał karetkę z dziwnymi rysami na karoserii, z której wybiegali ratownicy. Jeden z nich podszedł do Viktora na spytki.
Nie przedłużając, została zawiadomiona policja, która wzięła go prosto na komisariat, później do aresztu za spowodowanie wypadku i rozmowę przez telefon podczas jazdy. Jęczał, że chce zobaczyć tego, kogo potrącił oraz że chce swój motor. Powiadomiono go, że pojazd jest bezpieczny, ale poszkodowanego już nie zobaczy.
Spędził tam równo dwa dni i nie wyszedłby, gdyby nie jego kochany brat.
– Ty tępa, zakuta pało! – zamiast przywitać Viktora, Vladan zaczął go wyzywać, wymachując rękoma. Właśnie wyciągnął go z aresztu i prowadził do swojej bemy. – Już nigdy nie dam ci żadnego motoru czy samochodu, będziesz zapylał pieszo. Najchętniej bym cię tam zostawił jako nauczkę.
– Ciebie też miło widzieć! To jak, fundniesz mi jeszcze mandacik? – Viktor wyszczerzył zęby, opierając się nonszalancko o samochód. Vladan spojrzał tylko na niego ponuro i rąbnął go drzwiami w ponaglającym geście.
– Słuchaaaaj, mam jeszcze jedną sprawę – zaczął, gapiąc się przez okno. – Chcę znaleźć tego gościa, którego potrąciłem – mruknął, a Vladan zatrzymał się gwałtownie na pasach.
– Wiesz, że to niemożliwe? – burknął, nie będąc zachwyconym zachowaniem brata. – I po co? Żeby pójść i powiedzieć 'przepraszam'? Stary, jestem pewien, że on chce cię znaleźć i dać w pysk – Vlad pokręcił głową.
– To niech da, zasłużyłem. I nie byłoby całego zajścia, gdybyś chciał mi spłacić ten mandat! – zarzucił bratu.
– Oh, to teraz moja wina? – oburzył się blondyn. – Więc idąc za tokiem rozumowania mojego kochanego brata Viktora, nic by się nie stało gdyby założył ten cholerny kask! – trzasnął w kierownicę, trafiając w klakson. Zaraz zaczął przepraszać gestami kierowców wokół nich.
– No dobra, bo ci nerka wyskoczy – wymamrotał speszony Viktor. Nikt go nie potrafił tak dobrze zbesztać jak jego brat. Właściwie tylko przy nim czuł jakąkolwiek skruchę.
W głowie już układał sobie plan – odwiedzi wszystkie szpitale w Seattle, choćby miało to trwać tygodniami. Musi zobaczyć tego kolesia, sprawdzić, czy wszystko w porządku i dalej jak cywilizowany człowiek pojechać do domu z odhaczoną akcją dobroci.
Niestety, szczęście nie było tak przychylne, lenistwo również i po sprawdzeniu zaledwie trzech szpitali jednego dnia, odpuścił sobie w towarzystwie triumfu brata 'a nie mówiłem?'. Wracał zrezygnowany, kiedy przejeżdżając obok jakiegoś innego szpitala, ujrzał rząd karetek. I go olśniło. Jedna z nich miała rysy na masce, takie jak ta, która przyjechała kilka dni temu. Nie wiedział dokładnie, czy jak się dzwoni na pogotowie, to przyjeżdża random karetka z random szpitala, ale zakładał, że to tu znajdował się jego cel. Zaparkował benelem, który ledwie żył, po czym wszedł do środka budynku. Pierwsza przeszkoda to była pani za ladą.
– Taki wyrośnięty blondas, potrącony kilka dni temu – tłumaczył pani, która patrzyła się na niego podejrzliwie. – Em, jestem jego bratem, rozumie pani – łgał jak z nut.
Ostatecznie dowiedział się, w którym jest pokoju, ale nie mógł go zobaczyć, gdyż było już późno. Udał, że smutny wychodzi, ale kiedy kobieta odwróciła się, żeby odebrać telefon, szybko przemknął pod jej nosem i zaczął szukać upragnionego pokoju. Po wielokrotnych wędrówkach po schodach, bo winda się zepsuła, nacisnął klamkę pomieszczenia oznakowanego numerem 378.
Rozejrzał się najpierw, nikogo nie było na horyzoncie, kto mógłby mu ewentualnie zaszkodzić. Szybko dostrzegł jedyne łóżko w sali, do którego zamknąwszy drzwi podszedł.
Blondyn miał półotwarte oczy i wyglądał na mało kontaktującego ze światem.
– No to ten, priviet, znaczy cześć, jestem Viktor i to ja cię potrąciłem – odezwał się, ale potem stwierdził, że zabrzmiało to naprawdę głupio. – Ogólnie chcę cię przeprosić i... dać wsparcie? – rozłożył ręce. Co on palnął. Wsparcie, chyba w postaci błagania go na kolanach o łaskę.
– Ah, i tak po prostu sobie przyłazisz? – warknął pacjent dość mocno jak na swój stan. – Ty pieprzony debilu, patrz jak jeździsz! Zwracaj uwagę na drogę, a nie myśleniu o nie wiadomo czym – burczał zdenerwowany, a Viktor chyba przyzna rację Vladanowi, że ten chce go ukatrupić.
– Przepraszam – bąknął Viktor, unosząc ręce do góry. Totalnie nie wiedział, co zrobić.
– Jesteś idiotą i tyle. Ale ja też nie jestem bez winy, stało się i koniec – poszkodowany machnął ręką, wywracając oczami.
– Tiaaa, podzielam twój punkt widzenia – przytaknął ochoczo, spotykając się z oskarżycielskim spojrzeniem ze strony drugiego. – Także ten, Viktor jestem – powiedział szybko w celu załagodzenia sytuacji.
Blondyn łypnął na niego nieufnie.
– Eliott – rzucił ostatecznie, a Viktor ucieszył się jak dziecko. Kryzys zażegnany.
– Więc się już nie gniewasz? Super, ja też, jeszcze raz sorry za kłopot – mówił Viktor, wielce zadowolony ze swojego wyjątkowego szczęścia. – Jak się czujesz samotny, mogę cię odwiedzać – zarzucił szpanersko włosami. Niech zna jego łaskę i zobowiązanie się do takiej rzeczy.

Eliott?

Od Harriet cd Vergil

Wsłuchałam się uważnie w słowa przyjaciela, który dość spokojnie tłumaczył swoją przeszłość. Jednak czasami miałam wrażenie, jakby czymś się denerwował, przez co kilka razy odwracał wzrok w kierunku kominka oraz kanapy. W pewnym momencie zleciała mosiężna figurka, lecz wolałam to zignorować i skupić się na mężczyźnie, który zaraz wrócił do zakończenia swojej historii. W tym momencie sama nie wiedziałam co zrobić, co powiedzieć. Znałam Ivara dość dobrze, ale spodziewałabym się czegoś takiego po nim.. po szczupłym blondynie w okrągłych okularach.
— Ver, to.. smutne — rzuciłam szukając lepszych słów — Przykro mi z powodu Twojej mamy — szepnęłam zerkając na ciemne oczy bruneta i pomimo powagi na jego twarzy, oczy kryły smutek.
— Zdążyłem się pogodzić z jej śmiercią, lecz jego czyn jest niewybaczalny — odparł uciekając spojrzeniem na kominek.
— Czasami lepiej jest pogodzić się z przeszłością, żeby przyszłość stała się lepsza — powiedziałam spokojnym tonem i z lekka uniosłam kąciki ust, co przyjaciel również uczynił — A z tym romansem.. czemu był on przelotny? Nie myślałeś nad wzięciem tego na poważnie? — spytałam sięgając po kubek z napojem, z którego upiłam trochę kawy, po czym odstawiłam naczynie na miejsce. Vergil uniósł na mnie wzrok, po czym krótko się zaśmiał.
— Wyczuwam zazdrość w Twoim głosie — mruknął bardziej wyluzowany.
— Ja zazdrość? Proszę Cię — prychnęłam i trzymając Amy na rękach, wstałam, aby odłożyć skrzydlatego na jego legowisko — Po za tym, życzyłabym Ci szczęścia z ową damą — dodałam skupionym tonem.
Przy okazji podeszłam do zrzuconej figurki, którą oczywiście podniosłam i położyłam z powrotem na szafkę. Któreś ze zwierząt musiało ją strącić lub Kevan nie powiedział mi nic o dzikich lokatorach, choć obie opcję mogą być realne.
— A Ty długo przebywałaś u.. — zaczął pytająco, lecz na końcu urwał imię swojego ulubieńca.
— Kevana — dokończyłam za mężczyznę — Tak, trochę u niego siedziałam, ale często wychodził z domu. Czasami był męczący i sama opuszczałam jego domostwo — dodałam kierując się w stronę bruneta, który siedział z założonymi rękoma na torsie — I kto tutaj jest zazdrosny — westchnęłam przechodząc za kanapą, aby wzburzyć dłonią ułożone włosy bruneta.
— Nie jestem zazdrosny — odparł wzdychając — Chciałem się tylko zapytać, nie można?
— A można — rzuciłam spokojnie i przeszłam do kuchni, gdzie otworzyłam szafkę z przekąskami — Co Ty na to, aby włączyć jakiś ciekawy film? — spytałam, gdy to mężczyzna szedł spokojnie do kuchni z dwoma kubkami po kawie.
    Nie trzeba było długo szukać jakiegoś ciekawego tytułu, gdyż na początku playlisty pojawił się premierowy film kryminalno-detektywistyczny, co nam obu skradło serca. Nim jednak ten się zaczął, przygotowałam wcześniej wspomniane przekąski oraz przysunęłam duży podnóżek bliżej kanapy, żeby wygodniej się siedziało. Oczywiście, żeby bardziej się rozluźnić, wybraliśmy czerwone wino, gdyż jedzenie przekąsek na sucho byłoby bardzo.. niewygodne.
   My jak to my, zamiast skupić się na akcji w filmie, komentowaliśmy poczynania aktorów i wyśmiewaliśmy głupie sceny walki, lecz ogólnie film wyglądał ciekawie i coraz bardziej nas wciągał. Gdy między nami zapadła cisza, a nasze spojrzenia były wbite w duży ekran, kątem oka zauważyłam jasną smugę, która momentami przypominała jakby szatę lub długą suknię. Niby byłam do tego przyzwyczajona, gdyż schizofrenia nadal lubiła mnie odwiedzać, lecz ta cała smuga zrobiła się jaśniejsza, a sam kształt zaczął przypominać ludzką figurę. W pomieszczeniu zrobiło się nieprzyjemnie chłodno, albo po prostu to ja tak odczuwam obecność "dzikiego lokatora". Odruchowo spojrzałam w kierunku ludzkiej kreatury, co było raczej złym pomysłem. Moja dłoń, która spoczywała spokojnie na przedramieniu przyjaciela, nagle się zacisnęła, a dźwięk kruszonego szkła, który wydobył się z drugiej dłoni, wyrwał mężczyznę ze skupienia.
— Harr.. Twoja dłoń — powiedział i szybko podniósł wzrok na moją twarz.
— Ona tutaj jest — szepnęłam cicho, a zarazem takim tonem, jakbym zaraz miała krzyczeć.
— Ale kto? — spytał mężczyzna — Harriet, nikogo tutaj nie ma — dodał, gdy nie dostał ode mnie odpowiedzi.
— Masz coś, co do niej należy —  kontynuowałam widząc jasnowłosą kobietę, której ubiór był poplamiony krwią — Warkocz spleciony z blond włosów... — mruknęłam.
Nagle zjawa zniknęła, a mój opętany wzrok zatrzymał się na dłoni Vergila, którą to udało mu się uwolnić z mojego początkowego uścisku. Chłód został zastąpiony ciepłym powietrzem, a wszelkie spięte mięśnie rozluźniły się, jakby nic się nie stało. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że moja druga dłoń jest ozdobiona kawałkami szkła, a spod nich sączy się ciemna krew.
— Nie powinno do tego dojść — powiedziałam siedząc na rogu wanny nadal się uspokajając — Przecież.. nigdy wcześniej tak nie reagowałam — dodałam kierując wzrok na przyjaciela, który nad umywalką wyjmował szkło z mojej dłoni.
— Może to ze zmęczenia — rzekł skupiając się na swojej czynności.
— Bywałam bardziej zmęczona i nie miałam takich jazd — zaprzeczyłam opierając głowę o ścianę.
Cicho westchnęłam i pozwoliłam brunetowi wyjąć ostatnie szkiełka, natomiast rany od razu się goiły. Ciemna krew spłynęła wraz z wodą puszczoną w kranie umywalki, zaś ja czułam się wypruta z wszelkiej energii życiowej.
— Wybacz, że moja schiza zepsuła tak dobrą atmosferę — powiedziałam kierując się do salonu.
— Ależ nic się nie stało, Harr — krótko się zaśmiał — Zawsze mogłaś przywołać jakiegoś Behemota lub innego przyjaciela — dodał spokojnie i posłał przyjazny uśmiech.
Stojąc naprzeciwko mężczyzny, delikatnie objęłam jego tors i oparłam o niego głowę, chcąc po prostu wtulić się w ludzkie ciało. Mężczyzna odwzajemnił czyn i spokojnym ruchem dłoni gładził moje plecy.
— Nie rób tak, bo Ci w rękach zasnę — mruknęłam po chwili i lekko się zaśmiałam odstępując na krok od bruneta — Ale chyba faktycznie pójdę spać, tylko się ogarnę — dodałam zerkając na niego — I oczywiście możesz zostać, jak chcesz. Na górze są jeszcze dwie sypialnie, na dole jedna.. czuj się jak u siebie — wyjaśniłam kończąc krótkim ziewaniem, po czym zniknęłam za drzwiami swojej sypialni.
Gdy zawsze brałam ciepłą kąpiel, tak teraz musiałam skoczyć pod prysznic, po którym wytarłam się do sucha, aby założyć na siebie świeżą piżamę w postaci krótkich spodenek oraz luźnej koszulki. Po tej czynności padłam na łóżko, które zaraz doprowadziło mnie do snu.. głębokiego snu.


Vergil? 

Od Eliotta CD Viktora

   Cicha melodia rozbrzmiewała dookoła i była o dziwo całkiem ładna. Dało się w niej usłyszeć ciche pomruki skrzypiec i gitary basowej co nieźle się w siebie wpasowało. W tle było słychać nawet poranny świergot ptaków. Nieoczekiwanie jednak z każdą sekundą robiła się głośniejsza i bardziej wkurzająca, aż wybudziła Eliotta ze słodkiego snu i zmusiła go do ciśnięcia telefonem o ścianę naprzeciwko. Spotkanie komórki z podłogą poskutkowało uciszeniem, a chłopakowi o niesfornie potarganych włosach nawet to nie przeszkadzało. Akurat model telefonu jaki sobie zakupił nie był najdroższy, najlepszy i miał służyć zaledwie do dzwonienia i pisania SMSów, dlatego też nie było mu szkoda, gdy pies przyniósł mu w zębach obśliniony sprzęt z rozbitym wyświetlaczem. Blondyn poklepał psa po głowie w geście podziękowania mu, ale także samemu sobie, że wyuczył go aportowania. Teraz może wykorzystywać swojego czworonogiego przyjaciela i kiedy bardzo mu się nie chce ruszać tyłka z kanapy, poprosić żeby to Rhino coś mu przyniósł. Eliott włączył wciąż działający telefon, a widząc godzinę na ekranie tylko cicho parsknął sam do siebie. Kolejny dzień kiedy to będzie musiał odrobić godzinę pracy za spóźnienie. W końcu zebrał się z łóżka zabierając ze sobą koc, żeby okryć swoje prawie nagie ciało i obronić się przed zimnem. Leniwym krokiem pomaszerował do garderoby omijając łazienkę szerokim łukiem, gdyż prysznic zająłby mu kolejną godzinę, a dwie godziny dłużej w pracy to już przesada. Z szafy wyjął pogniecioną czarną bluzę z kapturem i poszarpane ciemne jeansy, które śmiechem żartem porwał przez przypadek i jego zdolność do niezdarności. W drodze do kuchni zgubił gdzieś koc, na którym chwilę później ułożył się Rhino przy okazji podgryzając jego fragment. Chłopak tylko raz przeczesał ręką włosy, żeby nie opadały mu na oczy, a potem miał ich stan głęboko w dupie i zajął się zaparzaniem szybkiej kawy przed pracą, żeby jakoś w niej przeżyć. Przy okazji spakował najpotrzebniejsze rzeczy do torby, którą rzucił pod drzwi wyjściowe. Gdy oczekiwanie poczuł przyjemny zapach świeżej kawy od razu zalał sobie nią kubek i począł się nią delektować. Co jak co, ale na kawę zawsze jest czas i miejsce, takiej zasady łamać nie wypada. Eliott w spokoju dokończył swój napój nieświadomie grając z psem w ,,kto pierwszy mrugnie’’. Oczywiście przegrał młody muzyk już całkiem nieźle spóźniony do sklepu. Mamrocząc coś pod nosem założył skórzaną kurtkę, buty, przewiesił torbę przez ramię i wyszedł z mieszkania żegnając się ze swoim przyjacielem, który jak co dzień zaczął swoją arię operową opowiadającą o tym, jak bardzo boli go nieobecność właściciela.
   Drzwi sklepu muzycznego zaczęły bardzo powoli się otwierać, a w nich ukazywać się uśmiechnięta od ucha do ucha postać Eliotta. Chłopak chciał otworzyć drzwi ostrożnie i powoli, gdyż nad nimi zawieszony był dzwoneczek, który dzwonił za każdym razem gdy ktoś wchodził lub wychodził, a ten starał się w ogóle nie wprawić go w ruch. Problem w tym, że jego koleżanka z pracy stała po drugiej stronie lady i z zażenowaną miną obserwowała jego poczynania.
- Wejdź tu kurwa w końcu - warknęła powoli tracąc cierpliwość, chociaż możliwe, że straciła ją już na początku, gdy Eliotta przyjęli do tej pracy - Siedzisz dwie godziny dłużej i na jutro przynosisz mi pudło pączków z cukierni obok - dodała nieco starsza, niska brunetka pakując swoje rzeczy.
- Kelly kochana, wydawało mi się, że chciałaś ograniczyć niezdrowe jedzenie - chłopak na niby zrobił zmartwioną minę i wszedł do środka.
- W takim razie jak przytyję będę winić tylko i wyłącznie ciebie. Gdybyś się nie spóźniał, nie prosiłabym o rekompensatę - wyjaśniła i wzruszyła ramionami jak gdyby taka argumentacja miała zamknąć koledze usta.
Chcąc nie chcąc Eliott zrezygnował z dalszego droczenia się i po prostu z grzeczności zgodził się na taki układ. Bardzo lubił swoją uroczą koleżankę z pracy i chociaż znał tylko jej imię i niektóre ciekawostki o jej licznych miłościach, rozmawiało mu się z nią bardzo dobrze. Teraz niestety musiał ją pożegnać, gdyż zapewne wybierała się na podbój kolejnych męskich serc, a on w duchu życzył jej powodzenia. On sam zaś stanął za ladą, przeliczył pieniądze w kasie i oparł się o ladę prawie że rozkładając się na niej.
   Kilka godzin w sklepie minęło mu dzisiaj wyjątkowo nudno i monotonnie. Zazwyczaj miał jakieś ciekawe zajęcia i zadania, a nawet zabawne wypadki przy pracy. Tym razem było mało klientów, mało zamówień i mało wrażeń. Pomimo kawy wypitej z rana, mało brakowało, a żeby nie zasnął z głową na blacie. Cieszył się jak małe dziecko gdy ujrzał właściciela sklepu, który pod koniec dnia przyszedł żeby zebrać raport z dnia, przeliczyć zarobki i zamknąć sklep. Eliott przeprowadził z nim szybką rozmowę i starał się wypaść jak najlepiej, chociaż nie przepadał za jego poważnym podejściem do wszystkiego. Wyszedł z obskurnego budynku prawie w podskokach i udał się w drogę powrotną do domu. Eliott nigdy nie jeździł do pracy autem, gdyż było to całkiem niedaleko, a droga do mieszkania przechodziła przez ścieżkę obok lasu. Dreptał właśnie po lewej stronie jezdni i słuchał czegoś przez słuchawki przy okazji grzebiąc bezcelowo w telefonie. Zdążył przyzwyczaić się już do rozbitego ekranu i w ogóle mu to nie przeszkadzało w SMSowaniu z kochanym braciszkiem, który raz na dwa miesiące zapytał się co u niego. Eliott przypomniał sobie, że musi przejść na drugą stronę żeby skręcić w jego słabo oświetloną uliczkę. Szybko stwierdził, że nie ma potrzeby rozglądania się na prawo i lewo, gdyż tutejszą drogą rzadko ktokolwiek jeździ i wskoczył na jezdnię. Postanowił jednak spojrzeć na lewo, a to co ujrzał zmroziło mu krew w żyłach. Sparaliżowany chciał postawić jeszcze kilka szybkich kroków przed siebie, ale zabrakło mu sił i czasu. Poczuł jak wielki ciężar popycha go z niesamowitym impetem, słuchawki wypadają mu z uszu i lecą gdzieś wraz z telefonem. Poturlał się po szorstkim asfalcie wyrządzając sobie sporo zadrapań na skórze, głównie twarzy i rąk. Świat przed jego oczami przerażająco wirował, a w głowie masa głosów wybuchła krzykiem. Blondyn ostatecznie uderzył głową o beton tym samym uciszając wszystkie zmarłe dusze i przy okazji też samego siebie tracąc jakikolwiek kontakt z rzeczywistością.

Viktor?

18.05.2019

Od Minho CD Simona

Przyzwyczajony do wyzwisk w jego kierunku, nie reagował nawet na to, że ktoś zaczął się wykłócać, dopóki nie doszło do rękoczynów. Niezbyt lubił przemoc, szczególnie na jego oczach, dlatego odwrócił uwagę od czyszczenia szklanek, przeniósł ją na dwójkę mężczyzn, z czego jeden po chwili opuścił lokal, a drugi wrócił na swoje miejsce, nie rzucając więcej uwag w kierunku barmana. Zdecydował się wykorzystać okazję by na chwilę się stąd ulotnić. Nie musiał obawiać się, że ktoś tutaj wejdzie. Nie mogli, a ochroniarze strzegli tego jak największego skarbu. Zapewne przez fortunę wydaną na alkohol, a sami dostawali niektóre trunki do domu, więc nic w tym dziwnego. Minho podszedł do jednego z mężczyzn pracujących w klubie, prosząc by przypilnował baru, zawsze uprzedzał, to był jego nawyk po jednej nieprzyjemnej sytuacji z byłym pracownikiem, ponieważ potrzebuje pójść na papierosa. Co prawda rzadko palił, jednak przez tą pracę zaczął to robić. W tygodniu ciężko go zastać z trucicielem między wargami, w klubie było całkiem inaczej. Tutaj człowiek całkowicie się zmieniał, a w szczególności mowa tutaj o psychice. Właściwie, Minho już dawno przeszedł zmianę, ale tutaj nastąpiła ona po raz kolejny, tym razem pod innym kątem. Zapamiętywanie ludzkich twarzy, głosów i kwestii, które zazwyczaj wypowiadali – to zwykły nawyk, tak to nazywa. Jednak wyciąga z tego różnego rodzaju wnioski, dochodząc do pewnych rozwiązań jak uniknąć czegoś podobnego w przyszłości, by samemu tak się nie zachowywać.
Wyszedł z klubu, w dłoni trzymając paczkę papierosów, z czego jeden wyciągnął i wsunął między wargi, po kieszeniach szukał zapalniczki. Zwykle ją gdzieś zostawiał, nigdy nie mogąc zapamiętać, gdzie konkretnie została przez niego położona. Czasami nie ma świadomości jak ciśnienie mu skacze po takich osobach, jak mężczyzna, który go wyzywał. Przestał na to zwracać uwagę, bo wiedział, że wchodzenie z osobami tego pokroju w jakąkolwiek konwersacje mijała się z celem. Z lekka zaskoczony popatrzył na mężczyznę siedzącego na chodniku, w dłoni trzymającego zapalniczkę. Cicho westchnął, podchodząc dość niepewnie, w międzyczasie dziękując, a kiedy tylko podpalił jego początek, niemalże od razu odczuł ulgę, oddając przedmiot właścicielowi.

- Kwestia przyzwyczajenia – odpowiedział, wzruszając lekko ramionami. Co mógł powiedzieć innego? Taka była prawda. Wiele było przypadków z jakimi się spotkał w tutejszej pracy. Nie miał wyjścia jak się przyzwyczaić. Właściwie, pozostała jedna opcja: zrezygnować z tego miejsca i pracować jako fotograf czy roznosić ulotki. Niestety, pensja jest marna, więc zmuszony był przyjść tutaj. Z początku było całkiem inaczej, lecz wszystko z czasem się zmienia. – Z kacem czy bez niego, do pracy i tak pójdą, po niej przyjdą tutaj i tyle z tego wszystkiego będzie. Błędne koło do którego trzeba się przyzwyczaić – dodał od siebie, lekko się uśmiechając do chłopaka o kolorowych włosach, następnie zaciągając się papierosem, którym bardziej się bawił niżeli palił. Często tak robił, było to coś na wzór odstresowania się. Na całe szczęście, wiedział iż czas tutaj szybko zleci i nim się obejrzy, będzie leżał w łóżku ze swoimi pupilami. Sama myśl o kotach przyprawiła go o przyjemne ciepło na sercu i odrobinę szerszy uśmiech. Cóż się dziwić, miłośnik zwierząt, a swoje kocha najbardziej na świecie i nie pozwoli by cokolwiek im się stało. Dlatego też chodził do pracy, aby zarabiać na siebie i podopiecznych. Co prawda poszukuje współlokatora, lecz mało kto jest chętny… a ze starszymi osobami nie widzi mu się mieszkać. Już raz miał taką przygodę, i o ten raz za dużo. – Często przychodzisz tutaj? – zapytał, będąc zaciekawiony nieznajomym. Raczej nie przypominał sobie jego twarzy, barwy głosu czy chociażby bardzo charakterystycznego koloru włosów. Dlatego zdecydował się zapytać.

Simon? 

Od Vergila CD Harriet

Vergil może i nie należał do zbyt emocjonalnych osób, jednak gdy usłyszał historię swej przyjaciółki, aż zamilknął na długą chwilę. Prawie nie usłyszał jej słów, te dotarły do niego jakby pośrednio, przedzierając się przez barierę, otaczającą jego umysł. Gdyby czuł się pewniej sam ze sobą, zapewne na czas przemyśleń zamknąłby się we wnętrzu swojej świadomości, aby na spokojnie przetrawić informację, lecz jego głowa postanowiła spłatać mu kolejnego figla. A raczej, zaśmiała się mu szyderczo w twarz. Bowiem przed jego oczami, co sprawiło, że brunet podniósł lekko głowę, zamajaczyła postać, która od ponad roku infekowała jego życie samą swoją obecnością.
Czasami mam wątpliwości, czy my naprawdę jesteśmy spokrewnieni — rzucił kąśliwie James, siadając na niskim murku otaczającym kominek. Mamrocząc coś pod nosem, ściągnął z siebie szkarłatny płaszcz, jaki po odrzuceniu na bok zmienił się w perlisty pył. Samo rzucenie okiem na tego człowieka sprawiało, że Lucas myślał, iż ma do czynienia z szaleńcem (co swoją drogą nie mijało się zbytnio z prawdą, wnioskując po opowieściach doktora). Śmierć nie służyła przodkowi, a w dodatku jego duchowy stan, czy raczej forma halucynacji Vergila, nie pozwalał mu na zbyt wiele w kwestii wyglądu, dlatego Svensson był skazany na widok tych roztrzepanych kudłów, jaki doprowadzał go już stopniowo do szału.
Tym razem Norweg zignorował mężczyznę, starając się nie zwracać uwagi na szelesty, towarzyszące jego przesuwaniu się i moszczeniu przy ciepłym kominku. Zerknął jedynie przelotnie w jego kierunku, gdy dostrzegł, że w dłoni przodka pojawił się smukły kieliszek, wypełniony winem. James zachęcił gestem dłoni Lucasa do odpowiedzenia na pytanie Harriet, w której kierunku sam spoglądał zaciekawiony.
— Nie wiem, od czego zacząć — zwierzył się cichym, nieco zamyślonym tonem wojownik. Harriet machnęła dłonią, zbywając jego wątpliwości. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, jakby chciała w ten sposób dodać otuchy swojemu przyjacielowi. Vergil odruchowo odwzajemnił go.
— Pamiętasz tę sytuację, jak zmieniłaś się w strzygę? Jak gdzieś cię wywiało, a potem wróciłaś z tym całym Kevanem? — Ostatnie słowo ledwo co przeszło przez usta mężczyzny, który to, aby pozbyć się nieprzyjemnego posmaku, aż wypił całkiem duży łyk kawy. Zapewne gdyby nie fakt, że oparzenie się zregenerowało, już by nie mógł dalej ciągnąć swej historii. W takich momentach był zadowolony z bycia tym, kim był. Chociaż wtedy.
— Oczywiście. To po tym tam go znienawidziłeś do tego stopnia, że nie możesz go zdzierżyć w tym samym pokoju.
Zabawne, że to samo mówią o tobie, Ver, wszyscy ludzie wokół — James upił łyk z kieliszka. Wina jednak nie ubyło, a w dodatku ciemny płyn dało się ujrzeć przez miejscami prześwitujące gardło lekarza. Pod naporem spojrzenia Lucasa, Brytyjczyk przewrócił oczami, wyciągnął znikąd księgę i ostentacyjnie zaczął ją czytać, tym samym zasłaniając twarz.
— To nie jest ważne dla tej historii — mruknął z nutą niezadowolenia w głosie Norweg, co skończyło się śmiechem wampirzycy, którą, w ramach przyjacielskiej zabawy, przyciągnął jeszcze bardziej do swojego ramienia — Wracając. Aby cię wytropić, musiałem odbyć starodawny rytuał, który miał uwolnić mojego ducha i złączyć nas w jedno. Opowiadałem ci. I właśnie, doszło do pewnych komplikacji... — Brunet zerknął na ducha, który to skomentował jego opowieść ciężkim westchnięciem i szelestem przesadnie przewracanych kartek — Przez nie musiałem wyjechać. Zrobiłem to parę dni po tym, jak ty zniknęłaś. Najpierw wróciłem do Oslo. Powinnaś tam kiedyś przyjechać, to piękne i tajemnicze miasto. Zwłaszcza zimą. Może tam pewnego dnia się wybierzemy?
Pamiętaj. Jak nie będzie pamiętać, to cię nigdzie nie zgłosi straży. Czy policji. Ale lepiej się zabezpiecz, nie wiem, co by wyszło z połączenia pijawki i niedźwiedzia — James zachichotał ze swego podłego żartu. Opuścił nawet nieco książkę, aby spojrzeć na wpatrzone w siebie, wściekłe oblicze Vergila, a także nieco zdezorientowaną Harriet, zapewne nie rozumiejącą, dlaczego jej drogi przyjaciel patrzy się w pustą przestrzeń. Nim zdążyła otworzyć usta, żeby dopytać o szczegóły, Vergil podjął przerwaną opowieść.
— Spędziłem niecały miesiąc z matką i ojcem. Wyjaśniliśmy sobie parę spraw, okazał się być całkiem dobrym gościem. Najbardziej zdziwił mnie fakt, że Anders nie chciał rozmawiać na temat Ivara. Nic. Nawet słowem nie pisnął. Dopiero później, pewnego wieczora, dowiedziałem się dlaczego.
Vergil przerwał na chwilę, analizując, jak wiele może przyjaciółce powiedzieć. W końcu, ona też znała jego brata. Jak zareaguje na tą informację? Jeśli pomyśli sobie niestworzone rzeczy?
W międzyczasie, duch wstał z murka i obszedł powoli pomieszczenie, przyglądając się dekoracjom czy mniejszym obiektom. Powód tego wkrótce został ujawniony. Gdy tylko James dostrzegł samotnie leżącą figurkę, bezpardonowo zrzucił ją. Wampirzyca podniosła czujnie głowę i spojrzała na przedmiot, lecz nie ruszyła się z miejsca. Zerknęła za to na mężczyznę.
— Ver? Wszystko okay?— Nie wiem dlaczego, ale Ivar dołączył do jakieś grupy. Nie znam jej nazwy. Wiem tyle, że mój brat, że mój własny, cholerny, rodzony brat zamordował naszą matkę z zimną krwią. Znalazłem ją jako pierwszy i... — Głos ugrzązł Norwegowi w gardle. Musiał kilkukrotnie wziąć głębsze wdechy, gdyż obrazy, jakie wygnał w głąb swego umysłu, ponownie powróciły. Z tego powodu, dopiero po dłuższej przerwie zdobył się na mówienie.
— Potem wyjechałem znowu. Na Północ. Sam. Trenowałem siebie i niedźwiedzią część mnie. Próbowałem naprawić konsekwencje tamtego rytuału. Miałem przelotny romans z kimś, kogo zatrudniłem do szukania ciebie. Potem się dowiedziałem, że jesteś w Seattle.. Więc przyjechałem. 
James oparł się o sofę między parą przyjaciół i wypił nieelegancko resztę wina. Następnie pokiwał głową.
Chujowo ci to wyszło, Casanovo.

Harriet?

Od Viktora do Eliotta

Wielka, monstrualna fala czarnego płynu obiła się o wszechobecną biel, pieniąc się brązową pierzyną, wzniecając zapach parzonych ziaren kawy. Nastąpiła kawowa powódź, która zwiastowała zamachy terrorystyczne na kubkach smakowych poprzez wybuchy aromatu.
  A to było zwykłe parzenie kawy, codzienna rutyna Viktora po wstaniu, a raczej zwleczeniu się z łóżka. Stał w kuchni w samych gaciach, drapiąc się po dupsku i ziewając, w drugiej dłoni natomiast trzymając kawiarkę, bo nie było stać go na ekspres. Przewracałby się i słaniał na nogach, gdyby nie jego ulubiony zapach ziaren kawy. W zasadzie dawał mu chęci do życia, gdy tak stał w kuchni, bosymi stopami na zimnych kafelkach, na których z kolei walały się puste opakowania. Jedno z nich trącił stopą, bo by się o nie potknął, po czym upił łyk napoju, kierując się do lekko zniszczonego już stołu z tylko jednym krzesłem. Samotność bywa zabawna.
  Klapnął ociężale, siorbiąc wielce elegancko, z jednym paluszkiem w górze. Robienie z siebie osoby niekoniecznie sprawnej umysłowo chyba zaliczało się do jego hobby. W ciszy dokończył kawę i odstawiwszy brudną filiżankę do zlewu na kupę pozostałych brudnych naczyń, udał się z powrotem do sypialni, by wygrzebać jakieś czarne, gangsterskie i w sumie pedalskie spodnie oraz jakąś koszulkę z debilnym napisem. Potem czerwona chusta, jakaś materiałowa opaska na rękę i był gotowy na podbój miasta. A kiedy podczas zakładania znoszonych lekko trampek skapnął się, że dzisiaj nadal dzień szkolny, zaczął rzucać rosyjskimi bluzgami, które nadal wydobywały się z jego ust podczas odpalania motoru. Silnik zaryczał, ale zachwyt minął, kiedy ledwie zaczął wyciskać pięćdziesiątkę. Kompletnie nie wiedział, co jego brat robił z tym benelem, bo na pewno nie jeździł sobie nim na zakupy po mieście.
  W połowie drogi przypomniał sobie, że nie miał na sobie kasku, a stało się to wtedy, gdy zatrzymała go policja. Ostatecznie po drodze pełnej mąk i cierpień, dojechał do szkoły z mandatem i spóźnieniem. Dryndnie do braciszka, na pewno mu da kasę na ten fant. W budynku szkoły spotkały go komentarze, że w jesieni nie powinien nosić się tak lekko, na co tylko wzruszył ramionami.
  Matmę jak zwykle prawie przespał, cudem zdążył przepisać zadanie domowe, którego pewnie i tak nie odrobi, fizyka już była ciekawsza, bo wynalazł eksperyment w postaci rzucania gąbkami w innych, by udowodnić, że z tak małą prędkością nie staną się czyjąś satelitą. Zarobił przez to uwagę, ale jak zwykle to zlał. Chemia w sumie też była ciekawa, ale dupy nie urywała.
  W końcu opuścił budynek szkoły, myśląc, jak dogadać się z Vladem, by zapłacił za ten piekielny mandat. Wyjął zmaltretowany telefon z kieszeni, wybierając jego numer. Wsiadł tymczasem na motor, walcząc z protestującym silnikiem. Kiedy ten w końcu wydał z siebie chorobliwy charkot, ruszył powoli, wsłuchując się w wyjątkowo irytujący sygnał.
 – No siemson, słuchaj, jest taki dyngs, uśmiejesz się, bo widzisz, psy mnie złapały bo nie miałem tej głupiej czapki, wyobrażasz sobie? – śmiał się i nie bardzo zwracał uwagi na drogę, zaczynając przypominać dyrygenta od samochodowych klaksonów. Przyhamował, głośniejszy klakson, ruszył, cichszy. – Taak, tak jakby mnie capnęli i dlatego, mój drogi bracie, dzwonię do ciebie, bo widzisz braciszku, nie mam kaski, wypłatę mam za dwa tygodnie i... Ale jak to nie? No ej, bro, nie bądź taki! Dziubas, mordo, kolego, ziomuś!  Pomóż w potrzebie, jesteś teraz jak... Kurwa! – Ryknął, kiedy spojrzał przed siebie, a jedyne co zobaczył to jakaś sylwetka na tle biało-czarnych pasów. Zahamował gwałtownie, telefon wypadł mu z ręki i rozbił się o ziemię, bezpowrotnie tracąc życie, zostawiając obrażonego brata. W tym samym czasie nastąpiło ciche puk i krzyki. Ups.

Eliott?

Od Simona CD Minho

Samotny wieczór w barze jest tym, czego Simon potrzebował. Mimo jesieni, słońce dawało się dzisiaj mocno we znaki. Do tego znowu przyszła ta nieznośna baba z tym swoim szczurem. Nie ma nic do małych psów. Ba. Nawet je lubi. Ale to bezwłose, łyse coś, śliniło się wszędzie, ale... przecież to tylko piesek hi hi... hi. Kurwa. Hi. A potem sprząta zeschniętą ślinę z podłogi. Już kilka razy zdarzało mu się płacić z własnej kieszeni za brudny od śliny tego potwora kapelusz czy buty.
Nieco znudzony spogląda na chłopaka za barem,mieszając papierową słomką w szklance pełnej lodu. Wzdryga się, słysząc niektóre wyzwiska lecące w jego stronę.
- Darling. Tymi ustami matkę całujesz? - zwraca się w końcu do jednego z nich, mierząc go powolnym spojrzeniem.
- Co? Co ty pierdolisz? - warczy nieco już wstawiony mężczyzna, patrząc na niego z wściekłością. Łapie go za przód koszulki, przyciągając do siebie – Pieprzony pedał – pluje, pchając go na podłogę. Simon z trudem utrzymuje równowagę, ratując się przed upadkiem. Jedynie poprawia ubranie i wychodzi.
- Co za durnie się rodzą – wzdycha cicho. - I pomyśleć, że to ten przygłupi plemnik wygrał wyścig... - Z ulgą wciaga w płuca świeże powietrze, zmieszane ze spalinami miasta. Słońce chowa się już za horyzontem. Rozgrzany asfalt oddawał całe ciepło, rozgrzewając coraz chłodniejsze powietrze wieczora. Zamyślony wyciąga papierosy z tylnej kieszeni neonowych spodni. Podpala jednego zapalniczką, nucąc pod nosem przytłumioną muzykę, która leci z baru. Siada na krawężniku, przeglądając telefon. Unosi głowę, gdy drzwi w bocznym zaułku otwierają się i zamykają z trzaskiem. Spogląda w tamtą stronę, zauważając barmana. Dłonie dość szczupłego chłopaka drżą, gdy ten stara się znaleźć zapalniczkę, trzymając papierosa między wargami.
- Darliiing – woła, wyciągając w górę dłoń z zapalniczka. Wraca do przeglądania instagrama. - Pożycz, ale nie bierz. Już jest raz kradziona – czeka aż ten podejdzie bliżej, słysząc ciche kroki. - Nie krępuj się, ty piwny aniele – Szczerzy się do niego wesoło. Blondyn unosi brwi, wyraźnie zdziwiony, ale odbiera zapalniczkę w mopsy.
- Dzięki – mruczy po chwili.
- Nie sądziłem, że w tym barze bywa taka dzicz – mruczy Simon, gasząc swojego papierosa o chodnik. Wyciąga kolejnego. - Dobrze, że jutro poniedziałek. Mam nadzieje, że wszystkie te świry dostaną takiego kaca,że zostaną w domu – zagaduje.

Minho?

Viktor Dmitrij Uvarov

 Welcome back to the bonus round!

AUTOR||  Dane DeHaan
DANE || Viktor Dmitrij Uvarov
WIEK || 22 lata

17.05.2019

Od Ashtona CD Eliotta

Propozycja Eliotta była całkiem interesująca. Bo kto nie chciałby stać w świetle stroboskopowych lamp? Być w centrum uwagi jako swoiste muzyczne guru? Cóż, taka opcja, zaiste, łechtała wybujałe ego czarownika. Ash nawet zignorował ten komentarz o przyćmieniu, co nie zdarzało się mu zbyt często. Tylko czy poradziłby sobie z takim zadaniem? Przecież było ono całkiem trudne, zwłaszcza, że Crowley nie miał nigdy do czynienia z tak skomplikowanym dla postronnego człowieka sprzętem, jakim była konsola DJa. Wiele było przecież kabelków, nie kabelków, pokręteł i przycisków. Nie mówiąc już o suwakach. To trochę za wiele jak na zmęczony podróżami do innych wymiarów umysł chłopaka. W tamtym momencie jednak do gry dołączył kolejny czynnik. O wiele silniejszy niż zdrowy rozsądek czy chęć pokazania się w jak najlepszym świetle. Alkohol.
Powiedzieć, że Ashton miał słabą głowę to jak nic nie powiedzieć. To prawda, pijał czasami rytualne wino, ale to tylko wtedy, gdy przejmował na siebie rolę kapłana sabatu i musiał odprawić spaczoną wersję chrześcijańskiej mszy. Lub wtedy, gdy Michael zostawiał w szklance piwo, a on mylił je po ciemku z piwem. Zdarza się nawet najlepszym, jak to mówią. Za każdym jednak razem młodzieńca ogarniało z początku nieprzyjemne, nawet bolesne, ale z czasem coraz to milsze odrętwienie ciała, a sam świat stawał się jakiś taki weselszy. Oczywiście, następnego ranka musiał to odpokutowywać jak męczennik własnej głupoty. Z tego powodu, młody Aleister raczej rzadko sięgał po procentowe trunki.
— Nie wiem, nie wiem ... — Crowley uśmiechnął się delikatnie, po czym zaśmiał się pod nosem i w kilku łykach wypił zawartość swojej szklanki. Następnie mrugnął porozumiewawczo do towarzysza, zsunął się ze stołka i bezpardonowo chwycił go za łokieć jakby był co najmniej osiemnastowieczną damą, a jego nowy przyjaciel bogatym kawalerem. Z racji nikłego w tym miejscu oświetlenia nie dostrzegł dokładnie wyrazu twarzy młodzieńca, lecz wnioskując po tym, że dopiero po chwili zaczął kierować się z powrotem w stronę muzycznego stanowiska, nie takiej reakcji się spodziewał. Crowley, można by rzec, był to takich rzeczy przyzwyczajony. Jako czarownik zazwyczaj był bardzo emocjonalną, empiryczną wręcz istotą. Dla niego większość gestów miała jeden wydźwięk — cielesności, typowo ludzkiej, pierwotnej wręcz. Dlatego zachowywał się w taki, a nie inny sposób, bardzo otwarty według wielu. Ci sami ludzie reagowali zdziwieniem na to zachowanie, jakie dla Asha było wręcz codziennością. Nie oczekiwał on, że wszyscy pojmą zwyczaje jego pobratymców. Chociaż podczas wieczornych przemyśleń dochodził do wniosku, że gdyby do tego doszło, być może ułatwiłoby to mu w dużym stopniu jego czarodziejskie życie.
— Pokażesz mi, jak to zrobić, prawda? — dopytał po drodze Ashton, podnosząc spojrzenie na towarzysza. Nie spodobał się mu fakt, że musiał przekrzykiwać muzykę. Jeszcze zedrze sobie przez to gardło, a nawet dzieciak wie, że w pełni sprawna krtań jest podstawą podczas rytuałów. Zwłaszcza przywoływania. Bowiem wtedy nawet drobna zmiana w wypowiedzeniu inkantacji czy, co gorsza, imienia, może przynieść niezamierzone, bolesne dla przywoływacza skutki. 
— Nigdy nie korzystałem z czegoś takiego. Ah, nie obawiasz się, że coś zepsuję i będziesz musiał za to płacić ze swojej kieszeni?

Eliott?
Szablon
synestezja
panda graphics