22.09.2019

Od Keitha CD Silasa

— Huh — Keith chwycił się pod boki i wyprostował się, obserwując oddalającą się alejką sylwetkę napotkanego przed chwilą mężczyzny, z jakim miał przed chwilą wątpliwą przyjemność się spotkać. Czy powinien pójść za nim? Niby tak, skoro był kamaelitą. Jeszcze ten koleś okaże się krwiożerczą bestią, która dokona mordu na niewinnych dzieciach. Z drugiej strony, zwyczajnie się mu nie chciało. Wizja siedzenia przed telewizorem i obejrzenia jakiegoś filmu czy po prostu wcześniejsze pójście spać podobała się mu o wiele bardziej niż jakaś bezsensowna bieganina za cieniem. W deszczu, w dodatku. Nie. To nie jest już jego sprawa.
— Chodź — rzucił do Matthiasa, który to nadal stał spięty na swoim miejscu. Kiedy po minięciu młodzieńca okazało się, że ten puścił słowa "młodszego" brata mimo uszu, Montroce zatrzymał się, westchnął ciężko, po czym złapał bruneta za ramię. Po kilku pociągnięciach myśliwy niechętnie opuścił broń. Nim jednak ruszył, obejrzał się jeszcze na chwilę na miejsce, w jakim zniknął jego niedawny cel.
— Powinniśmy za nim pójść — stwierdził, a raczej wymamrotał pod nosem. Keith odpowiedział mu śmiechem.
— Po co? Niech idzie. Jak coś odwali, odnajdziemy go, nie? Nie ma sensu latać za takimi. Męczysz się niepotrzebnie. Zazwyczaj są niegroźni, tylko się popisują,
— Potwory się popisują? — Matthias uniósł ze zdziwieniem brwi ku górze. Jego towarzysz wzruszył ramionami.
— Oczywiście, zwłaszcza te semi-ludzkie. Kierują się tymi samymi zasadami co my. Zachowują się jak my. Czują to samo. Dlaczego by nie chciały pokazać, jakie nie są potężne, aby, bo ja wiem, nastraszyć innych?
Matthias musiał przyznać bratu rację, co okazał poprzez pokiwanie głową, Nie odezwał się jednak aż do chwili, gdy dotarli późnym wieczorem do domu, zmuszając Keitha do zagłębienia się w swe rozbiegane myśli.

***

Najgorsze są te poranki, kiedy naburmuszony brat wysyła cię z samego rana do sklepu po mleko, które zupełnym przypadkiem zniknęło niespodziewanie w nocy, gdy post-libacyjny kac rozwala ci od środka głowę. Keith jednak nie żałował, że wypił tego cudownego bourbona, ba, wspominał jego smak, kiedy przeglądał półki sklepowych lodówek w poszukiwaniu mleka, jakie nakazał kupić mu Matthias. Pod jedną ręką trzymał jeszcze margarynę oraz wyślizgujący się chleb, a z kieszeni niedbale narzuconej na wczorajszą koszulkę kurtki wystawało opakowanie kabanosów. Brunet włożył w przebłysku świadomości butelkę mleka do koszyka na drugim ramieniu, po czym poszedł dalej, po drodze wyciągając z kieszeni wyciągniętych dresów kartkę z listą zakupów, I kiedy tak się wpatrywał w drobne, kręte, a tym samym teraz dla młodzieńca prawie nierozczytywalne pismo brata, poczuł, że budzi się jego szósty zmysł. Podniósł więc głowę na akurat wchodzącego do osiedlowego sklepu mężczyznę, jakoś dziwnie mu znajomego. Pił z nim kiedyś? A może nawet przespał? Cholera. Nie miał pamięci do takich rzeczy, To chyba źle o nim świadczy.

Silas?

Od Matthiasa CD Claudii

Starszy myśliwy spojrzał długo na Harrisa, chcąc pokazać mu tym, że nie zgadza się z wypowiedzianymi przezeń wcześniej słowami i oczekuje jakiegoś sprostowania. Gdy to nie nadeszło, uniósł się honorem, wyprostował się dumnie, po czym spojrzał na Matthiasa, który odruchowo zrobił to samo, odwzajemniając spojrzenie.
— Matthias Montroce, członek znanego i poważanego rodu kamaelickiego, jeden z wybitniejszych adeptów, jakiego miałem pod swoją pieczą. Osobiście nauczyłem go posługiwać się bronią, więc ręczę za to, że jest dobrym strzelcem. Oprócz tego posiada wiedzę na temat świata nadnaturalnego, dlatego jeśli do czegokolwiek dojdzie podczas tej... akcji, będzie w stanie sobie z tym poradzić. Tak, Montroce?
— Tak jest, proszę pana — Kamaelita uniósł podbródek, po czym spojrzał przed siebie, zrywając kontakt wzrokowy z przełożonym. Starszy mężczyzna pokiwał lekko głową. Harris postanowił poprowadzić resztę spotkania, co oznajmił poprzez odchrząknięcie. Następnie wskazał wyznaczonym ochotnikom wolne miejsca, co Matthias docenił dopiero w chwili, gdy odprawa zaczęła się niemiłosierne przedłużać. Do tego stopnia, że młodzieniec przestał słuchać szefa Sopportare, skupiając się na nieco ciekawszym świecie za oknami budynku.

***

— Wiesz, co masz robić? — Atteberry spojrzał pobieżnie w lusterku na znajdującą się na tylnym siedzeniu sylwetkę łowcy. Ten wyraźnie nie odnajdował się w tej całej sytuacji. Mężczyzna dostrzegł to w oczach podopiecznego, w sposobie, jaki spoglądał na przesuwające się na zewnątrz budynki, ulice, ludzi. Na to, jak oglądał leżącą na swych kolanach broń, na "cywilne" ubrania, jakie nakazano mu nałożyć na pożyczoną przez Sopportare kamizelkę kuloodporną, Ta w połączeniu z szerokim paskiem, jaki okalał młodzieńca na wysokości talii, przytrzymującą dodatkowy magazynek oraz kilka innych przydatnych rzeczy, stanowiła jedyną oznakę tego, że Matthias należy do jakiegokolwiek zbrojnego ugrupowania. Że wyróżnia się z tłumu. I to właśnie wtopienie się w szarych ludzi najbardziej męczyło Montroce'a, nieprzygotowanego do takich rzeczy. Można powiedzieć nawet, że nieprzygotowany był do życia jak zwykły człowiek.
— Mówić niewiele, nie mówić o tym, co się dzieje w zakonie, walczyć w samoobronie, nie stawiać ich życia ponad swoje, zachowywać pozory, mówić o wszelkich anty - kamaelickich zachowaniach ze strony Sopportare panu, proszę pana — wyrecytował cicho Matthias wyuczoną przez ostatnią noc formułkę. Aż zadrżał na wspomnienie tego, co się wtedy działo. Na szczęście starszy łowca albo nie widział tej reakcji, albo postanowił jej nie skomentować. Z delikatnym uśmiechem na twarzy spojrzał na światła nad drogą,
— Musisz pozbierać jak najwięcej informacji na temat Drugiego Świata. Tam najpewniej znajduje się coś ważnego. Coś, co możemy wykorzystać. Ale pamiętaj,,
— Sopportare nie może się o tym dowiedzieć — dokończył za niego ciemnowłosy, wodzący spojrzeniem za nieznanymi budynkami za szybą, Atteberry już się nie odezwał, a jedynie skupił na migoczącej na ekranie strzałce nawigacji,

***


Na teren spotkania przybył sam. Tak, jak mu to kiedyś pokazał Keith, wsunął dłonie do kieszeni materiałowych spodni, po czym podszedł powoli do znanej mu już dwójki, zatrzymując się jednak w pewnej odległości od nich. Jeszcze raz zmierzył kobietę i mężczyznę wzrokiem. W głowie krążyły mu słowa przełożonego, że nie powinien się przywiązywać do mięsa armatniego. Powinien pozwolić im umrzeć, jeśli uratowałby tym siebie. Takie są zasady. Tak powinno być.
— Czy to już wszyscy?

Claudia?

21.09.2019

Od Tobiasa CD Leny

Patrzył na nią, wręcz pożerał ją wzrokiem - gdy się prężyła i uśmiechała i gdy w jej oczach zaświeciło się podniecenie godne bogini uwodzenia... Cholera, jak ja mogłem o niej zapomnieć...
Nie minęło dobre piętnaście minut, a chęć rozłożenia jej nóg przyszła sama z siebie... To jak się zachowywała, ta pewność siebie, jak i żartobliwość i bezpardonowość... Naprawdę działała na jego wyobraźnię, ból głowy odszedł w zapomnienie, a na jego miejsce pojawiła się dawka euforii i podniecenia, jakoby obudziło się w nim coś więcej niż apetyt. Zagryzł wargę gdy puściła do niego oczko, a oczy mężczyzny przykuło jakże zgrabne zakończenie jej pleców. odebrał zestaw obiadowy, dłonie złapały za sztućce, a Tobi rzucił jeszcze komentarzem:
— Uwierz, viagra raczej nie będzie nam potrzebna.  powiedział z uśmiechem, po czym oddał się konsumpcji obiadu, który spałaszował w mgnieniu oka, popijając jeszcze kieliszkiem wódki. Zdrowie ładnej pani... - toast może i niemy, lecz kieliszek substancji rozlał się po jego gardle, po czym szybko został zajedzony. Tobi spojrzał na zegarek, po czym spojrzał na kobietę.
— Piętnaście minut do końca twojej zmiany... będę czekał przy tylnym wyjściu.  rzucił i wyjął z portfela pięćdziesiąt dolarów, i karteczkę z napisem "reszty nie trzeba". Po tym wyjął kartę z talii, która zaczęła mienić się błękitnym blaskiem, Tobi puścił Lenie oczko, po czym zdematerializował się, znikając wraz ze swoją torbą z knajpy.

Stara sztuczka, jedna z bardziej efektownych w jego rękawie... Mężczyzna znalazł się przed wspomnianym monopolowym, kupując czerwone wytrawne wino - nie przebierał w pieniądzach, szczególnie iż był przy kasie, dlatego wino było z... wyższej półki...
Po tych jakże krótkich zakupach, Tobi udał się na tyły rudery, w której kobieta pracowała, ze zniecierpliwieniem patrząc na zegarek.

Od Leny CD Tobiasa

Lena oblizała prowokacyjnie wargi, gdy zrobił gest dłonią na który zbliżyła się od razu, bez zbędnych gestów czy gadania. Pochyliła się obok niego, tak bardzo, że ciemnowłosy miał teraz doskonały wgląd na jej kształtne, pełne piersi otoczone zbrukaną przez szmat czasu koronką.  Tuż nie daleko prawej piersi miała bliznę od poparzenia i mimo faktu, że była ona dość obszerna — miała swój urok. Uśmiechnęła się szerzej słysząc o łamaniu krzeseł, a dalsze słowa spowodowały charakterystyczne motylki w brzuchu przez które miała ochotę unieść się nad ziemię. A raczej usiąść mu na twarzy w szale nagłego podniecenia; oczy rozbłysły, tyłek wypiął się bardziej w tył, a kręgosłup wygiął w ten charakterystyczny sposób ukazując nienaganną gibkość, którą ćwiczyła od lat.
— Już myślałam, że nie zaproponujesz — zamruczała, patrząc po nim jak rozjuszona kotka przed którą rozleniwiała się nowa ofiara. — Na razie jestem w pracy, ale za niecałe pół godziny kończę, więc... Możemy gdzieś wyskoczyć. Za budynkiem mam vana, nie daleko jest ekspresówka... Niedaleko jest monopolowy, więc jak kupisz butelkę wina, to może osiądę nawet niżej niż na twarzy.
Puściła mu oczko prostując się nagle, rzuciła zwykłe "zaraz wracam", po czym zniknęła za drzwiami zaplecza lecz powróciła równie szybko z talerzem pełnym aromatycznego jedzenia. postawiła przed nim talerz, obok ułożyła sztućce wraz z dwiema serwetkami. Trzecią, nie złożoną zaczęła zaginać w odpowiednich miejscach tak, jak uczyła ją kiedyś matka. 
— Nie dosypałam niczego, prócz viagry. Spoko, możesz jeść ze smakiem. 

20.09.2019

Od Gwynneth CD. Irene

  To był męczący dzień. Męczący i pechowy.
  Najpierw rozlana herbata, prosto na bieluśką podłogę w salonie. Oczywiście dało się zmyć, ale irytacja spowodowana rozlaniem gorącego napoju, poparzeniem sobie palców i samym wizualnym efektem, jaki miał na niej obraz brązowawej plamy na posadzce zrobiły swoje.
  Później oczywiście Nefilim musiał utaplać się w jakimś błocie, zapewne zmieszanym z fekaliami, sądząc po zapachu, i postanowił ubrudzić tym też jej białe spodnie (uznała to zresztą za znak, że powinna się trzymać, jak do tej pory, czarnych), więc spędziła prawie godzinę próbując zmusić tego diabła w psiej skórze (w sumie cholera wie, może ten mały czart rzeczywiście był jej rodziną...) do w miarę spokojnego stania w wannie.
  Oczywiście przez to spóźniła się na autobus, a gdy dojechała na miejsce kolejnym, była już spóźniona na umówione spotkanie. A że klient był wymagający, grube pieniądze, jakie oferował, przeszły jej koło nosa.
  Zresztą, może i dobrze, że wcześniej, jak już wiadomo, nie z własnej woli, zamieniła białe spodnie na czarne, ponieważ cudowne zjawisko natury regulujące miesięczny cykl kobiety zwane okresem postanowiło przedwcześnie ją nawiedzić.
  I tak oto wylądowała na wieczornych zakupach w markecie. Lista zakupów była prosta i powtarzająca się prawie co miesiąc: tabletki przeciwbólowe (ale nie takie, jak kupowała na ból głowy. Inne, przebadane przez nią i wysławiane pod niebiosa za najlepsze na nią działanie przy zawsze silnych bólach menstruacyjnych), czekolada gorzka (bo innych nie lubiła) i podpaski.
  Dwa pierwsze produkty, razem z czerstwiejącymi już powoli dwiema bułkami z rana, bo, jak sobie uświadomiła, nie miała nawet co zjeść na kolacje, spoczywały już w koszyku, gdy przeszła do alejki z podpaskami.
  Rzuciła tylko kątem oka na młodą, na oko może dziewiętnastoletnią, dziewczynę, która jako jedyna, oprócz niej, znajdowała się w tym rejonie sklepu. Do jej nozdrzy, oprócz charakterystycznej woni podpasek i własnej krwi, którą czuła prawdopodobnie tylko dzięki wyczuleniu na metaliczny aromat cieczy płynącej w ludzkich żyłach, które zawdzięczała genom od strony matki, docierał jeszcze zapach aloesu, którego pochodzenia nie była w stanie bardziej precyzyjnie określić.
  Już miała sięgać po dwa pierwsze lepsze opakowania produktów, które miała przed sobą, gdy do jej koszyka wpadło co najmniej pięć paczuszek. Przeliczyła szybko. No, prawie jej się udało, siedem.
  - Um... Przepraszam? - Usłyszała nieco zażenowany głos.
  Podniosła spojrzenie, do tej pory utkwione w różowawych zawiniątkach i spojrzała na dziewczynę.
  - Nic się nie stało. I tak nie mogłam się zdecydować, więc można powiedzieć, że mi bardzo pomogłaś. Ale aż tylu nie potrzebuję. - Mruknęła lekko rozbawiona.
  Zostawiła w koszyku dwa opakowania i, z racji że była podobnego wzrostu do rudowłosej panny, też nie miała szans, by swobodnie dosięgnąć najwyższej półki, wrzuciła na nią pozostałe pięć.
  W tym momencie rozpoznała też źródło woni, która wcześniej przykuła jej uwagę.
  - Ciekawe perfumy. - Uniosła nieznacznie lewy kącik ust.
  - To nie perfumy. Roztwór psiego szamponu. - Wywróciła oczami. Coś podpowiedziało Gwynneth, że ten przewrót nie był reakcją na jej uwagę, a na sam fakt lub historię, której efektem był unoszący się od niej zapach. Zresztą, gest był tak delikatny, że równie dobrze mogło jej się wydawać, że go zauważyła.
  - Wiesz może gdzie kupiony? Pachnie ładnie, może kupię go dla swoich psów. - Co z tego, że miała jeszcze pół butelki poprzedniego. W porównaniu z tym, ten, który stał na półce w jej łazience, wręcz śmierdział.
  - Chyba w tym sklepie, nie jestem pewna. - Wzruszyła ramionami nastolatka.
  Panna Shelby skinęła głową.
  - Dziękuję. - Uśmiechnęła się delikatnie.
  Od pewnego czasu wyznawała swoją własną filozofię głoszącą, że należy się jak najwięcej uśmiechać do obcych ludzi (oczywiście, gdy jest ku temu okazja. I nie szczerzyć się jak idiota), bo nigdy nie wiadomo, co przechodzą w danym momencie. Jej samej w najtrudniejszych dwóch latach jej życia, uśmiech nawet całkowicie obcej dla niej osoby choć trochę podnosił ją na duchu.

Irene?

Od Tobiasa CD Leny

Przyjął kartę dań jedną dłonią, drugą zaś nadal wykręcał kartę z niezwykłą gracją. Lubił bawić się kartami w momentach, gdy jego mózg pracował na wyższych obrotach. Pomagało mu to w koncentracji, jak i wyglądało to do dosyć efektownie, zwłaszcza, gdy obserwator był pod wpływem substancji wyskokowych.
Nawet nie przejrzał menu w całości, tylko kiwnął głową na propozycję Leny, odłożył kartę na stół, ponownie zakotwiczając swoje ślepia na jej oczach. Oblizał w dobrej manierze swoje usta, po czym odłożył kartę z powrotem do talii. Wzmianka o jego mięsie spowodowała lekką konsternację Tobiego, nie spodziewał się takiej pewności siebie, szczególnie iż okres ich "rozłąki" był co najmniej za długi, by brunet spamiętał imię kobiety...
— W wielkim świecie to samo, wszędzie złodzieje i pierdoleni oportuniści, jak to z ludźmi już bywa... a z Vegas... szkoda gadać, mało co się nie ochajtałem z pawianem, a to urodziwa nadrzędna była... — powiedział kręcąc głową, samemu jakby nie wierząc w to co mówi. Po chwili jednak dał gest kobiecie, by przybliżyła się do niego. Gdy to już zrobiła, mężczyzna przestał bawić się w ceregiele, szepcząc jej do ucha.
— Mam opowiadać dalej, czy może połamać każde krzesło w tym budynku, byś już nie mogła usiąść nigdzie indziej niż na mojej mordzie? — wyszeptał chichocząc, oddalając głowę tym samym od kobiety, niewinnie spoglądając na swój zegarek, po czym jedynie uśmiechnął się do niej, wyczekując jej wyboru.

Od Irene

Chłód przenikał jej ciało, kiedy to siedziała na przystanku autobusowym i ściskała w ręku niewielki plecak. Zaciskała palce na jego materiale, starając się choć trochę rozgrzać. Wychylała się co jakiś czas do przodu, wypatrując transportu publicznego. Zazwyczaj nie miała takich problemów, ponieważ z reguły podróżowała rowerem. Schronisko znajdowało się jednak trochę dalej, toteż dzisiaj zdecydowała się na inną metodę podróży. Teraz jej zdanie uległo zmianie. Środek komunikacji spóźniał się już dobre kilkanaście minut, a ona poważnie rozważała możliwość wycofania się do domu. W końcu jednak na przystanek zajechało srebrne auto, marki Skoda. Irene nie interesowała się samochodami, więc nie była w stanie określić modelu. Dla niej najważniejszym faktem był kierowca. Drzwi pojazdu otworzyły się.
 - Dokąd jedziesz? Podwieźć cię? - zagadnął w jej stronę znajomy, damski głos. Na twarz rudowłosej niekontrolowanie wpłynął lekki uśmiech. Poderwała się z publicznej ławki i wciąż mocno zaciskając palce na plecaku, zbliżyła się. Bez wahania wsiadła na miejsce pasażera, zamykając za sobą szczelnie drzwi. Spojrzała na znajomą z nieukrywaną euforią.
 - Nie udzieliłaś mi odpowiedzi. Skąd wiesz, że  nie jadę w przeciwną stronę, niż ty chcesz? - spytała.
 - Nie wiem, Lucy - odparła - Przeczucie. Próbuje się dostać do schroniska - dodała, sięgając ręką po pas. Zwinnym ruchem pociągnęła za niego i ubezpieczyła swoją podróż. Silnik wciąż warkotał, gdy opony zakręciły się, a auto ruszyło do przodu.
 - Cóż, skręcam co prawda przy urzędzie, ale stamtąd droga minie ci szybko - stwierdziła. Irene tylko skinęła głową, bawiąc się zamkiem swej torby. Dziękowała Bogu za włączone ocieplanie, dzięki czemu miała okazję się rozgrzać. W pewnym momencie wbiła spojrzenie w przyjaciółkę, będącą jednocześnie narzeczoną jednego z jej braci. Jeden z kosmyków brązowego puklu włosów wypadł z niestarannego koka i wpadał kierowcy na nos. Kobieta dmuchnęła, po czym odgarnęła go za ucho. Przycisnęła stopą hamulec, uprzednio zjeżdżając na pobocze.
 - Należy się 100 dolarów - mruknęła, figlarnie spoglądając na dziewczynę. Ta lekko przekręciła oczami i oparła palce na klamce.
 - Za przewóz takiej osobistości jak ja, płaci się mnie samej - mówiąc to puściła z uchwytu plecak i przejechała dłonią po oparciu fotela - Będziesz się  mogła chwalić, że woziłaś samą Irene Harvey.
 - Z pewnością z tego wyżyje - parsknęła i machnęła ręką na pożegnanie, kiedy rudowłosa opuszczała samochód. - Raczej nie spotkamy się w drodze powrotnej, gdyż twój brat zabiera mnie od razu po pracy do wykwintnej restauracji - puściła jej oczko.
 - Niesamowite, że znalazł dla ciebie czas wśród tego nadmiaru pracy i chęci pomagania każdemu człowiekowi - odparła znudzona - To pa i dzięki - mruknęła, zamykając za sobą drzwi. Zarzuciła plecak na właściwe miejsce i korzystając z uroku miasta, ruszyła wolnym krokiem w kierunku schroniska.
******
Po skończonych godzinach wolontariatu, znów miała okazję siedzieć na zimnej ławce i wypatrywać autobusu. Sytuacja była podobna do wcześniejszej, tyle, że tym razem nikt po nią nie podjechał. Na dodatek pachniała... ciekawie. Próba wykąpania jednego psa szamponem nie należała do sukcesywnych. Cała woda o zapachu aloesu wylądowała na jej koszulce. Chodź po długim dniu szło się przyzwyczaić, ludzie w jej towarzystwie z zainteresowaniem wciągali powietrze nosem. A gdy odszukiwali źródło woni, natrafiali na niepełnoletnią dziewczynę. Rudowłosa miała dość ich spojrzeń, więc cały czas trzymała się ubocza. Gdy na przystanku w końcu zjawił się autobus,  zdała sobie sprawę, że miała kupić w sklepie kilka rzeczy. Zirytowana skierowała się w stronę najbliższego marketu. Powrzucała do koszyka potrzebne przedmioty. Na koniec udała się na dział z podpaskami. Akurat najczęściej kupowane przez nią, znajdowały się na wyższej półce. Dosięgnęła je, ale przy okazji strąciła całą resztę, która hurtem wpadła do koszyka osoby obok niej. Irene zastygła w bezruchu, z mocno zaciskającą się na paczuszce ręką.
 - Um... przepraszam? - nie była pewna, czy w ogóle powinna się odzywać. Czuła lekkie zawstydzenie zmieszane z zażenowaniem.

Ktoś? Jakaś dobra duszyczka odpisze?

19.09.2019

Od Leny CD Tobiasa

Kobieta przygryzła kciuk w figlarnym geście jeszcze mniej pruderyjnie obserwując mężczyznę wzrokiem, który mógł mówić, to jak bardzo była głodna tego mięsa, które trzymał teraz między udami. Wzięła głęboki wdech, jakby chciała wyczuć od niego smród testosteronu i skwaśniałej spermy, ale jedyne co dotarło do nozdrzy to męskie perfumy i woda kolońska. I pot, i ciało, o które chciała się tak brutalnie obijać tak jak wtedy, gdy pieprzył ją na tym samochodzie. Wzrok szybko przeniosła na menu, oblizała dolną wargę wyjmując z jego rąk kartę i przekartkowała stronę w poszukiwaniu czegoś konkretnego.  
— Proponuje makaron z sosem śmietanowym, z ziołami, kurczakiem i szparagami. I jeszcze jeden shot wódeczki, na drugą nóżkę. Za zdrowie ładnej pani. — oddała mu prosto w ręce menu, lekko kciukiem smagając po wierzchu dłoni z prowokacyjnym uśmieszkiem. — Opowiadaj jak w wielkim świecie. Byłeś już w Vegas? — uniosła brew ku górze. — Słyszałam o twoim wyjeździe, nawet zatęskniłam za twoim mięsem. Nie było to jednak długo, bo nie przyjęli mnie na wydział sztuki, do liceum na Brooklynie. Kurwa, ich strata.
Wzruszyła ramionami, szybko zamawiając posiłek, który wybrał brunet. 

Od Tobiasa CD Leny

Ból głowy przeistaczał się w lekką migrenę, przynajmniej w odczuciu mężczyzny, który śniadanie składające się z kieliszka wódki i kawy, pochłonął w oka mgnieniu. Przyzwyczaił się już do tego świdrującego otępienia, które z czasem stawało się mniej doskwierające. On teraz myślał o czym innym... o kimś innym...
- Nie po to dopytuję, by mieć to w dupie... - powiedział, również przybierając uśmiech eksponujący kły, może nie wyglądało to tak ponętnie, jak kobieta to zrobiła, lecz chciał oddać gest. Pobawić się trochę. - No i dobrze, nie ma co robić dodatkowych ekscesów, ważne że się rozstali i mogą stąd... gonić za szczęściem. - dokończył, lekko odwracając wzrok od kobiety, chwilowe przemyślenie nad tym, czym dla niego jest szczęście przebiło się teraz do jego myśli, jakby usilnie ta kontemplacja chciała wymusić się w jego głowie. Dawno temu porzucił normalne życie socjalne, podróże po stanach jakby wymusiły na nim zaprzestanie szukania tzw. spełnienia w osiadaniu w jednym miejscu.
Dlaczego miałoby to go nurtować, w końcu życie w ciągłej trasie go ekscytowało, łapanie chwili i wiatru we włosach to coś, czemu oddał się kompletnie...

Stok myśli, który teraz zakłębił jego umysł rozwiał się, a mężczyzna zwrócił uwagę na menu. które było wypisane na kredowej tablicy... Hmm...
- Polecisz mi może coś z menu? Zjadłbym coś... A i porozmawiałbym ze ślicznotką dłużej... - powiedział odwracając się do Leny powoli, eksponując swoje bielutkie zęby w wymownym uśmiechu. Z talii kart, która leżała na blacie, wyskoczyła jedna karta, po czym zaczęła tańczyć między palcami Tobiasa, eksponując jego zwinne i szybkie palce. Mężczyzna natomiast nadal utrzymywał kontakt wzrokowy z urodziwą kobietą. Hmmm, jakby tu się dostać na zaplecze... z nią... 

18.09.2019

Od Gwynneth CD. Harry'ego

  Pokręciła głową, patrząc na paparazzich kłębiących się wokół jej domu niczym osy kręcące się przy swoim gnieździe.
  - Skąd oni tak właściwie zdobyli mój adres? - Wbiła wzrok w Harry'ego. - A może ta cała akcja to twoja sprawka, co? Te spotkania, codziennie wręcz, to od początku było podejrzane. Kręcisz sobie karierę moim kosztem! - Warknęła. Mogła się odpłacić za tę całą sytuację w parku, gdy się poznali.
  - Hej, Gwynneth, to nie ja. Naprawdę, przysięgam na Pyrrusa! - Wyciągnął ręce w obronnym geście. - Nie wiem, jak zdobyli twój adres, ale te hieny mają swoje sposoby.
  - W każdym razie muszę tam wejść. Nie zostawię Nefilima i Tenebriona samych na kilka dni. Rozwalą mi dom, jak nie zdechną przez brak pokarmu i wody.
  - Powodzenia życzę. - Mruknął mężczyzna.
  - A ty mi pomożesz. Gdybyś nie był sławny, mi by się ta sława nie udzieliła. W jakimś stopniu to twoja wina, że ci tu - wskazała dłonią na mężczyzn - czatują pod moim domem. - Skrzyżowała ręce na piersi.
  Harry westchnął.
  - Co mam zrobić?
  - Pokazać im się grzecznie i odwrócić ich uwagę, kiedy ja wyprowadzę stamtąd psy. Najlepiej z inną panną. - Wywróciła oczami.
  Dostrzegła kątem oka nieco młodszą od niej dziewczynę, która akurat przechodziła i ewidentnie wgapiała się w Hudsona. Podeszła do niej, ignorując oburzone nawoływanie piosenkarza.
  - Cześć. - Wyszczerzyła się sztucznie do kobiety.
  - Ty jesteś dziewczyną Harry'ego Hudsona, widziałam w gazecie! - Pisnęła podniecona małolata.
  - Tak, tak, ciebie też miło poznać. I nie mów tego tak głośno, bo i ciebie stratują. Potrzebuję przysługi, która i dla ciebie będzie czymś miłym. Chcesz też być na okładce gazety? I to z Harrym u boku?
  - J-jasne!
  - To świetnie się składa, bo to twój wielki dzień. Przepraszam, jak masz na imię?
  - Nadia...
  - Super. Dobra, Nadio, plan jest taki: idziesz sobie za rączkę z panem Hudsonem przy tych paparazzich. Robią wam kilka zdjęć, jakoś im uciekacie, a później dostaniesz od niego możliwość zrobienia sobie z nim selfie i autograf.
  - To nie jest jakaś ukryta kamera czy coś? - Rozejrzała się Nadia.
  - Nie, nie. Słowo honoru, że to nie żaden żart, a uczciwa propozycja.
  - Wchodzę w to!
  Chwilę później plan poznał też Harry. Tak, jak zostało ustalone, chwycił Nadię za rękę i przespacerował się z nią prosto w kierunku paszczy lwa. Nie umknęło to uwadze fotografów, krórzy szaleńczo się za nimi rzucili, zapominając w ogóle o domu Gwynneth i prawdopodobnie o niej samej.
  Szybko weszła do domu, zapięła psom smycze, wyszła z nimi, przekręciła drzwi i ponownie zniknęła w ciemnej uliczce.
  Chwilę później pojawili się tam również Harry i Nadia.
  - Zgubiliście ich?
  - Tak, raczej tak. - Dziewczyna była cała rozpromieniona.
  - To teraz selfie, autograf i papa. - Mruknęła przedstawicielka sukkubów.
  Tak też się stało. Nadia odeszła wręcz w podskokach, inną ulicą, by znowu nie natknąć się na hieny.
  - Dwie pieczenie na jednym ogniu. Psy uratowane, a ty masz zagwarantowany kolejny nagłówek. - Uśmiechnęła się do niego szeroko.
  - A teraz musimy was gdzieś ulokować na ten czas, gdy sprawa będzie dość świeża. - Otworzył drzwi samochodu.
  - No coś ty, psy w nim tylko nabrudzą! Tu w miarę niedaleko jest jakiś w miarę tani, ale podobno przyjemny hotel. Przejdę się do niego jakimiś uliczkami.

Harry?
Szablon
synestezja
panda graphics