2.09.2019

Od Silasa CD Keitha

Zamrugałem powoli, patrząc na mężczyznę z niedowieżaniem. Aha. No tak. Egzorcyzmy. Taka opcja poradzenia sobie z problemem też wchodziła w rachubę. Ale generalnie uznawałem ją za zbyt kłopotliwą.
Poza tym, do cholery, kto wybiera się z książką na swobodnie hasającego sobie człowieka opętanego przez demona? Z niego i tak już nic po wypędzeniu niechcianego lokatora nie będzie, jeśli nie zginie na miejscu, to zostanie roślinką. Za długo miał w sobie demona. Prościej delikwentowi odrąbać głowę.
Hm, a może moje metody są jednak przestażałe, a człowiek miał jakąś szansę...?
Nie, strwierdziłem zaraz potem, chowając miecz do pochwy. Jednak stare sposoby niekiedy okazują się bardziej opłacalne. Szczególnie ta część o nierzucaniu się na opętenego w pojedynkę...
Westchnąłem w duchu, gdy nieznajomy mężczyzna nie zdołał uniknąć kilejnego ataku, który nastąpił mimo, a może przez to, że właśnie zaczął czytać egzorcyzm. Oceniłem szybko możliwości. Magiczna bariera, którą stworzył, nie pozwalała mi się co prawda do nich zbliżyć, ale mogłem spróbować czegoś innego.
Przywołałem nagromadzoną we mnie błyskawicę i, utkwiwszy wzrok w opętanym, pstryknąłem palcami.
Po jego ciele przepłynęły niebieskie iskry, nim zamarł, zadygotał, po czym runął bezwładnie na ziemię. Sekundę nim sztylet, który napastnik wytrzasnął nie wiem kiedy i nie wiem skąd, dosięgnął szyi mężczyzny.
Nie ma za co, idioto.
Tym razem to nieznajomy wyglądał na wytrąconego z równowagi. Patrzył przez chwilę znad tej swojej książki na podrygującego w gwałtownych skurczach mięśni opętanego, nim przeniósł wzrok na mnie.
Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi na jego nieme pytanie. Wskazałem ręką na porażonego prądem opętańca, by kontynuował. Tym razem masz jakieś szanse na wyjście z tego spotkania cało, pomyślałem, opierając się o pobliski budynek i zakładając ramiona na piersi, by przyglądać się dalszym poczynaniom egzorcysty czy kim tam był mężczyzna. I czekać, aż z łaski swojej zdejmie tą cholerną, magiczną barierę i będę mógł się stąd w końcu ewakuować.

Keith?

Od Harry'ego do Lucasa

Siedząc, w domu poczułem, że to już czas, aby napić się krwi. Wyciągnąłem, z lodówki, która jest przeznaczona tylko na krew pojemnik z czerwonym płynem. Lodówka jest tak ukryta, że nikt jej nie znajdzie. Nalałem krew do szklanki. Sączyłem ją powoli bez żadnego pośpiechu. Jak tylko wypiłem pierwszy, łyk poczułem się wiele lepiej, ale też wróciłem myślami 167 lat wcześniej, kiedy to zostałem przemieniony w wampira. Minęło już tyle lat, a ja wciąż nie wiem, kim był ten wampir, który mnie przemienił. Nigdy nie daje mi to spokoju. Chciałbym wiedzieć, dlaczego to zrobił.
Z myśli wyrwał mnie dźwięk telefonu. Znajomy do mnie napisał, czy przyjdę dziś do klubu na imprezę. Odpisałem mu, że będę. Spojrzałem na zegarek, zostały mi tylko dwie godziny. Dopiłem krew i wymyłem szklankę. Szybko się przebrałem. Na dzisiejszą imprezę wybrałem botki, czarne rurki z dziurami na kolanach, białą koszulkę i do tego bomberkę i czapkę.
Na koniec wyperfumowałem się i ruszyłem do samochodu. Udało mi się zaparkować niedaleko klubu. Leon był już w klubie. Większość czasu spędziliśmy albo na parkiecie, albo przy barze podrywając dziewczyny.
Było grubo po północy jak wyszedłem z klubu z Suzan, dziewczyną, którą tam poznałem. Miałem już wsiadać do samochodu, gdy moją uwagę przykuł mężczyzna idący chodnikiem.
To on przemienił mnie w wampira, jestem tego pewien. Tej twarzy nie zapomnę nigdy.
- Zaczekaj w samochodzie, zaraz wracam. - Powiedziałem do Suzan siedzącej już w samochodzie.
Dyskretnie udałem się za tym mężczyzną. Upewniłem się, że nikt nas nie widzi i w podbiegłem do niego.
- Pamiętasz mnie? - Stanąłem mu naprzeciw.
Facet przyjrzał mi się uważnie.
- Pewnie, że tak. To ty jesteś tym chłopakiem, którego przemieniłem w wampira 167 lat temu. - Uśmiechnął się chytrze.
- Dlaczego to zrobiłeś i kim jesteś? - Chciałem jak najszybciej usłyszeć odpowiedzi.
- Jestem jednym z Pierwszych Wampirów i dzięki temu, że Cię przemieniłem, masz w sobie moją krew i jesteś moim następcą, moim dziedzicem. A wybrałem Cię dlatego, że byłeś idealnym kandydatem na mojego następcę. - Nie spodziewałem się, że tak od razu mi na wszystko odpowie.
To, co usłyszałem, wprawiło mnie w osłupienie. Z tego, co on powiedział, wynika, że jestem tak jakby potomkiem jednego z Pierwszych Wampirów, bo mam w sobie jego krew. Po co? Po co mnie ugryzł, nie mógł mieć dzieci czy coś? Nadal to było dla mnie niezrozumiałe. Odwróciłem się na chwilę i jak już znów spojrzałem, przed siebie wampira nie było. Wróciłem do Suzan. W drodze do domu coś do mnie mówiła, ale i tak nie słuchałem, cały czas myślałem o spotkaniu. Niedaleko od mojej willi coś się stało, bo było kilka radiowozów. Pewnie jakaś kradzież. Zrobiłem Suzane drinka. Ściągnąłem bomberkę i koszulkę zostając tylko w spodniach. Robiłem sobie drinka, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Niechętnie poszedłem je otworzyć.
- O co chodzi? - Na zewnątrz stał mężczyzna, którego pierwszy raz na oczy widzę.

Lucas?

1.09.2019

Od Matthiasa do Claudii

Myśl, że przez tyle miesięcy mijał ten budynek i nawet na chwilę nie zastanowił się, jak wygląda on od środka w dziwny sposób rozbawił Matthiasa. To znaczy, temu delikatnemu grymasowi, jaki mógł zostać odebrany jako reakcja na nieprzyjemny zapach, daleko było do rzeczywistego uśmiechu, lecz ważne było to, co czuł w swym sercu. Tak przynajmniej mu mówiono.
Wystukał tylko sobie znany rytm na drzwiach ciemnego samochodu, wodząc spojrzeniem po szklanej fasadzie i poruszających się sylwetkach wewnątrz. Ciekawe, co ludzie myśleli na ich widok. Jakie obserwacje pojawiły się w ich głowach, gdy widzieli parkujące przed budynkiem czarne auta, z których wylewali się ubrani wręcz identycznie ludzie?
— Montroce, za mną.
Z przemyśleń Matthiasa wyrwał głos starszego kamaelity. Tylko przelotnie spojrzał po jego twarzy, szybko później opuszczając wzrok na swe dłonie. Skinął ostrożnie głową, po czym mechanicznym wręcz ruchem wysiadł z samochodu, gdy usłyszał, jak drugie drzwi się zamykają. Jeszcze raz poprawił grafitową koszulę, która wraz z eleganckimi spodniami i wysokimi butami składała się na wyjściowy mundur łowców. Do tego płaszcz, na pewno ulubiona część całego stroju, przynajmniej zdaniem bruneta. Ten był powiem ciemnoniebieski, pasujący odcieniem do kawałka opaski na prawym bicepsie mężczyzny, jaka miała świadczyć o jego statusie i miejscu w zakonnej hierarchii. Ta w przeciwieństwie do prochowca nie posiadała wyszytego srebrną nicią głowy jelenia z ułamanym rogiem, symbolu Heroldów. Matthias zapamiętał wygląd herbu gdy był już małym chłopcem, nawet do tego momentu jest w stanie odtworzyć symbol z zamkniętymi oczami. O sposobie, w jaki się tego nauczył, wolał nie pamiętać.
Chwilę musiał odczekać, nim przewodzący ich grupą prawie dwudziestu osób ojciec Graham (który święceń nie posiadał, lecz nakazywał się młodym adeptom w ten sposób określać) uświadomi strażnika, że nie są grupą poprzebieranych szaleńców, nim pozwolił swym towarzyszom pójść ze sobą do środka. Matthias, mimo, że nie powinien, rozglądał się wokół, chłonąc dobiegające zewsząd szczegóły. Zdziwił go fakt, iż pośród policjantów znajdowali się także nadnaturalni. Czy funkcjonariusze, w tym Sopportare, bowiem to na spotkanie z nimi z tego co było mu wiadomo się kierowali, nie widzieli nic złego we współpracy z magicznymi istotami? Czy nie obawiali się ich zwodniczej natury? Przecież to nieodpowiedzialne.
— Wyprostuj się, Montroce. Takie zachowanie nie przystoi kamaelcie — Matthias zadygotał, gdy w dobrze znanym mu geście dłoń starszego łowcy, tego samego, który jechał z nim w samochodzie, znalazła się na biodrze młodzieńca. W miejscu z boku na pewno odebranym jednoznacznie. Ciemnowłosy przytaknął, uniósł podbródek i wbił wzrok w osobę przed sobą.
— Tak jest, proszę pana. Dziękuję za informację, proszę pana.
Wyuczona formułka wyrwała się z jego ust prawie od razu. Kamaelita zacisnął ubrane w rękawiczki dłonie, aby powstrzymać ich drżenie. Wiedział, że to, co robi, jest nieodpowiednie. To, przez co przeszedł, tym bardziej takie było. Lecz nie widział innej drogi. Nie widział ucieczki z tego ciągłego koła wbitego kijami posłuszeństwa i ślepej wierności. Nawet jeśli był tego świadomy, był zbyt słaby, aby zrobić cokolwiek.
Sala, w jakiej się znaleźli wprawiła Matthiasa w osłupienie, głównie ze względu na jej wielkość oraz nowoczesność. Brzmieć mogło to dziwnie, jednak przez całe swe życie nie widział takiej ilości elektroniki jak w pomieszczeniu narad na komendzie policji. Korzystając z faktu, że ojciec poszedł porozmawiać z ciężko ubranym przedstawicielem tego całego Sopportare, najpewniej szefem, powiódł spojrzeniem po wnętrzu. I nie tylko on, jak dostrzegł kątem oka. Wielu młodzików, dla których to wyjście było pierwszą od dwóch dekad szansą na zobaczenie świata za murami zakonu, robiło to samo co on. Jakby nagle znaleźli się w zupełnie innym miejscu. W innym wymiarze, dotąd dla nich niedostępnym.

Claudia?

Od Harry'ego do Megan

Leżałem wygodnie w łóżku, gdy usłyszałem dźwięk budzika. Jednym ruchem ręki wyłączyłem go. Dziś kolejny pracowity dzień. Wyszedłem z łóżka i zacząłem się ogarniać. Po godzinie byłem już gotowy. Pierwsze miejsce, do którego się udałem to studio nagraniowe. Spotkałem się tam z innymi autorami tekstów i producentami, by tworzyć materiał na kolejną płytę. Miałem wiele pomysłów na piosenki, więc nie powinno być tak ciężko. Jak wszyscy się zjawili, to natychmiast zabraliśmy się do pracy.
Ze studia wyszedłem o godzinie 16:42. Pojechałem do stadniny, gdzie był mój koń Pyrrus. Nie widziałem go od 2 tygodni i się stęskniłem. Z jego zachowania wywnioskowałem, że on też. Dałem mu kostkę cukru i wyprowadziłem na krótki spacer. Był moim oczkiem w głowie. Na spacerze spędziliśmy mniej więcej godzinę. Odprowadziłem go do boksu i wróciłem do domu. Włączyłem film „Salt". Nie jest to nowy film, ale bardzo go lubię.


NOWY DZIEŃ


Dziś miałem cały dzień wolny, więc o godzinie 8:00 wyszedłem pobiegać. Biegałem przez prawie dwie godziny.
Jak już skończyłem biegać, to szybko się wykąpałem i wyszedłem na miasto. Nie chciało mi się siedzieć w domu. Wstąpiłem do baru. Zamówiłem sok pomarańczowy i sałatkę z kurczakiem. Rozejrzałem się za wolnym miejscem. Cały bar był zapchany. Jedyne wolne miejsce było naprzeciwko jakiejś dziewczyny.
-Mogę tu usiąść? - Wskazałem na wolne miejsce.

Megan?

Harry Hudson

"So raise your banner, fight your war"
AUTOR||  Ryan McGinley, na zdjęciu: Harry Styles
DANE || Harry Hudson
WIEK || Wygląda na 25 lat (tyle właśnie miał gdy stał się wampirem) a tak naprawdę ma 167 lat.

Od Daewona CD Ashtona

   Czas mijał niemiłosiernie szybko. Mijani ludzie, zadania do wykonania, i wiele innych rzeczy, które można by wymieniać, a końca nie widać. Daewon był naprawdę tym już przygnębiony, zirytowany, zaś jego humor… było go tyle, co nic. Leniwym ruchem dłoni przesunął po jasnych kosmykach, które wymagałyby odświeżenia w postaci wizyty u fryzjera. Niestety, chłopak zapominał o takich drobnostkach, decydując się na nie w ostatnim momencie. Pokręcił zrezygnowany głową, rozglądając się po okolicy, w której się znajdował, czyli przy swojej pracy. To tutaj miał się spotkać z chłopakiem, z którym nie zaczął w dość… typowy sposób znajomości. Nie potrafił ukryć swojego rozbawienia, tego do jakiego momentu przyciągnęło go życie. Czy spodziewał się takiego obrotu spraw? Oczywiście, że nie. Raczej nie przypuszczał, iż mógłby spotkać osobę, która tak naprawdę nadepnęła Kangowi na odcisk. No ale, życie lubiło zaskakiwać. Nie mógł z tym nic zrobić, a przynajmniej w tak dużym stopniu, jakby pragnął. Dlatego przyzwyczaił się, czasami stawiając na swoim.
   Słońce na niebie idealnie świeciło, oślepiając przez to młodego demona, który zmuszony był zasłonić oczy dłonią. Nie wiedział, ile czasu pozostało do ich umówionej godziny. Zbyt leniwy by sięgnąć po telefon w kieszeni spodni, zdecydował się poczekać, co jakiś rozglądając się. Raczej wiadome, że nie chciałby zostać wystawionym do wiatru w kwestii spotkania, ponieważ mógłby znacznie lepiej wtedy spożytkować swój czas.
Azjata miał pewne wątpliwości. W końcu Ash nie wydawał się tak do końca typową osobą, która chciałaby się spotykać z ludźmi. Miał wrażenie, że potrafiłby wystawić człowieka do wiatru. Tylko, właśnie, to wrażenie, a nie należy oceniać książki przez okładkę, prawda? Może taki wizerunek miał młody chłopak, i tyle. Ciche westchnienie uciekło spomiędzy warg jasnowłosego, gdy na nowo się rozejrzał, tym samym dostrzegając młodszego. Nie potrafił powstrzymać się od delikatnego uśmiechu, spostrzegając jego ubiór, który nie był adekwatny do pogody. No cóż, lubiła z ludzi robić idiotów, więc nie było to szczególne zaskoczenie dla demona. W końcu sam nie należał do najmądrzejszych, ubierając jeansy, i to czarne. Chociaż miał jasny t-shirt, więc to go w sumie ratowało i nie było aż tak tragicznie. Na przywitanie jedynie przytaknął głową, obserwując ciemnowłosego.
- Właściwie, nawet nie sprawdzałem godziny, więc twoje spóźnienie nie jest odczuwalne – przyznał, podchodząc bliżej niższego towarzysza. Co prawda nie dzieliło ich szczególnie dużo centymetrów wzrostu, aczkolwiek dostrzec można było, iż to Azjata jest wyższy. Na jego propozycję przystał.
   Nie czekali szczególnie długo, aby stąd ruszyć, gdyż nie chcieli przykuwać uwagi przechodniów. Droga nie będzie trwała w nieskończoność, lecz wystarczająco, aby móc chociaż zacząć jakikolwiek temat, nie chciał by była pomiędzy nimi niekomfortowa cisza. Tak też Daewon zaczął od najprostszego pytania, czym było jak minęły dni chłopakowi. Co prawda, nie było to ambitne, lecz pewnego rodzaju wprowadzenie do dalszej konwersacji, gdy młodszy wspomniał o swoich pupilach, co automatycznie wzbudziło w blondynie pewnego rodzaju ciekawość tego, jakie są pupile. Sam nie miał zwierząt przez brak czasu i swoje bycie niezorganizowanym pod tym względem, lecz jego współlokator posiadał pupila, dzięki czemu mógł milo spędzać czas.
- Nie chciałbyś mieć własnego psa? – pytanie Ashtona lekko zaskoczyło Azjatę, który nerwowo podrapał się po policzku, mimowolnie przenosząc wzrok na drogę.
- Chciałbym, ale nie byłbym dobrym właścicielem. To nawet nie byłby dobry pomysł – przyznał, posyłając lekki uśmiech w stronę towarzysza.

Ashton?

Od Larissy CD Liama

Miałam wrażenie jakby czas nagle zwolnił, a każda sekunda trwała w nieskończoność. Brak możliwości złapania oddechu paraliżował mnie strachem. Im bardziej walczyłam, tym dłonie napastnika ciaśniej zaciskały się na mojej szyi. Pierwszą niezbyt przyjemną i pocieszającą myślą było czy prędzej umrę przez uduszenie, czy może przez złamanie karku?
Panicznie bałam się śmierci jak każdy zwyczajny człowiek. Miałam tylko ku temu inne powody. Oni boją się nieznanego ja bałam się tego, że stanę się tylko zwykłym cieniem, że zatracę samą siebie. Podobało mi się w tym świecie. I nie chciałam wracać do świata astralnego przemykając przez nikogo niezauważona czekając, aż zwierzchnicy sobie przypomną o moim istnieniu.
Nigdy nie byłam w takim położeniu, nie wiedziałam jak się zachować. Potrzebowałam Vanessy. Osoby, która powiedziałaby mi co mam robić, ale ona została w domu. Spacer do antykwariatu to był naprawdę głupi pomysł.
Patrzyłam prosto w oczy swojego oprawcy chciałam dobrze zapamiętać osobę, która odebrała mi wszystko, co miała.
Facet puścił mnie niespodziewanie i odkręcił się do mnie tyłem. Łapczywie łapałam powietrze dostając ataku kaszlu.
Oddychaj spokojnie. Nakazałam samej sobie.
Wdech, wydech, wdech, wydech.
Nigdy nie pomyślałabym, że ta naturalna czynność może być tak wyczerpująca.
To była moja chwila. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, lecz ucieczka w takim momencie, kiedy naraziłam Liama, który nie miał z tym nic wspólnego wydawała się... No właśnie Liam.
Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu chłopaka. Najwidoczniej niepotrzebnie się o niego martwiłam. Radził sobie z nimi zdecydowanie lepiej ode mnie. Tylko jakim cudem udało mu się pozbawić przytomność, bo szczerze miałam nadzieję, że tylko pozbawił ich przytomności tylu osób. Nie wspominając zupełnie o tym, że byli to opętańcy.
- gdzie to jest? - ponowił pytanie mój oprawca - oddaj mi, a nikomu nic się nie stanie
- ty tak na serio koleś - roześmiał się Liam przybierając swobodną pozę. Naprawdę zupełnie go to nie ruszało? Miałam wrażenie, że podobne sytuacje to dla niego nic nowego.
Ja niestety nie potrafiłam panować nad swoimi emocjami. I choć naprawdę nie chciałam moja natura wzięła górę i tak cud, że dopiero teraz. Zdematerializowałam się wtapiając w pobliski cień. Byłam tylko cieniem, obserwatorem stojącym z boku. Powinnam czuć wyłącznie błogi spokój. Wiec skąd wzięły się te wyrzuty? Dlaczego czułam się w obowiązku, by coś zrobić?
Mieszkałam z poltergeistem, uczyłam się podnosić przedmioty będąc niematerialna. Tak po prostu, by udowodnić Vaness, że nie tylko ona to potrafi. Okazało się to o wiele trudniejsze niż wcześniej zakładałam. Tylko raz udało mi się przesunąć zapałkę. Czemu ja się oszukuje przecież nie uda mi się trafić w niego kamieniem. Jestem kompletnie beznadziejna. Trzeba było wyrzucić ten przeklęty przedmiot tak jak kazaliby zwierzchnicy. Prawie umarłam to już nie było włamanie, prześladowanie czy zastraszanie. Oni chcieli mojej śmierci i nieważne czy przy okazji zabiją kogoś jeszcze. Wściekłość, strach to właśnie to zmusiło mnie bym podeszła do zakapturzonego i zacisnąć dłonie na jego szyi. Chciałam, by czuł to samo co ja. Nie wiem jak udało mi się pozbawić go tchu, kiedy pozostawałam w świecie astralnym, moje dłonie nie przenikały przez niego, ale jego dłonie nie mogły mnie uchwycić. Puściłam dopiero, wtedy kiedy facet przestał się ruszać.
Złamałam wszelkie zasady zwierzchników. Wszystkie prawa swojej natury, ale udowodniłam, że nie musimy tylko obserwować. Możemy być panami własnego losu.
- nic ci nie jest? - poczułam ciepłą dłoń na swoim ramieniu.
- chyba nie - odparłam zdezorientowana. Nawet nie wiem, kiedy się zmaterializowałam.
Wszystko wydawało się takie nierealne. Spojrzałam w tamto miejsce nie mogłam się powstrzymać - zabiłam go? Powiedz, że go nie zabiłam - poprosiłam cicho łapiąc chłopaka za rękę.
Z dala jak przez mgłę słyszałam syrenę policyjną. Miałam bardzo złe przeczucia.

Liam?

Od Keitha CD Silasa

Zatrzymali się na parkingu nieopodal miejsca, gdzie miał znajdować się ich cel. A przynajmniej tak wskazywał ułożony na kolanach Keitha magiczny kompas, składający się z miski z księżycową wodą oraz naładowanym wskaźnikiem z kawałka drzewa z nemetonu. Mimo tego, młodzieniec oraz siedzący za kierownicą Matthas rozejrzeli się z powątpiewaniem po okolicy. Pierwszy głos zabrał drugi z braci.
— Jesteś pewien, że twoja przyjaciółka — Ostatnie słowo Montroce naznaczył w taki sposób, że w jego ustach zabrzmiało to jak obelga — Nie oszukała cię? Wiedźmy są podstępne. Jesteś cholernie lekkomyślny.
Łowca wzruszył jedynie ramionami. Chwilę jeszcze wpatrywał się we wskaźnik, unoszący się na wodzie, a gdy ten ostatecznie zatrzymał się w jednym miejscu, odpiął pasy i wysiadł z vana, odkładając miskę na fotel.
— Andrea nigdy mnie nie zawiodła. Nie to co niektórzy — odparł, otwierając tylne drzwi, gdzie znajdowała się sporych rozmiarów drewniana skrzynka.Po szybkim przejrzeniu jej zawartości, wydobył ze środka kilka fiolek, jakie wsunął na odpowiednie miejsca przy swej uprzęży, uzupełniając wszelkie braki. Na wszelki wypadek, symetrycznie do przypiętej do boku książki, wsunął do kabury pistolet. Mimo, że był pacyfistą, wolał dmuchać na zimne. Kilkukrotnie już miał do czynienia z podobnymi opętanymi ludźmi, więc wiedział, że na niektórych rozmowa może nie podziałać. Zwłaszcza, że ukochane szefostwo zakonu postanowiło nie informować braci o stopniu zagrożenia, jaki ich cel reprezentuje.
— Plus to czarodziejka. Nie wiedźma. Nie odrobiłeś swojego zadania domowego.
Keith zamknął drzwi, po czym poprawił kurtkę i wsunął dłonie do jej kieszeni. Postąpił kilka kroków w przód, dopiero wtedy oglądając się na Matthiasa, który to wpatrywał się w niego bez słowa.
— Jak nie wrócę za pół godziny lub usłyszysz krzyki, pofatygujesz się, aby uratować mi dupsko?
— Zobaczymy — padła mrukliwa odpowiedź, która wywołała u kamaelity delikatny uśmiech. Zaczął kierować się w stronę budynków, a dokładniej prześwitu między nimi, jaki zdawał się być najbardziej obiecującym miejscem na spotkanie opętanej istoty. Co jakiś czas mężczyzna zerknął na ciemne niebo, przecinane przez głośne, jasne błyskawice.
Jak w filmie, pomyślał przelotnie, po czym prewencyjnie przesunął się nieco bliżej budowli, chcąc uchronić się przed porażeniem. Im bliżej znajdował się bocznej ulicy, tym mocniejszy ucisk z tyłu głowy czuł. Definitywnie znajduje się tutaj jakiś nadnaturalny. Jednak coś mu nie pasowało. Zazwyczaj w takich przypadkach Przeczucie nie było tak natrętne. Znaczyć to mogło dwie rzeczy. Albo opętany jest pod wpływem silniejszej istoty, albo nie jest sam.
Montroce przeklął pod nosem, spinając się na całym ciele i w pełnej gotowości stając u wylotu uliczki. Od razu rozejrzał się czujnym wzrokiem po alejce, chłonąc szczegóły i układając w głowie plan ataku. Jak się okazało, jego przeczucia o tym, że cel nie jest jedyną osobą w okolicy okazały się być prawdziwe. Dostrzegł bowiem drugiego człowieka, czy raczej istotę go udającą, walczącą przy pomocy miecza z opętanym. Keith wydobył ukradkiem z kieszeni kurtki migotliwą, szklanką kulkę, jaką ukrył w dłoni.
— Przepraszam, że przerywam wam waszą magiczną bójkę — zaczął, przywołując na twarz szeroki uśmiech. Powiódł spojrzeniem od zdziwionej marionetki demona po nieznanego mu wojownika — Ale przysłano mnie tutaj, aby rozwiązać pewną sprawę. Opętania dokładniej — Brunet skinął głową na opętanego — Dlatego proszę, oszczędź mi roboty i wyjdź sam, co? Mam ciekawsze plany na wieczór niż kłócenie się z tobą i targowanie.
Do przewidzenia było, że pokojowa dyskusja nie doprowadzi Keitha do niczego konkretnego. Dlatego w chwili, gdy opętany począł obracać się w jego stronę, a nieznajomy zacisnął dłoń na rękojeści miecza, kamaelita zmiażdżył w palach kulkę, po czym przeciągnął dłonią po przestrzeni między nim a mężczyzną, tworząc magiczną barierę. Nie zdążył nawet podziękować w duchu Andrei za takie gotowe zaklęcie, gdyż musiał już uniknąć ataku opętańca. Zrobił to poprzez szybkie odwrócenie ciała. Gdy chłopak zatrzymywał się i na pewno szykował do kolejnego skoku, Montroce wydobył spomiędzy pasków książkę. Jego palce odruchowo wcisnęły się między strony, rozwierając tom na stronie z zapisanym drobnym drukiem egzorcyzmem. Dla bezpieczeństwa cofnął się i, nim zaczął czytać, mrugnął porozumiewawczo do wojownika.
— Zatkaj uszy, jak cię takie rzeczy wkurwiają.

Silas? :v

Od Eliotta CD Ashtona


     Ledwo wiedział co dzieje się wokół niego. Był w stanie jedynie wyczuć delikatny dotyk Ashtona, którego ręka spoczęła na jego czole. Starał się zebrać więcej sił żeby szerzej otworzyć oczy, ale był strasznie osłabiony, a z każdym oddechem coraz ciężej było mu nie zemdleć. Wszystko w środku paliło go, jakby rozpalono w nim ognisko, a przecież ugasił się w porę. Z bólu zaciskał szczękę czekając, aż ból przejdzie. Momentalnie jednak poczuł jak coś rozprzestrzenia się po jego ciele i przynosi mi niesamowitą ulgę, o którą tylko cicho się modlił. Odetchnął spokojnie, gdyż przynajmniej już nie cierpiał i z wycieńczenia pozwolił sobie na chwilę przysnąć.
     Niespodziewanie poczuł mocne uderzenie w tył głowy, które jednak nie miało zrobić mu krzywdy. Gwałtownie odwrócił się w stronę skąd doszedł cios i zauważył swoją rzekomo zmarłą babkę. Rozejrzawszy się po okolicy stwierdził, że znajduje się w tym samym miejscu, gdzie niegdyś widywał matkę we snach. Była to wielka, kwiecista łąka, na której środku stała samotna wierzba. Jego babcia stała z założonymi rękami, a jej mina nie była zbyt przyjemna.
- Co tutaj robisz? - zmarszczyła brwi przyglądając mu się uważnie.
A więc to tak wita się kochanego wnuczka?
- Babcia? Ja… nie wiem, szczerze powiedziawszy. Chyba mi się przysnęło
A ty? - wzruszył ramionami uśmiechając się ciepło.
- Tyle to wiem! Pytam się jak mogłeś do tego dopuścić? A o mnie nie wypytuj! - westchnęła ciężko po chwili znosząc z tonu - Kim jest ten czarownik?
- To jest.. Mój przyjaciela, ale co to ma do rzeczy? - nie rozumiał zmartwienia u babci.
- Tacy jak on nie są naszymi przyjaciółmi. Jesteś świadomy tego, że chce cie wykorzystać? Jesteś mu potrzebny tylko dlatego, bo magia nie rozwiąże każdego problemu - wyjaśniła biorąc jego twarz w swoje uszkodzone przez wiek dłonie - Martwimy się o ciebie z matką. Nie powinieneś tak się narażać, nie panujesz nad sobą wystarczająco.
- Panuję, jest już lepiej. Ta bariera mnie po prostu przerosła, a ja przesadziłem - tłumaczył spoglądając w jej zawiedzione oczy - Ashton mnie nie wykorzystuje. Chcę mu pomóc bo… On jest dla mnie ważny. - dodał odwracając wzrok.
- Oh Elio - westchnęła babcia jakby zawiedzona - Dokonuj odpowiedzialnych wyborów i rób jak uważasz. Czekamy na ciebie.
Po tych słowach spuściła swoje ręce na jego ramiona, po czym pchnęła go mocno tak, że zatoczył się do tyłu i zaczął jakby spadać. Łąka zniknęła, a teraz otaczała go jedynie ciemność i chłód. Eliott za to był całkiem spokojny i lecąc dalej w otchłań przymknął powieki.
     Nie długo musiał czekać na przebudzenie się, ale o dziwo nie znajdował się już z Ashtonem w lesie, a w jego pokoju.
- Tak mi przykro - nastolatek znajdował się tak blisko Eliotta, a jego dotyk bardzo go uspokajał tak samo jak i wargi przyciśnięte do jego czoła - Już nigdy nie pozwolę ci cierpieć. Nie z mojej winy, Elly..
Blondynowi chwilę zajęło zanim mógł poruszyć czymś więcej niż jednym palcem, a gdy się tego doczekał od razu uniósł obie ręce i położył je na plecach Ashtona. Nie mógł dłużej patrzeć i słuchać jak ten stoi nad nim i płacze. Ten widok był dla Eliotta jednym z najgorszych i zdecydowanie już nigdy nie chciał go ujrzeć, a napewno nie przez niego.
- Ash.. Jeżeli robię coś dla ciebie to ból nie ma znaczenia - uśmiechnął się do niego, gdy ten oderwał się od jego czoła, a jego twarz przedstawiała zdziwienie.
- Eliott! - oparł się o jego ramiona i dopiero kiedy blondyn przyciągnął go do siebie, ukrył twarz w jego koszulce - Przepraszam cię. Tak mnie wystraszyłeś..
Ogar już nic nie mówił tylko przytulił młodszego, który uronił ostatnie łzy. Było mu głupio, że tak go wystraszył swoją nieodpowiedzialnością i chciał jak najszybciej to zakończyć. Nagle Ashton podniósł się z łóżka i zniknął z pokoju po czym przyszedł ze szklanką wody, którą wręczył muzykowi. Eliott od razu całą wypił tak, że woda skapywała z jego brody. Szybko wytarł się o rękaw i odstawił szklankę na bok. Uniósł wzrok na Asha, a widząc jego wciąż zmartwioną minę, postarał się wstać, ale po pierwszej próbie od razu opadł na materac.
- Co cię tak dręczy? - zapytał Eliott marszcząc lekko brwi.
- Jeszcze pytasz? Ten plan odpada. Wybacz, że cię do tego w ogóle zmuszałem - odparł od razu chodząc niespokojnie po pokoju
- Przestań się w końcu obwiniać Ash. Miałem własne słowo w tej kwestii i nadal chce ci pomóc. Musimy kontynuować, jestem już gotowy, czuję to - w końcu się podniósł żeby podejść do bruneta i go w końcu zatrzymać stając naprzeciw niego mimo zawrotów głowy.
- Nie rozumiesz. Ta bariera to było jeszcze nic w porównaniu z tym, z czym będziesz musiał się mierzyć. Nie pozwolę ci na to - od razu pokręcił przecząco głową i lekko przymknął powieki.
Eliott skrzyżował ramiona przesadnie okazując swoje urażenie. Wiedział, że chłopak nie wątpi w niego, a zwyczajnie się martwi, ale to nie zmieniało faktu, że ogar był w stanie mu pomóc. Musiał po prostu myśleć bardziej o skuteczności i spokoju niż chęci popisania się przed młodszym jak to zrobił w lesie. Co racja to racja, chciał mu zwyczajnie zaimponować. Oczywiście nie przyzna mu się do tego, bo brunet uzna go za jeszcze większego idiotę. Blondyn w końcu opuścił ręce ze zmęczenia i nie myśląc co robi uniósł dłonie ku twarzy chłopaka. Objął ją w dłonie i lekko potrzasnął jego głową na boki cicho się śmiejąc.
- Dam radę i zrobię to, a ten twój mądry łeb musi to przyjąć do wiadomości - uśmiechnął się do niego usiłując wywołać u niego podobną reakcję.
Niech te smutne oczy już znikną do cholery.

Ashton? c:

Od Petera CD Etienne

Odkąd Etienne wrócił do środka z tym tajemniczym pudełkiem, zaczął zachowywać się wyjątkowo dziwnie. Może nie byłoby to na tyle niepokojące, gdyby nie to, że mężczyzna wcale nie odpowiadał na moje pytanie. Pokręcił tylko głową, a ja nie do końca wiedziałem, jak mam to interpretować. Na moje oko, to raczej w porządku raczej w ogóle nie było i nie wiedziałem co w tej sytuacji mam zrobić. Zaproponować pomoc? Zadać więcej pytań, na które pewnie nie dostanę odpowiedzi? Postanowiłem koniec końców podejść do jasnowłosego i zajrzeć mu przez ramię, aby dowiedzieć co znajduje się w pudełku. Niestety nie było mi dane się dowiedzieć, gdyż Etienne najwyraźniej wyczuł, że się do niego zbliżam i szybko zakrył pudełko pokrywką. Zmarszczyłem lekko brwi, teraz już wiedząc, że to na pewno nie wróżyło nic dobrego.
- Wybacz, ale na dzisiaj musimy już skończyć... Mam coś... Do załatwienia ,z wypowiadał te słowa niezbyt pewnie, ale postanowiłem tego nie komentować. Jasno dał mi do zrozumienia, że nie powinno mnie tu być, że powinienem odejść.
- Dobrze, dziękuję i czy widzimy się za tydzień? - dopytałem, chcąc mieć po prostu pewność, co do tego.
- Tak, tak - odpowiedział pospiesznie i podrapał się lekko po głowie. Nie miałem zamiaru  przedłużać już tej chwili, dlatego skierowałem się do szatni, gdzie przebrałem się, a następnie zajrzałem jeszcze do młodego mężczyzny, który zdawał się zachowywać normalnie, jednak ja wiedziałem, że coś musi być na rzeczy. Odetchnąłem ciężko i odsunąłem się od drzwi, postanawiając wracać już do domu, gdzie pewnie od razu walnę się na łóżko, choć biorąc pod uwagę dzisiejsze wydarzenia to trochę trudno będzie mi zasnąć. Może za bardzo wszystkim się martwię, ale po prostu taki już jestem i nic na to nie mogę poradzić. Przyzwyczaiłem się do bycia zbytnio przewrażliwionym na pewnych punktach. No nic ruszyłem w drogę powrotną do domu, wiedząc że prędzej czy później będę musiał tam wrócić, by May się nie martwiła i nie latała po jakiś komendach.
Byłem już przed budynkiem, kiedy nagle zatrzymałem się, zdając sobie sprawę, że ja nie potrafię tak po prostu odejść. Ja muszę coś zrobić, inaczej będzie mnie to dręczyć przez cały tydzień. Doszedłem do wniosku, że zapytam się Etienne o co chodzi z tym pudełkiem i nie obchodzi mnie jak zareaguje, po prostu muszę to zrobić to dla spokoju własnego sumienia.
- Przepraszam, ale ja nie mogę - oznajmiłem na dzień dobry, wbijając nagle do sali, gdzie dalej znajdował się jasnowłosy, który w tym momencie patrzył na mnie zaskoczonym wzrokiem. Wziąłem głębszy wdech i podszedłem do mojego nauczyciela tańca.
- Mam wrażenie, że coś się stało... A dokładniej to myślę, że te pudełko wzbudziło w tobie niepokój, tylko nie wiem dlaczego. Chciałbym ci jakoś pomóc, jeśli oczywiście tego chcesz... - spojrzałem na niego niewinnie w głębi duszy mając nadzieję, że uchyli dla mnie rąbek tajemnicy.

Etienne?
Szablon
synestezja
panda graphics