4.10.2019

Od Any CD. Michaela

- Skoro mówiłam, że ci pomogę, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz - zaśmiałam się, patrząc na bruneta ponad krawędzią kubka, który właśnie przykładałam do ust, by dopić resztę kawy. - Ale... hm... czy ta broń jest konieczna? Bo wiesz, mogę ich po prostu usmażyć, będzie prościej - zasugerowałam ostrożnie, opierając się biodrem o szafkę pod telewizorem.
Mike pokręcił głową.
- Nie wiem, czy to będzie w ogóle możliwe - wytłumaczył. - Możliwe, że nałożyli na swoją kryjówkę jakieś pole, które uniemożliwia korzystanie z magii wewnatrz niego.
Westchnęłam ciężko, przenosząc wzrok na walizki. Boleśnie przypominały mi o mojej mafijnej przeszłości, od której dość brutalnie odgrodziłam się przeszło dwa lata temu. Czy też zostałam od niej odgrodzona. Cholera, jak Sopp się dowie, że znowu działam na własną rękę...
- Tak z ciekawości - rzuciłam, udając niedbały ton - Sopportare wie o tym, co zamierzamy zrobić? - nie zrezygnowałabym oczywiście, nie odmówiłabym mu pomocy, nawet gdyby mieli mnie potem... zlikwidować. Ale byłabym ostrożniejsza, gdyby całe to przedsięwzięcie miało okazać się niezatwierdzone przez Sopp. I zdecydowanie mu nie na rękę.
- Pani Kapitan wie i obiecała nie przeszkadzać - uśmiechnął się lekko brunet, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. - Nie pociągną nas do odpowiedzialności nawet gdybyśmy zostawili za sobą tylko porozrywane na strzępy trupy.
- Optymistyczna wizja - parsknęłam. Podeszłam do kanapy, na której siedział Mike. Odstawiłam kubek na stolik kawowy i opadłam ciężko obok niego. - Dobra. Czyli może "nie działać" tam magia. Ale są różne rodzaje magii, nie wydaje mi się, żeby ktoś wpadł na to, by zablokować je wszystkie. A moja magia jest inna niż ta, którą posługują się czarodzieje, czarownice czy kto tam jeszcze. Więc może nadal będę mogła się nią posługiwać - zaplotłam ramiona na kolanach, które podciągnęłam pod brodę. Spojrzałam na przyjaciela kątem oka.
- Może - wzruszył ramionami. - Ale mimo wszystko musimy być przygotowani na to, że jedyną naszą bronią pozostanie ta - wskazał ruchem głowy walizki.
- Logiczne - westchnęłam. - Dobra, to jak się tym obsługuje? I nie patrz tak na mnie, nigdy nie trzymałam takiej broni w rękach.

~•~

Michael zrobił mi krótki instruktaż z obsugi broni, którą dla nas zdobył, po czym rozpoczęliśmy przygotowania. Mężczyzna wręczył mi pancerz wspomagany, bym mogła się w niego przebrać, a sam zajął się przygotowaniem broni.
Popatrzyłam na materiał prześlizgujący się między palcami. Momentalnie uderzyły mnie wspomnienia akcji, w których uczestniczyłam i które nadzorowałam podczas mojej pracy dla mafii. Nigdy nie używałam co prawda kamizelek kuloodpornych czy innych form mogących mnie ochronić przed śmiercią, bo w dupie miałam to, czy przeżyję. Liczyła się tylko adrenalina. A lecące w moją stronę pociski zwyczajnie topiły się w ogniu, którym się otaczałam.
No właśnie...
Zostawiłam pancerz w łazience i ruszyłam w stornę piwnicy, mijając Mike'a, pochylającego się nad stołem w kuchni. Podniósł na mnie wzrok.
- Gotowa? - zapytał, przyglądając mi się ze zdziwieniem.
- Jeszcze chwila - uśmiechnęłam się jednym kącikiem ust, otwierając drzwi za jego plecami. Pstryknęłam przełącznik. Migające światło rozświetliło schody prowadzące w dół.
- A zastanawiałem się, co jest za nimi - rzucił rozbawiony Mike, gdy ruszyłam po stromych stopniach w dół.
- Trzeba było zapytać! - krzyknęłam przez ramię, równie rozbawiona. Choć jednocześnie czułam, jak kolana mi się trzęsą. Dawno już nie musiałam pokonywać tej drogi w innym celu niż zrobienie prania.
A już na pewno nie idąc po to, po co teraz zmierzałam teraz.
Otworzyłam kolejne drzwi, za którymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie, które generalnie robiło za zpiżarnię. Ale za słoikami i puszkami, gdy tylko wprowadziłam się do tego domu, schowałam jedno pudło, o którego istnieniu chciałam zapomnieć, a którego zawartości nie potrafiłam wyrzucić.
Jak się okazało, dobrze zrobiłam, bo teraz nada się idealnie.
Ostrożnie pościągałam z półek przedmioty, którymi zastawiłam pudło. A potem, drżącymi dłońmi, sięgnęłam w końcu po nie i zdjęłam na ziemię. Westchnęłam, kucając przy nim.
- Co tam masz? - usłyszałam za sobą głos Michaela. Zgarbiłam się odruchowo, zaskoczona, że przyszedł tu za mną, ale odpowiedziałam spokojnie.
- Wspomnienia - uśmiechnęłam się smutno. Dziwnie to zabrzmiało. No ale cóż... taka prawda. - Myślę, że poza tym pancerzem wspomagającym może mi się przydać to - wyciągnęłam z kartonu kurtkę z czarnego materiału, połyskującego lekko w świetle pojedynczej żarówki zawieszonej pod sufitem. W pudełku zostały jeszcze spodnie i buty, które wyglądem przypominały zwykłe glany, ale wykonane były z podobnego tworzywa, co reszta stroju. - Jest ognioodporny. Dzięki temu nie będę zmuszona walczyć nago, gdyby wykorzystywanie mojej mocy okazało się tam, gdzie się wybieramy, możliwe i, dodatkowo, gdyby ogień lekko wymknął mi się spod kontroli - spojrzałam na Mike'a przez ramię, uśmiechając się krzywo.

Mikey? xD

Od Tobiasa CD Leny

Zasiadając w Vanie kobiety, rozsiadł się wygodnie, na tyle ile to było możliwe. Może nie był to najbardziej ekskluzywny pojazd w Seattle, tym bardziej nie był to pojazd w jakim Tobias miał zamiar oddawać się uciechom życia seksualnego, dlatego na zgodę o wynajęciu hotelu, mężczyzna przytaknął z lekkim wydechem sygnalizującym ulgę. Nie dość że głowa bolało go niemiłosiernie, to po obudzeniu się w tej jakże wspaniałym bolidzie mógł liczyć na dyskomfort w kręgosłupie, a zależnie od zamiarów kobiety — obudzić się bez nerki i z rozszerzoną odbytnicą... 
Nie zdziwiło go, iż kobieta zrezygnowała z propozycji papieroska — nowe czasy, to i styl życia się zmienia. Bezglutenowe jedzenie, kawa sojowa... Można powiedzieć, że Tobias był zacofany w czasie, przynajmniej mentalnie, jakoby wstrzemięźliwość w jedzeniu i piciu, tym bardziej w stylu życia — to coś co nie przechodziło mu przez gardło, tym bardziej sam koncept na papierze wydawał mu się trefny. Na wspominkę o braku pieniędzy oraz zabezpieczenia... Tobias zaśmiał się, patrząc na kobietę swoim wymownym spojrzeniem zwiastujące dewastację, rozpustę i brak jakichkolwiek pohamowań. Za to kobieta... Jakby się speszyła... Nie nawiązywała z nim kontaktu wzrokowego...

Figlarnie zaznaczył swoją prezencję, poprzez lekkie smaganie dłonią uda Leny, ściskanie, lekkie gładzenie skóry — wiedział że może jej się to spodobać, nie oponował przed tym, poddał się chwili.
— No cóż moja droga, może dzisiaj akurat jest twój szczęśliwy dzień... — powiedział nie ukrywając uśmiechu. Był wysoko na plusie po ostatnich grach... Nie musiała się martwić kompletnie o nic...

Lena?

Od Michaela CD Any

   Gdy muzykowanie przyjaciół dobiegło końca, oboje poczuli zmęczenie, a szczególnie Ana, która zaraz zasnęła na ramieniu bruneta. Ten cicho się zaśmiał, dopił swój trunek, dobijając tym głupie myśli, po czym wstał i wziął blondynkę na ręce. Nie chciał przecież, żeby ta była obolała następnego dnia, więc zaniósł ją do sypialni i ostrożnie położył na łóżku, a że miała na sobie luźne ubranie, mężczyzna nie musiał pozbyć się jej ubrań. Okrył ją ciepłą kołdrą i opuścił sypialnie, zmierzając do wyjścia, przy którym ubrał buty oraz skórzaną kurtkę, żeby móc na spokojnie wyjść z domku. Oparł się o barierki schodów, wyjął z kurtki paczkę papierosów i choć nie było to jego uzależnieniem, chciał w chwili obecnej zapalić i to też uczynił. Z każdym buchem czuł się spokojniejszy, a w jego głowie brzmiała nie jedna piosenka, którą jeszcze niedawno śpiewał.
— Nie przypominam sobie, żebyś palił. — usłyszał nagle głos Corsona, który stał za mężczyzną.
— A ja nie przypominam sobie, żebyś umiał mówić. — zerknął kątem oka na demona i wziął kolejnego bucha. — Więc jesteśmy kwita. — dodał wypuszczając dym z ust.
— Co teraz zamierzasz? — spytał rogaty i oparł się o barierkę schodów obok bruneta.
— Wypocząć i przygotować się na jutro. — odpowiedział spokojnie — Mam nadzieję, że pamiętasz o naszym układzie. — zerknął na demona.
— Ależ oczywiście. — rzekł w odpowiedzi.
Tym też ich rozmowa dobiegła końca, tak samo jak papieros mężczyzny, po którym został tylko filtr. Mrokiem zgniótł ową końcówkę i odrzucił gdzieś daleko, po czym wrócił do środka domku. Była dość późna godzina, przez co brunet miał mało czasu na sen, więc bez marnowania cennych minut, przeszedł do łazienki, gdzie obmył swoją twarz i pozbył się zapachu tytoniu, po czym przygotował się do snu. Ze względu na fakt, że ten wstaje znacznie wcześniej od kobiety, postanowił zająć miejsce w łóżku obok przyjaciółki, która od razu się do niego wtuliła.
   Rano obudziła go podświadomość, która po prostu kazała mu wstać i to też uczynił. Szybko ogarnął się i zostawił kartkę Anie, że jedzie na chwilę na miasto. Pierwsze miejsce, do jakiego zajechał, było jego mieszkanie, gdzie mógł zmienić ciuchy i zabrać odpowiednią gotówkę, którą spakował do niewielkiej czarnej walizki. Będąc gotów, opuścił lokal i skierował się do opuszczonego portu, gdzie doszło do bezsłownej wymiany. Czarna walizka hajsu za broń oraz pancerz wspomagany, co brunetowi zdecydowanie się przyda. Całą tą zawartość skrył w schowku bagażnika jasnego jeepa, którym obecnie się poruszał, jako że jest to jego auto zastępcze, mniej zwracał na siebie uwagę. Po tej transakcji wrócił do domu Any i położył dwie walizki w salonie, którym kobieta z zaciekawieniem się przyglądała.
— Co to? — spytała wręczając mężczyźnie kubek z kawą.
— Broń pulsacyjna oraz pancerz wspomagany. — wyjaśnił upijając łyk ciepłego napoju — Dziwni ludzie są odporni na zwykłą broń, a prąd działa na nich idealnie, choć nie są robotami. — dodał zaraz.
— Mhm. A pancerze..? — zerknęła na bruneta.
— Dla nas, żeby móc dłużej wytrzymać. — rzekł spokojnie — Pod ubraniem jest niewidoczny i niewyczuwalny.
— Dobra, a skąd to masz? — spojrzała wprost na ciemnowłosego.
— Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. — powiedział ciepłym głosem i pstryknął kobietę w nos — Po za tym, nadal czujesz się na siłach, żeby ze mną iść? — spytał siadając na kanapie.

Ana?

3.10.2019

Od Any CD. Michaela

- No no no, nie spodziewałam się po tobie takiego wokalu - zaśmiałam się, szturchając Michaela łokciem pod żebra. Nie zdążyłam cofnąć ręki, nim mężczyzna złapał za nią i przyciągnął mnie do siebie. Wolną ręką poczochrał mi włosy w przyjacielskim geście. Krótkie kosmyki nastroszyły się we wszystkich kierunkach. A ja otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia.
- Cwaniara - zaśmiał się. - Nie tylko ty potrafisz śpiewać.
- Och, doprawdy? - wywinęłam się z jego uścisku, niby od niechcenia poprawiając włosy.  - A co powiesz na duet? - zaproponowałam. - Wydaje mi się, że jest tu taka opcja - sięgnęłam po telefon i zaczęłam przeglądać dostępne utwory. Po chwili znalazłam coś interesującego - Co powiesz na to? - zapytałam z uśmiechem, pokazując mężczyźnie ekran telefonu. Ten wzruszył ramionami i złapał za jeden z mikrofonów.
- Jak dla mnie spoko - wstał z kanapy, rzucając mi wyzywające spojrzenie. - Zobaczymy, kto lepiej śpiewa.
Parsknęłam cicho, włączając karaoke i także wstając.
- Obydwoje doskonale wiemy, jak się ten pojedynek skończy - zaśmiałam się, wbijając wzrok w tekst, który zaczął wyświetlać się na ekranie telewizora.
Jak było do przewidzenia, ostatecznie wygrałam ten pojedynek na głosy. Ale, jak wiadomo, nie wynik się liczył, a dobra zabawa. Obydwoje się rozluźniliśmy, a po kilku kolejnych piosenkach dopadło mnie zmęczenie. Że tak powiem - mój organizm w końcu uświadomił sobie, jak bardzo potrzebuje snu. Dość nagle i niespodziewanie.
Michael dopijał szampana ze swojego kieliszka, rozparty wygodnie na kanapie, gdy ja wyśpiewywałam ostatni wers kolejnej już piosenki. Ledwo wybrzmiała ostatnia nuta, opadłam ciężko na kanapę z westchnieniem. Złapałam swój kieliszek i wychyliłam z niego duszkiem resztkę alkoholu. Głowa zaczęła mi ciążyć, oparłam ją więc na ramieniu bruneta. Nieposłuszne kosmyki ściętych włosów momentalnie wpadły mi do oczu, które niemal natychmiast zamknęłam.
- Śpisz? - zapytał rozbawiony Mike, gładząc mnie po włosach.
- Yhym - mruknęłam w jego szyję. - Ładnie pachniesz - rzuciłam niewyraźnie po chwili ciszy. Nie usłyszałam już jednak jego odpowiedzi, o ile taka w ogóle padła, bo momentalnie zmógł mnie sen i odpłynęłam, z głową spoczywającą na jego ramieniu i nogami przerzuconymi przez oparcie kanapy.

Mike? ;p
Trochę krótkie, także sorka...

2.10.2019

Od Irene CD Gwynneth

  Rudowłosa odczuła sporą ulgę, kiedy to nieznajoma kobieta nie zareagowała negatywnie na jej wybryk. Odwzajemniła gest, jakim był delikatny i szczery uśmiech. Rumieńce zawstydzenia znikały powoli z jej zaczerwienionych policzków, kiedy to dziewczyna krótko skinęła głową na pożegnanie. Mocniej zacisnęła wątłe dłonie na rączce koszyka, obracając się powoli. Nie miała w planach demolować reszty produktów z półek sklepowych, toteż trzymała się środka alejki. Przed kasami rzuciła spojrzenie na skład własnych zakupów. Paczka gum do żucia, mrożone warzywa na patelnię, butelka wody i podpaski. Miała wszystko, czego potrzebowała.
  - Stoi pani w tej kolejce? - szturchnęła ją starsza kobieta, jednocześnie mierząc dziewczynę przenikliwym wzrokiem. Irene wybudziła się z chwilowego transu i bez odpowiedzi stanęła w dość długiej linii ludzi. Zza pleców dobiegł ją odgłos damskiego warknięcia, przez co lekko się skuliła. Wystawiła swoje produkty na taśmę sklepową i wraz z nimi przesuwała się do przodu. Uprzejmie przywitała się z młodą kasjerką, która leniwie sięgnęła po pierwszy przedmiot.
  - Kartą czy gotówką? - mruknęła znużona, spoglądając na pozostałe osoby w kolejce.
  - Gotówka -odparła rudowłosa i niemalże od razu podała odliczoną sumę. Sprawnym ruchem zgarnęła swoje produkty i wrzuciła je do wnętrza plecaka. Rzuciła spojrzenie na rachunek, upewniając się, czy wszystko zostało poprawnie naliczone. Zaraz po tym, opuściła market, a swe kroki skierowała w stronę przystanku autobusowego. Wystarczyła chwila, by mogła ujrzeć go, przecinającego pobliskie skrzyżowanie. Ruszyła biegiem w jego stronę i wsiadła jako ostatnia, nim dźwięk pikania oświadczył o ich zamknięciu. Rozejrzała się i przejechała spojrzeniem po pustych miejscach. Jej wzrok utknął na siedzeniu, które zajmowała poznana przez nią wcześniej pani. Irene uznała, iż warto byłoby zamienić z nią kilka słów. Nieznajoma sprawiała wrażenie miłej, a wynosząca najpewniej dziesięć lat różnica wieku, nie miała dla niej najmniejszego znaczenia. Rudowłosej o wiele łatwiej szło dogadywać się z bardziej dojrzałymi od siebie osobami. Zawsze mogła się od nich wiele nauczyć, stanowiły dla niej wzór do naśladowania. Powoli zbliżyła się do upatrzonego miejsca i przysiadła na nim. Teraz dopiero miała okazję przyjrzeć się kobiecie. Już przy regale sklepowym dostrzegła ich podobieństwo we wzroście. Z pewnością uwagę Irene zwróciły ciemnobrązowe włosy i oczy o tej samej barwie. Kobieta musiała odczuć na sobie cudzy wzrok, gdyś obróciła głowę w stronę rudowłosej. Dziewczyna zamarła na moment zawstydzona, ale delikatny uśmiech ze strony brunetki ją uspokoił.
  - Przepraszam, zapatrzyłam się - wykrztusiła z siebie, starając się ukryć kolejne tego dnia zmieszanie. 
   - Nic się nie dzieje - odparła spokojnie - Często podróżujesz tą linią autobusową? - zagadnęła uprzejmie. 
   - Nie bardzo. Preferuję bardziej przemieszczanie się rowerem, ale akurat dzisiaj nie miałam ochoty na dłuższą wyprawę - wytłumaczyła, wpatrując się w niewielką grupkę młodych osób, wchodzących do wnętrza pojazdu. Z dala mogła wyczuć od nich smród papierosów i alkoholu. Mimowolnie przekręciła oczami, wiedząc, jak bezmyślnie tracą życie i niszczą sobie zdrowie. - A ty? - spytała.
   - Zazwyczaj tak, korzystam ze środków komunikacji miejskiej, bądź zamawiam taksówkę. Jak widać, zdecydowałam się dzisiaj na gorszą opcję - oświadczyła. Rudowłosa zaśmiała się cicho. 
   - To może głupie, ale chyba lepiej będzie, jeśli się sobie przedstawimy - wyrzuciła niespodziewanie nastolatka. Zdała sobie sprawę, że ani razu nie użyła zwrotu "pani" wobec kobiety, co mogłoby zostać odebrane jako brak szacunku do starszych. Mimo to Irene w rozmowie z nią, nie odczuwała tej sporej różnicy wieku. - Nazywam się Irene Catherine Harvey - powiedziała cicho, aby zbyt dużo osób w autobusie tego nie usłyszało. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, iż podała drugie imię.
   - Gwynneth Hope Shelby - brunetka wyciągnęła w jej stronę rękę, toteż rudowłosa uścisnęła ją krótko. Nie wypytywała o szczegóły, po prostu zaingerowała w swobodną pogawędkę. 
   - Wspominałaś wcześniej, że masz psy - mruknęła. Zawsze planowała przygarnąć któregoś kundla ze schroniska, ale obecna sytuacja nie pozwalała jej na to. Cudem było, iż miała kota. 
   - Tak, dwa pudle duże. - odparła - Jestem uczulona na sierść, więc tylko taką rasę mogłam przygarnąć. 
   - Opowiedziałabyś o nich coś więcej? - zapytała. Spostrzegła, iż za około piętnaście minut, będzie jej przystanek. Poza tym nie wiedziała, gdzie wysiada jej towarzyszka. Przyjemna rozmowa pochłonęła ją aż nazbyt bardzo. 

Gwynneth?

Od Keitha CD Silasa

Jakby nie miał własnych problemów na głowie, praca jak zwykle postanowiła dać o sobie znać. Przeliczył się, myśląc, że chociaż tego dnia odpocznie sobie od tych wszystkich nadnaturalnych spraw, że będzie mógł się zrelaksować przed komputerem, grając w jakieś gry czy oglądając głupie filmiki z kotami i innymi psami. Ale nie.
Z tego powodu, nim się ruszył, westchnął cicho, po czym odstawił koszyk na podłogę, zapewne w przypływie świeżości umysłu. Od razu potem ruszył przed siebie, przez co zakupy w jego kieszeni wypadły na podłogę. Keith zignorował je, skupiając się bardziej na walczących. Miał niemały dylemat. Podświadomie wiedział, że oboje nie są w pełni ludźmi. Tak podpowiadał mu instynkt, zwany dalej szóstym zmysłem. Nie był jednak pewien, który z nich zaczął. A taka wiedza by się przydała, jeśli ma zamiar zaraz zacząć szastać zaklęciami na lewo i prawo. No właśnie. Zaklęcia..
Montroce cofnął się delikatnie, wracając między półki. Obejrzał się przez ramię. Ludzie.
Część z nich wyszła już pospiesznie ze sklepu, kiedy tylko usłyszeli odgłos walki. Część z nich, w tym pracownik sklepu, schowali się za ladą czy zamrażarkami. Ciemnowłosy zacisnął dłonie w pięści, po czym, po krótkim namyśle, skierował się w stronę ludzi.
— Na co wy jeszcze czekacie? Uciekajcie — Młodzieniec wskazał w stronę drzwi. Gdy nie zauważył żadnej reakcji, chwycił starszego mężczyznę najbliżej siebie za ramię i podciągnął go do góry — Już! Tu nie jest bezpiecznie dla żadnego z was!
Odwrócił się w stronę walczących dopiero w chwili, gdy większość chowających się osób zaczęła wstawać i biec ku wyjściu. Wydobył spod bluzy sztylet, jaki nosił na łańcuszku na swej szyi. Pospiesznie ściągnął z ostrza rzemyki, chroniące Keitha przed ostrymi krawędziami, po czym obrócił go w dłoni tak, aby móc jak najszybciej zadać odgórny cios, jeśli nadejdzie taka potrzeba. W międzyczasie rozgniótł w kieszeni niewielką, zieloną kulkę. Dym w podobnym odcieniu uniósł się ku górze, aby później zniknąć z cichym sykiem. Nie mając zbyt wielkich możliwości, łowca rzucił się w stronę istoty, która przygniatała tajemniczego nieznajomego. Dopiero gdy już doskakiwał w jej stronę, zorientował się, iż wybił się zbyt wcześnie. Mimo to wyprostował swe ciało, chcąc trafić przeciwnika gdziekolwiek był w stanie. Ten, wzięty z zaskoczenia, nie zdążył uniknąć ataku, przez co sztylet rozciął jego skórę. Nieprzyjemny zapach skwierczącej skóry dotarł do nosa leżącego teraz Keitha. Po połączeniu faktów z własną wiedzą, wykluczył sporą część nadnaturalnych stworzeń, jednak nadal nie był w stanie określić, czym przeciwnik był. Stworzenie syknęło cicho z bólu, po czym spojrzało wzrokiem godnym drapieżnika na kamaelitę i jego położenie. Złośliwy uśmiech rozświetlił jego twarz, gdy zamachnął się, aby kopnąć leżącego. Montroce był gotowy na ten atak, więc od razu przewrócił się na bok, pozwalając sobie na kolejny zamach, tym razem wycelowany w ścięgno na nodze atakującego. Przeszkodził mu w tym atak nieznajomego, jaki przyciągnął nogi do siebie i, leżąc nadal na mrożonkach, kopnął ich wspólnego wroga (na to bynajmniej zdaniem Keitha wychodziło) w bok. Ciemnowłosy podniósł się z podłogi i wtedy dostrzegł dwa kły, jakie mężczyzna szczerzył w pierwotnym odruchu, mającym przerazić przeciwników. Wampir. To znacząco podniosło szanse łowcy, który to nie raz już walczył z tego typu stworzeniami. Uśmiechnął się delikatnie. Takie krótkie rozproszenie wystarczyło, aby istota uderzyła go całą swą nieśmiertelną siłą w pierś, posyłając młodzieńca prosto na stoisko z warzywami. Brunet jęknął cicho, zmuszając swe ciało do znacznego wysiłku, aby być w stanie w ogóle wstać ze zmiażdżonych jarzyn.
Vinculum!
Keith obejrzał się na źródło głosu, którym okazała się drobna kobietka, stojąca w lekkim rozkroku przy drzwiach do sklepu. W jej dłoni znajdowała się długa, drewniana różdżka, z której wydobyła się zielonkawa energia. Młodzieniec szybko odskoczył na bok, lądując jednak na niestabilnej półce, która runęła z okropnym hukiem. No cóż. Będzie musiał stąd wyjść później jak najszybciej, aby nie zostać pociągniętym do zapłacenia za to..
Z ziemi wyrosły jasne pnącza, które oplotły nogi wampira. Czarodziejka zerknęła szybko na przyjaciela. Gdy ten skinął głową, tuż przed tym, jak schylił się po leżące na podłodze szczypce do grilla, kobieta wycelowała różdżkę w podnoszącego się z lodówki osobnika.
Ignis.. Ignis Vincula! — Tym razem płomienie w postaci długiego łańcucha opuściły różdżkę. Nieznajomy, wiedząc, co się wydarzy, przetoczył się przed urządzenie na drugą stronę, wprost na porozrzucany chleb. Ogień jednak zdawał się być magicznie przywiązany do jego osoby, więc szybko oplótł jego ciało, zmuszając dyszącego, nieco gdzieniegdzie rannego mężczyznę, do zatrzymania się. Na jego szczęście, nie był w stanie zobaczyć, jak Keith wbija drewnianą rączkę szczypiec w pierś wampira. Wrzask nadnaturalnego rozszedł się po wnętrzu, aby po chwili ucichnąć, gdy spadł jako nadal popiół na kafelki. Kobieta dopiero wtedy opuściła różdżkę, po czym podbiegła do łowcy, obejmując go za szyję. Ten odruchowo zrobił to samo.
— Już dobrze, Andrea.. Już dobrze.. — szepnął, wtulając twarz w jej włosy. Serce Montroce'a miotało się w mu w piersi, dlatego dopiero po chwili był w stanie puścić kobietę. Prawie od razu jednak się zachwiał, przez co szybko złapał czarodziejkę za rękę. Jego wzrok powędrował natomiast w stronę przyczyny całego zamieszania.

Silas?
----
Opis walki pisany przy pomocy kostki d20 - przebieg losowy.

Od Liama CD. Kangsoo

- Jak dla mnie spoko - uśmiechnąłem się do Azjaty, składając nasze talerze jeden na drugi. Wstałem, by odnieść je do kuchni, a Kangsoo podążył za mną z kubkami. Gdy mijałem Mię, stojącą za ladą, nachyliłem się, by złożyć na jej policzku szybki pocałunek.
- Dzięki - uśmiechnąłem się do niej. Odpowiedziała tym samym, patrząc na mnie cielęcym wzrokiem.
- Nie ma za co - odpowiedziała cicho.
Urocza jak zawsze.
- Zabieramy Archera - rzuciłem jeszcze, gdy kierowaliśmy się do wyjścia. - Polecenie Any.
- Oczywiście - dziewczyna uśmiechnęła się, nachylając się nad ladą i opierając na niej przedramiona. - Miłego popołudnia - dodała, uśmiechając się do nas uroczo.
- I wzajemnie - rzuciłem przez ramię, łapiąc za specjalny uchwyt przy szelkach wilczaka. Wyszliśmy z Kangsoo przed kawiarnię, odprowadzani kilkoma zaciekawionymi spojrzeniami pozostałych klientów. Ja zawsze wzbudzałem zainteresowanie, zwykle z uwagi na nieprzeciętny wzrost, Koreańczyk natomiast... cóż. Odniosłem wrażenie, że nie tylko moją uwagę przykuł ten jego pierścień.
Dziwne.
- Wezmę z samochodu smycz i kilka smakołyków dla niego - poinformowałem kolegę, ruszając we wspomnianym kierunku. - Może da się przekupić za jedzenie - mrugnąłem do mężczyzny porozumiewawczo.
Wyciągnąłem z trucka potrzebne rzeczy, przypiąłem jedną smycz do szelek wilczaka, a drugą do obroży. Ana może i panowała nad nim jedynie zahaczając palcem o uchwyt przy szelkach albo łapiąc gęstą sierść na jego szyi, ale ja potrzebowałem do prowadzenia go nieco większej siły perswazji. Archer może i mnie lubił, ale zdecydowanie nie słuchał, dlatego gdy postanawiał coś odwalić na spacerze ze mną, nawet nadludzka siła na niewiele się zdawała. Stąd dodatkowe zabezpieczenie w postaci drugiej smyczy.
Udaliśmy się do pobliskiego parku, chwilę pospacerowaliśmy, Kangsoo smakołykami próbował przekupić wilczaka, co udało mu się do tego stopnia, że pies dał mu się pogłaskać. Chociaż obydwoje widzieliśmy ostrożność w jego oczach, gdy Azjata nadto się do niego zbliżał. Ale i tak szło mu lepiej, niż Lunie.
Trwarda sztuka z tej mojej suczki.
Po godzinie nadszedł czas, by wrócić do domu. To znaczy - żeby odwieźć Kangsoo do domu, na mnie czekała jeszcze zmiana w sklepie. Wpuściłem Archera na tylne siedzenie Marcedesa, zastanawiając się, co będzie lepszą opcją - zabrać go do sklepu, czy zawieźć wcześniej do mojego mieszkania. Po chwili doszedłem do wniosku, że lepiej nie ryzykować zdemolowania mieszkania przez dwa wariujące psy, a szef raczej nie będzie miał nic przeciwko obecności psa w sklepie.
- Dziękuję za podwiezienie - zwrócił się do mnie Kangsoo, gdy zaparkowałem pod jego blokiem.
- Nie ma sprawy i zawsze do usłóg - odpowiedziałem z uśmiechem. - Do zobaczenia! - dorzuciłem, gdy za Azjatą zamykały się drzwi.
Byłem już prawie pod sklepem, kiedy Archer przeskoczył między siedzeniami, lądując na fotelu pasażera. Zaraz zanurkował głową ku podłodze, jakby wywąchał tam coś ciekawego.
Kilka sekund później, usłyszawszy chrupanie, zrozumiałem, o co chodziło.
Ciastka dla papugi Kangsoo.
- Archer, zostaw! - spojrzałem na psa spanikowany, sięgając jedną ręką do jego obroży, drugą nadal trzymałem kierownicę. Prawie wjechałem w stający przede mną na światłach samochód. Cholerny, żarłoczny wilk.
W końcu, ze zrezygnowanym warknięciem, wypuścił swoją zdobycz, jednak zdążył już wciągnąć połowę zawartości paczki.
Westchnąłem ciężko, zostawiając ciastka tam, gdzie zostawił je Kangsoo. Wygląda na to, że będę musiał odkupić dla niego te ciastka. I podwieźć do domu.
Spojrzałem na nazwę firmy na opakowaniu. Kojarzyłem ją, ale nie byłem pewny, czy mamy ją w naszym sklepie. Zastukałem palcami o kierownicę. Dobra. Tak czy tak muszę pojechać do sklepu. Rzuciłem okiem na zegarek. Zostało 15 minut do mojej zmiany.
Uznałem, że po pracy zajmę się tymi ciastkami. I jutro z samego rana zawiozę je Kangsoo.

Kangsoo?
Porażka jakaś, wiem, przepraszam, ale wena nie współpracuje xd

Od Michaela CD Any

    Gdy kobieta przyjęła przeprosiny, a następnie zgodziła się pomóc brunetowi, ten poczuł lekką ulgę, ale też zaraz zdenerwowanie. Mimo wszystko martwił się o Ane i jeśli coś poważnego się jej stanie, mężczyzna nie wybaczy sobie tego do końca życia. Czemu akurat ją chce zaciągnąć do tej akcji? Zawsze mógł zagadać też do Leny czy kruków, którzy na pewno zgodziliby się pomóc. Wiele myśli na sekundę, które zostały przerwane przez propozycję przyjaciółki, która stwierdziła, że brunet może zostać u niej na noc. Trochę był zaskoczony tym zwrotem akcji, lecz nie zaprzeczył, gdy blondynką wyjęła dwa kieliszki z szafki.
— Przez dwa tygodnie nie miałem niczego mocnego do picia, a reset się przyda. — rzekł ciemnowłosy, po czym pozbył się skórzanej kurtki oraz ciemnych butów, które odstawił w odpowiednie miejsce.
— Ale też nie można przesadzić. — rzuciła z salonu rozbawiona Ana.
— O to się nie martw. — odparł z uśmiechem, siadając na kanapie obok blondynki.
Po otwarciu trunku oraz nalaniu go do kieliszków, między parą przyjaciół zaczęła się luźniejsza rozmowa, jakby nic wcześniej się złego nie stało. Mimo otaczającego ich spokoju, brunet czuł lekkie napięcie w sobie, spowodowane zwiększoną aktywnością Corsona, demona w nim żyjącego, gdyż w końcu ten ma bardziej rozwinięty umysł niż wcześniej, a świadczyła o tym zdolność mowy ludzkim językiem. Szybko jednak przestał myśleć o rogatym i zerknął na kobietę, która z ekscytacją przedstawiła swoją propozycję.
— Karaoke? Wyobrażasz sobie mnie i karaoke? — zaśmiał się ciemnowłosy i upił łyk alkoholu.
— No oczywiście. — klepnęła go w ramie — Każdy ma w sobie ukryty talent. — dodała zaraz.
,,Ja mam talent do niszczenia ludzkiego życia" pomyślał i lekko westchnął, wracając spojrzeniem na towarzyszkę.
— Niech Ci będzie. — zgodził się — Ale Ty zaczniesz. — dodał zaraz z cichym śmiechem.
Kobieta krótko przytaknęła i niczym torpeda ruszyła po odpowiedni sprzęt oraz telefon. W tym czasie brunet odsunął stolik dzielący kanapę od telewizora, żeby było więcej swobody podczas zabawy. Gdy blondynka wróciła z dwoma mikrofonami oraz płytą, od razu uruchomiła sprzęt i wskazała na urządzenie mobilne, gdzie ukazała się lista utworów.
— To może ja Ci coś wybiorę.. — rzucił brunet i sięgnął po telefon. — Coś trudnego. — mruknął pod nosem i zerknął na przyjaciółkę, która zmierzyła go morderczym spojrzeniem.
— Odwdzięczę Ci się tym samym. — uśmiechnęła się i zerknęła na ekran telewizora, gdzie pojawił się tytuł utworu. — Może być. — dodała i sięgnęła za mikrofon.
Mike usiadł wygodnie w kanapie i wsłuchał się w pierwsze dźwięki melodii, lecz gdy Ana zaczęła śpiewać, na jego twarzy pojawiło się wielkie "wow", a następnie uśmiech, którego nie zamierzał skryć. Bujał się do rytmu i wręcz chłonął obecny utwór, a szczególnie głos przyjaciółki, który idealnie pasował do melodii. Zaraz pojawił się także psi towarzysz, który siadł niedaleko blondynki i obserwował ją, czasami zerkając na bruneta. W międzyczasie licznik nabijał tysięczne już punkty, co spowodowało, że złota gwiazda mrugnęła w górnej części ekranu, oznaczając tym, że Ana przebiła się do głównego rankingu gry. Szybko jednak piosenka dobiegła końca lub też czas tak szybko zleciał i gdyby mógł, Mike raz jeszcze przesłuchałby utworu.
— No powiem Ci.. — zaczął i wyprostował się w siadzie — Jestem zaskoczony tą piękną barwą głosu. — dodał ze szczerym uśmiechem. ,,Byłaby szkoda, gdyby ktoś ten głos Ci zdarł.." szepnął Corson w umyśle bruneta, lecz szybko zignorował jego słowa rzucając je w niepamięć.
— Uwielbiam karaoke. — rzekła zadowolona, po czym sięgnęła za telefon. — Czas.. na.. Ciebie.. — mruczała przewijając listę.
— Tylko wiesz, ja nie śpiewam za często.. Chyba, że całkiem po pijaku na jakimś weselu. — powiedział żartobliwie.
— Dasz radę. — zapewniła go i kliknęła w piosenkę. — W sumie tego nie znam.. — dodała zaraz.
— Ana.. Ja tym bardziej. — zaśmiał się — Ale jak szaleć to szaleć. — upił prawie połowę kieliszka i odstawił go na stolik obok, po czym wstał i sięgnął za mikrofon.
Jako, że ciemnowłosy dużo gra na gitarze, zdarza mu się także nucić różne melodie, co pozwoliło mu choć trochę wyrobić głos, lecz do ideału mu dużo brakuje. Mimo tego, skupił się na obecnej czynności, wydobywając ze swoich ust ciepły ton, natomiast licznik punktów zaczął wariować od dobrej wysokości głosu. To też nie mogło trwać wiecznie i gdy muzyka dobiegła końca, a ekran ukazał dość dużą ilość punktów, brunet mógł spokojnie odetchnąć, po czym rozbawiony siadł obok blondynki.

Ana? xd

1.10.2019

Od Any CD. Michaela

- Aha - odparłam, opierając się biodrem o blat obok bruneta, zakładając ręce na piersi. - Poczekaj, muszę się upewnić, że dobrze zrozumiałam - przywołałam na twarz podejrzanie promienny uśmiech i wbiłam wzrok w Mike'a. Chyba podświadomie wyczuł, że coś jest nie halo, bo odruchowo zgarbił nieco ramiona, rzucając mi ukradkowe spojrzenie kątem oka. - Zaczynając od sytuacji mniej istotnej, bo w sumie częściowo rozumem twoje postępowanie: rzuciliście się na siebie z moim bratem. Co prawie doprowadziło do śmierci Liama, a mnie zostawiło z paskudną raną na potylicy i podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. Późniejsze wydarzenia, rozumiem, nie miały miejsca z twojej winy, niemniej jednak pośrednio właśnie przez ciebie zostałam zmuszona do radykalnej zmiany fryzury - co prawda włosów było mi najmniej szkoda w całej tej sytuacji, w końcu odrosną, ale jednak to włosy. Dla kobiety (a przynajmniej dla mnie) rzecz święta.
- Przepraszałem - mruknął brunet, jeszcze bardziej kuląc ramiona. Skrucha jednak na tę chwilę niewiele mu mogła pomóc.
- A ja przeprosiny przyjęłam - zauważyłam słodkim głosem. Podejrzanie zbyt słodkim. - Ale słowem nie wspomniałam, że wybaczyłam - uroczy uśmiech, w miarę wypowiadania przeze mnie tych słów, zmieniał się w złowieszczy. Co Mike zauważył i, może nieco wbrew samemu sobie, przełknął ciężko ślinę. Odepchnął się od blatu i stanął prosto, tak że dzielił nas jedynie jeden krok. - Bo chwilowo jestem nieźle wkurwiona. Dodatkowo zmęczona, bo nie mogłam zmrużyć oka przez to, że zniknąłeś. Na. Cholerne. Dwa. Tygodnie - każde słowo podkreśliłam dźgnięciem przyjaciela centralnie w mostek. - I nawet nie wpadłeś na pomysł, żeby dać mi jakikolwiek znak, że żyjesz.
- Ana... - próbował coś powiedzieć, ale mu niepozwoliłam.
- A teraz pytasz mnie, czy ci pomogę. Co więcej, sądząc po twojej minie z początku naszej rozmowy, jesteś całkowicie pewny, że się zgodzę - prychnęłam, rzucając mu spojrzenie spode łba. - Dlatego oczywistym jest, że moja odpowiedź będzie brzmiała... - zawiesiłam głos, by zaraz dokończyć - jasne, że ci pomogę - uśmiechnęłam się, teraz już tak naprawdę, nieco zmęczonym uśmiechem. Bo mi na tobie zależy, dodałam, ale darowałam sobie mówienie tego na głos. Nie jestem ckliwą idiotką. - Ale już nie dzisiaj, bo jedyne, o czym teraz marzę, to pójść spać - na potwierdzenie moich słów, ziewnęłam rozdzierająco. - Naprawdę kiepsko spałam od tej akcji w domu czarnoksiężnika.
Brunet skinął powoli głową, a na jego przystojną twarz powrócił uśmiech. Już chciał się odwrócić, prawdopodobnie by wyjść, ale zaproponowałam, zanim zdążył zrobić choć krok w stronę drzwi.
- Możesz zostać, jeśli chcesz - gdy powrócił do mnie lekko zdziwionym spojrzeniem, wzruszyłam ramionami. - Będziemy mogli zacząć przygotowywania od rana. A teraz - uciekłam wzrokiem do prezentu, który dla mnie przyniósł - ktoś mi musi pomóc z tym szampanem.
- Myślałem, że jesteś zmęczona - zapytał z figlarnym błyskiem w oku.
- Alkohol podobno dobrze działa na sen - uśmiechnęłam się jednym tylko kącikiem ust, sięgając do szafki po kieliszki.

Mike? ;p

Od Michaela CD Natalie

   Gdy kobieta uciekła do pomieszczenia sypialnianego, brunet od razu podążył za nią, głównie dla tego, że ta posiadała butelkę alkoholu, na którą mężczyzna miał ochotę. Spokojnie otworzył drzwi i wszedł do środka sypialni, gdzie nastał Nat na łóżku oraz butelkę alkoholu.
— Nat, nie ładnie tak. — powiedział brunet ciepłym tonem i zamknął za sobą drzwi, na "klucz". — Będziesz za to ukarana. — dodał zbliżając się do łóżka.
— Ah tak? — zerknęła na bruneta. — W jaki sposób? — spytała z zadziornym uśmiechem.
Mężczyzna podszedł do łóżka i chwycił kobietę za nogi, po czym przysunął ją do siebie tak, że ta leżała na brzuchu, przez co ta miała ograniczone ruchy. Następnie brunet podniósł dłoń i szybkim, lecz delikatnych, ruchem klepnął blondynkę w pośladek, przez co ta cicho pisnęła.
— A teraz możesz oddać butelkę. — mruknął demon i chwycił za alkohol, którego zaraz upił kilka łyków z gwinta.
— Mike. — warknęła cicho kobieta, która już mierzyła mordercze spojrzenie w kierunku przyjaciela.
— Hm? — spojrzał na nią odrywając butelkę od ust. — Sama zaczęłaś. — dodał po połknięciu cieczy.
— Oddaj.. — jęknęła, po czym wstała z łóżka i skierowała się do bruneta.
— Trzymaj. — wyciągnął butelkę w jej kierunku, lecz gdy ta chciała zabrać alkohol, ten schował się w cieniu.
To spowodowało, że Nat jeszcze bardziej się zirytowała, a może to było poznać po jej ciężkim westchnięciu i licznych wyzwiskach w kierunku demona. Ten jednak się nie spodziewał, że kobieta włączy pełne światło na pomieszczenie, co spowoduje, że wszelki cień zniknie, przez co brunet z bólem pojawił się przy szafce, o którą zaraz się oparł i osunął.
— Czy Ty jesteś normalna? — rzucił zirytowany demon. — Mówiłem, żebyś tego nie robiła.
— Ja też coś mówiłam. — rzekła zadowolona i podeszła do bruneta w celu zabrania butelki.
Złość szybko poszła w niepamięć i gdy blondynka była zaraz obok mężczyzny, ten chwycił ją za uda zaraz nad kolanem i przyciągnął do siebie, przez to za siadła okrakiem na jego nogach. Zadowolona chwyciła za butelkę alkoholu i triumfalnie upiła kilka łyków, z czego jedna kropla trunku spłynęła po jej brodzie i wylądowała na szyi, lecz brunet od razu się tym zajął, składając delikatny pocałunek w tym miejscu. Gdy kobieta odstawiła alkohol na bok, dłonie ciemnowłosego powędrowały pod jej koszulkę, a pocałunki przeszły z szyi na dekolt, co powodowało delikatny śmiech blondynki. Siedzenie na podłodze nie było jednak najwygodniejsze, a szczególnie opieranie się drewnianą szafę, więc po chwili brunet wstał, jednocześnie podnosząc kobietę ze sobą, po czym udał się na łóżko, gdzie odłożył żywe zwłoki przyjaciółki.
— Czekaj.. — mruknęła delikatnie odpychając bruneta od siebie. — Gdzie butelka..?
— Nat.. wypiłaś całą. — odpowiedział z cichym śmiechem.
— Nie, kłamiesz. — odepchnęła całkowicie mężczyznę od siebie, po czym wstała i podeszła do butelki alkoholu.
Brunet cicho westchnął i siadł na łóżku, na którym zaraz się położył. Podparł głowę rękoma i wpatrywał się w sufit sypialni, śmiejąc się w duchu z przyjaciółki.
— Alkoholik.. — mruknął ciemnowłosy w celu zaczepienia kobiety. — Większy alkoholik ode mnie. — dodał z westchnięciem.

Natalie? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Szablon
synestezja
panda graphics