Uśmiechnąłem się smutno, na ostatnie słowa Kangsoo. Tak, miał przesrane. Życie w ciągłym strachu, ryzyku całkowitego zniewolenia na każdym kroku... Nie zazdroszczę mu takiego życia. Nikt by nie zazdrościł.
- Cóż... - mruknąłem, dopijając resztę piwa. - Jedyne, co możesz zrobić, to nie myśleć o tym za dużo. A przynajmniej ja nie widzę innego wyjścia - westchnąłem, wstając i, obszedłszy stół, położyłem rękę na głowie przyjaciela, by delikatnie poczochrać go po włosach. - I wiesz co? - uśmiechnąłem się promiennie. - Chętnie ci z tym pomogę.
Kangsoo popatrzył na mnie niepewnie.
- W sumie jeszcze nie wymyśliłem, jak to zrobię, ale jestem całkiem dobry w improwizowaniu - uśmiechnąłem się przebiegle, sięgając do kieszeni po kluczyki do samochodu i zaczynając kręcić nimi na palcu. - Robisz coś jutro?
Mężczyzna powoli pokręcił głową, nadal z niepewnym wyrazem twarzy.
- Super - uśmiechnąłem się promiennie, ruchem głowy wskazując drzwi wyjściowe. Koreańczyk posłusznie wstał i ruszył za mną na zewnątrz, na parking, żeby z powrotem wsiąść do samochodu i, tym razem na pewno, wrócić do domu. - Przyjadę po ciebie po pracy.
- Po co? - zapytał podejrzliwym tonem.
W sumie nie miałem jakiegoś konkretnie ukształtowanego planu. Jedynie zarys. Jak najlepiej zapomnieć o czymś nieprzyjemnym? Zrobić coś głupiego. Niebezpiecznego... Kangsoo nie był typem ryzykanta, ale dlaczego by nie spróbować? Jak życie daje ci kopa możesz mu oddać, albo pokazać środkowy palec i mieć wywalone. Preferowałem ten drugi sposób. Zwykle okazywał się prostrzy. I przyjemniejszy.
- Zrobimy coś szalonego - uśmiechnąłem się promiennie, naciskając przycisk otwierania przy kluczyku do samochodu. Truck, zaparkowany niemal przy samym wyjściu, wydał z siebie charakterystyczne kliknięcie, a my mogliśmy do niego wsiąść.
- Liam, nie wiem, czy to jest... - zaczął Kangsoo zaniepokojony, ale nie dałem mu dokończyć, przytłaczając go moim pozytywnym nastawieniem do tego pomysłu. Im bardziej konkretny plan rysował się w mojej głowie, tym bardziej byłem na niego nakręcony. Musiałem jeszcze tylko poprosić siostrę o zgodę, ale wątpiłem, by miała coś przeciwko.
- To jest bardzo dobry pomysł - rzuciłem, pełen entuzjazmu. - Spróbujesz czegoś nowego, może przełamiesz jakieś swoje strachy... Albo może okaże się, że to, co chcę zaproponować, nie jest ci wcale obce...
- A co chcesz mi zaproponować? - Kangsoo widocznie był zdezorientowany moim nagłym wybuchem ekscytacji i ogólnego dobrego nastroju. No cóż, nikt nie mówił, że jestem w pełni obliczalny.
- Zobaczysz jutro - rzuciłem z zagadkowym uśmiechem. Usadowiłem się na fotelu kierowcy, zapiąłem pasy i uruchomiłem silnik.
- Mmm... - mruknął mój przyjaciel, zerkając na mnie kątem oka i także zapinając pasy. - Nie chcesz, żebym się wystraszył i ci odmówił, tak?
- Gdzie tam - uśmiechnąłem się przebiegle. - Po prostu chcę, żeby to była niespodzianka. Generalnie nie masz się czego bać, jestem pewny, że ci się spodoba.
~•~
Oczywiście w rzeczywistości wszystko miało rozstrzygnąć się nastęonego dnia. Ana, na moją prośbę użyczenia nam jej konia, wzruszyła jedynie ramionami i powiedziała, że i tak nie mogłaby do niego wpaść tego dnia, a tak to się przynajmniej porusza. Nic więcej nie było mi potrzebne.
Nastęonego dnia po pracy wróciłem do mieszkania przebrać się, nakarmić zwierzaki i zabrać Lunę. Nadal niezbyt przyjaźnie reagowała na Kangsoo, ale nie rzucała się już na niego. A suczce dobrze zrobi odrobina dodatkowego ruchu.
Gdy kilkanaście minut później zgarnęliśmy już Kangsoo i kierowaliśmy się do stajni, włączyłem w radiu jakaś stację country. Nie, zwykle nie słuchałem tego typu muzyki. Ale chciałem dać Kangsoo być jakąś wskazówkę... Poza tym miałem naprawdę dobry humor, a przy country naprawdę przyjemnie się prowadzi. Szczególnie jadąc obrzeżami Seattle, w kierunku rozległych pól i pastwisk stadniny, gdzie Ana trzymała Charliego.
- Powinienem się bać? - zapytał niepewnie Kangsoo, gdy zacząłem stukać palcami o kierownicę i nucić melodię znanej piosenki, której pierwsze nuty właśnie wybrzmiały.
- O co? - zapytałem zdziwiony.
- O twoje samopoczucie...
Zaśmiałem się szczerze i szturchnąłem przyjaciela w ramię.
- Po prostu jestem zadowolony.
- I nadal upierasz się nie mówić mi, gdzie jedziemy? - drążył mężczyzna, rzucając zaciekawione spojrzenie na Lunę, która od początku jazdy ani razu w żaden sposób nie zareagowała na obecność dodatkowego psażera samochodu. Zachęcony tym, Kangsoo wyciągnął rękę, żeby ją pogłaskać... ale nim doszło do konfrontacji, złapałem chłopaka za przegub.
- Daj jej jeszcze czas - poprosiłem, uśmiechając się lekko. - Chcę mieć pewność, że nie stracisz palców, jak ją pogłaszczesz.
Mężczyzna posłusznie cofnął dłoń.
- To gdzie jedziemy? - zapytał po raz kolejny. Pokręciłem z niedowierzaniem głową. Uparte to to...
- Zobaczysz, jak dojedziemy - rzuciłem, znowu rozbawionym tonem i podgłośniłem radio, żeby móc chociaż udawać, że nie słyszę jego kolejnych pytań o cel naszej destynacji.
~•~
Gdy zajechaliśmy na parking przed stajnią widziałem, jak Kangsoo wędruje wzrokiem między mną a otoczeniem. Widocznie pytając mnie wzrokiem, co to wszystko ma znaczyć.
Zaparkowałem i zgasiłem silnik, wygrzebałem kluczyki do siodlarni prywatnej, które zabrałem siostrze, po czym wysiadłem z samochodu i wypuściłem Lunę.
- Moja siostra ma konia. Ogiera andaluzyjskiego, trochę narwanego, ale generalnie bardzo kontaktowego i chętnego do współpracy z człowiekiem... - nie wiedziałem do końca, co mówię, ale tak zawsze okreslała Charliego Ana, uznałem więc, że wie, o czym mówi. Sam miałem okazję kilka razy przejechać się na nim, ale zawsze pod okiem siostry. Miałem nadzieję, że pod nieobecność kochanej właścicielki będzie tak samo potulny, jak był przy niej. Nie chciałem mieć Kangsoo na sumieniu. - W każdym razie, Ana pozwoliła nam dzisiaj na nim pojeździć. A w zasadzie to tobie - uśmiechnąłem się przebiegle. - Będziemy musieli pójść po niego na padoki. Stąd Luna - wskazałem ruchem głowy suczkę, która biegała w kółko, merdając wesoło ogonem i obwąchując otoczenie. - Przegoni nam go, żebyśny nie musieli za nim biegać. A w każdym razie taki jest plan - wzruszyłem ramionami, uśmiechając się do przyjaciela promiennie.
Kangsoo?
18.02.2020
17.02.2020
Od Michaela CD Any
Po akcji ze smokiem na sali gimnastycznej, Michael zaczął rozmyślać
nad uspokojeniem smoczego genu przyjaciółki, która w chwili obecnej
stwarzała duże zagrożenie nie tylko dla siebie, ale również dla miasta.
Sopportare tylko czeka na ten dzień, kiedy to Ana wyrządzi na tyle duże
szkody, by ci mogli ją zamknąć lub też zabić, co jest dosyć możliwe.
Jednakże brunet wolał nie myśleć o tej ostatni opcji i wrócił do
smoczego genu, o którym zaczął czytać, gdy tylko wrócił do swojego
mieszkania. Owszem, Crowley uczy kontrolowania nadludzkich zdolności,
lecz rzadko przebywał ze skrzydlatymi gadami, by teraz od tak poradzić
sobie z przyjaciółką.
Mężczyzna na czytaniu spędził całe popołudnie, lecz udało mu się wyciągnąć kilka ważnych informacji, takie jak zachowanie spokoju czy wymazanie z pamięci nieprzyjemnych sytuacji. Krótko mówiąc, po blancie wszystko się unormuje, a przynajmniej tak pomyślał ciemnowłosy.
Gdy słońce zaszło, a na niebie zawitał jasny księżyc, bruneta męczyła bezsenność, która po wypadku zdarza się dosyć często. Przewracał się z jednego boku na drugi, wyklinając w myślach dzień, w którym to wszystko się stało. Z drugiej strony czuł się dziwnie. Ogarnął go niepokój, a jego myśli były przepełnione treścią o smoczym genie, jakby szukał informacji, choć nie wiedział jakiej. Mężczyzna powoli podniósł się do siadu, spojrzał na zegarek, który pokazywał czwartą nad ranem, po czym skierował swój wzrok na okno. Cicho westchnął i nie czując się sennym, wstał z łóżka i zbliżył się do obserwowanego obiektu, odsłonił roletę i wbił spojrzenie w budzące się miasto. Coś jest nie tak.. myślał, wyszukując czegokolwiek za kawałkiem szkła, jakby to właśnie tam była jego odpowiedź. Dla uspokojenia tysięcy myśli, otworzył okno, od razu łapiąc miejskie powietrze, ale również zapach lasu, co w tym miejscu nie jest normalne. Zmarszczył czoło w zdziwieniu i raz jeszcze wciągnął miejskie opary, lecz i tym razem dało się wyczuć leśny powiew. Wnet do jego uszu dobiegł znajomy smoczy ryk, który oczywiście należał do Any. To wtedy mężczyzna zrozumiał zapach lasu między miejskimi wieżowcami i nie czekając dłużej, ubrał na siebie długie spodnie oraz koszulkę, a po założeniu butów, chwycił za skórzaną kurtkę i opuścił mieszkanie. Dokończył ubieranie się w biegu, udając się na dach wieżowca. Tam rozejrzał się dookoła, a gdy zlokalizował posiadłość przyjaciółki, rozłożył swoje demoniczne skrzydła i z rozpędu wzbił się w powietrze. Uniósł się na tyle wysoko, by ludzkie oko nie zauważyło jego osoby, czego raczej chciałby uniknąć.
Po wylądowaniu przed domem przyjaciółki, Michael zauważył uchylone drzwi, do który od razu podbiegł i wszedł do środka posiadłości. Przeszukał każde z pokoi, nawołując przy tym blondwłosą wariatkę, jednakże jej już tutaj nie było. Został jedynie Archer, który podszedł do zaniepokojonego bruneta i tyknął go nosem po nodze.
— Cześć mały.. — mruknął cicho i pogładził czworonoga po głowie — Gdzie Twoja pani, co? — kucnął, drapiąc wilczura po szyi.
Oczywiście pies nie odpowie co do słowa, lecz chyba zrozumiał pytanie, gdyż podreptał do jej pokoju i wyciągnął jakąś jej koszulkę, którą podał ciemnowłosemu. Ten ostrożnie ją chwycił, zwinął i raz jeszcze przyłożył do nosa Archera.
— Dasz radę, Archer. — powiedział spokojnie — Szukaj swojej pani. — dodał, a pies niczym rakieta, wybiegł z posiadłości jasnowłosej.
Crowley ruszył biegiem za wilczurem, który wbiegł w las, utrzymując trop Any, która w tej chwili może być wszędzie. W międzyczasie mężczyzna nasłuchiwał otoczenia, gdyż jeśli doszło do przemiany, będzie w stanie usłyszeć jej warczenie lub też poruszenie się lotem czy pieszo.
Gdy Archer zatrzymał się na środku polany, otoczonej gęstym lasem, Michael rozejrzał się dookoła i cicho westchnął, gdy poczuł na sobie smutne spojrzenie psa. W tym miejscu trop się urwał, a w powietrzu nie było czuć jakiegokolwiek zapachu - smoczego lub ludzkiego.
— Ana do cholery.. — mruknął pod nosem z lekką irytacją — Opanuj się.. — pomyślał, zaciskając w dłoni jej koszulkę.
Nie trzeba było długo czekać na przybycie przyjaciółki, która z hukiem wylądowała nieopodal ciemnowłosego, uważnie mu się przyglądając. Jej spojrzenie nie było normalne, a syknięcie wydobywające się z jej gardła nie było oznaką radości czy smutku, a raczej gniewu. Po raz kolejny utraciła kontrolę, co Crowley szybko zauważył i wnet rozkazał psu uciec w las. Gdy gad był dosyć blisko, mężczyzna wyłonił z ziemi ciemne pnącza, które owinęły agresywne zwierze, jednakże zrobił to za delikatnie, gdyż te zdążyło wyrwać się z uścisku. W tym też momencie zrozumiał, że nie są to już kontrolowane ćwiczenia, a walka z dzikim stworzeniem, które jest w stanie zabić wszystkich dookoła.
— Wybacz, Ana. — mruknął ciemnowłosy i choć nie chciał tego robić, uczynił to.
Kolejne pnącza mocno owinęły się na ciele gada, blokując tym jakikolwiek ruch, a samo oddychanie sprawiało problemy, po czym podszedł ostrożnie do stworzenia i oparł dłonie przy jego nozdrzach, przekazując tym swój spokój. Choć mężczyzna wiedział co robi, czuł dziwny niepokój, a gdy otworzył swoje oczy, okazał się w całkiem innym miejscu, niż był przed chwilą — w starym magazynie. Rozmyte krawędzie budynków oraz stłumione głosy uświadomiły Michaela, że jest on we śnie, tylko czyim? Odpowiedź na to pytanie pojawiła się w momencie, gdy brunet wymazał całe otoczenie, pozostając w czarnej nicości. Rozejrzał się dookoła, po czym zauważył płaczącą Ane, która siedziała za "skrzynią", chcąc ukryć się przed mafią.
— Ana.. — zawołał spokojnie i podszedł do kobiety.
— M... Mike? — podniosła szybko wzrok na przyjaciela. — Co.. co się stało? — rozejrzała się po nicości.
— Już dobrze, Ana. — pomógł jej wstać, od razu tuląc ją do siebie — Jestem w Twoim śnie, który wymazałem. Jesteś bezpieczna. — dodał i spojrzał na jej twarz.
— Ale po co tutaj jesteś? — spytała ocierając swoje łzy.
— Prawdopodobnie lunatykujesz. — odpowiedział patrząc w jej oczy — Musisz się obudzić i przejąć kontrolę nad smokiem.. — mówił, trzymając jej głowę w swoich dłoniach.
Nagle ich połączenie zostało zerwane, Ana została sama w nicości, a Michael wrócił do rzeczywistości, będąc odrzuconym smoczą łapą kilka metrów dalej. Dość szybko się ocknął, ale równie szybko poczuł ogromny ból swojego ciała, które przed chwilą zostało lekko poturbowane. Wnet jego wkurzone spojrzenie spotkało się ze smoczym okiem, które nadal było przepełnione gniewem. I choć mężczyzna korzysta z pomocy demona w ostateczności, tak teraz nie miał innego wyjścia i oddał się rogatemu. Tylko jej nie zabij, Corson. Myślał Michael, cały czas widząc w smoku swoją przyjaciółkę.
Tak też rozpoczęła się walka na czas, czyli mało ciosów, a dużo uników. Jednakże po kilku minutach stało się coś, czego sam demon się nie spodziewał. Gad wykonał nagły obrót i ogonem uderzył rogatego, lecz był to na tyle mocny cios, że ten wbił się między drzewa. Wkurzony Corson wyszedł z lasu, a swoje martwe spojrzenie zatrzymał na gadzie, który biegł w jego kierunku. Gdy ten nagle się zatrzymał, z jego paszczy wydobył się strumień ognia, który demon w ostatniej chwili uniknął, chowając się pod cienistą tarczą. Gorąc, który dotknął Corsona, rozwścieczył go jeszcze bardziej i choć smok miał dużą siłę ognia, rogaty nie miał zamiaru ustąpić i szedł w kierunku skrzydlatego, zwiększając swoją osłonę. Smok, który był za bardzo zajęty ogniem, nie zauważył, jak blisko niego znajduję się rogaty, lecz w tym momencie było już za późno na jakąkolwiek reakcję obronną. Naładowana tarcza eksplodowała, odrzucając nie tylko samego demona, ale także gada, który swoim ciałem wykarczował kilka drzew.
— Coś Ty Corson odjebał.. — mruknął mężczyzna, który wrócił do ludzkiej postaci.
Odetchnął kilkukrotnie i skierował się do wykarczowanego miejsca, gdzie na końcu leżało wielkie ciało smoczycy. Podszedł do stworzenia i gdy upewnił się, że żyje i nie posiada żadnych poważnych ran, usiadł na ziemie i oparł się o drzewo, czekając tak na pobudkę przyjaciółki. W międzyczasie przybył Archer, który położył się obok ciemnowłosego.
Ana?
Nie ładnie tak drzewa niszczyć.
Mężczyzna na czytaniu spędził całe popołudnie, lecz udało mu się wyciągnąć kilka ważnych informacji, takie jak zachowanie spokoju czy wymazanie z pamięci nieprzyjemnych sytuacji. Krótko mówiąc, po blancie wszystko się unormuje, a przynajmniej tak pomyślał ciemnowłosy.
Gdy słońce zaszło, a na niebie zawitał jasny księżyc, bruneta męczyła bezsenność, która po wypadku zdarza się dosyć często. Przewracał się z jednego boku na drugi, wyklinając w myślach dzień, w którym to wszystko się stało. Z drugiej strony czuł się dziwnie. Ogarnął go niepokój, a jego myśli były przepełnione treścią o smoczym genie, jakby szukał informacji, choć nie wiedział jakiej. Mężczyzna powoli podniósł się do siadu, spojrzał na zegarek, który pokazywał czwartą nad ranem, po czym skierował swój wzrok na okno. Cicho westchnął i nie czując się sennym, wstał z łóżka i zbliżył się do obserwowanego obiektu, odsłonił roletę i wbił spojrzenie w budzące się miasto. Coś jest nie tak.. myślał, wyszukując czegokolwiek za kawałkiem szkła, jakby to właśnie tam była jego odpowiedź. Dla uspokojenia tysięcy myśli, otworzył okno, od razu łapiąc miejskie powietrze, ale również zapach lasu, co w tym miejscu nie jest normalne. Zmarszczył czoło w zdziwieniu i raz jeszcze wciągnął miejskie opary, lecz i tym razem dało się wyczuć leśny powiew. Wnet do jego uszu dobiegł znajomy smoczy ryk, który oczywiście należał do Any. To wtedy mężczyzna zrozumiał zapach lasu między miejskimi wieżowcami i nie czekając dłużej, ubrał na siebie długie spodnie oraz koszulkę, a po założeniu butów, chwycił za skórzaną kurtkę i opuścił mieszkanie. Dokończył ubieranie się w biegu, udając się na dach wieżowca. Tam rozejrzał się dookoła, a gdy zlokalizował posiadłość przyjaciółki, rozłożył swoje demoniczne skrzydła i z rozpędu wzbił się w powietrze. Uniósł się na tyle wysoko, by ludzkie oko nie zauważyło jego osoby, czego raczej chciałby uniknąć.
Po wylądowaniu przed domem przyjaciółki, Michael zauważył uchylone drzwi, do który od razu podbiegł i wszedł do środka posiadłości. Przeszukał każde z pokoi, nawołując przy tym blondwłosą wariatkę, jednakże jej już tutaj nie było. Został jedynie Archer, który podszedł do zaniepokojonego bruneta i tyknął go nosem po nodze.
— Cześć mały.. — mruknął cicho i pogładził czworonoga po głowie — Gdzie Twoja pani, co? — kucnął, drapiąc wilczura po szyi.
Oczywiście pies nie odpowie co do słowa, lecz chyba zrozumiał pytanie, gdyż podreptał do jej pokoju i wyciągnął jakąś jej koszulkę, którą podał ciemnowłosemu. Ten ostrożnie ją chwycił, zwinął i raz jeszcze przyłożył do nosa Archera.
— Dasz radę, Archer. — powiedział spokojnie — Szukaj swojej pani. — dodał, a pies niczym rakieta, wybiegł z posiadłości jasnowłosej.
Crowley ruszył biegiem za wilczurem, który wbiegł w las, utrzymując trop Any, która w tej chwili może być wszędzie. W międzyczasie mężczyzna nasłuchiwał otoczenia, gdyż jeśli doszło do przemiany, będzie w stanie usłyszeć jej warczenie lub też poruszenie się lotem czy pieszo.
Gdy Archer zatrzymał się na środku polany, otoczonej gęstym lasem, Michael rozejrzał się dookoła i cicho westchnął, gdy poczuł na sobie smutne spojrzenie psa. W tym miejscu trop się urwał, a w powietrzu nie było czuć jakiegokolwiek zapachu - smoczego lub ludzkiego.
— Ana do cholery.. — mruknął pod nosem z lekką irytacją — Opanuj się.. — pomyślał, zaciskając w dłoni jej koszulkę.
Nie trzeba było długo czekać na przybycie przyjaciółki, która z hukiem wylądowała nieopodal ciemnowłosego, uważnie mu się przyglądając. Jej spojrzenie nie było normalne, a syknięcie wydobywające się z jej gardła nie było oznaką radości czy smutku, a raczej gniewu. Po raz kolejny utraciła kontrolę, co Crowley szybko zauważył i wnet rozkazał psu uciec w las. Gdy gad był dosyć blisko, mężczyzna wyłonił z ziemi ciemne pnącza, które owinęły agresywne zwierze, jednakże zrobił to za delikatnie, gdyż te zdążyło wyrwać się z uścisku. W tym też momencie zrozumiał, że nie są to już kontrolowane ćwiczenia, a walka z dzikim stworzeniem, które jest w stanie zabić wszystkich dookoła.
— Wybacz, Ana. — mruknął ciemnowłosy i choć nie chciał tego robić, uczynił to.
Kolejne pnącza mocno owinęły się na ciele gada, blokując tym jakikolwiek ruch, a samo oddychanie sprawiało problemy, po czym podszedł ostrożnie do stworzenia i oparł dłonie przy jego nozdrzach, przekazując tym swój spokój. Choć mężczyzna wiedział co robi, czuł dziwny niepokój, a gdy otworzył swoje oczy, okazał się w całkiem innym miejscu, niż był przed chwilą — w starym magazynie. Rozmyte krawędzie budynków oraz stłumione głosy uświadomiły Michaela, że jest on we śnie, tylko czyim? Odpowiedź na to pytanie pojawiła się w momencie, gdy brunet wymazał całe otoczenie, pozostając w czarnej nicości. Rozejrzał się dookoła, po czym zauważył płaczącą Ane, która siedziała za "skrzynią", chcąc ukryć się przed mafią.
— Ana.. — zawołał spokojnie i podszedł do kobiety.
— M... Mike? — podniosła szybko wzrok na przyjaciela. — Co.. co się stało? — rozejrzała się po nicości.
— Już dobrze, Ana. — pomógł jej wstać, od razu tuląc ją do siebie — Jestem w Twoim śnie, który wymazałem. Jesteś bezpieczna. — dodał i spojrzał na jej twarz.
— Ale po co tutaj jesteś? — spytała ocierając swoje łzy.
— Prawdopodobnie lunatykujesz. — odpowiedział patrząc w jej oczy — Musisz się obudzić i przejąć kontrolę nad smokiem.. — mówił, trzymając jej głowę w swoich dłoniach.
Nagle ich połączenie zostało zerwane, Ana została sama w nicości, a Michael wrócił do rzeczywistości, będąc odrzuconym smoczą łapą kilka metrów dalej. Dość szybko się ocknął, ale równie szybko poczuł ogromny ból swojego ciała, które przed chwilą zostało lekko poturbowane. Wnet jego wkurzone spojrzenie spotkało się ze smoczym okiem, które nadal było przepełnione gniewem. I choć mężczyzna korzysta z pomocy demona w ostateczności, tak teraz nie miał innego wyjścia i oddał się rogatemu. Tylko jej nie zabij, Corson. Myślał Michael, cały czas widząc w smoku swoją przyjaciółkę.
Tak też rozpoczęła się walka na czas, czyli mało ciosów, a dużo uników. Jednakże po kilku minutach stało się coś, czego sam demon się nie spodziewał. Gad wykonał nagły obrót i ogonem uderzył rogatego, lecz był to na tyle mocny cios, że ten wbił się między drzewa. Wkurzony Corson wyszedł z lasu, a swoje martwe spojrzenie zatrzymał na gadzie, który biegł w jego kierunku. Gdy ten nagle się zatrzymał, z jego paszczy wydobył się strumień ognia, który demon w ostatniej chwili uniknął, chowając się pod cienistą tarczą. Gorąc, który dotknął Corsona, rozwścieczył go jeszcze bardziej i choć smok miał dużą siłę ognia, rogaty nie miał zamiaru ustąpić i szedł w kierunku skrzydlatego, zwiększając swoją osłonę. Smok, który był za bardzo zajęty ogniem, nie zauważył, jak blisko niego znajduję się rogaty, lecz w tym momencie było już za późno na jakąkolwiek reakcję obronną. Naładowana tarcza eksplodowała, odrzucając nie tylko samego demona, ale także gada, który swoim ciałem wykarczował kilka drzew.
— Coś Ty Corson odjebał.. — mruknął mężczyzna, który wrócił do ludzkiej postaci.
Odetchnął kilkukrotnie i skierował się do wykarczowanego miejsca, gdzie na końcu leżało wielkie ciało smoczycy. Podszedł do stworzenia i gdy upewnił się, że żyje i nie posiada żadnych poważnych ran, usiadł na ziemie i oparł się o drzewo, czekając tak na pobudkę przyjaciółki. W międzyczasie przybył Archer, który położył się obok ciemnowłosego.
Ana?
Nie ładnie tak drzewa niszczyć.
16.02.2020
Od Liama CD Pheobe
Po dziwnej akcji z "Pheobe, dobrą wróżką" w roli głównej, wróciłem z Luną do domu, zastanawiając się usilnie, co się tam odjebało. O co mogło chodzić napastnikowi i dlaczego w ogóle zainteresował się dziewczyną... Kim była, że uznał ją za wartą ryzyka złapania przez policję podczas pościgu z bronią palną w ręce. Skąd ta desperacja.
Jednak zapomniałem o całym zdarzeniu, gdy tylko wróciłem do domu. Bo okazało się, że, wychodząc, nie zamknąłem terrarium Puszka. A cwana jaszczurka przyczaiła się przy drzwiach i, gdy tylko je otworzyłem, puszczając Lunę do mieszkania, zaraz wyleciał sprintem na klatkę schodową. I musiałem go łapać.
Następnego dnia w zasadzie całkiem zapomniałem o dziewczynie, która wpisała mi swój numer do komórki i obiecała spełnić moje trzy życzenia w ramach podziękowania za pomoc. A nawet gdybym o tym pamiętał, raczej bym z jej oferty nie skorzystał. Nie znałem jej. I jakoś nie wyobrażałem sobie, żeby mogła mi w czymkolwiek pomóc. Byłem raczej samowystarczalny.
Ale, jak wiadomo, życie lubi płatać nam figle.
Generalnie jedyną sytuacją, w której nie mogłem poradzić sobie sam, była konieczność pojawienia się gdzieś z kobietą. Albo po prostu wymagająca bycia kobietą. Zwykle radziłem sobie wtedy w dość prosty i nieniosący konsekwencji sposób - prosiłem o pomoc siostrę. Nie była jedną z rozpłakanych idiotek, które nie potrafiły poradzić sobie same. Była twarda, niezłomna i samowystarczalna. Dlatego mogłem bez obaw poprosić ją o towarzyszenie mi na jakichś bankietach czy innych imprezach, na które byłem czasami zapraszany jako członek mafii, a na które nietaktownie było przychodzić bez partnerki. Albo trzeba było podstawiać ją jako udawaną kokietkę czy nawet dziwkę, by odciągnęła kogoś w odosobnione miejsce... Tak, wiem, bywałem kochanym bratem.
W każdym razie, gdy tym razem dostałem zaproszenie na bankiet z informacją, że będzie tam ważny dla nas partner w interesach, którego mam mieć na oku i przekonać do pracowania dla nas, pojawił się problem, którego nie przewidziałem. Mianowicie Ana przeżywała aktualnie małe załamanie nerwowe, więc gdy poprosiłem ją o pomoc i wytłumaczyłem, że miałaby tam ze mną pójść i obserwować otoczenie, a tylko w razie problemów zadziałać swoim urokiem osobistym... Przywaliła mi z pięści w twarz (dobrze, że nie złamała mi przy tym nosa) i wydarła się, że chyba mnie pogięło. A że akurat był u niej ten jej przyjaciel-demon, to oberwałem jeszcze od niego. Taki bonus od losu.
I skończyłem bez wizji na wybrnięcie z tej niewygodnej sytuacji. Bo musiałem znaleźć kogoś, z kim będę mógł tam pójść. A udawanie geja nie wchodziło tym razem w rachubę, gdyż potencjalny klient był hetero i w razie czego potrzebowałem dziewczyny, która pomoże mi go odciągnąć...
Same problemy.
I mniej więcej pod wieczór, gdy wracałem samochodem z pracy, pomyślałem o tajemniczej Pheobe. Spojrzałem na zegarek na desce rozdzielczej. Nie było jakoś szczególnie późno, nie powinienem jej obudzić, jakbym teraz do niej zadzwonił. Tylko czy to na pewno był dobry pomysł...?
Westchnąłem ciężko, sięgając po telefon i wybierając numer. W zasadzie nie miałem innego wyjścia.
- Pheobe Burton, słucham? - rozległo się po drugiej stronie słuchawki. Zmarszczyłem brwi, gdy usłyszałem nazwisko. Wydawało mi się dziwnie znajome... ale zignorowałem przeczucie.
- Liam Balanshine - odpowiedziałem rozbawionym tonem.
- Kto...?
- Facet od wielkiego, niebezpiecznego psa, który najpierw próbował cię zjeść, a potem pomógł uratować cię przed porwaniem. Albo i śmiercią.
Po drugiej stronie linii zapadła dłuższa chwila ciszy.
- Aha - mruknęła.
- Skoro chciałaś zostać moją dobrą wróżką i spełnić moje trzy życzenia, to tak się składa, że mam dla ciebie pierwsze - powiedziałem, nim zdążyła dodać coś więcej. - Chciałbym, żebyś gdzieś ze mną poszła.
Kolejna chwila ciszy.
- Gdzieś? - zapytała w końcu. Słyszałem, że włączyła kierunkowskaz. Jechała samochodem.
- Na bankiet - uściśliłem. - Imprezę organizowaną przez... - szukałem odpowiedniego słowa, żeby nie powiedzieć "mafię" - Przez moją rodzinę - czasami dla żartów tak ich określałem. Choć część członków w itocie uważała naszą organizację za swoją rodzinę. Nawet Ana do dziś do naszego szefa mówi per "papa Joey". - Będzie tam wielu ważnych ludzi, z którymi prowadzimy lub chcemy zacząć prowadzić interesy... a ja potrzebuję partnerki - uśmiechnąłem się lekko, wjeżdżając na parking pod moim blokiem.
- Czyli mam udawać twoją dziewczynę - nie brzmiało to jak pytanie, ale mimo to odpowiedziałem.
- Jeśli chcesz... - rzuciłem swobodnym tonem. - Nie zależy mi na tym. Chodzi po prostu o to, żebym z kimś tam poszedł. Z kimś, kto w razie potrzeby użyje swojego uroku osobistego, żeby odciągnąć takiego jednego gościa "na stronę", żebym mógł z nim porozmawiać. Na osobności.
Przedłużająca się cisza po drugiej stronie słuchawki i nakładający się na siebie cichy szum silnika samochodu mojego i tego słyszanego w słuchawce, rozbawiły mnie. Zaśmiałem się cicho.
- To co, spełnisz swoją obietnicę pomocy? - zapytałem, gasząc silnik po zaparkowaniu i opierając głowę o zagłówek fotela. - To tylko jeden sobotni wieczór w moim towarzystwie. Jestem pewien, że to przeżyjesz.
Pheobe?
Się porobiło ;P
Jednak zapomniałem o całym zdarzeniu, gdy tylko wróciłem do domu. Bo okazało się, że, wychodząc, nie zamknąłem terrarium Puszka. A cwana jaszczurka przyczaiła się przy drzwiach i, gdy tylko je otworzyłem, puszczając Lunę do mieszkania, zaraz wyleciał sprintem na klatkę schodową. I musiałem go łapać.
Następnego dnia w zasadzie całkiem zapomniałem o dziewczynie, która wpisała mi swój numer do komórki i obiecała spełnić moje trzy życzenia w ramach podziękowania za pomoc. A nawet gdybym o tym pamiętał, raczej bym z jej oferty nie skorzystał. Nie znałem jej. I jakoś nie wyobrażałem sobie, żeby mogła mi w czymkolwiek pomóc. Byłem raczej samowystarczalny.
Ale, jak wiadomo, życie lubi płatać nam figle.
Generalnie jedyną sytuacją, w której nie mogłem poradzić sobie sam, była konieczność pojawienia się gdzieś z kobietą. Albo po prostu wymagająca bycia kobietą. Zwykle radziłem sobie wtedy w dość prosty i nieniosący konsekwencji sposób - prosiłem o pomoc siostrę. Nie była jedną z rozpłakanych idiotek, które nie potrafiły poradzić sobie same. Była twarda, niezłomna i samowystarczalna. Dlatego mogłem bez obaw poprosić ją o towarzyszenie mi na jakichś bankietach czy innych imprezach, na które byłem czasami zapraszany jako członek mafii, a na które nietaktownie było przychodzić bez partnerki. Albo trzeba było podstawiać ją jako udawaną kokietkę czy nawet dziwkę, by odciągnęła kogoś w odosobnione miejsce... Tak, wiem, bywałem kochanym bratem.
W każdym razie, gdy tym razem dostałem zaproszenie na bankiet z informacją, że będzie tam ważny dla nas partner w interesach, którego mam mieć na oku i przekonać do pracowania dla nas, pojawił się problem, którego nie przewidziałem. Mianowicie Ana przeżywała aktualnie małe załamanie nerwowe, więc gdy poprosiłem ją o pomoc i wytłumaczyłem, że miałaby tam ze mną pójść i obserwować otoczenie, a tylko w razie problemów zadziałać swoim urokiem osobistym... Przywaliła mi z pięści w twarz (dobrze, że nie złamała mi przy tym nosa) i wydarła się, że chyba mnie pogięło. A że akurat był u niej ten jej przyjaciel-demon, to oberwałem jeszcze od niego. Taki bonus od losu.
I skończyłem bez wizji na wybrnięcie z tej niewygodnej sytuacji. Bo musiałem znaleźć kogoś, z kim będę mógł tam pójść. A udawanie geja nie wchodziło tym razem w rachubę, gdyż potencjalny klient był hetero i w razie czego potrzebowałem dziewczyny, która pomoże mi go odciągnąć...
Same problemy.
I mniej więcej pod wieczór, gdy wracałem samochodem z pracy, pomyślałem o tajemniczej Pheobe. Spojrzałem na zegarek na desce rozdzielczej. Nie było jakoś szczególnie późno, nie powinienem jej obudzić, jakbym teraz do niej zadzwonił. Tylko czy to na pewno był dobry pomysł...?
Westchnąłem ciężko, sięgając po telefon i wybierając numer. W zasadzie nie miałem innego wyjścia.
- Pheobe Burton, słucham? - rozległo się po drugiej stronie słuchawki. Zmarszczyłem brwi, gdy usłyszałem nazwisko. Wydawało mi się dziwnie znajome... ale zignorowałem przeczucie.
- Liam Balanshine - odpowiedziałem rozbawionym tonem.
- Kto...?
- Facet od wielkiego, niebezpiecznego psa, który najpierw próbował cię zjeść, a potem pomógł uratować cię przed porwaniem. Albo i śmiercią.
Po drugiej stronie linii zapadła dłuższa chwila ciszy.
- Aha - mruknęła.
- Skoro chciałaś zostać moją dobrą wróżką i spełnić moje trzy życzenia, to tak się składa, że mam dla ciebie pierwsze - powiedziałem, nim zdążyła dodać coś więcej. - Chciałbym, żebyś gdzieś ze mną poszła.
Kolejna chwila ciszy.
- Gdzieś? - zapytała w końcu. Słyszałem, że włączyła kierunkowskaz. Jechała samochodem.
- Na bankiet - uściśliłem. - Imprezę organizowaną przez... - szukałem odpowiedniego słowa, żeby nie powiedzieć "mafię" - Przez moją rodzinę - czasami dla żartów tak ich określałem. Choć część członków w itocie uważała naszą organizację za swoją rodzinę. Nawet Ana do dziś do naszego szefa mówi per "papa Joey". - Będzie tam wielu ważnych ludzi, z którymi prowadzimy lub chcemy zacząć prowadzić interesy... a ja potrzebuję partnerki - uśmiechnąłem się lekko, wjeżdżając na parking pod moim blokiem.
- Czyli mam udawać twoją dziewczynę - nie brzmiało to jak pytanie, ale mimo to odpowiedziałem.
- Jeśli chcesz... - rzuciłem swobodnym tonem. - Nie zależy mi na tym. Chodzi po prostu o to, żebym z kimś tam poszedł. Z kimś, kto w razie potrzeby użyje swojego uroku osobistego, żeby odciągnąć takiego jednego gościa "na stronę", żebym mógł z nim porozmawiać. Na osobności.
Przedłużająca się cisza po drugiej stronie słuchawki i nakładający się na siebie cichy szum silnika samochodu mojego i tego słyszanego w słuchawce, rozbawiły mnie. Zaśmiałem się cicho.
- To co, spełnisz swoją obietnicę pomocy? - zapytałem, gasząc silnik po zaparkowaniu i opierając głowę o zagłówek fotela. - To tylko jeden sobotni wieczór w moim towarzystwie. Jestem pewien, że to przeżyjesz.
Pheobe?
Się porobiło ;P
15.02.2020
Od Etienne
Istnieją rzeczy piękne i piękniejsze.
Do tych pierwszych zaliczyć można wiele rzeczy. Bowiem "piękno" w ogólnym przekonaniu uważane jest za pojęcie subiektywne. Kiedy dla jednego marmurowa rzeźba zdaje się być bytem nie z tego świata, dla drugiego to delikatny uśmiech na twarzy ukochanej osoby tuż po przebudzeniu się nazwany zostaje "dziełem sztuki". Dlatego właśnie tak trudno zamknąć to pojęcie w ramach, pozwalających na usystematyzowanie świata pod względem estetyki. Uwzględnianie zmiennych, jaką są ludzkie preferencje - Któż ma na to czas?
Z drugiej strony, istnieją rzeczy, uznawane przez duży odsetek ludzi za zasługujące na miano pięknego. Czy właśnie to są te przedmioty, zjawiska wyróżniające się spośród innych, te piękniejsze? Czy to one powinny stanowić składnik najbardziej obiektywnej opinii o pięknie?
Od zarania dziejów ludzi pociągała cielesność. Na jaką kulturę starożytną by nie spojrzeć, w każdej znaleźć można krągłe kobiece figury, akty bądź twory literatury, akt fizyczności opiewające. Bowiem to, co człowiekowi najbliższe często zdaje się być obiektem zainteresowań artystów. "Sztuka dla ludu", głosili europejscy twórcy, odwołując się do symboli, jakie odczytać mógł nawet człowiek niezaznajomiony z wyszukanymi operami czy poruszającymi spektaklami teatralnymi, gdyż miał z nimi styczność podczas swej szarej codzienności. Połączenie tego z jednym z głównych założeń sztuki, jaką jest wywołanie w odbiorcy emocji, odbyć mogło się na kilka sposobów. Jednak czy najprostszym z nich nie byłoby odwołanie się do fundamentalnych potrzeb, jakie kryją się w głębi nawet najbardziej powściągliwej osoby? Z tego powodu coraz więcej dzieł zaczęło pokazywać ludzkie ciała w coraz to bardziej jednoznacznych sytuacjach, pozycjach. Aby poruszyć wyobraźnię, odnieść się do ludzkiej natury, jaką część stara się w sobie stłumić.
Być może to właśnie stoi za taką popularnością tańca. Dla kogoś, kto by jedynie rzucił okiem na wirujących na scenie tancerzy, mogłaby być to jedynie bezwartościowa strata czasu. Nie każdy ma przecież czas, aby przystanąć, przyjrzeć się, wsłuchać w melodię, dojrzeć ukryty w wyuczonych krokach profesjonalizm. Odczytać metafizyczną historię, opowiedzianą przy pomocy dwóch ciał, poruszających się w sensualny wręcz sposób w wymiarze poza pojmowaniem zwykłego, szarego człowieka.
.
.
...
Ciche syknięcie wydobyło się z ust Belga, kiedy jego pomarańczowy żelowy paznokieć zaczął uderzać w klawisz z kropką na klawiaturze laptopa. Wena, jak to wena, uciekła tak szybko, jak się pojawiła. Akurat teraz, gdy szło mu tak dobrze. Nie żeby kiedykolwiek "dobrze mu nie szło", nie.
Po prostu ostatnimi czasy poziom pisarstwa Etienne nieco się obniżył, przez co cierpiały jego nerwy i ucho, gdy to zleceniodawca dzwonił do młodzieńca co parę dni, pytając o status artykułu.
To pewnie przez te temperatury, w końcu, przyszło lato, pora roku znienawidzona przez krytyka. Nie dość, że było gorąco, zmuszając La Fayette do gruntownej zmiany zawartości szafy, to w dodatku wszelkie "letnie" barwy nie pasowały do cery młodzieńca, ewidentnie podpadającej pod typ "Zimy". A przecież każdy szanujący się człowiek zainteresowany chociaż w niewielkim stopniu stylem powie, że na przykład kobalt czy przydymiona fuksja nie będzie pasować do spaceru podczas słonecznego popołudnia.
Spojrzenie Pierre uciekło w stronę paznokci. Co go skłoniło do pomalowania ich na taki obrzydliwy odcień?
Alkohol, oczywiście, odpowiedział sobie w myślach, z nudów już zaczynając kciukiem zdrapywać jasny lakier.
A weny nadal nie było.
Podniósł głowę znad komputera, rozejrzał się. O tej porze kawiarnia była wypełniona ludźmi. Do tego stopnia, że ktoś nawet przysiadł się do Etienne w międzyczasie. Nie usłyszał jego przybycia przez bezprzewodowe słuchawki, ot, mały prezent, jaki sobie sprawił za bycie sobą. Każdy na takie drobiazgi zasługuje.
Wrócił wzrokiem do milczącego towarzysza. Być może on zostanie nową muzą twórcy?
— Co sądzisz o tańcu? — spytał bez ogródek, ściągając z nosa okulary i odkładając je na klawiaturę. Jedną ręką zapauzował muzykę, drugą ujął od góry plastikowy kubek z fioletowym frappuciono, metalową słomkę wsuwając między wargi. Spojrzenie dwukolorowych oczu zakotwiczyło się w twarzy nieznajomej osoby.
Ktoś?
14.02.2020
Od Silasa CD Minho
Miałem nie brać już udziału w tych walkach. To znaczy... sądziłem, że się bez tego obędzie.
Niestety, pieniędzy od Nullaha jak nie miałem, tak nie mam, a jak nie chciał po dobroci, to trzeba było sięgnąć po inną strategię. Wzięcie udziału w generalnie mało lubianych przeze mnie walkach na ringu było w tym przypadku chyba jedynym rozwiązaniem.
Zostawiłem Minho z poleceniem, by niczego nie próbował jeść ani pić. A najlepiej w ogóle na nikogo nie patrzył dłużej, niż trwało przypadkowe spojrzenie. Po czym sam udałem się w okolice ringu, by znaleźć bukmachera, u którego wcześniej się zapisywałem.
Kilka walk później, które przypłaciłem zaledwie kilkoma siniakami, które i tak niemal od razu zniknęły, byłem bogatszy o całą postawioną dzisiaj sumę. I pewną wysnutą konkluzję: ludzie są jednak głupi. Bo na moją wygraną w ostatniej rundzie nie postawiła ani jedna osoba, mimo że zawodnik za zawodnikiem padali pod moimi ciosami. Jednemu musiałem połamać żebra, bo nie dało się go ogłuszyć, reszta wyszła z pojedynku ze mną zaledwie ze wstrząśnieniem mózgu po tym, jak uderzyłem ich czaszkami o betonową podłogę. Będą ich bolały głowy przez następne kilka tygodni, ale nie było to nic trwałego. Mieli szczęście.
Czego nie mogłem powiedzieć o moim towarzyszu. Ten to miał cholernego pecha.
Gdy zszedłem już z ringu, nadal ubrany w same spodnie, z gołym torsem, bo takie były zasady walk, poza tym łatwiej się tak walczyło, nie znalazłem Minho tam, gdzie go zostawiłem. Natychmiast przystanąłem, napinając wszystkie mięśnie, w każdym momemcie gotowy do działania. Ale chłopaka nigdzie nie było widać.
- Szlag by to - murknąłem, zaczynając przeciskać się między ludźmi. Walki na dziś się skończyły. Było już naprawdę późno... a w zasadzie to wcześnie rano. Niedługo ten przybytek zostanie zamknięty.
A Minho nigdzie nie było.
Przez chwilę podejrzewałem Nullaha. Ale gdy znalazłem go przy barze, po czym przycisnąłem jego twarz do blatu, tłukąc przy tym kilka kieliszków, strasząc jakąś wampirzycę, no i oczywiście irytując barmana-centaura, ze łzami w oczach i osikanymi spodniami przysiągł, że nie ma pojęcia, gdzie chłopak jest. Nie miałem powodu mu nie wierzyć. A na odchodne rzuciłem tylko, że chyba dzisiaj zbytnio się nie wzbogaci. I że dług pieniężny, jaki u mnie zaciągnął, mogę uznać za spłacony. Tylko dlatego, że nie mam teraz na niego czasu.
I gdy miałem już odchodzić... coś mnie tknęło.
Przeniosłem wzrok błękitnych oczu na wampirzycę, którą tak przestraszyłem, gdy zaatakowałem Nullaha. Wycierała chusteczkami alkohol z krótkiej spódniczki. Tak myślałem, że nie chodziło o sam fakt rozruby w barze. Im zawsze chodziło o wygląd.
Ale to nie to mnie zmusiło do odwrócenia się i ponownego spojrzenia na nią. Nie jej wcześniejszy pisk, tylko... jakby znajomy zapach.
Chwilę przyglądałem się jej staraniom usunięcia alkoholu z ciuchu. Nim zrozumiałem, skąd kojarzę ten zapach.
Tak pachniał Minho, gdy do niego dołączyłem po wstępnym rozprawieniu się z Nullahem.
Zgrzytnąłem zębami, starając się rozładować zalążek furii, która już się we mnie gotowała. Zaatakowała człowieka. Nie mogłem jej winić, to jednak instynkty, a Minho był bardzo łatwym celem. Nieświadomy, w tłumie nadludzi. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Jednak Rudy był tu pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. Obiecałem, że nic mu się nie stanie. A ta wampirzyca właśnie podwarzyła wagę mojego słowa.
Tylko że... chłopaka tu nie było. To znaczy, że ona mogła rzucić czar. Ale niekoniecznie ona go zabrała.
Cholera.
Minho?
Takie meh, przepraszam ;-;
Niestety, pieniędzy od Nullaha jak nie miałem, tak nie mam, a jak nie chciał po dobroci, to trzeba było sięgnąć po inną strategię. Wzięcie udziału w generalnie mało lubianych przeze mnie walkach na ringu było w tym przypadku chyba jedynym rozwiązaniem.
Zostawiłem Minho z poleceniem, by niczego nie próbował jeść ani pić. A najlepiej w ogóle na nikogo nie patrzył dłużej, niż trwało przypadkowe spojrzenie. Po czym sam udałem się w okolice ringu, by znaleźć bukmachera, u którego wcześniej się zapisywałem.
Kilka walk później, które przypłaciłem zaledwie kilkoma siniakami, które i tak niemal od razu zniknęły, byłem bogatszy o całą postawioną dzisiaj sumę. I pewną wysnutą konkluzję: ludzie są jednak głupi. Bo na moją wygraną w ostatniej rundzie nie postawiła ani jedna osoba, mimo że zawodnik za zawodnikiem padali pod moimi ciosami. Jednemu musiałem połamać żebra, bo nie dało się go ogłuszyć, reszta wyszła z pojedynku ze mną zaledwie ze wstrząśnieniem mózgu po tym, jak uderzyłem ich czaszkami o betonową podłogę. Będą ich bolały głowy przez następne kilka tygodni, ale nie było to nic trwałego. Mieli szczęście.
Czego nie mogłem powiedzieć o moim towarzyszu. Ten to miał cholernego pecha.
Gdy zszedłem już z ringu, nadal ubrany w same spodnie, z gołym torsem, bo takie były zasady walk, poza tym łatwiej się tak walczyło, nie znalazłem Minho tam, gdzie go zostawiłem. Natychmiast przystanąłem, napinając wszystkie mięśnie, w każdym momemcie gotowy do działania. Ale chłopaka nigdzie nie było widać.
- Szlag by to - murknąłem, zaczynając przeciskać się między ludźmi. Walki na dziś się skończyły. Było już naprawdę późno... a w zasadzie to wcześnie rano. Niedługo ten przybytek zostanie zamknięty.
A Minho nigdzie nie było.
Przez chwilę podejrzewałem Nullaha. Ale gdy znalazłem go przy barze, po czym przycisnąłem jego twarz do blatu, tłukąc przy tym kilka kieliszków, strasząc jakąś wampirzycę, no i oczywiście irytując barmana-centaura, ze łzami w oczach i osikanymi spodniami przysiągł, że nie ma pojęcia, gdzie chłopak jest. Nie miałem powodu mu nie wierzyć. A na odchodne rzuciłem tylko, że chyba dzisiaj zbytnio się nie wzbogaci. I że dług pieniężny, jaki u mnie zaciągnął, mogę uznać za spłacony. Tylko dlatego, że nie mam teraz na niego czasu.
I gdy miałem już odchodzić... coś mnie tknęło.
Przeniosłem wzrok błękitnych oczu na wampirzycę, którą tak przestraszyłem, gdy zaatakowałem Nullaha. Wycierała chusteczkami alkohol z krótkiej spódniczki. Tak myślałem, że nie chodziło o sam fakt rozruby w barze. Im zawsze chodziło o wygląd.
Ale to nie to mnie zmusiło do odwrócenia się i ponownego spojrzenia na nią. Nie jej wcześniejszy pisk, tylko... jakby znajomy zapach.
Chwilę przyglądałem się jej staraniom usunięcia alkoholu z ciuchu. Nim zrozumiałem, skąd kojarzę ten zapach.
Tak pachniał Minho, gdy do niego dołączyłem po wstępnym rozprawieniu się z Nullahem.
Zgrzytnąłem zębami, starając się rozładować zalążek furii, która już się we mnie gotowała. Zaatakowała człowieka. Nie mogłem jej winić, to jednak instynkty, a Minho był bardzo łatwym celem. Nieświadomy, w tłumie nadludzi. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Jednak Rudy był tu pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. Obiecałem, że nic mu się nie stanie. A ta wampirzyca właśnie podwarzyła wagę mojego słowa.
Tylko że... chłopaka tu nie było. To znaczy, że ona mogła rzucić czar. Ale niekoniecznie ona go zabrała.
Cholera.
Minho?
Takie meh, przepraszam ;-;
13.02.2020
Od Jaerima CD Elizabeth
Uważał dziewczynę za wariatkę, całkowicie jej nie wierząc. Co się dziwić? Była pod wpływem alkoholu, więc pewnie wygadywała brednie. Prychnął niezadowolony, bardziej tuląc zwierzaka do swojego ciała. Nie mógł to być zmiennokształtny, ah… on nawet nie dopuszczał do siebie takiej myśli. Wypierał ją całkowicie. Dlatego też nie odezwał się do końca drogi. Aż dotarli pod mieszkanie dziewczyny. Jaerim został sam na sam ze swoim nowym towarzyszem, drapiąc go za uszkiem z lekkim uśmiechem.
I naprawdę, nic ani nikt nie mógł zniszczyć jego humoru… przynajmniej tak zakładał, dopóki dwójka nie wróciła do auta. Z czego dziewczyna znowu zajęła poprzednie miejsce. Chłopak był niesamowicie zaskoczony jej obecnością. W końcu mieli ją tylko odwieźć do domu i wrócić do siebie. Nie było mowy o tym, że wróci do samochodu drugi raz. Tak też młodszy zareagował niemalże od razu, odwracając się w stronę szofera, który wytłumaczył mu krótko sytuację, wywołując ogromne oburzenie u nastolatka.
- Nie zgadzałem się na coś takiego. – warknął, odkładając zwierzę na bok, następnie wyciągając swój telefon. – Nie możemy jej odwieźć do jakiegoś hotelu? Nie chce mieć jej w domu. – dodał, wyszukując hoteli w okolicy, po czym pokazał to do chłopaka, który jedynie pokręcił głową.
- Raz nic się nie stanie, jak będziesz miał pod dachem koleżankę. Każdemu zdarza się zapomnieć kluczy od mieszkania. Sam często o nich nie pamiętasz, więc się uspokój i przestań się oburzać. – westchnął starszy. Lecz to wywołało w licealiście jeszcze większe oburzenie.
W myślach tylko dodał, iż to nie jest żadna koleżanka, tylko jakaś rzygaczka z ulicy. Prychając pod nosem, zajął się graniem w gry, całkowicie ignorując każdego w aucie, nawet kota, który starał się przymilić. Oczywiście, nie działało to, ponieważ chłopak całkowicie poświęcił uwagę grze, nie mając ochoty na nic więcej. Droga do apartamentu trwała dość krótko, przynajmniej w odczuciu nastolatka, gdyż czas niesamowicie szybko mu minął poprzez grę. Wysiadł z samochodu jako pierwszy, zabierając ze sobą zwierzaka, nie przejmując się tym, że torby z zakupami znajdowały się w bagażniku i ktoś będzie musiał je przynieść. Ów zadanie przypadnie Chae, więc Jae nie przejmował się tym jakoś szczególnie.
Szukał w internecie, co może dać kotu do jedzenia. Wiele rzeczy nie miał nawet w lodówce, czy w mieszkaniu, więc zdał się na dalsze poszukiwania, aż trafił na coś, co może podać zwierzakowi, nie szkodząc mu na żołądek. Rzecz jasna, nowy kompan ze smakiem zjadł posiłek, po którym wpatrywał się z zaciekawieniem w swojego nowego właściciela. To po tym postanowił przygotować prowizoryczną kuwetę… a raczej zlecił to Chae, który zmuszony był się tym zająć, gdy Koreańczyk bawił się z kociakiem na kanapie, jednocześnie przeskakując z kanału na kanał. Dopóki do pomieszczenia nie weszła dziewczyna, która usiadła niedaleko. Reakcja była natychmiastowa – kociak zaczął syczeć w jej kierunku, co zdziwiło licealistę. W końcu w aucie tak nie robił. Tak też starał się położyć zwierzaka z drugiej strony. Nie chciał słyszeć narzekań starszego chłopaka… ale nie spodziewał się, że pupil go podrapie, a następnie ugryzie. Rzecz jasna, nie bolało to jakoś szczególnie, raczej szczypało. Jednak nie nabrał żadnych podejrzeń, bo w końcu zwierzęta czasami się tak zachowują.
Mruknął tylko niezadowolony, ponieważ było to dla niego dość niecodzienne uczucie. Rzadko wykonywał czynności, przez które mógłby się zaciąć, czy cokolwiek takiego. Może czasami się zdarzyło, jak zaciął się kartką, ale nic więcej.
I naprawdę, nic ani nikt nie mógł zniszczyć jego humoru… przynajmniej tak zakładał, dopóki dwójka nie wróciła do auta. Z czego dziewczyna znowu zajęła poprzednie miejsce. Chłopak był niesamowicie zaskoczony jej obecnością. W końcu mieli ją tylko odwieźć do domu i wrócić do siebie. Nie było mowy o tym, że wróci do samochodu drugi raz. Tak też młodszy zareagował niemalże od razu, odwracając się w stronę szofera, który wytłumaczył mu krótko sytuację, wywołując ogromne oburzenie u nastolatka.
- Nie zgadzałem się na coś takiego. – warknął, odkładając zwierzę na bok, następnie wyciągając swój telefon. – Nie możemy jej odwieźć do jakiegoś hotelu? Nie chce mieć jej w domu. – dodał, wyszukując hoteli w okolicy, po czym pokazał to do chłopaka, który jedynie pokręcił głową.
- Raz nic się nie stanie, jak będziesz miał pod dachem koleżankę. Każdemu zdarza się zapomnieć kluczy od mieszkania. Sam często o nich nie pamiętasz, więc się uspokój i przestań się oburzać. – westchnął starszy. Lecz to wywołało w licealiście jeszcze większe oburzenie.
W myślach tylko dodał, iż to nie jest żadna koleżanka, tylko jakaś rzygaczka z ulicy. Prychając pod nosem, zajął się graniem w gry, całkowicie ignorując każdego w aucie, nawet kota, który starał się przymilić. Oczywiście, nie działało to, ponieważ chłopak całkowicie poświęcił uwagę grze, nie mając ochoty na nic więcej. Droga do apartamentu trwała dość krótko, przynajmniej w odczuciu nastolatka, gdyż czas niesamowicie szybko mu minął poprzez grę. Wysiadł z samochodu jako pierwszy, zabierając ze sobą zwierzaka, nie przejmując się tym, że torby z zakupami znajdowały się w bagażniku i ktoś będzie musiał je przynieść. Ów zadanie przypadnie Chae, więc Jae nie przejmował się tym jakoś szczególnie.
Szukał w internecie, co może dać kotu do jedzenia. Wiele rzeczy nie miał nawet w lodówce, czy w mieszkaniu, więc zdał się na dalsze poszukiwania, aż trafił na coś, co może podać zwierzakowi, nie szkodząc mu na żołądek. Rzecz jasna, nowy kompan ze smakiem zjadł posiłek, po którym wpatrywał się z zaciekawieniem w swojego nowego właściciela. To po tym postanowił przygotować prowizoryczną kuwetę… a raczej zlecił to Chae, który zmuszony był się tym zająć, gdy Koreańczyk bawił się z kociakiem na kanapie, jednocześnie przeskakując z kanału na kanał. Dopóki do pomieszczenia nie weszła dziewczyna, która usiadła niedaleko. Reakcja była natychmiastowa – kociak zaczął syczeć w jej kierunku, co zdziwiło licealistę. W końcu w aucie tak nie robił. Tak też starał się położyć zwierzaka z drugiej strony. Nie chciał słyszeć narzekań starszego chłopaka… ale nie spodziewał się, że pupil go podrapie, a następnie ugryzie. Rzecz jasna, nie bolało to jakoś szczególnie, raczej szczypało. Jednak nie nabrał żadnych podejrzeń, bo w końcu zwierzęta czasami się tak zachowują.
Mruknął tylko niezadowolony, ponieważ było to dla niego dość niecodzienne uczucie. Rzadko wykonywał czynności, przez które mógłby się zaciąć, czy cokolwiek takiego. Może czasami się zdarzyło, jak zaciął się kartką, ale nic więcej.
- Nie patrz się tak na mnie. - westchnął, czując na sobie spojrzenie gościa. - To irytujące, jak ktoś się w Ciebie tępo wpatruje. - dodał, odsuwając się dalej, zachowując większy dystans.
Elizabeth?
Elizabeth?
12.02.2020
Od Jugheada CD Malii
Po szkole udałem się do swojej ulubionej knajpki aby trochę poczytać i odrobić lekcje. Jednak nie potrafiłem się skupić gdyż co chwila burczało mi w brzuchu. Sięgnąłem ręką do kieszeni i wyjąłem drobniaki. Przeliczyłem je kilkakrotnie niestety nie stać mnie było nawet na najtańszy posiłek. Spakowałem książki i poszedłem do przyczepy rzuciłem plecak i wziąłem psa na krótki spacer. Po powrocie wyjąłem ostatnia puszkę mokrej karmy i wrzuciłem do miski.
Chwilę biłem się z myślami po czym założyłem bluzę z kapturem i udałem się na dwór. Szedłem pewnym krokiem w stronę sklepu przede mną dostrzegłem dziewczynę idącą razem z psem. Pociągnąłem ją lekko z bara i zawinąłem portfel z jej kieszeni. To nie był problem miałem już sporą wprawę. Przyśpieszyłem kroku i zniknąłem za rogiem. Nagle poczułem ciężar na plecach i upadłem na ziemię. Zacząłem się szarpać z psem. W pewnym momencie podbiegła do mnie jakaś dziewczyna i odwróciła uwagę psa okładając go torebką.
Powoli podniosłem się z ziemi, a moim oczom ukazała się dziewczyna której zakosiłem portfel. Odeszła ode mnie kawałek i dziewczyny po czym wyciągnęła telefon.
- Czekaj, może się jakoś dogadamy ?
Podniosłem portfel i oddałem go, ta zaś spojrzała na mnie krzywo.
- Mam Ci darować ?
Jej pies zawarczał na mnie.
- Posłuchaj dogadamy się jakoś.
- Słucham co masz mi do zaproponowania ?
Musiałem szybko coś wymyślić niestety nie miałem nic w zanadrzu.
- Dobra, jeśli nie zadzwonisz będę twoim dłużnikiem, masz u mnie dowolną przysługę. Zrobię co będziesz chciała nie ważne czy legalnie czy nie. Wyjąłem kawałek papieru i ołówek oparłem o kolano i napisałem swój numer po czym wręczyłem jej kartkę i uśmiechnąłem się.
- to wszystko ?
- Tak, słowo w każdej chwili jak będziesz potrzebować pomocy dzwoń. - Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem dalej przed siebie. Niestety dzisiaj nie uda mi się nic zjeść przynajmniej mój pies nie był głodny. Zastanawiałem się nad innym sposobem zdobycia pieniędzy na jedzenie tego dnia. Nagle podbiegła do mnie dziewczyna która okładała psa torebką.
- Zaczekaj ! - krzyknęła.
- Co ?
Wyjęła banknot z kieszeni i mi go podarowała po czym odeszła bez słowa.
- Dziękuję. - krzyknąłem za nią.
Chwilę stałem w miejscu po czym poszedłem do sklepu. Kupiłem dwie bułki, wędlinę, wodę, płatki, mleko, suchą karmę dla psa i wróciłem do przyczepy.
Zrobiłem sobie kolację i położyłem się na łóżko czytając książkę nagle zadzwonił telefon a na ekranie pojawił się obcy numer.
- Słucham Jughead z tej strony.
Malia?
Chwilę biłem się z myślami po czym założyłem bluzę z kapturem i udałem się na dwór. Szedłem pewnym krokiem w stronę sklepu przede mną dostrzegłem dziewczynę idącą razem z psem. Pociągnąłem ją lekko z bara i zawinąłem portfel z jej kieszeni. To nie był problem miałem już sporą wprawę. Przyśpieszyłem kroku i zniknąłem za rogiem. Nagle poczułem ciężar na plecach i upadłem na ziemię. Zacząłem się szarpać z psem. W pewnym momencie podbiegła do mnie jakaś dziewczyna i odwróciła uwagę psa okładając go torebką.
Powoli podniosłem się z ziemi, a moim oczom ukazała się dziewczyna której zakosiłem portfel. Odeszła ode mnie kawałek i dziewczyny po czym wyciągnęła telefon.
- Czekaj, może się jakoś dogadamy ?
Podniosłem portfel i oddałem go, ta zaś spojrzała na mnie krzywo.
- Mam Ci darować ?
Jej pies zawarczał na mnie.
- Posłuchaj dogadamy się jakoś.
- Słucham co masz mi do zaproponowania ?
Musiałem szybko coś wymyślić niestety nie miałem nic w zanadrzu.
- Dobra, jeśli nie zadzwonisz będę twoim dłużnikiem, masz u mnie dowolną przysługę. Zrobię co będziesz chciała nie ważne czy legalnie czy nie. Wyjąłem kawałek papieru i ołówek oparłem o kolano i napisałem swój numer po czym wręczyłem jej kartkę i uśmiechnąłem się.
- to wszystko ?
- Tak, słowo w każdej chwili jak będziesz potrzebować pomocy dzwoń. - Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem dalej przed siebie. Niestety dzisiaj nie uda mi się nic zjeść przynajmniej mój pies nie był głodny. Zastanawiałem się nad innym sposobem zdobycia pieniędzy na jedzenie tego dnia. Nagle podbiegła do mnie dziewczyna która okładała psa torebką.
- Zaczekaj ! - krzyknęła.
- Co ?
Wyjęła banknot z kieszeni i mi go podarowała po czym odeszła bez słowa.
- Dziękuję. - krzyknąłem za nią.
Chwilę stałem w miejscu po czym poszedłem do sklepu. Kupiłem dwie bułki, wędlinę, wodę, płatki, mleko, suchą karmę dla psa i wróciłem do przyczepy.
Zrobiłem sobie kolację i położyłem się na łóżko czytając książkę nagle zadzwonił telefon a na ekranie pojawił się obcy numer.
- Słucham Jughead z tej strony.
Malia?
11.02.2020
Od Any CD Michaela
Na wspomnienie imienia brata momentalnie oderwałam głowę od ramienia bruneta i wyprostowałam się, tężejąc, jakbym szykowała się do ucieczki lub obrony. Tak działała mowa ciała. Mówiła więcej, niż mogły przekazać słowa. Ja potrafiłam ją poprawnie odczytać, nie miałam pewności co do Mike'a. Ale w tym przypadku dobrze zinterpretował to, i dorzucone, lekko spanikowane:
- Nie mieszajmy w to Liama.
Przyjaciel patrzył mi chwilę w oczy, jakby czegoś tam szukał. Choć zwykle tego nie robiłam, bo w świecie zwierząt, z którym moje instynkty były mocno związane, oznaczało to uległość, dość szybko odwróciłam wzrok i skuliłam ramiona. Nie mogłam mu teraz spojrzeć w oczy ze zwyczajną dla mnie zadziornością. Przed chwilą omal go nie zabiłam.
- Nie masz ubrań - zauważył cicho, spokojnym tonem. Jakby mówił do dziecka albo próbował uspokoić spłoszone zwierzę. Cóż, to drugie nawet by się trochę zgadzało.
- Coś wymyślę. Coś, co nie będzie wymagało mówienia Liamowi o tym, co się tu wydarzyło - mruknęłam, odwracając się do mężczyzny plecami, gdy nadal próbował pochwycić moje spojrzenie.
- Dlaczego nie chcesz mu mówić? - zapytał, równie spokojnym tonem, kładąc mi dłoń na ramieniu. Pewnie miał to być gest otuchy, ale w tamtym momencie tylko mnie wystraszył. Podskoczyłam jak opażona. - Lepiej by było, jakby wiedział.
Prychnęłam, zaplatając ramiona na piersi, jednocześnie spuszczając głowę w dół. Długie włosy opadły mi kaskadą na twarz, zasłaniając pole widzenia.
- Nie, nie byłoby lepiej - warknęłam. Urwałam gwałtownie, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. Warknęłam. Dosłownie. Zacisnęłam zęby, zdenerwowana, nie do końca wiem czym. Wzięłam głęboki oddech, by kontynuować, już spokojnie. Nienaturalnie wręcz spokojnie. - Nie odstąpiłby mnie na krok, jakby się do wiedział. Skakałby w okół mnie, pilnował na każdym kroku, bylebym tylko była bezpieczna... z nim jako opiekunem - podniosłam powoli, nadal nieco niepewnie wzrok na przyjaciela. - Nie zadzwonimy do mojego brata.
Mike przyglądał mi się chwilę, a gdy tym razem nie opuściłam wzroku, skinął powoli głową.
- Dobrze. Nie zadzwonię do niego - zgodził się. - Jednak to nie zmienia faktu, że nie masz się w co ubrać.
Zagryzłam wargę i rozejrzałam się po sali, szukając inspiracji. Gdy jej nie znalazłam, to Mike westchnął, podchodząc do mnie. Ujął moją brodę w palce i zmusił mnie do spojrzenia sobie w oczy.
- Zadzwonię do niego, ale nie powiem, co się stało, w porządku? - zaproponował. - Powiem, że się pobrudziłaś i potrzebujesz ubrań na zmianę.
Analizowałam chwilę ten pomysł w głowie, zanim skinęłam powoli głową, zgadzając się. Przyjaciel zaprowadził mnie, odzianą wyłącznie w cienie, do pokoju obok. Zadzwonił do Liama z mojej komórki, bo ja odmówiłam rozmowy z bratem. Nie było mowy, żebym w jakiś sposób się nie wydała.
Jakieś pół godziny później przyjechał Liam z ubraniami. Mike'a uraczył tylko oschłym skinięciem głowy, z resztą ten odpowiedział mu tym samym. A gdy się ubrałam, wróciłam do domu. Mimo sugestii bruneta, że wsiadanie w moim stanie za kółko to zły pomysł. Ale po drodze udało mi się nie rozbić o żadne drzewo, więc nie było źle.
Ledwo weszłam do domu, wpakowałam się do łóżka, gdzie zaraz dołączył do mnie Archer. Wplotłam palce w jego miękką kryzę, przycisnęłam twarz do szyi psa... i tak zasnęłam.
W nocy nawiedziły mnie koszmary.
Te same co zwykle. Magazyn. Martwy Mike. Lysander stojący nad nim i śmiejący się ze mnie. Krew na moich rękach...
Potem skąpany we wpadającym przez okno świetle księżyca pokój. Archer u mojego boku. I przemożna potrzeba... Nie, paniczny lęk. W ludzkiej skórze byłam bezbronna. Nie miałam w niej łusek, pazurów... skrzydeł, dzięki którym mogłam uciec. A on mógł w każdej chwili wrócić, znowu zaskoczyć we śnie. I tym razem nie miałabym z nim szans, wiedziałam to.
Ale nie dam się już więcej złapać. Ani Lysandrowi, ani nikomu innemu. Drakonida nie tak łatwo zabić, jak człowieka. Będę bezpieczna.
W lunatycznym transie, choć wtedy byłam pewna, że to rzeczywistość i grozi mi realne niebezpieczeństwo, wstałam z łóżka. Ignorując zaniepokojnone popiskiwanie Archera wyszłam z pokoju tak, jak zasnęłam - to znaczy w legginsach i za dużej bluzie zakładanej przez głowę. Na boso.
Wyszłam przez balkon, zeszłam po schodkach, kierując się ku trawie, ku drzewom... do lasu. Mokra po niedawnym deszczu trawa łaskotała moje stopy, chłodny wiatr owiał odkryte ramiona, gdy zdjęłam z siebie bluzę, odrzucając ją na bok, niezbyt przejmując się, gdzie ląduje. Chłód powinien mnie obudzić. Jednak przerażenie, które czułam, było zbyt wielkie.
Ledwo przekroczyłam granicę drzew, płynnie przeskoczyłam w smoczą skórę. Tak po prostu, tak naturalnie...
Teraz nikt mnie nie znajdzie. W końcu będę bezpieczna...
Mike?
Szalony smok, to niebezpieczny smok, uważaj XD
- Nie mieszajmy w to Liama.
Przyjaciel patrzył mi chwilę w oczy, jakby czegoś tam szukał. Choć zwykle tego nie robiłam, bo w świecie zwierząt, z którym moje instynkty były mocno związane, oznaczało to uległość, dość szybko odwróciłam wzrok i skuliłam ramiona. Nie mogłam mu teraz spojrzeć w oczy ze zwyczajną dla mnie zadziornością. Przed chwilą omal go nie zabiłam.
- Nie masz ubrań - zauważył cicho, spokojnym tonem. Jakby mówił do dziecka albo próbował uspokoić spłoszone zwierzę. Cóż, to drugie nawet by się trochę zgadzało.
- Coś wymyślę. Coś, co nie będzie wymagało mówienia Liamowi o tym, co się tu wydarzyło - mruknęłam, odwracając się do mężczyzny plecami, gdy nadal próbował pochwycić moje spojrzenie.
- Dlaczego nie chcesz mu mówić? - zapytał, równie spokojnym tonem, kładąc mi dłoń na ramieniu. Pewnie miał to być gest otuchy, ale w tamtym momencie tylko mnie wystraszył. Podskoczyłam jak opażona. - Lepiej by było, jakby wiedział.
Prychnęłam, zaplatając ramiona na piersi, jednocześnie spuszczając głowę w dół. Długie włosy opadły mi kaskadą na twarz, zasłaniając pole widzenia.
- Nie, nie byłoby lepiej - warknęłam. Urwałam gwałtownie, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. Warknęłam. Dosłownie. Zacisnęłam zęby, zdenerwowana, nie do końca wiem czym. Wzięłam głęboki oddech, by kontynuować, już spokojnie. Nienaturalnie wręcz spokojnie. - Nie odstąpiłby mnie na krok, jakby się do wiedział. Skakałby w okół mnie, pilnował na każdym kroku, bylebym tylko była bezpieczna... z nim jako opiekunem - podniosłam powoli, nadal nieco niepewnie wzrok na przyjaciela. - Nie zadzwonimy do mojego brata.
Mike przyglądał mi się chwilę, a gdy tym razem nie opuściłam wzroku, skinął powoli głową.
- Dobrze. Nie zadzwonię do niego - zgodził się. - Jednak to nie zmienia faktu, że nie masz się w co ubrać.
Zagryzłam wargę i rozejrzałam się po sali, szukając inspiracji. Gdy jej nie znalazłam, to Mike westchnął, podchodząc do mnie. Ujął moją brodę w palce i zmusił mnie do spojrzenia sobie w oczy.
- Zadzwonię do niego, ale nie powiem, co się stało, w porządku? - zaproponował. - Powiem, że się pobrudziłaś i potrzebujesz ubrań na zmianę.
Analizowałam chwilę ten pomysł w głowie, zanim skinęłam powoli głową, zgadzając się. Przyjaciel zaprowadził mnie, odzianą wyłącznie w cienie, do pokoju obok. Zadzwonił do Liama z mojej komórki, bo ja odmówiłam rozmowy z bratem. Nie było mowy, żebym w jakiś sposób się nie wydała.
Jakieś pół godziny później przyjechał Liam z ubraniami. Mike'a uraczył tylko oschłym skinięciem głowy, z resztą ten odpowiedział mu tym samym. A gdy się ubrałam, wróciłam do domu. Mimo sugestii bruneta, że wsiadanie w moim stanie za kółko to zły pomysł. Ale po drodze udało mi się nie rozbić o żadne drzewo, więc nie było źle.
Ledwo weszłam do domu, wpakowałam się do łóżka, gdzie zaraz dołączył do mnie Archer. Wplotłam palce w jego miękką kryzę, przycisnęłam twarz do szyi psa... i tak zasnęłam.
W nocy nawiedziły mnie koszmary.
Te same co zwykle. Magazyn. Martwy Mike. Lysander stojący nad nim i śmiejący się ze mnie. Krew na moich rękach...
Potem skąpany we wpadającym przez okno świetle księżyca pokój. Archer u mojego boku. I przemożna potrzeba... Nie, paniczny lęk. W ludzkiej skórze byłam bezbronna. Nie miałam w niej łusek, pazurów... skrzydeł, dzięki którym mogłam uciec. A on mógł w każdej chwili wrócić, znowu zaskoczyć we śnie. I tym razem nie miałabym z nim szans, wiedziałam to.
Ale nie dam się już więcej złapać. Ani Lysandrowi, ani nikomu innemu. Drakonida nie tak łatwo zabić, jak człowieka. Będę bezpieczna.
W lunatycznym transie, choć wtedy byłam pewna, że to rzeczywistość i grozi mi realne niebezpieczeństwo, wstałam z łóżka. Ignorując zaniepokojnone popiskiwanie Archera wyszłam z pokoju tak, jak zasnęłam - to znaczy w legginsach i za dużej bluzie zakładanej przez głowę. Na boso.
Wyszłam przez balkon, zeszłam po schodkach, kierując się ku trawie, ku drzewom... do lasu. Mokra po niedawnym deszczu trawa łaskotała moje stopy, chłodny wiatr owiał odkryte ramiona, gdy zdjęłam z siebie bluzę, odrzucając ją na bok, niezbyt przejmując się, gdzie ląduje. Chłód powinien mnie obudzić. Jednak przerażenie, które czułam, było zbyt wielkie.
Ledwo przekroczyłam granicę drzew, płynnie przeskoczyłam w smoczą skórę. Tak po prostu, tak naturalnie...
Teraz nikt mnie nie znajdzie. W końcu będę bezpieczna...
Mike?
Szalony smok, to niebezpieczny smok, uważaj XD
10.02.2020
Od Pheobe CD Floriana
- Może pojadę z tobą? Tak dla bezpieczeństwa? – Connor siedział na moim łóżku bawiąc się z Arią. Na jego słowa przewróciłam oczami poprawiając włosy.
- Nie – odpowiedziałam stanowczo. Nie był z tego powodu zadowolony. Cóż mogłam zrobić. Nie chciałam trzeciego koła na randce. Znając życie i tak ktoś się będzie przy mnie kręcił, ponieważ tatuś jest nadopiekuńczy.
- Zobaczymy czy będziesz taka cwana jak cię gdzieś wywiezie i zgwałci – trzymał psa na rękach i unosił go do góry co chwila całując jego nosek.
- Błagam zamknij się. Idź z nią na spacer. Przyda jej się trochę świeżego powietrza i ruchu. Upasła się ostatnio – wstałam od toaletki żeby przejrzeć się we większym lustrze. – Parfaitement – mruknęłam z francuskim akcentem widząc swoje odbicie. Postawiłam na bardzo klasyczny strój. Długa, delikatnie plisowana, zielona sukienka z falbankami przy dekolcie i końcówkach rękawów leżała na mnie idealnie. Kreację dopełniał czerwono-zielony pasek z dużą klamrą ‘GG’. Do tego biała torebka i żółte szpilki z odkrytą piętą, palcami i dużą częścią stopy. Piękna jak zawsze. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Przed wyjściem zrobiłam jeszcze zdjęcie, które umieściłam na story na Instagramie.
Przed wyjściem napisałam do Floriana gdzie będę na niego czekać. Maiłam straszną ochotę na sushi więc podałam mu adres restauracji, w której najczęściej stołuję się z ojcem.
- Zajmij się psem i przekaż tacie, że wrócę późno – wzięłam kluczyki do samochodu z wieszaka. – I nie spędź całego wieczoru na oglądaniu telewizji. Przypominam ci, że jesteś w pracy – jego robota polegała na pilnowaniu mnie przed potencjalnym zagrożeniem. Jestem celem dla wrogów ojca i zwykłych przestępców liczących na duży okup. Tak więc jest Connor, mój prywatny ochroniarz. Oprócz niego zawsze kręci się w pobliżu reszta ekipy. Jeszcze do niedawna nie byłam świadoma tego, że ktoś cały czas za mną łazi. Dopiero niedawno zrozumiałam, że ojciec chce mieć nade mną pełną kontrolę.
- Dobrze, szefowo – przewrócił oczami i włączył sobie serial rozkładając się na sofie. Westchnęłam głośno i wyszłam z domu.
O umówionej godzinie czekałam w podziemnym parkingu wieżowce, w którym znajdował się cel mojej randki. Napisałam Florianowi, że czekam na miejscu 24B. Oparta o maskę samochodu oczekiwałam przyjazdu księcia z bajki.
Florian?
- Nie – odpowiedziałam stanowczo. Nie był z tego powodu zadowolony. Cóż mogłam zrobić. Nie chciałam trzeciego koła na randce. Znając życie i tak ktoś się będzie przy mnie kręcił, ponieważ tatuś jest nadopiekuńczy.
- Zobaczymy czy będziesz taka cwana jak cię gdzieś wywiezie i zgwałci – trzymał psa na rękach i unosił go do góry co chwila całując jego nosek.
- Błagam zamknij się. Idź z nią na spacer. Przyda jej się trochę świeżego powietrza i ruchu. Upasła się ostatnio – wstałam od toaletki żeby przejrzeć się we większym lustrze. – Parfaitement – mruknęłam z francuskim akcentem widząc swoje odbicie. Postawiłam na bardzo klasyczny strój. Długa, delikatnie plisowana, zielona sukienka z falbankami przy dekolcie i końcówkach rękawów leżała na mnie idealnie. Kreację dopełniał czerwono-zielony pasek z dużą klamrą ‘GG’. Do tego biała torebka i żółte szpilki z odkrytą piętą, palcami i dużą częścią stopy. Piękna jak zawsze. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Przed wyjściem zrobiłam jeszcze zdjęcie, które umieściłam na story na Instagramie.
Przed wyjściem napisałam do Floriana gdzie będę na niego czekać. Maiłam straszną ochotę na sushi więc podałam mu adres restauracji, w której najczęściej stołuję się z ojcem.
- Zajmij się psem i przekaż tacie, że wrócę późno – wzięłam kluczyki do samochodu z wieszaka. – I nie spędź całego wieczoru na oglądaniu telewizji. Przypominam ci, że jesteś w pracy – jego robota polegała na pilnowaniu mnie przed potencjalnym zagrożeniem. Jestem celem dla wrogów ojca i zwykłych przestępców liczących na duży okup. Tak więc jest Connor, mój prywatny ochroniarz. Oprócz niego zawsze kręci się w pobliżu reszta ekipy. Jeszcze do niedawna nie byłam świadoma tego, że ktoś cały czas za mną łazi. Dopiero niedawno zrozumiałam, że ojciec chce mieć nade mną pełną kontrolę.
- Dobrze, szefowo – przewrócił oczami i włączył sobie serial rozkładając się na sofie. Westchnęłam głośno i wyszłam z domu.
O umówionej godzinie czekałam w podziemnym parkingu wieżowce, w którym znajdował się cel mojej randki. Napisałam Florianowi, że czekam na miejscu 24B. Oparta o maskę samochodu oczekiwałam przyjazdu księcia z bajki.
Florian?
Od Nathaniela CD Hime
Gdy młoda kobieta wyznała, że jej pies widział sprawcę podpalenia,
elf z zaciekawieniem czekał na jakikolwiek rysopis, lecz zamiast tego,
uzyskał jedynie stwierdzenie, że czworonóg ma problemy z pamięcią i
zapomniał jego wyglądu. Ciemnowłosy tylko krótko westchnął, spoglądając
na kobietę oraz na psa, który dość dziwnie na nią spojrzał.
— Cóż, trudno. — delikatnie się uśmiechnął — To mogła być szansa na uratowanie innych mieszkańców. Wystarczająco dużo ludzi już zabił. — dodał, naciskając na ostatnie słowa, co odwróciło wzrok kobiety. — Do zobaczenia i uważajcie na siebie. — posłał lekki uśmiech i odszedł.
Gdy mag zniknął za wozem strażacki, krótkim zaklęciem wytworzył czarnego kruka i zlecił mu zbieranie informacji od młodej kobiety, która choć wyglądała na prawdomówną, to do końca jej nie ufał i wolał mieć ją na oku. Oczywiście mężczyzna może się mylić i owy kruk nic nowego nie zbierze, lecz spróbować nie zaszkodzi.
Minęły trzy dni, a w tym czasie ani jednego pożaru, co było lekkim zaskoczeniem dla służb ratunkowych, zaś z drugiej strony dobrym znakiem. Dało to też czas na zregenerowanie sił oraz uzupełnienie zapasów, czego ostatnio zaczęło brakować.
Gdy w godzinach popołudniowych Nathaniel był już w domu, przyzwał on swojego kruka i wyczytał z niego najistotniejsze informacje. Choć zaklęcie było dokładne, coś poszło nie tak i zamiast uzyskać coś konkretnego, widniała tylko wiadomość "Ona coś wie..", nie licząc przepisów kulinarnych czy planów dnia, co elfa raczej nie interesowało. To też stało się dowodem na to, że młoda kobieta coś ukrywa, a co jest dość mocno karalne. Żeby tego uniknąć, mag postanowił na własną rękę udać się do Hime. Jednakże problem pojawił się wtedy, gdy mężczyzna przypomniał sobie, że kobieta mieszka gdzie indziej, gdyż jej kamienica została poważnie uszkodzona. Wtem przypomniał sobie o kawiarni, w której pracuje rudowłosa i tam też się udał. Gdy wszedł do środka lokalu, zauważył bodajże Rene, która na widok elfa przewrócił oczami.
— Nie ma Hime. — rzekła od razu, gdy brunet się do niej zbliżył.
— A gdzie ją znajdę? — spytał spokojnie.
— A co od niej chcesz?
— Otóż Twoja koleżanka może mieć problemy z prawem. — odpowiedział — A jeśli tak bardzo Ci na niej zależy, powiedz mi proszę, gdzie ją znajdę. — dodał z lekkim westchnięciem.
Hime?
— Cóż, trudno. — delikatnie się uśmiechnął — To mogła być szansa na uratowanie innych mieszkańców. Wystarczająco dużo ludzi już zabił. — dodał, naciskając na ostatnie słowa, co odwróciło wzrok kobiety. — Do zobaczenia i uważajcie na siebie. — posłał lekki uśmiech i odszedł.
Gdy mag zniknął za wozem strażacki, krótkim zaklęciem wytworzył czarnego kruka i zlecił mu zbieranie informacji od młodej kobiety, która choć wyglądała na prawdomówną, to do końca jej nie ufał i wolał mieć ją na oku. Oczywiście mężczyzna może się mylić i owy kruk nic nowego nie zbierze, lecz spróbować nie zaszkodzi.
Minęły trzy dni, a w tym czasie ani jednego pożaru, co było lekkim zaskoczeniem dla służb ratunkowych, zaś z drugiej strony dobrym znakiem. Dało to też czas na zregenerowanie sił oraz uzupełnienie zapasów, czego ostatnio zaczęło brakować.
Gdy w godzinach popołudniowych Nathaniel był już w domu, przyzwał on swojego kruka i wyczytał z niego najistotniejsze informacje. Choć zaklęcie było dokładne, coś poszło nie tak i zamiast uzyskać coś konkretnego, widniała tylko wiadomość "Ona coś wie..", nie licząc przepisów kulinarnych czy planów dnia, co elfa raczej nie interesowało. To też stało się dowodem na to, że młoda kobieta coś ukrywa, a co jest dość mocno karalne. Żeby tego uniknąć, mag postanowił na własną rękę udać się do Hime. Jednakże problem pojawił się wtedy, gdy mężczyzna przypomniał sobie, że kobieta mieszka gdzie indziej, gdyż jej kamienica została poważnie uszkodzona. Wtem przypomniał sobie o kawiarni, w której pracuje rudowłosa i tam też się udał. Gdy wszedł do środka lokalu, zauważył bodajże Rene, która na widok elfa przewrócił oczami.
— Nie ma Hime. — rzekła od razu, gdy brunet się do niej zbliżył.
— A gdzie ją znajdę? — spytał spokojnie.
— A co od niej chcesz?
— Otóż Twoja koleżanka może mieć problemy z prawem. — odpowiedział — A jeśli tak bardzo Ci na niej zależy, powiedz mi proszę, gdzie ją znajdę. — dodał z lekkim westchnięciem.
Hime?
Subskrybuj:
Posty (Atom)