8.11.2019

Od Nathaniela CD Hime

   Mężczyzna przyglądał się owczarkowi, który ze skupieniem biegł za rzuconym mu patykiem. Widać było, że lubi tego typu zabawę i zna też otoczenie, gdyż każdy swój krok stawiał dosyć pewnie. Z tego też zamysły został wyrwany przez głos kobiety, znajdującej się obok strażaka.
— Nie zastanawia cię moje porozumiewanie się ze zwierzętami?
Brunet delikatnie się uśmiechnął i zerknął na kobietę, która także spoglądnęła na elfa. Cicho westchnął, a następnie wrócił wzrokiem na czworonoga. 
— Na początku byłem trochę zaskoczony. — zaczął spokojnym tonem — Szybko jednak zrozumiałem w jakim świecie żyjemy i wszelkie nadludzkie zdolności są na porządku dziennym. — powiedział, chowając zaraz dłonie w kieszenie kurtki — Jednak rozmawianie jest zwierzętami jest czymś pięknym, chociaż domyślam się, że jest też męczącym. — dodał, zerkając na rudowłosą. 
— Miło mi to słyszeć. — rzekła zerkając na strażaka — I faktycznie, zdarzają się napady migreny, lecz dzieje się to coraz rzadziej. — wyjaśnia krótko.
— To dobry znak. Znaczy, że potrafisz siebie kontrolować. — delikatnie się uśmiechnął.
Rozmowa dwójki znajomych ucichła w momencie, gdy wysokimi drzewami zabujał mocny wiatr, którego raczej nikt się nie spodziewał. To też przyprowadziło ciemne chmury, które przekonały mężczyznę do opuszczenia tego miejsca. 
— Chyba będzie padać. — powiedziała kobieta, która zaraz zawołała swojego pupila. 
— Ostatnia śnieżyca. — cicho westchnął — Mieszkam zaraz za lasem. Mogę was podrzucić do domu, bo wątpię, żebyście zdołali dojść w bezpieczne miejsce. — dodał zaraz spokojnie i wskazał na jedną z leśnych ścieżek. 
Rudowłosa kobieta spojrzała zaskoczona na bruneta, gdyż możliwe, że nie spodziewała się takiej propozycji z jego strony, a on to robi tylko z dobrego serca. Elfiego serca. Szybko jednak otrząsnęła swoje myśli i przyjęła propozycję podwózki, co chyba owczarkowi się nie spodobało, gdyż kobieta zaczęła coś mu tłumaczyć. Strażak tylko wsłuchiwał się w słowa Hime i próbował domyślić się, co mówił jej pupil. Widać, że dba o swoją panią. 
Gdy cała trójka opuściła leśne zacisze, z pomiędzy drzew wyłonił się domek elfa, natomiast przed garażem stał jego jedyny środek transportu w postaci czarnego mercedesa. Kobieta niepewnie spojrzała na auto, a następnie na bruneta, który właśnie wrócił się z kluczykami od pojazdu. 
— Pies śmiało może zająć tylną kanapę. — powiedział Nath, otwierając tylne drzwi auta. 
— Spokojnie Kazu. Będę siedzieć zaraz przed Tobą. — rzekła do owczarka, który zaraz wskoczył na wcześniej wspomniane miejsce. 
Mężczyzna zamknął drzwi za psem, a następnie otworzył drzwi rudowłosej, która w odpowiedzi delikatnie się uśmiechnęła, a następnie usiadła na miejscu pasażera. Gdy oby dwoje zajęli swoje miejsce, strażak zasiadł za kierownicą, następnie opuścił podjazd garażu i skierował się do miasta. Kobieta zaraz podała adres zamieszkania, gdzie też się udali, po czym między nimi zapadła luźna cisza. 
— Nie przeszkadza Ci pies na siedzeniu? — spytała po chwili kobieta, na co brunet lekko się uśmiechnął. 
— Dla mnie każde zwierzę jest członkiem rodziny. — odpowiedział przyjaźnie — Sam posiadam dwie alpaki oraz wałacha i choć nie wiem, co do mnie mówią, to rozumiem je bez słów. — dodał zerkając krótko na rudowłosą. 
— Mowa ciała. — dodała krótko.
— Dokładnie. — przytaknął — Dla tego nie zbliżam rąk do Twojego czworonoga, gdyż widzę, że ten nie przepada za obcymi. — dodał i spojrzał w środkowe lusterko, w którym zaraz pojawił się psi łeb.
— Zgadza się. — zaśmiała się spokojnie — Ale jest kochanym owczarkiem. 
— W to nie wątpię. — rzekł z uśmiechem. 
Rozmowa znajomych zeszła na luźniejsze tematy, jak obecna pogoda czy jutrzejszy dzień, gdyż podczas dojazdu do miasta, nastąpiło oberwanie chmury oraz zerwał się mocniejszy wiatr, co było czuć po kołyszącym się mercedesie. W betonowym lesie strażak szybko dojechał pod wskazany adres i zaparkował tak, żeby kobieta jak najkrócej przebywała na zimnym deszczu. Podziękowała radośnie, po czym opuściła pojazd wraz ze swoim czworonogiem i biegiem skierowała się do drzwi kamienicy. Wtem mężczyzna odjechał spod budynku i sam udał się z powrotem do domu. 

Hime? 

5.11.2019

Od Michaela CD Any

   Gdy moc mężczyzny znacznie osłabła, czarownik wykorzystał ten moment i z premedytacją zadał mu kolejny cios, co spowodowało chwilowe oszołomienie ciemnowłosego. Czuł, jak jego własne wnętrzności przewracają się z jednej strony na drugą, a ciało oblane jest krwią, która sączyła się z otwartych ran. Choć przebywał w znacznej ciemności, a Corson podtrzymywał mężczyznę przy życiu, jego rany nie goiły się. Pomimo tego, walczył. Gdy jednak Michael wydobył z siebie krzyk bezsilności, jego stan psychiczny zachwiał się, co spowodowało pełne wniknięcie rogatego w duszę mężczyzny. Corson przejął walkę, która szła mu znacznie lepiej, a szła ona sprawniej, gdy u jego boku ukazał się kolejny demon. Rogaci sprawnie osłabili czarownika, dzięki czemu Ana w smoczej postaci mogła go obezwładnić, przyszpilając jego ciało do ściany. Nastała cisza. Cisza, która została przerwana przez śmiech wroga.
— Nie spodziewałem się współpracy demonów z gadem. — prychnął, wypluwając krew z ust. 
— Kto Cię wynajął? — rzucił Corson, który oparł się o swój miecz. 
— Tylko po to tutaj przyszliście? — zaśmiał się oschle, zerkając na drugiego demona. 
— Ja jestem tutaj od zadawania pytań. — nacisnął słownie rogaty, przez co łapa smoczycy znacznie się zacisnęła — Mów więc, kto Cię nasłał na Crowley'a. — dodał Cor. 
— Nie znam.. nie znam gościa. — rzekł tracąc powoli dech.
— Ana, rozluźnij uścisk. — zerknął na smoka, lecz ta nie słuchała. — Musimy mieć go przy życiu. — dodał, szykując się do osłabienia smoka. 
Gad ani trochę nie reagował na słowa demona, a jeszcze bardziej zbliżała swój pysk do ciała czarownika. Wyglądała na zaklętą lub pochłonięta zemstą, przez co rogaci musieli od razu reagować. Łapy smoczycy owinęły się ciemnymi pnączami, a że czyniły to dwa demony, siła była znacznie większa, dzięki czemu gad ocknął się ze wcześniejszego stanu i puścił słabego już czarownika. 
— Ochłoń. — rzucił Corson, patrząc uważnie w oczy smoka — W tej postaci nie wyjdziesz spod ziemi. — dodał, po czym wrócił do wrogiego osobnika. 
Jak się okazało, zleceniodawcą na Crowleya był jakiś mężczyzna, który przesiaduje w okolicy Seattle. Wysoki blondyn, którego akcent kompletnie nie pasuje do tutejszego języka i pewnie czarownik powiedziałby coś więcej, gdyby nie wykrwawiłby się na śmierć. 
— Zakończ jego żywot. — powiedział Corson do drugiego demona, który z przyjemnością uczynił owe polecenie. 
Ciało wrogiego osobnika zamieniło się w popiół i zniknęło wraz z podmuchem rogatego, co zakończyło wszelką walkę na dzień dzisiejszy. Rogate stworzenia spojrzały na siebie, lekko przytaknęły, po czym obcy demon zakręcił w dłoni podwójnym ostrzem, a gdy ten wbiło się w ziemie, demon zniknął. Corson spojrzał na gada i pokręcił przecząco łbem. 
— Masz czas i lepiej się skup. Nie dam rady tak długo przytrzymać Mike przy życiu. — powiedział, po czym usiadł na ziemi w celu wygodniejszego czekania na ruch Any. 
  Gdy kobieta wróciła do ludzkiej formy oraz ubrała na siebie wcześniej ściągnięte ubranie, rogaty poprowadził na górę i choć zawsze używał do tego mocy, tak teraz nie był w stanie nawet się przed czymkolwiek obronić. Osłabiony demon jest gorszy od głodnej kobiety, choć Cor należy do najspokojniejszych rogaczy. 
Gdy oby dwoje znaleźli się na zewnątrz, nie trzeba było długo czekać na reakcję czarta, który opadł na ziemie, pierwszy raz okazując swoje osłabienie. Kobieta nie mogąc uczynić nic więcej, usiadła zmęczona obok niego, przyglądając mu się. 
— Musimy wracać. — rzekła jasnowłosa — Tutaj nie jest bezpiecznie. — dodała osłabionym głosem. 
Choć oby dwoje przebywali w lesie, wyglądali, jakby umierali na pustyni bez wody, lecz nawet jakby czart chciał wstać, to po prostu nie posiadał na to sił. Nie chciał tak skończyć i gdyby nie zależało mu na brunecie, odszedłby w niepamięć, lecz teraz Mike jest najważniejszy. 
— Tak myślałem. — rozległ się nagle głos demona, który jeszcze chwilę temu pomagał im w walce. — Zabiorę was w bezpieczniejsze miejsce. — dodał w ludzkim języku. 
W tym momencie nastała ciemność, totalna ciemność ciemnej nocy, której żaden promień nie zdoła rozświetlić. Ciemność gorsza od śmiertelnej ciemności. Ciemność, której boi się sam szatan. Ciemność mroczniejsza od Śmierci.. Jest jednak coś silniejszego od Ciemności — życie. To też nastąpiło, gdy sam Michael otworzył przekrwione oczy, a zgniecione klatka piersiowa zaczęła się ruszać, pozwalając brunetowi zaczerpnąć świeżego powietrza. Jego spojrzenie zaczęło rejestrować pomieszczenie, w którym się znajdował i choć pamięta tylko podziemną grotę, tak teraz znajdował się w.. domu Any. Gdy brunet chciał się podnieść, poczuł tylko silny ból, który prawie go sparaliżował. 
— Nie ruszaj się, bracie. — usłyszał męski głos, zbyt męski, by należał do Asha. — Twoja towarzyszka jest cała i zdrowa, ale nie przytomna. — dodał w celu wyjaśnienia. 
— Skąd Ty tutaj.. — zaczął zachrypniętym głosem. 
— Corson mnie nakierował. — odpowiedział — Odpoczywaj. 
Choć Michael nie zna rudego mężczyzny, tak poczuł się bezpieczniej, gdy ten wypowiedział imię swojego demona. Podświadomość mu podpowiedziała, że nie stanowi on zagrożenia dla ich dwójki. 
   Kolejne przebudzenie bruneta nastąpiło, gdy do jego uszu dobiegł głos kłótni kobiety z mężczyzną oraz wystrzał z broni palnej, co zdecydowanie nie spodobało się mężczyźnie. Choć powinien on odpoczywać, tak teraz musiał zareagować, więc wstał z miękkiego łóżka i kulejąc udał się do salonu. Tam zastał rudego z Aną, którzy skakali sobie do gardeł. 
— Czy was pojebało..? — mruknął znacznym tonem, spoglądając na ich obu. 
— Wkradł się do mojego domu..! — warknęła Ana, która pomimo licznych bandaży, stała na nogach jak nowo narodzona. 
— Poczułaś się lepiej? — spojrzał na kobietę — To super, bo gdyby nie on, gryzłabyś piach. — dodał, opierając się o kanapę. — Więc z łaski swojej, ogarnij się. 
— Znasz go..? — spytała jasnowłosa. 
— Erge. — odpowiedział Mike — Demon, który pomógł nam w walce. 
— Ogólnie nazywam się Leo, lecz ten pomiot szatana nie pozwolił mi dojść do słowa. — rzekł rudy.
— Grzeczniej o niej mów. — spojrzał na mężczyznę. — Jesteśmy po trudniej walce i ledwo ją przeżyliśmy, a to i tak początek góry lodowej. Leo, dzięki za pomoc. Na tym etapie damy sobie radę. 
— Nie byłbym tego taki pewny. — westchnął — Twój demon.. — zaczął, lecz lekko westchnął, gdy poczuł na sobie mordercze spojrzenie bruneta — On.. osłabł do takiego stopnia, że muszę go regenerować i choć jej się nie przydam, tak Tobie muszę pomóc. 
Gdy spojrzenie obu mężczyzn wylądowało na jasnowłosej, ta uniosła ręce na wysokość klatki piersiowej i bez słowa opuściła salon, udając się do sypialni. 
— Dobra, ale staraj się nie wchodzić nam w drogę. — rzekł Mike i sam udał się na odpoczynek. 

Ana?

Od Silasa CD. Keitha

Patrzyłem z góry na nietypową dwójkę, mrugając powoli, z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Dłoń nadal trzymałem na klamce, a drzwi wejściowe pozostawały otwarte. Żeby nie poczuli się przypadkiem zaproszeni. Byłem właśnie w trakcie przygotowywania obiadu, gdy bezpardonowo wdarli się do mojej posiadłości. A teraz jeszcze, wparowawszy do przedpokoju i nie pofatygowawszy się nawet, by wytrzeć ubłocone buty w wycieraczkę, sugestywnie położoną pod drzwiami, bez żadnego dzień dobry czy innej formy przyjętego w kulturze powitania, mężczyzna zaczął rzucać we mnie słowami bez ładu i składu. Jedyne, co zrozumiałem z jego słowotoku, to że widocznie obwiniał mnie za jakiś mord. Zakładając pewnie, że od razu będę wiedział, o co chodzi, być może wykażę jakąś formę przerażenia czy zirytowania tym, że mnie przejrzał...
No tak, tylko żeby zareagować jakkolwiek, trzeba najpierw wiedzieć, o co dokładnie jest się oskarżanym.
- Odgórne zakładanie, że ktoś coś zrobił tylko dlatego, że był obecny na miejscu tragedii, jest bezcelowe - zauważyłem po chwili, gdy słowa kobiety już przebrzmiały, a mężczyzna przestał się rzucać. Każde słowo artykułowałem na tyle powoli, bym na pewno został zrozumiany. I by przy okazji spokojem nieco złagodzić emocje targające egzorcystą. - Jednak z uwagi na to, że wbrew pozorom jestem człowiekiem posiadającym swój honor, nie pozwolę się obrażać i przypisywać sobie fałszywych oskarżeń. Dlatego odpowiem na wasze pytania najlepiej, jak będę potrafił - urwałem na chwilę, by powieść wzrokiem po intruzach. Wątpiłem, by ewentualna walka z nimi miała mi przysporzyć szczególnych problemów. A nawet jeśli zdołaliby mnie zabić, wyświadczyliby mi raczej przysługę. Westchnąłem więc, zamykając drzwi, by odgrodzić nas od powiewów zimnego powietrza wpadających przez nie do środka. - Zapraszam. Tylko zdejmijcie buty - dodałem. W normalnych okolicznościach bym tego nie zażądał. Ale uznałem, że skoro oni wykazali się całkowitym brakiem kultury wpadając do mojego domu, ja mogę też mogę sobie na to pozwolić.
- Nie mam zamiaru wchodzić dalej. Skąd mogę wiedzieć, czy nie zaciągniesz nas do piwnicy i nie zabijesz? - warknął mężczyzna, łapiąc za ramię kobietę, która już ze zrezygnowanym westchnięciem miała się schylić, by rozwiązać sznurowadła.
Popatrzyłem na niego zimno, bez wyrazu. Nic nie powiedziałem. To oni chcieli rozmawiać, muszą się więc zgodzić na moje warunki. A ja nie zamierzałem rozmawiać w przedsionku. Zostawiłem patelnię na gazie.
Po kilkunastu długich, pełnych napięcia sekundach, warknął zirytowany. Ale w końcu schylił się, by zdjąć obuwie.
Zaprowadziłem nieproszonych gości do kuchni, zapaliwszy światło wskazałem im niewielki stół, mogący pomieścić wokół siebie cztery krzesła, a sam podszedłem do kuchenki, żeby zamieszać ryż, który zaczął już się przypalać (pukanie do drzwi było tak agresywne, że uznałem, iż lepiej otworzyć natychmiast, nawet ryzykując spalenie obiadu). Mruknąłem niezadowolony, odstawiając patelnię na bok. Nie odwracając się, zwróciłem się do moich rozmówców:
- Zaproponowałbym coś do picia, ale wnioskując po waszym podejściu, oburzeni odmówicie twierdząc, że nie wiecie, czy nie próbuję was otruć - rzuciłem im spojrzenie ponad ramieniem.
- Dlaczego światło było zgaszone, gdy przyszliśmy? - zapytała nagle kobieta. Uniosłem zdziwiony brew, zachodząc w głowę, skąd jej się to pytanie wzięło. Właśnie wtedy żarówka zamigotała, na szczęście jednak zdecydowała się nie gasnąć.
- Właśnie dlatego - rzuciłem, lekko rozbawiony reakcją dziewczyny, która podniosła gwałtownie głowę, by spojrzeć na zawieszoną pod sufitem lampę.
- Nie musisz nas straszyć - natychmiast zareagował mężczyzna. Widziałem, że najchętniej by się na mnie rzucił, tak był wściekły.
- Nie kontroluję tego - wytłumaczyłem spokojnie, podchodząc do nich i zajmując jedno z wolnych krzeseł. - Dlatego, gdy jestem sam w domu, nie zapalam świateł. Widzę dostatecznie dobrze bez nich, a takie miganie jest irytujące - tłumaczenie widać średnio przekonało mężczyznę, ale nie było sensu się tym przejmować. - Ale wracając do tematu. Nie mam pojęcia, o co ci chodziło, gdy wpadłeś do mojego domu, zarzucając mi jakieś z palca wysnute przewinienia. Niemniej, ponieważ nie raczyłeś mi jak dotąd tego wytłumaczyć, powiem tyle, ile zdołam - zastukałem palcami obu rąk w blat stołu, odchylając się na oparcie krzesła. - Nigdy nie zamordowałem nikogo dla kaprysu. Poza tym... spaleni ludzie, tak? Skąd założenie, że to moja wina? Przypominam, że gdy twoja urocza przyjaciółka otoczyła mnie podczas naszego ostatniego spotkania płomieniami, byłem uwięziony. Nie mam mocy pozwalającej na kontrolowanie ognia, a tym samym palenia ludzi. Dalej: pytałeś mnie, co robiłem wczoraj wieczorem. W normalnych okolicznościach powiedziałbym, że nie twoja sprawa, ale w ramach okazania dobrej woli, odpowiem. Na polecenie Sopportare śledziłem pewną istotę - nagle przypomniałem sobie coś z zeszłego wieczoru. Zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. - Podejrzewam, że to ona stoi za tym, o czym mówisz, choć nie jestem pewny, czy mamy na myśli to samo wydarzenie. Aczkolwiek, faktycznie, podczas wczorajszego polowania... - poniewczasie zdałem sobie sprawę ze złego doboru słów - ... mam oczywiście na myśli polowanie na istotę, która od jakiegoś czasu biega po okolicy i morduje ludzi. Pali ich, dokładniej. W każdym razie, przez chwilę miałem możliwość złapania go. Znajdowaliśmy się wtedy przy miejscu zbrodni, złapałem go prawie na gorącym uczynku. Ale wtedy usłyszałem samochody, z resztą ta istota również, bo natychmiast czmychnęła.
Mężczyzna wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, kobieta zerkała z niepokojem to na mnie, to na migającą raz po raz żarówkę. Niebo za oknem przecięła błyskawica, rozświetlając na moment ciemność.
- Ulotniłem się zaraz po tym, jak ludzie, którzy tymi samochodami przyjechali, rozpoczęli badania. Tylko bym im przeszkadzał... Czy takie wytłumaczenie cię przekonuje? - zapytałem, z lekką kpiną słyszalną w głosie. - Jak w ogóle się nazywacie? - dodałem, przenosząc zirytowany wzrok na żarówkę, która znowu zamrugała. Tym razem nie zapaliła się już jednak ponownie, pogrążając nas w półmroku. Westchnąłem ciężko, wstając. Lekkie muśnięcie żarówki palcami i skierowanie w nią niewielkiego ładunku elektrycznego wystarczyło, by ponownie zaświeciła, tym razem już stałym światłem. No nareszcie. - Wy znacie moje imię, ale ja nie znam waszych. To trochę nie fair, nie sądzicie?

Keith? ;P

4.11.2019

Od Larissy CD Liama

Weź się w garść dziewczyno! Nie bądź histeryczką. Wiedziałaś, doskonale wiedziałaś, że będą kłopoty, mimo to brnęłaś w to nadal.
Skoro zwierzchnicy jeszcze się nie pojawili, znaczy, że to wszystko ma głębszy sens. Może tak właśnie miało być.
Byłam wdzięczna chłopakowi za to drobne kłamstwo. Nie chciałam być odpowiedzialna za czyjąkolwiek śmierć... Życie jest tak kruche, a ludzie tak bardzo podatni na sugestie...
Śmierć tego człowieka była dokładnie tym, czego potrzebowałam. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie zobaczyłam możliwości, jaką otworzyła.
Wystarczyło znaleźć ducha zmarłego, a znając istoty astralne to on znajdzie mnie. Pierwszy raz miałam możliwość dowiedzenia się komu tak bardzo zależy na pergaminie, jakim istotom tak bardzo zalazłam za skórę.
Czułam się niezręcznie, że przez moje załamanie nerwowe Liam był zmuszony mnie nieść. Przecież właściwe się nie znamy, równie dobrze mógł mnie tam zostawić i nie przejmować się nieznajomą.
Chłopak zwolnił nieco, by całkowicie przystanąć w jakiejś bocznej uliczce. Delikatnie postawił mnie na ziemi i upewniwszy się, że pewnie trzymam się na nogach schował dłonie do kieszeni. Cisza, jaka zapadła między nami była lekko niezręczna. Powoli zaczęliśmy iść przed siebie w nieznanym mi kierunku. Mieszkałam tu od niedawna nie znałam większości miasta.
Przed nami przejechały dwa radiowozy. Nie było trudno zgadnąć gdzie jadą.
- będziemy mieli kłopoty? - szepnęłam cicho.
- nie większe niż do tej pory - zauważył logicznie chłopak - tamci ludzie znałaś ich? Bo oni znali cię.
Uważnie przyjrzałem się chłopakowi, sprawiał wrażenie mało zainteresowany, ale ciężko miałam interpretować cudze zachowania.
- nie spodziewałam się, że tak szybko tu za mną przyjadą - Wyznałam. Po czym dyskretnie rozejrzałam się dookoła - mam coś, czego oni chcą - powiedziałam, upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu. Nadal do końca nie wiedziałam, czy mogę ufać chłopakowi. Zbyt łatwo poradził sobie z opętańcami jak na zwykłego człowieka. - stary artefakt spisany w nieznanym mi języku - ciągnęłam mimo wątpliwości. To wszystko zaszło już za daleko. Złamałam wszelkie reguły, nawet nie chce myśleć co zrobią ze mną zwierzchnicy. - chcesz to zobaczyć? - spytałam - Może będziesz umiał to rozczytać?

Liam? 

3.11.2019

Od Kangsoo CD Liama

- Jasne - odparł, uśmiechając się.
Opuścili teren schroniska i ruszyli drogą w stronę pobliskiego lasu. Kangsoo szedł w miarę spokojnym krokiem. Ash dreptała bardziej z przodu, obwąchując trawę. Ciągnęła tylko trochę, poza tym całkiem często przystawała, by dokładniej zbadać dany skrawek ziemi... czego nie można było powiedzieć o Verdinie. Droga była wąska, a smycz długa, więc psiak biegał od jednego pobocza do drugiego, tylko na chwilę odrobinę zwalniając. Widać było, że Liam z całych sił próbował nad nim zapanować, zapewne dziwiąc się, jak w takim niewielkim kundelku może być tyle pary. Dawał jednak sobie z nim radę, od wyjścia ze schroniska pies jeszcze nie pozbawił go równowagi.
Podczas gdy Liam skupiony był na psie, Kangsoo przypomniał sobie o swoim pierścieniu. Czym prędzej wsunął rękę do kieszeni kamizelki, odetchnął cicho z ulgą. Nie zapodział się nigdzie. Od razu wyciągnął go i pospiesznie założył na lewy palec wskazujący.
Jakiś czas szli w milczeniu, obydwoje obserwowali psy. Cisza jednak nie trwała zbyt długo, bowiem siedzący dotychczas spokojnie na głowie Koreańczyka Geum postanowił zacząć wołać:
- Kangsoo! Kangsoo! Kangsoo!
Wyglądało to, jakby mu kibicował, tylko nie wiadomo, w czym. Jednocześnie rytmicznie kiwał głową oraz rozwijał i chował skrzydła. Wydawał się być naprawdę zaangażowany w to, co robił.
Liam spojrzał na papugę, zaśmiał się głośno.
- Jak ci dopinguje! - powiedział wesoło.
- On po prostu uwielbia moje imię - odparł Kangsoo. - W domu ciągle krzyczy: Kangsoo, jestem głodny!Kangsoo, wody!Kangsoo, pieniądze! - zaczął naśladować ptaka.
Wyraźnie rozbawił tym Liama.
- Pieniądze? - zapytał tamten. - Czyżby wyłudzał od ciebie kasę?
- Nie, chodzi o monety z mojego rodzinnego kraju, które trzymam w kuferku. Lubi się nimi bawić, układać je w stosiki i tak dalej. Czasami nawet cwaniak je segreguje według nominału - dorzucił.
Liam uniósł brwi w zaskoczeniu. Podniósł wzrok na Geuma, który już siedział cicho, pielęgnując swoje piórka.
- Papugi potrafią być strasznie mądre - powiedział po chwili.
- Masz rację. - Kangsoo przytaknął, co na chwilę pozbawiło Geuma równowagi.
Ptak zachwiał się, machnął parę razy skrzydłami, próbując utrzymać się na głowie Koreańczyka. Po chwili jednak zeskoczył na lewe ramię swego właściciela (na prawe nie, ponieważ po prawej szedł Liam). Smagnął skrzydłem w jego policzek, a następnie zaskrzeczał po koreańsku:
- Kangsoo, jestem głodny.
- Już, tak szybko? - zapytał Kangsoo w tym samym języku.
- Głodny!
Ach, a niby go nakarmiłem rano.
Nie zauważając nieco zdziwionego spojrzenia Liama, sięgnął ręką do kieszeni, z której wyjął siatkę z ciastkami. Wystarczył jeden szelest, by Verdin zatrzymał się jak na znak i spojrzał za siebie. Nozdrza poruszyły się, a tuż po chwili pies stał koło nogi Koreańczyka i wbijał w niego błagalne spojrzenie. Liam i Kangsoo zatrzymali się, obydwoje jak jeden mąż spojrzeli na kundelka.
Kangsoo westchnął.
- To nie dla ciebie - rzekł niechętnie.
Zaczął żałować, że nie wziął ze schroniska trochę psich przysmaków - wtedy mógłby mu coś dać. Zdawał sobie sprawę z tego, że Verdin tak łatwo mu nie odpuści. Na szczęście wiedział, co mógł zrobić w tej sytuacji. Przeleciał wzrokiem po drodze. Chwilę się rozglądał, patrzył za siebie, aż ujrzał leżący kawałek dalej całkiem spory kij. Pociągnął za sobą Ash, ruszył w jego stronę. Zatrzymał się, kucnął by podnieść kij (oraz by Geum z niego nie zleciał), po czym zaczął wracać, wołając:
- Verdin, patrz, co mam!
Oczy psa błysnęły na widok kija. Całkowicie zapomniał o jedzeniu, skupiając się tylko na nim. Podbiegł do Kangsoo, Liam w ostatniej chwili zacisnął rękę na smyczy. Koreańczyk opuścił nieco kij, żeby zwierzak mógł go złapać. Kiedy kły się na nim zacisnęły, obydwoje zaczęli się ze sobą siłować, aż ostatecznie Kangsoo puścił go. Verdin z triumfem się odwrócił i zadowolony z kijem w zębach ruszył dalej.
Liam obserwował to wszystko uważnie, zapewne zapamiętując, by w przyszłości on również wiedział, co robić. Przyglądał się jakiś czas kundelkowi, a następnie spojrzał na Kangsoo.
- Znasz się na rzeczy - przyznał, posyłając mu uśmiech.
- Kwestia czasu. - Kangsoo delikatnie wzruszył ramionami. - Jak trochę popracujesz z psami ze schroniska, to będziesz znał je bardzo dobrze. Czasami to nawet po samej ich postawie da się odgadnąć, czego chcą.

Liam?

Od Nathaniela CD Taigi

   Gdy rozmowa zeszła na temat posiłku, mężczyzna poczuł się spokojniejszy, co można było rozpoznać po luźniejsze rozmowie z nutką "przyjacielskiego" flirtu. Brunet nie widział nic złego w tego typu zwrotach, jednakże nie mógł sobie za dużo pozwalać ze względu na elficką postawę. Szanuje Taigę i nie chciałby jej skrzywdzić pod względem emocjonalnym oraz fizycznym, oczywiście. Czy coś do niej czuł? Na pewno nie, choć już wcześniej uznał brunetkę za ciekawą kobietę pod kilkoma względami. Jednym z nich jest posługiwanie się podobną magią, co z czasem może pomóc w wielu sytuacjach.
Przy pomocy brunetki, posiłek wyszedł smaczniejszy i bardziej urozmaicony kilkoma przyprawami, dzięki czemu, humor ich dwójki był zdecydowanie lepszy. Jednakże sam syn nie wiedział, co ma myśleć o ojcu oraz obcej mu kobiecie, z która to Nathaniel tak często się uśmiechał. Elfy nie są nauczone posiadania przybranej matki czy ojca, przez co młody czuł się niepewnie, lecz nie chciał niszczyć tego spokojnego klimatu.
— Smakowało? — zapytał po posiłku brunet, który wstał w celu odniesienia talerzy.
— Tak, ale tylko dla tego, że Ci pomogłam. — odpowiedziała z lekkim uśmiechem, co brunet odebrał z humorem.
Mężczyzna pokręcił głową i wstawił naczynia do zmywarki, a gdy podniósł wzrok znak maszyny, zauważył obok siebie Adiela ze znacznym spojrzeniem.
— Coś się stało? — spytał syna, delikatnie unosząc kąciki ust.
 Długo tutaj jeszcze będzie? — zapytał krótko młody elf.
— A co to za pytanie? — zmarszczył brwi — Musi dojść do siebie i pomóc nam ze strażą. — wyjaśnił zachowując wszelki spokój.
 Zawsze dawaliśmy sobie radę, sami. — podkreślił ostatnie słowo.
— Nie Adiel, nie tym razem. — powiedział brunet znacznym tonem.
 Ależ owszem. — odparł młody — Może ona sprawić nam więcej problemów. — dodał zaraz, nieświadomie unosząc ton na ojca.
— Nie tym tonem. — warknął elf — Marsz do siebie i lepiej przemyśl swoje zachowanie. — dodał już spokojniej, nie chcąc budzić swoich negatywnych cech.
Nastolatek nerwowo odetchnął, a następnie skierował się do swojego pokoju, którego drzwi tak mocno trzasnęły, że szyby w oknach delikatnie zadrżały. Gdyby nie brunetka obok, mężczyzna wróciłby się do adepta i zwrócił mu uwagę, jednakże w tym przypadku nie chciał rozpoczynać jakiekolwiek rodzinnej kłótni. Oparł się o blat i głęboko westchnął, chcąc przywrócić swój elfi spokój, który nastał szybciej, niż się spodziewał.
— Wybacz za jego zachowanie. — rzekł mężczyzna kierując słowa do kobiety — Zdarza mu się buntować. — dodał z niewidocznym uśmiechem.
— Jak większość nastolatków. — odparła spoglądając na mówcę. — A.. o co poszło? — spytała zaraz.
— Problemy z przeszłości, ale to nic poważnego. — skłamał dla wspólnego dobra — Jakbyś czegoś potrzebowała, będę u siebie. — dodał chcąc zakończyć wcześniej zaczęty temat.
Ciemnowłosy udał się do swojej sypialni, gdzie pobył dłuższą chwilę, głównie czytając książkę przy lampce wina, co pomogło w rozluźnieniu się. Gdy jednak nastała godzina ósma, mężczyzna udał się do łazienki, gdzie skorzystał z zimnego prysznicu. Nie czuł się za dobrze pod względem posiadanej klątwy i obawiał się, że lada moment może dojść do przemiany, czego raczej by nie chciał. W pewnym momencie usłyszał delikatne pukanie do drzwi łazienki, co wyrwało bruneta z niewygodnych myśli, a gdy usłyszał głos brunetki, spokojnie odetchnął.
— Jasne, wejdź. — odpowiedział na jej pytanie.
Jako, że drzwi kabiny są w połowie zasłonięte białą okleiną, dolnych części ciała mężczyzny były niewidoczne, lecz sam tors wystarczył, żeby kobieta zawiesiła na nim oko, choć przyszła tylko po jedną ważną rzecz.
— Coś jeszcze? — spytał elf z lekkim uśmiechem, spoglądając na swoją towarzyszkę.
— Nie utop się tylko. — odpowiedziała — Martwy nam się nie przydasz. — dodała zaraz, po czym z delikatnym rumieńcem opuściła łazienkę.
Nathaniel uśmiechnął się szeroko, po czym westchnął z nutką śmiechu, co wcześniej się nie zdarzało. Po tych skromnych odwiedzinach w łazience, brunet dokończył swój prysznic, wytarł się do sucha, a następnie ubrał luźniejsze ubranie, po czym posprzątał po sobie i udał się do swojej sypialni. Przygotował sobie jakąś książkę do czytania oraz ubrania na dzień następny, gdyż to jutro przystąpią do wszelkich działań. Nim jednak zasiadł do swojej lektury, wstąpił do sypialni Taigi, która na szczęście nie spała, a słuchała jakiejś muzyki na słuchawkach.
— Mogę zająć chwilę? — spytał stojąc w progu.
— Jeśli chcesz porozmawiać o łazienkowej sytuacji, to nie. — odpowiedziała, na co oby dwoje zareagowali przyjaznym uśmiechem — Jasne, wejdź. — dodała zaraz.
— Chciałbym już jutro podjąć się pierwszych czynności związanych ze strażą. — wyjaśnił opierając się o drewniane zdobienie łóżka — Wiadomo, najpierw omówienie wszystkiego ze świeżymi umysłami, później działanie. Jednakże muszę być pewny, że czujesz się na siłach, by z nami współpracować. — dodał spokojnym tonem, mając nawiązany kontakt wzrokowy z kobietą.

Taiga? 

2.11.2019

Od Keitha CD Silasa

W Seattle zjawiskiem niezwykle powszechnym było to, że niebo zakryte było warstwą ciemnych chmur, a na ziemię spadały ciężkie krople deszczu. Tego dnia nie było inaczej, z tą różnicą, że na wietrze wirował już biały puch. Niby zima miała nadejść dopiero za jakiś czas, lecz kiedy temperatura spadła znacznie poniżej zera, to ta postanowiła odwiedzić Perłę Północy wcześniej, zaskakując tym samym nieprzygotowanych kierowców i mieszkańców miasta. Do tej drugiej grupy należał również Keith. Dopiero kiedy po wyjrzeniu przez okno ujrzał płatki śniegu i wyciągnął z szafy kurtkę, zorientował się, że ta już nie pasuje na jego ciało, dlatego stanął przed wyborem. Przemęczyć się w za małym ubraniu czy wyciągnąć z dna szafy płaszcz, jaki wcisnął tam w chwili, gdy tylko otrzymał taką możliwość?
Stojąc przed rozsuwanymi drzwiami mebla, słyszał, jak w głębi mieszkania Matthias przygotowuje się do wyjścia. Jego brat nie miał takich problemów. Gdy tylko otrzymali rozkaz pojawienia się na miejscu ich akcji, przygotował broń i narzucił na siebie swego rodzaju mundur zakonu. Dla Keitha nie było to takie proste. Postanowił pozostawić tamto życie za sobą, a przynajmniej na tyle, ile był w stanie bez ryzykowania utraty głowy czy powrotu do siedziby w ramach kary za dezercję. Jednak to nadal do niego powracało, w takiej czy innej formie. Nawet najbardziej trywialnej jak wybór ubioru. W innej sytuacji pewnie roześmiałby się z powodu absurdalności tego wszystkiego. Żeby był tak bardzo zjebany, aby stać przed szafą i zastanawiać się o jakiś pierdołach.
Kiedy zjawili się na miejscu, pomyślał, że powinien jednak przełknąć dumę, gdyż to było lepsze niż dygotanie na zimnym wietrze pośrodku niczego. Bowiem tak to wyglądało, w zasięgu wzroku widział tylko dachy maksymalnie dwóch, trzech budynków w oddali, wyglądające jak małe oazy po środku morza suchych krzaków i innej polnej roślinności. A przed nimi ogołocone ze wszystkiego miejsce, jakby nagle w tym miejscu zapłonął potężny ogień, niszcząc wszystko wokół. Nawet ludzi, bowiem Montroce zauważył paru członków zakonu, klęczących na wypalonej ziemi obok zwęglonych zwłok. Młodzieniec wolał się nie zbliżać do miejsca zbrodni, stanął tylko obok auta, jakim przyjechał, obejmując się za ramiona i dygocząc z zimna. Wodził spojrzeniem za Matthiasem, który dyskutował z ojcem przełożonym. Starszy mężczyzna spojrzał przez ramię na młodszego z bliźniaków z wyrzutem, a także naganą w oczach, po czym zaczął zupełnie go ignorować. Ostatecznie kamaelita zrozumiał, że mało kto w ogóle zwraca na niego uwagę, co dało mu po części wolną rękę. Mając jedynie w głowie informację, że są to najpewniej wysłani wczoraj na misję doświadczeni łowcy, jacy się już nie odezwali, podszedł na skraj nierównego wypalonego kręgu i zamknął oczy, gdy nagły przypływ mocy uderzył jego nos. Szósty zmysł nigdy nie objawiał się w taki sposób, jednak ważne było, że w jego głowie pojawiło się przeczucie, że już zna tą woń. Poznał ją pewnego deszczowego wieczoru, a zapoznał się dokładniej w sklepie. Dłoń młodzieńca zacisnęła się w pięść. Wiedział, że nie powinien go wypuszczać. Cholera jasna.
Nim się poderwał, aby pójść do auta po telefon i zadzwonić do Andrei, zyskał jeszcze jedno przeświadczenie o dziwnie znajomej aurze, jednak nie był w stanie jej dopasować do niczego konkretnego. Zbył to szybko, skupiając się już zbyt bardzo na nowym, upatrzonym celu.

— Jesteś pewna, że to tu? — Keith wtulił twarz w kołnierz nowej puchowej kurtki, po czym przywarł do boku dziewczyny. Czarodziejka skrzywiła się nieznacznie, przyciągając automatycznie małe naczynko z wodą do piersi. Na tafli unosiła się mała łódeczka wyrzeźbiona z kawałka jodłowego drewna, na której środku znajdowała się kulka wypełniona szkarłatnym płynem, krwią, jaką zebrali już prawie dwa tygodnie temu od tajemniczego mężczyzny ze sklepu. Dziewczyna spojrzała, jak wskazówka przesunęła się w stronę brzegu miski, wskazując na całkiem nowoczesny dom, po czym skinęła głową. Kamaelita minął przyjaciółkę, która podążyła tuż za nim, aby następnie stanąć i zapukać niezbyt elegancko pięścią w drzwi.
— Halo, wiem, że tam jesteś! — krzyknął tak głośno jak był w stanie przy płucach zmęczonych daleką podróżą na zimnie — Otwieraj, w tej chwili!
— Keithy, spokojnie. Nie chcemy go rozzłościć — Czarodziejka obserwowała, jak wskazówka porusza się wzdłuż brzegu, wskazując podróż właściciela krwi we wnętrzu budynku, odrywając od niej spojrzenie dopiero w chwili, gdy drzwi się otworzyły. Montroce wprosił się momentalnie do środka, a dopiero tam wyprostował się dumnie i chwycił pod boki.
— Co robiłeś wczoraj wieczorem? Mordowałeś ludzi? Paliłeś ich?
— Proszę? — Brunet zamknął ostrożnie drzwi za Andreą, gdy ta dołączyła do łowcy w środku budynku — Czy mogę wiedzieć, dlaczego mnie naszliście?
— Wyczułem cię na miejscu zbrodni. Byłeś tam, na tamtym polu.. Cholera, albo któryś z twoich kolegów! Wiedziałem, że nie powinienem cię puszczać! Mów, dlaczego ich zabiłeś?! Co oni ci zrobili?!
Dziewczyna chwyciła jedną z rąk wściekłego kamaelitę za łokieć, po czym spojrzała przepraszająco na właściciela domu.
— To nie tak, że sądzimy, iż jesteś temu winien.. Keith ma tendencję do nadinterpretowania pewnych rzeczy. Wybacz mu.

Silas?

Od Etienne CD Tobiasa

Dopiero kiedy poczuł swąd materiału przeniósł spojrzenie z oblicza opijusa na dłoń. A dokładniej na płomienie, jakie przesuwały się po skórze jak języki, liżąc ją i materiał płaszcza. Zadbane brwi antychrysta powędrowały ku górze. Niby miał już doświadczenie z ogniem i innymi rzeczami tego typu, lecz na widok, jaki przed sobą ujrzał, poczuł gdzieś z tyłu głowy wewnętrzne przeświadczenie, że powinien unikać spotkania z tym ogniem jak najdłużej. Może nie obawiał się aż tak, że się roztopi czy coś, w końcu posiadał jedynie lodowy aspekt, sam nie był stworzeniem iście wykreowanym z tego żywiołu, jednak zaczął mieć wrażenie, że ten Tobi coś ukrywa. Że nie jest zwykłym człowiekiem, ha, jakby przeciętny śmiertelnik mógł rozpalić swoją rękę na życzenie! 
W tym przypadku Etienne chodziło o coś innego. O myśl, że ten niby niegroźny teraz mężczyzna może być jednym z tych, którzy co jakiś czas uprzykrzają życie młodzieńca. Musiał się więc przygotować mentalnie do walki bądź ucieczki i być w gotowości. Cały czas.
— Jaki dywan? — spytał La Fayette, siląc się na jak najbardziej rozluźniony śmiech, jaki był w stanie z siebie wykrzesać — Wyglądam ci na Cygana? Jakiegoś Ukraińca? Jedyne, co ci mogę zaproponować to wątpliwej jakości radę życiową, nieumiejętną terapię czy szybką akcję w samochodzie — Belg wzruszył ramionami, po czym zamilkł na chwilę, gdy jego rozmówca układa się w pozycji człowieka, który przegrywa z wszystkim, co na niego spada. Cóż, pewnie miał własne problemy, inaczej przecież nie piłby tyle. Wyczytał z poprzednich wypowiedzi Tobiasa, że zapewne był obeznany w alkoholowych sprawach, może to był jego nałóg? Bowiem każdy jakiś posiadał. Czy to trunki wysokoprocentowe, papierosy, jedzenie, afekcja,.. Od wyboru do koloru. 
— Właśnie wyglądasz na takiego ojca, który wychodzi z domu po papierosy i wraca nawalony do domu po dwóch tygodniach, a potem bijesz żonę po twarzy, bo nie przyniosła ci dostatecznie szybko pieprzu do stołu. W sumie, to nie wiem czemu sobie zawracam tobą głowę... Zajebiście — Białowłosy wzniósł oczy ku górze, gdy usłyszał dźwięk jednoznacznie utożsamiany z zaśnięciem. Nie musiał wiele zastanawiać się nad decyzją, co ma uczynić potem. Odbił się po prostu od sceny i był gotowy już wyjść z pokoju, gdy zobaczył opadające na kolana mężczyzny białe pióro. 
Zazwyczaj ten widok cieszył wewnętrznie Pierre. Oznaczało to, że natrafił na kogoś, kto by mógł mu pomóc. Ktoś, kto w i e. Jednak czy naprawdę musiało paść na niego? Na tego pijusa, który nie był w stanie nawet dobrze się wypowiedzieć?
Etienne pomyślał ponownie o zbliżającym się wyjeździe. Czy znalazłoby się tam miejsce dla kogoś takiego jak Tobias? Cholera, nadinterpretował to wszystko. Przesadzał. Nie, to nie może być to. Wydaje się mu. Brać zupełnie obcego człowieka w międzykontynentalną podróż?
— Śpiąca królewno — Po długiej chwili antychryst wziął pióro z kolan mężczyzny w dwa palce i zaczął nim głaskać nos oraz usta towarzysza — Nie masz do kogo wrócić, nie? Co byś powiedział na prostą pracę? Z dużymi zarobkami? — Kłamanie zawsze przychodziło mu z łatwością. Zwłaszcza, gdy było oparte po części na prawdzie. Bowiem zyski z tej podróży na pewno będą wielkie, za duże dla jednej osoby... Ale czy praca będzie taka prosta, to zupełnie inna historia.

Tobias?

1.11.2019

Od Kangsoo CD Hime

Delikatnie pociągnął za smycz, dając znać Alexowi, że już pora wracać. Spojrzał na Hime.
- Do zobaczenia. - Ukłonił się nieco.
Odwrócił się na pięcie i zaczął iść w stronę schroniska, gdy nagle stanął w miejscu. Zdał sobie sprawę, że coś źle robił. Nie chciał tak po prostu odejść. Może powinienem wymienić się z nią numerami? Przyjemnie mu się z nią rozmawiało, Hime wydawała się być bardzo miła i przyjazna. Chciał jeszcze trochę czasu z nią spędzić. Teraz jednak było już za późno. Musiał zaprowadzić psy z powrotem do schroniska, inaczej pani Jones pomyśli, że je ukradł.
Już miał iść, lecz wtem wpadł na pewien pomysł. No jasne! Jak mogłem dopiero teraz o tym pomyśleć? Zaczął wracać. Czym prędzej dogonił Hime, która zdążyła już oddalić się kawałek. Zawołał ją, kobieta odwróciła się, posyłając mu pytające spojrzenie.
- Właśnie, może umówilibyśmy się na gdzieś na kawę czy coś w tym stylu? - zapytał Kangsoo. - Nie teraz, ale nie wiem, jutro albo pojutrze, albo kiedy indziej.
Hime patrzyła na niego chwilę, z racji, że nie odpowiedziała od razu, Koreańczyk nabrał obaw. Zwilżył językiem usta, wolno przestąpił z nogi na nogę. Ku jednak jego szczęściu, kobieta w końcu się uśmiechnęła.
- Jasne, czemu nie? - odparła. - Jutro masz czas? - dodała trochę niepewnie.
- W tygodniu pracuję do szesnastej trzydzieści, ale o siedemnastej moglibyśmy się spotkać. Pasuje ta godzina?
- Może być - odpowiedziała po krótkim zastanowieniu. - To gdzie?
- Hm... - popadł w zamyślenie. - Koło centrum jest kawiarnia, Clare's Home. Kojarzysz może?
Zaproponował tę kawiarnię z trzech powodów. Pierwszy - lubił ją. Parę razy tam był, próbował różnych napojów i każdy mu smakował. Ponadto panowała miła, ciepła atmosfera, człowiek mógł się poczuć prawie jak w domu. Ludzie lubili przychodzić tam ze swoimi pupilami, w kawiarni można było nawet kupić smakołyki dla psów, kotów, gryzoni czy nawet ptaków. Drugim powodem był fakt, że choć spodobała mu się kawiarnia, przez ostatni czas w ogóle tam nie zaglądał, a chciał ponownie napić się tam kawy i przy okazji zobaczyć czy coś się zmieniło. Co do trzeciego powodu - pomyślał, że być może Hime będzie chciała przyjść ze swoim psem, Kazu. Dla Kangsoo wyglądała ona na zżytą ze swoim czworonogim towarzyszem.
Hime po chwili zawahania przytaknęła, mówiąc:
- Tak, wiem, gdzie to jest.
- Może być tam? - spytał Kangsoo.
- Oczywiście.
Słysząc to, oczy Koreańczyka błysnęły. Zmrużył je wesoło, uśmiechając się. Cieszył się, że będzie mógł się spotkać ponownie z Hime, i to już jutro. Choć z początku na takiego nie wyglądał, lubił rozmawiać z ludźmi, a poznawanie nowych osób uznawał za całkiem przyjemne doświadczenie.
Jedno, acz dosyć mocne machnięcie skrzydeł, które pacnęły go w głowę, dało mu znać, że już czas iść. Geum zagwizdał, Kangsoo mruknął do niego po koreańsku, że zaraz idą, po czym spojrzał na Hime.
- To co, do zobaczenia - powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Do zobaczenia. - Kobieta odwzajemniła uśmiech.
Kangsoo odwrócił się i już pewnym krokiem ruszył w stronę schroniska.



Siedział przy jednym ze stolików, wyglądał przez okno. Choć słońce już zaszło, trochę jego światła jeszcze rozjaśniało zachodni skrawek nieboskłonu, a ulice i chodniki były bardzo dobrze oświetlone, więc nie było ciemno. Mierzył wzrokiem przechodniów, czasami jednak odwracał głowę i oglądał wnętrze kawiarni. Nie zmieniła się nic, była taka jaką zapamiętał. I dobrze, podobał mu się ten wygląd.
W pewnym momencie przydreptał do niego mały, puszysty maltańczyk. Usiadł koło jego nogi, wbił w niego spojrzenie proszące o pieszczoty. Kangsoo spojrzał na niego, oczywiście zaczął go głaskać, dopóki nie przyszła właścicielka i nie zabrała zwierzaka, cicho przepraszając. Nie miała za co. Kangsoo cieszył się, że mógł uszczęśliwić pieska.
Poprawił kołnierz białej koszuli, wystający spod czarnej marynarki. Nasunął koniec rękawa brązowego płaszcza na nadgarstek, zwilżając językiem usta. Wcześniej myślał, że po pracy wróci do domu i się przebierze w ubrania bardziej na co dzień, ale dyrektor oddziału musiał go na tyle jeszcze przytrzymać, że potem już nie miał na to czasu. Bał się, że się spóźni, czego nie chciał, dlatego uznał, że pójdzie tak jak jest (jedynie schował krawat do swojej torby na ramię). Miał nadzieję, że to nie była zła decyzja.
Jeszcze niczego nie zamówił, postanowił poczekać na Hime. Miał w planach zapłacić za ich obu w podzięce za wczoraj oraz za zaproszenie na koncert - no i w sumie też przepraszając za tamtą sytuację z Coalem. Dalej miał to na sumieniu. Mógł mocniej trzymać smycz. Chociaż... Może gdyby to się wtedy nie wydarzyło, to by teraz tu nie siedział? Kto wie?
Drzwi się otworzyły, o czym dał znać mały dzwoneczek. Do środka weszła młoda kobieta. Kangsoo podniósł wzrok, spojrzał na nią. Od razu ją rozpoznał. To była Hime. Nie zdążył sprawdzić, czy przyszła ze swoim pupilem, ale czym prędzej pomachał jej. Hime szybko odnalazła go wzrokiem, w tym momencie Koreańczyk posłał jej serdeczny uśmiech.

Hime?

Od Any CD Michaela

Odruchowo spojrzałam obcemu mężczyźnie w oczy. Efekty mieszkania z wykazującym skłonności do dominacji samcem wilczaka czechosłowackiego. Choć nie polecam patentu rzucania psu wyzwania wzrokiem, jeśli nie jest się nadnaturalnym o sile wystarczającej, by oprzeć się psim szczękom.
W każdym razie, ten odruch patrzenia przeciwnikowi w oczy w swego rodzaju walce o dominację, tym razem mnie zgubił. Bo gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, poczułam, jak tracę władzę nad ciałem. Nie byłam w stanie się poruszyć, choćby drgnąć, a zaraz potem nadeszło... cholera wie co.
Podejrzewam, że był to jakiś rodzaj hipnozy czy czegoś podobnego, bo nagle przestałam kontaktować. Niby wiedziałam, gdzie jestem, w jakiej sytuacji i co ten człowiek zaledwie chwilę wcześniej zrobił Michaelowi, a jednak... jakoś nie przeszkadzał mi fakt, że właśnie zbliżał się do mnie z niejasnymi intencjami, dzierżąc podejrzanie wyglądającą, prawdopodobnie magiczną laskę.
Na szczęście Mike odwrócił jego uwagę na chwilę wystarczającą, bym się otrząsnęła. I pojęła swój początkowy błąd.
Wzdrygnęłam się i natychmiast wbiłam wzrok w podłogę. Czułam, jak ogień buzuje w moich żyłach, gotowy w każdej chwili wybuchnąć i pochłonąć niepokojąco opanowanego przeciwnika. Który skupiał się teraz całkowicie na Michaelu.
Dostrzegłam w tym moją szansę zaatakowania. Ale gdy tylko sięgnęłam do paska, gdzie przywieszoną miałam kaburę z bronią, którą dostałam od bruneta, ponownie straciłam kontrolę nad mięśniami. Syknęłam zirytowana.
- Panienka się nie zapędza - zaćwierkał, nie odwracając spojrzenia od mojego przyjaciela. Rzucali sobie wyzwanie wzrokiem i wszystko wskazywało na to, że, na całe szczęście, hipnotyczne umiejętności naszego przeciwnika nie miały na mężczyznę wpływu.
Znowu spróbowałam się poruszyć, znowu z tym samym, marnym skutkiem.
Szlag by to.
Skupiona na szamotaninie z "powietrzem", nie zwracałam uwagi na nieruchomy pojedynek mężczyzn. Aż nie rzucili się na siebie.
A ja, nagle uwolniona, omal nie runęłam zaskoczona na ziemię. Dość szybko udało mi się jednak odzyskać równowagę, sięgnąć w końcu po broń pulsacyjną i wystrzelić.
To, że trafiłam naszego przeciwnika, a nie Mike'a, było efektem czystego przypadku. Choć przed przyjacielem nigdy się do tego nie przyznam.
Ładunek wpakowany w plecy rozproszył i osłabił mężczyznę na tyle, że Mike mógł wykonać swój ruch. Otoczył przeciwnika cieniami, jednocześnie również sięgając do swojej broni, by się go ostatecznie pozbyć.
W ostatniej chwili, gdy ładunek już miał dosięgnąć faceta, ten się uchylił. A że akurat stałam tuż za nim, gdybym miała gorszy refleks, oberwałabym ja.
- Ja pierdolę - sapnęłam, gdy poczułam na skórze lekkie wyładowania elektryczne. Echo tego, czym mogłabym oberwać, a co, na szczęście, uderzyło tylko w ścianę za mną.
Chyba jednak za stara już jestem na tego typu akcje.
Przeciwnik tymczasem odzyskał panowanie nad sytuacją. Wyrwał broń z rąk bruneta i, z niesamowitą siłą, cisnął nią o ścianę. W kontakcie z twardą powierzchnią roztrzaskała się.
Czyli zostaliśmy z moją bronią i naszymi, będącymi już na wyczerpaniu, mocami przeciwko temu czemuś, co w każdej chwili mogło przejąć nade mną kontrolę... Oj, coś nie wróżę nam sukcesu...
Znowu automatycznie podwyższyłam temperaturę ciała. Szum ognia dudniącego w uszach i pełzającego pod skórą zagłuszył odgłosy walki, która rozpętała się teraz między mężczyznami. Widziałam ich jak przez mgłę, skupiając się na powolnym oddechu, starając się uspokoić. Nie mogłam teraz stracić nad sobą kontroli, bo Mike nie miałby się jak obronić. Może i spaliłabym przeciwnika, ale bruneta przy okazji prawdopodobnie też. Nie chciałam ryzykować.
Na szczęście szybko okazało się, że nie będę musiała tego nawet brać pod uwagę.
Już miałam rzucać się w wir walki, żeby pomóc Mike'owi na ile będę w stanie, gdy tuż koło mnie, z cieni, zmaterializowała się czyjaś sylwetka. Wystraszona odskoczyłam kawałek na bok, sięgając bo broń, żeby móc się obronić przed niespodziewanym atakiem... który nie nadszedł.
Bo mężczyzna, który pojawił się znikąd, spojrzał na mnie... i mrugnął.
Mrugnął, kurwa.
A zaraz potem, przeniósłszy wzrok na toczącą się przed nami walkę, ruszył w tamtą stronę. Nagle w jego dłoni pojawił się miecz, a sylwetkę otoczyły cienie. Dziwnie podobne do tych, którymi posługiwał się Mike...
Co jest? Kolejny demon?
Nie było jednak czasu na roztrząsanie tego. Nie wątpiłam, że we dwoje sobie poradzą, o ile nieznajomy nie postanowi nagle zmienić frontu. Ale dla pewności... Pomieszczenie było całkiem spore, a sufit, mimo że znajdowaliśmy się w piwnicy, był dobre parę metrów nad naszymi głowami.
W ekspresowym tempie zrzuciłam z siebie ognioodporną kurtkę i spodnie, potem pancerz wspomagany... I zgrabnie przeszłam w moją prawdziwą formę.
Machnęłam ogonem, rozprostowałam skrzydła, zdrętwiałe po długim czasie nieużywania. Po łuskach przebiegły niewielkie linie ognia, który w tej postaci stawał się jeszcze bardziej dziki, choć, o ironio, łatwiej było mi się teraz kontrolować. Rzuciłam krótkie spojrzenie na walczących, którzy byli tak pochłonięci sobą, że nawet nie zauważyli, że w pomieszczeniu nagle pojawił się sporych rozmiarów, latający gad. I skoczyłam w ich stronę, łapami, zakończonymi ostrymi pazurami, celując w maga, czy kim tam był gościu, który tu na nas czekał.

Mike?
Szablon
synestezja
panda graphics