29.08.2019

Silas - Historia

- Silasie...
Wystarczył jej szept, bym wybudził się z płytkiego snu, w jaki udało mi się zapaść pierwszy raz od kilku dni. Poderwałem gwałtownie głowę, kręgi w szyi strzeliły w proteście. Skrzywiłem się, poczułszy ból mięśni, zastałych w dziwnej pozycji podczas snu w fotelu, ale zaraz przywołałem na twarz zwyczajowy uśmiech. Padłem na kolana przy zagłówku łóżka i sięgnąłem po dłoń Marie. Była taka zimna, krucha...
- Jestem, kochanie - szepnąłem, wolną ręką odgarniając niegdyś kruczoczarne, dziś już siwe pukle z jej twarzy. Piękną twarz znaczyły głębokie bruzdy starości, jedynie oczy pozostały takie jak dawniej - zielone, wesołe, pełne życia. Ale już niedługo... wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę. - Czego potrzebujesz?
Patrzyła na mnie przez chwilę. Te zielone, zielone oczy... Pogłaskałem ostrożnie wierzch jej dłoni, czekając na odpowiedź.
- Chciałabym... się u... umyć.
Uśmiechnąłem się ciepło do ukochanej i ucałowałem w policzek.
- Oczywiście - szepnąłem tuż przy jej skórze. - Zaraz poproszę Annę, rzeby przygotowała dla ciebie kąpiel.
Wstałem szybko, ostrożnie odkładając dłoń kobiety na prześcieradła. Kierując się do drzwi, przeczesałem włosy dłonią, rzucając zdenerwowane spojrzenie ponad ramieniem. Anna siedziała przed domem i przędła. Żeby ją zawołać bez zakłócania spokoju żony musiałbym wyjść z pokoju do izby i na ganek. W tym czasie Marie mogła...
Gdy sięgałem do klamki, drzwi otworzyły się powoli. Mimo to odskoczyłem szybko na bezpieczną odległość, żeby we mnie nie uderzyły. Przy okazji zapomniałem, że muszę się schylać, przebywając w pomieszczeniu, więc uderzyłem głową o powałę. Syknąłem cicho, przygarbiając się na powrót. Im więcej czasu spędzałem w tym pokoju, przepełnionym zapachem zbliżającej się śmierci i strachu - mojego strachu - tym bardziej impulsywne stawały się moje ruchy.
W drzwiach stanął mój najstarszy syn, Peter. Jego wzrok powędrował najpierw na matkę, potem spoczął na mnie. Podrapałem się ze zdenerwowaniem po głowie, uciekając wzrokiem na jedyne okno w pomieszczeniu, ale i tak dostrzegłem w oczach syna smutek. I to nie z powodu matki.
Zacisnąłem zęby, mrugając szybko, by odpędzić łzy. Nie chciałem, by Marie się zamartwiała bez potrzeby. By którekolwiek z nich się martwiło.
- Musisz odpocząć, tato - szepnął Pete, zamykając za sobą drzwi. Podszedł do Marie i złożył na jej czole pocałunek. Uśmiechnęła się.
Uśmiechnęła...
- Chciałaby wziąć kąpiel - powiedziałem, wciskając dłonie w kieszenie. Cały czas unikałem wzroku syna. W ogóle patrzenia na niego. - Mógłbyś poprosić Annę, żeby ją przygotowała?
Cisza. Usłyszałem tylko szelest materiału, gdy się prostował.
- Ojcze... - jego głos zdawał się płaczliwy. Nie zareagowałem. - Ojcze, spójrz na mnie. Proszę.
Podniosłem powoli wzrok, nie podnosząc głowy. Był niższy ode mnie, więc tyle wystarczyło, gdy stanął przede mną.
Oczy zaszkliły mi się łzami, które, w końcu uwolnione, spłynęły po policzkach.
Miał już prawie 100 lat. Podobnie jak matka, był długowieczny. Mimo to pierwsze zmarszczki zaczęły pojawiać się w kącikach jego oczu, pierwsze siwe włosy na głowie...
A ja nadal wyglądałem jak dwudziestopięciolatek.
Powinieniem teraz leżeć przy Marie, równie słaby i poznaczony wiekiem, jak ona.
- To nie twoja wina - szepnął Pete, łapiąc mnie za rękę, by zwrócić moją uwagę na sobie. - To nie twoja wina, słyszysz? Nie możesz się tu zamknąć już na zawsze. Musisz wyjść do ludzi...
Wyrwarłem dłoń i otarłem szybko policzki. Ponownie przywołałem na twarz uśmiech. Idealna podróbka mojego zwyczajnego.
- Tak zrobię, ale jak Marie... Marie... - zaciąłem się, nie mogąc wypowiedzieć kolejnych słów. Ale syn zrozumiał, skinął głową, bym kontynuował. - Nie chcę jej zostawiać.
Patrzyliśmy na siebie jeszcze chwilę, ojciec na syna, syn na ojca. W końcu Peter, położywszy dłoń na moim ramieniu i ścisnąwszy uspokajająco, wyszedł z pokoju, zawołać Annę.
A ja ponownie opadłem na fotel przy łóżku umierającej i, ze sztucznym uśmiechem nieznikającym z ust, zacząłem opowiadać.

~•~

Pamiętasz, jak się poznaliśmy? W tej karczmie na rozstajach. Przyniosłem ci te głupie lilie...
Na pewno pamiętasz. Zrobiłem z siebie idiotę przy tych wszystkich ludziach.
A potem? Nasze spotkania, rozmowy, plany... I wszystko się spełniło, prawda?
Powiedziałem ci, kim jestem. Dlaczego bycie razem to zły pomysł. A ty roześmiałaś mi się w twarz, wyjawiając, że także nie jesteś "zwyczajna". Czarownica, która posiadła długowieczność... Wtedy ciężko mi było uwierzyć.
Długowieczni. Razem, dłużej od innych. Mieliśmy zestarzeć się razem.
Ale ten wypadek... Ten nieszczęsny wypadek...
Wyrywałaś sobie włosy z głowy, gdy nie wracałem, a wszelki słuch o mnie zaginął w tych górach. Pamiętasz? Nim wróciłem, półżywy, zdążyłaś mnie już opłakać i stworzyć ołtarzyk przed domem... Jak myśmy się z tego potem śmiali...
A potem nasze dzieci. Słodkie szkraby z nich były, co? Teraz są już dorosłe, a nadal tak niedoświadczone przez życie w niektórych przypadkach... To zabawne, nie sądzisz?
Tak, właśnie... A teraz... Teraz.
Teraz gdy ciebie zabraknie... Nie zobaczę już tego uśmiechu... Nigdy więcej nie doprowadzisz mnie do porządku spojrzeniem tych swoich zielonych oczu...
Nigdy więcej...


~•~

Raz po raz przeciągałem szczotką po włosach Marie. Długie, długie pasma prześlizgiwały się między moimi palcami... jak jej życie. Jeszcze chwila i ją stracę. Czułem to.
- Si... las - mruknęła, wtulając głowę w moje palce. Pomasowałem ją przez chwilę, tak jak robiłem to kiedyś... Z trudem powstrzymałem wzdrygnięcie. - Obiecaj...
Zamarłem. Od kilku tygodni już tylko mnie wołała. Nie mówiła nic więcej, choć na rzucenie zaklęcia zmieniającego kolor moich włosów z brązowego na czarny starczyło jej sił. Kiedyś użyła tego samego czaru do zmienienia koloru moich włosów na niebieski. Tak się wtedy śmiała...
- Słucham cię, kochanie - mruknąłem, rozpoczynając plecenie warkocza. Złożyłem szybki pocałunek na jej szyi. - O co chodzi?
- Obiecaj... Aaron - zamknąłem oczy, przełykając ciężko ślinę. Tylko ona zwracała się do mnie drugim imieniem i tylko, gdy była zła. Albo chciała zwrócić moją uwagę. - Zajmiesz się... dziećmi. Nie... nie zostawisz ich... gdy już...
- Cii, w porządku, skarbie - przesunąłem dłonią po jej ramieniu, ale ona zgromiła mnie wzrokiem.
- Daj mi... skończyć - syknęła. Jędza. I taką właśnie ją kocham. - Zajmiesz... się nimi... Przestaniesz... unikać ich... tylko dlate... go, że na nich... odcina się pię... tno wieku - musiała przerwać na chwilę, by złapać powietrze. - I weźmiesz się w garść... po mojej śmierci... Nie chcę... Po prostu... - westchnęła, opierając głowę o moje ramię. - Żyj. Proszę. Obiecaj.
Po moim policzku potoczyła się łza, gdy objąłem ukochaną i przycisnąłem do piersi.
- Obiecuję - szepnąłem.
Następnego dnia odeszła.

~•~

Każdy następny dzień był gorszy od poprzedniego. Nie mogłem spać, kręciłem się nocami po domu, aż hałasami budziłem Petera, który obiecał matce się mną zaopiekować i od jej śmierci mieszkał ze mną i swoją rodziną w tym klaustrofobicznym domu. Zaciągał mnie siłą do łóżka i okrywał pierzyną, jakbym to ja był jego synem, nie odwrotnie. Ale ja dalej nie mogłem spać. Śniły mi się oczy. Zielone, tak zielone oczy...
Zrywałem się więc z łóżka, wymykałem przez okno jak jakiś dzieciak, okrywałem się cieniami i włuczyłem po okolicy. Nad ranem wracając do domu i udając, że wszystko jest w porządku.
Były też burze.
To właśnie w czasie jednej z nich stało się coś, co wyrwało mnie z mojego letargu po śmierci żony. Anna urodziła. Śliczną córeczkę.
Nowe życie wniosło do mojego życia nową nadzieję. A dziewczynka... miała zielone oczy.
To właśnie wtedy wróciłem do starego zajęcia. Bo zawsze lepsze jakieś zajęcie, niż żadne. Polowanie na zbiegów, wrogów publicznych... Byłem w tym dobry.
A potem dziewczynka zmarła. Gruźlica. Nie pamiętam już, jak miała na imię, ale miała wtedy dwanaście lat. Zaraz po niej odeszła Anna.
Peter do końca dotrzymywał obietnicy złożonej matce. Choć pod koniec musiał mnie wyciągać zakrwawionego, pokrytego zaschniętym błotem i brudem z przydrożnych melin. Aż sam zaniemógł. Wtedy znowu się obudziłem. Wraz z jego żoną czuwaliśmy na zmianę przy jego łóżku.
Aż i jego zabrała kostucha.
Wtedy sprzedałem nasz dom w Londynie i wyniosłem się z tego przeklętego miasta. I nigdy nie wróciłem.

~•~

- Potrzebujesz kolejnych dokumentów? - usłyszałem, ledwo wszedłem do antykwariatu starego znajomego, u którego zaopatrywałem się w woluminy prawiące o magicznych artefaktach. A także nieco mniej legalne papiery, jak można wywnioskować z pytania.
Nie odpowiedziałem, podszedłem tylko do lady, sięgając do kieszeni po zwitek banknotów i kładąc przed sprzedawcą. Antykwariusz zapatrzył się na niego w zamyśleniu, po czym sięgnął pod blat, by wyciągnąć pudło z dokumentami przygotowanymi dla mnie i kilku innych długowiecznych mieszkających w okolicy.
- To już dziesięć lat, co? - rzucił, przerzucając fałszywki w poszukiwaniu tych przygotowanych dla mnie.
Unikałem patrzenia na niego. Kolejna osoba, która wkradła się do mojego serca. Tym razem nieproszona. I jak wszystkie pozostałe, w końcu miała zniknąć.
- Proszę bardzo - rzucił wesołym tonem, kładąc przede mną paszport, dowód osobisty i prawo jazdy. - Szukasz może jakiś nowych artefaktów?
Skinąłem oszczędnie głową, odbierając dokumenty i wkładając je do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Jeśli to jakiś ciekawy okaz, chętnie bym go odkupił - rzucił Antykwariusz, opierając się łokciami o ladę.
W końcu popatrzyłem na niego. I zaraz uciekłem spojrzeniem. Zestarzał się przez te dziesięć lat. Jak każdy.
Tylko nie ja.
- Jak zawsze - mruknąłem tylko, żeby nie być zbyt niegrzecznym. Wystukałem palcami na ladzie krótki rytm, po czym odepchnąłem się od niej i ruszyłem z powrotem do drzwi.
- Do zobaczenia za dziesięć lat, Wędrowcze! - zawołał jeszcze za mną Antykwariusz.
Nie było nam jednak to dane. Ale, co mnie zdziwiło, zapisał mi coś w testamencie. Z krótką notką:


Nigdy nie poznałem twojego imienia, sam z resztą też zabroniłeś mi się przedstawiać, ale polubiłem cię przez te lata odwiedzin u mnie. Tak, jesteś gburem, ale wierzę, że masz ku temu powód. Nie myśl, że nie zauważyłem tych skrzętnie ukrytych półuśmiechów, które wywołałem na twojej twarzy swoimi kiepskimi żartami! Co dowodzi, że chcesz się uśmiechać. Ale coś cię hamuje. 
Chciałbym ci się na coś przysłużyć, jeśli tylko mi na to pozwolisz. Mam dom w Seattle, moja duma i ukoronowanie lat ciężkiej pracy. Nie mam dzieci, którym mógłbym go powierzyć, więc klucze do niego przekazuję tobie.Pewnie masz pieniądze na większy, ładniejszy, umieszczony w lepszym miejscu dom. Ale niech ten prezent będzie dla ciebie impulsem. 
Żyj.

Niech dla ciebie na zawsze pozostanę tylko Antykwariuszem

Od Hime CD Kangsoo

Będąc przygnieciona do ziemi, słyszałam zasapane kilka razy zdanie „Pobaw się ze mną”. Jakiś zwierzak? Mówił to do mnie, czy do Kazu niedaleko?
- Fajnie wyglądasz, pobaw się ze mną – wołał. Jeśli chcesz, żebym się z tobą pobawiła, to najpierw ze mnie zejdź. No i jak na zawołanie już nic mnie nie przyciskało do ziemi, a ja mogłam się podnieść do mojej poprzedniej pozycji. Plecy bolały mnie okropnie. Syknęłam, próbując jakoś złagodzić ich ból. Nie udawało mi się. W międzyczasie słyszałam, jak ktoś mnie przepraszał. Podniosłam wzrok na chłopaka przed sobą. Wyciągał do mnie rękę, nawet nie wiem dlaczego, a w drugiej dłoni trzymał smycz z dość potężnym psem na jej końcu. Miał na sobie kamizelkę, na której z przodu dostrzegłam mały napis z nazwą schroniska. A więc pracownik…
- Zjeżdżaj stąd albo zaraz obetnę ci tę rękę – odezwała się Rene. Zwróciłam na nią swój wzrok. Oj nie była szczęśliwa, mocno się zdenerwowała. Słyszałam też powarkiwania Kazu obok.
- Sam mogę mu ją odgryźć – warknął.
- Kazu! - zwróciłam mu uwagę. Dobrze wiedział, że nie lubiłam gróźb z jego strony. Jeszcze chwila i sprowokuje drugiego psa. Zdarza się to u niego wbrew pozorom dosyć często. Wzięłam głęboki wdech i wydech, kładąc spokojnie dłoń na głowie owczarka, tarmosząc ją. Odwróciłam się do nieznajomego ze schroniska.
- Nic się nie stało, jestem pewna, że gdyby psu poświęcono nieco więcej uwagi, to nie skakałby do ludzi, żeby się pobawić. Można pogłaskać? - rzekłam. Przyjrzałam się nieco uważniej mężczyźnie. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to skośne oczy. Japonia? Korea? Chiny? Jeszcze się okaże, że żadne.
- Tak… dobra – odpowiedział, nieco zdezorientowany. Uśmiechnęłam się delikatnie i położyłam dłoń na głowie mieszańca.
- Cześć, jestem Coal – rzekł. No proszę jaki przyjazny.
- Miło mi cię poznać, Coal – odpowiedziałam mu, na co tylko usłyszałam prychanie za sobą. Już, Kazu czuł się zazdrosny.
- Chcesz wpaść na nasz koncert?! - krzyk Bena dobiegł zza mnie. A on nigdy nie przepuści okazji, żeby zareklamować nasz zespół.

Kangsoo?

Od Etienne CD Petera

Gdy tylko dłonie Belga uwolniły się z uścisku rąk Petera, młodzian sprężystym krokiem podszedł do okna, skąd wziął butelkę z wodą. Z uśmiechem na twarzy oparł się o ścianę, po czym upił kilka głębszych łyków, delektując się smaczną mieszaniną mięty oraz cytryny, jaka zawsze orzeźwiała go czy to po lekcjach, czy po spacerze z psem. W dodatku, pomagała się mu uspokoić i opanować. W końcu mało kto wyglądał dobrze, dysząc i nie mogąc złapać oddechu, prawda? Dla dodatkowych doznań przy pomocy swej mocy schłodził nieco ciecz, tylko troszkę, nie chciał przecież zamrozić napoju na oczach nastolatka. Zerknął w stronę młodzika, który to przysiadł na krześle obok wieży. Białowłosy chwilę się zastanawiał, czy powinien się odezwać. Niby nie wierzył w bezstresowe nauczanie czy pozytywne wzmacnianie, lecz w tym przypadku, gdy miał do czynienia z Wyznaczonym uznał, że najodpowiedniejszą opcją będzie pochwalenie go. Chociaż krótkim zdaniem.
— Dobrze ci poszło — La Fayette uśmiechnął się delikatnie do swych myśli, po czym upił większy łyk z butelki — Ale nadal musisz ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Jednak wierzę, że uda mi się nauczyć ciebie wielu rzeczy.
Peter zerknął na siwka z na wpół zadowolonym, na wpół zdziwionym wyrazem twarzy.
— Dziękuję — "Tak myślę?", to zapewne cisnęło się nastolatkowi na usta, sądząc po zawahaniu na końcu swej wypowiedzi. Z niewiadomych dla Etienne powodów postanowił przemilczeć te słowa. Cóż, jego wybór. Kolejne minuty przerwy spędzili na niezobowiązującej rozmowie na temat pracy, tudzież szkoły, czy dzisiejszego dnia. Dopiero gdy oboje nieco odpoczęli, nauczyciel włączył ponownie utwór na wieży, ustawił się na środku sali z uczniem i rozpoczął kolejny taniec. Tym razem Peter wyraźnie skupił się bardziej na swych krokach i ogólnym całokształcie, przez co, zdaniem Belga, szło mu lepiej niż wcześniej. Pozwolił sobie w międzyczasie nawet na kilka pozytywnych komentarzy, sunąc z chłopakiem po deskach. Zaczął nawet z powodu rozluźnienia nucić melodię Mariage d'Amour, gdy to instynktownie poczuł, że powinien się odwrócić. Szybkie obejrzenie się przez ramię zaburzyło cały rytm tańca, przez co młody chłopak przed mężczyzną zatrzymał się i uniósł brwi.
— Panie La Fayette? — spytał z nutką podejrzliwości. Pierre jednak nie odpowiedział, a jedynie wpatrywał się w ciemne ulice za oknem. Wkrótce usłyszał krótkie pukanie do głównych drzwi, zapewne niesłyszalne dla zwykłego człowieka przez dźwięki muzyki.
— Zaczekaj tutaj — odparł krytyk, po czym puścił nastolatka z niepokojem w dwukolorowych oczach. Bez dalszych wyjaśnień wyszedł z sali, drżąc na całym ciele. Dłuższą chwilę wpatrywał się w ciężkie, drewniane drzwi, nim pociągnął za metalową klamkę. Jego wzrok, nastawiony na szukanie zagrożenia, zatrzymał się na stojącym na szczycie prowadzących do środka schodów pudełku. Wyglądało, jakby wcześniej znajdowały się w nim buty, sądząc po wymiarach, jednak ktoś zadał sobie trud, aby owinąć je tasiemką jak jakiś tani prezent pod choinkę. Mechanicznym ruchem, nie zastanawiając się nad zawartością dziwnego podarunku, La Fayette wrócił do wnętrza sali, powoli otwierając pudełko. Na widok starannie ułożonych w dorobionych przegródkach zdjęć, a także kilku kartek oraz kasety, zadygotał ponownie i musiał zamknąć oczy, aby nie dać się ponieść emocjom. Udawało się mu to do momentu, gdy usłyszał ponownie głos Petera. Najpewniej pytał, czy wszystko w porządku. Ludzie zawsze tak mówili, chociażby z grzeczności. Lecz z Etienne nic nie było w porządku. Nawet nie chciał tego obracać w żart. Pokręcił tylko głową. Jak w końcu można czuć się dobrze, gdy znajduje się plik własnych zdjęć w miejscach, gdzie, jak zdawać by się mogło, mężczyzna był sam?

Peter?

28.08.2019

Od Larissy CD Liama

Odkąd tylko weszłam do środka antykwariatu odczuwałam mały niepokój, a z doświadczenia nauczyłam się, by nie bagatelizować swojej intuicji. Szkoda tylko, że nigdy nie wiedziałam, przed czym mnie przestrzega. W środku wszystko było na swoim miejscu. Nic nie wskazywało na to by ktokolwiek prócz mnie tu był.
Przynajmniej tyle dobrego.
Niestety niemiłe uczucie pozostało nadal nawet jak opuściłam budynek w pośpiechu. Stapianie się w cień było tak naturalne, a uczucie spokoju, jakie mnie wtedy ogarniało sprawiło, że niemal zapomniałam o chłopaku, który pozostał na zewnątrz.
Stał nadal wpatrując się uważnie w witrynę, którą jeszcze nie zdążyłam umyć. No pięknie nawet w tych ciemnościach widać było cały ten kusz. To był głupi pomysł, żeby dziś tu przychodzić.
Pytanie, jakie zadał mi Liam wydawało się proste, niepozorne, ot zwyczajna ludzka ciekawości. Tylko czy aby na pewno? Przyjrzałam mu się uważnie. Nie pasował do jednego z nich, ale wiedziałam, że ludzie, przed którymi uciekam od 2 lat są zdolni do wszystkiego. Wiedziałam również, że każdego niezależnie od rasy da się zastraszyć bądź przekupić. Nie jednokrotnie byłam tego świadkiem.
- od niedawna - wyznałam po chwili ukradkiem oglądając się dookoła - przeprowadziłam się z Portland jakieś 3 tygodnie temu. Interes się nie kręcił pomyślałam, że warto spróbować gdzie indziej.
- starocie nie cieszą się popularnością - trafnie odgadł chłopak.
To był największy problem takich działalności, przez co antykwariatów jest coraz mniej. Ludzie w większości nie doceniają wartości starych przedmiotów, a kolekcjonerów nie jest zbyt wielu.
- nie każdy potrafi docenić takie perełki jak moje unikaty - wypaliłam dumnie. - Zbierałam tę kolekcję wiele lat. Większość kupuje na garażowych wyprzedażach nawet nie wyobrażasz sobie co ludzie sprzedają za bezcen. Niekiedy przedmioty mają ogromną wartość - miałam również przedmioty z milionową wartość tę przedmioty zazwyczaj dostawałam od zwierzchników. Miałam je wszystkie skatalogowane, ubezpieczone i przechowywane w skrytkach bankowych, lecz taktowanie to pominęłam - Ludzie nie wiedzą co mają i jak najszybciej chcą się tego pozbyć...- zamilkłam nagle. Zaskoczona sama sobą. Nie byłam typem gaduły, nie potrafiłam rozmawiać z ludźmi. Pewniej czułam się przy bytach astralnych. - pewnie cię zanudzam...Przepraszam - powiedziałam skruszona. - studiowałam historię i archeologię zanudzanie mam wyuczone do perfekcji. A ty czym się zajmujesz? - spytałam, by jak najszybciej zmienić temat.
Znów posłał mi ten swój uroczy uśmiech.
- pracuje w sklepie zoologicznym z egzotycznymi gatunkami
- więc może pomożesz mi znaleźć zwierzątko domowe, które nie zechce mnie zjeść na miejscu? - nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Czułam jak rumienie się po czubki uszu. Przecież zwierzęta mnie nie lubią, a nawet gdyby jakieś mnie zaakceptowało nie zaakceptuje Vanessy. Zwierzęta to nie jest najlepszy pomysł, kiedy w domu ma się poltergeista. Już raz próbowałam z rybkami. W niewyjaśnionych okolicznościach po dwóch dniach u mnie w domu pływały martwe do huty brzuchami.
- jasne służę radą i wszelką pomocą - zaoferował się Liam
Tak dobrze mi się z nim rozmawiało, że zupełnie zapomniałam o swoim niepokoju. Aż do czasu kiedy stał się tak ogromny, że dłonie zaczęły mi się pocić, przeszły mnie ciarki i rozbolał brzuch. Na początku pomyślałam, że to może z nerwów, że gadam takie głupoty do nieznajomego chłopaka, ale teraz wiedziałam, że to jednak coś większego. Liam również przestał mówić jakby wyczuwając moje zdenerwowanie. Długo nie musiałam czekać na rozwój sytuacji. Już parę minut później zauważyłam z dala grupkę 5 mężczyzn w kapturach na głowie. Spojrzałam za siebie z tamtej strony również szło ich koło 4. Mój instynkt kazał mi jak najszybciej uciekać. Moja natura kazała mi jak najszybciej się zdematerializować. Powstrzymałam ten odruch i wzięłam głęboki wdech nie mogłam wiecznie uciekać, a już na pewno nie mogłam narażać przypadkowych ludzi.
Zbliżyli się do nas w błyskawicznym tempie nawet nie spojrzeli na chłopaka i wściekłe szczekającą Lunę.
- gdzie to jest? - warknął jeden z nich bez ostrzeżenia łapiąc mnie za szyję i przyciskając do ściany budynku. Nie mogąc złapać oddechu zaczęłam panikować. - gdzie to jest?
Nie wiem co się stało z Liamem, martwiłam się, że mogli mu coś zrobić, ale znalazłam się w tak feralnym położeniu, że nie bardzo miałam możliwość zobaczenia czegokolwiek poza swoim oprawcą, który coraz bardziej zaciskał dłoń. Dokładnie widziałam jego twarz, jego oczy. Był pod wpływem silniejszej istoty, był opętany.

Liam?

Silas Aaron Black

AUTOR || Michiel van Wyngaarden
DANE || Silas Aaron Black
WIEK || Zwykle, zapytany, odpowiada, że ma 25 lat, taki też wiek ma wpisany w dokumenty. Choć w rzeczywistości ma "nieco" więcej - przestał już liczyć, ale urodził w epoce nazwanej później średniowieczem, czyli z 1000 ma już na koncie.

Od Liama CD Kangsoo

Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok od Azjaty. Cały czas miałem przed oczami ten dziwny pierścień... co samo w sobie jest dziwne, bo zwykle nie zwracałem uwagi na biżuterię. A teraz...
Pokręciłem głową. Dobra, to bez sensu. Zapomnij. Po prostu zapomnij. Masz ważniejrze rzeczy do roboty.
W końcu wsiedliśmy z Kangsoo do samochodu. Rzuciłem szybkie spojrzenie w lusterko wsteczne, na chłopaka na tylnym siedzeniu. I Lunę. Miałem nadzieję, że suczka go choć trochę nastraszy.
Sądząc po minie chłopaka, który właśnie zezował na warczącego owczarka, tak właśnie było.
- Czas na wyjaśnienia - mruknąłem, przekręcając kluczyk w stacyjce. Silnik zamruczał cicho, pobudzony do działania. - Co to, do cholery jasnej, było?
Chłopak nie podniósł na mnie wzroku. Nie odezwał się, dopóki nie ruszyłem i nie dojechałem do skrzyżowania, na którym narozrabiał. Dopiero wtedy, oparłszy ciężko głowę o siedzenie Kangsoo, wymamrotał:
- To miała być zwykła zabawa...
- Rodzice cię nie uświadomili, że przedstawiciel naszej rasy plus narkotyki równa się kłopoty? - syknąłem, włączając kierunkowskaz i ostro biorąc zakręt. Samochodem zatrzęsło, gdy wyprostowałem kierownicę. Kangsoo złapał kurczowo drzwi, chłopak wyprostował się gwałtownie, a podminowana wydarzeniami dzisiejszego dnia Luna zaczęła szczekać. Napięła przypiętą do mojego fotela smycz i kłapnęła zębami tuż przy uchu młodego drakonida, zmuszając go do przyciśnięcia się do drzwi.
- Ja nie... - szepnął wystraszony. - Nie wiedziałem...
Poczułem na ramieniu dłoń, którą strzepnąłem z ostrzegawczym warknięciem. Tak, jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, byłem zirytowany. BARDZO zirytowany i podminowany.
- On też jest zdenerwowany tym wszystkim - mruknął Kangsoo, zabierając rękę i patrząc na mnie z lekkim niepokojem, jak wcześniej na Lunę.
- Gdyby nie jego głupota, żadne z nas nie byłoby w tym momencie "zdenerwowane" - zauważyłem. Ponownie mój wzrok powędrował w lusterko wsteczne. - Ty nie co? Nie pomyślałeś? - z jego miny wyczytałem, że tak właśnie było. - Nie pomyślałeś - zaśmiałem się. - I przez to naraziłeś cały nasz rodzaj na ujawnienie - walnąłem otwartą dłonią w kierownicę tak szybko, że Kangsoo podskoczył zaskoczony. Chłopaka to jednak nie ruszyło, patrzył uparcie na swoje buty. - Kurwa. Coś ty sobie... Jak ty się w zasadzie nazywasz?
- Flin - mruknął tak cicho, że ktoś o zwyczajnym słuchu by go nie usłyszał.
- Flin jak?
- Flin Blackwood - potarł oczy palcami, co kazało mi przypuszczać, że właśnie powstrzymywał się od płaczu.
- Dobra, Flinie Blackwoodzie - wycedziłem. - Teraz grzecznie podasz mi adres domu, w którym mieszkasz, mam nadzieję, że z rodzicami, bo chciałbym z nimi pomówić.
Jego spojrzenie spotkało się z moim w lusterku, gdy podawał nazwę ulicy. Gdzieś w Portland.
- Znalazłeś się daleko od domu - mruknąłem. Nie miałem czasu odwozić go tak daleko. Miałem obowiązki, musiałem za dwie godziny być w pracy na popołudniowej zmianie. Zakląłem pod nosem, ale zaraz wpadłem na pomysł, jak rozwiązać sytuację.
Sięgnąłem do schowka po komórkę.
- To co teraz? - zapytał Kangsoo, patrząc dyskretnie na chłopaka.
- Masz szczęście, całkiem możliwe, że oszczędzona nam będzie ponad trzygodzinna wycieczka i szybciej wrócisz do domu - uśmiechnąłem się, chcąc załagodzić nieco atmosferę. Gdy emocje opadły, udało mi się w końcu uspokoić. - Zwalimy to na barki kogoś innego - dodałem w ramach wytłumaczenia. - Może jeśli chodzi o zastraszanie idzie jej gorzej ode mnie, ale na pewno sobie poradzi.
Wybrałem numer siostry, włączyłem głośnik i położyłem urządzenie na kolanach. Odebrała po trzech sygnałach.
- Mam nadzieję, że to coś ważnego, bo właśnie przerwałeś mi składanie tortu.
Uśmiechnąłem się ciepło. No jasne, co innego mogłaby robić.
- Mam do ciebie sprawę - zacząłem. Po czym opowiedziałem wszystko, co się wydarzyło od momentu stanięcia w korku do teraz. Wysłuchała wszystkiego w ciszy, a gdy zamilkłem, czekając na jej reakcję, usłyszałem tylko przeciągłe westchnięcie.
- Dobra, dawaj tu tego bachora - nie lubiła dzieci, bez względu na to, jak niewiele lat dzieliło ją od takiego "bachora". - Miałam co prawda jechać po pracy do Charlesa, ale myślę, że poradzi sobie jeden dodatkowy dzień beze mnie - miała na myśli swojego konia. No tak. Jak nie cukiernia, to stajnia. Cała Ana.
- Dzięki, jesteś wielka - rzuciłem, po czym rozłączyłem się. Wrzuciłem kierunkowskaz i skręciłem w drogę prowadzącą do Pioneer Square. - Wpadniemy do kawiarni mojej siostry, która zajmie się dalej Flinem - wytłumaczyłem, czując się w obowiązku zaznajomić Kangsoo z moim planem. W końcu poświęcał swój czas, żeby mi pomóc. - Jeśli się nam poszczęści i będzie w dobrym humorze - przez telefon nie sposób tego stwierdzić - może załapiemy się nawet na degustację któregoś z jej ciast - posłałem Kangsoo szybki uśmiech, nim wróciłem spojrzeniem na drogę.

Kangsoo?
wcale nie, gdybym ja dostała tak beznadziejne zakończenie, z jakim Cię zostawiłam, lepiej bym z tego nie wybrnęła ;*

26.08.2019

Od Phoebe CD Valerego

Dziewczyna nie była pewna jak znalazła się w obecnym położeniu. Jeszcze kilka dni temu taka sytuacja wydawałaby się jej absurdalna, a jednak stała z plecami opartymi o ceglaną ścianę. W ciemnej alejce było zdecydowanie zbyt mało osób, a chłopak znalazł się niebezpiecznie blisko, uniemożliwiając blondynce potencjalną ucieczkę. Od biegu ledwo mogła złapać oddech, ale poczuła że sięgniecie po lekarstwo na astmę byłoby słabością. Serce waliło jej jak oszalałe. Phoebe przełknęła głośno ślinę, mając nadzieję, że pomoże jej to udrożnić drogi oddechowe.
— Jesteś jakimś psychopatą, którego cieszy strach innych?! — rzuciła w jego stronę, niestety nieco bardziej piskliwym głosem niż zwykle.
Uśmiechnął się drwiąco, po czym podszedł jeszcze bliżej. Kładąc także drugą rękę na murze, całkowicie odgrodził czarownicę. Valery znalazł się tak blisko niej, że gdyby chciała mogłaby policzyć jego rzęsy.
— Nie odpowiedziałaś na moje pytanie — zauważył, wciąż śmiertelnie poważnie.
Phoebe spojrzała mu prosto w oczy, po czym od razu spuściła wzrok.
— Odsuń się, proszę — wymamrotała pod nosem.
Unosząc brwi, chłopak nieco zwiększył dystans między nimi. Wciąż jednak znajdował się zbyt blisko, a tętno Phoebe wciąż było nienaturalnie podwyższone. Położyła obie dłonie na jego muskularnej piersi i z całej siły spróbowała go odepchnąć, jednak bez skutku.
— Bardziej — wyszeptała błagalnym tonem.
Tym razem zignorował jej słowa, najwyraźniej wciąż wyczekując odpowiedzi na pytanie. Blondynka zamknęła oczy, skupiając się na swoim wewnętrznym źródle energii. Z cichym okrzykiem wyzwoliła sporą część w postaci płomiennej tarczy. Ugodziła Valerego w klatkę piersiową, a siła uderzenia odrzuciła go na przeciwległą ścianę. Phoebe zerwała się do biegu, ale zanim zdążyła wybiec z alejki usłyszała syreny policyjne. Natychmiast zawróciła i opadła na kolana koło nieprzytomnego chłopaka.
— Przepraszam, miałeś rację, przestraszyłam się — powiedziała mu, jednocześnie trącając go w ramię. — Obudź się, policja tu jedzie...
Bezradnie zaczęła wyciągać rzeczy z torebki, ale szybko zauważyła, że cała zawartość jest chwilowo bezużyteczna. Dziewczyna wyglądała nienaturalnie blado, a rozmazany nieco pod oczami tusz do rzęs jedynie to podkreślał. Czas mijał nieubłaganie, a każda mijająca chwila była katorgą dla zszarganych nerwów Phoebe. W końcu, po czasie, który wydawał się wiecznością, Valery poruszył się nieznacznie, a potem otworzył oczy.
— Przepraszam — powtórzyła kolejny raz czarownica. — Ja nie chciałam Ci zrobić krzywdy — dodała, czując potrzebę usprawiedliwienia się.
Podała chłopakowi butelkę wody, którą wcześniej znalazła w torebce. Przyjął ją w milczeniu i wypił kilka łyków. Dziewczyna z niepokojem obserwowała jego poczynania. Nie mogła być pewna, że jej nie zaatakuje. Mężczyzna najwyraźniej miał skłonności do agresji, więc gdyby postanowił użyć przemocy byłoby po niej. Nie mogła też wykluczyć, że Valery należy do jakiejś potężnej rasy i w odwecie za nieprzemyślany atak rzuci na nią klątwę. Wszystkie rozważania zostały przerwane przez tupot stóp, które rozległy się niepokojąco blisko. Chociaż chłopak jeszcze chwilę temu leżał nieprzytomnie na ziemi, teraz jednym zwinnym ruchem wstał. W zasadzie wyglądał zupełnie dobrze, jakby cała sytuacja nie wywarła na niego żadnego wpływu. Phoebe mogła mu tylko pozazdrościć błyskawicznej regeneracji.
— I co teraz? — spytała cichym głosem.

Valery?

Od Kangsoo CD Liama

Patrzył na to wszystko ze zmieszanymi uczuciami, zastanawiając się, jak dużego miał pecha, że został wciągnięty w taką sprawę. Nie był typem, który na takie przygody natrafiał bardzo często, jego sprawa wyglądała inaczej - on próbował wieść spokojne życie, mając do czynienia z dziwnymi nadnaturalnymi rzeczami możliwie jak najrzadziej. Chciał, by to go nie dotyczyło, by nikt nie interesował się tym, czym był, skoro on nie chciał tego wiedzieć od innych. Ale oczywiście, życie lubiło w niego rzucać cytrynami.
Spojrzał na Liama, który właśnie gdzieś ciągnął ze sobą nastolatka. Wziął do rąk torbę z ubraniami i podążył za nim. W tym momencie niezbyt wiedział, co robił, działał trochę podświadomie. Sytuacja przybrała taki obrót, że prawdopodobnie sprawa podwiezienia go do domu została przesunięta na później. Ale nie przeszkadzało mu to. On sam zapomniał, że trochę wcześniej spieszył się do domu z powodu Geuma, który czekał na ciastka. Teraz myślał tylko o tym, co tu zaszło - pewien nastolatek w formie smoka zrobił bałagan na drodze, Liam, którego dzisiaj poznał, okazał się być również smokiem i zapanował nad zdarzeniem, po czym postanowił chłopaka gdzieś zabrać, a Kangsoo poszedł za nim, bo myślał, że może choć trochę pomoże i się w czymś przyda.
Liam posadził nastolatka na tylnym siedzeniu swojego Mercedesa i zamknął drzwi, wzdychając ciężko. Odwrócił się na pięcie, gdy nagle dostrzegł idącego do niego Koreańczyka. Gdy tamten już był tuż przy nim, wziął od niego torbę i schował do auta. Zamknąwszy bagażnik, powrócił wzrokiem na Kangsoo, przyjrzał mu się. Wtem otworzył nieco szerzej oczy, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał.
- A, Kangsoo - rzekł. - Miałem cię podwieźć...
- Nic się nie stało - odparł Kangsoo, kręcąc głową. - Jeśli to nie problem, to mogę pojechać z tobą.
Samochody zaczęły powoli się rozjeżdżać. Jedne jechały przed siebie, drugie zawróciły, a kilka wyminęło czarnego Mercedesa. Mundurowi również postanowili się zbierać, choć robili to dosyć niechętnie, z pewnymi, trudnymi do określenia minami. Tymczasem Kangsoo stał i spoglądał na wyższego od niego mężczyznę w milczeniu. Liam wyraźnie się nad czymś zastanawiał, zapewne czy pozwolić Koreańczykowi jechać czy nie. Oryginalnie miał go po prostu odwieźć, a zrobiła się z tego skomplikowana sytuacja. Kangsoo, szczerze mówiąc, również nie wiedział, co z tym zrobić, ale o dziwo powrót do domu już nie był jego priorytetem. Myślał, że może się do czegoś przydać. Był zdania, że co dwie głowy, to nie jedna, więc według niego jego obecność mogłaby coś dać. Liam na pewno poradziłby sobie bez niego, gdyby nastolatek zaczął atakować czy cokolwiek, ale w przypadku zbierania informacji wcześniejsze nastraszenie chłopaka mogło okazać się później problemem.
Wreszcie Liam rzekł:
- No... Nie wiem. Chodzi o to, że młody może być niebezpieczny...
Kangsoo ukradkiem spojrzał na nastolatka. Ta, mógł być niebezpieczny. Nawet, jeśli teraz wydawał się być niegroźny, dalej istniała szansa, że znowu wpadnie w szał. Z jednej strony Kangsoo się go poniekąd obawiał, lecz z drugiej ufał swoim zdolnościom i miał nadzieję, że w razie czego odpowiednio szybko zareaguje. Wcześniej nie zrobił niczego tylko dlatego, że Liam bez problemu się nim zajął, ale gdyby atak miał dosięgnąć jego, na pewno zdążyłby się obronić. Słaby pod tym względem to on nie był.
Przestąpił z nogi na nogi, zwilżając językiem usta. Zaczął obracać na palcu pierścień, cytryn z każdym ruchem pod innym kątem odbijał promienie słoneczne. Liam spojrzał na kamień, Kangsoo to zauważył, dlatego trochę zbyt gwałtownym ruchem schował ręce do kieszeni bluzy.
- Mam zdolność, która może się przydać - powiedział w miarę spokojnie, choć w rzeczywistości z pewnym trudem przepuścił te słowa przez gardło. - Bariera. Może albo obronić nas albo powstrzymać jego przed zrobieniem bałaganu czy coś w ten deseń - dodał ciszej. - Poza tym, czasami przydaje się osoba postronna. We dwójkę może więcej informacji z niego wyciągniemy.
Nie miał pojęcia, czy powiedzenie o jednej z jego mocy było dobrym pomysłem, ale myślał, że później z tego powodu nic złego nie powinno się stać. Co on zrobi z wiedzą o tym, że potrafię stworzyć barierę? Na pewno nic przeciwko mnie. To przecież nie jest tak nadzwyczajne jak bycie smokiem ani nic.
Liam delikatnie skinął głową, jakby gdzieś tam się z czymś zgadzał. Chwilę stał nieruchomo, zapatrzony w tylko sobie znany punkt, po czym odparł:
- No... No dobra. Jak chcesz, to możesz jechać.
Zaczął rozglądać się, pewnie sprawdzając, czy już wszyscy się rozjechali, włącznie z Sopportare. Kangsoo z kolei spojrzał na siedzącego w samochodzie nastolatka. Młody spoglądał w dół, gdy nagle podniósł głowę. Obydwoje wymienili się spojrzeniami, w tym momencie Koreańczykowi przypomniały się słowa: Masz przyjemny zapach. Dalej go to dręczyło, wciąż nie wiedział, o co dokładnie mu chodziło.
- Naprawdę mam przyjemny zapach? - powiedział cicho do siebie.
- Hm?
Zaskoczony Kangsoo podniósł wzrok na Liama, który patrzył na niego pytająco. Odruchowo zwilżył językiem usta. Usłyszał to, aish!
- Ach... - na chwilę zamilkł, uciekając wzrokiem gdzieś na bok. - Mówiłem do siebie...
Czyżby to były jakieś wyostrzone zmysły smoków? Pewnie tak.
Kangsoo będzie musiał być przy nim ostrożniejszy.

Liam?
takie trochę słabe, wybacz

25.08.2019

Od Ashtona CD Daewona

— Myślę, że spotkanie się tutaj, to znaczy, przed kawiarnią, będzie chyba najlepszym rozwiązaniem dla nas obu — Ashton położył na blacie pieniądze za swoje zamówienie. Można było powiedzieć, że czuł się lepiej. Typowe dla początku dnia otępienie odeszło w niepamięć, gdy poziom cukru w żyłach czarownika podniósł się, a i nieco uspokoił się poprzez myśl, że Daewon nie ma chyba mu aż tak za złe tego, co się wydarzyło w metrze. To znaczy, nie spytał o to tak do końca, nie chciał drążyć tematu, zwłaszcza, że sam zajął się sprawą pozbycia się nieprzyjemnego osobnika ze swego życia w nieco inny sposób, lecz miał wrażenie, że oboje uznali to za temat w pewnym sensie tabu. Tak było chyba najlepiej.
Sprzedawca pokiwał głową, przystając na propozycję bruneta, po czym oboje się pożegnali, a młodzian wziął rzeczy z krzesła obok i po krótkim pożegnaniu wyszedł na ulicę. Z obawy, że może zapomnieć adresu, zapisał go na telefonie i dopiero potem dziwnie lekki na duchu skierował się w miasto, aby tam spędzić resztę dnia na arcyważnych, czarnomagicznych sprawach, wcale nie dotyczących rzucania nieprzyjemnych klątw na niemiłych nauczycieli.

***

Kłamstwem byłoby powiedzieć, że nie stresował się w chwili, gdy po leniwym przebudzeniu z rana dostrzegł, że przyszedł już piątek. Nie chodziło nawet o sprawdzian z matematyki, ten na pewno zostanie przełożony, gdyż ciemnowłosy zadbał już o to, aby profesor została zmuszona do zostania w domu przez tajemniczą plagę czyraków oraz innych obrzęków. Myśl ta z początku napełniała nastolatka specyficznym poczuciem satysfakcji, jakie szybko minęło, gdy przypomniał sobie o spotkaniu. Cóż, Ash z natury był raczej niezbyt towarzyski, w dodatku propozycję spotkania podsunął demonowi w chwili, gdy dał się ponieść ogólnemu rozluźnieniu, jakie już zniknęło w przeciągu tych kilku dni. Zastanawiał się nawet, co by się stało, gdyby się po prostu nie zjawił. Znał przecież zaklęcia odsyłające piekielne stworzenia do otchłani, poradziłby sobie.
Cholera. Czułby się jak śmiertelnik bez honoru, gdy tak zrobił, w dodatku, dziadek Aleister nie byłby zadowolony z faktu, że jego potomek w ten sposób kala ich znane przecież nazwisko. Chcąc nie chcąc, musiał przeżyć dzień w szkole i pójść na spotkanie o ustalonej godzinie, nawet jeśli nerwy ściskały mu żołądek. Dodatkowo pogoda postanowiła zakpić z młodzieńca, który, ubrany w długą i ciemną koszulę, szybko przekonał się w trakcie drogi do kawiarni, że szare chmury na niebie były tylko przelotnym wybrykiem natury, a wkrótce spomiędzy nich wyjrzało słońce. No cóż, nie miał już czasu wracać, więc jedynie przyspieszył kroku, chcąc dotrzeć na miejsce z jak najmniejszym spóźnieniem.
— Cześć, wybacz, że czekałeś. Mały zator był trzy przecznice stąd — Czarownik zaśmiał się pod nosem i przywitał się szybkim uniesieniem dłoni z czekającym na niego Azjatą. Nastolatek poprawił włosy, tym razem opuszczone i równą kaskadą opadające na jego ramiona (musiał jak najszybciej je ściąć, bo jeśli pogoda się nie zmieni..), po czym chwycił się pod boki.
— To co? Mamy jakiś plan? Możemy też się przejść w stronę Great Wheel, do doków i zobaczyć, czy coś nas zainteresuje po drodze.

Daewon?

24.08.2019

Odejście

Dzisiaj żegnamy Anthony'ego i Veronicę. Powodem odejścia jest decyzja właściciela.

Szablon
synestezja
panda graphics