Cicho westchnęła, pozostając w pokoju całkowicie sama, bez swojego towarzysza. Niemalże od razu pozwoliła sobie na dłuższe rozmyślenia odnośnie całego tego wyjazdu… ale tak naprawdę, dopiero teraz miała chwilę na określenie tego wszystkiego, co dzieje się między nią a Michaelem. Co prawda są przyjaciółmi, które czasami zachowuje się jak stare, dobre małżeństwo. Na różne sposoby sobie dokuczają, lecz pomimo tego wszystkiego – wciąż się uwielbiają (i nienawidzą). Właściwie, czy ona cokolwiek czuła do mężczyzny? Już nie chodzi tu tylko o kwestię pociągu seksualnego. Czy pragnęła czegoś więcej niż zwykłej przyjaźni, która przeszła również na znajomość z korzyściami, czy chciała pozostać na takim etapie? Natalie nie do końca była pewna tego, jak działają uczucia. Nawet nie potrafiła określić, czy to, co czuje, to miłość na podłożu przyjacielskim, czy może jest zauroczenie?
Przewróciła oczami, decydując się to zignorować. Nie chciała zawracać sobie głowy takimi sprawami, skoro sama nie jest pewna tego wszystkiego. Cóż, może i powinna się nad tym poważnie zastanowić, ale to Miller. Ona zawsze robi inaczej niż powinna. Robi sobie pod górkę, sama sobie sprawia problemy.
Do pokoju wrócił brunet, wyrywając Natalie ze swojego zamyślenia, za co była mu tak naprawdę wdzięczna. Lepszego momentu nie mógł sobie wybrać. Podniosła się z łóżka i niemalże od razu znalazła się przy nim, odbierając od niego butelkę z kolejnym alkoholem. Nawet nie wnikała kiedy to wziął, i skąd. Nie było to takie istotne, gdy mogła spokojnie pić trunek. Wszystko rozchodziło się po jej ciele niemalże w równomiernym tempie. Czuła się przez to bardziej rozluźniona, a humor bardziej dopisywał. Całkowicie zdołała zapomnieć o tym, o czym myślała w samotności. Chciała wykorzystać ten czas na coś przyjemnego i pożytecznego. Swobodnie przeszli do konkretów, przez co blondynka pozostała w bieliźnie, podobnie jak jej towarzysz. Tylko on miał jeszcze spodnie, czyli najmniej potrzebne ubranie w tym momencie. W dość krótkim odstępie czasu pozbyła się odzienia, przez co oboje pozostali w bieliźnie. I taki stan jej odpowiadał. Mogła swobodnie przyglądać się drugiemu ciału. Poświęciła dłuższą chwilę na podziwianie mięśni, ale i zbadanie ich opuszkami palców, w niektórych miejscach bardziej napierając. Zagryzła rozbawiona wargę, ponieważ to wszystko sprawiało jej radość i sprawiało, że nakręcała się coraz bardziej.
- Może będziesz miał możliwość patrzenia na mnie w takim wydaniu, kto wie – mruknęła, zaczynając składać pocałunki na szyi mężczyzny, pozostawiając po sobie lekkie, ale i mocniejsze ugryzienia. W niektórych miejscach stworzyła małe malinki, nie ograniczając się do samej szyi, lecz i klatki piersiowej. Jednocześnie pozwoliła sobie na leniwe, aczkolwiek dokładne poruszanie biodrami, tym samym idealnie ocierając się o krocze bruneta z uśmieszkiem, którego ten nie mógł zauważyć dopóki ta nie zdecydowała się na złączenie ich warg w namiętnym pocałunku.
Natalie nawet nie zwróciła uwagi na to, jak po raz kolejny znalazła się na łóżku, pod ciężarem drugiego. Bardziej skupiła się na pieszczocie, więc z jej ust wydobył się niekontrolowany, krótki pisk na zimną dłoń na pośladku, pod materiałem bielizny.
- Mógłbyś te łapska najpierw rozgrzać – prychnęła, wystawiając język w kierunku wyższego, nie spodziewając się, że ten ją ugryzie w narząd smaku.
Michael? :ppp
12.10.2019
Od Eliotta CD Ashtona
Ogar podczas całego zajścia ledwo utrzymywał przy sobie psa, który w strachu wyrywał się i skomlał. Sam Eliott najchętniej by uciekł, ale przeważyło jego uczucie i chęć pomocy. Zupełnie nie wiedział co dzieje się z Ashtonem, ani co dokładnie ma zrobić, bo przecież moc, którą operował mogła zrobić muzykowi krzywdę. Ten postanowił jednak zaryzykować i zbliżył się wykrzykując imię czarownika i zacisnął mu palce na ramieniu w czuły sposób, jakby chciał mu pokazać, że go wspiera i jest blisko. To na szczęście wystarczyło, żeby Ash się uspokoił, a dziwna siła jaka nim zawładnęła nieco osłabła, aż w końcu opadła. Wszędzie dookoła nastała cisza, pies na szczęście się uspokoił, ale młodszy był w niezłym szoku. Nie zdołał nawet odwzajemnić uścisku Eliotta, ale nie przeszkadzało mu to. Postanowił wziąć go na ręce niczym pan młody swoją nową małżonkę i zanieść spowrotem do swojego mieszkania gdzie będą bezpieczniejsi. Nie było pewności, że dziwny znajomy Asha nie powróci i nie zrobi czegoś gorszego. Elly wydobył z ciała nieco ciepła, żeby ogrzać chłopaka, który nadal zszokowany z kamienną miną wgapiał się w wybrany przez siebie punkt naprzeciwko. Gdy starszy wniósł już bruneta po schodach do swojego mieszkania, posadził go na kanapie i zdjął mu buty odstawiając je przy swoich pod drzwiami. Nawet Rhino był zmartwiony postawą nowego przyjaciela, więc wskoczył na poduszki obok Asha i przylgnął do niego bokiem układając się w ciszy. Gospodarz z początku zupełnie nie wiedział co ma zrobić, żeby otrzymać od chłopaka jakąkolwiek odpowiedź. Z drugiej strony nie chciał go też obsypywać pytaniami, ale długo tak nie wytrzyma. Postanowił więc w między czasie zaparzyć herbatę, z którą dosiadł się do ukochanego obejmując go niepewnie ramieniem.
- W porządku? Masz, rozgrzeje cię - zapytał troskliwym głosem i podsunął mu pod nos kubek z parującym napojem.
- Dziękuję, Eliott - odparł tylko cicho, po czym wziął łyk herbaty i ułożył głowę na ramieniu starszego.
- Odpocznij trochę. Ja posiedzę i ciebie popilnuję - odparł z lekkim i dość wymuszonym uśmiechem, gdyż był zbyt zmartwiony żeby szczerze się cieszyć.
Ash już nic nie odpowiedział tylko wypił do połowy herbatę i ułożył się wygodnie. Przez kilka chwil leżał z otwartymi oczyma, które jakimś czasie przymknął i prawdopodobnie zasnął. Eliott usiadł mu w nogach i przesunął powoli rękę w stronę jego kieszeni od spodni. Wysunął z niej telefon chłopaka, w którym wyszukał numer do jego starszego brata. Przecież trzeba było go poinformować. Eliott i tak prawdopodobnie nie zrobił na nim dobrego wrażenia, więc wolał mu bardziej nie podpaść. Wystukał wiadomość:
~ Nocuję dzisiaj u kolegi, więc nie martw się o mnie. Słodkich snów, braciszku.
Wysłał i odłożył komórkę na stolik po czym odwrócił się do czarownika. Nasunął koc pod samą jego szyję i nachylił się ostrożnie, żeby ucałować go w czoło i nos. Odsunął się, ale nie mógł oderwać wzroku od twarzy ukochanego. Nadal malował się na niej nikły niepokój, ale widać było, że Ashowi potrzeba chwili regeneracji. Eliott obserwował jak kosmyki jego ciemnych włosów opadają mu na twarz i podwiewają lekko do góry, gdy ten oddycha. W ten sposób minęła godzina jak nie krócej i Ash w końcu otworzył zmęczone powieki. Nie wypoczął jeszcze wystarczająco, ale najwidoczniej tyle wystarczyło. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, gdzie właściwie przebywa i gdy to zrozumiał, zerwał się szukając telefonu w kieszeni.
- Muszę iść, Mike się będzie martwił - powiedział szybko będąc gotowym już wstać.
- Spokojnie, napisałem już do niego, że zostajesz na noc - uspokoił go Eliott podając mu telefon ze stolika - Nie pozwolę ci wracać o tej porze, zwłaszcza po tym co się stało.
- Słodkich snów braciszku? - ciemnowłosy skrzywił dziwnie brwi, gdy odczytał treść wiadomości.
- No co? Nie tak się pisze do brata? - przechylił lekko głowę i wydawało mu się, że w wiadomości nie było nic złego.
- A ty piszesz w ten sposób z bratem? - zapytał z lekkim uśmiechem, który już dawno tam nie widniał.
- Ja z nim nie rozmawiam - spoważniał na moment odwracając obojętny wzrok.
Po tych słowach nastała cisza, gdyż Ashton zapewne nie wiedział co powiedzieć, a Eliott nic już mówić na ten temat nie chciał. Zamiast tego gospodarz podniósł się z kanapy i wysunął rękę do czarownika proponując mu coś na zmianę do spania w jego szafie. Młodszy podał dłoń ogarowi i wstał, żeby udać się do szafy i coś sobie wybrać, po czym odwiedził łazienkę żeby się umyć i przebrać. Muzyk w tym czasie też się przebrał i położył na kanapie zaglądając do telefonu. Było już całkiem późno, a w jego skrzynce nie widniała żadna wiadomość. No tak, bo od kogo mógł się jakiejś spodziewać. Na pewno nie od brata czy ojca. Westchnął cicho odkładając telefon na podłogę w momencie, gdy Ash wyszedł z łazienki. Przebrał się w jego T-shirt i dresy i powolnym krokiem zbliżał się do Eliotta. Ogar nie był przygotowany na ruch ciemnowłosego, który ze zmęczenia opadł na jego klatkę piersiową.
- Na miłość boską, Ash - zaśmiał się ciężko i położył ręce na jego plecach po chwili powoli je masując.
- Wiem, że nie masz pojęcia co się stało, ale pozwól wytłumaczyć mi to z samego rana - odparł cicho układając brodę na jego piersi i smutno spojrzał mu w oczy.
- Nie ma sprawy. Już się tym nie przejmuj - podniósł głowę, żeby długo pocałować chłopaka w ciepłe usta i nakrył ich kocami.
Dłonią zmierzwił wilgotne jeszcze włosy chłopaka i przytulił go do siebie jakby w obawie, że w nocy ktoś mu go odbierze lub skrzywdzi.
- Dobranoc, Ashie - szepnął wzdychając zmartwiony.
Ash? c:
- W porządku? Masz, rozgrzeje cię - zapytał troskliwym głosem i podsunął mu pod nos kubek z parującym napojem.
- Dziękuję, Eliott - odparł tylko cicho, po czym wziął łyk herbaty i ułożył głowę na ramieniu starszego.
- Odpocznij trochę. Ja posiedzę i ciebie popilnuję - odparł z lekkim i dość wymuszonym uśmiechem, gdyż był zbyt zmartwiony żeby szczerze się cieszyć.
Ash już nic nie odpowiedział tylko wypił do połowy herbatę i ułożył się wygodnie. Przez kilka chwil leżał z otwartymi oczyma, które jakimś czasie przymknął i prawdopodobnie zasnął. Eliott usiadł mu w nogach i przesunął powoli rękę w stronę jego kieszeni od spodni. Wysunął z niej telefon chłopaka, w którym wyszukał numer do jego starszego brata. Przecież trzeba było go poinformować. Eliott i tak prawdopodobnie nie zrobił na nim dobrego wrażenia, więc wolał mu bardziej nie podpaść. Wystukał wiadomość:
~ Nocuję dzisiaj u kolegi, więc nie martw się o mnie. Słodkich snów, braciszku.
Wysłał i odłożył komórkę na stolik po czym odwrócił się do czarownika. Nasunął koc pod samą jego szyję i nachylił się ostrożnie, żeby ucałować go w czoło i nos. Odsunął się, ale nie mógł oderwać wzroku od twarzy ukochanego. Nadal malował się na niej nikły niepokój, ale widać było, że Ashowi potrzeba chwili regeneracji. Eliott obserwował jak kosmyki jego ciemnych włosów opadają mu na twarz i podwiewają lekko do góry, gdy ten oddycha. W ten sposób minęła godzina jak nie krócej i Ash w końcu otworzył zmęczone powieki. Nie wypoczął jeszcze wystarczająco, ale najwidoczniej tyle wystarczyło. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, gdzie właściwie przebywa i gdy to zrozumiał, zerwał się szukając telefonu w kieszeni.
- Muszę iść, Mike się będzie martwił - powiedział szybko będąc gotowym już wstać.
- Spokojnie, napisałem już do niego, że zostajesz na noc - uspokoił go Eliott podając mu telefon ze stolika - Nie pozwolę ci wracać o tej porze, zwłaszcza po tym co się stało.
- Słodkich snów braciszku? - ciemnowłosy skrzywił dziwnie brwi, gdy odczytał treść wiadomości.
- No co? Nie tak się pisze do brata? - przechylił lekko głowę i wydawało mu się, że w wiadomości nie było nic złego.
- A ty piszesz w ten sposób z bratem? - zapytał z lekkim uśmiechem, który już dawno tam nie widniał.
- Ja z nim nie rozmawiam - spoważniał na moment odwracając obojętny wzrok.
Po tych słowach nastała cisza, gdyż Ashton zapewne nie wiedział co powiedzieć, a Eliott nic już mówić na ten temat nie chciał. Zamiast tego gospodarz podniósł się z kanapy i wysunął rękę do czarownika proponując mu coś na zmianę do spania w jego szafie. Młodszy podał dłoń ogarowi i wstał, żeby udać się do szafy i coś sobie wybrać, po czym odwiedził łazienkę żeby się umyć i przebrać. Muzyk w tym czasie też się przebrał i położył na kanapie zaglądając do telefonu. Było już całkiem późno, a w jego skrzynce nie widniała żadna wiadomość. No tak, bo od kogo mógł się jakiejś spodziewać. Na pewno nie od brata czy ojca. Westchnął cicho odkładając telefon na podłogę w momencie, gdy Ash wyszedł z łazienki. Przebrał się w jego T-shirt i dresy i powolnym krokiem zbliżał się do Eliotta. Ogar nie był przygotowany na ruch ciemnowłosego, który ze zmęczenia opadł na jego klatkę piersiową.
- Na miłość boską, Ash - zaśmiał się ciężko i położył ręce na jego plecach po chwili powoli je masując.
- Wiem, że nie masz pojęcia co się stało, ale pozwól wytłumaczyć mi to z samego rana - odparł cicho układając brodę na jego piersi i smutno spojrzał mu w oczy.
- Nie ma sprawy. Już się tym nie przejmuj - podniósł głowę, żeby długo pocałować chłopaka w ciepłe usta i nakrył ich kocami.
Dłonią zmierzwił wilgotne jeszcze włosy chłopaka i przytulił go do siebie jakby w obawie, że w nocy ktoś mu go odbierze lub skrzywdzi.
- Dobranoc, Ashie - szepnął wzdychając zmartwiony.
Ash? c:
Od Liama CD. Kangsoo
- To, dokąd mi po drodze, w każdej chwili może się zmienić - zaśmiałem się. - Wczoraj miałem popołudniówkę, dzisiaj nie pracuję... - wzruszyłem ramionami. - Nie mam też na dzisiaj żadnych planów. Więc wszędzie mi będzie po drodze - mrugnąłem do Kangsoo porozumiewawczo.
- Naprawdę nie chcę... - znowu próbował, ale zanim dokończył, machnąłem ręką, odbierając mu oddech na tyle, by nie pozwolić na wypowiedzenie czegokolwiek.
- Daj spokój - widząc jego błagalne spojrzenie, westchnąłem w końcu. - Dobra, skoro tak bardzo ci zależy na spacerze, to możemy pójść tam razem, co ty na to? - zaproponowałem. - Nie mam może aż takiej ręki do zwierząt jak moja siostra, ale jakoś sobie z nimi radzę. A w schronisku na pewno przyda się dodatkowa osoba do spacerów.
Widziałem w oczach Kangsoo wahanie. Ale w końcu uśmiechnął się lekko i skinął głową.
- Dobrze. Jak chcesz.
Ruszyliśmy więc razem chodnikiem, w towarzystwie nieufnego nadal wobec mnie Geuma, który co i rusz rzucał mi ukradkowe spojrzenia kątem papuziego oka. Pomny przygód z Tokką z początków naszej znajomości, trzymałem się w bezpiecznej odległości od Azjaty, by nie denerwować niepotrzebnie ptaka. Żeby nie postanowił się nagle na mnie rzucić. Zdecydowanie nie miałem ochoty na bliższe zapoznawanie z nim.
To wcale nie tak, że mimo to nie od końca mu ufałem i, niczym tchórz, ukratkowym ruchem dłoni stworzyłem między nami niewidzialną barierę nieprzepuszczalnego powietrza, gdzie tam...
Po niezbyt długim spacerze, przebyłego pod presją możliwości śmierci z rąk (czy raczej dzioba) nieufnej papugi, dotaliśmy w końcu pod ogrodzenie schroniska. Wstyd przyznać, zważywszy na moją miłość do zwierząt, ale nigdy wcześniej tu nie byłem. Gdy zobaczyłem te wszystkie kojce i psy, które wręcz wariowały ze szczęścia na sam widok zbliżających się ludzi, postanowiłem, że od dzisiaj to się zmieni.
Czas dodać do codziennego grafiku wizytę w schronisku...
- Kangsoo? - zagadnąłem, gdy zbliżaliśmy się do wejścia do budynku przeznaczonego dla pracowników. - Trudno jest zostać tu wolontariuszem? - wyszczerzyłem zęby w promiennym uśmiechu.
Kangsoo?
- Naprawdę nie chcę... - znowu próbował, ale zanim dokończył, machnąłem ręką, odbierając mu oddech na tyle, by nie pozwolić na wypowiedzenie czegokolwiek.
- Daj spokój - widząc jego błagalne spojrzenie, westchnąłem w końcu. - Dobra, skoro tak bardzo ci zależy na spacerze, to możemy pójść tam razem, co ty na to? - zaproponowałem. - Nie mam może aż takiej ręki do zwierząt jak moja siostra, ale jakoś sobie z nimi radzę. A w schronisku na pewno przyda się dodatkowa osoba do spacerów.
Widziałem w oczach Kangsoo wahanie. Ale w końcu uśmiechnął się lekko i skinął głową.
- Dobrze. Jak chcesz.
Ruszyliśmy więc razem chodnikiem, w towarzystwie nieufnego nadal wobec mnie Geuma, który co i rusz rzucał mi ukradkowe spojrzenia kątem papuziego oka. Pomny przygód z Tokką z początków naszej znajomości, trzymałem się w bezpiecznej odległości od Azjaty, by nie denerwować niepotrzebnie ptaka. Żeby nie postanowił się nagle na mnie rzucić. Zdecydowanie nie miałem ochoty na bliższe zapoznawanie z nim.
Po niezbyt długim spacerze, przebyłego pod presją możliwości śmierci z rąk (czy raczej dzioba) nieufnej papugi, dotaliśmy w końcu pod ogrodzenie schroniska. Wstyd przyznać, zważywszy na moją miłość do zwierząt, ale nigdy wcześniej tu nie byłem. Gdy zobaczyłem te wszystkie kojce i psy, które wręcz wariowały ze szczęścia na sam widok zbliżających się ludzi, postanowiłem, że od dzisiaj to się zmieni.
Czas dodać do codziennego grafiku wizytę w schronisku...
- Kangsoo? - zagadnąłem, gdy zbliżaliśmy się do wejścia do budynku przeznaczonego dla pracowników. - Trudno jest zostać tu wolontariuszem? - wyszczerzyłem zęby w promiennym uśmiechu.
Kangsoo?
Od Hime cd. Kangsoo
W garażu rozległ się dźwięk talerzy oznaczający koniec piosenki. Cicho dyszałam ze zmęczenia tak samo, jak reszta zespołu. Graliśmy kilka piosenek z rzędu, tym samym sprawdzając naszą wytrzymałość i repertuar na piątek – zostaliśmy zaproszeni jako zespół grający na imprezie szkolnej. Nie szło nam najgorzej, ale i tak się stresowaliśmy – nic w sumie dziwnego.
- Dobra… na dzisiaj chyba koniec. Jest już po osiemnastej – zabrał głos Ben, ściągając z siebie swoją gitarę. Rene i Ken poszli w jego ślady, Miki rzucił tylko pałeczki na podłogę. Sama odłożyłam mikrofon na stojak i podeszłam do Kazu leżącego na schodach prowadzących do piwnicy.
- Mogło być? - spytałam się, podchodząc do owczarka. Ten skinął głową, ruszając dwa razy ogonem. To dobrze. Sięgnęłam do swojej torebki leżącej na wzmacniaczu obok schodów i wyjęłam z niej butelkę wody. Upiłam trzy łyki, po czym ją schowałam.
- Hime, podwieźć cię?
Odwróciłam się na dźwięk głosu Kennetha za sobą. Spojrzałam na niego i biłam się z myślami. Nie chcę z nim jechać. Podwózka do domu? To nie zdarza się codziennie. Spojrzałam na Kazu, oczekując w nim wsparcia. Popatrzył na mnie.
- Wiesz, że ci w tym nie pomogę. To nie mój były chłopak – odpowiedział. A ja mu tak ufałam… Znowu zwróciłam wzrok na gitarzystę.
- Dzięki, Ken, ale… dzisiaj się przejdę. Podobnie nie ma być jeszcze tak zimno, a i Kazu przyda się więcej ruchu.
- Nie wykorzystuj mnie jako wymówki, ejże! - zawołał owczarek. Zignorowałam go, delikatnie uśmiechając się do wilkołaka. Odwzajemnił go grymasem, odpowiadając zwykłe „Spoko”, po czym mnie minął i wyszedł z garażu. Sama chwyciłam swoją torebkę i wyszłam wraz z psem u boku. Drzwi wejściowe stały już otworem. Wyszłam przez nie i stanęłam na kaganku wraz z resztą zespołu.
- To co, jutro o tej samej godzinie co dzisiaj? - zapytał. Podniosłam rękę w górę, żeby każdy mnie zobaczył.
- Mam poranną zmianę w kawiarni, co najwyżej mogę dołączyć po niej – powiedziałam.
- No to przyjdziesz po pracy, nie ma sprawy – odpowiedział z uśmiechem na ustach. Następnie się pożegnaliśmy i ruszyłam w stronę centrum. Okolica, w której mieszkał Ben była typowa. Domy jednorodzinny jeden obok drugiego, ulica i po obu jej stronach chodniki dla pieszych. Miejsce to zawsze było ciche i spokojne, jedyną rozrywką była chyba tylko nasza muzyka rozbrzmiewająca z domu naszego lidera.
- A podobno nie umiesz się obrażać – zagadał Kazu drepczący obok moich nóg. Spojrzałam na niego.
- Przecież nie byłam na niego obrażona! Po prostu mu odmówiłam, dodając, że przydałby ci się spacer – odpowiedziałam, odgarniając włosy z twarzy do tyłu. Samiec parsknął śmiechem. - No powiedz, kiedy ostatni raz byliśmy na dłuższym spacerze? - zapytałam go. Między nami rozległa się chwila ciszy.
- Dawno… - odpowiedział cicho.
- No właśnie – zaśmiałam się i schyliłam, czochrając go po głowie. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i znowu szliśmy w ciszy. Skręciliśmy do mniejszego parku na obrzeżach miasta. Do centrum był jeszcze spory kawałek, ale tędy i tak było bliżej. Wtem dostrzegłam nieco dalej, jak mężczyzna mi się przyglądał. Wyglądał całkiem znajomo i od razu zaświtał mi w głowie Kangsoo z poprzedniego dnia. To był on? Raczej tak. Nie spodziewałam się go tutaj zobaczyć. Coś chodziło przy jego nogach, a na ramieniu coś siedziało. Chyba znowu wyprowadzał psy.
- Czy to ten sam fajans od psa, który na ciebie skoczył?
- Tak Kazu, to Kangsoo.
- Dziwne imię – wyznał i znowu umilkł. Chciałam przywitać się z chłopakiem, więc szłam w jego stronę i się uśmiechnęłam. Dostrzegłam, jak ptak z ramienia siada mu na głowie, jednak pomimo tego chłopak i tak odwzajemnił mój uśmiech.
- Hej – zaczął. Odpowiedziałam mu tym samym, przystając zaraz obok. - W ciekawych okolicznościach się spotkaliśmy – dodał. Zaśmiałam się, przyglądając się czerwonawej papudze na jego głowie, która chyba zamierzała uwić sobie gniazdo w jego włosach.
- Tak, racja – odpowiedziałam mu ze śmiechem. On też się zaśmiał. Przesunęłam wzrok na pieska w jego ramionach, jak i jamnika leżącego pod nami. - Psy ze schroniska?
- Tak, ale dzisiaj już ostatnie. A ty skąd idziesz? - zapytał.
- Z próby zespołu – odpowiedziałam.
- Mogą już sobie iść? Boję się… - odezwał się piskliwym głosem zwierzak w jego rękach. A raczej ona. Bała się?
- Mała się boi? - spytałam, chcąc się upewnić. Chłopak odpowiedział, że z natury jest tchórzliwym pieskiem. Wtedy wpadłam na mały pomysł.
- Jak się wabi? - Zajrzałam do swojej torebki, szukając w niej małej paczki z psimi smakołykami. Wszakże nie należały do ulubieńców Kazu, ale kiedy na dłużej wychodziliśmy z domu, zawsze wolałam mieć je przy sobie.
- Sally – odparł Kangsoo. Mruknęłam „Mhm” pod nosem, dalej szukając chrupek.
- Hime, nie mów mi, że chcesz jej dać moje jedzenie… - odezwał się Kazu, wyraźnie niezadowolony z tego, co robię.
- Kupię ci potem chrupki serowe, nie martw się.
- Ale ja nie…
- Mam – wyznałam, wyciągając z torebki psie smakołyki i tym samym przerywając chłopakowi obok mnie wypowiedź. - Przepraszam, co mówiłeś? - zwróciłam się do niego.
- Że nie chcę chrupek serowych… - odpowiedział, a na jego twarzy widziałam zmieszanie.
- Przepraszam, to było do mojego psa. Kazu uwielbia chrupki serowe. Jednak nie mam ich przy sobie, tylko coś innego – Otworzyłam małą paczkę i wyciągnęłam jeden smakołyk, po czym zwróciłam się z nim do suczki w rękach mężczyzny. - Sally, chcesz chrupka? - cicho zapytałam. Kątem widziałam poruszenie u niej.
- Chrupka? - odezwała się i delikatnie do mnie odwróciła. Zwycięstwo?
- Dobra… na dzisiaj chyba koniec. Jest już po osiemnastej – zabrał głos Ben, ściągając z siebie swoją gitarę. Rene i Ken poszli w jego ślady, Miki rzucił tylko pałeczki na podłogę. Sama odłożyłam mikrofon na stojak i podeszłam do Kazu leżącego na schodach prowadzących do piwnicy.
- Mogło być? - spytałam się, podchodząc do owczarka. Ten skinął głową, ruszając dwa razy ogonem. To dobrze. Sięgnęłam do swojej torebki leżącej na wzmacniaczu obok schodów i wyjęłam z niej butelkę wody. Upiłam trzy łyki, po czym ją schowałam.
- Hime, podwieźć cię?
Odwróciłam się na dźwięk głosu Kennetha za sobą. Spojrzałam na niego i biłam się z myślami. Nie chcę z nim jechać. Podwózka do domu? To nie zdarza się codziennie. Spojrzałam na Kazu, oczekując w nim wsparcia. Popatrzył na mnie.
- Wiesz, że ci w tym nie pomogę. To nie mój były chłopak – odpowiedział. A ja mu tak ufałam… Znowu zwróciłam wzrok na gitarzystę.
- Dzięki, Ken, ale… dzisiaj się przejdę. Podobnie nie ma być jeszcze tak zimno, a i Kazu przyda się więcej ruchu.
- Nie wykorzystuj mnie jako wymówki, ejże! - zawołał owczarek. Zignorowałam go, delikatnie uśmiechając się do wilkołaka. Odwzajemnił go grymasem, odpowiadając zwykłe „Spoko”, po czym mnie minął i wyszedł z garażu. Sama chwyciłam swoją torebkę i wyszłam wraz z psem u boku. Drzwi wejściowe stały już otworem. Wyszłam przez nie i stanęłam na kaganku wraz z resztą zespołu.
- To co, jutro o tej samej godzinie co dzisiaj? - zapytał. Podniosłam rękę w górę, żeby każdy mnie zobaczył.
- Mam poranną zmianę w kawiarni, co najwyżej mogę dołączyć po niej – powiedziałam.
- No to przyjdziesz po pracy, nie ma sprawy – odpowiedział z uśmiechem na ustach. Następnie się pożegnaliśmy i ruszyłam w stronę centrum. Okolica, w której mieszkał Ben była typowa. Domy jednorodzinny jeden obok drugiego, ulica i po obu jej stronach chodniki dla pieszych. Miejsce to zawsze było ciche i spokojne, jedyną rozrywką była chyba tylko nasza muzyka rozbrzmiewająca z domu naszego lidera.
- A podobno nie umiesz się obrażać – zagadał Kazu drepczący obok moich nóg. Spojrzałam na niego.
- Przecież nie byłam na niego obrażona! Po prostu mu odmówiłam, dodając, że przydałby ci się spacer – odpowiedziałam, odgarniając włosy z twarzy do tyłu. Samiec parsknął śmiechem. - No powiedz, kiedy ostatni raz byliśmy na dłuższym spacerze? - zapytałam go. Między nami rozległa się chwila ciszy.
- Dawno… - odpowiedział cicho.
- No właśnie – zaśmiałam się i schyliłam, czochrając go po głowie. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i znowu szliśmy w ciszy. Skręciliśmy do mniejszego parku na obrzeżach miasta. Do centrum był jeszcze spory kawałek, ale tędy i tak było bliżej. Wtem dostrzegłam nieco dalej, jak mężczyzna mi się przyglądał. Wyglądał całkiem znajomo i od razu zaświtał mi w głowie Kangsoo z poprzedniego dnia. To był on? Raczej tak. Nie spodziewałam się go tutaj zobaczyć. Coś chodziło przy jego nogach, a na ramieniu coś siedziało. Chyba znowu wyprowadzał psy.
- Czy to ten sam fajans od psa, który na ciebie skoczył?
- Tak Kazu, to Kangsoo.
- Dziwne imię – wyznał i znowu umilkł. Chciałam przywitać się z chłopakiem, więc szłam w jego stronę i się uśmiechnęłam. Dostrzegłam, jak ptak z ramienia siada mu na głowie, jednak pomimo tego chłopak i tak odwzajemnił mój uśmiech.
- Hej – zaczął. Odpowiedziałam mu tym samym, przystając zaraz obok. - W ciekawych okolicznościach się spotkaliśmy – dodał. Zaśmiałam się, przyglądając się czerwonawej papudze na jego głowie, która chyba zamierzała uwić sobie gniazdo w jego włosach.
- Tak, racja – odpowiedziałam mu ze śmiechem. On też się zaśmiał. Przesunęłam wzrok na pieska w jego ramionach, jak i jamnika leżącego pod nami. - Psy ze schroniska?
- Tak, ale dzisiaj już ostatnie. A ty skąd idziesz? - zapytał.
- Z próby zespołu – odpowiedziałam.
- Mogą już sobie iść? Boję się… - odezwał się piskliwym głosem zwierzak w jego rękach. A raczej ona. Bała się?
- Mała się boi? - spytałam, chcąc się upewnić. Chłopak odpowiedział, że z natury jest tchórzliwym pieskiem. Wtedy wpadłam na mały pomysł.
- Jak się wabi? - Zajrzałam do swojej torebki, szukając w niej małej paczki z psimi smakołykami. Wszakże nie należały do ulubieńców Kazu, ale kiedy na dłużej wychodziliśmy z domu, zawsze wolałam mieć je przy sobie.
- Sally – odparł Kangsoo. Mruknęłam „Mhm” pod nosem, dalej szukając chrupek.
- Hime, nie mów mi, że chcesz jej dać moje jedzenie… - odezwał się Kazu, wyraźnie niezadowolony z tego, co robię.
- Kupię ci potem chrupki serowe, nie martw się.
- Ale ja nie…
- Mam – wyznałam, wyciągając z torebki psie smakołyki i tym samym przerywając chłopakowi obok mnie wypowiedź. - Przepraszam, co mówiłeś? - zwróciłam się do niego.
- Że nie chcę chrupek serowych… - odpowiedział, a na jego twarzy widziałam zmieszanie.
- Przepraszam, to było do mojego psa. Kazu uwielbia chrupki serowe. Jednak nie mam ich przy sobie, tylko coś innego – Otworzyłam małą paczkę i wyciągnęłam jeden smakołyk, po czym zwróciłam się z nim do suczki w rękach mężczyzny. - Sally, chcesz chrupka? - cicho zapytałam. Kątem widziałam poruszenie u niej.
- Chrupka? - odezwała się i delikatnie do mnie odwróciła. Zwycięstwo?
Kangsoo?
Od Minho CD Silasa
Minho trudno było ukryć zainteresowanie nieznajomym. Był cichy, małomówny, wręcz niechętny do jakichkolwiek konwersacji. Stawało się to nawet irytujące, a w nim rosła coraz to większa ciekawość. Co mógł na to poradzić? Tak naprawdę, to nic. Zawsze był ciekawski, aczkolwiek tym razem przeszedł samego siebie. Zagadał, oczekiwał odpowiedzi, nawet głupiego mruknięcia, ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Do czego to doprowadziło? Do zirytowania młodego chłopaka. Jasne, może to i głupie, ale i dziecinne jednocześnie, lecz Lee nie został do końca nauczony, jak zachowywać się przy takich osobach. Zazwyczaj, jak rozpoczynał rozmowę, to potrafił nawiązać kontakt, podtrzymać to, a nawet i zachęcić do dalszej dyskusji. Tym razem spotkał się z odwrotnym efektem i czuł się niesamowicie bezradny, niczym małe dziecko. Chciałby tupnąć nogą, ale nie mógł. Powstrzymał się. Był w pracy, nie przestało się tak zachowywać.
Kiedy nieznajomy podniósł się z miejsca, cóż, Koreańczyk nawet nie zareagował. Zabrał tylko naczynie do umycia, decydując się na zignorowanie ów nieznajomego. Nie chciał z nim rozmawiać, to nie będzie zmuszać. I choć dusza ciekawskiego dzieciaka się w nim odzywała – musiał odpuścić. Nie można kogoś przymusić do rozmawiania ze sobą, gdyż będzie to bardzo toksyczne, a jemu na czymś takim nie zależało. Chciał po prostu umilić czas, nie tylko sobie, ale i mężczyźnie. Najwyraźniej klientowi było to na rękę, tym samym spławił i zniechęcił do siebie barmana.
Prychnął pod nosem, odwracając głowę w przeciwnym kierunku. Musiał skupić się na pracy, ale myśli uporczywie mu na to nie pozwalały, a przez to Lee stłukł kufel, przez co krótkie przekleństwo uciekło z jego ust, zwracając uwagę klientów.
Wziął parę głębszych oddechów, przymykając powieki, zaś w duchu powtarzał sobie: spokojnie, nie denerwuj się. I to właśnie z takim nastawieniem zabrał się za sprzątanie.
*
Kolejne dni, kolejne sytuacje, które wyprowadziły Lee z równowagi. Zdołał przez ten czas zapomnieć o cichym kliencie. Choć pojawił się w barze jeszcze parokrotnie, barman skutecznie ignorował jego obecność, zachowując odpowiednią relację „barman-klient”. Nie starał się z nim nawet rozmawiać. Podawał cenę za alkohol, lecz na nic więcej się nie pokusił, nawet szczerego uśmiechu mu nie posyłał, za to skupiał się na osobach, które z wielką chęcią dyskutowały o wszystkim, i o niczym, co jakiś czas wciągając w dyskusję Azjatę. I choć uwielbiał rozmawiać, tak starał się zachować większy dystans. Przełożony pochwalił rudowłosego za tak dobry kontakt z ludźmi, lecz uświadomił go o pewnych sprawach, i tego starał się trzymać. Jasne, jak mógł, to sam z siebie tańczył do piosenek za barem czy jak roznosił zamówienia.
Dzisiaj miał dzień wolny, więc zdecydował się pójść do biblioteki. Musiał oddać wypożyczone książki, ale i pragnął czegoś nowego. Dlatego miał nadzieję, że uda mu się coś znaleźć. Krążył po budynku, przemierzając kolejne działy, będąc coraz bardziej zafascynowany nowymi nabytkami. Można by go osądzić o bycie dziecinnym… ale co mógł poradzić? Cieszył się, bo wiedział, że niedługo znowu tutaj zawita. Jego fascynacja została przerwana przez osobę, na którą niefortunnie wpadł, przez co automatycznie zrobił kilka kroków w tyłu, a tym samym uderzył głową w półkę, idealnie w jej róg, na co z trudem powstrzymał się od przekleństwa. Spojrzał na osobę, na którą wpadł, dopiero jak czuł na sobie spojrzenie. I cóż, raczej nie spodziewał się zobaczyć klienta baru, na co przewrócił oczami, układając dłoń na miejscu, które go bolało. Dzień zapowiadał się niesamowicie dobrze.
Silas? ;>
Kiedy nieznajomy podniósł się z miejsca, cóż, Koreańczyk nawet nie zareagował. Zabrał tylko naczynie do umycia, decydując się na zignorowanie ów nieznajomego. Nie chciał z nim rozmawiać, to nie będzie zmuszać. I choć dusza ciekawskiego dzieciaka się w nim odzywała – musiał odpuścić. Nie można kogoś przymusić do rozmawiania ze sobą, gdyż będzie to bardzo toksyczne, a jemu na czymś takim nie zależało. Chciał po prostu umilić czas, nie tylko sobie, ale i mężczyźnie. Najwyraźniej klientowi było to na rękę, tym samym spławił i zniechęcił do siebie barmana.
Prychnął pod nosem, odwracając głowę w przeciwnym kierunku. Musiał skupić się na pracy, ale myśli uporczywie mu na to nie pozwalały, a przez to Lee stłukł kufel, przez co krótkie przekleństwo uciekło z jego ust, zwracając uwagę klientów.
Wziął parę głębszych oddechów, przymykając powieki, zaś w duchu powtarzał sobie: spokojnie, nie denerwuj się. I to właśnie z takim nastawieniem zabrał się za sprzątanie.
*
Kolejne dni, kolejne sytuacje, które wyprowadziły Lee z równowagi. Zdołał przez ten czas zapomnieć o cichym kliencie. Choć pojawił się w barze jeszcze parokrotnie, barman skutecznie ignorował jego obecność, zachowując odpowiednią relację „barman-klient”. Nie starał się z nim nawet rozmawiać. Podawał cenę za alkohol, lecz na nic więcej się nie pokusił, nawet szczerego uśmiechu mu nie posyłał, za to skupiał się na osobach, które z wielką chęcią dyskutowały o wszystkim, i o niczym, co jakiś czas wciągając w dyskusję Azjatę. I choć uwielbiał rozmawiać, tak starał się zachować większy dystans. Przełożony pochwalił rudowłosego za tak dobry kontakt z ludźmi, lecz uświadomił go o pewnych sprawach, i tego starał się trzymać. Jasne, jak mógł, to sam z siebie tańczył do piosenek za barem czy jak roznosił zamówienia.
Dzisiaj miał dzień wolny, więc zdecydował się pójść do biblioteki. Musiał oddać wypożyczone książki, ale i pragnął czegoś nowego. Dlatego miał nadzieję, że uda mu się coś znaleźć. Krążył po budynku, przemierzając kolejne działy, będąc coraz bardziej zafascynowany nowymi nabytkami. Można by go osądzić o bycie dziecinnym… ale co mógł poradzić? Cieszył się, bo wiedział, że niedługo znowu tutaj zawita. Jego fascynacja została przerwana przez osobę, na którą niefortunnie wpadł, przez co automatycznie zrobił kilka kroków w tyłu, a tym samym uderzył głową w półkę, idealnie w jej róg, na co z trudem powstrzymał się od przekleństwa. Spojrzał na osobę, na którą wpadł, dopiero jak czuł na sobie spojrzenie. I cóż, raczej nie spodziewał się zobaczyć klienta baru, na co przewrócił oczami, układając dłoń na miejscu, które go bolało. Dzień zapowiadał się niesamowicie dobrze.
Silas? ;>
11.10.2019
Od Kangsoo CD Hime
Niedziela - dla niektórych czas wolny, a dla Kangsoo kolejny dzień pracy w schronisku. Nie przeszkadzało mu to, że inni mogli spędzić poranek w łóżku podczas gdy on sprzątał klatki, karmił zwierzaki oraz wyprowadzał czworonogi na spacer. W sumie to nie wiedział, czy potrafiłby się tak wylegiwać rano weekendami. Teraz raczej nie, kiedy już prawie rok pomagał pani Jones w schronisku. Poza tym, mimo tego, że było kilku wolontariuszy, on jako jedyny przychodził w soboty i niedziele. Nie, nie zrezygnuje z pracy. Albo musiałby mieć coś naprawdę ważnego na głowie, albo ktoś musiałby zdobyć jego pierścień i rozkazać mu, by więcej tam nie chodził.
Tym razem przyszedł trochę później, aczkolwiek na tyle wcześnie, że to on mógł dać zwierzakom karmę. Zaczął od kotów, większość porządnie wygłaskał, potem zajął się psami, które również głaskał i drapał za uchem. Jakiś czas siedział na krześle, bawiąc się z Geumem, który jak zwykle mu towarzyszył, potem poszedł do właścicielki zapytać, czy ma posprzątać, ale kobieta powiedziała, że nie, co najwyżej ona się tym zajmie.
Czasami rozmyślał o wczorajszym wieczorze. Był na koncercie. Niezbyt znanego zespołu, ale dalej. I całkiem mu się podobało. Nieczęsto gdzieś wychodził, więc takie małe rozerwanie się nie było dla niego złe. I przy okazji kogoś poznał. Zastanawiał się czy jeszcze spotka Hime. Jeśli pójdzie na kolejny występ Copycat, to na pewno, ale tak poza barem... Możliwe, że nie. Chyba że znowu ją spotka w parku, ewentualnie jakimś trafem wyłapie gdzieś na mieście. Może powinien zacząć częściej chodzić do tamtego parku? Hm...
Dzisiaj wyjątkowo dużo czasu spędził w schronisku, można powiedzieć, że prawie cały dzień, za to, że wczoraj był dość krótko. Za cel obrał sobie wyprowadzenie na spacer wszystkich psów, na co pani Jones złapała się za głowę. Kobieta próbowała go przekonać, by skończył na połowie, ale Kangsoo się uparł, twierdząc, że chociaż raz na pewien czas powinien coś takiego robić. Zresztą, co miał innego do roboty? Ostatecznie postawił na swoim i przystąpił do działania.
Był już praktycznie wieczór, kiedy zabrał na spacer ostatnią parę - starego jamnika, Alexa oraz małą, wyjątkowo tchórzliwą, suczkę gryfonika, Sally. Zaczekał, aż Geum usiądzie wygodnie na jego ramieniu, po czym opuścił teren schroniska. Dzisiaj szedł bardziej obrzeżem Seattle, za bardzo nie kierując się do tłocznego centrum ze względu na Sally. Wolnym krokiem spacerował, nie spiesząc się, by Alex mógł spokojnie dreptać koło jego nogi.
W którymś momencie znalazł się na większym kawałku trawy. Rozejrzał się, gdy nagle dostrzegł znajomą sylwetkę idącą mniej więcej w jego kierunku. Zmierzył ją wzrokiem, prawie od razu poznał. Była to dziewczyna, którą poznał w parku, członkini zespołu, na którego małym koncercie był. Hime, o ile dobrze pamiętał. Nie spodziewał się spotkania jej tego dnia, widok dziewczyny mile ją zaskoczył.
Hime towarzyszył duży, czarny owczarek (jeśli się nie mylił), luźno idący koło niej. Sally, widząc go, skuliła się tuż koło nogi Koreańczyka. Kangsoo spuścił na nią wzrok. Przesunąwszy ucho od smyczy Alexa na przedramię, schylił się, by wziąć suczkę na ręce. Przytulił ją delikatnie do siebie, psinka nieco się uspokoiła. Tymczasem jamnik położył się na trawie, zaczął spoglądać gdzieś w dal, raczej niezainteresowany nadchodzącą dwójką. O niego nie trzeba było się przejmować - Alex był spokojnym seniorem, nie zaczepiającym nikogo.
Dziewczyna spojrzała na Kangsoo, przyjrzała mu się, kąciki jej ust uniosły się. Zaczęła iść w jego stronę, gdy była już blisko, Kangsoo uśmiechnął się. Nie zareagował, kiedy Geum wskoczył na jego głowę i zaczął łapkami oraz dziobem burzyć szyk fryzury, by zapewne zrobić coś na wzór małego gniazda.
- Hej - powiedział, a gdy Hime mu odpowiedziała, dodał: - W ciekawych okolicznościach się spotkaliśmy.
Hime?
wybacz, że tak długo i tak słabo ._.
Od Hime cd. Nathaniela
- Twoi rodzice ubezpieczyli kawiarnię? - zagadałam do Renesmee czyszczącą zlew. Siedziałyśmy obie w kuchni, sprzątałyśmy i rozmawiałyśmy.
- Tak. Na szczęście, prawda? - odpowiedziała. Potwierdziłam jej słowa w głowie, otwierając nową lodówkę. Po pożarze zniszczyły się ściany w lokalu, część mebli, a także sprzęt w kuchni. Naszym zadaniem było ustawienie tego, co już zostało zakupione poprzedniego dnia i najwyżej dopisać do listy nowe urządzenia. No i ewentualne czyszczenie przedmiotów z sadzy.
- Wczoraj przekazałam już chłopakom, że zawieszamy próby do następnego tygodnia – dodała Rene. Ciche „Mhm” wydobyło się z moich ust, nic więcej mówić nie musiałam. Mimo że niespecjalnie bolały mnie rany po poparzeniu, to znowu odezwał się mój nadgarstek.
Kiedy wróciłam wczoraj do domu i powiedziałam Kazu o pożarze, zaczął warczeć, chodzić wokół stolika w salonie oraz grozić, że jeśli spotka tego podpalacza, to odgryzie mu obie dłonie. Ciekawą miał koncepcję, przyznaję. Jednak musiałam go zganić – coraz częściej groził ludziom. Mia za to resztę dnia przeleżała mi na ramieniu. Trochę się przestraszyła i nie chciała opuścić mnie na krok. Dzisiaj przed wyjściem do pracy miałam jeszcze małą sprzeczkę z owczarkiem. Chciał iść ze mną, żeby mnie pilnować, a ja mu odmawiałam. Już dawno dostałam zakaz przyprowadzania zwierząt do pracy i oba moje pupile się z tym liczyły. W końcu udało mi się zamknąć drzwi siłą, nie przytrzaskując Kazu ani pyska, ani łapy i udałam się do kawiarni pomimo jego krzyków. Sąsiedzi pewnie nie byli zadowoleni z jego szczekania.
Zaczęłyśmy z Renesmee inny temat, gdy do kuchni weszła jej mama oraz ten sam strażak sprzed dwóch dni, który zajmował się przesłuchiwaniem świadków podpalenia. Szybko wyjaśnił, o co chodzi i wyjął kartki papieru ze swojej teczki.
Myślałam, że moje zeznanie dotyczące wyglądu podpalacza nie będzie wzięte aż tak mocno pod uwagę. Żeby rysować szkic przestępcy z naprawdę niewieloma informacjami? Przecież powiedziałam tylko, że był to najprawdopodobniej mężczyzna z kapturem na głowie i czymś na twarzy. Nic więcej nie widziałam! Ani koloru skóry, ani włosów czy nawet oczu. Widok rysunków wprawił mnie w niemałe zaskoczenie.
- Sporządził pan szkice na podstawie tylko tego, co widziałam i powiedziałam? - spytałam, przyglądając się kartkom papieru. Rysunki były starannie zrobione i dosyć szczegółowe jak na taką ilość „wiadomości” z mojej strony.
- Mówiłem, że to i tak dużo było – odpowiedział.
Leżały cztery kartki. Na pierwszej mężczyzna, z kapturem na głowie zasłaniającym oczy i czarną maską na twarzy. Na innych rysunkach widniało w zasadzie to samo z jednym szczegółem. Zmieniał się element twarzy zasłaniającej usta. Maska jak ta u lekarzy, zwykła bandana, chyba szalik i coś innego, czego nazwy chyba nawet nie znałam. Ale właśnie to ostatnie wydawało mi się najbardziej podobne. Tylko… czegoś brakowało, jakiegoś elementu na twarzy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Czy tak było naprawdę? Moja pamięć mnie zwodziła, ale niemal pewna byłam co do jednego – twarz miał zasłoniętą właśnie w taki sam sposób, jak zostało to przedstawione na czwartym rysunku. Wzięłam szkic w dłoń i podałam go strażakowi.
- Nie jestem w stu procentach pewna, ale to chyba było to. Tylko jakby mi czegoś brakowało na jego twarzy – wyznałam. Mężczyzna zabrał ode mnie rysunek, schował resztę, a ten włożył do innej specjalnej przegródki. Pewnie zrobił tak, żeby później go nie szukać. Strażak delikatnie się uśmiechnął.
- A więc dziękuję za pomoc i będę się…
- MYSZ!
Natychmiast odwróciłam się na krzyk mojej przyjaciółki, która po chwili już się do mnie kleiła. Pomimo zadziornego charakteru Renesmee, nie należała do odważnych, kiedy widziała mysz. Jasne, Mię znała i całkiem lubiła, ale szczury nie wprawiały ją w takie stany lękowe, co zwykłe malutkie myszy. Poza tym w kawiarni jej rodziców powinno nie ich być. Ja też nigdy żadnych głosów nie słyszałam. Jednak kiedy szatynka wypowiedziała to słowo, od razu zaczęłam rozumieć jakieś szepty.
- Tu… a może tu… Nie, nie, na pewno nie tu. Może tam? - I tak w kółko. Głos był nieco wysoki, ale męski. Wtedy go zobaczyłam. Drobna szara myszka przemknęła przez środek kuchni, ale zatrzymała się i na nas spojrzała.
- I co się boisz! Niby takie duże, a boi się mnie, jakbym co najmniej tygrysem jakimś był! - zaczął drwić z przytulonej do mnie Renesmee. Cicho parsknęłam śmiechem.
- No i z czego się śmiejesz idiotko! - znowu zawołał, po czym popędził pod ścianę. Znowu się zaśmiałam.
- Gold, powiedz tej myszy, żeby sobie poszła – poprosiła mnie szatynka, ciągnąc za rękaw mojej szary bluzy. Pogłaskałam ją po głowie i odwróciłam się w stronę, gdzie ostatnio widziałam zwierzątko.
- Panie Myszo, mógłbyś już sobie stąd iść? To chyba nie jest twój dom – zagadałam, rozglądając się po całym pomieszczeniu. Szara kulka znowu wystąpiła na środek.
- Zapomnij! Dwa dni temu znalazłem tu duży kawał sera, jednak po tym, jak pojawił się tamten idiota, co wzniecił ogień, groził, że mnie spali i uciekłem, zapominając o nim! Muszę go znaleźć! - odpowiedział i znowu pognał do konta. Dwa dni temu? Podpalacz mu groził? Czyżby ta mysz go widziała?
- Tak. Na szczęście, prawda? - odpowiedziała. Potwierdziłam jej słowa w głowie, otwierając nową lodówkę. Po pożarze zniszczyły się ściany w lokalu, część mebli, a także sprzęt w kuchni. Naszym zadaniem było ustawienie tego, co już zostało zakupione poprzedniego dnia i najwyżej dopisać do listy nowe urządzenia. No i ewentualne czyszczenie przedmiotów z sadzy.
- Wczoraj przekazałam już chłopakom, że zawieszamy próby do następnego tygodnia – dodała Rene. Ciche „Mhm” wydobyło się z moich ust, nic więcej mówić nie musiałam. Mimo że niespecjalnie bolały mnie rany po poparzeniu, to znowu odezwał się mój nadgarstek.
Kiedy wróciłam wczoraj do domu i powiedziałam Kazu o pożarze, zaczął warczeć, chodzić wokół stolika w salonie oraz grozić, że jeśli spotka tego podpalacza, to odgryzie mu obie dłonie. Ciekawą miał koncepcję, przyznaję. Jednak musiałam go zganić – coraz częściej groził ludziom. Mia za to resztę dnia przeleżała mi na ramieniu. Trochę się przestraszyła i nie chciała opuścić mnie na krok. Dzisiaj przed wyjściem do pracy miałam jeszcze małą sprzeczkę z owczarkiem. Chciał iść ze mną, żeby mnie pilnować, a ja mu odmawiałam. Już dawno dostałam zakaz przyprowadzania zwierząt do pracy i oba moje pupile się z tym liczyły. W końcu udało mi się zamknąć drzwi siłą, nie przytrzaskując Kazu ani pyska, ani łapy i udałam się do kawiarni pomimo jego krzyków. Sąsiedzi pewnie nie byli zadowoleni z jego szczekania.
Zaczęłyśmy z Renesmee inny temat, gdy do kuchni weszła jej mama oraz ten sam strażak sprzed dwóch dni, który zajmował się przesłuchiwaniem świadków podpalenia. Szybko wyjaśnił, o co chodzi i wyjął kartki papieru ze swojej teczki.
Myślałam, że moje zeznanie dotyczące wyglądu podpalacza nie będzie wzięte aż tak mocno pod uwagę. Żeby rysować szkic przestępcy z naprawdę niewieloma informacjami? Przecież powiedziałam tylko, że był to najprawdopodobniej mężczyzna z kapturem na głowie i czymś na twarzy. Nic więcej nie widziałam! Ani koloru skóry, ani włosów czy nawet oczu. Widok rysunków wprawił mnie w niemałe zaskoczenie.
- Sporządził pan szkice na podstawie tylko tego, co widziałam i powiedziałam? - spytałam, przyglądając się kartkom papieru. Rysunki były starannie zrobione i dosyć szczegółowe jak na taką ilość „wiadomości” z mojej strony.
- Mówiłem, że to i tak dużo było – odpowiedział.
Leżały cztery kartki. Na pierwszej mężczyzna, z kapturem na głowie zasłaniającym oczy i czarną maską na twarzy. Na innych rysunkach widniało w zasadzie to samo z jednym szczegółem. Zmieniał się element twarzy zasłaniającej usta. Maska jak ta u lekarzy, zwykła bandana, chyba szalik i coś innego, czego nazwy chyba nawet nie znałam. Ale właśnie to ostatnie wydawało mi się najbardziej podobne. Tylko… czegoś brakowało, jakiegoś elementu na twarzy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Czy tak było naprawdę? Moja pamięć mnie zwodziła, ale niemal pewna byłam co do jednego – twarz miał zasłoniętą właśnie w taki sam sposób, jak zostało to przedstawione na czwartym rysunku. Wzięłam szkic w dłoń i podałam go strażakowi.
- Nie jestem w stu procentach pewna, ale to chyba było to. Tylko jakby mi czegoś brakowało na jego twarzy – wyznałam. Mężczyzna zabrał ode mnie rysunek, schował resztę, a ten włożył do innej specjalnej przegródki. Pewnie zrobił tak, żeby później go nie szukać. Strażak delikatnie się uśmiechnął.
- A więc dziękuję za pomoc i będę się…
- MYSZ!
Natychmiast odwróciłam się na krzyk mojej przyjaciółki, która po chwili już się do mnie kleiła. Pomimo zadziornego charakteru Renesmee, nie należała do odważnych, kiedy widziała mysz. Jasne, Mię znała i całkiem lubiła, ale szczury nie wprawiały ją w takie stany lękowe, co zwykłe malutkie myszy. Poza tym w kawiarni jej rodziców powinno nie ich być. Ja też nigdy żadnych głosów nie słyszałam. Jednak kiedy szatynka wypowiedziała to słowo, od razu zaczęłam rozumieć jakieś szepty.
- Tu… a może tu… Nie, nie, na pewno nie tu. Może tam? - I tak w kółko. Głos był nieco wysoki, ale męski. Wtedy go zobaczyłam. Drobna szara myszka przemknęła przez środek kuchni, ale zatrzymała się i na nas spojrzała.
- I co się boisz! Niby takie duże, a boi się mnie, jakbym co najmniej tygrysem jakimś był! - zaczął drwić z przytulonej do mnie Renesmee. Cicho parsknęłam śmiechem.
- No i z czego się śmiejesz idiotko! - znowu zawołał, po czym popędził pod ścianę. Znowu się zaśmiałam.
- Gold, powiedz tej myszy, żeby sobie poszła – poprosiła mnie szatynka, ciągnąc za rękaw mojej szary bluzy. Pogłaskałam ją po głowie i odwróciłam się w stronę, gdzie ostatnio widziałam zwierzątko.
- Panie Myszo, mógłbyś już sobie stąd iść? To chyba nie jest twój dom – zagadałam, rozglądając się po całym pomieszczeniu. Szara kulka znowu wystąpiła na środek.
- Zapomnij! Dwa dni temu znalazłem tu duży kawał sera, jednak po tym, jak pojawił się tamten idiota, co wzniecił ogień, groził, że mnie spali i uciekłem, zapominając o nim! Muszę go znaleźć! - odpowiedział i znowu pognał do konta. Dwa dni temu? Podpalacz mu groził? Czyżby ta mysz go widziała?
Nathaniel?
10.10.2019
Od Matthiasa CD Claudii
Najgorszym elementem tej przymusowej podróży w nieznane nie było to, że plecy Matthiasa wręcz emanowały bólem, gdy to wściekły ent po wrzuceniu towarzyszki łowcy do szczeliny zaatakował jego samego, trafiając młodzieńca w ten czuły punkt. Był w stanie to przeżyć. Nie raz, nie dwa spadał z dachów czy był ciskany ze zwierzęcą dzikością na ściany. Gorsza była ciemność, jaka go ogarnęła, kiedy nieznana mu materia wciągnęła zakonnika wprost w swe trzewia.
Nie był w stanie dokładnie określić, ile przebywał w tym dziwnym stanie pomiędzy zawieszeniem a swobodnym lotem. Za bardzo skupił się na nicości wokół, atakującej bezlitośnie umysł Matthiasa, zmuszając go do przywoływania wspomnień z dzieciństwa. Ponownie czuł na swej skórze dotyk ojca dyrektora. Ucisk na ramionach. Usłyszał odgłos przekręcanego klucza w zamku, dźwięk zamykanego wieka skrzyni..
Zadygotał, kiedy usłyszał grzmot. To chyba on wyrwał go z tego głównego otępienia, spowodowanego atakiem paniki i nagłą dezorientacją. Mimo, że był wdzięczny Claudii za pomoc, nie mógł wydusić z siebie nic konkretnego. Nadal rozglądał się wokół, po murowanych ścianach, zupełnie niepodobnych do tych, jakie widział w Seattle. Więc nie mogli być w tym mieście. Musieli być gdzieś indziej. Tylko gdzie? W tym innym świecie, o którym słyszał tylko tyle, że kilka miesięcy temu walczono z przejściami? Taka myśl wcale mu nie pomogła. Gorzej, zmusiła do objęcia się za ramiona, gdy w jego gardle nagle pojawił się ucisk. Słowa ledwie chciały przez niego przejść.
— Treskow — powiedział cicho drżącym głosem. W takim stanie z trudem przychodziło mu panowanie nad samym sobą. Nienawidził się za to. Zwłaszcza, że teraz ujawniał się nieznajomej osobie ze swej najbardziej wrażliwej strony — Powinniśmy znaleźć.. Kogoś..
Musiał przerwać, gdyż panika zmusiła młodzieńca do złapania się ściany. Zaparł się o mur rękoma, zwieszając głowę na dół. Szatynka obejrzała się szybko na swego towarzysza. Nie zdążyła spytać, co się dzieje, nim dostrzegła spazmy wstrząsające zakonnikiem. Zareagowała automatycznie - stanęła za nim i złapała jedną ręką włosy opadające na twarz bruneta, wyglądając w międzyczasie na ulicę. Montroce nie był pewien, jak długo wymiotował, wiedział jedynie, że w pewnym momencie poczuł w ustach żółć. Wziął głęboki wdech, po czym na oślep zaczął szukać w kieszeni opakowania chusteczek. W tej samej chwili Claudia odsunęła się od niego i zbliżyła do wylotu uliczki, jedną dłonią dotykając broni przy pasie. Matthias przetarł w ciszy usta, po czym, jeszcze bledszy niż wcześniej stanął obok Treskow.
— Lepiej? — rzuciła jakby od niechcenia, jedynie kątem oka obserwując reakcję młodzieńca. Ten skinął tylko głową w odpowiedzi. Sam też dołączył do spoglądania na długą ulicę. Jednak w świetle słabych, zielonkawych latarni najpewniej gazowych nie dostrzegł niczego poza zamkniętym straganem nieopodal nich. Po spojrzeniu na Claudię zorientował się, iż ta także nie ujrzała niczego więcej.
— Powinniśmy spytać miejscowych.
— Miejscowych? — powtórzył młodzieniec, chcąc, aby członkini Sopportare chociaż nieco się rozwinęła. Claudia jednak ruszyła przed siebie, przez co Matthias musiał podążyć za kobietą. Nadal trzymał przy nodze karabin, ukrywając go pod połami czarnego płaszcza. Nie wiedział, gdzie idą. Treskow zapewne też. Jednak przynajmniej ona miała w pełni czysty umysł. Postanowił jej zaufać, czego nie robił zbyt często. Miał nadzieję, że przez to nie zginie za rogiem..
W pewnym momencie szatynka się zatrzymała. Kamaelita zerknął w kierunku, w którym patrzyła. Nie rozpoznał napisów na szerokim znaku na dachu niskiego budynku, lecz sądząc po odgłosach, musiała to być karczma czy bar. Montroce stanął wyprostowany u jej boku.
— To na pewno dobry pomysł? Nie poznaję tych liter. Nie wiem, co tam jest.
Claudia?
Od Keitha CD Silasa
Stanął przed dylematem. Niestety, często musiał robić taki niewielki rachunek sumienia, kiedy znajdował się w sytuacjach takich, jak ta i musiał wybierać między tym, co podpowiadało mu wewnętrzne poczucie sprawiedliwości, a tym, co sugerowało mu nadal obecne w świadomości Ketiha wychowanie w zakonie. Zaczął się długo przyglądać Silasowi. W razie czego zapamiętał jego imię, jakby tylko dało się znaleźć krew tej istoty, Andrea mogłaby spróbować go odnaleźć ponownie. Jednak nie o to chodziło.
— Keithy? — Dziewczyna spytała z nutą niepokoju w głosie, spoglądając na zapatrzonego przyjaciela. Myśliwy przygryzł wargę, nie chcąc dać się opanować emocjom. Poczuł wtedy również wyczekujące spojrzenie spętanego nadnaturalnego... I nie wytrzymał.
— Nie wiem, co mam z nim zrobić — W tym miejscu zniżył głos do prawieże szeptu, przenosząc wzrok na czarodziejkę — Czuję, że powinienem go wypuścić. To tamten drugi go zaatakował.. Ten się nie bronił. Nie przede mną. Nie musi być niebezpieczny..
— Ale? — Bowiem zawsze musi być jakieś "ale". Do tego jednak Montroce podszedł z wahaniem.
— Moim obowiązkiem jest doprowadzenie go przed oblicze ojca dyrektora. A wiesz, co się dzieje z tymi, którzy do niego trafią.
Mimo, że posługiwali się tylko półsłówkami, kobieta pokiwała ze zrozumieniem głową. Po wyrazie jej twarzy wywnioskował, iż wspomnienia z ich wspólnych wyjazdów, z mniej lub bardziej swojej woli, wywołały u niej dyskomfort. Odruchowo przyciągnął drobną magiczkę do swego ramienia.
Gdzieś w pobliżu pękła kolejna żarówka. Młodzieniec połączył fakty, to zapewne istota, jaką pojmali tak reagowała wraz z otoczeniem. Przez głowę przeszło mu, iż to wyraźna oznaka tego, że stworzenie to jest niebezpieczne. Powinien się go pozbyć. Teraz. Jak najszybciej.
Do tego ludzie.
Usłyszał, jak na zewnątrz zbierają się gapie. Ktoś mówił o nagraniu zniszczeń, a ktoś jeszcze o tym, że policja jest w drodze. Nie chciał mieć z nimi za wiele do czynienia. Powiedzieć można, że Keith i funkcjonariusze się raczej nie dogadują, zwłaszcza podczas weekendowych imprez.
— Dobra, weź jego krew. Pobawimy się w polowanie potem — Machnął ręką, po czym odsunął się, aby móc się rozciągnąć. Plecy nadal go bolały. I to jak cholera.
Andrea zawahała się na chwilę nim wydobyła ostrze i zbliżyła się do wiru płomieni.
— Podaj mi swoją dłoń, proszę. Wyleczę ranę, nie zostanie nawet ślad.
Silas powiódł wzrokiem po ich dwójce. Nie wyglądał na osobę skorą do współpracy. Ściągnął nawet na chwilę brwi, wbijając spojrzenie w Keitha. Ten wzruszył ramionami.
— Rób, o co cię panienka prosi. Albo cię zwijam i się nasz ojczulek zakonny tobą zaopiekuje. Od niego to albo na stos idziesz, albo pod nóż. Twój wybór.
Silas?
— Keithy? — Dziewczyna spytała z nutą niepokoju w głosie, spoglądając na zapatrzonego przyjaciela. Myśliwy przygryzł wargę, nie chcąc dać się opanować emocjom. Poczuł wtedy również wyczekujące spojrzenie spętanego nadnaturalnego... I nie wytrzymał.
— Nie wiem, co mam z nim zrobić — W tym miejscu zniżył głos do prawieże szeptu, przenosząc wzrok na czarodziejkę — Czuję, że powinienem go wypuścić. To tamten drugi go zaatakował.. Ten się nie bronił. Nie przede mną. Nie musi być niebezpieczny..
— Ale? — Bowiem zawsze musi być jakieś "ale". Do tego jednak Montroce podszedł z wahaniem.
— Moim obowiązkiem jest doprowadzenie go przed oblicze ojca dyrektora. A wiesz, co się dzieje z tymi, którzy do niego trafią.
Mimo, że posługiwali się tylko półsłówkami, kobieta pokiwała ze zrozumieniem głową. Po wyrazie jej twarzy wywnioskował, iż wspomnienia z ich wspólnych wyjazdów, z mniej lub bardziej swojej woli, wywołały u niej dyskomfort. Odruchowo przyciągnął drobną magiczkę do swego ramienia.
Gdzieś w pobliżu pękła kolejna żarówka. Młodzieniec połączył fakty, to zapewne istota, jaką pojmali tak reagowała wraz z otoczeniem. Przez głowę przeszło mu, iż to wyraźna oznaka tego, że stworzenie to jest niebezpieczne. Powinien się go pozbyć. Teraz. Jak najszybciej.
Do tego ludzie.
Usłyszał, jak na zewnątrz zbierają się gapie. Ktoś mówił o nagraniu zniszczeń, a ktoś jeszcze o tym, że policja jest w drodze. Nie chciał mieć z nimi za wiele do czynienia. Powiedzieć można, że Keith i funkcjonariusze się raczej nie dogadują, zwłaszcza podczas weekendowych imprez.
— Dobra, weź jego krew. Pobawimy się w polowanie potem — Machnął ręką, po czym odsunął się, aby móc się rozciągnąć. Plecy nadal go bolały. I to jak cholera.
Andrea zawahała się na chwilę nim wydobyła ostrze i zbliżyła się do wiru płomieni.
— Podaj mi swoją dłoń, proszę. Wyleczę ranę, nie zostanie nawet ślad.
Silas powiódł wzrokiem po ich dwójce. Nie wyglądał na osobę skorą do współpracy. Ściągnął nawet na chwilę brwi, wbijając spojrzenie w Keitha. Ten wzruszył ramionami.
— Rób, o co cię panienka prosi. Albo cię zwijam i się nasz ojczulek zakonny tobą zaopiekuje. Od niego to albo na stos idziesz, albo pod nóż. Twój wybór.
Silas?
Od Etienne CD Tobiasa
Stał tak, oparty o scenę, splatając dłonie na okrytej cienkim materiałem piersi. W milczeniu słuchał pijackiego wywodu. Ha, słuchał.. Słowo na wyrost. To, co osobnik przed nim mówił, wchodziło jednym uchem młodzieńca, a wychodziło drugim, nie zostawiając po sobie niczego znaczącego. Tak, Etienne nie był zbyt dobrym partnerem do podobnych dyskusji pod tym względem. Wątpił jednak, że w stanie, w jakim był (jak się okazało) Tobi takie szczegóły miały znaczenie. Z grzeczności pozwolił się mężczyźnie wygadać, nie widział sensu we wchodzeniu mu w słowo, gdyż to zapewne skończyłoby się kolejnymi wywodami i dygresjami. Prawdę mówiąc, z chęcią posłuchałby ich, gdyż po alkoholu podejście do niektórych spraw zmienia się diametralnie, czasami w zabawny sposób.
— Ah tak, nienajebywalny.. Oczywiście, oczywiście. Rozumiem — La Fayette zaśmiał się cicho pod nosem. Zamilkł na krótką chwilę, podczas to której wodził spojrzeniem po sylwetce człowieka przed sobą. Człowieka? Jaką miał pewność, że to istota ludzka? Mógł być przecież jakimś szarlatanem czy innym wilkołakiem, który to zaraz przemieni się i rzuci do gardła młodzieńca. Na pierwszy rzut oka jednak niczego szczególnego nie dostrzegł. A na dokładniejsze oględziny nie miał czasu.
— Etienne — przedstawił się, starannie wypowiadając także nieme litery. Przeżyje taką obrazę swego imienia, może ten cały Tobi w swej pijackiej wspaniałomyślności przypomni sobie podstawy francuskiej fonetyki. — Dotyk, nie dotyk. Nic ci przecież nie zrobiłem. Więcej, pomogłem. Tam by cię zaraz kto okradł. Albo by cię wyrzucili na zbity pysk na zewnątrz. Co tutaj robisz? Ha, głupie pytanie, patrząc na twoją twarz. Nie wyglądasz jak ktoś stąd — Podkreślił dokładnie to słowo. Miejsce, w którym się znajdowali, sprawiało, iż większość gości klubu albo była przykładnymi ojcami z okolicznych, idealnych bungalowów ze skoszoną od linijki trawą, albo należała do raczej marginesu społecznego, jaki przybywał się zabawić podczas Happy Hour. Towarzysz Belga jego zdaniem nie pasował do żadnej z tych kategorii. Jakby miał go gdzieś umiejscowić swym okiem fachowca, Tobi podpadał by pod grupę raczej szemranych osobników z dużą ilością pieniędzy, zdobytych w nielegalny sposób. Może się mylił, może nie. Postanowił zapamiętać, iż powinien uważać na tego osobnika i jego zagrywki.
— A znam się na ludziach. Nie masz żony? Dziewczyny? Ktoś, kto by mógł cię odebrać stąd?
Tobias?
— Ah tak, nienajebywalny.. Oczywiście, oczywiście. Rozumiem — La Fayette zaśmiał się cicho pod nosem. Zamilkł na krótką chwilę, podczas to której wodził spojrzeniem po sylwetce człowieka przed sobą. Człowieka? Jaką miał pewność, że to istota ludzka? Mógł być przecież jakimś szarlatanem czy innym wilkołakiem, który to zaraz przemieni się i rzuci do gardła młodzieńca. Na pierwszy rzut oka jednak niczego szczególnego nie dostrzegł. A na dokładniejsze oględziny nie miał czasu.
— Etienne — przedstawił się, starannie wypowiadając także nieme litery. Przeżyje taką obrazę swego imienia, może ten cały Tobi w swej pijackiej wspaniałomyślności przypomni sobie podstawy francuskiej fonetyki. — Dotyk, nie dotyk. Nic ci przecież nie zrobiłem. Więcej, pomogłem. Tam by cię zaraz kto okradł. Albo by cię wyrzucili na zbity pysk na zewnątrz. Co tutaj robisz? Ha, głupie pytanie, patrząc na twoją twarz. Nie wyglądasz jak ktoś stąd — Podkreślił dokładnie to słowo. Miejsce, w którym się znajdowali, sprawiało, iż większość gości klubu albo była przykładnymi ojcami z okolicznych, idealnych bungalowów ze skoszoną od linijki trawą, albo należała do raczej marginesu społecznego, jaki przybywał się zabawić podczas Happy Hour. Towarzysz Belga jego zdaniem nie pasował do żadnej z tych kategorii. Jakby miał go gdzieś umiejscowić swym okiem fachowca, Tobi podpadał by pod grupę raczej szemranych osobników z dużą ilością pieniędzy, zdobytych w nielegalny sposób. Może się mylił, może nie. Postanowił zapamiętać, iż powinien uważać na tego osobnika i jego zagrywki.
— A znam się na ludziach. Nie masz żony? Dziewczyny? Ktoś, kto by mógł cię odebrać stąd?
Tobias?
Subskrybuj:
Posty (Atom)