Dziewczyna powstrzymana lekkim pocałunkiem od razu zamilkła, a na jej twarz wpłynął lekki rumieniec. Uśmiech, jakim obdarzył ją Connor był dosyć odważny przez co jej rekacja nie mogła być inna jak szybkie przewrócenie oczami. Manon nadal nie pojmowała czemu czuła się przy brunecie tak bezpiecznie i zupełnie inaczej niż przy kimkolwiek innym. Okłamywałaby się gdyby zaprzeczyła temu, że Conn znalazł sobie miejsce w jej sercu całkiem łatwo. Blondynka westchnęła ze spokojem i ułożyła głowę na ramieniu przyjaciela owijając dłonie wokół jego silnego ramienia. Faktycznie z tej perspektywy miasto wyglądało cudownie, a zwłaszcza gdy niebo pochłonął mrok. Wszystkie światła migotały w oddali dodatkowo zapierając dech w piersiach. Manon stwierdziła szybko, że mogłaby tutaj zostać w tej pozycji do końca życia, ale świat raczej nie wygląda tak kolorowo. Wspominając sobie słowa Arthura wysunęła jedną rękę przed siebie i dokładnie obejrzała ją z każdej strony. Niby wyglądała jak zwyczajna dłoń, a jednak za sprawą czarów mogła zrobić naprawdę wiele nienormalnych rzeczy. Dotąd nowo nabyte zdolności kojarzyły jej się z czymś pięknym i zachwycającym, ale gdy z ust tamtego idioty padło słowo ‘’potwór’’ zaczęła mieć spore wątpliwości. W końcu jej moce mogą wywołać również negatywne emocje lub może nawet zrobić komuś krzywdę. Wzdrygając się na tą samą myśl zacisnęła szybko pięść i opuściła rękę. Zerknęła kątem oka na Connora, który ze spokojem obserwował miasto, jednak w jego wyrazie twarzy dało się wyczytać jeszcze coś, chociaż Manon tego nie potrafiła. Postanowiła więc chwilowo odwrócić jego uwagę od zamykania się w swoim świecie co wiadomo, że czasami mu się zdarzało.
- Conn? - lekko szarpnęła za jego bluzkę, a gdy ten zwrócił na nią swe spojrzenie, przygryzła lekko drżącą wargę - Czy ja jestem potworem?
- Co ty opowiadasz? - zmarszczył brwi pochylając się, żeby zobaczyć jej całą twarz - Nie mów, że uwierzysz teraz w słowa tamtego fiuta?
- Nie opanowałam jeszcze mocy i co jeżeli… Zrobię komuś krzywdę? Tobie albo Suzzie. Przecież będzie to wtedy moje przekleństwo, a nie dar - opuściła głowę chowając swoje dłonie pomiędzy uda jakby w obawie, że zaraz zrobi coś niepożądanego.
- Wszystkiego się nauczysz Manon. Tak długo jak będziesz nad sobą panować, nic nikomu się nie stanie - pokiwał powoli głową gładząc ją po kolanie chcąc dodać jej otuchy - Jesteś silna i oboje to wiemy.
Na te słowa blondynka lekko się uśmiechnęła i spojrzała Connorowi w oczy. Nikt nie umiał podnieść jej na duchu jak on za co w podziękowaniu otrzymał całusa w kącik ust. Oboje wymienili się czułymi spojrzeniami, a Manon na powrót ułożyła się na ramieniu chłopaka chcąc jak najdłużej przeciągnąć ten moment. Nim się spostrzegła jej powieki zaczęły robić się bardzo ciężkie i choć widoki były piękne, musiała się sobie poddać.
*
Ciężko jej było określić długość jej drzemki, ale doskonale mogła odgadnąć, gdzie się teraz znajdowała. Leżała na miękkim łóżku Connora, w jego mieszkaniu, które jako tako zostało już ogarnięte do ładu po ostatnich zdarzeniach. Przynajmniej dwie pary drzwi wyleciały wtedy z zawiasów. Teraz zaś wszystko było na swoim miejscu, prócz chłopaka, który gdzieś zniknął. Manon zsunęła się z łóżka i wychodząc z pokoju usłyszała dobiegający z łazienki odgłos lejącej się wody pod prysznicem. Connor zapewne musiał się odświeżyć. Blondynka w bezradności udała się do klatki małego zwierzaka i pozwoliła sobie wziąć je na ręce. Futrzak chwilę tam posiedział, a gdy jego właściciel wyszedł z łazienki, wrócił do klatki jakby wiedząc, że już nie jest potrzebny. Widocznie na to tylko czekał, gdyż od razu ułożył się do spania. Manon odwróciła spojrzenie na Connora w samym ręczniku, który z jeszcze wilgotnymi włosami stał w progu.
- Wyspana? - uśmiechnął się lekko szczelniej zawiązując ręcznik na biodrach.
- No… Nie pogardziłabym jeszcze kilkoma godzinkami snu - wzruszyła wesoło ramionami i odwróciła wzrok w kierunku okna - Ciekawe jak późno już jest - dodała ciszej obserwując jeszcze ciemne niebo.
W oknie odbijała się dobrze zbudowana sylwetka Connora i Manon naprawdę miała ochotę na nią patrzeć, ale takie sytuacje zawsze ją krępowały, a czerwona jak burak raczej nie wyglądała już tak dobrze.
- Dasz mi coś na zmianę? Nie chciałabym spać w sukience - pozwoliła sobie spojrzeć na twarz bruneta i uśmiechnęła się powoli podnosząc się z kanapy.
Connor?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Connor&Manon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Connor&Manon. Pokaż wszystkie posty
31.12.2019
23.11.2019
Od Connora CD Manon
Brunet w spokoju słuchał przemówienia Artura, który choć wyglądał na pewnego siebie, w jego głowie było słychać strach lub też niepokój. Dla tego właśnie Connor nie reagował agresją, tylko czekał na odpowiedni moment, na który długo czekać nie musiał. Gdy dzieciak chwycił blondynkę za dłoń i dość mocno nią szarpnął, ciemnowłosy uśmiechnął się z ironią.
— Puść ją Artur. — powiedział spokojnym tonem — Widać przecież, że się boisz. Do tego sam prowokujesz tych.. "mutantów". — dodał z uśmiechem, który pojawił się na jego twarzy głównie przez fakt, że czuł strach mężczyzny.
— Ja się boję? — zaśmiał się głośno — Słyszeliście? — rozłożył ręce na bok i spojrzał na innych ludzi — Mutant twierdzi, że się boję. — dodał udając głos ducha, co rozbawiło część zebranych.
— Boisz się. — odparł zaraz Con — Szukasz teraz wsparcia, bo dobrze wiesz, że sam nie dasz sobie rady. — mruknął zbliżając się do Artura, który nerwowo przełknął ślinę.
— Jesteś taki cwany? — szepnął, stojąc dosyć blisko ciemnowłosego — Zapraszam na tyły. Tam się sprawdzimy. — dodał z uśmiechem.
— Z chęcią. — przytaknął.
Artur cicho prychnął i wrócił do swojej przemowy, w której życzył wszystkim miłej zabawy. Nie wspomniał już o parze przyjaciół, która od czasu do czasu czuła na sobie dziwne spojrzenia innych ludzi.
— Jesteś pewny, że chcesz zmierzyć się z Arturem? — spytała cicho blondynka, która stała naprzeciw gada.
— Oczywiście. — odpowiedział krótko — Skoro ojciec nie potrafi go wychować, najwidoczniej potrzeba będzie lekcja życia. — dodał delikatnie się uśmiechając.
— Więc pójdę z Tobą. — stwierdziła zaraz.
— Lepiej nie. Może być niebezpiecznie.
Po krótkiej rozmowie z przyjaciółką, mężczyzna poszedł śladami chłopaka, który zaprowadził na tyły domu. Choć była tylko ich dwójka, Connor widział dookoła pełno polterów, które tylko czekały na rozkaz bruneta. Niektóre z nich zaczepiały młodocianego buntownika, przez co ten nerwowo zerkał na boki.
— Tylko bez żadnych sztuczek, Connor. — powiedział Art, wracając wzrokiem na mężczyznę.
— Nie ma problemu. Zapraszam.
Walka wręcz zaczęła się dosyć szybko i jak można było się domyślić, gad miał większe szansę ze względu na nadludzką siłę, której starał się nie używać. Oczywiście on sam także dostał kilka ciosów, część z nich otworzyła drobne rany, lecz nie stwarzały większego zagrożenia. W pewnym momencie brunet odepchnął od siebie Artura, żeby zaprzestać szczeniackiej bijatyki, lecz młodociany miał całkiem inny plan. Wyjął z kieszeni długi nóż i podbiegł do Connora, od razu wbijając ostrze pod jego żebra. Nie spodziewał się tego ataku, gdyż był z lekka zamroczony ciosami, natomiast teraz, jego gadzi gen aż wrzał.
— Dobranoc, Connorku. — mruknął do jego ucha.
Ból, który czuł, jeszcze bardziej go nakręcił, przez co popadł w lekką furię. Odstąpił na dwa kroki od Artura, po czym wymierzył mu mocny sierpowy prosto w twarz, przez co młodociany osunął się nieprzytomny na ziemię. Natomiast Connor walczył ze swoim genem, aby się nie przemienić, co było jego największym wyzwaniem. Skierował się więc w stronę lasu, gdzie światło z domowych lamp nie dochodziło, gdzie mógł swobodnie opaść na wilgotną trawę. Wtem odpuścił sobie walkę i przemienił się dla własnego dobra, lecz nie było to żadne z leśnych zwierzyn, a dobrze mu znana jaszczura postać. W takiej też formie opuścił teren willi i skrył się między drzewami, obserwując jednocześnie tłumy wokół nieprzytomnego Artura. W tym też tłumie była Manon, która nerwowo szukała wzrokiem swojego przyjaciela, a żeby jej ułatwić poszukiwania, gad cicho zamruczał, co od razu zwróciło uwagę blondynki. Niezauważona skierowała się w stronę płotu, który bez problemu pokonała, po czym spojrzała w jasne ślipia gada.
— Co on Ci zrobił? — mruknęła cicho i zbliżyła się do przyjaciela. — Nie zabiłeś go, prawda? — szepnęła niepewnie, co ten od razu zaprzeczył ruchem pyska.
Gad podszedł do kobiety i głęboko odetchnął, zerkając na tłumy, które zaraz zostały rozproszone przez pogotowie. Spojrzał w oczy przyjaciółki i kiwnął łbem w stronę głębi lasu, żeby oddalić się od tego przeklętego miejsca.
— Tam jest ciemno. — rzekła niepewnie, na co Con wskazał swój grzbiet — Mam wejść? — spytała. Gad przytaknął łbem.
Blondynka zajęła miejsce na grzbiecie przyjaciela, natomiast z kurtki zrobiła dla siebie trzymak, którą owinęła wokół jego szyi. Tak też oby dwoje opuścili leśne zacisze, udając się na klify za miastem, skąd widoki na miasto zapierają dech w piersi. W tym też miejscu Connor mógł dojść do siebie i wrócić do ludzkiej postaci, co zajęło mu blisko godzinę. Nóż, który był wbity w jego brzuch, opadł na ziemię, natomiast rana była okryta łuską w celu regeneracji.
— Arturek taki honorowy, że zabawił się nożem. — mruknął ciemnowłosy — Ważne jednak, że Ty wyszła z tego cało. — dodał, przytulając się do blondynki. Tego obecnie pragnął najbardziej.
— Ale on Cię dźgnął, Connor. Mogło Ci się coś stać.. — zaczęła, gdy spojrzała na mężczyznę. — Przecież..
Kobieta nie dokończyła swojej zmartwionej wypowiedzi, gdyż brunet skutecznie ją uciszył delikatnym pocałunkiem, który złożył na jej ustach.
— Spokojnie Manon, przecież nic mi nie jest. — mruknął z zawadiackim uśmiechem.
Manon? c:
— Puść ją Artur. — powiedział spokojnym tonem — Widać przecież, że się boisz. Do tego sam prowokujesz tych.. "mutantów". — dodał z uśmiechem, który pojawił się na jego twarzy głównie przez fakt, że czuł strach mężczyzny.
— Ja się boję? — zaśmiał się głośno — Słyszeliście? — rozłożył ręce na bok i spojrzał na innych ludzi — Mutant twierdzi, że się boję. — dodał udając głos ducha, co rozbawiło część zebranych.
— Boisz się. — odparł zaraz Con — Szukasz teraz wsparcia, bo dobrze wiesz, że sam nie dasz sobie rady. — mruknął zbliżając się do Artura, który nerwowo przełknął ślinę.
— Jesteś taki cwany? — szepnął, stojąc dosyć blisko ciemnowłosego — Zapraszam na tyły. Tam się sprawdzimy. — dodał z uśmiechem.
— Z chęcią. — przytaknął.
Artur cicho prychnął i wrócił do swojej przemowy, w której życzył wszystkim miłej zabawy. Nie wspomniał już o parze przyjaciół, która od czasu do czasu czuła na sobie dziwne spojrzenia innych ludzi.
— Jesteś pewny, że chcesz zmierzyć się z Arturem? — spytała cicho blondynka, która stała naprzeciw gada.
— Oczywiście. — odpowiedział krótko — Skoro ojciec nie potrafi go wychować, najwidoczniej potrzeba będzie lekcja życia. — dodał delikatnie się uśmiechając.
— Więc pójdę z Tobą. — stwierdziła zaraz.
— Lepiej nie. Może być niebezpiecznie.
Po krótkiej rozmowie z przyjaciółką, mężczyzna poszedł śladami chłopaka, który zaprowadził na tyły domu. Choć była tylko ich dwójka, Connor widział dookoła pełno polterów, które tylko czekały na rozkaz bruneta. Niektóre z nich zaczepiały młodocianego buntownika, przez co ten nerwowo zerkał na boki.
— Tylko bez żadnych sztuczek, Connor. — powiedział Art, wracając wzrokiem na mężczyznę.
— Nie ma problemu. Zapraszam.
Walka wręcz zaczęła się dosyć szybko i jak można było się domyślić, gad miał większe szansę ze względu na nadludzką siłę, której starał się nie używać. Oczywiście on sam także dostał kilka ciosów, część z nich otworzyła drobne rany, lecz nie stwarzały większego zagrożenia. W pewnym momencie brunet odepchnął od siebie Artura, żeby zaprzestać szczeniackiej bijatyki, lecz młodociany miał całkiem inny plan. Wyjął z kieszeni długi nóż i podbiegł do Connora, od razu wbijając ostrze pod jego żebra. Nie spodziewał się tego ataku, gdyż był z lekka zamroczony ciosami, natomiast teraz, jego gadzi gen aż wrzał.
— Dobranoc, Connorku. — mruknął do jego ucha.
Ból, który czuł, jeszcze bardziej go nakręcił, przez co popadł w lekką furię. Odstąpił na dwa kroki od Artura, po czym wymierzył mu mocny sierpowy prosto w twarz, przez co młodociany osunął się nieprzytomny na ziemię. Natomiast Connor walczył ze swoim genem, aby się nie przemienić, co było jego największym wyzwaniem. Skierował się więc w stronę lasu, gdzie światło z domowych lamp nie dochodziło, gdzie mógł swobodnie opaść na wilgotną trawę. Wtem odpuścił sobie walkę i przemienił się dla własnego dobra, lecz nie było to żadne z leśnych zwierzyn, a dobrze mu znana jaszczura postać. W takiej też formie opuścił teren willi i skrył się między drzewami, obserwując jednocześnie tłumy wokół nieprzytomnego Artura. W tym też tłumie była Manon, która nerwowo szukała wzrokiem swojego przyjaciela, a żeby jej ułatwić poszukiwania, gad cicho zamruczał, co od razu zwróciło uwagę blondynki. Niezauważona skierowała się w stronę płotu, który bez problemu pokonała, po czym spojrzała w jasne ślipia gada.
— Co on Ci zrobił? — mruknęła cicho i zbliżyła się do przyjaciela. — Nie zabiłeś go, prawda? — szepnęła niepewnie, co ten od razu zaprzeczył ruchem pyska.
Gad podszedł do kobiety i głęboko odetchnął, zerkając na tłumy, które zaraz zostały rozproszone przez pogotowie. Spojrzał w oczy przyjaciółki i kiwnął łbem w stronę głębi lasu, żeby oddalić się od tego przeklętego miejsca.
— Tam jest ciemno. — rzekła niepewnie, na co Con wskazał swój grzbiet — Mam wejść? — spytała. Gad przytaknął łbem.
Blondynka zajęła miejsce na grzbiecie przyjaciela, natomiast z kurtki zrobiła dla siebie trzymak, którą owinęła wokół jego szyi. Tak też oby dwoje opuścili leśne zacisze, udając się na klify za miastem, skąd widoki na miasto zapierają dech w piersi. W tym też miejscu Connor mógł dojść do siebie i wrócić do ludzkiej postaci, co zajęło mu blisko godzinę. Nóż, który był wbity w jego brzuch, opadł na ziemię, natomiast rana była okryta łuską w celu regeneracji.
— Arturek taki honorowy, że zabawił się nożem. — mruknął ciemnowłosy — Ważne jednak, że Ty wyszła z tego cało. — dodał, przytulając się do blondynki. Tego obecnie pragnął najbardziej.
— Ale on Cię dźgnął, Connor. Mogło Ci się coś stać.. — zaczęła, gdy spojrzała na mężczyznę. — Przecież..
Kobieta nie dokończyła swojej zmartwionej wypowiedzi, gdyż brunet skutecznie ją uciszył delikatnym pocałunkiem, który złożył na jej ustach.
— Spokojnie Manon, przecież nic mi nie jest. — mruknął z zawadiackim uśmiechem.
Manon? c:
15.11.2019
Od Manon CD Connora
Stojąc pod domem, a raczej sporą willą ich znienawiedzonego kolegi z klasy Manon przejechała wzrokiem jej towarzysza. Dobrze wiedziała, że nie był on chętny do wstąpienia na tą małą imprezę i zaczynała czuć się z tym źle. Co jeżeli coś się stanie i chłopak wpakuje się w niepotrzebne kłopoty? Blondynka cicho przełknęła ślinę i postanowiła objąć jedną ręką ramię Connora, jak gdyby chciała upewnić się, że ten jest spokojny i nie planuje nic złego. W końcu ruszyli do środka po drodze wymijając pojedyncze osoby, które już haftowały w krzaki albo póki co kulturalnie pili coś z plastikowych kubeczków.
- Ale będzie super. W końcu się rozerwiemy - zagadała, gdy stanęli pod drzwiami, a Connor nacisnął na dzwonek.
Nie musieli długo czekać, aż drzwi otworzył im wysoki chłopak, ale nie wyższy od Conna. Gdy zauważył kogo miał zaprosić do środka, głośno prychnął.
- A wy co? Myślisz, że zaproszę do domu takiego dziwoląga jak ty? - zaśmiał się chamsko, po czym zwrócił spojrzenie na dziewczynę - A ty się trzymasz z czymś takim? Rozejrzałabyś się, jest wiele lepszych.
- Ja lepszych nie widzę - uśmiechnęła się sztucznie, po czym mocniej ścisnęła ramię chłopaka w obawie, że ten zaraz się odwdzięczy - A teraz daj nam się pobawić z innymi, dziękuję - dodała i wyminęła właściciela posiadłości ciągnąc za sobą Connora.
- No, nieźle sobie poradziłaś - brunet odetchnął cicho zwracając się do blondynki przodem - Skoro chcesz się bawić, to ja pójdę po coś do picia. To będzie długa noc - dodał pod nosem oddalając się.
Manon została sama, ale nie czuła się przez to wielce samotna. Miała chwilę na rozejrzenie się po sporym domu, o którym mogła tylko pomarzyć. Było tutaj tyle miejsca, Suzzie na pewno by się spodobała ilość pokoi i mebli w tym mieszkaniu. Dziewczyna poprawiła swoją czarną torebkę i udała się do salonu, gdzie rozsiadła się większość nastolatków. To stąd dochodziła muzyka, która dudniła w uszach i zmuszała do przynajmniej kiwania głową w jej rytm. Oparła się o ścianę czekając na Connora i ze zdziwieniem stwierdziła, że kilka dziewczyn ze szkoły się do niej uśmiechnęło, a nawet przywitało, gdy przechodziły. Manon nie sądziła, że ma w tej akademii jakieś koleżanki albo chociaż znajome, ale jak widać może być lepiej niż wygląda. Odmachała grupie dziewczyn, które krzyczały do niej z daleka, aż pole widzenia zasłonił jej jakiś chłopak, którego widziała pierwszy raz na oczy. Zmarszczyła lekko brwi wyczuwając jego bliskość i wysunęła się spod ściany, żeby móc utworzyć pomiędzy nimi odpowiedni dystans.
- Manon prawda? - uśmiechnął się blondyn opierając się o framugę drzwi.
- Tak, ale wybacz, bo cię nawet nie kojarzę - uniosła lekko brew rozglądając się w poszukiwaniu swojego towarzysza.
- To nic, możemy to zmienić. Jesteś tutaj sama? - zbliżył się, a wraz z wydechem, dziewczynę uderzył w twarz odór alkoholu.
- Tak się składa, że nie - usłyszała zza siebie donośny głos Connora, który już wrócił z dwiema butelkami piwa w ręce.
Blondyn tylko uśmiechnął się głupio z zakłopotaniem opuścił miejsce zdarzenia. Manon cicho parsknęła śmiechem i odwróciła się do chłopaka odbierając od niego zimną butelkę. Przez śmiech podziękowała mu za ratunek, po czym razem napili się chłodnego trunku. Przez dłuższą chwilę stali tak rozmawiając i po wypiciu całej butelki udało im się już nieco wyluzować. Po chwili zaczęli nawet ruszać się lekko w rytm muzyki, która jednak została ściszona przez właściciela posiadłości. Widocznie miał wszystkim coś ważnego do powiedzenia, ale Manon nie spodziewała się, że będzie to coś takiego.
- Mam nadzieję, że wszyscy bawią się świetnie! To super - dodał po głośnym krzyku większości zgromadzonych - Nie wiem czy wiecie, ale na naszej zajebistej imprezie znajduje się jeden mutant - na te słowa wszyscy zaczęli niepewnie się rozglądać.
Manon zerknęła na Connora, który o dziwo spokojnie stał i obserwował poczynania Arthura.
- Chyba wszyscy powinniśmy czuć się zagrożeni. Skąd wiemy jak zachowują się potwory po alkoholu? Pewnie są w stanie kogoś skrzywdzić, a nawet zabić! Co powiesz Connor? Ty chyba coś o tym powinieneś wiedzieć? - złośliwy chłopak uniósł wysoko brwi zwracając się do Conna.
Blondynka poczuła dziwne ukłucie w brzuchu jakby złego przeczucia i złapała bruneta za rękę. Miała ogromną nadzieję, żeby ten nie dał się sprowokować.
- Widzicie? Nic nie powie, bo tak naprawdę ma plan jak nas skrzywdzić w odpowiedniej chwili - udał przerażenie, przez co osoby stojące blisko już dwójki mutantów zaczęły odsuwać się jak najdalej.
Jeżeli dzieciaki tak traktują osoby nadprzyrodzone, to chyba dobrze, że nie są świadomi zdolności Manon. Chociaż…
- Ja też jestem mutantem i co z tego? Naprawdę myślicie, że moglibyśmy kogoś tutaj skrzywdzić? - nimfa wystąpiła przed siebie zaciskając mocno pięści.
- Nieee… Ty też? To on cię przemienił co? - Arthur niebezpiecznie zbliżył się do Manon i niespodziewanie złapał ją za nadgarstek i potrząsnął nią - Taka ładna buźka, a jednak w środku przeklęty potwór.
Manon w ułamku sekundy poczuła się bezsilna i nie mogła nawet wyrwać się z uścisku chłopaka. Te słowa jakoś zbyt mocno ją trafiły. A więc teraz była potworem?
Connor?
- Ale będzie super. W końcu się rozerwiemy - zagadała, gdy stanęli pod drzwiami, a Connor nacisnął na dzwonek.
Nie musieli długo czekać, aż drzwi otworzył im wysoki chłopak, ale nie wyższy od Conna. Gdy zauważył kogo miał zaprosić do środka, głośno prychnął.
- A wy co? Myślisz, że zaproszę do domu takiego dziwoląga jak ty? - zaśmiał się chamsko, po czym zwrócił spojrzenie na dziewczynę - A ty się trzymasz z czymś takim? Rozejrzałabyś się, jest wiele lepszych.
- Ja lepszych nie widzę - uśmiechnęła się sztucznie, po czym mocniej ścisnęła ramię chłopaka w obawie, że ten zaraz się odwdzięczy - A teraz daj nam się pobawić z innymi, dziękuję - dodała i wyminęła właściciela posiadłości ciągnąc za sobą Connora.
- No, nieźle sobie poradziłaś - brunet odetchnął cicho zwracając się do blondynki przodem - Skoro chcesz się bawić, to ja pójdę po coś do picia. To będzie długa noc - dodał pod nosem oddalając się.
Manon została sama, ale nie czuła się przez to wielce samotna. Miała chwilę na rozejrzenie się po sporym domu, o którym mogła tylko pomarzyć. Było tutaj tyle miejsca, Suzzie na pewno by się spodobała ilość pokoi i mebli w tym mieszkaniu. Dziewczyna poprawiła swoją czarną torebkę i udała się do salonu, gdzie rozsiadła się większość nastolatków. To stąd dochodziła muzyka, która dudniła w uszach i zmuszała do przynajmniej kiwania głową w jej rytm. Oparła się o ścianę czekając na Connora i ze zdziwieniem stwierdziła, że kilka dziewczyn ze szkoły się do niej uśmiechnęło, a nawet przywitało, gdy przechodziły. Manon nie sądziła, że ma w tej akademii jakieś koleżanki albo chociaż znajome, ale jak widać może być lepiej niż wygląda. Odmachała grupie dziewczyn, które krzyczały do niej z daleka, aż pole widzenia zasłonił jej jakiś chłopak, którego widziała pierwszy raz na oczy. Zmarszczyła lekko brwi wyczuwając jego bliskość i wysunęła się spod ściany, żeby móc utworzyć pomiędzy nimi odpowiedni dystans.
- Manon prawda? - uśmiechnął się blondyn opierając się o framugę drzwi.
- Tak, ale wybacz, bo cię nawet nie kojarzę - uniosła lekko brew rozglądając się w poszukiwaniu swojego towarzysza.
- To nic, możemy to zmienić. Jesteś tutaj sama? - zbliżył się, a wraz z wydechem, dziewczynę uderzył w twarz odór alkoholu.
- Tak się składa, że nie - usłyszała zza siebie donośny głos Connora, który już wrócił z dwiema butelkami piwa w ręce.
Blondyn tylko uśmiechnął się głupio z zakłopotaniem opuścił miejsce zdarzenia. Manon cicho parsknęła śmiechem i odwróciła się do chłopaka odbierając od niego zimną butelkę. Przez śmiech podziękowała mu za ratunek, po czym razem napili się chłodnego trunku. Przez dłuższą chwilę stali tak rozmawiając i po wypiciu całej butelki udało im się już nieco wyluzować. Po chwili zaczęli nawet ruszać się lekko w rytm muzyki, która jednak została ściszona przez właściciela posiadłości. Widocznie miał wszystkim coś ważnego do powiedzenia, ale Manon nie spodziewała się, że będzie to coś takiego.
- Mam nadzieję, że wszyscy bawią się świetnie! To super - dodał po głośnym krzyku większości zgromadzonych - Nie wiem czy wiecie, ale na naszej zajebistej imprezie znajduje się jeden mutant - na te słowa wszyscy zaczęli niepewnie się rozglądać.
Manon zerknęła na Connora, który o dziwo spokojnie stał i obserwował poczynania Arthura.
- Chyba wszyscy powinniśmy czuć się zagrożeni. Skąd wiemy jak zachowują się potwory po alkoholu? Pewnie są w stanie kogoś skrzywdzić, a nawet zabić! Co powiesz Connor? Ty chyba coś o tym powinieneś wiedzieć? - złośliwy chłopak uniósł wysoko brwi zwracając się do Conna.
Blondynka poczuła dziwne ukłucie w brzuchu jakby złego przeczucia i złapała bruneta za rękę. Miała ogromną nadzieję, żeby ten nie dał się sprowokować.
- Widzicie? Nic nie powie, bo tak naprawdę ma plan jak nas skrzywdzić w odpowiedniej chwili - udał przerażenie, przez co osoby stojące blisko już dwójki mutantów zaczęły odsuwać się jak najdalej.
Jeżeli dzieciaki tak traktują osoby nadprzyrodzone, to chyba dobrze, że nie są świadomi zdolności Manon. Chociaż…
- Ja też jestem mutantem i co z tego? Naprawdę myślicie, że moglibyśmy kogoś tutaj skrzywdzić? - nimfa wystąpiła przed siebie zaciskając mocno pięści.
- Nieee… Ty też? To on cię przemienił co? - Arthur niebezpiecznie zbliżył się do Manon i niespodziewanie złapał ją za nadgarstek i potrząsnął nią - Taka ładna buźka, a jednak w środku przeklęty potwór.
Manon w ułamku sekundy poczuła się bezsilna i nie mogła nawet wyrwać się z uścisku chłopaka. Te słowa jakoś zbyt mocno ją trafiły. A więc teraz była potworem?
Connor?
30.09.2019
Od Connora CD Manon
Gdy mężczyzna był gotów opuścić mieszkanie swojej przyjaciółki, ta nagle chwyciła go za rękę i złożyła delikatny pocałunek na jego ustach, czego Con się nie spodziewał. Oczywiście nie miał nic przeciwko takim pożegnaniom, a nawet mu się to spodobało, lecz czy odważyłby się uczynić to raz jeszcze? Nie wie. Dla tego też, gdy opuścił lokal blondynki, wspomniał sobie te przyjemne momenty, przez co na jego twarzy zawitał delikatny uśmiech z lekkim westchnięciem. To uczucie towarzyszyło mu aż do wyjścia z budynku, gdyż chłodny powiew wiatru pozbawił go rozgrzanego umysłu.
Następnego dnia zjawił się w szkole i choć miał obawy co do swojej zdolności, spokojnie siedział w szkolnej ławce i notował notatki tak, jakby nic się kiedyś nie działo. Od czasu do czasu czuł na sobie wzrok chłopaków z klasy, lecz skutecznie to ignorował, co z czasem poskutkowało spokojem z ich strony. Z drugiej strony, to mogła być cisza przed burzą..
Gdy para przyjaciół opuściła salę chemiczną, Connor poczuł wibracje swojego telefonu, a gdy zerknął na jego wyświetlacz, zauważył powiadomienie o imprezie u Arthura. W myślach od razu odrzucił ten pomysł, lecz jego blondwłosa przyjaciółka miała inne zdanie na ten temat. Między nimi zaczęła się rozmowa odnośnie imprezy i choć mężczyzna zdecydowanie zaprzeczał, stopniowo przekonywał się do tego, lecz postanowił nadal droczyć się z kobietą.
— Wystarczy, że pójdziesz na imprezę z damą w opresji. — dodała zerkając na przyjaciela.
Następnego dnia zjawił się w szkole i choć miał obawy co do swojej zdolności, spokojnie siedział w szkolnej ławce i notował notatki tak, jakby nic się kiedyś nie działo. Od czasu do czasu czuł na sobie wzrok chłopaków z klasy, lecz skutecznie to ignorował, co z czasem poskutkowało spokojem z ich strony. Z drugiej strony, to mogła być cisza przed burzą..
Gdy para przyjaciół opuściła salę chemiczną, Connor poczuł wibracje swojego telefonu, a gdy zerknął na jego wyświetlacz, zauważył powiadomienie o imprezie u Arthura. W myślach od razu odrzucił ten pomysł, lecz jego blondwłosa przyjaciółka miała inne zdanie na ten temat. Między nimi zaczęła się rozmowa odnośnie imprezy i choć mężczyzna zdecydowanie zaprzeczał, stopniowo przekonywał się do tego, lecz postanowił nadal droczyć się z kobietą.
— Wystarczy, że pójdziesz na imprezę z damą w opresji. — dodała zerkając na przyjaciela.
— A wiesz czym to się może skończyć? — podniósł znacznie jedną brew — Nie lubię mieć ludzi na sumieniu. — szepnął tykając delikatnie blondynkę w nos.
— No to.. będziemy się starać, żeby do tego nie doszło. — stwierdziła patrząc na bruneta swoim słodkim spojrzeniem.
— Niech Ci będzie. — mruknął z westchnięciem, na co ucieszona blondynka cicho pisnęła z zadowolenia — Ale teraz chodźmy na zajęcia. — dodał zaraz, poganiając przyjaciółkę.
Po kilku godzinach lekcyjnych, nadszedł czas na sport, który Connor uwielbia, jednakże gdy dowiedział się, że w jego grupie jest także Arthur, trochę się zaniepokoił. Poltery niespokojnie krążyły wokół awanturnika i tylko czekały na jego błąd, choć brunet starał się je uspokoić swoją samokontrolą, co z czasem poskutkowało. Mając spokojną głowę, przystąpili do rozgrzewki, a następnie do gry w ręczną. Przydzielenie grup nie sprawiło większego problemu, gdyż może i Con jest trochę zamknięty w sobie, ale inni uczniowie z chęcią wybierają go do swojej drużyny, nie to co Arthur, który trafił do drużyny przeciwnej. Gdy zaczął się pierwszy mecz, brunet wraz z dwoma członkami jego drużyny, zdobywał punkty za punktami, co nie spodobało się przeciwnikom. Kolejne dwa mecze były bezproblemowe i oczywiście wygrane, co dało rozpoznać się po zmęczeniu Connor'a. Gdy jednak rozpoczął się czwarty, a zarazem ostatni, mecz, mężczyzna czuł, że przeciwna drużyna coś kombinuje, co oczywiście jemu się nie spodobało. W przeciągu zaledwie kilku minut, został dwa razy pchnięty, lecz to nie zdołało wytrącić go z równowagi, lecz to, co zrobił Arthur, zmroziło większości ludzi na sali. Gdy gad był już w powietrzu, żeby oddać rzut do bramki, wtem awanturki uczynił to samo i celowo pchnął bruneta w drewnianą osłonę na ścianę, która pod jego ciężarem dosłownie się rozwaliła. Głośny pisk w jego głowie całkiem go zdekoncentrował i choć chciał się podnieść, nie potrafił utrzymać równowagi nawet na czworaka, co poskutkowało przewróceniem się na plecy. Od razu podbiegli do niego ci normalni uczniowie oraz nauczyciel, który próbował ocucić oszołomionego gada, co zaraz podziałało i ten odzyskał świadomość.
— Dasz radę dalej grać? — spytał nauczyciel, gdyż Con podniósł się z podłogi.
— A chce Pan mieć trupa na sali? — spojrzał na mężczyznę znacznym wzrokiem — Spasuje na dzisiaj. — dodał, po czym zszedł z sali prosto do szatni.
Zajęcia bruneta skończyły się koło godziny pierwszej, lecz jego przyjaciółki kończyła dopiero za godzinę, więc ten postanowił na nią poczekać, żeby omówić całą tą imprezę u awanturnika. Ten czas spędził ma świetlicy, gdzie szkicował dziwne kreatury na kartce w zeszycie, a jednocześnie uspokajał się po niedawnej akcji na sporcie, o której z chęcią by zapomniał.
Z zamysłu wybudził go dźwięk dzwonka, który rozbrzmiał na szkolnym korytarzu. Wtem wstał i skierował się w umówione miejsce, w którym zaraz pojawiła się blondwłosa przyjaciółka.
— Coś Ty taki.. niemrawy? — spytała kobieta przyglądając się brunetowi.
— Sprawdzałem trwałość drewnianej osłony na sali podczas sportu.. — odpowiedział wracając wzrokiem na Manon, która posłała tylko pytające spojrzenie — Arthurowi znowu odwaliło. — dodał wzdychając.
— Ten to się nigdy nie ogarnie. — mruknęła kobieta — Czyli nici z imprezy. — dodała ukrywając smutek.
— Pójdziemy, spokojnie. — zapewnił ją — Właśnie mieliśmy omówić ten temat. — stwierdził zaraz, gdy kierowali się na parking.
— Jesteś pewny? — spojrzała na niego.
— Tak. Najwyżej będzie ciekawiej z polterami. — mruknął cicho prychając — Jako, że nie będę tam spożywał alkoholu, to możemy pojechać do niego Twoim autem, jeśli to nie problem. — dodał wyjaśniając.
— Nie widzę tutaj problemu, więc można tak zrobić. — delikatnie się uśmiechnęła.
Po dogadaniu się co do godziny oraz miejsca spotkania, ich drogi się rozeszły. Connor pojechał od razu do domu, łamiąc po drodze większość przepisów drogowych, żeby choć trochę się wyładować. Na szczęście nie spotkał żadnego patrolu, co znacznie poprawiło humor brunetowi, a poczuł się jeszcze lepiej, gdy zobaczył na swoim koncie pieniądze za ostatnie murale. W pewnym stopniu nawet zapomniał o sytuacji na sporcie, co było dobrym znakiem.
Gdy oby dwoje zjawili się pod domem Arthura, zastali tam kilka aut oraz dość spory tłum ludzi, a sam dom wyglądał na niewielką wille. Widać, że awanturnik jest rozpieszczonym bachorem i nie wie, co to jest prawdziwe życie. Pewnie dla tego tak w szkole cwaniakuje.
— Byleby nie dać się sprowokować. — szepnął brunet, po czym delikatnie dotknął swojej kieszeni od bluzy, gdzie spokojnie spoczywał czarny kastet.
— Idziemy? — spytała nagle Manon.
— Tak. — odpowiedział krótko i delikatnie uśmiechnął się do blondynki.
Manon? c:
— Idziemy? — spytała nagle Manon.
— Tak. — odpowiedział krótko i delikatnie uśmiechnął się do blondynki.
Manon? c:
25.09.2019
Od Manon CD Connora
Dziewczyna wciąż lekko zszokowana i zdezorientowana nakładała siostrze spaghetti na talerz. W głowie cały czas odtwarzała sobie scenę sprzed paru chwil jakby chciała do niej wrócić albo koniecznie o niej nie zapomnieć. Po jej brzuchu rozlało się przyjemne ciepło na samo wspomnienie niespodziewanego pocałunku. Nie wiedziała, że Connor zrobi tak znaczny krok w przód. Z drugiej strony, wcale nie miała do niego o to pretensji. Zerkając co chwila na bruneta została jednak przywołana do rzeczywistości przez głośne i fałszywe kaszlnięcie Suzzie. Młodsza siostra zmierzyła Manon wzrokiem, więc ta pospieszyła się i wyciągając sztućce ustawiła obiad przy stole. Dziewczynka bez słowa zasiadła i zaczęła spożywać podany posiłek. Starsza nie wiedziała co w tym momencie ze sobą zrobić. Connor zajął się robieniem czegoś na telefonie pewnie dlatego, żeby nie siedzieć tak bezczynnie zwłaszcza po tym co się stało. Manon stanęła przy ścianie i lekko zmrużyła oczy. Co by się działo dalej, jeżeli Suzzie nie wróciłaby do domu? Czemu w ogóle nie dostała od niej żadnej wiadomości, że wróci wcześniej? Cóż, takie jest właśnie życie z młodszą siostrą. Pełne niepewności i niespodzianek.
- No, Suzzie. Co teraz będziesz robić? - zagadała blondynka przerywając w końcu niezręczną ciszę.
- Uczyć się, a co mam robić - wzruszyła ramionami widocznie nie będąc zmotywowaną do pracy - Ale nie przeszkadzajcie sobie. Domyślam się, że coś wam przerwałam.
- No… Znaczy nie! Nie, co ty opowiadasz? - zaśmiała się nerwowo napotykając niepewne spojrzenie ciemnych oczu Connora - Conn w końcu naprawił moje auto. Teraz będę mogła cię wozić - szybko zmieniła temat czując jak jej twarz robi się cała czerwona.
- O, świetnie! - ucieszona zerwałą się z krzesła, podbiegła do bruneta rzucając mu się na szyję - Bohater Connor znów uratował dwie damy w opresji. Czy następnym razem też mu się uda? - udała narracyjny głos niczym w kreskówkach o superbohaterach, przez co wszyscy głośno się zaśmiali.
Takim sposobem młodej udało się choć trochę rozluźnić dziwnie cichą atmosferę. Dwójka przyjaciół wymieniła szybkie spojrzenie, gdy Suzzie w końcu raczyła oderwać się od chłopaka.
- Miejmy nadzieję, że już nie będziecie w opresji - uśmiechnął się do dziewczynki, która zaraz zniknęła już w pokoju.
- Coś myślę, że z naszym szczęściem to będziemy - wzruszyła ramionami, gdy zostali już sami - I to nie raz.
- W takim razie bohater Connor zawsze do usług - ukłonił się lekko wstając z kanapy - Będę się zbierał - dodał po chwili.
Manon tylko pokiwała głową i odprowadziła go do drzwi. Gdy ten zakładał buty, dziewczyna nie wiedziała jak ma się teraz zachowywać. Ten pocałunek był przypadkowy czy miał coś oznaczać? Co, jeżeli zrozumiała to źle i wyjdzie na idiotkę? Zestresowana przyłapała się nawet na obgryzaniu paznokci, kiedy Conn podniósł się i gotowy do wyjścia nacisnął na klamkę. Blondynka pchnięta przez głupią decyzję złapała bruneta na rękę zmuszając go do spojrzenia w jej stronę. Wtem Manon ostrożnie, ale szybko zanim zdążyłaby się rozmyślić, stanęła na palcach i zbliżyła swoje usta, do warg Connora. Złożyła na nich długi i czuły pocałunek, po czym odsunęła się z uśmiechem.
- Do jutra - cicho go pożegnała i obserwowała jak znika za drzwiami.
Na następny dzień stawiła się w końcu w szkole i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej tego brakowało. Dawno już nie była na normalnych lekcjach i nie czuła się jak prawdziwa uczennica, która przejmuje się kartkówkami czy sprawdzianami. O imprezach nie było nawet mowy, a jak na zawołanie akurat dostała na jedną zaproszenie. Gdy wychodziła wraz z Connorem z sali chemicznej na telefon przyszło jej powiadomienie o wydarzeniu, a mianowicie o imprezie u Arthura. Zauważając, że przyjaciel przygląda się temu samemu wydarzeniu na swoim telefonie, lekko szturchnęła go łokciem w ramię.
- Hm? - oderwał się od ekranu i spojrzał na nią.
- Idziemy? - uśmiechnęła się podekscytowana.
- Do Arthura? Żeby narobił kolejnych głupot i dostał za to w pysk? - przemyślał to chwilę, jakby na poważnie i od razu rzucił - Nie, spasuję.
- No weeź! - zagrodziła mu drogę robiąc słodką minkę - Nigdy nie byłam na prawdziwej imprezie, a przyda nam się nieco wyluzować - stwierdziła wpatrując się w jego oczy.
Od dłuższego czasu nie otrzymywała żadnej odpowiedzi, a wyraz twarzy Connora nie zdradzał jej nic, więc rzekomo nie wiedziała czego się spodziewać. Zrezygnowana w końcu dźgnęła go palcami wskazującymi w brzuch. Chłopak od razu złapał ją za ręce gwałtownie się spinając.
- Rozpoczynasz właśnie wojnę na środku korytarza - zmrużył wesoło oczy.
- Nie masz się czego bać bohaterze - poruszyła palcami jakby go ostrzegając - Wystarczy, że pójdziesz na imprezę z damą w opresji.
Connor? c:
- No, Suzzie. Co teraz będziesz robić? - zagadała blondynka przerywając w końcu niezręczną ciszę.
- Uczyć się, a co mam robić - wzruszyła ramionami widocznie nie będąc zmotywowaną do pracy - Ale nie przeszkadzajcie sobie. Domyślam się, że coś wam przerwałam.
- No… Znaczy nie! Nie, co ty opowiadasz? - zaśmiała się nerwowo napotykając niepewne spojrzenie ciemnych oczu Connora - Conn w końcu naprawił moje auto. Teraz będę mogła cię wozić - szybko zmieniła temat czując jak jej twarz robi się cała czerwona.
- O, świetnie! - ucieszona zerwałą się z krzesła, podbiegła do bruneta rzucając mu się na szyję - Bohater Connor znów uratował dwie damy w opresji. Czy następnym razem też mu się uda? - udała narracyjny głos niczym w kreskówkach o superbohaterach, przez co wszyscy głośno się zaśmiali.
Takim sposobem młodej udało się choć trochę rozluźnić dziwnie cichą atmosferę. Dwójka przyjaciół wymieniła szybkie spojrzenie, gdy Suzzie w końcu raczyła oderwać się od chłopaka.
- Miejmy nadzieję, że już nie będziecie w opresji - uśmiechnął się do dziewczynki, która zaraz zniknęła już w pokoju.
- Coś myślę, że z naszym szczęściem to będziemy - wzruszyła ramionami, gdy zostali już sami - I to nie raz.
- W takim razie bohater Connor zawsze do usług - ukłonił się lekko wstając z kanapy - Będę się zbierał - dodał po chwili.
Manon tylko pokiwała głową i odprowadziła go do drzwi. Gdy ten zakładał buty, dziewczyna nie wiedziała jak ma się teraz zachowywać. Ten pocałunek był przypadkowy czy miał coś oznaczać? Co, jeżeli zrozumiała to źle i wyjdzie na idiotkę? Zestresowana przyłapała się nawet na obgryzaniu paznokci, kiedy Conn podniósł się i gotowy do wyjścia nacisnął na klamkę. Blondynka pchnięta przez głupią decyzję złapała bruneta na rękę zmuszając go do spojrzenia w jej stronę. Wtem Manon ostrożnie, ale szybko zanim zdążyłaby się rozmyślić, stanęła na palcach i zbliżyła swoje usta, do warg Connora. Złożyła na nich długi i czuły pocałunek, po czym odsunęła się z uśmiechem.
- Do jutra - cicho go pożegnała i obserwowała jak znika za drzwiami.
Na następny dzień stawiła się w końcu w szkole i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej tego brakowało. Dawno już nie była na normalnych lekcjach i nie czuła się jak prawdziwa uczennica, która przejmuje się kartkówkami czy sprawdzianami. O imprezach nie było nawet mowy, a jak na zawołanie akurat dostała na jedną zaproszenie. Gdy wychodziła wraz z Connorem z sali chemicznej na telefon przyszło jej powiadomienie o wydarzeniu, a mianowicie o imprezie u Arthura. Zauważając, że przyjaciel przygląda się temu samemu wydarzeniu na swoim telefonie, lekko szturchnęła go łokciem w ramię.
- Hm? - oderwał się od ekranu i spojrzał na nią.
- Idziemy? - uśmiechnęła się podekscytowana.
- Do Arthura? Żeby narobił kolejnych głupot i dostał za to w pysk? - przemyślał to chwilę, jakby na poważnie i od razu rzucił - Nie, spasuję.
- No weeź! - zagrodziła mu drogę robiąc słodką minkę - Nigdy nie byłam na prawdziwej imprezie, a przyda nam się nieco wyluzować - stwierdziła wpatrując się w jego oczy.
Od dłuższego czasu nie otrzymywała żadnej odpowiedzi, a wyraz twarzy Connora nie zdradzał jej nic, więc rzekomo nie wiedziała czego się spodziewać. Zrezygnowana w końcu dźgnęła go palcami wskazującymi w brzuch. Chłopak od razu złapał ją za ręce gwałtownie się spinając.
- Rozpoczynasz właśnie wojnę na środku korytarza - zmrużył wesoło oczy.
- Nie masz się czego bać bohaterze - poruszyła palcami jakby go ostrzegając - Wystarczy, że pójdziesz na imprezę z damą w opresji.
Connor? c:
10.09.2019
Od Connora CD Manon
Gdy brunet mógł znowu objąć swoją blondwłosą przyjaciółkę, na jego
twarzy zawitał delikatny uśmiech, a jego umysł ponownie otworzył się na
czułe gesty. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie, lecz została przerwana
przez fakt, że kobieta coś chciała od ciemnowłosego.
— Chcesz się może pobawić w mechanika? Bo tak się składa, że mojemu samochodowi przydałby się taki. — spytała spoglądając na Cona.
— Nie ma problemu — odpowiedział spokojnie — W sumie nawet teraz możemy podjechać do Twojego auta, a później zjemy jakiś obiad. — dodał spoglądając na zegarek.
— W takim razie jedziemy. — uśmiechnęła się zadowolona.
Para przyjaciół zabrała swoje plecaki i skierowała się do wyjścia, w celu opuszczenia akademii, a następnie przeszli na parking, gdzie stała maszyna bruneta. Po założeniu kasków, udali się w centrum miasta, żeby łatwiej dostać się pod mieszkanie kobiety, gdzie stało jej auto. Było to szare volvo, które słynie ze swojej awaryjności i choć ciemnowłosy nie jest mechanikiem z zawodu, postara się pomóc za wszelką cenę.
— Skoczę tylko po klucze. — rzekła Manon zdejmując ze swojej głowy kask, na co Con krótko przytaknął.
Brunet zabezpieczył jednoślad oraz kaski, po czym podszedł do uszkodzonego auta, które wyglądało na z lekka opuszczone, głównie przez fakt, że lakier był pokryty nalotem z kwitnących drzew. Rozejrzał się jeszcze po okolicy, a następnie oparł o bok pojazdu, czekając przy tym na przyjaciółkę. Gdy ta się zjawiła, wręczyła brunetowi klucze od volvo i dała mu wolną rękę w tej sprawie.
Po prawie godzinie udało się zlokalizować usterkę, a konkretnie wypalone świece zapłonowe, przez co mieszanka paliwowo-powietrzna w silniku nie miała iskryjak krzesiwo w zapalniczce,
a za tym nie dochodziło do wybuchu w komorze i silnik nie miał siły do
rozruchu. Gdy przekazał to swojej przyjaciółce, ta krzywo na niego
spojrzała i lekko się uśmiechnęła.
— Czyli co trzeba wymienić? — spytała krzyżując ręce na piersi.
— Świece — odpowiedział pokazując konkretną rzecz. — Tylko żeby to wymienić, to muszę kupić nowe. — dodał kierując się do motocykla.
— Czekaj, ale..
— Żadne ale — zerknął na kobietę — Zaraz będę.
Manon spuściła powietrze z siebie i usiadła na metalowym mocowaniu pod maską, a jedyne co jej zostało, to czekać. Natomiast Connor skierował się do sklepu z częściami samochodowymi, gdzie zakupił potrzebną ilość świec i zaraz wrócił do blondynki, która siedziała w tym samym miejscu, lecz coś przeglądała w telefonie. Gdy usłyszała dźwięk jednośladu, zerknęła w kierunku bruneta, który zatrzymał się naprzeciwko pojazdu. Pozbył się kasku z głowy, a z plecaka wyjął nowe świece, które zaraz zamontował na wyznaczone miejsca, a gdy upewnił się, że wszystko jest dobrze złożone, zerknął na kobietę.
— Spróbujesz odpalić? — spytał przecierając dłonie.
— Jasne. — odpowiedział zaraz i wsiadła do pojazdu.
Connor stanął po boku, żeby mieć na widoku silnik oraz przyjaciółkę, która niepewnie patrzyła na zegary volvo, po czym przekręciła kluczyk w stacyjce. Pomimo długiego stania na parkingu, motor odpalił za pierwszym razem, przez co z ust kobiety wydobył się okrzyk radości. Wyskoczyła z auta i przytuliła bruneta, który delikatnie odwzajemnił gest, żeby nie ubrudzić jej jasnej koszulki swoimi brudnymi dłońmi.
— Dziękuję. — pisnęła prostując się.
— Nie ma za co. — odparł z delikatnym uśmiechem.
— Muszę Ci się jakoś odwdzięczyć.. — zamyśliła się na chwilę.
— Nie musisz, Manon. — powiedział spokojnie brunet, po czym zamknął maskę volvo — Chociaż, trochę zgłodniałem.. — dodał zerkając na kobietę, która szybko się uśmiechnęła.
— Obiad, tak. — przytaknęła zaraz — Gaszę auto i idziemy do góry. — dodała zaraz.
Brunet zaśmiał się w duchu, po czym zabrał swój plecak, a motocykl postawił na miejscu parkingowym, żeby nie mieć problemów z prawem. Po tym udali się do mieszkania jasnowłosej, w którym Connor miał okazję być już wcześniej, więc odnalezienie się w nim nie sprawiło mu większego problemu. Odłożył plecak w bezpieczne miejsce i udał się do łazienki, gdzie zmył ze swoich rąk smar oraz brud silnika, następnie obmył twarz zimną wodą dla lepszego orzeźwienia. Wytarł wodę ciemnym ręcznikiem, po czym wrócił do głównego pomieszczenia, gdzie zastał Manon w kuchni, gotującą jakiś posiłek.
Po obiedzie, oby dwoje siedli na kanapie w celu odpoczynku, oglądając przy okazji coś w telewizji. Gdy jednak z czasem brunet zauważył senność u swojej przyjaciółki, postanowił trochę ją pobudzić, zaczynając od delikatnego dźgania w żebra.
— Nie zaczynaj.. — mruknęła blondynka i zerknęła na przyjaciela.
Ten jednak się nie posłuchał i ponowił swój czyn, przez co kobieta od razu przeszła do ataku na bruneta. Z jednej strony mógł się jej podłożyć, lecz to ona zrobiła się senna, nie on, przez co ten uparcie kontynuował łaskotanie blondynki. Przez śmiech przechodziły wszelkie groźby kierowanego w jego stronę, lecz Con nic sobie z tego nie robił, przez co zaraz zmienili pozycję na kanapie, prawie z niej spadając. Brunet znalazł się nad Manon, której ręce były zablokowane przez niego nad jej głową, natomiast ich ciała znacznie się przybliżyły. Z jednej strony pozycja przypadkowa, z drugiej strony ciemnowłosego coś nakłoniło do jeszcze większego zbliżenia się do przyjaciółki, przez co ich usta złączyły się w delikatny pocałunek. Nikt się tego nie spodziewał, tym bardziej Connor, który walczy z depresją kilka lat i do tego od kilku dni nie brał leków.. Szybko się opamiętał, gdy usłyszał w drzwiach wejściowych przekręcający się zamek, a zaraz za tym przywitanie młodszej siostry Manon. Oby dwoje siedli prosto w kanapie, jakby do niczego właśnie nie doszło, z czego blondynka wstała do kuchni, żeby podać obiad siostrze. Brunet natomiast pogrążył się w głupich myślach i uspokajał swoje wewnętrzne nerwy. Co go podkusiło do takiego czynu? Czyżby to Manon odkopała prawdziwe uczucie z dna jego serca? Czy może to tylko pożądanie? Sam nie mógł siebie rozgryźć.
Manon?
— Chcesz się może pobawić w mechanika? Bo tak się składa, że mojemu samochodowi przydałby się taki. — spytała spoglądając na Cona.
— Nie ma problemu — odpowiedział spokojnie — W sumie nawet teraz możemy podjechać do Twojego auta, a później zjemy jakiś obiad. — dodał spoglądając na zegarek.
— W takim razie jedziemy. — uśmiechnęła się zadowolona.
Para przyjaciół zabrała swoje plecaki i skierowała się do wyjścia, w celu opuszczenia akademii, a następnie przeszli na parking, gdzie stała maszyna bruneta. Po założeniu kasków, udali się w centrum miasta, żeby łatwiej dostać się pod mieszkanie kobiety, gdzie stało jej auto. Było to szare volvo, które słynie ze swojej awaryjności i choć ciemnowłosy nie jest mechanikiem z zawodu, postara się pomóc za wszelką cenę.
— Skoczę tylko po klucze. — rzekła Manon zdejmując ze swojej głowy kask, na co Con krótko przytaknął.
Brunet zabezpieczył jednoślad oraz kaski, po czym podszedł do uszkodzonego auta, które wyglądało na z lekka opuszczone, głównie przez fakt, że lakier był pokryty nalotem z kwitnących drzew. Rozejrzał się jeszcze po okolicy, a następnie oparł o bok pojazdu, czekając przy tym na przyjaciółkę. Gdy ta się zjawiła, wręczyła brunetowi klucze od volvo i dała mu wolną rękę w tej sprawie.
Po prawie godzinie udało się zlokalizować usterkę, a konkretnie wypalone świece zapłonowe, przez co mieszanka paliwowo-powietrzna w silniku nie miała iskry
— Czyli co trzeba wymienić? — spytała krzyżując ręce na piersi.
— Świece — odpowiedział pokazując konkretną rzecz. — Tylko żeby to wymienić, to muszę kupić nowe. — dodał kierując się do motocykla.
— Czekaj, ale..
— Żadne ale — zerknął na kobietę — Zaraz będę.
Manon spuściła powietrze z siebie i usiadła na metalowym mocowaniu pod maską, a jedyne co jej zostało, to czekać. Natomiast Connor skierował się do sklepu z częściami samochodowymi, gdzie zakupił potrzebną ilość świec i zaraz wrócił do blondynki, która siedziała w tym samym miejscu, lecz coś przeglądała w telefonie. Gdy usłyszała dźwięk jednośladu, zerknęła w kierunku bruneta, który zatrzymał się naprzeciwko pojazdu. Pozbył się kasku z głowy, a z plecaka wyjął nowe świece, które zaraz zamontował na wyznaczone miejsca, a gdy upewnił się, że wszystko jest dobrze złożone, zerknął na kobietę.
— Spróbujesz odpalić? — spytał przecierając dłonie.
— Jasne. — odpowiedział zaraz i wsiadła do pojazdu.
Connor stanął po boku, żeby mieć na widoku silnik oraz przyjaciółkę, która niepewnie patrzyła na zegary volvo, po czym przekręciła kluczyk w stacyjce. Pomimo długiego stania na parkingu, motor odpalił za pierwszym razem, przez co z ust kobiety wydobył się okrzyk radości. Wyskoczyła z auta i przytuliła bruneta, który delikatnie odwzajemnił gest, żeby nie ubrudzić jej jasnej koszulki swoimi brudnymi dłońmi.
— Dziękuję. — pisnęła prostując się.
— Nie ma za co. — odparł z delikatnym uśmiechem.
— Muszę Ci się jakoś odwdzięczyć.. — zamyśliła się na chwilę.
— Nie musisz, Manon. — powiedział spokojnie brunet, po czym zamknął maskę volvo — Chociaż, trochę zgłodniałem.. — dodał zerkając na kobietę, która szybko się uśmiechnęła.
— Obiad, tak. — przytaknęła zaraz — Gaszę auto i idziemy do góry. — dodała zaraz.
Brunet zaśmiał się w duchu, po czym zabrał swój plecak, a motocykl postawił na miejscu parkingowym, żeby nie mieć problemów z prawem. Po tym udali się do mieszkania jasnowłosej, w którym Connor miał okazję być już wcześniej, więc odnalezienie się w nim nie sprawiło mu większego problemu. Odłożył plecak w bezpieczne miejsce i udał się do łazienki, gdzie zmył ze swoich rąk smar oraz brud silnika, następnie obmył twarz zimną wodą dla lepszego orzeźwienia. Wytarł wodę ciemnym ręcznikiem, po czym wrócił do głównego pomieszczenia, gdzie zastał Manon w kuchni, gotującą jakiś posiłek.
Po obiedzie, oby dwoje siedli na kanapie w celu odpoczynku, oglądając przy okazji coś w telewizji. Gdy jednak z czasem brunet zauważył senność u swojej przyjaciółki, postanowił trochę ją pobudzić, zaczynając od delikatnego dźgania w żebra.
— Nie zaczynaj.. — mruknęła blondynka i zerknęła na przyjaciela.
Ten jednak się nie posłuchał i ponowił swój czyn, przez co kobieta od razu przeszła do ataku na bruneta. Z jednej strony mógł się jej podłożyć, lecz to ona zrobiła się senna, nie on, przez co ten uparcie kontynuował łaskotanie blondynki. Przez śmiech przechodziły wszelkie groźby kierowanego w jego stronę, lecz Con nic sobie z tego nie robił, przez co zaraz zmienili pozycję na kanapie, prawie z niej spadając. Brunet znalazł się nad Manon, której ręce były zablokowane przez niego nad jej głową, natomiast ich ciała znacznie się przybliżyły. Z jednej strony pozycja przypadkowa, z drugiej strony ciemnowłosego coś nakłoniło do jeszcze większego zbliżenia się do przyjaciółki, przez co ich usta złączyły się w delikatny pocałunek. Nikt się tego nie spodziewał, tym bardziej Connor, który walczy z depresją kilka lat i do tego od kilku dni nie brał leków.. Szybko się opamiętał, gdy usłyszał w drzwiach wejściowych przekręcający się zamek, a zaraz za tym przywitanie młodszej siostry Manon. Oby dwoje siedli prosto w kanapie, jakby do niczego właśnie nie doszło, z czego blondynka wstała do kuchni, żeby podać obiad siostrze. Brunet natomiast pogrążył się w głupich myślach i uspokajał swoje wewnętrzne nerwy. Co go podkusiło do takiego czynu? Czyżby to Manon odkopała prawdziwe uczucie z dna jego serca? Czy może to tylko pożądanie? Sam nie mógł siebie rozgryźć.
Manon?
5.09.2019
Od Manon CD Connora
Dziewczyna po powrocie z lasu oczywiście od razu została wypytana o wszystko przez siostrę i babcię. Swoje zniknięcie uzasadniła jakąś głupią wymówką, że niby była z Connorem na imprezie i zwyczajnie im się przedłużyło. Obie jakoś na to poszły i na szczęście nie wypytywały już Manon o nic więcej. Ona sama była strasznie zmęczona przeżyciami sprzed ostatniego tygodnia, a świadomość, że nie jest już człowiekiem, nieco ją stresowała. Co prawda Loren wyjaśniła jej najistotniejsze rzeczy o jej nowych zdolnościach, ale nie zdążyła jeszcze nikomu o tym powiedzieć. Z drugiej strony chyba nawet nie miała komu, była w tym mieście raczej samotna pomijając rodzinę i Connora. Najbardziej jednak obawiała się reakcji Suzzie, której zdanie na temat mutantów było jasne. Żadnych nadludzi! Manon na samą myśl o tym cicho westchnęła opadając na kanapę w salonie. Od rana czekała, aż jej siostra wróci do domu i będzie mogła przeprowadzić z nią poważną rozmowę. Tego dnia również wzięła sobie wolne od szkoły, gdyż chciała zwyczajnie poukładać swoje myśli i zastanowić się co robić ze sobą dalej. Dziewczynka, jako że chodziła do szkoły podstawowej kończyła lekcje dosyć wcześnie, bo o trzynastej. Manon zerknęła na godzinę w telefonie i stwierdziła, że mało zostało do jej powrotu. Głośno westchnęła nie hamując swojej frustracji i zabrała się za przeglądanie czegoś w telefonie. Na dźwięk przekręcających się kluczy nie musiała długo czekać. Zerwała się z miejsca nie dbając o to, gdzie poleciał telefon i podeszła od razu do drzwi, w których ujrzała Suzzie. Siostra podejrzliwie zmierzyła ją wzrokiem i wysoko uniosła brwi.
- A ty co taka szybka? - pokręciła lekko głową zdejmując buty i zostawiając je na środku korytarza.
- Bo widzisz, jest sprawa, o której musimy porozmawiać - zaczęła spokojnie idąc na dziewczynką do kuchni.
- Nie zrobiłaś obiadu? - zmarszczyła brwi zerkając do lodówki, ale teraz nie to było istotne.
- Nie, ale posłuchaj mnie! - przewróciła oczami odrywając ją od paczki chipsów i pociągnęła ją za rękę do salonu.
Przysiadła po turecku na środku dywanu spoglądając na blondynkę, która stała i nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Co tu ukrywać, zwyczajnie niepokoiło ją dziwne zachowanie siostry. Manon zachęciła ją do zajęcia miejsca przed nią, na co młodsza z sióstr ukucnęła na wykładzinie.
- Zamknij oczy, no już! - poleciła jej dziewczyna, a gdy jej prośba została zaakceptowana, odetchnęła cicho - Wiem, że nie lubisz ludzi z mocami nadprzyrodzonymi i cię totalnie rozumiem. Zazwyczaj mutantów kojarzy się z czymś niebezpiecznym i strasznym, ale wcale nie musi tak być. Są też pomocne i piękne moce, którymi nie trzeba od razu krzywdzić - wyjaśniła ze zdenerwowaniem obserwując swoje dłonie.
Zauważyła jak jej siostra lekko marszczy brwi jakby czekała na dalsze wyjaśnienia, ale Manon postanowiła jej po prostu resztę pokazać. Zniecierpliwiona Suzzie uchyliła powieki i dostrzegła, jak dziewczyna wyciąga w jej stronę dłonie. Skupiła się na świeżym powietrzu, jakie wlatywało do pokoju przez okno i o naturze, w której obecności czuła się naprawdę dobrze. Poruszyła nieco obolałymi palcami, a gdy ze środka jej dłoni zaczął wyrastać mały kiełek, uśmiechnęła się usatysfakcjonowana. Mina Suzzie była nieco inna, a gdy mały listek przerodził się w wielki, piękny, różowy kwiat, otworzyła szeroko usta. Manon sama nie była przekonana, czy to się uda, ale najwidoczniej w ważnym momencie nic ją nie zawiodło. Trzynastolatka niepewnie przejechała palcami po delikatnych płatkach lilii i uniosła spojrzenie na zadowoloną twarz starszej siostry.
- Ty? Co ci jest? - głos jej zadrżał jakby miała się zaraz rozpłakać.
- Można powiedzieć, że to uratowało mi życie - pokiwała powoli głową przekazując kwiat w rączki jej siostry - Nie boisz się mnie, prawda?
- Bać się? Przecież to jest czadowe! - wykrzyknęła zrywając się na równe nogi, po czym obejrzała kwiat z każdej możliwej strony - Co jeszcze potrafisz?!
- Niewiele, na wszystko przyjdzie pora - zaśmiała się i szczerze ulżyło jej, jak siostra ciepło przyjęła jej zdolności.
Nie spodziewała się, że pójdzie tak gładko. Z drugiej strony taki dar to nie przekleństwo, co innego gdyby ukazała się jej jako wilkołak czy wampir.
Niedługo po wygadaniu się siostrze otrzymała telefon od dyrektora akademii, który chciał ją jak najszybciej widzieć na sali gimnastycznej. Pomimo lekkiego zawahania jednak udała się do szkoły zaciekawiona dlaczego tak naprawdę pan Hackelmore ją wzywa pod koniec lekcji. Jadąc autobusem załapała się na niezłe korki i przeklęła się za zepsute auto, które już dawno powinna oddać do naprawy, ale nie bardzo miała na to pieniędzy. W końcu dojechała do szkoły i skierowała się bezpośrednio na salę gimnastyczną. Gdy uchyliła drzwi, ujrzała dyrektora obok dużego, szarego wilka.
- Dzień... dobry? - wydukała z początku w ogóle nie kojarząc faktów - Nie przeszkadzam?
- Ależ skąd, zapraszam. Właśnie rozgryzłem zdolność Twojego przyjaciela - wyjaśnił pokazując stojące obok niego zwierzę. Connor?
- Wilkołak? - przekrzywiła nieco głowę podchodząc bliżej.
- Leszy - dodał od razu obserwując blondynkę - Cóż, czas na Ciebie, Manon.
- Cóż, ja... Nie potrafię jeszcze wiele - westchnęła zrezygnowana i przykucnęła przed wilkiem żeby podrapać go za uchem - Muszę znaleźć kogoś, kto wyjaśni mi więcej - dodała zapatrując się w wilcze ślepia Connora.
Dyrektor tylko pokiwał lekko głową i zerknął ostatni raz na szare futro zwierzęcia, po czym udał się w stronę wyjścia.
- Nie bój się prosić o pomoc. W razie czego jestem w swoim gabinecie. Zajrzyjcie do mnie niedługo - uśmiechnął się uprzejmie i opuścił salę.
Manon podążyła za nim wzrokiem, po czym przeniosła go na chłopaka w wersji, w jakiej go jeszcze nie widziała. Skrzyżowała ramiona na piersi lekko się uśmiechając i odczekała chwilę, aż Connor nie zmieni się z powrotem. Długo tak stać nie musiała i gdy ujrzała swojego przyjaciela, rzuciła mu się na szyję.
- Tęskniłam - wyszeptała w jego koszulkę, gdy poczuła jego kojący zapach, po czym odsunęła się na małą odległość i obserwując uśmiechniętą twarz bruneta, coś jej przyszło do głowy - Chcesz się może pobawić w mechanika? Bo tak się składa, że mojemu samochodowi przydałby się taki.
Connor?
- A ty co taka szybka? - pokręciła lekko głową zdejmując buty i zostawiając je na środku korytarza.
- Bo widzisz, jest sprawa, o której musimy porozmawiać - zaczęła spokojnie idąc na dziewczynką do kuchni.
- Nie zrobiłaś obiadu? - zmarszczyła brwi zerkając do lodówki, ale teraz nie to było istotne.
- Nie, ale posłuchaj mnie! - przewróciła oczami odrywając ją od paczki chipsów i pociągnęła ją za rękę do salonu.
Przysiadła po turecku na środku dywanu spoglądając na blondynkę, która stała i nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Co tu ukrywać, zwyczajnie niepokoiło ją dziwne zachowanie siostry. Manon zachęciła ją do zajęcia miejsca przed nią, na co młodsza z sióstr ukucnęła na wykładzinie.
- Zamknij oczy, no już! - poleciła jej dziewczyna, a gdy jej prośba została zaakceptowana, odetchnęła cicho - Wiem, że nie lubisz ludzi z mocami nadprzyrodzonymi i cię totalnie rozumiem. Zazwyczaj mutantów kojarzy się z czymś niebezpiecznym i strasznym, ale wcale nie musi tak być. Są też pomocne i piękne moce, którymi nie trzeba od razu krzywdzić - wyjaśniła ze zdenerwowaniem obserwując swoje dłonie.
Zauważyła jak jej siostra lekko marszczy brwi jakby czekała na dalsze wyjaśnienia, ale Manon postanowiła jej po prostu resztę pokazać. Zniecierpliwiona Suzzie uchyliła powieki i dostrzegła, jak dziewczyna wyciąga w jej stronę dłonie. Skupiła się na świeżym powietrzu, jakie wlatywało do pokoju przez okno i o naturze, w której obecności czuła się naprawdę dobrze. Poruszyła nieco obolałymi palcami, a gdy ze środka jej dłoni zaczął wyrastać mały kiełek, uśmiechnęła się usatysfakcjonowana. Mina Suzzie była nieco inna, a gdy mały listek przerodził się w wielki, piękny, różowy kwiat, otworzyła szeroko usta. Manon sama nie była przekonana, czy to się uda, ale najwidoczniej w ważnym momencie nic ją nie zawiodło. Trzynastolatka niepewnie przejechała palcami po delikatnych płatkach lilii i uniosła spojrzenie na zadowoloną twarz starszej siostry.
- Ty? Co ci jest? - głos jej zadrżał jakby miała się zaraz rozpłakać.
- Można powiedzieć, że to uratowało mi życie - pokiwała powoli głową przekazując kwiat w rączki jej siostry - Nie boisz się mnie, prawda?
- Bać się? Przecież to jest czadowe! - wykrzyknęła zrywając się na równe nogi, po czym obejrzała kwiat z każdej możliwej strony - Co jeszcze potrafisz?!
- Niewiele, na wszystko przyjdzie pora - zaśmiała się i szczerze ulżyło jej, jak siostra ciepło przyjęła jej zdolności.
Nie spodziewała się, że pójdzie tak gładko. Z drugiej strony taki dar to nie przekleństwo, co innego gdyby ukazała się jej jako wilkołak czy wampir.
Niedługo po wygadaniu się siostrze otrzymała telefon od dyrektora akademii, który chciał ją jak najszybciej widzieć na sali gimnastycznej. Pomimo lekkiego zawahania jednak udała się do szkoły zaciekawiona dlaczego tak naprawdę pan Hackelmore ją wzywa pod koniec lekcji. Jadąc autobusem załapała się na niezłe korki i przeklęła się za zepsute auto, które już dawno powinna oddać do naprawy, ale nie bardzo miała na to pieniędzy. W końcu dojechała do szkoły i skierowała się bezpośrednio na salę gimnastyczną. Gdy uchyliła drzwi, ujrzała dyrektora obok dużego, szarego wilka.
- Dzień... dobry? - wydukała z początku w ogóle nie kojarząc faktów - Nie przeszkadzam?
- Ależ skąd, zapraszam. Właśnie rozgryzłem zdolność Twojego przyjaciela - wyjaśnił pokazując stojące obok niego zwierzę. Connor?
- Wilkołak? - przekrzywiła nieco głowę podchodząc bliżej.
- Leszy - dodał od razu obserwując blondynkę - Cóż, czas na Ciebie, Manon.
- Cóż, ja... Nie potrafię jeszcze wiele - westchnęła zrezygnowana i przykucnęła przed wilkiem żeby podrapać go za uchem - Muszę znaleźć kogoś, kto wyjaśni mi więcej - dodała zapatrując się w wilcze ślepia Connora.
Dyrektor tylko pokiwał lekko głową i zerknął ostatni raz na szare futro zwierzęcia, po czym udał się w stronę wyjścia.
- Nie bój się prosić o pomoc. W razie czego jestem w swoim gabinecie. Zajrzyjcie do mnie niedługo - uśmiechnął się uprzejmie i opuścił salę.
Manon podążyła za nim wzrokiem, po czym przeniosła go na chłopaka w wersji, w jakiej go jeszcze nie widziała. Skrzyżowała ramiona na piersi lekko się uśmiechając i odczekała chwilę, aż Connor nie zmieni się z powrotem. Długo tak stać nie musiała i gdy ujrzała swojego przyjaciela, rzuciła mu się na szyję.
- Tęskniłam - wyszeptała w jego koszulkę, gdy poczuła jego kojący zapach, po czym odsunęła się na małą odległość i obserwując uśmiechniętą twarz bruneta, coś jej przyszło do głowy - Chcesz się może pobawić w mechanika? Bo tak się składa, że mojemu samochodowi przydałby się taki.
Connor?
24.08.2019
Od Connora CD Manon
Gdy brunet wybudził się z długiego snu, poczuł na sobie ciepłe
promienie słońca, które dopiero co wschodziło. Przeciągnął się leniwie
na łóżku, lecz zaraz zauważył, że kogoś mu brakuje, a dokładnie Manon,
która musiała wstać wcześniej od niego. Przetarł zmęczoną twarz i
podniósł się do siadu, co nie sprawiło mu większego problemu. Spojrzał
po sobie, a następnie na pokój, który nadal wyglądał tak samo. Wstał z
łóżka i skierował się do wyjścia, a czuły słuch zaprowadził go na
zewnątrz, gdzie spotkał Loren oraz swoją przyjaciółkę.
— Widziałeś? — zaśmiała się nerwowo wracając wzrokiem na swoje czyny.
— Nawet czułem — rzekł po chwili i podszedł do kobiet — To są te twoje czary? — zerknął na rudą.
— Zgadza się. — odpowiedziała krótko.
Jednak gdy ruda chciała coś wyjaśnić, ta z zaniepokojeniem skupiła na czymś swój słuch, co zaraz mógł usłyszeć także Connor, a później Manon. Owym dźwiękiem był stukot końskich kopyt, wraz z którym przybyło nieprzyjemne zimno. Loren od razu pogoniła przyjaciół do domku i kazała siedzieć cicho, choć brunet znał ten dźwięk, miał ochotę wyjść i stanąć naprzeciw Umarłym. Powstrzymała go od tego Manon, która kurczowo trzymała rękę chłopaka, mówiąc przy tym, żeby ten się nie wygłupiał. Odpuścił. Siadł zirytowany na krześle i nasłuchiwał rozmowy, jaką odbyła ruda wraz z umarłymi.
— Myślisz, że to ci sami? — spytała białowłosa.
— Raczej nie — odpowiedział ze wzrokiem wbitym w ścianę — Tamci już by nas nie znaleźli — dodał zaraz.
— A myślisz, że tamci zginęli?
— Mam taką nadzieję — zerknął na kobietę — A jeśli nie, to ich dobiję — dodał wzruszając ramionami, na co blondynka cicho westchnęła.
Gdy drzwi domku nagle się otwarły, w progu stanął niewielkie żołnierz w zbroi Umarłych, lecz ten nie wyglądał wrogo. Zlustrował przyjaciół, a szczególnie Connora, który przywitał obcego niepewnym spojrzeniem.
— Już sobie popatrzyłeś? — mruknęła Loren, która weszła do domku — Zwykła młodzież, nic więcej.
Żołnierz przytaknął i spokojnym krokiem wyszedł, po czym zabrał całą zgraję za sobą.
— Czego chciał? — spytał brunet.
— Upewnić się, że nie posiadam kolejnych nadludzi — odpowiedziała z westchnięciem. — Muszę was odstawić do miasta i to jak najszybciej.
— Nadal nie powiedziałaś, co z nami zrobiłaś — wstał brunet.
— Dowiecie się w akademii.
Para przyjaciół potrzebowała dobrego tygodnia, żeby dojść do siebie i w miarę możliwości się zregenerować. Przez ten czas brunet nie odczuł jakiejś większej zmiany, gdyż i tak widywał poltery w swoim otoczeniu. Czas jednak było wrócić do akademii, odebrać Lokiego i załatwić wszelkie papiery o zajęcia indywidualne, skupiając się głównie na zdolności.
Tego ranka, mężczyzna zjawił się na sali gimnastycznej, gdzie czekał na niego sam dyrektor. Bez zbędnego gadania przeszli od razu do wyjaśnień i tłumaczeń, gdyż sam dyrektor nie mógł rozgryźć zdolności chłopaka.
— Wiem! — odparł nagle mężczyzna, co lekko wzdrygnęło brunetem.
— Słucham więc.
— Zaklęcie zmieniło Ci rasę, ale tak nie do końca — odpowiedział — Poltery zostały, lecz przemiana w jaszczura jest niemożliwa.
— Tyle to wiem.
— Skup się — podszedł do młodego — Pomyśl o.. jakimś leśnym zwierzęciu.
Jak powiedział, tak też zrobił, przez co od razu poczuł dziwny przypływ energii. Ciało Connora w moment przybrało inny wygląd, a dokładnie wilka szarego..
— Leszy jak się patrzy — westchnął mężczyzna.
— Dzień... dobry? — na sali nagle rozległ się głos Manon — Nie przeszkadzam?
— Ależ skąd, zapraszam. Właśnie rozgryzłem zdolność Twojego przyjaciela — odparł dyrektor wskazując na wilka.
— Wilkołak?
— Leszy — odpowiedział zaraz — Cóż, czas na Ciebie, Manon.
Manon? No dawaj Panno od Marihuany.
— Widziałeś? — zaśmiała się nerwowo wracając wzrokiem na swoje czyny.
— Nawet czułem — rzekł po chwili i podszedł do kobiet — To są te twoje czary? — zerknął na rudą.
— Zgadza się. — odpowiedziała krótko.
Jednak gdy ruda chciała coś wyjaśnić, ta z zaniepokojeniem skupiła na czymś swój słuch, co zaraz mógł usłyszeć także Connor, a później Manon. Owym dźwiękiem był stukot końskich kopyt, wraz z którym przybyło nieprzyjemne zimno. Loren od razu pogoniła przyjaciół do domku i kazała siedzieć cicho, choć brunet znał ten dźwięk, miał ochotę wyjść i stanąć naprzeciw Umarłym. Powstrzymała go od tego Manon, która kurczowo trzymała rękę chłopaka, mówiąc przy tym, żeby ten się nie wygłupiał. Odpuścił. Siadł zirytowany na krześle i nasłuchiwał rozmowy, jaką odbyła ruda wraz z umarłymi.
— Myślisz, że to ci sami? — spytała białowłosa.
— Raczej nie — odpowiedział ze wzrokiem wbitym w ścianę — Tamci już by nas nie znaleźli — dodał zaraz.
— A myślisz, że tamci zginęli?
— Mam taką nadzieję — zerknął na kobietę — A jeśli nie, to ich dobiję — dodał wzruszając ramionami, na co blondynka cicho westchnęła.
Gdy drzwi domku nagle się otwarły, w progu stanął niewielkie żołnierz w zbroi Umarłych, lecz ten nie wyglądał wrogo. Zlustrował przyjaciół, a szczególnie Connora, który przywitał obcego niepewnym spojrzeniem.
— Już sobie popatrzyłeś? — mruknęła Loren, która weszła do domku — Zwykła młodzież, nic więcej.
Żołnierz przytaknął i spokojnym krokiem wyszedł, po czym zabrał całą zgraję za sobą.
— Czego chciał? — spytał brunet.
— Upewnić się, że nie posiadam kolejnych nadludzi — odpowiedziała z westchnięciem. — Muszę was odstawić do miasta i to jak najszybciej.
— Nadal nie powiedziałaś, co z nami zrobiłaś — wstał brunet.
— Dowiecie się w akademii.
Para przyjaciół potrzebowała dobrego tygodnia, żeby dojść do siebie i w miarę możliwości się zregenerować. Przez ten czas brunet nie odczuł jakiejś większej zmiany, gdyż i tak widywał poltery w swoim otoczeniu. Czas jednak było wrócić do akademii, odebrać Lokiego i załatwić wszelkie papiery o zajęcia indywidualne, skupiając się głównie na zdolności.
Tego ranka, mężczyzna zjawił się na sali gimnastycznej, gdzie czekał na niego sam dyrektor. Bez zbędnego gadania przeszli od razu do wyjaśnień i tłumaczeń, gdyż sam dyrektor nie mógł rozgryźć zdolności chłopaka.
— Wiem! — odparł nagle mężczyzna, co lekko wzdrygnęło brunetem.
— Słucham więc.
— Zaklęcie zmieniło Ci rasę, ale tak nie do końca — odpowiedział — Poltery zostały, lecz przemiana w jaszczura jest niemożliwa.
— Tyle to wiem.
— Skup się — podszedł do młodego — Pomyśl o.. jakimś leśnym zwierzęciu.
Jak powiedział, tak też zrobił, przez co od razu poczuł dziwny przypływ energii. Ciało Connora w moment przybrało inny wygląd, a dokładnie wilka szarego..
— Leszy jak się patrzy — westchnął mężczyzna.
— Dzień... dobry? — na sali nagle rozległ się głos Manon — Nie przeszkadzam?
— Ależ skąd, zapraszam. Właśnie rozgryzłem zdolność Twojego przyjaciela — odparł dyrektor wskazując na wilka.
— Wilkołak?
— Leszy — odpowiedział zaraz — Cóż, czas na Ciebie, Manon.
Manon? No dawaj Panno od Marihuany.
21.08.2019
Od Manon CD Connora
Po pysznym posiłku, jaki przyrządziła im rudowłosa kobieta, wrócili do pokoju gdzie czekało na nich małe łóżko. Może i było niewielkie, ale bez problemu udało im się wygodnie ułożyć, a raczej paść na nie. Nadal nie byli w pełni sił i dosyć szybko się zmęczyli, więc nie można mieć im tego za złe. Manon pchnęła Connora bardziej pod ścianę, gdy ten niby dla żartów zajął większą część materaca. Oboje cicho się zaśmiali, po czym przysnęli jak na zawołanie.
Spała chyba kilka dobrych godzin, a gdy się obudziła była bardzo wypoczęta. Jedyne co jej nie pasowało, to wilgotna trawa pod głową i zapach lasu. Gwałtownie podniosła się do siadu i rozejrzała dookoła. Znajdowała się w sercu lasu i to w ciemną noc. Nie widziała nic prócz księżyca, którego światło przebijało się przez korony drzew. Momentalnie zrobiło jej się chłodno, a gdy objęła się rękami okazało się, że jest naga. Nie miała nawet bandaży i opatrunków, które założyła jej Loren. Była sama jak palec, a otaczały ją tylko drzewa i dziwne uczucie mdłości. Chciała się podnieść i znaleźć drogę powrotną do chaty kobiety, ale gdy się odwróciła, w oddali ujrzała jasną postać. Była dosłownie samym światłem, a u jej stóp łożyły się piękne kwiaty i inne kolorowe rośliny. U jej boku las wyglądał spokojnie, pięknie i bardzo zachęcająco. Zahipnotyzowana Manon zaczęła zbliżać się do świetlistej sylwetki wyciągając przed siebie dłoń. Nie czuła się w ogóle skrępowana i wystraszona, a wręcz chciała przyjrzeć się temu z bliska. Z każdym krokiem, postać coraz bardziej ją oślepiała, ale mimo to szła dalej przymykając lekko powieki. Gdy była już wystarczająco blisko żeby dotknąć światła, poczuła pustkę, ale zaraz jakby coś w nią uderzyło. Czuła, że wchłonęła całe światło, które jeszcze niedawno ją oślepiało i stała się jego jednością.
Zerwała się z poduszek, a że łóżko było wąskie, spadła z niego na podłogę. Próbowała jakoś uregulować oddech, który wydawał się być wyjątkowo ciężki. Oparła głowę o ramę łóżka w duchu modląc się, że nie obudziła swoim zachowaniem Connora, ale sądząc po reakcji, jaka nie nastąpiła, pewnie dalej spał. Odetchnęła chowając twarz w dłoniach nie wiedząc co o tym myśleć. To był sen, ale wydawał się tak realistyczny i mający na celu coś jej przekazać, że nie mogła go od tak ignorować. Za oknami widać było już pierwsze promienie słońca, na co odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że już nie zaśnie więc pozostało jej czekać na wschód słońca i przebudzenie się chłopaka. Czuła się całkiem wypoczęta, ale sen nadal w pewnym sensie ją męczył. Postanowiła wyjść na zewnątrz i nieco odetchnąć. Poranki bywały chłodne więc otuliła się cienkim swetrem, który dostała od Loren i rozejrzała się po lesie, w którym znajdowała się chata. Było tu bardzo urokliwie i cicho, czego nie można nijak porównać do ruchliwego Seattle. Czuła się w towarzystwie przyrody bardzo swobodnie i nie wiedziała, czy miała tak od zawsze. Stała tak oparta o drzewo i pozwalała wietrze bawić się swoimi włosami, dopóki nie poczuła na sobie wzroku. Powoli odwróciła się, a u drzwi chatki stała rudowłosa z ciepłym uśmiechem na twarzy. Podeszła do niej podając jej kubek ciepłej herbaty.
- Miałaś ciężką noc, prawda? - zapytała stając obok niej blondwłosej.
- Tak... Ale skąd wiesz? - spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Bo widzisz Manon, tak? - zerknęła na nią po czym kontynuowała - Podczas snu miałaś taką wizję, bo coś w tobie się zmieniło z moją małą pomocą.
- Jak to zmieniło? - pokręciła powoli głową pozwalając kubkowi ogrzewać jej ręce.
- Wybuch magii jaki nastąpił w zamku był bardzo silny i wszystkich tam obecnych bardzo osłabił. Jako, że Connor miał nadprzyrodzone zdolności, nie ucierpiał on mocniej, za to nastąpiły w nim pewne zmiany. Ty zaś byłaś zwykłym człowiekiem i gdybym nie zainterweniowała, mogłabyś nie wytrzymać - wyjaśniła ze spokojem.
- Byłam człowiekiem? To znaczy, że teraz... - przełknęła głośno ślinę spoglądając na swoje dłonie, faktycznie czuła się inaczej.
Kobieta odebrała z jej dłoni kubek i odstawiła go na schodku przed domem, następnie złapała ją za rękę i poprowadziła w stronę najbliższego drzewa. Nakazała dziewczynie ułożyć dłoń na korze drzewa i skupić się z całych sił jakby mając zamiar połączyć się z roślinnością.
- Co czujesz? - zapytała po chwili.
- Spokój i siłę - odparła cicho wpatrując się w pień drzewa.
Skupiła się na uczuciach jakie teraz nią zawładnęły i poczuła jak pod jej palcami wyrasta mech i małe, białe kwiatki. Wystraszona cofnęła rękę i obejrzała ją dokładnie, po czym spojrzała za siebie. Connor stał oparty o framugę i tylko z zaciekawieniem obserwował jej poczynania.
- Widziałeś? - zaśmiała się nerwowo wracając wzrokiem do pokrytego kwiatami pnia, a brunet tylko z uśmiechem pokiwał głową.
Connor?
Spała chyba kilka dobrych godzin, a gdy się obudziła była bardzo wypoczęta. Jedyne co jej nie pasowało, to wilgotna trawa pod głową i zapach lasu. Gwałtownie podniosła się do siadu i rozejrzała dookoła. Znajdowała się w sercu lasu i to w ciemną noc. Nie widziała nic prócz księżyca, którego światło przebijało się przez korony drzew. Momentalnie zrobiło jej się chłodno, a gdy objęła się rękami okazało się, że jest naga. Nie miała nawet bandaży i opatrunków, które założyła jej Loren. Była sama jak palec, a otaczały ją tylko drzewa i dziwne uczucie mdłości. Chciała się podnieść i znaleźć drogę powrotną do chaty kobiety, ale gdy się odwróciła, w oddali ujrzała jasną postać. Była dosłownie samym światłem, a u jej stóp łożyły się piękne kwiaty i inne kolorowe rośliny. U jej boku las wyglądał spokojnie, pięknie i bardzo zachęcająco. Zahipnotyzowana Manon zaczęła zbliżać się do świetlistej sylwetki wyciągając przed siebie dłoń. Nie czuła się w ogóle skrępowana i wystraszona, a wręcz chciała przyjrzeć się temu z bliska. Z każdym krokiem, postać coraz bardziej ją oślepiała, ale mimo to szła dalej przymykając lekko powieki. Gdy była już wystarczająco blisko żeby dotknąć światła, poczuła pustkę, ale zaraz jakby coś w nią uderzyło. Czuła, że wchłonęła całe światło, które jeszcze niedawno ją oślepiało i stała się jego jednością.
Zerwała się z poduszek, a że łóżko było wąskie, spadła z niego na podłogę. Próbowała jakoś uregulować oddech, który wydawał się być wyjątkowo ciężki. Oparła głowę o ramę łóżka w duchu modląc się, że nie obudziła swoim zachowaniem Connora, ale sądząc po reakcji, jaka nie nastąpiła, pewnie dalej spał. Odetchnęła chowając twarz w dłoniach nie wiedząc co o tym myśleć. To był sen, ale wydawał się tak realistyczny i mający na celu coś jej przekazać, że nie mogła go od tak ignorować. Za oknami widać było już pierwsze promienie słońca, na co odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że już nie zaśnie więc pozostało jej czekać na wschód słońca i przebudzenie się chłopaka. Czuła się całkiem wypoczęta, ale sen nadal w pewnym sensie ją męczył. Postanowiła wyjść na zewnątrz i nieco odetchnąć. Poranki bywały chłodne więc otuliła się cienkim swetrem, który dostała od Loren i rozejrzała się po lesie, w którym znajdowała się chata. Było tu bardzo urokliwie i cicho, czego nie można nijak porównać do ruchliwego Seattle. Czuła się w towarzystwie przyrody bardzo swobodnie i nie wiedziała, czy miała tak od zawsze. Stała tak oparta o drzewo i pozwalała wietrze bawić się swoimi włosami, dopóki nie poczuła na sobie wzroku. Powoli odwróciła się, a u drzwi chatki stała rudowłosa z ciepłym uśmiechem na twarzy. Podeszła do niej podając jej kubek ciepłej herbaty.
- Miałaś ciężką noc, prawda? - zapytała stając obok niej blondwłosej.
- Tak... Ale skąd wiesz? - spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Bo widzisz Manon, tak? - zerknęła na nią po czym kontynuowała - Podczas snu miałaś taką wizję, bo coś w tobie się zmieniło z moją małą pomocą.
- Jak to zmieniło? - pokręciła powoli głową pozwalając kubkowi ogrzewać jej ręce.
- Wybuch magii jaki nastąpił w zamku był bardzo silny i wszystkich tam obecnych bardzo osłabił. Jako, że Connor miał nadprzyrodzone zdolności, nie ucierpiał on mocniej, za to nastąpiły w nim pewne zmiany. Ty zaś byłaś zwykłym człowiekiem i gdybym nie zainterweniowała, mogłabyś nie wytrzymać - wyjaśniła ze spokojem.
- Byłam człowiekiem? To znaczy, że teraz... - przełknęła głośno ślinę spoglądając na swoje dłonie, faktycznie czuła się inaczej.
Kobieta odebrała z jej dłoni kubek i odstawiła go na schodku przed domem, następnie złapała ją za rękę i poprowadziła w stronę najbliższego drzewa. Nakazała dziewczynie ułożyć dłoń na korze drzewa i skupić się z całych sił jakby mając zamiar połączyć się z roślinnością.
- Co czujesz? - zapytała po chwili.
- Spokój i siłę - odparła cicho wpatrując się w pień drzewa.
Skupiła się na uczuciach jakie teraz nią zawładnęły i poczuła jak pod jej palcami wyrasta mech i małe, białe kwiatki. Wystraszona cofnęła rękę i obejrzała ją dokładnie, po czym spojrzała za siebie. Connor stał oparty o framugę i tylko z zaciekawieniem obserwował jej poczynania.
- Widziałeś? - zaśmiała się nerwowo wracając wzrokiem do pokrytego kwiatami pnia, a brunet tylko z uśmiechem pokiwał głową.
Connor?
18.08.2019
Od Connora CD Manon
Ciemnowłosy mężczyzna dość długo czuł bolesną pustkę, która cały czas
przypominała mu tortury oraz zaklęcia rzucane przez Umarłych. Wszystko
to zapętliło się w jego umyśle, uniemożliwiając tym wybudzenie z
letargu, który ogarnął umysł bruneta zaraz po wybuchu w zamku. W pewnym
momencie, jego wzrok zarejestrował jasne promienie światła, które
prowadziły tylko w jedno miejsce, z którego wyjście jest już niemożliwe.
— Zawróć. To jeszcze nie czas na Ciebie, Connor.
Nieznajomy głos rozbrzmiał w jego zakłopotanym umyśle, przez co szybko obrał przeciwny kierunek i choć blask chciał go pochłonąć, ten uparcie dążył do ciemności, za którą skrywało się życie. Mężczyzna od razu poczuł wygodne coś, na czym leżał, a do jego nosa dostał się zapach lasu oraz natury. Wyrównał swój zdenerwowany oddech i delikatnie uniósł powieki, chcąc przyzwyczaić wzrok do nieco jaśniejszego pomieszczenia. Nim uczynił jakikolwiek ruch, wpatrywał się w drewniany sufit i próbował przypomnieć sobie, co się właśnie wydarzyło, a gdy jego myśli wróciły na swoje miejsce, wtem przypomniał sobie o Manon. Gdy chciał podnieść się do siadu, poczuł na tyle ostry ból w klatce piersiowej, że z jego ust wydobyło się ciche syknięcie, lecz na tyle głośne, że usłyszała to jakaś obca kobieta, która zaraz zjawiła się u boku bruneta.
— Nie tak szybko, towarzyszu — odpowiedziała obcym akcentem, lecz bardzo spokojnym tonem — Cud, że w ogóle się obudziłeś — dodała przyglądając się opatrunkom na jego ciele.
Connor boleśnie oparł głowę o poduszkę i cicho westchnął, przymykając przy tym oczy, przez co powieki zrobiły się nadzwyczaj ciężkie.
— Gdzie ona jest? — spytał zachrypniętym głosem.
— W łazience — odpowiedziała krótko rudowłosa — Właśnie, miałam zanieść jej ubrania, a Ty nawet nie myśl o podnoszeniu się — dodała zaraz, wyjmując jakieś ciuchy z szafki, po czym zniknęła za drzwiami pokoju.
Ciemnowłosy oczywiście nie należał do osób, które od razu posłuchają się czyjegoś polecenie, więc i tym razem nie zrobił wyjątku. Zacisnął zęby i zaraz podniósł się do siadu, od razu opierając się plecami o drewnianą ścianę i choć czuł piekielny ból, nie odpuścił obecnej pozycji. Minęło zaledwie kilka minut, a nieprzyjemne uczucie poszło w nie pamięć, dzięki czemu mógł dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu, w którym się znajdował. Zdecydowanie wszystko było zrobione z drewna, a w niektórych miejscach wisiały zasuszone zioła oraz kurze łapki, niczym obrazek wyjęty z bajki o złej czarownicy, która gotowała dzieci w kotle. Mężczyzna tylko cicho westchnął, a gdy usłyszał, że ktoś zbliża się do wejścia, jego zmęczone spojrzenie zatrzymało się na drzwiach. Jednak w progu nie stała rudowłosa kobieta, a sama Manon, która z uśmiechem przywitała swojego przyjaciela. Podeszła do niego tak szybko, jak tylko mogła, siadła obok i mocno wtuliła w ciepłe ciało bruneta. Ten oczywiście odwzajemnił gest i prawie uronił łzę, gdy do pokoju weszła także obca kobieta.
— Wspomniałam coś o nie ruszaniu się? — mruknęła z delikatnym uśmiechem — Chociaż Tobie to pewnie wszystko się zrasta — dodała wzdychając.
— Kim właściwie jesteś? — spytał, gdy blondynka odstąpiła na bok. — I czemu nas.. uratowałaś?
— Loren. Istota magiczna — odpowiedziała rudowłosa — A czemu was uratowałam? Cóż, zainteresował mnie wybuch w zamku Umarłych. Gdy tam weszłam, zauważyłam powalonych żołnierzy oraz was i nie mogłam od tak odejść z tamtego miejsca. — wyjaśniła — Ogólnie, nie czujesz jakiejś zmiany? — spytała zerkając na bruneta.
— Nie bardzo — odpowiedział zaraz.
— Cóż, może kąpiel Ci odświeży umysł — westchnęła rudowłosa — Właściwie to, jak się nazywacie?
— Manon — powiedziała blondynka zmęczonym tonem — A on Connor — dodała wskazując na bruneta.
— Dobra, Connor, spróbuj skupić się na regeneracji, bo to bardzo dobrze znasz — rzekła Loren.
Nie trzeba było długo czekać na pierwsze kroki mężczyzny, gdyż faktycznie pamiętał myśl regeneracji, która w tej sytuacji bardzo mu pomogła. Dzięki temu mógł dotrzeć do łazienki, gdzie wziął porządną kąpiel i ubrał świeże ubrania, przygotowane przez rudowłosą. Gdy brunet opuścił zaparowane pomieszczenie, od razu został zawołany do kuchni na posiłek, którego nie jadł już.. od kilku miesięcy. Wraz z przyjaciółką zjedli to, co podała im kobieta, a gdy byli już syci, mogli wrócił się do sypialni, gdzie oby dwoje rzucili się na skromne łóżko. Jednak nie można było oczekiwać od nich jakiejś rozmowy, gdyż oby dwoje zasnęli z wyczerpania oraz samego posiłku.
Manon?
— Zawróć. To jeszcze nie czas na Ciebie, Connor.
Nieznajomy głos rozbrzmiał w jego zakłopotanym umyśle, przez co szybko obrał przeciwny kierunek i choć blask chciał go pochłonąć, ten uparcie dążył do ciemności, za którą skrywało się życie. Mężczyzna od razu poczuł wygodne coś, na czym leżał, a do jego nosa dostał się zapach lasu oraz natury. Wyrównał swój zdenerwowany oddech i delikatnie uniósł powieki, chcąc przyzwyczaić wzrok do nieco jaśniejszego pomieszczenia. Nim uczynił jakikolwiek ruch, wpatrywał się w drewniany sufit i próbował przypomnieć sobie, co się właśnie wydarzyło, a gdy jego myśli wróciły na swoje miejsce, wtem przypomniał sobie o Manon. Gdy chciał podnieść się do siadu, poczuł na tyle ostry ból w klatce piersiowej, że z jego ust wydobyło się ciche syknięcie, lecz na tyle głośne, że usłyszała to jakaś obca kobieta, która zaraz zjawiła się u boku bruneta.
— Nie tak szybko, towarzyszu — odpowiedziała obcym akcentem, lecz bardzo spokojnym tonem — Cud, że w ogóle się obudziłeś — dodała przyglądając się opatrunkom na jego ciele.
Connor boleśnie oparł głowę o poduszkę i cicho westchnął, przymykając przy tym oczy, przez co powieki zrobiły się nadzwyczaj ciężkie.
— Gdzie ona jest? — spytał zachrypniętym głosem.
— W łazience — odpowiedziała krótko rudowłosa — Właśnie, miałam zanieść jej ubrania, a Ty nawet nie myśl o podnoszeniu się — dodała zaraz, wyjmując jakieś ciuchy z szafki, po czym zniknęła za drzwiami pokoju.
Ciemnowłosy oczywiście nie należał do osób, które od razu posłuchają się czyjegoś polecenie, więc i tym razem nie zrobił wyjątku. Zacisnął zęby i zaraz podniósł się do siadu, od razu opierając się plecami o drewnianą ścianę i choć czuł piekielny ból, nie odpuścił obecnej pozycji. Minęło zaledwie kilka minut, a nieprzyjemne uczucie poszło w nie pamięć, dzięki czemu mógł dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu, w którym się znajdował. Zdecydowanie wszystko było zrobione z drewna, a w niektórych miejscach wisiały zasuszone zioła oraz kurze łapki, niczym obrazek wyjęty z bajki o złej czarownicy, która gotowała dzieci w kotle. Mężczyzna tylko cicho westchnął, a gdy usłyszał, że ktoś zbliża się do wejścia, jego zmęczone spojrzenie zatrzymało się na drzwiach. Jednak w progu nie stała rudowłosa kobieta, a sama Manon, która z uśmiechem przywitała swojego przyjaciela. Podeszła do niego tak szybko, jak tylko mogła, siadła obok i mocno wtuliła w ciepłe ciało bruneta. Ten oczywiście odwzajemnił gest i prawie uronił łzę, gdy do pokoju weszła także obca kobieta.
— Wspomniałam coś o nie ruszaniu się? — mruknęła z delikatnym uśmiechem — Chociaż Tobie to pewnie wszystko się zrasta — dodała wzdychając.
— Kim właściwie jesteś? — spytał, gdy blondynka odstąpiła na bok. — I czemu nas.. uratowałaś?
— Loren. Istota magiczna — odpowiedziała rudowłosa — A czemu was uratowałam? Cóż, zainteresował mnie wybuch w zamku Umarłych. Gdy tam weszłam, zauważyłam powalonych żołnierzy oraz was i nie mogłam od tak odejść z tamtego miejsca. — wyjaśniła — Ogólnie, nie czujesz jakiejś zmiany? — spytała zerkając na bruneta.
— Nie bardzo — odpowiedział zaraz.
— Cóż, może kąpiel Ci odświeży umysł — westchnęła rudowłosa — Właściwie to, jak się nazywacie?
— Manon — powiedziała blondynka zmęczonym tonem — A on Connor — dodała wskazując na bruneta.
— Dobra, Connor, spróbuj skupić się na regeneracji, bo to bardzo dobrze znasz — rzekła Loren.
Nie trzeba było długo czekać na pierwsze kroki mężczyzny, gdyż faktycznie pamiętał myśl regeneracji, która w tej sytuacji bardzo mu pomogła. Dzięki temu mógł dotrzeć do łazienki, gdzie wziął porządną kąpiel i ubrał świeże ubrania, przygotowane przez rudowłosą. Gdy brunet opuścił zaparowane pomieszczenie, od razu został zawołany do kuchni na posiłek, którego nie jadł już.. od kilku miesięcy. Wraz z przyjaciółką zjedli to, co podała im kobieta, a gdy byli już syci, mogli wrócił się do sypialni, gdzie oby dwoje rzucili się na skromne łóżko. Jednak nie można było oczekiwać od nich jakiejś rozmowy, gdyż oby dwoje zasnęli z wyczerpania oraz samego posiłku.
Manon?
16.08.2019
Od Manon CD Connora
Ich ucieczka niestety nie skończyła się powodzeniem. Byli już tak blisko, tak blisko wyjścia i wolności, ale oczywiście coś musiało pójść nie tak. Oboje stracili przytomność prawie od razu po natknięciu się na strażników. Manon odzyskała ją jako ostatnia, gdyż kiedy jej powieki się uniosły, Connor był już w jakiejś części wybudzony. Dziewczynę bardzo wszystko bolało i nie mogła się ruszyć w czym w sumie nie ma nic dziwnego. Z drugiej strony nawet jakby była oswobodzona i tak daleko by nie zaszła. Była zwyczajnie wycieńczona, chociaż musiała przyznać, że chłopak miał gorzej. Wisiał przykuty do ściany, a na jego klatce piersiowej dało się zauważyć dziwny znak. Manon miała przed oczami rozmazany obraz więc nie była w stanie stwierdzić co przedstawia. Dokładnie obejrzała bruneta w poszukiwaniu większych obrażeń i zatrzymała się na obolałej twarzy, która ukazywała również wielki smutek. Dziewczynie odruchowo po policzku spłynęła łza.
- Przepraszam Manon - odparł bardzo cicho, a jego smutna mina była przeszywająca - Tylko jedna może wyjść stąd żywa.
- Nie, damy radę wyjść stąd oboje - szarpnęła za zapięcia nie mogąc pozwolić mu mówić w ten sposób, gdyż bała się wtedy jeszcze bardziej.
- Nie, nie damy - jęknął z żalem, po czym szybko spojrzał w stronę wejścia do ich lochu.
Chwilę później weszli przez nie opancerzeni umarli i tylko porozumiewawczo po sobie spojrzeli. Dziewczyna cicho przełknęła gulę jaka od dłuższego czasu znajdowała się w jej gardle i skuliła się na krześle. Nie wiedziała do czego zaraz dojdzie, ale wiedziała, że na pewno nie będzie to coś przyjemnego. Po jakimś czasie usłyszała pierwszy krzyk Connora spowodowany torturami za pomocą magii tych stworów. Blondynka na ten widok tylko głośno krzyknęła, a z jej oczu polały się łzy. Nie mogła nad sobą zapanować nawet kiedy i ona poczuła pierwsze ukłucie w brzuchu. Miała wrażenie, że przeszywają ją wielkie sople lodu i zostawiają w jej ciele dziury. Cała się trzęsła i rzucała. Przeżyła jeszcze wiele okropnych czynów i nie miała nawet jak sprawdzić co u Connora, gdyż jeden z umarłych zablokował jej pole widzenia. Mogła tylko modlić się żeby wyszedł z tego cało. Był silny i bardzo wytrzymały, więc musiał to przeżyć. Nie miał innego wyboru. Tortury zapewne trwały kilkanaście minut, ale dziewczynie zdawały się trwać parę bolesnych godzin. Myślała, że ten koszmar nigdy się nie skończy, do czasu podwyższenia jej poziomu bólu, po którym nastał głośny ryk przypominający warczenie. U jej przyjaciela coś się musiało dziać i to zdecydowanie niedobrego. Wychyliła się lekko żeby go ujrzeć, ale wtem cały budynek zaczął się trząść. Zimny pokój wypełniło dziwne światło i nagle nastała przeszywająca cisza. Nie trwała ona jednak długo, gdyż zaraz nastąpił głośny wybuch, a co było potem nikt już nie wiedział. Na pewno nie Manon, której krzesło się wywróciło, a ona sama uderzając głową o zimny kamień straciła przytomność.
Pierwszy raz od bardzo dawna poczuła przyjemne ciepło. Nie wiedziała skąd pochodziło i czemu ją zaszczyciło, ale było jej dobrze. Co prawda nie mogła ruszyć żadną kończyną, a oddychanie sprawiało jej lekkie trudności, ale udało jej się chociaż uchylić powieki. Powoli rozejrzała się po dziwnym i małym, ale przytulnym pomieszczeniu, w którym pachniało ziołami i jakby spróchniałym drewnem. Odwróciła głowę żeby zobaczyć skąd dochodzi przyjemne ciepło i okazało się, że pochodziło od Connora, na którego torsie miała przedtem ułożoną głowę. Mimo bólu zerwała się jak poparzona zaraz żałując tej decyzji. Złapała się za brzuch, który obwiązany był sztywnym bandażem. Dostrzegła, że była w samym staniku i spodniach, a jej ciało przyozdabiały przeróżne okłady i opatrunki. Connor również był opatrzony i wciąż spokojnie odpoczywał. Nie miała pojęcia jak się tu znaleźli ani kto okazał się tak dobroduszny, ale była szczęśliwa, że przeżyli. Nie byli już skuci ani męczeni, więc nie obawiała się już co będzie dalej. Przeczesała włosy, które swojego stanu niestety nie zmieniły i wciąż były splątane, po czym zatrzymała spojrzenie na twarzy bruneta. Była spokojna i widać było, że już nie cierpi. To teraz liczyło się dla niej najbardziej. Uśmiechnęła się lekko i położyła ponownie tym razem w pewnej odległości od chłopaka i cicho westchnęła czekając na jego przebudzenie lub na powrót kogoś, kto ich uratował.
Connor?
- Przepraszam Manon - odparł bardzo cicho, a jego smutna mina była przeszywająca - Tylko jedna może wyjść stąd żywa.
- Nie, damy radę wyjść stąd oboje - szarpnęła za zapięcia nie mogąc pozwolić mu mówić w ten sposób, gdyż bała się wtedy jeszcze bardziej.
- Nie, nie damy - jęknął z żalem, po czym szybko spojrzał w stronę wejścia do ich lochu.
Chwilę później weszli przez nie opancerzeni umarli i tylko porozumiewawczo po sobie spojrzeli. Dziewczyna cicho przełknęła gulę jaka od dłuższego czasu znajdowała się w jej gardle i skuliła się na krześle. Nie wiedziała do czego zaraz dojdzie, ale wiedziała, że na pewno nie będzie to coś przyjemnego. Po jakimś czasie usłyszała pierwszy krzyk Connora spowodowany torturami za pomocą magii tych stworów. Blondynka na ten widok tylko głośno krzyknęła, a z jej oczu polały się łzy. Nie mogła nad sobą zapanować nawet kiedy i ona poczuła pierwsze ukłucie w brzuchu. Miała wrażenie, że przeszywają ją wielkie sople lodu i zostawiają w jej ciele dziury. Cała się trzęsła i rzucała. Przeżyła jeszcze wiele okropnych czynów i nie miała nawet jak sprawdzić co u Connora, gdyż jeden z umarłych zablokował jej pole widzenia. Mogła tylko modlić się żeby wyszedł z tego cało. Był silny i bardzo wytrzymały, więc musiał to przeżyć. Nie miał innego wyboru. Tortury zapewne trwały kilkanaście minut, ale dziewczynie zdawały się trwać parę bolesnych godzin. Myślała, że ten koszmar nigdy się nie skończy, do czasu podwyższenia jej poziomu bólu, po którym nastał głośny ryk przypominający warczenie. U jej przyjaciela coś się musiało dziać i to zdecydowanie niedobrego. Wychyliła się lekko żeby go ujrzeć, ale wtem cały budynek zaczął się trząść. Zimny pokój wypełniło dziwne światło i nagle nastała przeszywająca cisza. Nie trwała ona jednak długo, gdyż zaraz nastąpił głośny wybuch, a co było potem nikt już nie wiedział. Na pewno nie Manon, której krzesło się wywróciło, a ona sama uderzając głową o zimny kamień straciła przytomność.
Pierwszy raz od bardzo dawna poczuła przyjemne ciepło. Nie wiedziała skąd pochodziło i czemu ją zaszczyciło, ale było jej dobrze. Co prawda nie mogła ruszyć żadną kończyną, a oddychanie sprawiało jej lekkie trudności, ale udało jej się chociaż uchylić powieki. Powoli rozejrzała się po dziwnym i małym, ale przytulnym pomieszczeniu, w którym pachniało ziołami i jakby spróchniałym drewnem. Odwróciła głowę żeby zobaczyć skąd dochodzi przyjemne ciepło i okazało się, że pochodziło od Connora, na którego torsie miała przedtem ułożoną głowę. Mimo bólu zerwała się jak poparzona zaraz żałując tej decyzji. Złapała się za brzuch, który obwiązany był sztywnym bandażem. Dostrzegła, że była w samym staniku i spodniach, a jej ciało przyozdabiały przeróżne okłady i opatrunki. Connor również był opatrzony i wciąż spokojnie odpoczywał. Nie miała pojęcia jak się tu znaleźli ani kto okazał się tak dobroduszny, ale była szczęśliwa, że przeżyli. Nie byli już skuci ani męczeni, więc nie obawiała się już co będzie dalej. Przeczesała włosy, które swojego stanu niestety nie zmieniły i wciąż były splątane, po czym zatrzymała spojrzenie na twarzy bruneta. Była spokojna i widać było, że już nie cierpi. To teraz liczyło się dla niej najbardziej. Uśmiechnęła się lekko i położyła ponownie tym razem w pewnej odległości od chłopaka i cicho westchnęła czekając na jego przebudzenie lub na powrót kogoś, kto ich uratował.
Connor?
12.08.2019
Od Connora CD Manon
Mężczyzna dokładnie wsłuchał się w wypowiedź przyjaciółki, lecz ta
nie zdołała go ani trochę uspokoić. Nadal czuł gniew oraz nienawiść,
które jeszcze bardziej pobudzały bruneta, a gdy chciał wybuchnąć,
opanował się w ostatniej chwili, przez co między parą zapadła nerwowa
cisza. Connor zaczął uspokajać swój oddech i powoli odzyskiwał logiczne
myślenie, czego do teraz mu brakowało. Odetchnął głęboko i oparł się o
kamienną ścianę, a gdy poczuł głowę blondynki na swoim ramieniu,
przypomniał sobie jej słowa. Dopiero teraz one do niego dotarły i
zrozumiał, że co Manon jest jego powodem do życia. Może nie czuł od razu
wielkiej miłości, gdyż w depresji ciężko o to uczucie, lecz wiedział,
że kobieta jest dla niego kimś znacznie ważniejszym.
— Rozumiem — mruknął po dość długiej chwili, a jego głos był jeszcze bardziej zachrypnięty — Wpakowałem nas w ten cały syf, więc teraz muszę nas stąd wyciągnąć — dodał, powoli ruszając swoimi stawami.
— Co chcesz zrobić? — spytała blondynka odrywając głowę od ramienia mężczyzny.
— Uciec stąd — odpowiedział krótko. — I tak czeka nas to samo, więc zawsze można spróbować.
Doczołgał się kluczy, które wcześniej zabrał strażnikowi, następnie uwolnił swoje kończyny z łańcuchów i podszedł do Manon, którą także uwolnił. Gdy obydwoje stali na równych nogach, para przyjaciół nie mogła powstrzymać się od ciepłego przytulenia, którego brakowało im obu. Oby dwoje cicho syknęli ze względu na posiadanie obrażenia, które dość długo się goiły, a szczególnie u blondynki. Gdy ich czas czułości dobiegł końca, podeszli do kraty i zerknęli na korytarz, który wyglądał na pusty. Sam gad nie słyszał kroków czy rozmów, więc odważnie prowadził do prawdopodobnego wyjścia.
— Myślisz, że się odda?
— Wystarczy, że zacznie się przemiana, a duch od razu opuści jego ciało.
— A moc będzie nasza.
Krótka wymiana zdań należała do dwóch głównych czarowników, którzy już świętowali swoje "zwycięstwo", a owa rozmowa wydobyła się w pomieszczenia, obok którego przyjaciele musieli przejść. Na szczęście uczynili to na tyle cicho, że nikt tego nie usłyszał, dzięki czemu mogli iść dalej. W połowie swojej drogi dostrzegli wielkie wrota, które mogły być wyjściem na zewnątrz i choć mieli je na wyciągniecie ręki, nie udało im się do nich dotrzeć. Jeden z trzech czarowników musiał zauważyć brak więźniów, przez co ten nie oszczędzał swojej magii i dość wysokim natężeniem prądu poparzył bruneta, który po raz kolejny utracił przytomność. Jego przyjaciółkę spotkał podobny los, lecz stosowali słabsze taktyki, żeby "przypadkiem" nie zabić osoby, która może doprowadzić bruneta do przemiany.
Kolejny przepływ silnego napięcia doprowadził ciemnowłosego do wybudzenia, lecz nie znajdował się przed bramą wyjściową, tylko w chłodnym lochu, który przepełniony był zapachem śmierci. Sam mężczyzna był przypięty do ściany z rękoma po bokach, a nogami spętanym wzdłuż, natomiast jego tors został całkowicie pozbawiony koszulki, gdyż właśnie tam znajdował się wypalony znak umarłych. Mężczyzna szybko rozejrzał się po pomieszczeniu, a jego niespokojny wzrok zatrzymał się na krześle, na którym siedziała blondwłosa przyjaciółka. Kobieta zaraz odzyskała przytomność i choć próbowała wyrwać się ze skórzanych zapięć, robiła to marne tracąc jedynie siły.
— Przepraszam Manon — rzekł cicho mężczyzna — Tylko jedna może wyjść stąd żywa — dodał i gdyby tylko miał an to siły, uroniłby kilka ciężkich łez.
— Nie, damy radę wyjść stąd oboje — stwierdziła uparcie.
— Nie, nie damy.. — jęknął gad, gdy tylko usłyszał kroki czarowników.
Gdy pancerni weszli ciężkim krokiem do lochu, para przyjaciół poczuła na sobie nieprzyjemny chłód, który zawsze towarzyszył umarłym. Od razu przystąpili do bolesnego rytuału, używając jedynie magii, a konkretnie stopniowego stwarzania bólu w ciele ciemnowłosego. Żeby efekt przemiany był pewny, przystąpili także do tortury nad Manon, której nieprzyjemny jęk jeszcze bardziej rozwścieczał Connora, i choć ten chciał coś powiedzieć, nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa, oprócz bolesnego krzyku.
Po pewnym czasie, gdy czarownicy uznali, że to trwa zbyt długo, zwiększyli poziom bólu u obu więźniów, przez co głos mężczyzny przybrał barwę warczenia. To wtedy jeden z trzech umarłych wypowiedział zaklęcie dość donośnym tonem, a ciało ciemnowłosego delikatnie się uniosło. Siła magii była na tyle duża, że cały teren zamku zaczął się trząść.. lecz nagle wszystko ucichło. Cisza przed wybuchem, a następnie sam wybuch, który skutecznie pozbawił przytomności trzech czarowników oraz wszystkich ich żołnierzy w zamku. Ciało nieprzytomnego Connora bezwładnie zawisło na łańcuchach, a głowa skierowała się ku dołu, przez co łatwo było dostrzec stróżkę krwi, która powoli spływała z ust ciemnowłosego..
Manon?
— Rozumiem — mruknął po dość długiej chwili, a jego głos był jeszcze bardziej zachrypnięty — Wpakowałem nas w ten cały syf, więc teraz muszę nas stąd wyciągnąć — dodał, powoli ruszając swoimi stawami.
— Co chcesz zrobić? — spytała blondynka odrywając głowę od ramienia mężczyzny.
— Uciec stąd — odpowiedział krótko. — I tak czeka nas to samo, więc zawsze można spróbować.
Doczołgał się kluczy, które wcześniej zabrał strażnikowi, następnie uwolnił swoje kończyny z łańcuchów i podszedł do Manon, którą także uwolnił. Gdy obydwoje stali na równych nogach, para przyjaciół nie mogła powstrzymać się od ciepłego przytulenia, którego brakowało im obu. Oby dwoje cicho syknęli ze względu na posiadanie obrażenia, które dość długo się goiły, a szczególnie u blondynki. Gdy ich czas czułości dobiegł końca, podeszli do kraty i zerknęli na korytarz, który wyglądał na pusty. Sam gad nie słyszał kroków czy rozmów, więc odważnie prowadził do prawdopodobnego wyjścia.
— Myślisz, że się odda?
— Wystarczy, że zacznie się przemiana, a duch od razu opuści jego ciało.
— A moc będzie nasza.
Krótka wymiana zdań należała do dwóch głównych czarowników, którzy już świętowali swoje "zwycięstwo", a owa rozmowa wydobyła się w pomieszczenia, obok którego przyjaciele musieli przejść. Na szczęście uczynili to na tyle cicho, że nikt tego nie usłyszał, dzięki czemu mogli iść dalej. W połowie swojej drogi dostrzegli wielkie wrota, które mogły być wyjściem na zewnątrz i choć mieli je na wyciągniecie ręki, nie udało im się do nich dotrzeć. Jeden z trzech czarowników musiał zauważyć brak więźniów, przez co ten nie oszczędzał swojej magii i dość wysokim natężeniem prądu poparzył bruneta, który po raz kolejny utracił przytomność. Jego przyjaciółkę spotkał podobny los, lecz stosowali słabsze taktyki, żeby "przypadkiem" nie zabić osoby, która może doprowadzić bruneta do przemiany.
Kolejny przepływ silnego napięcia doprowadził ciemnowłosego do wybudzenia, lecz nie znajdował się przed bramą wyjściową, tylko w chłodnym lochu, który przepełniony był zapachem śmierci. Sam mężczyzna był przypięty do ściany z rękoma po bokach, a nogami spętanym wzdłuż, natomiast jego tors został całkowicie pozbawiony koszulki, gdyż właśnie tam znajdował się wypalony znak umarłych. Mężczyzna szybko rozejrzał się po pomieszczeniu, a jego niespokojny wzrok zatrzymał się na krześle, na którym siedziała blondwłosa przyjaciółka. Kobieta zaraz odzyskała przytomność i choć próbowała wyrwać się ze skórzanych zapięć, robiła to marne tracąc jedynie siły.
— Przepraszam Manon — rzekł cicho mężczyzna — Tylko jedna może wyjść stąd żywa — dodał i gdyby tylko miał an to siły, uroniłby kilka ciężkich łez.
— Nie, damy radę wyjść stąd oboje — stwierdziła uparcie.
— Nie, nie damy.. — jęknął gad, gdy tylko usłyszał kroki czarowników.
Gdy pancerni weszli ciężkim krokiem do lochu, para przyjaciół poczuła na sobie nieprzyjemny chłód, który zawsze towarzyszył umarłym. Od razu przystąpili do bolesnego rytuału, używając jedynie magii, a konkretnie stopniowego stwarzania bólu w ciele ciemnowłosego. Żeby efekt przemiany był pewny, przystąpili także do tortury nad Manon, której nieprzyjemny jęk jeszcze bardziej rozwścieczał Connora, i choć ten chciał coś powiedzieć, nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa, oprócz bolesnego krzyku.
Po pewnym czasie, gdy czarownicy uznali, że to trwa zbyt długo, zwiększyli poziom bólu u obu więźniów, przez co głos mężczyzny przybrał barwę warczenia. To wtedy jeden z trzech umarłych wypowiedział zaklęcie dość donośnym tonem, a ciało ciemnowłosego delikatnie się uniosło. Siła magii była na tyle duża, że cały teren zamku zaczął się trząść.. lecz nagle wszystko ucichło. Cisza przed wybuchem, a następnie sam wybuch, który skutecznie pozbawił przytomności trzech czarowników oraz wszystkich ich żołnierzy w zamku. Ciało nieprzytomnego Connora bezwładnie zawisło na łańcuchach, a głowa skierowała się ku dołu, przez co łatwo było dostrzec stróżkę krwi, która powoli spływała z ust ciemnowłosego..
Manon?
7.08.2019
Od Manon CD Connora
Gdy dziewczyna nie wyczuwała pod stopami gruntu, a tylko bezwiednie nimi wymachiwała była bardzo wyczerpana. Nie umiała się bronić ani wydostać z mocnych objęć czarownika. W stanie była zaledwie jęknąć z bólu i niedoboru tlenu, gdyż jej drogi oddechowe były zwyczajnie zblokowane. Długo nie musiała czekać kiedy dostała pierwszy cios w twarz, a później już tylko drugi i trzeci praktycznie bezbolesny. Przygotowując się na kolejny ruch zacisnęła powieki i z całych sił zagryzła zęby czekając na najgorsze, co jednak nie nadeszło. Umarły stojący niedaleko nakazał koledze zostawić więźnia w spokoju. Zaklęcie momentalnie przestało działać, a blondynka upadła na zimną podłogę, przez co cicho warknęła. Wycieńczona obserwowała jak jeden z czarowników na odchodne jeszcze rzuca Connorem o ścianę przy łańcuchach, po czym mocniej ich związuje. Powieki Manon momentalnie zrobiły się na tyle ciężkie, że odprowadziła wzrokiem umarłego, który na powrót ich zamknął i od razu zamknęła oczy. Musiała chwilę posiedzieć i wyrównać oddech, a choć bardzo chciała zobaczyć co u Connora nie mogła, gdyż ruchy ograniczały jej jeszcze ciaśniej spięte łańcuchy. Oparła głowę o ceglaną ścianę i westchnęła cicho. Oboje chwile siedzieli w ciszy zanim nie odzyskali sił żeby cokolwiek do siebie powiedzieć. Blondynka odzyskawszy jakąkolwiek energię, przekręciła głowę na białego jaszczura leżącego całkiem niedaleko niej. W porę natknęła się na jego spojrzenie żółtych oczu, które zaraz gwałtownie się zamknęły. Zaczęło dziać się coś, czego Manon nie umiała zrozumieć i nijak wyjaśnić. Z zachowania istoty wychodziło na to, że cierpiała, ale i przeobrażała się w coś innego. Z niepokojem obserwując formę jaszczura zrozumiała, że wraca jej Connor. Niezbyt przyjemnie oglądało jej się jego przemianę zwłaszcza, że sprawiała mu ona wielki ból i dyskomfort, co można było wywnioskować z głośnych krzyków. Gdy chłopak w pełni przypominał już ludzką postać, skulił się na ziemi i cicho dysząc obejmował się własnymi ramionami. Na jego ciele nadal spoczywały potargane ubrania, przez co Manon zwróciła uwagę na swój ubiór. Przedtem się tym nie przejmowała, ale teraz widząc w jakim stanie jest jej sweter stwierdziła, że przeszła ona więcej niż się jej wydawało. Chociaż nie może porównywać swoich obrażeń do tych Connora, który teraz nie mógł lub po prostu nie chciał ruszyć się z miejsca. Dziewczyna nie wiedziała co robić, ale stwierdziła, że da mu nieco czasu na zregenerowanie i poczeka, aż mu się polepszy. W końcu taka przemiana musi go kosztować naprawdę wiele. Rozejrzała się po pomieszczeniu zawieszając swój wzrok na pojedynczych, zniszczonych figurach skalnych. Nie zważając na sytuację, miała wielką ochotę je narysować i dokładnie obejrzeć. Jak już o tym mowa, gdy pierwszy raz zobaczyła gadzią postać przyjaciela, też chciała go naszkicować. Takich istot nie widzi się codziennie, a już na pewno nie ma się możliwości dokładnie przestudiować ich zaskakującą anatomię. Niestety po zdarzeniach sprzed chwili wiedziała, że nigdy nie poprosi Connora o przemianę skoro kosztuje go ona tyle cierpienia. Nie będzie nawet śmiała o to zapytać. Dziewczyna bardzo się bała, ale żeby jakoś umilić sobie pobyt w opuszczonym zamku, wyobrażała sobie co robi teraz Suzzie. Pewnie wróciła już ze szkoły, bo za oknami zaczęło się ściemniać. Biedna nie będzie wiedziała co zrobić i pojedzie do babci lub poprosi o pomoc sąsiadkę. Manon nie mogła dać jej nawet znać gdzie jest i żeby się o nią nie martwiły. Biedna siostrzyczka, co ona zrobi bez Mann. Blondynka na samą myśl o zagubionej dziewczynce poczuła jak jej oczy robią się zaszklone, ale żadnej łzie nie pozwoliła ujrzeć światła dziennego. Takim sposobem minęła okrągła godzina, po której chłopak w końcu podniósł się do siadu i oparł o ścianę głośno wzdychając. Dziewczyna od razu zwróciła na niego swoje spojrzenie czekając na jakieś słowa, jakąkolwiek reakcję. Brunet od razu się do niej nerwowo uśmiechnął.
- Nie powinnaś tutaj być - odparł zachrypnięty - Miałaś uciekać z tego parku.. - dodał, a Manon zauważywszy jego łzy, od razu zareagowała
- Con.. ja.. - chciała go pocieszyć, zapewnić, że to nie jego wina, ale zwyczajnie jej nie pozwolił.
- Nic nie mów, proszę Cię.. Nie powinniśmy się poznać.. Wiesz dla czego chodziłem wszędzie sam i nie nawiązywałem znajomości? - zerknął na kobietę lekko marszcząc brwi - Ze względu na Umarłych. Dyrektor dobrze o tym wiedział, ale uznał to za mit..
- Nie żałuje naszej znajomości.. - próbowała brnąć w swoje wcześniejsze słowa.
- Nie rozumiesz.. To moja wina, że tutaj jesteś - jęknął z żalem i przysunął się bliżej dziewczyny - Gdybyś mnie nie poznała, byłabyś teraz w domu.. w pieprzonym, kurwa, domu - dodał kryjąc twarz w dłonie, po czym nie wytrzymawszy wybuchnął nerwowym płaczem.
Manon na widok tego miała tak wielką ochotę przytulić Connora i nigdy nie puszczać, ale miała związane ręce. Zdołała jedynie przysunąć się do niego bliżej i ułożyć głowę na jego ramieniu. Cały się trząsł i dalej cicho szlochał, więc blondynka wiedziała, że musi zareagować.
- To nie twoja wina, Connor. Jestem tutaj, bo pobiegłam za tobą, za nimi. Nie wiem co sobie myślałam... Po prostu musiałam cię zobaczyć po tym długim czasie - westchnęła wtulając się w jego ramię lekko dygocząc z zimna - Strasznie za tobą tęskniłam... I nie żałuję, że ciebie poznałam. Przez te dwa miesiące kiedy ciebie nie było, zrozumiałam, że bez ciebie moje życie było okropnie nudne i monotonne i nigdy w życiu nie cofnęłabym tego wszystkiego - dodała czując jak na jej policzki wpływa rumieniec, którego Conn pewnie nawet nie widział.
Chłopak całkiem długo nie reagował na słowa dziewczyny, a ta zaczęła się obawiać, że powiedziała coś nie tak. Naprawdę nie chciała go stracić, a gdy coś mu groziło, ta bała się o niego jak o własne życie. Może dlatego, że po tym całym czasie Connor zajął jakieś swoje małe miejsce w sercu Manon, do którego nikt dotąd nie mógł dotrzeć.
Connor?
- Nie powinnaś tutaj być - odparł zachrypnięty - Miałaś uciekać z tego parku.. - dodał, a Manon zauważywszy jego łzy, od razu zareagowała
- Con.. ja.. - chciała go pocieszyć, zapewnić, że to nie jego wina, ale zwyczajnie jej nie pozwolił.
- Nic nie mów, proszę Cię.. Nie powinniśmy się poznać.. Wiesz dla czego chodziłem wszędzie sam i nie nawiązywałem znajomości? - zerknął na kobietę lekko marszcząc brwi - Ze względu na Umarłych. Dyrektor dobrze o tym wiedział, ale uznał to za mit..
- Nie żałuje naszej znajomości.. - próbowała brnąć w swoje wcześniejsze słowa.
- Nie rozumiesz.. To moja wina, że tutaj jesteś - jęknął z żalem i przysunął się bliżej dziewczyny - Gdybyś mnie nie poznała, byłabyś teraz w domu.. w pieprzonym, kurwa, domu - dodał kryjąc twarz w dłonie, po czym nie wytrzymawszy wybuchnął nerwowym płaczem.
Manon na widok tego miała tak wielką ochotę przytulić Connora i nigdy nie puszczać, ale miała związane ręce. Zdołała jedynie przysunąć się do niego bliżej i ułożyć głowę na jego ramieniu. Cały się trząsł i dalej cicho szlochał, więc blondynka wiedziała, że musi zareagować.
- To nie twoja wina, Connor. Jestem tutaj, bo pobiegłam za tobą, za nimi. Nie wiem co sobie myślałam... Po prostu musiałam cię zobaczyć po tym długim czasie - westchnęła wtulając się w jego ramię lekko dygocząc z zimna - Strasznie za tobą tęskniłam... I nie żałuję, że ciebie poznałam. Przez te dwa miesiące kiedy ciebie nie było, zrozumiałam, że bez ciebie moje życie było okropnie nudne i monotonne i nigdy w życiu nie cofnęłabym tego wszystkiego - dodała czując jak na jej policzki wpływa rumieniec, którego Conn pewnie nawet nie widział.
Chłopak całkiem długo nie reagował na słowa dziewczyny, a ta zaczęła się obawiać, że powiedziała coś nie tak. Naprawdę nie chciała go stracić, a gdy coś mu groziło, ta bała się o niego jak o własne życie. Może dlatego, że po tym całym czasie Connor zajął jakieś swoje małe miejsce w sercu Manon, do którego nikt dotąd nie mógł dotrzeć.
Connor?
31.07.2019
Od Connora CD Manon
Gdy brunet ujrzał ciemność, wiedział, że z tej sytuacji nie ma już
wyjścia. W duchu był rozbity na milion kawałków, winił siebie za całą tą
akcję z Umarłymi, bo gdyby nie jego nagła chęć towarzystwa, wszystko
byłoby po staremu. Gdyby mógł, krzyczałby i płakał w złości, niszcząc
przy tym pobliską ścianę swoją pięścią, lecz teraz mógł tylko czekać,
czekać na wybudzenie.
W pewnym momencie poczuł znajomy zapach, który w moment pobudził jego jaszczurze serce, a jasne powieki odsłoniły jego bursztynowe spojrzenie. Te od razu skierowało się na kobietę, która siedziała obok niego, a gdy jego wzrok wyostrzył się, zauważył, że to Manon. Nie wierzył w to, co widzi, lecz szybko sobie przypomniał sytuację przed utratą przytomności, przez co mruknął cicho przy tym warcząc.
— Conn... Connor? To ty, prawda? — zapytała niepewnie blondynka, obserwując przy tym opancerzone ciało gada.
Mężczyzna nie mógł wydobyć z siebie ludzkiego głosu, więc w odpowiedzi przyjemnie mruknął i przysunął łeb pod dłoń kobiety. Jego nozdrza łapczywie łapały jej zapach, a powieki skryły jasne oczy, bo gdyby mógł, uroniłby łzy z nienawiści do samego siebie. Gdy brunet poczuł się spokojniejszy, jego puste spojrzenie powędrowało na pobliskie ściany, a gdy uniósł łeb, zauważył, że jego ciało jest spętane licznymi łańcuchami oraz kajdanami, czego oczywiście się spodziewał. Obrócił się z bocznej pozycji na brzuch, lecz jego obolała szyja nie była w stanie dłużej utrzymać ciężkiego łba, przez co został zmuszony oprzeć ją o przednie łapy. Connor czuł się wycieńczony oraz mocno obolały, lecz widział, że to dopiero początek męczarni. Gdyby mógł, wypytałby Manon o wszystko oraz mocno do siebie przytulił, po czym zwyzywałby samego siebie, lecz w chwili obecnej mógł tylko czekać. Dokładnie słyszał, jak blondynka przysuwa się do jego osoby i obejmuję jego ciepłą szyję, co dla mężczyzny było jak zastrzyk adrenaliny. Czuł jakąś motywację, coś, co kazało mu walczyć i zacząć tą walkę właśnie teraz. Oddech gada zaraz przyspieszył, a jego źrenice znacznie się powiększyły. Gdy kobieta odsunęła się od przyjaciela, ten podniósł się i podjął próbę uwolnienia swojej osoby, ciągnąc z całej siły za łańcuchy, który dość słaby były przytwierdzone do kamiennego podłoża. Wpadł w przysłowiową furię, co szybko dodało mu siły, a zaraz jeszcze bardzie osłabiło, choć łańcuchy same w sobie pokruszyły się przy łapach gada. Otrzepał swoje ciało i dokładniej rozejrzał się po kamiennym lochu, podszedł ostrożnie do żeliwnych krat i wsłuchał się w otoczenie, a gdy do jego uszu wkradły się kroki strażnika, wycofał się i zerknął na Manon. Gdyby mógł, ostrzegłby ją, lecz mógł tylko skryć się w cieniu lochu i wtopić się w kamienną ścianę. Strażnik od razu zauważył jego brak, lecz zapomniał o zdolnościach gada, gdyż zaraz wszedł za kraty i niewielką pochodnią pomachał w obie strony. Gdy chciał wyjść, długi ogon jaszczura owinął się wokół ciała strażnika i mocno ścisnął, powodując tym krwotok wewnętrzny, a następnie śmierć człekokształtnego. Dla czego to zrobił? Chciał się wyżyć, lecz to spowodowało, że jego uwaga skupiła się na strażniku i całkiem zapomniał o innych osobnikach, które pędem ruszyły w kierunku ich celi. W ostatniej chwili usłyszał ich kroki, przez co szybkim ruchem pyska chwycił za klucze i odrzucił je w ciemny kąt, lecz na samo schowanie było już za późno. Czarownik poraził jego ciało prądem o wysokim napięciu, co normalnego człowieka doprowadziłoby do śmierci, tak gada jedynie mocno poparzyło.
— Nie ładnie tak mordować moich ludzi — rzekł z irytacją umarły. — Ale dobrze, że już się wybudziliście — dodał zerkając na Manon.
Podszedł do niej spokojnie, jego zbroja przecierała się z każdym jego krokiem, a stalowe buty uderzały o kamienne podłoże, które w moment lodowaciało. Brunet próbował szybko się ocucić, wsłuchując się w jego kroki, co w pewnym stopniu zadziałało, gdyż ten podniósł się na łapach i chwiejnym krokiem zbliżył się do umarłego, lecz jego drugi kolega ponowił zaklęcie w prądem, jednocześnie ciskając jego ciałem o ścianę.
— Ostrożniej z nim — rzucił czarownik, który stał przy blondynce — Chyba nie chcesz go zabić — dodał półszeptem.
— Ale trochę zabawy nie zaszkodzi — odparł z upiornym śmiechem.
— A czemu panienka nie ma związanych dłoni? — spytał pierwszy umarły.
— Musiała się sama uwolnić — odpowiedział drugi, który zbliżył się do leżącego jaszczura — Ja bym za to ukarał — dodał zerkając na kobietę.
Wtem czarownik chwycił blondynkę za szyję i przyszpilił do ściany, oczywiście używając do tego zaklęcia, po czym szybkim ruchem dłoni uderzył kobietę w twarz. Jej cichy jęk bólu zirytował gada, lecz jego ciało było tymczasowo sparaliżowane, przez co mógł tylko patrzeć, jak umarły oddaje jeszcze dwa takie ciosy w jej delikatną twarz.
— Zostaw ją — odezwał się trzeci czarownik, który stał w wejściu do celi — Później ich pomęczycie.Teraz zabezpieczanie gada i zabierzcie zwłoki strażnika. Po ty wróćcie do sali. — dodał, zaraz oddalając się od lochu.
Umarły, trzymający blondynkę, od razy ją puścił, natomiast drugi chwycił za ciało jaszczura i miotnął nim bliżej łańcuchów, tworząc przy tym kolejne rany na jego ciele. Czarownik dokładnie spętał jego kończyny oraz dłonie kobiety, po czym opuścili loch, zamykając go za sobą.
Oby dwoje siedzieli sporo czasu, zanim doszli do siebie, a szczególnie Connor, który zaczął wracać do ludzkiej formy. Bursztynowe spojrzenie po raz ostatni zatrzymało się na Manon, po czym skryło się pod jasnymi powiekami, a donośne warczenie zamieniło się w krzyk mężczyzny. Towarzyszył mu nie tylko ból samej przemiany, ale także wszelkie rany, otarcia oraz stłuczenia, przez co brunet zdarł sobie struny głosowe, pozostając bez głosu. W ciszy dokończył cały rytuał, kuląc się w sobie i raniąc swoje ciało palcami, które kurczowo zaciskały się na ramionach. Przeleżał w łańcuchach kolejne kilka minut lub nawet godzin, czego on kompletnie nie odczuwał. Podniósł się do siadu i oparł o ścianę, która na szczęście znajdowała się blisko niego. Jego zmęczone spojrzenie znowu zatrzymało się na blondynce, która dopiero teraz odwróciła na niego wzrok, przez co na twarzy bruneta pojawił się zdenerwowany uśmiech.
— Nie powinnaś tutaj być — rzucił mężczyzna zachrypniętym głosem — Miałaś uciekać z tego parku.. — dodał, nie mogąc powstrzymać samotnej łzy, która spłynęła po jego policzku.
— Con.. ja.. — zaczęła.
— Nic nie mów, proszę Cię.. — szepnął brunet — Nie powinniśmy się poznać.. Wiesz dla czego chodziłem wszędzie sam i nie nawiązywałem znajomości? — mruknął nerwowo przełykając ślinę — Ze względu na Umarłych. Dyrektor dobrze o tym wiedział, ale uznał to za mit..
— Nie żałuje naszej znajomości..
— Nie rozumiesz.. To moja wina, że tutaj jesteś — jęknął mężczyzna i zbliżył się do kobiety — Gdybyś mnie nie poznała, byłabyś teraz w domu.. w pieprzonym, kurwa, domu — dodał zalewając się nerwowymi łzami.
Brunet zgiął nogi w kolanach i oparł o nie ręce, natomiast w dłoniach skrył swoją twarz, która była każdego wieczoru, gdy za dnia nie brał leków. W tym przypadku nie brał ich od ponad dwóch miesięcy, przez co wszelką winę przyjmuję na siebie, a samo oddanie mocy uczyni z wielką chęcią, nawet jeśli to jego zabije..
Manon?
W pewnym momencie poczuł znajomy zapach, który w moment pobudził jego jaszczurze serce, a jasne powieki odsłoniły jego bursztynowe spojrzenie. Te od razu skierowało się na kobietę, która siedziała obok niego, a gdy jego wzrok wyostrzył się, zauważył, że to Manon. Nie wierzył w to, co widzi, lecz szybko sobie przypomniał sytuację przed utratą przytomności, przez co mruknął cicho przy tym warcząc.
— Conn... Connor? To ty, prawda? — zapytała niepewnie blondynka, obserwując przy tym opancerzone ciało gada.
Mężczyzna nie mógł wydobyć z siebie ludzkiego głosu, więc w odpowiedzi przyjemnie mruknął i przysunął łeb pod dłoń kobiety. Jego nozdrza łapczywie łapały jej zapach, a powieki skryły jasne oczy, bo gdyby mógł, uroniłby łzy z nienawiści do samego siebie. Gdy brunet poczuł się spokojniejszy, jego puste spojrzenie powędrowało na pobliskie ściany, a gdy uniósł łeb, zauważył, że jego ciało jest spętane licznymi łańcuchami oraz kajdanami, czego oczywiście się spodziewał. Obrócił się z bocznej pozycji na brzuch, lecz jego obolała szyja nie była w stanie dłużej utrzymać ciężkiego łba, przez co został zmuszony oprzeć ją o przednie łapy. Connor czuł się wycieńczony oraz mocno obolały, lecz widział, że to dopiero początek męczarni. Gdyby mógł, wypytałby Manon o wszystko oraz mocno do siebie przytulił, po czym zwyzywałby samego siebie, lecz w chwili obecnej mógł tylko czekać. Dokładnie słyszał, jak blondynka przysuwa się do jego osoby i obejmuję jego ciepłą szyję, co dla mężczyzny było jak zastrzyk adrenaliny. Czuł jakąś motywację, coś, co kazało mu walczyć i zacząć tą walkę właśnie teraz. Oddech gada zaraz przyspieszył, a jego źrenice znacznie się powiększyły. Gdy kobieta odsunęła się od przyjaciela, ten podniósł się i podjął próbę uwolnienia swojej osoby, ciągnąc z całej siły za łańcuchy, który dość słaby były przytwierdzone do kamiennego podłoża. Wpadł w przysłowiową furię, co szybko dodało mu siły, a zaraz jeszcze bardzie osłabiło, choć łańcuchy same w sobie pokruszyły się przy łapach gada. Otrzepał swoje ciało i dokładniej rozejrzał się po kamiennym lochu, podszedł ostrożnie do żeliwnych krat i wsłuchał się w otoczenie, a gdy do jego uszu wkradły się kroki strażnika, wycofał się i zerknął na Manon. Gdyby mógł, ostrzegłby ją, lecz mógł tylko skryć się w cieniu lochu i wtopić się w kamienną ścianę. Strażnik od razu zauważył jego brak, lecz zapomniał o zdolnościach gada, gdyż zaraz wszedł za kraty i niewielką pochodnią pomachał w obie strony. Gdy chciał wyjść, długi ogon jaszczura owinął się wokół ciała strażnika i mocno ścisnął, powodując tym krwotok wewnętrzny, a następnie śmierć człekokształtnego. Dla czego to zrobił? Chciał się wyżyć, lecz to spowodowało, że jego uwaga skupiła się na strażniku i całkiem zapomniał o innych osobnikach, które pędem ruszyły w kierunku ich celi. W ostatniej chwili usłyszał ich kroki, przez co szybkim ruchem pyska chwycił za klucze i odrzucił je w ciemny kąt, lecz na samo schowanie było już za późno. Czarownik poraził jego ciało prądem o wysokim napięciu, co normalnego człowieka doprowadziłoby do śmierci, tak gada jedynie mocno poparzyło.
— Nie ładnie tak mordować moich ludzi — rzekł z irytacją umarły. — Ale dobrze, że już się wybudziliście — dodał zerkając na Manon.
Podszedł do niej spokojnie, jego zbroja przecierała się z każdym jego krokiem, a stalowe buty uderzały o kamienne podłoże, które w moment lodowaciało. Brunet próbował szybko się ocucić, wsłuchując się w jego kroki, co w pewnym stopniu zadziałało, gdyż ten podniósł się na łapach i chwiejnym krokiem zbliżył się do umarłego, lecz jego drugi kolega ponowił zaklęcie w prądem, jednocześnie ciskając jego ciałem o ścianę.
— Ostrożniej z nim — rzucił czarownik, który stał przy blondynce — Chyba nie chcesz go zabić — dodał półszeptem.
— Ale trochę zabawy nie zaszkodzi — odparł z upiornym śmiechem.
— A czemu panienka nie ma związanych dłoni? — spytał pierwszy umarły.
— Musiała się sama uwolnić — odpowiedział drugi, który zbliżył się do leżącego jaszczura — Ja bym za to ukarał — dodał zerkając na kobietę.
Wtem czarownik chwycił blondynkę za szyję i przyszpilił do ściany, oczywiście używając do tego zaklęcia, po czym szybkim ruchem dłoni uderzył kobietę w twarz. Jej cichy jęk bólu zirytował gada, lecz jego ciało było tymczasowo sparaliżowane, przez co mógł tylko patrzeć, jak umarły oddaje jeszcze dwa takie ciosy w jej delikatną twarz.
— Zostaw ją — odezwał się trzeci czarownik, który stał w wejściu do celi — Później ich pomęczycie.Teraz zabezpieczanie gada i zabierzcie zwłoki strażnika. Po ty wróćcie do sali. — dodał, zaraz oddalając się od lochu.
Umarły, trzymający blondynkę, od razy ją puścił, natomiast drugi chwycił za ciało jaszczura i miotnął nim bliżej łańcuchów, tworząc przy tym kolejne rany na jego ciele. Czarownik dokładnie spętał jego kończyny oraz dłonie kobiety, po czym opuścili loch, zamykając go za sobą.
Oby dwoje siedzieli sporo czasu, zanim doszli do siebie, a szczególnie Connor, który zaczął wracać do ludzkiej formy. Bursztynowe spojrzenie po raz ostatni zatrzymało się na Manon, po czym skryło się pod jasnymi powiekami, a donośne warczenie zamieniło się w krzyk mężczyzny. Towarzyszył mu nie tylko ból samej przemiany, ale także wszelkie rany, otarcia oraz stłuczenia, przez co brunet zdarł sobie struny głosowe, pozostając bez głosu. W ciszy dokończył cały rytuał, kuląc się w sobie i raniąc swoje ciało palcami, które kurczowo zaciskały się na ramionach. Przeleżał w łańcuchach kolejne kilka minut lub nawet godzin, czego on kompletnie nie odczuwał. Podniósł się do siadu i oparł o ścianę, która na szczęście znajdowała się blisko niego. Jego zmęczone spojrzenie znowu zatrzymało się na blondynce, która dopiero teraz odwróciła na niego wzrok, przez co na twarzy bruneta pojawił się zdenerwowany uśmiech.
— Nie powinnaś tutaj być — rzucił mężczyzna zachrypniętym głosem — Miałaś uciekać z tego parku.. — dodał, nie mogąc powstrzymać samotnej łzy, która spłynęła po jego policzku.
— Con.. ja.. — zaczęła.
— Nic nie mów, proszę Cię.. — szepnął brunet — Nie powinniśmy się poznać.. Wiesz dla czego chodziłem wszędzie sam i nie nawiązywałem znajomości? — mruknął nerwowo przełykając ślinę — Ze względu na Umarłych. Dyrektor dobrze o tym wiedział, ale uznał to za mit..
— Nie żałuje naszej znajomości..
— Nie rozumiesz.. To moja wina, że tutaj jesteś — jęknął mężczyzna i zbliżył się do kobiety — Gdybyś mnie nie poznała, byłabyś teraz w domu.. w pieprzonym, kurwa, domu — dodał zalewając się nerwowymi łzami.
Brunet zgiął nogi w kolanach i oparł o nie ręce, natomiast w dłoniach skrył swoją twarz, która była każdego wieczoru, gdy za dnia nie brał leków. W tym przypadku nie brał ich od ponad dwóch miesięcy, przez co wszelką winę przyjmuję na siebie, a samo oddanie mocy uczyni z wielką chęcią, nawet jeśli to jego zabije..
Manon?
30.07.2019
Od Manon CD Connora
Dziewczyna przemęczona przeżyciami sprzed godziny wróciła w końcu z siostrą do domu. Musiała wziąć zimny prysznic, który zmyje ślady po obrzydliwym dotyku umarlaków. Odłożyła rzeczy Suzzie do jej pokoju gdy ta już sprawdzała czy jej kotka nigdzie się nie skaleczyła. Manon wzięła ręczniki i zamknęła się w łazience, a telefon odłożyła na szafkę. Kilka chwil wpatrywała się w urządzenie i wahała się, czy nie zadzwonić do Connora, ale postanowiła najpierw się umyć. Pozbawiona ubrań weszła pod prysznic i cieszyła się chłodnym strumieniem spływającym na jej ciało. Siedziała w łazience chyba dobrą godzinę, bo co prawda umyła się w kilka minut, a resztę czasu poświęciła na rozmyślanie o chłopaku i całej tej pogmatwanej sytuacji. W końcu postawiła stopę na ręczniku, a gdy odblokowała telefon, żeby sprawdzić która godzina, zauważyła jedną wiadomość w skrzynce głosowej. Szybko odblokowała telefon i wysłuchała nagranie. Było od Connora i była to najgorsza wiadomość jaką mogła usłyszeć. Blondynka z szoku upuściła telefon na ziemię, a ten tylko odbił się od miękkiego dywaniku i nic mu się nie stało. Nie szukać go? Żyć jakby nigdy nic?! Jak w ogóle mógł jej coś takiego powiedzieć i twierdzić, że pogodzi się ze stratę i po prostu o wszystkim zapomni. Nie mogła przecież zapomnieć o najlepszym przyjacielu, jakiego nigdy nie miała. Dziewczyna jeszcze chwilę wstrzymywała łzy, ale te w końcu polały się strumieniem z jej policzków. Usiadła na podłodze i podkulając kolana, ukryła w nich twarz.
- Manon? Wszystko w porządku? - usłyszała zaniepokojony głos po drugiej stronie drzwi.
- T-tak... Muszę pobyć sama - łkała jak głupia, ale nie chciała zamartwiać tym siostry.
Nie mogła tego tak zostawić, musiała coś zrobić, poszukać go. Tylko gdzie? Gdzie właściwie miała zacząć. Nie miała bladego pojęcia i to ją najbardziej frustrowało. Gwałtownie podniosła się z ziemi i uderzyła pięścią w szafkę, a że trafiła w jej kant, oczywiście się rozcięła. Widząc uszkodzone knykcie od razu syknęła i przytuliła obolałą rękę do siebie. Nie miała pojęcia co teraz ze sobą zrobić, ani jaki nastrój jej towarzyszy. Była zszokowana, smutna, ale i strasznie wściekła.
Czas upływał strasznie szybko, ale dla dziewczyny każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej monotonny i pozbawiony sensu. Robiła w kółko to samo czyli szkoła, praca, dom i tak sześć dni w tygodniu. Była bardzo samotna i mimo iż chłopak kazał jej o sobie zapomnieć, było to dla niej niemożliwe. Ciągle o nim myślała i wspominała wspaniałe chwile jakie razem spędzali, a przy tym zawsze płakała. To nie tak, że po wiadomości głosowej rzuciła wszystko w niepamięć. Wypytywała wszystkich, nauczycieli, dyrektora, a nawet niektórzy sprzedawców w sklepach plastycznych, czy nie widzieli przypadkiem ciemnowłosego smutasa. Jak łatwo się domyślić każdy zbywał ją nawet jeżeli znał odpowiedź na jej ciągłe pytania. Po kilku tygodniach dziewczyna odpuściła i kompletnie się poddała. Na tyle ją to wszystko przytłoczyło, że jadała znacznie mniej, chodziła smutna i nerwowa, a własną rodzinę po prostu ignorowała. W końcu musiała się jakoś nauczyć żyć bez niego, prawda? Wpatrując się w telefon miała wybrany kontakt Connora. Wyszła właśnie z pracy i złapał ją mocny deszcz, a jako, że nie miała ze sobą parasola, ochronił ją tylko kaptur od bluzy. Wtulona we własne ramiona, szła pustą alejką w parku i decydowała się na coś nieprzemyślanego. Przytrzymała się na chwilę obserwując ekran telefonu, po czym usunęła numer Connora. Od razu schowała telefon do kieszeni, a wtem owiał ją niesamowity chłód. Kaptur spadł z jej głowy, a ciało zaczęło niespokojnie drżeć. Znała to uczucie aż za dobrze. Rozejrzała się niespokojnie, a gdy zauważyła trzy ciemne postacie, na jej szyi i kończynach zacisnęły się jakby niewidzialne liny. Zacisnęła pięści próbując wydusić z siebie chociaż słowo, ale nie była wstanie jakkolwiek zareagować. Mogła tylko żałośnie motać się co nie przynosiło żadnych skutków. Umarli coś do niej mówili, ale blondynka nawet nie skupiała się na ich głosach, a na dwóch świecących punktach w krzakach. Bała się, że to może jakaś tajna broń nieprzyjaciół, ale coś mówiło jej, że to nie to. Te ślepia ją hipnotyzowały i mimo, iż nie znała nikogo o takich oczach, rozpoznawała w nich znajomego. Przyjaciela. Niespodziewanie niewidzialny język zacisnął się bardziej na jej szyi, a wtem bestia wyskoczyła z krzaków powalając umarłego, który to trzymał ją w niewoli. Manon od razu stanęła na równe nogi i cofnęła się o kilka kroków obserwując jak stwór o białych łuskach ucieka ciągnąc za sobą trzech przeciwników. Co to właściwie na stworzenie? Dziewczyna nie znała takich nawet z bajek czy opowieści, a co dopiero z prawdziwego świata. Ale te oczy, łuski coś jej mówiły. Samo to, że bestia ją uratowała, a nie rzuciła się właśnie na nią. Łuski... Rana Connora. Connor?! Manon wytrzeszczyła oczy i nie myśląc w ogóle pognała w stronę, gdzie przed chwilą zniknął pościg. Nie wiedziała co robi, a chciała jedynie ujrzeć chłopaka i jakoś mu pomóc. Dotarła do lasu, gdzie dało się zauważyć ślady walki, ale gdy dotarła na miejsce, biały stwór leżał już powalony na ziemi, a ślepia jednego z umarłych zatrzymały się właśnie na blondynce. Teraz już nie było odwrotu. Zanim się obejrzała oberwała czymś w głowę i padła na ziemię, a ostatnim co ujrzała był dziwny portal wytwarzany przez umarłego.
Pierwsze co Manon poczuła po przebudzeniu to obolała głowa i lodowata podłoga. Otworzyła oczy prawie natychmiast, ale zanim obraz się wyostrzył musiała chwilę odczekać. Próbowała się podnieść, ale obie nogi miała skute łańcuchem przytwierdzonym do kamiennego podłoża. Ręce związane miała jakąś słabą liną, a że nadgarstki miała bardzo chude, bez trudu oswobodziła obie dłonie. Palcami przetarła ranę na czole, która była już zamknięta grubym strupem, ale nadal bardzo ją bolała. Dopiero po chwili rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Wyglądało to na wielką komnatę jakiegoś starego, zniszczonego zamku, ale jego wystrój nijak równał się prawdziwie królewskiej atmosferze. Wszędzie było ciemno, zimno i przerażająco. Dziewczyna przesunęła się nieco w tył, a wtem pod ręką poczuła coś ostrego, co zaraz niespokojnie się poruszyło. Głośno przełknęła ślinę i spojrzała za siebie, a ostrym czymś okazał się ogon stwora, którego dziewczyna wzięła za swojego przyjaciela. Był tak blisko przez co wydawał się jeszcze większy i bardziej przerażający, ale Manon się nie bała. Jaszczur był znacznie szczelniej uwięziony wśród łańcuchów, a jego ciężkie dyszenie nie zwiastowało niczego dobrego. Jedynie wciąż miał zamknięte oczy, ale od czasu do czasu niespokojnie poruszał ogonem. Dziewczyna podsunęła się na tyle blisko, na ile pozwalały jej łańcuchy i niepewnie ułożyła rękę na twardym nosie jaszczura. Jego nozdrza od razu się rozszerzyły, a bursztynowe oczy zawiesiły na niej zdezorientowane spojrzenie. Chwilę wpatrywał się w nią bez reakcji, po czym cicho warknął na wzór westchnięcia. Dziewczyna cofnęła rękę niepewna co ma teraz zrobić.
- Conn... Connor? To ty, prawda? - zapytała niepewnie obserwując jaszczura w całej jego okazałości.
Connor?
- Manon? Wszystko w porządku? - usłyszała zaniepokojony głos po drugiej stronie drzwi.
- T-tak... Muszę pobyć sama - łkała jak głupia, ale nie chciała zamartwiać tym siostry.
Nie mogła tego tak zostawić, musiała coś zrobić, poszukać go. Tylko gdzie? Gdzie właściwie miała zacząć. Nie miała bladego pojęcia i to ją najbardziej frustrowało. Gwałtownie podniosła się z ziemi i uderzyła pięścią w szafkę, a że trafiła w jej kant, oczywiście się rozcięła. Widząc uszkodzone knykcie od razu syknęła i przytuliła obolałą rękę do siebie. Nie miała pojęcia co teraz ze sobą zrobić, ani jaki nastrój jej towarzyszy. Była zszokowana, smutna, ale i strasznie wściekła.
Czas upływał strasznie szybko, ale dla dziewczyny każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej monotonny i pozbawiony sensu. Robiła w kółko to samo czyli szkoła, praca, dom i tak sześć dni w tygodniu. Była bardzo samotna i mimo iż chłopak kazał jej o sobie zapomnieć, było to dla niej niemożliwe. Ciągle o nim myślała i wspominała wspaniałe chwile jakie razem spędzali, a przy tym zawsze płakała. To nie tak, że po wiadomości głosowej rzuciła wszystko w niepamięć. Wypytywała wszystkich, nauczycieli, dyrektora, a nawet niektórzy sprzedawców w sklepach plastycznych, czy nie widzieli przypadkiem ciemnowłosego smutasa. Jak łatwo się domyślić każdy zbywał ją nawet jeżeli znał odpowiedź na jej ciągłe pytania. Po kilku tygodniach dziewczyna odpuściła i kompletnie się poddała. Na tyle ją to wszystko przytłoczyło, że jadała znacznie mniej, chodziła smutna i nerwowa, a własną rodzinę po prostu ignorowała. W końcu musiała się jakoś nauczyć żyć bez niego, prawda? Wpatrując się w telefon miała wybrany kontakt Connora. Wyszła właśnie z pracy i złapał ją mocny deszcz, a jako, że nie miała ze sobą parasola, ochronił ją tylko kaptur od bluzy. Wtulona we własne ramiona, szła pustą alejką w parku i decydowała się na coś nieprzemyślanego. Przytrzymała się na chwilę obserwując ekran telefonu, po czym usunęła numer Connora. Od razu schowała telefon do kieszeni, a wtem owiał ją niesamowity chłód. Kaptur spadł z jej głowy, a ciało zaczęło niespokojnie drżeć. Znała to uczucie aż za dobrze. Rozejrzała się niespokojnie, a gdy zauważyła trzy ciemne postacie, na jej szyi i kończynach zacisnęły się jakby niewidzialne liny. Zacisnęła pięści próbując wydusić z siebie chociaż słowo, ale nie była wstanie jakkolwiek zareagować. Mogła tylko żałośnie motać się co nie przynosiło żadnych skutków. Umarli coś do niej mówili, ale blondynka nawet nie skupiała się na ich głosach, a na dwóch świecących punktach w krzakach. Bała się, że to może jakaś tajna broń nieprzyjaciół, ale coś mówiło jej, że to nie to. Te ślepia ją hipnotyzowały i mimo, iż nie znała nikogo o takich oczach, rozpoznawała w nich znajomego. Przyjaciela. Niespodziewanie niewidzialny język zacisnął się bardziej na jej szyi, a wtem bestia wyskoczyła z krzaków powalając umarłego, który to trzymał ją w niewoli. Manon od razu stanęła na równe nogi i cofnęła się o kilka kroków obserwując jak stwór o białych łuskach ucieka ciągnąc za sobą trzech przeciwników. Co to właściwie na stworzenie? Dziewczyna nie znała takich nawet z bajek czy opowieści, a co dopiero z prawdziwego świata. Ale te oczy, łuski coś jej mówiły. Samo to, że bestia ją uratowała, a nie rzuciła się właśnie na nią. Łuski... Rana Connora. Connor?! Manon wytrzeszczyła oczy i nie myśląc w ogóle pognała w stronę, gdzie przed chwilą zniknął pościg. Nie wiedziała co robi, a chciała jedynie ujrzeć chłopaka i jakoś mu pomóc. Dotarła do lasu, gdzie dało się zauważyć ślady walki, ale gdy dotarła na miejsce, biały stwór leżał już powalony na ziemi, a ślepia jednego z umarłych zatrzymały się właśnie na blondynce. Teraz już nie było odwrotu. Zanim się obejrzała oberwała czymś w głowę i padła na ziemię, a ostatnim co ujrzała był dziwny portal wytwarzany przez umarłego.
Pierwsze co Manon poczuła po przebudzeniu to obolała głowa i lodowata podłoga. Otworzyła oczy prawie natychmiast, ale zanim obraz się wyostrzył musiała chwilę odczekać. Próbowała się podnieść, ale obie nogi miała skute łańcuchem przytwierdzonym do kamiennego podłoża. Ręce związane miała jakąś słabą liną, a że nadgarstki miała bardzo chude, bez trudu oswobodziła obie dłonie. Palcami przetarła ranę na czole, która była już zamknięta grubym strupem, ale nadal bardzo ją bolała. Dopiero po chwili rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Wyglądało to na wielką komnatę jakiegoś starego, zniszczonego zamku, ale jego wystrój nijak równał się prawdziwie królewskiej atmosferze. Wszędzie było ciemno, zimno i przerażająco. Dziewczyna przesunęła się nieco w tył, a wtem pod ręką poczuła coś ostrego, co zaraz niespokojnie się poruszyło. Głośno przełknęła ślinę i spojrzała za siebie, a ostrym czymś okazał się ogon stwora, którego dziewczyna wzięła za swojego przyjaciela. Był tak blisko przez co wydawał się jeszcze większy i bardziej przerażający, ale Manon się nie bała. Jaszczur był znacznie szczelniej uwięziony wśród łańcuchów, a jego ciężkie dyszenie nie zwiastowało niczego dobrego. Jedynie wciąż miał zamknięte oczy, ale od czasu do czasu niespokojnie poruszał ogonem. Dziewczyna podsunęła się na tyle blisko, na ile pozwalały jej łańcuchy i niepewnie ułożyła rękę na twardym nosie jaszczura. Jego nozdrza od razu się rozszerzyły, a bursztynowe oczy zawiesiły na niej zdezorientowane spojrzenie. Chwilę wpatrywał się w nią bez reakcji, po czym cicho warknął na wzór westchnięcia. Dziewczyna cofnęła rękę niepewna co ma teraz zrobić.
- Conn... Connor? To ty, prawda? - zapytała niepewnie obserwując jaszczura w całej jego okazałości.
Connor?
27.07.2019
Od Connora CD Manon
Gdy blondynka opuściła mieszkanie bruneta, ten ciężko westchnął i
oparł leniwie głowę o oparcie kanapy. To, co się niedawno wydarzyło,
przerosło go samego, przez co miał tego wszystkie dosyć. Z drugiej
strony nie miał też sił na to wszystko, lecz wiedział, że nie może się
tak łatwo poddać. Zacisnął nerwowo pięści i ciężko odetchnął, podnosząc
się do równego siadu. Musiał działać, lecz nie jutro, nie za tydzień, a
teraz. Szybkim krokiem podszedł do swojej szafy, chwycił za czarną torbę
i wpakował do niej najważniejsze ubrania, po czym sam przebrał się w
wygodniejsze ciuchy. Zerknął na Lokiego, który dość niepewnie przyglądał
się brunetowi.
— Przyjdzie po Ciebie jeszcze dzisiaj — szepnął, głaszcząc zwierzaka pod pyszczkiem. — Wrócę, jak wszystko się skończy — dodał, uśmiechając się w duchu.
Ciemnowłosy ogarnął jeszcze mieszkanie, po czym siadł z telefonem w dłoni i wybrał numer do dyrektora. Nie chciał do niego dzwonić, więc napisał zaszyfrowaną wiadomość i zablokował jego numer, po czym przełożył przez ramię, oraz chwycił za kask z rękawicami, a następnie opuścił mieszkanie. Przy motocyklu ubrał ochraniacze na siebie, poprawił torbę zawieszając ją na plecach, po czym wsiadł na jednoślad i wyjechał spod bloku. Skierował się do swojej starej kryjówki, która znajduje się w strzeżonym parku narodowym, oddalonym pół godziny drogi od Seattle, lecz to bezpieczniejsze, niż przebywanie w wielkim mieście. Dostanie się do samego lasu wymagało pchania motocykla przez kilka kilometrów pod górkę, żeby nie narobić niepotrzebnego hałasu. Gdy dotarł na miejsce, zastał drewnianą chatkę, która zdążyła już zarosnąć tutejszymi roślinami. Odstawił jednoślad pod krzaki, jednocześnie go w nich chowając, po czym wszedł do środka domku. Jego wnętrze było takie same, jakie zostawił kilka lat temu, więc nikt normalny nie zapuszczał się w te tereny. Brunet zamknął za sobą drzwi, rzucił torbę na materac i usiadł na drewniany krześle. Wyjął ze skórzanej kurtki swój telefon, wybrał numer do Manon, lecz od razu do niej nie zadzwonił, a wpatrywał się w jej nazwę kilka minut. Gdy w końcu ułożył logiczny tekst wyjaśnień, kliknął zieloną słuchawkę i czekał, aż kobieta odbierze. To jednak nie nastąpiło, więc postanowił zostawić wiadomość głosową..
— Nie powinienem już do Ciebie dzwonić, wiem, ale musisz coś wiedzieć. Wyjechałem z miasta dość daleko i nawet mnie nie szukaj.. — westchnął niepewnie — To.. to dla.. Twojego bezpieczeństwa. Zapomnij o mnie i żyj, jakbyś mnie nie poznała.. — zakrył usta dłonią, tłumiąc tym oddech płaczu — Uważaj na siebie, Manon — dodał szeptem i rozłączył połączenie, po czym wyłączył całkiem telefon.
Oparł się łokciami o kolana i pozwolił uwolnić się emocją, wylewając łzy irytacji i nerwów, które tak długo w nim tkwiły. Przetarł twarz i zerknął na pustą ścianę, na której zaraz wylądowało drewniane krzesło.
Przez dwa tygodnie praktykował medytację, żywiąc się jedzenie długoterminowym oraz wodą, co po części osłabiło siłę fizyczną bruneta. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nagły przypływ chłodu, który wybudził Connora z transu medytacji. Szybko podniósł się z drewnianej podłogi, ubrał na siebie bluzę i wyszedł na zewnątrz. Jego oczom ukazało się trzech czarowników, którzy odwiedzili go już wcześniej w mieszkaniu.
— Myślałeś, że Cię nie znajdziemy? — zaśmiał się umarły i podszedł do mężczyzny — To Twoja ostatnia szansa — mruknął i mocno chwycił gada za szyję.
— Nie poddam się — jęknął brunet, przez co zaraz oberwał cios w brzuch.
Mógł się tego spodziewać, że ci go znajdą i znów skatują, lecz nie wiedział, że dojdzie do tego tak szybko. Oberwał kilka razy w brzuch, tors oraz kończyny, głównie ręce, które chroniły obolałą głowę.
— Zostaw go — rzekł jeden z umarłych — Pójdziemy po jego złotowłosą — dodał z cichym śmiechem.
Mężczyzna chciał ich powstrzymać, lecz ci zraz zniknęli w portalu, przez co Connor opadł bezsilnie na podłodze. Nie mógł teraz nic zrobić, lecz do jego głowy wpadł dość głupi pomysł.
— Chcecie przemiany..? To ją dostaniecie. — pomyślał brunet i oddał się jaszczurczemu genowi.
Z chatki wydobył się głośny krzyk bólu, połączony z żałosnym płaczem, który usłyszał prawie cały park narodowy. Po kilku minutach, krzyki zamieniły się w ciche warczenie, które pobudzały Lacertilia do życia, a gdy jego ślepia nagle się otworzyły, Connor ujrzał całkiem inny świat. Szybko przypomniał sobie, po co to zrobił, po czym przybrał niewidzialność postać i biegiem ruszył w kierunku miasta. Po drodze teleportował się dwa razy, po czym trafił do bezludnego parku, w którym znajdowała się Manon, wraz z trójką czarowników. Stali naprzeciwko niej i coś tłumaczyli, lecz ona sama nie mogła nic zrobić, jakby była zablokowana magią. To jeszcze bardziej pobudziło gada, który z dużą siłą skoczył na jednego z umarłych, aby rozproszyć ich zaklęcie, tkwiące na blondynce.
— Lacertilia.. — mruknął jeden z czarowników.
Connor powoli ukazał swoją gadzią postać, a bursztynowe ślepia zatrzymały się na umarłych, którzy patrzyli na niego, jak na swoje dzieło.
— Trzeba było tak od razu — rzekł czarownik, który wcześniej został powalony przez gada.
Brunet widział, co robi, i że robi to, co trzeba. Swoją osobą odciągnął oprawców od blondynki, która wycofała się z pola walki, natomiast ciemnowłosy uciekł w las, ciągnąć za sobą mroźny konwój umarłych. Skończyło się to tym, że Lacertilia został brutalnie schwytany i zabrany do zamku czarowników. Jednakże z jaszczurki mocy nie wyciągną, więc będą musieli przywrócić jego ludzką postać, a następnie wymusić jego ponowną przemianę..
Manon?
— Przyjdzie po Ciebie jeszcze dzisiaj — szepnął, głaszcząc zwierzaka pod pyszczkiem. — Wrócę, jak wszystko się skończy — dodał, uśmiechając się w duchu.
Ciemnowłosy ogarnął jeszcze mieszkanie, po czym siadł z telefonem w dłoni i wybrał numer do dyrektora. Nie chciał do niego dzwonić, więc napisał zaszyfrowaną wiadomość i zablokował jego numer, po czym przełożył przez ramię, oraz chwycił za kask z rękawicami, a następnie opuścił mieszkanie. Przy motocyklu ubrał ochraniacze na siebie, poprawił torbę zawieszając ją na plecach, po czym wsiadł na jednoślad i wyjechał spod bloku. Skierował się do swojej starej kryjówki, która znajduje się w strzeżonym parku narodowym, oddalonym pół godziny drogi od Seattle, lecz to bezpieczniejsze, niż przebywanie w wielkim mieście. Dostanie się do samego lasu wymagało pchania motocykla przez kilka kilometrów pod górkę, żeby nie narobić niepotrzebnego hałasu. Gdy dotarł na miejsce, zastał drewnianą chatkę, która zdążyła już zarosnąć tutejszymi roślinami. Odstawił jednoślad pod krzaki, jednocześnie go w nich chowając, po czym wszedł do środka domku. Jego wnętrze było takie same, jakie zostawił kilka lat temu, więc nikt normalny nie zapuszczał się w te tereny. Brunet zamknął za sobą drzwi, rzucił torbę na materac i usiadł na drewniany krześle. Wyjął ze skórzanej kurtki swój telefon, wybrał numer do Manon, lecz od razu do niej nie zadzwonił, a wpatrywał się w jej nazwę kilka minut. Gdy w końcu ułożył logiczny tekst wyjaśnień, kliknął zieloną słuchawkę i czekał, aż kobieta odbierze. To jednak nie nastąpiło, więc postanowił zostawić wiadomość głosową..
— Nie powinienem już do Ciebie dzwonić, wiem, ale musisz coś wiedzieć. Wyjechałem z miasta dość daleko i nawet mnie nie szukaj.. — westchnął niepewnie — To.. to dla.. Twojego bezpieczeństwa. Zapomnij o mnie i żyj, jakbyś mnie nie poznała.. — zakrył usta dłonią, tłumiąc tym oddech płaczu — Uważaj na siebie, Manon — dodał szeptem i rozłączył połączenie, po czym wyłączył całkiem telefon.
Oparł się łokciami o kolana i pozwolił uwolnić się emocją, wylewając łzy irytacji i nerwów, które tak długo w nim tkwiły. Przetarł twarz i zerknął na pustą ścianę, na której zaraz wylądowało drewniane krzesło.
Przez dwa tygodnie praktykował medytację, żywiąc się jedzenie długoterminowym oraz wodą, co po części osłabiło siłę fizyczną bruneta. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nagły przypływ chłodu, który wybudził Connora z transu medytacji. Szybko podniósł się z drewnianej podłogi, ubrał na siebie bluzę i wyszedł na zewnątrz. Jego oczom ukazało się trzech czarowników, którzy odwiedzili go już wcześniej w mieszkaniu.
— Myślałeś, że Cię nie znajdziemy? — zaśmiał się umarły i podszedł do mężczyzny — To Twoja ostatnia szansa — mruknął i mocno chwycił gada za szyję.
— Nie poddam się — jęknął brunet, przez co zaraz oberwał cios w brzuch.
Mógł się tego spodziewać, że ci go znajdą i znów skatują, lecz nie wiedział, że dojdzie do tego tak szybko. Oberwał kilka razy w brzuch, tors oraz kończyny, głównie ręce, które chroniły obolałą głowę.
— Zostaw go — rzekł jeden z umarłych — Pójdziemy po jego złotowłosą — dodał z cichym śmiechem.
Mężczyzna chciał ich powstrzymać, lecz ci zraz zniknęli w portalu, przez co Connor opadł bezsilnie na podłodze. Nie mógł teraz nic zrobić, lecz do jego głowy wpadł dość głupi pomysł.
— Chcecie przemiany..? To ją dostaniecie. — pomyślał brunet i oddał się jaszczurczemu genowi.
Z chatki wydobył się głośny krzyk bólu, połączony z żałosnym płaczem, który usłyszał prawie cały park narodowy. Po kilku minutach, krzyki zamieniły się w ciche warczenie, które pobudzały Lacertilia do życia, a gdy jego ślepia nagle się otworzyły, Connor ujrzał całkiem inny świat. Szybko przypomniał sobie, po co to zrobił, po czym przybrał niewidzialność postać i biegiem ruszył w kierunku miasta. Po drodze teleportował się dwa razy, po czym trafił do bezludnego parku, w którym znajdowała się Manon, wraz z trójką czarowników. Stali naprzeciwko niej i coś tłumaczyli, lecz ona sama nie mogła nic zrobić, jakby była zablokowana magią. To jeszcze bardziej pobudziło gada, który z dużą siłą skoczył na jednego z umarłych, aby rozproszyć ich zaklęcie, tkwiące na blondynce.
— Lacertilia.. — mruknął jeden z czarowników.
Connor powoli ukazał swoją gadzią postać, a bursztynowe ślepia zatrzymały się na umarłych, którzy patrzyli na niego, jak na swoje dzieło.
— Trzeba było tak od razu — rzekł czarownik, który wcześniej został powalony przez gada.
Brunet widział, co robi, i że robi to, co trzeba. Swoją osobą odciągnął oprawców od blondynki, która wycofała się z pola walki, natomiast ciemnowłosy uciekł w las, ciągnąć za sobą mroźny konwój umarłych. Skończyło się to tym, że Lacertilia został brutalnie schwytany i zabrany do zamku czarowników. Jednakże z jaszczurki mocy nie wyciągną, więc będą musieli przywrócić jego ludzką postać, a następnie wymusić jego ponowną przemianę..
Manon?
Od Manon CD Connora
Zmarszczyła brwi wgapiając się w szklankę soku i powolnym ruchem mieszała w nim kostki lodu. Nie podobał jej się fakt, iż ona nic nie może z tym zrobić, gdyż jest tylko bezbronnym człowiekiem, a Connor musi borykać się z takimi problemami. Postanowiła jednak na razie o tym nie myśleć i sięgnąć po telefon, który podał jej chłopak. Faktycznie miała kilka nieodebranych połączeń od siostry, a nawet babci, co ją zdziwiło. Na pewno coś musiało się stać. Zaniepokojona wybrała numer do siostry i nie musiała nawet długo czekać, aż ta odbierze.
- Suzz? Coś się stało? - zapytała niepewnie powoli prostując plecy.
- Tak! Stało się - wydukała do telefonu, przez co jej głos był niewyraźny - Kiya uciekła!
Manon od razu się rozluźniła i wypuściła powietrze z ulgą. Jej siostra potrafi ją nieźle nastraszyć, a oczywiście ucieczka kota to już koniec świata. Żeby tylko mała wiedziała co się działo u starszej siostry.
- Matko... Jak to uciekła? Przecież babcia mieszka w bloku - odparła zirytowana.
- Ale mieszka na parterze i Kiya uciekła przez otwarte okno! Albo przyjedziesz teraz i pomożesz mi jej szukać albo powiem babci, że zalegasz z kieszonkowymi - zawarczała do słuchawki, po czym od razu się rozłączyła.
Niby jest młodsza, a potrafi nastraszyć Mann bardziej niż ktokolwiek. Blondynka odłożyła telefon i ukryła twarz w dłoniach cicho wzdychając. Poprawiła grzywkę i zerknęła na Connora, który obserwował ją pytająco. On zdecydowanie miał większe problemy na głowie.
- Kot jej uciekł - zaśmiała się cicho odstawiając szklankę na stolik - Niestety muszę już iść, bo jak jej nie pomogę to po mnie.
- Pomogę wam - odparł od razu podnosząc się na proste nogi.
- Nie ma mowy - Manon stanowczo pokiwała głową i naciskając na ramiona bruneta, posadziła go z powrotem na kanapę - Musisz odpoczywać i się kurować. Zadzwonię wieczorem, a ty postaraj się do tego czasu nie wpakować w żadne kłopoty.
- Dobrze, mamo - przewrócił oczami i lekko się uśmiechnął obserwując jak blondynka zabiera swoje rzeczy i udaje się do drzwi.
- Do zobaczenia - pomachała mu stojąc u wyjścia i ruszyła po schodach w dół.
Wchodząc do mieszkania babci od razu zauważyła szlochającą siostrę, którą staruszka usiłowała pocieszyć. Manon ucałowała babcię w policzek na przywitanie i ukucnęła przy młodszej dziewczynie wycierając jej łzy z policzków, na co ta odepchnęła jej ręce i natychmiast wstała.
- Co tak długo?! Kiya pewnie zdążyła się już gdzieś zgubić, a może nawet ktoś ją porwał. Lub samochód ją rozjechał! - wykrzyczała wkurzona Suzzie.
- Suzz, tylko spokojnie! Już idziemy jej szukać. Przecież wiesz, że nie lubi się ruszać, więc pewnie gdzieś przysnęła - uspokoiła ją dziewczyna i przeczekała, aż siostra się ubierze.
- To moja wina. Zostawiłam otwarte okno na noc, a rano już jej nie było - odparła zmartwiona staruszka stając w przedpokoju.
- Nie obwiniaj się babciu. Z tym kotem to nigdy nie wiadomo - starsza poklepała ją po plecach - Miłego wieczoru - dodała na pożegnanie i obie siostry wyszły z mieszkania.
Manon musiała taskać ze sobą wielką torbę Suzzie, bo właśnie takie zabiera się na jedną noc, prawda? Młodsza za to poszła przodem rozglądając się uważnie po wąskich uliczkach i śmietnikach. Szły tak kilka dobrych przecznic, kiedy Mann zaczęła tracić nadzieję na odnalezienie małej, białej kotki w środku miasta. Jej jedynym dobrym pomysłem było sprawdzenie w parku, który był bardzo blisko bloku babki. Zaproponowała siostrze poszukiwania w tamtym miejscu, a za jej zgodą obie ruszyły w tamtym kierunku. Park był już prawie pusty, gdyż zaczęło się ściemniać, a ludzie woleli spędzać chłodne wieczory w domu pod kocem i przy kominku. Manon sama wolałaby teraz ułożyć się w ciepłym łóżku, ale musiała szukać durnego kota. Gdy dziewczyny zaszyły się w parku, Suzzie od razu zniknęła za drzewami nawołując imię jej kotki. Blondynka za to przysiadła na jednej z ławek, gdyż chciała chwilę odsapnąć. Dookoła poza krzykami Suzzie, nie było nic słychać, ale gdy po chwili usłyszała ciężkie dyszenie za plecami, wiedziała, że nie jest sama. Powoli odwróciła głowę, a widząc trzy ciemne sylwetki głośno przełknęła ślinę. Gwałtownie wstała z ławki cofając się do tyłu o kilka kroków, ale i tak nie zdążyła daleko uciec. Wysoki obcy ubrany na czarno, pokierował swoją lodowatą rękę do jej szyi lekko ściskając, ale na tyle żeby Manon czuła trudności w oddychaniu.
- Myślisz, że nie wyczuliśmy ciebie u tego mutanta? - parsknął ochrypłym głosem, a dziewczyna dostała przez to gęsiej skórki - Nie myśl, że nic tobie przy nim nie grozi. Za twoją słodką buźkę na pewno odda nam co nasze - zaśmiał się obrzydliwie, po czym puścił jej szyję na tyle szybko, że zdążyła upaść na ziemię.
- Manon? - usłyszała głos siostry i mimowolnie odwróciła głowę w tamtą stronę.
- Suzzie nie podchodź! Uciekaj! - wystawiła rękę w jej stronę, ale gdy zauważyła zakłopotaną minę siostry, wróciła spojrzeniem do trzech postaci.
Na ich miejscu nikogo nie było, a po sobie zostawili tylko przerażający dreszcz na ciele dziewczyny. Blondynka przetarła czoło i wstała starając się udać, że nic dziwnego tutaj przed chwilą nie zaszło. Siostra podeszła do niej i uniosła białą kotkę, którą najwidoczniej udało jej się znaleźć. Tym lepiej, bo po tej akcji Manon nie miała zamiaru dalej zostawać w parku, ani chociażby na widoku. Zabrała torbę z ławki i przytulając siostrę do siebie ruszyła na najbliższy przystanek. Miała zadzwonić do Connora, ale co ona mu powie? Nie chce sprawiać mu kłopotów, a żeby nie stała mu się kolejna krzywda, najlepiej będzie jak straci z nim kontakt i sama będzie lepiej uważać. Jeżeli trupy ją porwą i zwabią tym samym bruneta, Manon nigdy nie wybaczy sobie jeżeli chłopak oberwie usiłując ją uratować. Nigdy, bo jest tylko żałosnym człowiekiem bez żadnych mocy i umiejętności samoobrony.
Connor? Wybacz, że długo czekałeś :<
- Suzz? Coś się stało? - zapytała niepewnie powoli prostując plecy.
- Tak! Stało się - wydukała do telefonu, przez co jej głos był niewyraźny - Kiya uciekła!
Manon od razu się rozluźniła i wypuściła powietrze z ulgą. Jej siostra potrafi ją nieźle nastraszyć, a oczywiście ucieczka kota to już koniec świata. Żeby tylko mała wiedziała co się działo u starszej siostry.
- Matko... Jak to uciekła? Przecież babcia mieszka w bloku - odparła zirytowana.
- Ale mieszka na parterze i Kiya uciekła przez otwarte okno! Albo przyjedziesz teraz i pomożesz mi jej szukać albo powiem babci, że zalegasz z kieszonkowymi - zawarczała do słuchawki, po czym od razu się rozłączyła.
Niby jest młodsza, a potrafi nastraszyć Mann bardziej niż ktokolwiek. Blondynka odłożyła telefon i ukryła twarz w dłoniach cicho wzdychając. Poprawiła grzywkę i zerknęła na Connora, który obserwował ją pytająco. On zdecydowanie miał większe problemy na głowie.
- Kot jej uciekł - zaśmiała się cicho odstawiając szklankę na stolik - Niestety muszę już iść, bo jak jej nie pomogę to po mnie.
- Pomogę wam - odparł od razu podnosząc się na proste nogi.
- Nie ma mowy - Manon stanowczo pokiwała głową i naciskając na ramiona bruneta, posadziła go z powrotem na kanapę - Musisz odpoczywać i się kurować. Zadzwonię wieczorem, a ty postaraj się do tego czasu nie wpakować w żadne kłopoty.
- Dobrze, mamo - przewrócił oczami i lekko się uśmiechnął obserwując jak blondynka zabiera swoje rzeczy i udaje się do drzwi.
- Do zobaczenia - pomachała mu stojąc u wyjścia i ruszyła po schodach w dół.
Wchodząc do mieszkania babci od razu zauważyła szlochającą siostrę, którą staruszka usiłowała pocieszyć. Manon ucałowała babcię w policzek na przywitanie i ukucnęła przy młodszej dziewczynie wycierając jej łzy z policzków, na co ta odepchnęła jej ręce i natychmiast wstała.
- Co tak długo?! Kiya pewnie zdążyła się już gdzieś zgubić, a może nawet ktoś ją porwał. Lub samochód ją rozjechał! - wykrzyczała wkurzona Suzzie.
- Suzz, tylko spokojnie! Już idziemy jej szukać. Przecież wiesz, że nie lubi się ruszać, więc pewnie gdzieś przysnęła - uspokoiła ją dziewczyna i przeczekała, aż siostra się ubierze.
- To moja wina. Zostawiłam otwarte okno na noc, a rano już jej nie było - odparła zmartwiona staruszka stając w przedpokoju.
- Nie obwiniaj się babciu. Z tym kotem to nigdy nie wiadomo - starsza poklepała ją po plecach - Miłego wieczoru - dodała na pożegnanie i obie siostry wyszły z mieszkania.
Manon musiała taskać ze sobą wielką torbę Suzzie, bo właśnie takie zabiera się na jedną noc, prawda? Młodsza za to poszła przodem rozglądając się uważnie po wąskich uliczkach i śmietnikach. Szły tak kilka dobrych przecznic, kiedy Mann zaczęła tracić nadzieję na odnalezienie małej, białej kotki w środku miasta. Jej jedynym dobrym pomysłem było sprawdzenie w parku, który był bardzo blisko bloku babki. Zaproponowała siostrze poszukiwania w tamtym miejscu, a za jej zgodą obie ruszyły w tamtym kierunku. Park był już prawie pusty, gdyż zaczęło się ściemniać, a ludzie woleli spędzać chłodne wieczory w domu pod kocem i przy kominku. Manon sama wolałaby teraz ułożyć się w ciepłym łóżku, ale musiała szukać durnego kota. Gdy dziewczyny zaszyły się w parku, Suzzie od razu zniknęła za drzewami nawołując imię jej kotki. Blondynka za to przysiadła na jednej z ławek, gdyż chciała chwilę odsapnąć. Dookoła poza krzykami Suzzie, nie było nic słychać, ale gdy po chwili usłyszała ciężkie dyszenie za plecami, wiedziała, że nie jest sama. Powoli odwróciła głowę, a widząc trzy ciemne sylwetki głośno przełknęła ślinę. Gwałtownie wstała z ławki cofając się do tyłu o kilka kroków, ale i tak nie zdążyła daleko uciec. Wysoki obcy ubrany na czarno, pokierował swoją lodowatą rękę do jej szyi lekko ściskając, ale na tyle żeby Manon czuła trudności w oddychaniu.
- Myślisz, że nie wyczuliśmy ciebie u tego mutanta? - parsknął ochrypłym głosem, a dziewczyna dostała przez to gęsiej skórki - Nie myśl, że nic tobie przy nim nie grozi. Za twoją słodką buźkę na pewno odda nam co nasze - zaśmiał się obrzydliwie, po czym puścił jej szyję na tyle szybko, że zdążyła upaść na ziemię.
- Manon? - usłyszała głos siostry i mimowolnie odwróciła głowę w tamtą stronę.
- Suzzie nie podchodź! Uciekaj! - wystawiła rękę w jej stronę, ale gdy zauważyła zakłopotaną minę siostry, wróciła spojrzeniem do trzech postaci.
Na ich miejscu nikogo nie było, a po sobie zostawili tylko przerażający dreszcz na ciele dziewczyny. Blondynka przetarła czoło i wstała starając się udać, że nic dziwnego tutaj przed chwilą nie zaszło. Siostra podeszła do niej i uniosła białą kotkę, którą najwidoczniej udało jej się znaleźć. Tym lepiej, bo po tej akcji Manon nie miała zamiaru dalej zostawać w parku, ani chociażby na widoku. Zabrała torbę z ławki i przytulając siostrę do siebie ruszyła na najbliższy przystanek. Miała zadzwonić do Connora, ale co ona mu powie? Nie chce sprawiać mu kłopotów, a żeby nie stała mu się kolejna krzywda, najlepiej będzie jak straci z nim kontakt i sama będzie lepiej uważać. Jeżeli trupy ją porwą i zwabią tym samym bruneta, Manon nigdy nie wybaczy sobie jeżeli chłopak oberwie usiłując ją uratować. Nigdy, bo jest tylko żałosnym człowiekiem bez żadnych mocy i umiejętności samoobrony.
Connor? Wybacz, że długo czekałeś :<
18.07.2019
Od Connora CD Manon
Gdy brunet wrócił do świata żywych, jego ciało w moment przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a temperatura organizmu wzrosła dość niebezpiecznie. W głowie słyszał jedynie ostry pisk, któremu towarzyszyły niezłe zawroty oraz mdłości. Widział, że blondynka coś do niego mówi, lecz nie rozumiał ani jednego słowa. Wstał chwiejnym krokiem i podszedł do swojego barku, gdzie trzyma kilka mocniejszych trunków. Chwycił za butelkę drogiego whiskey, odkręcił ją i duszkiem upił kilka sporych łyków, co po chwili ocuciło mężczyznę. Z hukiem odłożył zakręconą butelkę i oparł się o szafkę, chcąc uspokoić swój nierówny oddech.
— Connor.. — usłyszał nagle głos przyjaciółki, która obserwowała czyny bruneta. — Co się dzieje..? — spytała niepewnie.
— Nic.. nic poważnego — odpowiedział i usiadł niedaleko kobiety.
— Wpadają do mieszkania jacyś obcy ludzie, rozpoczynają kłótnie, po czym Ty lądujesz z rozerwanym torsem na ziemi — wyrzuciła zaniepokojona, a zarazem zirytowana — Do tego Twoje rany znikają, budzisz się i pierwsze co robisz, to sięgasz po alkohol — kontynuowała — I to nazywasz nic poważnego?
— Dobrze wiesz, że nie jestem człowiekiem — mruknął zerkając na blondynkę — Poltergeisty to jest nic w porównaniu do mojej przemiany, której nie kontroluje i mało brakowało, aby by do tego doszło — uniósł znacznie ton — Wtedy połowa miasta mogłaby tonąć w ofiarach, kurwa — jęknął zdenerwowany i wstał, nerwowo chwytając swoje włosy.
W tym momencie coś w nim pękło. Coś, co oddzielało załamie psychiczne od codziennego życia, coś, co zawsze chciał trzymać w ukryciu. Oparł się o ścianę i osunął się na podłogę, chowając przy tym twarz w dłonie, które zaraz zjechały na włosy, a jego słabe spojrzenie skryło się pod ciemnymi powiekami. Chciał zostać sam, a jednocześnie, żeby ktoś przy nim był. Toczył walkę sam ze sobą, choć na zewnątrz wyglądał na całkowicie załamanego, co jeszcze bardziej go irytowało. Nie chciał unieść tonu na Manon, lecz wtedy stracił kontrolę nad sobą, za co teraz wini siebie jeszcze bardziej. Wtem poczuł delikatny dotyk na swoim kolanie, a gdy podniósł wzrok, ujrzał swoją przyjaciółkę, która niepewnie się uśmiechnęła.
— Nie powinnam zadawać tylu pytań — mruknęła i pomogła wstać mężczyźnie.
— Nie, Manon, ja... ja siebie już nie kontroluję — wyjaśnił powstrzymując się od nerwowego płaczu.
— Nic nie mów — odparła kobieta i objęła mocno bruneta, który zaraz odwzajemnił gest.
Upuścił nerwowo powietrze z płuc i wtulił się w kobietę, której zapach uspokoił rozgrzanego Connora. Jego oddech wrócił do normy, tak samo jak tętno oraz głupie myśli, które w nerwowych sytuacjach nie odpuszczają ciemnowłosemu.
— Dziękuję Manon — szepnął Con i zluzował uścisk.
Gdy przyjaciele byli bardziej spokojni, a mieszkanie posprzątane po odwiedzinach niezapowiedzianych gościu, siedli na kanapę z chłodnymi napojami w dłoni.
— Ci ludzie, którzy weszli do mieszkania — zaczął spokojnie brunet — Nazywa się ich Umarłymi, którzy żywią się silnymi zdolnościami nadludzi.. Gdy raz odda się im swoją moc, ci będą żądać więcej — wyjaśnił i upił łuk napoju — Tobie nic nie zrobią, lecz ja.. ja muszę uważać — dodał zerkając na blondynkę.
— Ale.. pewnie da się ich jakoś powstrzymać — odparła.
— Tego nie wiem — westchnął — Tylko się tym nie przejmuj. Właśnie.. ktoś do Ciebie dzwonił — zmienił zaraz temat — Chyba siostra się za Tobą stęskniła — dodał z lekkim uniesieniem kącika ust.
Manon?
— Connor.. — usłyszał nagle głos przyjaciółki, która obserwowała czyny bruneta. — Co się dzieje..? — spytała niepewnie.
— Nic.. nic poważnego — odpowiedział i usiadł niedaleko kobiety.
— Wpadają do mieszkania jacyś obcy ludzie, rozpoczynają kłótnie, po czym Ty lądujesz z rozerwanym torsem na ziemi — wyrzuciła zaniepokojona, a zarazem zirytowana — Do tego Twoje rany znikają, budzisz się i pierwsze co robisz, to sięgasz po alkohol — kontynuowała — I to nazywasz nic poważnego?
— Dobrze wiesz, że nie jestem człowiekiem — mruknął zerkając na blondynkę — Poltergeisty to jest nic w porównaniu do mojej przemiany, której nie kontroluje i mało brakowało, aby by do tego doszło — uniósł znacznie ton — Wtedy połowa miasta mogłaby tonąć w ofiarach, kurwa — jęknął zdenerwowany i wstał, nerwowo chwytając swoje włosy.
W tym momencie coś w nim pękło. Coś, co oddzielało załamie psychiczne od codziennego życia, coś, co zawsze chciał trzymać w ukryciu. Oparł się o ścianę i osunął się na podłogę, chowając przy tym twarz w dłonie, które zaraz zjechały na włosy, a jego słabe spojrzenie skryło się pod ciemnymi powiekami. Chciał zostać sam, a jednocześnie, żeby ktoś przy nim był. Toczył walkę sam ze sobą, choć na zewnątrz wyglądał na całkowicie załamanego, co jeszcze bardziej go irytowało. Nie chciał unieść tonu na Manon, lecz wtedy stracił kontrolę nad sobą, za co teraz wini siebie jeszcze bardziej. Wtem poczuł delikatny dotyk na swoim kolanie, a gdy podniósł wzrok, ujrzał swoją przyjaciółkę, która niepewnie się uśmiechnęła.
— Nie powinnam zadawać tylu pytań — mruknęła i pomogła wstać mężczyźnie.
— Nie, Manon, ja... ja siebie już nie kontroluję — wyjaśnił powstrzymując się od nerwowego płaczu.
— Nic nie mów — odparła kobieta i objęła mocno bruneta, który zaraz odwzajemnił gest.
Upuścił nerwowo powietrze z płuc i wtulił się w kobietę, której zapach uspokoił rozgrzanego Connora. Jego oddech wrócił do normy, tak samo jak tętno oraz głupie myśli, które w nerwowych sytuacjach nie odpuszczają ciemnowłosemu.
— Dziękuję Manon — szepnął Con i zluzował uścisk.
Gdy przyjaciele byli bardziej spokojni, a mieszkanie posprzątane po odwiedzinach niezapowiedzianych gościu, siedli na kanapę z chłodnymi napojami w dłoni.
— Ci ludzie, którzy weszli do mieszkania — zaczął spokojnie brunet — Nazywa się ich Umarłymi, którzy żywią się silnymi zdolnościami nadludzi.. Gdy raz odda się im swoją moc, ci będą żądać więcej — wyjaśnił i upił łuk napoju — Tobie nic nie zrobią, lecz ja.. ja muszę uważać — dodał zerkając na blondynkę.
— Ale.. pewnie da się ich jakoś powstrzymać — odparła.
— Tego nie wiem — westchnął — Tylko się tym nie przejmuj. Właśnie.. ktoś do Ciebie dzwonił — zmienił zaraz temat — Chyba siostra się za Tobą stęskniła — dodał z lekkim uniesieniem kącika ust.
Manon?
16.07.2019
Od Manon CD Connora
Connor zniknął z sypialni żeby otworzyć drzwi, a Mann została sama. Pewnie jakiś sąsiad lub kurier, a może nawet znajomy. Dziewczyna postanowiła zostać i spokojnie poczekać na przyjaciela. Przysiadła w kuchni przeglądając różne strony na telefonie, ale gdy usłyszała niepokojące dźwięki z przedpokoju, nieco się wystraszyła. Wyłączyła telefon i odłożyła go na bok, żeby powoli zbliżyć się do drzwi. Nagle głośny huk. Chłopak z kimś rozmawiał i choć dziewczyna nie mogła z tego wiele zrozumieć, tony głosów nie były raczej przyjazne. Zakryła ręką usta, a gdy dotarły do niej odgłosy szarpaniny, a później już zdecydowanie walki, nie miała pojęcia co zrobić. Chciała wyjść i zobaczyć co się dzieje, czy Connorowi nie dzieje się krzywda. Nienawidziła stać tak bezczynnie, gdy drzwi obok odgrywała się walka, w której przyjaciel mógł ucierpieć. Chodziła po pokoju bijąc się z myślami i z całego stresu zdążyła nawet wyrwać sobie parę włosów. Łażąc tak bezczynnie zerknęła na telefon, który od ranu złapała i wykręciła numer do policji. Zanim nacisnęła jednak zieloną słuchawkę, wstrzymała się. Nie znała całej sytuacji, nie wiedziała, czy ten telefon będzie dobrym rozwiązaniem, więc szybko go wyłączyła i podbiegła do drzwi chcąc upewnić się, że sprawa się uspokoiła. Faktycznie zrobiła się cisza, a była ona przerażająca. Manon wydostała się z kuchni nie myśląc zupełnie co robi i zauważyła Connora leżącego u drzwi sypialni. Był w bardzo kiepskim stanie, a po jego opadniętych powiekach można było się tylko domyślić, że zaraz odleci. Blondynka szybko zamknęła na klucz drzwi wyjściowe, jakby ktoś kto zaatakował miał zamiar wrócić, a następnie ukucnęła przy chłopaku. Objęła dłońmi jego twarz z przejęciem obserwując jego obrażenia, po czym poklepała go lekko po policzku wywołując jego imię. Zero odpowiedzi. Brunet wywrócił kilka razy oczami jakby starał się jednak pozostać przy dziewczynie, ale ostatecznie się poddał. Nadal jednak jego klatka powoli się unosiła i opadała, jakby nie zemdlał zupełnie. Manon złapała go pod pachy i jakimś cudem zaciągnęła na kanapę w salonie, gdyż na łóżku leżały drzwi od sypialni. Po całej akcji musiała przysiąść na chwilę i odsapnąć, bo trzeba przyznać, że nie codziennie ciągała nieprzytomnych i dobrze zbudowanych facetów. Gdy wyrównała oddech podniosła się i poczęła szukać apteczki lub jakichkolwiek bandaży czy maści. W wysokiej szafce w łazience w końcu dostała się do apteczki, a żeby się do niej dostać i tak musiała się nawygimnastykować. Wróciła do salonu i położyła wszystkie potrzebne przyrządy na mały stolik. Spojrzała na Connora i stwierdziła, że nie leży w najwygodniejszej pozycji i choć teraz tego nie odczuwał to po przebudzeniu na pewno będzie się na to skarżył. Postanowiła podłożyć mu pod głowę dwie poduszki, a wtem przypomniała sobie o ranie na brzuchu. Koszulka mimo, iż była poszarpana to i tak przeszkadzała dziewczynie w jakiejkolwiek robocie, więc postanowiła ją rozciąć. Cóż, i tak już mu się chyba nie przyda. Odkrywając dobrze wyrzeźbioną klatkę piersiową chłopaka nie miała czasu się nią zachwycać. Przysiadła na krawędzi kanapy i wyszukała w małym pudełku gazę oraz środek odkażający. Miała szczęście, że rany nie były głębokie, bo o wiele ciężej byłoby jej zatamować krwawienie, a tak pozostało jej tylko oczyszczenie rany. Zamoczyła materiał w cieczy o ostrym zapachu i przyłożyła go do pierwszej szramy. Delikatnie oczyściła skórę wokół z krwi i nachyliła się nad apteczką chcąc wyciągnąć z niej bandaże. Znalazła odpowiednio duży i szeroki, ale gdy wróciła spojrzeniem do ran chłopaka, te zaczęły dziwnie się zrastać. Blondynka nie mogła uwierzyć własnym oczom i aż zbliżyła się, żeby przyjrzeć się niesamowitemu zjawisku. Na ranie zaczęły pojawiać się ala łuski, które złączyły się i w jakimś stopniu ukryły zadrapania na brzuchu. Wtem Connor zaczął lepiej oddychać, a jego powieki drgnęły, choć nadal ciężko było im się podnieść. Manon wyrwała do kuchni po szklankę wody, którą zaraz podstawiła chłopakowi pod nos. Temu udało się już lekko uchylić oczy i zrozumieć gdzie się znajduje. Dziewczyna podłożyła mu rękę pod głowę i pomogła się podnieść, żeby upił parę łyków zimnej wody. Po wszystkim odstawiła szklankę i sama cofnęła się nieco nie wiedząc jak ma dalej postąpić. Można by było zacząć od jakichkolwiek wyjaśnień, ale wątpiła, że wyciągnie teraz z Connora jakieś informacje. Zamiast tego przysiadła znów na kanapie i spojrzała na niego z przejęciem.
- Jak się czujesz? - zapytała cicho i jakby niepewnie, ale jej język oczywiście nie umiał zaznać spokoju - Kto to był? Kto ci to zrobił? I czemu po tych ranach nie ma już śladu... - dodała zerkając na brzuch chłopaka bez żadnych pohamowań.
Była zupełnie roztrzęsiona i mimo, iż dobrze poradziła sobie z opieką nad poszkodowanym, nie miała tak naprawdę pojęcia co robi. Cały czas trzęsły się jej ręce i nie wiedziała, czy dobrze robi odpuszczając sobie telefon na policję.
Connor?
- Jak się czujesz? - zapytała cicho i jakby niepewnie, ale jej język oczywiście nie umiał zaznać spokoju - Kto to był? Kto ci to zrobił? I czemu po tych ranach nie ma już śladu... - dodała zerkając na brzuch chłopaka bez żadnych pohamowań.
Była zupełnie roztrzęsiona i mimo, iż dobrze poradziła sobie z opieką nad poszkodowanym, nie miała tak naprawdę pojęcia co robi. Cały czas trzęsły się jej ręce i nie wiedziała, czy dobrze robi odpuszczając sobie telefon na policję.
Connor?
Subskrybuj:
Posty (Atom)